niedziela, 12 stycznia 2014

Rozdział 10

Umieram z miłości, gdy ciebie nie ma 
Umieram i nie mogę mieć nadziei 
Chcę cię mieć przy sobie 
Bez twojej miłości nie umiem żyć


Natalia Oreiro "Me muero de amor"

Penthouse Greya wydawał się ciągnąć kilometrami, złożonymi monotonnie z lśniących posadzek, grafitowych ścian i niezmiernie artystycznych czarnobiałych fotografii portretowych, przedstawiających oczywiście Roberta Greya. Rose stwierdziła w duchu, że jeśli zaraz nie dojdą do miejsca, w którym ma odbyć się kolacja, ona niechybnie umrze z nudów.
Na szczęście zanim to nastąpiło, zestrojony w czarny smoking gospodarz doprowadził ją do małego saloniku z wyjściem do ogrodu na dachu i imponującym widokiem na rozświetlone miasto nocą. Sam pokój tonął w nastrojowym półmroku, rozbrzmiewała w nim także sącząca się nie wiadomo skąd muzyka, ten rodzaj mdłej papki, którą puszcza się w windach, a którą Rose zwykła określać mianem plumkania.
Srodek pomieszczenia zajmował stół, nakryty dla dwóch osób, na którym płonęły obowiązkowe świece, w ich blasku zaś, na małym stoliku obok, polśniewało mdło srebrne wiaderko z lodem, z którego wystawała szyjka butelki szampana. W tle, jak rozmazana krwawa plama, majaczyła ustawiona strategicznie asymetryczna sofa, kryta jaskrawoczerwoną skórą.
- Widzę, że patrzysz na mój najnowszy nabytek - zamruczał Grey, prosto do ucha Rose. Stał teraz za nią, tak blisko, że czuła jego oddech na swoim karku. - To prawdziwy safian, kochanie. Zaprojektowali ją światowej sławy designerzy, mistrzowie w swoim fachu. Kempke&Vyssio.
- A myślałam, że podprowadziłeś ją z jakiegoś burdelu - odparła Rose, odsuwając się na bezpieczną odległość. Wskazała jedno z krzeseł przy stole - Rozumiem, że mogę usiąść?
- Nie chciałabyś poczuć tej miękkości na swojej skórze? - Grey najwyraźniej nie mógł się oderwać od kanapy. - Na swym nagim ciele?
- Zaraz poczujesz twardość mojej pięści na swym ryju - warknął Lampard, wiercąc się nerwowo za kierownicą garbusa. Odbiornik, z migoczącą czerwoną diodą, stał na desce rozdzielczej, a trójka przyjaciół wpatrywała się w niego, tak, jakby oczekiwali, że oprócz fonii dostaną też wizję. Wasyl siedział na fotelu pasażera, wychylająca się z tylnego siedzenia Majka wisiała mu na ramieniu, a przycupnięty obok niej Kepler, zarażony ogólną atmosferą niepokoju, ziajał nerwowo, przez co wszystkie szyby były gruntownie zaparowane.
-...Hiszpanką, zmysłowym dzieckiem południa - zatrzeszczał głośnik. - Jestem pewien, że potrafisz docenić prawdziwą rozkosz, prawdziwą symfonię zmysłów.
- Co za pierdoły - mruknął jadowicie Lampard, miotany gwałtownymi emocjami. - Palant symfoniczny!
- Ciii, Rose coś mówi! - syknęła Majka.
- Nie przyszłam tu słuchać pierdafonów o zmysłach, tylko rozmawiać o interesach - Rose rozsiadła się przy stole. - No więc?
Grey zacisnął szczęki. Równie dobrze mógłby podrywać Stonehenge. Ta dziewczyna była tak absolutnie nieczuła na jego zaloty, jakby ją z kamienia zrobiono.
- No więc - rzekł, odsuwając sobie krzesło. - Może zaczniemy jednak od kolacji. Przy posiłku lepiej się rozmawia.
Odkrył półmiski.
- Sushi? Kawioru? Może ostrygi? - zapytał, wskazując dania królewskim gestem.
Pacan, pomyślała Rose. I na pewno żadnego dania nie zrobił sam. A Lampard potrafi zrobić takiego łososia, że kapcie spadają...
- A to jest dzieło sztuki kulinarnej - rzekł Grey, podnosząc pokrywę kolejnego półmiska. - Sam je wymyśliłem. Sushi Greya!
Rose spojrzała i zamarła. Na poduszeczkach z gotowanego ryżu leżały płaty różowego mięsa jakiejś ryby, uformowane tak, że przypominały wargi sromowe. Wejście do pochwy imitowały pozbawione skorupy małże, a łechtaczkę ikra rybia. Całość miała makabrycznie realistyczny wygląd.
- Najlepszy ryż basmati - mruczał Grey, obejmując Rose ramieniem. - Mięso tuńczyka błękitnopłetwego, ikra bieługi i najdroższe przegrzebki jakie tylko możesz znaleźć.
Fala mdłości podeszła do gardła Rose. Dziewczyna przechyliła się, bezceremonialnie wyszarpnęła z wiaderka butelkę szampana, rozsypując lód dookoła i pospiesznie otworzyła. Korek wystrzelił z hukiem, przeleciał przez pokój i utkwił w kolejnym czarno-białym portrecie, precyzyjnie między oczami Greya. Rose nalała sobie pospiesznie do pełna, rozlewając zaledwie odrobinę, wychyliła kieliszek jednym haustem, po czym z całą stanowczością zatrzasnęła pokrywę na półmisku z sushi Greya.
- Nie otwieraj, jeśli nie chcesz zobaczyć dzieła sztuki dekonstrukcji kulinarnej, znanego jako Paw Rose - ostrzegła.
Grey poczuł się zgorszony i rozczarowany. No przecież to zawsze działało!
Rose wypiła drugi kieliszek, odchrząknęła i spojrzała na milionera.
- No dobra, pogadaliśmy, obejrzeliśmy rybną cipę, możemy przejść do konkretów?
Lampard i Wasyl spojrzeli na siebie zdumieni.
- Jaką cipę on jej pokazał? - zapytała Majka, nieomal zjeżdżając Wasylowi na kolana.
- Nie mam pojęcia, nie dosłyszałem - odparł Wasyl, podpierając ją ramieniem. - Zaraz mi tu zlecisz.
Majka cofnęła się nieco, szturchając przy tym Lamparda łokciem w ucho.
- Oj, przepraszam. Myślałam, że jest facetem, skąd on wziął cipę?
- Trans jakiś? - brwi Franka zbiegły się w zatroskanym grymasie. - Mówiłem, że to zbok! Idę tam!
- Siedź na razie - Wasyl przytrzymał Lamparda za rękę, tak na wszelki wypadek.
- Cicho, ten żłób coś powiedział! - skarciła ich Majka.
- Cieszę się, że przynajmniej szampan ci smakuje - rzekł cierpko Grey. - Choć planowałem otworzyć go raczej w okolicach północy.
- Myślałeś, że ja tu będę do północy kwitnąć? - zdziwiła się Rose. - No raczej nie. Co z moim pubem?
- Mówiłem, że mogę cofnąć zakaz sanitarnych - odparł Grey, coraz bardziej wyprowadzony z równowagi. - Ale musisz wykazać chęć współpracy. Rozumiesz?
- Nie rozumiem - odparła. - Na czym ma to polegać?
Grey zerwał się gwałtownie z krzesła i chwycił Rose za nadgarstek, zmuszając ją do wstania.
- Dobrze wiesz na czym - rzekł, chwytając ją w objęcia. Chciał ją pocałować, ale gdy zbliżył swe usta do jej warg, chwyciła go za uszy i pociągnęła z całej siły.
- Aaaaaau! - milioner złapał się za poszkodowane organy, tym samym puszczając Rose z rąk. - Popieprzyło cię?
- Chyba ciebie - odparła Rose. - Co się pchasz z dziobem? Myślisz, że skurwię się za cenę pubu?
- Będę cię mieć!- rzekł rozzłoszczony Grey. Jego jasne oczy lśniły furią. - Nieważne za jaką cenę!
- Mieć to możesz świnię w oborze, a nie mnie! Ja, Grey, należę wyłącznie do siebie! - odparła Rose, jednocześnie zsuwając z nóg buty na potwornie wysokim obcasie.
Lampard usiłował wysiąść z samochodu, nie zdołał jednak, bo Wasyl i Majka przytrzymali go za kurtkę.
- Puszczajcie! - wrzasnął. - Przecież on jej coś zrobi!
- Nie doceniasz Rose - rzekła Majka proroczo. - Prędzej ro ona jemu coś zrobi.
Grey zaśmiał się szyderczo.
- Nie, Różyczko, nalezysz do mnie - oznajmił. - Jesteś na mojej łasce, w moim mieszkaniu i nie wyjdziesz stąd, póki nie zechcę. A teraz mi się oddasz...
- Nie oddałam się jeszcze żadnemu facetowi - odparła Rose z godnością. - I z całą pewnością nie oddam się tobie, żałosny, bogaty kutasino.
- Nie? - Grey wyszczerzył zęby.
- Nie - głos Rose mógł zamrozić na kamień nawet wybuchający wulkan, razem z lawą.
- Zobaczymy - Grey złapał ją za przedramię, wolną dłonią szarpiąc dekolt czerwonej sukienki. Rose wykonała niewielki ruch ręką i nagle okazało się, że to ona trzyma Greya, wykręcając mu rękę za plecami.
- Bardzo chętnie ci ją złamię, jeśli tylko dasz mi powód - zapewniła.
Grey szarpnął się, po czym poczuł, że ból w wykręconym ramieniu stał się nie do zniesienia. Coś trzasnęło mu głośno w stawie barkowym. Zawył niczym kojot w księżycową noc, czując jak kroplisty pot występuje mu na czoło.
Rose zwolniła uścisk i odepchnęła Greya od siebie, myśląc, że ma już dosyć, on jednakże natychmiast się na nią rzucił.
- Błąd - rzekła Rose przez zaciśnięte zęby, waląc napastnika w twarz prawym prostym, który Wasyl, miłośnik boksu, obdarzyłby zapewne najwyższym uznaniem. Chrupnęło niemiło, z nosa Greya popłynęła krew, plamiąc szkarłatem śnieżnobiały gors jego koszuli.
Milioner zachwiał się, po czym spróbował uderzyć Rose pięścią. Dziewczyna wykonała unik, po czym wymierzyła Greyowi takiego sierpowego w szczękę, że w podsłuchu zrobiło się sprzężenie.
Przeraźliwiy wizg i skrzypienie zagłuszyły na moment odgłosy walki, raniąc uszy podsłuchujących. Potem dało się slyszeć głośne łupnięcie, połączone ze stęknięciem Rose, po czym w głośniku rozległ się cichy i jakby zdziwiony głos Greya.
- Moje... jaja - stwierdził milioner. - Kopnęłaś mnie w jaja.
- Brawo Rose! - wykrzyknął Wasyl, śmiejąc się od ucha do ucha.
- Brawo Rose! - zawtórowała mu Majka.
Przybili sobie radośnie piątkę, tymczasem Lampard poczuł się irracjonalnie dumny. co za kobieta...!
Tymczasem Grey, ściskając oburącz krocze, osunął się najpierw na kolana, potem zaś przewrócił się na bok i tak został, opierając czoło o nogę stołową.
- To chyba koniec naszej randki - rzekła drwiąco Rose. - Wyglądasz na niedysponowanego, pójdę więc do domu.
Ruszyła ku drzwiom, potem się zatrzymała.
- Zapomniałabym - rzekła, ściągając przez głowę czerwoną szmatę. - To twoje.
Podeszła do leżącego milionera i rzuciła mu kieckę na twarz. W tym momencie zaczął się podnosić, chwytając ją za nogi.
- Jeszcze nie masz dość? No to będzie deserek. - Chwyciła ze stołu półmisek z sushi w kształcie damskiej anatomii. - Cipa rybna dla pana, smacznego.
Walnęła go półmiskiem w głowę. Rozległo się dźwięczne "bonnnnnnnnng!" i Grey, obsypany kawałkami ryby i małż, osunął się na posadzkę.
- Dobranoc, panie Grey - rzekła Rose, wychodząc.
- Przez nokaut wygrała Rose! - obwieścił Wasyl. Lampard nie mógł już wytrzymać, wyskoczył z samochodu i pobiegł do drzwi, przy których wciąz sterczał ochroniarz.
Rose ukazała się w nich kilka minut później.
- Chyba nie doszliśmy do porozumienia - powiedziała, widząc Franka. Lampard bez namysłu chwycił ją w ramiona i przygarnął do swej szerokiej piersi.
- Nic ci nie jest! - jęknął. - Jezu, jak ja się bałem!
Tulił ją przez chwilę bez słowa, całując jej włosy. Rose poddawała się tej pieszczocie bez najmniejszego protestu.
- No przecież nic mi się nie stało - rzekła tylko. - Żeby tylko ten fiut nie próbował się mścić...
Lampard odsunął dziewczynę od siebie i spojrzał jej w oczy, wzrokiem tak płomiennym, że gdyby w okolicy znajdowało się coś łatwopalnego, zapewne zajęłoby się żywym ogniem.
- Jeśli spróbuje cię skrzywdzić, będzie miał ze mną do czynienia! - oznajmił. - A o pub się nie martw, nie tylko Grey ma znajomości.
Wasyl i Majka w samochodzie taktownie patrzyli w inną stronę, przekonani, że tamtych dwoje lada chwila zacznie się całować.
- Chyba nam się tu romans kroi - zauważył Marcin odkrywczo.
- Kroi się już od dawna - odparła Majka. - Pytanie tylko kiedy Rose przestanie poniewierać Frankiem i przyzna się, że coś do niego ma.
- A ma? - ciemne brwi Wasyla skoczyły w górę, w wyrazie zaciekawienia.
- Oczywiście. Nie zauważyłeś?
- No nie...
- Faceci - Majka westchnęła głęboko. - Nigdy nie widzicie tego co trzeba.
- To była jakaś aluzja?
- A nie. To była generalna refleksja nad rodzajem męskim.
- Aha. Bo już myślałem, że coś mi sugerujesz.
- Skądże znowu. No pocałuj ją, kretynie!
- Ja?!
- Nie, Lamps, naszą Różyczkę. Ty, Wasyl, ale ty nie mów Frankowi, że ona na niego, no wiesz... Bo mnie Rose udusi.
- Nie powiem. Chyba jej nie pocałuje - Marcin rzucił okiem w stronę obejmującej się na chodniku pary.
- Półgłówek, no. Do swojej byłej takich oporów nie miał. Czy wy zawsze musicie pchać się do niewłaściwych bab? A właściwych albo nie zauważacie, albo zabieracie się do nich jak pies do jeża - prychnęła Majka. - Albo traktujecie jak chwilowy wypełniacz.
- No, krasnal, ale to już była aluzja! I w dodatku nie fair! - Wasyl spojrzał na nią z wyrzutem.
- Ja i moja wielka paszcza - wymamrotała Majka, chowając twarz w dłoniach. - Tak, to była aluzja. Przeeee-praszam.
Marcin tylko westchnął i udał, że pilnie ogląda paznokcie u rąk.
- Tylko się na mnie nie gniewaj - jęknęła Majka, czując, że zbiera jej się na płacz. Nienawidziła, gdy ktoś dla niej ważny był na nią zły. - Nie chciałam być niemiła.
- Spoko - mruknął. - Masz prawo mieć do mnie żal.
- Rany boskie, nie chcę mieć do ciebie żalu! - Majka poderwała się, niemal waląc głową w podsufitkę. - Tylko, no, cholera, szlag mnie trafia, gdy widzę, że się męczysz przez jakieś głupie babsko, które nie odróżniłoby dobrego faceta od kilograma kartofli. Ja bym ci... Ja bym nigdy... A, kurza twarz, mogę być tylko twoją przyjaciółką!
Czując, że oczy jej zachodzą łzami, a z nosa zaczyna ciec, Majka poczęła macać się rozpaczliwie po kieszeniach, które jednak, jak na złość, były kompletnie puste. Siedziała zatem z pochyloną głową, mokrymi policzkami i świadomością, że nie tylko zrobiła z siebie po raz kolejny idiotkę przed Wasylem, ale w dodatku za chwilę będzie wyglądać jak usmarkana, czerwona maszkara. Cudownie, nic tylko wpełznąć pod najbliższy kamień. I nie wychodzić do wiosny.
Zanim jednak zdążyła popaść w kompletny dół, w polu jej widzenia pojawiła się mocno rozmazana paczka chusteczek higienicznych.
- Masz, krasnalu - powiedział Wasyl. - I nie becz, dobra?
Z cichą wdzięcznością Majka zatrąbiła głośno w chusteczkę. Ciepłe palce dotknęły jej podbródka, unosząc go delikatnie w górę.
- Jesteś zajebista dziewczyna - rzekł Marcin. - I zasługujesz na zajebistego faceta, a nie na...
W tym momencie Kepler dostał szału. Rzucił się na boczną szybę, rycząc, warcząc, szczekając i niemal demolując fotel kierowcy.
- Co jest? - zdziwił się Wasyl, puszczając Majkę. Przetarł boczną szybę po stronie kierowcy, próbując dojrzeć to coś, co tak rozdrażniło psa.
- Kepler, siad! Chodź tu cholero jedna! - Majka próbowała uspokoić zwierzaka.
W tej samej chwili Rose zesztywniała w objęciach Lamparda, czując na sobie czyjeś spojrzenie. Lodowate spojrzenie.
- Co jest...? - zapytał zdziwiony Frank. - Zimno ci? Cholercia, ty tu w samych skarpetkach stoisz!
Rose spojrzała nad jego ramieniem i poczuła jak wszystkie włosy stają jej dęba. Pod latarnią o drugiej stronie ulicy stał wysoki, czarny mężczyzna, w płaszczu i kapeluszu. Właściwie to była sama sylwetka, utkana z ciemności.
- Tam, Frank! - wyszeptała Rose.
Lampard odwrócił się i też spojrzał.
Czarny mężczyzna uniósł dłonie i jął klaskać, powolnym teatralnym gestem, mniej więcej tak, jak robił to Heath Ledger, grając Jokera.
- Jedźmy stąd - zażądała Rose.
Wsiedli pospiesznie do samochodu. Kepler, zjeżony jak szczotka wciąż warczał, przytrzymywany przez pobladłą Majkę, a Wasyl, blady jak papier, siedział, zaciskając dłonie w pięści z taką siłą, że aż pobielały mu knykcie.
Kiedy dojechali pod pub, w samochodzie panowała kompletna cisza.
Tymczasem w apartamencie Greya cisza panowała tylko przez chwilę. Niedługo po wyjściu Rose na klatce schodowej, będącej przeciwpożarową drogą ewakuacyjną, załomotało, po czym przez tylne drzwi do hallu wpadł Hinten, wyglądający jak łosoś, który płynąc w górę rzeki niespodziewanie trafił na tamę.
- Panie Grey! O matko, panie Grey! - wrzasnął, pędząc w stronę saloniku i ślizgając się na wypolerowanej posadzce. - Panie Grey kochany!
Na widok pobojowiska w salonie zamarł zaledwie na ułąmek sekundy, potem zaś rzucił się w kierunku wystających spod stołu nóg pracodawcy.
- Co ona panu zrobiła? - jęknął, wywlekając szefa spod mebla. - To zła kobieta jest, ja zaraz wiedziałem!
Odgarnął na bok frutti di mare, zdarł z głowy szefa czerwoną szmatę i pochylił się nad jego bladym obliczem.
- O mój Boże, to krew jest? - jęknął. Otarł troskliwie oblicze pryncypała trzymaną w dłoni sukienką, po czym jął poklepywać Greya po policzku. - Niech pan otworzy oczy! Niech pan się obudzi! O Boże, co robić, co robić?
Przez jego głowę przelatywały strzępki wiedzy na temat pierwszej pomocy.
- Już wiem! Usta-usta! - zakrzyknął. Odchylił głowę pryncypała, otwarł mu usta i zaczerpnął tchu. Nie zdołał na dobre przywrzeć swymi wargami do jego warg, gdy dostał boleśnie otwartą dłonią w potylicę.
- Aaaauuaaa! - jęknął, prostując się.
- Won z ryjem, karpie całować - zachrypiał Grey. Usiadł niepewnie, otworzył oczy i rozejrzał się dookoła.
- Pan żyje, o rany, pan żyje! - wykrzyknął Hinten, uradowany.
- Zamknij się i podaj mi wiaderko z lodem - zażądał milioner chrypliwie. Kiedy Hinten wykonał polecenie, Grey postawił wiaderko przed sobą, następnie zaczerpnął z niego pełną garścią i wsypał sobie jej zawartość w spodnie. Następną porcję lodu zawinął w czerwoną sukienkę i przyłożył do głowy.
- Ta cipa pożałuje, że się urodziła - oznajmił. - Chciałem ją oszczędzić, ale zmieniłem zdanie. Auch!
- Zabije ją pan? - zapytał trwożnie Hinten.
- Kiedy do tego dojdzie, będzie mnie błagała, żebym to zrobił - odparł Grey. Jego oczy płonęły diaboliczną furią.
Nowy Rok, przynajmniej dla niektórych, zaczął się całkiem dobrze. Wasyl rozparł się wygodnie w wielkim fotelu dziadka Jimmy'ego i pociągnął z zadowoleniem wina z kieliszka, patrząc na Majkę i Waltera, dyskutujących właśnie z ożywieniem na temat czekolady, której dwa parujące kubki stały przed nimi. Z walorów smakowych napoju rozmowa zjechała im już dawno na temat pochodzenia kakaowca jako takiego i jego znaczenia dla środkowoamerykańskich cywilizacji prekolumbijskich. Wasyl do dysputy się nie włączał, bo o Majach i Aztekach wiedział tyle, co kot napłakał, a nie chciał zrobić z siebie przed nimi idioty, przed Majką zwłaszcza. Już i tak czasami czuł się jak ostatni tłuk, kiedy słuchał jej rozmów z Walterem, wolał więc milczeć, głaskać Jonesy'go, który ułożył mu się na kolanach i patrzeć.
Spędził dzisiaj całe dziewięćdziesiąt minut na boisku, a Leicester City wygrało, odzyskując pozycję lidera w tabeli, co oznaczało, że wymarzona przez Marcina jeszcze w dziecięctwie gra w Premier League, była coraz bliżej. Po tym, jak Witsel złamał mu nogę, myślał, że jego marzenia szlag trafił, a tu proszę, Pan Bóg okno otworzył. Gdyby się jeszcze udało ten burdel w sprawach rodzinnych posprzątać...
Nie był pazerny, nie żałował Aśce kasy. Był gotów oddać jej ile chciała, byleby tylko mógł się spokojnie widywać z dziećmi. Alimenty na nie zaś były oczywistą oczywistością i nawet nie wpadło mu do głowy, że mógłby się od nich migać, czy chcieć, żeby były niskie. Problem polegał na tym, że jego prawie już była żona chciała także alimentów na siebie, a żeby je otrzymać, musiała udowodnić Wysokiemu Sądowi, że to Marcin jest winien rozkładu pożycia. A on, baran jeden, zawsze był wzorowym, kochającym mężem i choćby skisła, haka na niego by nie znalazła. No to wymyśliła sobie, idiotka, przemoc domową...
Wasyl westchnął głośno, aż drzemiący pod stopami Majki Kepler przecknął się i podniósł głowę. Jego pani okazała się nie mniej czujna.
- Co jest, Wasylku? - zapytała, odrywając się na moment od zawiłej kwestii xocolatl jako napoju bogów. - Tak wzdychasz, że mógłbyś żaglowce Kolumba napędzać.
- W pasie równikowej ciszy pewnie bym mu się przydał - zgodził się Wasyl. - A nic, tak sobie myślę, o różnych rzeczach. Noworocznie, rozumiesz.
- Rozumiem - powiedziała Majka. - A Lampard z Rose to przepadli już na wieki? Myślałam, że idą tylko po klucz do tego - wskazała ruchem głowy stojącą na stole szkatułkę.
- Ja bym im nie przeszkadzał, bo czasem, bo czasem jeszcze nie dojdą - zadowcipkował znienacka Walter.
Wasyl wybuchł gromkim i basowym śmiechem, w pełni godnym wawelskiego smoka, natomiast Majka spojrzała na Waltera z zaskoczeniem.
- Ty wiesz, że oni...? - zapytała.
- Ja może, może jestem nerdem, ale nie ślepym nerdem - oznajmił Walter. - Dawno się domyśliłem, że Rose i Frank mają się ku sobie.
- Zaskoczył cię, co? - Marcin zaświecił białymi zębami w uśmiechu. - Ten nasz Wally to jest cicha woda, wygląda na niewiniątko, a tak naprawdę to niezły z niego agent.
- Co on tak rechocze? - mruknęła w tym samym momencie Rose. Stała na korytarzu, przed zamkniętymi drzwiami swego dziecinnego pokoju i zbierała siły by nacisnąć klamkę. - Pewnie się z nas nabija.
- Wasyl? Na pewno nie złośliwie - odparł Lampard. - Otworzysz?
- Nie złośliwie? Dobra, dobra, już ja wiem co on myśli, zbok kosmaty - prychnęła Rose. - Jedno mu tylko we łbie, a Majka tego nie widzi.
- Jesteś pewna? - Frank zastrzygł znacząco brwią. - Majeczka też nie jest święta, wręcz przeciwnie, powiedziałbym, że kawał z niej świntuchy.
- A ty co się zboczeniami Majki zajmujesz? - zjeżyła się znienacka Rose.
- Przestanę, jak ty przestaniesz zajmować się zboczeniami Wasyla - odparł Lampard słodko. - Myślałem, że na niego nie lecisz.
- No pewnie że nie - obruszyła się. - Wolę ciebie.
- O! A zatem lecisz na mnie!
- Nie przeginaj, Frank, wcale tego nie powiedziałam!
- A co powiedziałaś?
- Że, no, że jakbym musiała wybierać, to wolałabym ciebie. Ale nie muszę wybierać, więc nie wolę nikogo. Wchodzimy?
Rose przekręciła klucz i nacisnęła klamkę. Z dwojga złego wolała już zmienić temat i wejść do pokoju, którego nienawidziła, niż kontynuować tę śliską konwersację. Światło, padające z korytarza wydobyło z ciemności wiszący na ścianie na wprost plakat, przedstawiający mężczyznę w niebieskim stroju. Lampard pomacał okolice futryny drzwiowej, zapalił światło i przyjrzał się dokładniej.
Wielki plakat, z tych, które gazety dodają do kolejnych numerów po kawałku, wisiał nad łóżkiem, przykrytym patchworkową narzutą. Wyobrażonego na nim osobnika Frank znał bardzo dobrze, praktycznie od urodzenia.
- Ty masz nad łóżkiem mój plakat? - odwrócił się do Rose, szczerząc się w szerokim uśmiechu.
- Miałam - poprawiła. - Od dawna tu nie sypiam.
- Ale miałaś! Mnie! Nad łóżkiem!
- Co tak zęby suszysz, Lampard, jakbyś się w rekina zamienił? Miałam, to miałam, jak każda głupia nastolatka.
- Ale, no, skoro miałaś mój plakat, to chyba ci się podobam? Przynajmniej trochę?
- Nie, powiesiłam sobie twoją gębę dla umartwienia.
- Poważnie?
- Nie patrz na mnie jak zbity spaniel, jaja sobie robię! I pomóż mi otworzyć tę szufladę, bo się zacina! - Rose szarpnęła uchwyt szuflady w stojącej pod ścianą komodzie.
- Już się robi - Lampard puścił szelmowskie oczko i spróbował wysunąć szufladę. Ani drgnęła.
- Co za siłacz z ciebie, Franiu - mruknęła słodko Rose.
Czując, że jego męska reputacja została właśnie poważnie nadszarpnięta, Frank chwycił obydwa uchwyty szuflady i pociągnął z całej siły. Tym razem piekielny mebel poddał się zadziwiająco łatwo, szuflada wyskoczyła z prowadnic jak korek z butelki, wymknęła się zaskoczonemu Lampardowi z ręki i z hukiem wylądowała na podłodze, obok niej zaś Frank z wyrazem twarzy człowieka absolutnie zaskoczonego.
Zanim Rose zdołała się zdecydować, czy dobić Lampsa ciętą ripostą, czy pędzić mu na ratunek, do pokoju wpadli zwabieni hukiem Wasyl, Majka, Walter, oraz pies. Ten ostatni oblizał zamaszyście zastygłe w wyrazie zdumienia oblicze Lamparda, przywołując go tym samym z powrotem do życia.
- Ja nie chciałem... - powiedział Frank, patrząc na rozsypaną malowniczo zawartość szuflady. Długopisy, pudełeczka, stare słuchawki, żetony do pokemonów, kości do gry i wyświechtana talia tarota stanowiły tylko część skarbów jakie wylądowały na podłodze.
- Ktoś strzelał? - zapytał równocześnie Wasyl.
- Frank, szufladą - odparła Rose.
- Jak się strzela szufladą? - zdziwiła się Majka.
- Masz tam amunicję? - chciał wiedzieć Walter.
- Won mi stąd wszyscy, zaraz do was przyjdę z kluczem! - wrzasnęła Rose. Lampard zaczął się podnosić. - Ty nie, ty zostań! Reszta won!
- Ale mam tak siedzieć? - zaprotestował Frank, gdy trójka chichoczących przyjaciół wytoczyła się na korytarz. - Wolałbym wstać.
- A potrzebujesz na to mojego pozwolenia? - zdziwiła się Rose. - Nie przypominam sobie, żebym cię wykastrowała.
Lampard pufnął przez nos i wstał energicznie, sam nie wiedząc co ma zrobić z tą straszną, a zarazem pociągającą kobietą. Wbił zatem dłonie w kieszenie spodni, po czym zaczął się rozglądać dookoła, starannie omijając spojrzeniem Rose, która w kucki na podłodze grzebała w szufladzie. Jego wzrok przyciągnął czarny przedmiot o opływowych kształtach, wystający zza zasłony. Frank grywał wprawdzie wyłącznie na playstation, ale potrafił rozpoznać futerał na gitarę.
Wyjął go zza zasłony, położył na łóżku i otworzył. W środku spoczywała gitara, z pudłem rezonansowym wykonanym z drewna o ciepłej, miodowej barwie. Na pudle, tuż pod mostkiem, ktoś wypisał czarnymi, pełnymi zawijasów literami jedno słowo:
Rosa.
Frank przeciągnął palcem po strunach, zabrzęczały cichutko.
- To prezent od mojego ojca - powiedziała Rose, nie odwracając się. - Na szóste urodziny.
- Ładny - pochwalił Lampard.
- I ostatni jaki od niego dostałam - otworzyła małe drewniane pudełeczko. - Mam!
Wyjęła ze środka kluczyk na srebrnym łańcuszku.
- Czemu ostatni? - zapytał ostrożnie Frank, nie odrywając wzroku od lśniącego instrumentu.
- Bo ojciec znikł - odparła Rose. Wstała z podłogi i usiadła ostrożnie obok gitary.
- Jak to znikł?
- Tak po prostu. Pewnego pięknego dnia, jakieś pół roku po tym jak dał mi tę gitarę, Jairo Montoya stwierdził, że znudziło mu się bycie mężem i ojcem, zabrał swoje rzeczy i wyjechał, prawdopodobnie do swej rodzinnej Hiszpanii. Zostawił po sobie tylko stos nut. Nauczyłam się z nich potem grać, ćwiczyłam w każdej wolnej chwili, a mamę doprowadzało to do szału. Strasznie chyba za nim tęskniła.
Rose westchnęła i pogłaskała delikatnie gitarę.
- Często się wtedy kłóciła z dziadkiem. Babcia próbowała ich uspokajać, ale matka miała mało angielski temperament, zresztą dziadek Jimmy też. Wrzeszczeli na siebie, trzaskali drzwiami, ostro było - powiedziała, zamyślona. - To i te nuty, to jedyne rzeczy jakie mi zostały po tacie.
Sam nie wiedząc czemu, Frank wyjął gitarę z futerału i podał Rose.
- Zagraj mi coś. Proszę.
Zamiast zdzielić go między oczy jakąś celną ripostą, Rose wzięła z jego rąk instrument.
- Strasznie dawno tego nie robiłam - powiedziała. Przymknęła na chwilę oczy, jakby czegoś szukała w głowie, potem ułożyła palce na gryfie i strunach i zaczęła grać.
A także śpiewać.
Te marchaste sin palabras, cerrando la puerta
Justo cuando te pedia, un poco mas
El miedo te alejo del nido, sin una respuesta
Dejando un corazon herido, dejandome atras
Y ahora me muero de amor si no estas
Me muero y no puedo esperar
A que vuelvas de nuevo aqui
Junto a mi, con tus besos

Jej głos był niski, ciepły i słodki, kojarzył się Lampardowi nieodparcie z dojrzałą w andaluzyjskim słońcu brzoskwinią i sprawiał, że bardziej niż kiedykolwiek Frank miał ochotę chwycić jego właścicielkę w objęcia i sprawić, by jęczała z rozkoszy. Więcej, chwycić w objęcia i sobą osłonić przed całym złem tego świata.

Es que me muero de amor si no estas
Me muero y no puedo esperar
Necesito tenerte aqui, junto a mi
Sin tu amor no puedo seguir...

Kiedy skończyła śpiewać, spojrzała na niego, w jej oczach zaś nie było zwykłej zadziorności i twardości. Jej spojrzenie było miękkie i bezbronne, a także, Frank gotów byłby przysiąc, czułe. Wyciągnął dłoń i odsunął delikatnie kosmyk czarnych włosów, który opadł na policzek dziewczyny.
- Rose... powiedział i zaschło mu w ustach.
- Tak, Frank? - zapytała, niemal szeptem.
- Rose, ja...
- Misiaczki, jeśli robicie tam dzieci, to ja chcę zostać chrzestnym! - drzwi się uchyliły, a w szparze pojawiła się łobuzersko uśmiechnięta twarz Wasyla.
Z nadludzkim wysiłkiem Lampard powściągnął chęć zdzielenia Wasilewskiego w ten czarny, kosmaty łeb leżącą na podłodze szufladą.
____________________________________________________
Oddaję w wasze ręce rozdział dziesiąty, ze zwykłą nadzieją, że się spodoba :)


A w ramach bonusu prawdziwy Andaluzyjczyk con la guitarra ;)

Martina


czwartek, 2 stycznia 2014

Rozdział 9

The sky is still blue
The clouds come and go
Yet something is different
Are we falling in love?

Don't let yourself be hurt this time

Julee Criuse "Falling"



 Za oknem sypał śnieg. Cały świat przykryty był grubą, białą pierzyną i ledwo widoczny zza falującej na wietrze zasłony, utworzonej z milionów opadających płatków. Na parapecie utworzyła się pokaźna zaspa, wspinająca się na szybę białymi mackami i najwyraźniej ciągle rosła.
Majka oderwała zaspane spojrzenie od arktycznego pejzażu na dworze. Wymacała komórkę na nocnej szafce i sprawdziłą godzinę. Uj, trzeba wstawać, pomyślała, bo Kepler, jak nic zaraz się zleje.
Obróciła się delikatnie na wznak, jednocześnie podnosząc obejmujące ją ramię Marcina.
- Hhuummm? - zamruczał. - Chtóra est?
- Dziewiąta - odparła, wyskakując z łóżka. - Muszę psa wyprowadzić.
Wasyl przetarł rękami twarz. Świadomość wracała mu wraz z miłym, acz jednocześnie obciążającym wspomnieniem tego, co stało się w nocy.
- Cholera - mruknął, patrząc, jak naga Majka wkłada szlafrok. - To ja może pójdę do siebie.
Zawiązała pasek i sięgnęła po kosmetyczkę stojącą na toaletce. Widział w lustrze, jak zagryzła wargi i poczuł się jak ostatnia, podła świnia.
- No może lepiej idź - powiedziała. - Co mają gadać.
- Majka ja ten... ja, no, dzięki - rzekł, plącząc się niemiłosiernie.
- Spoko - uśmiechnęła się.
Kiedy wyszła do łazienki, wylazł spod kołdry, wbił się w dżinsy, a potem pozbierał porozrzucane dookoła fragmenty swojej garderoby. Gacie leżały w popielniku kominka, wytrzepał je więc i schował do kieszeni. Wsunął bose stopy w buty, po czym podszedł do drzwi i nastawił uszu.
Z dołu słychać było brzękanie naczyń w kuchni i głos Majki, wołąjącej psa. Po chwili szczęknęły drzwi frontowe, a w jadalni Lampard zanucił jakąś kolędę.
Wstrzymując oddech i nienawidząc się za to co robił, Wasyl wyszedł na paluszkach na korytarz, po czym zamknął drzwi, starając się to zrobić jak najciszej. Był tak tym zaaferowany, że chrząknięcie za jego plecami niemal przyprawiło go o zawał. Podskoczył, gubiąc przy tym skarpetki, podniósł je, po czym odwrócił się, chociaż domyślał się kto go zdybał.
- Cześć Rose - rzekł, tuląc zmiętą w kulę odzież do obnażonego torsu.
Montoya, kompletnie odziana, stała w drzwiach swojej sypialni.
- Można wiedzieć - zapytała, punktując wypowiedź potężnym trzaśnięciem drzwiami - co ty tu, do cholery, robisz?
- Wychodzę? - zasugerował.
- Wychodzisz - rzekła. - Z damskiej sypialni, z gaciami wystającymi z kieszeni. Taaaa. Ciekawe gdzie zdążyłeś wejść.
- Pogadamy później - rzekł i czmychnął do łazienki.
Kiedy jakiś kwadrans później zszedł na dół, umyty i ubrany, kompletnie i w świeżą odzież, Lampard w jadalni nakrywał do śniadania, pogwizdując wesoło, natomiast Rose stała w salonie, z ramionami skrzyżowanymi na piersi i miną nie wróżącą nic dobrego.
Prawdę mówiąc ta mina wróżyła same złe rzeczy, zwłaszcza zaś Wasylowi.
- Co ty sobie, kurwa, myślisz? - Rose nie traciła czasu na zbędną dyplomację. - Spałeś z Majką?
- A co to, spowiedź święta? - Marcin nie zamierzał polec bez walki. - Na księdza mi nie wyglądasz.
- Słuchaj no ty, nie pyskuj mi tu! - Rose wycelowała w niego oskarzycielski palec. - Zaciągnąłeś Majkę do łóżka, a nawet, kurwa, rozwodu jeszcze nie masz!
Nie wiedzieć czemu, skojarzyła się Wasylowi z jego babcią, góralką i jej kazaniem, gdy przyłapała go na kradzieży cukierków z kredensu. Miał wtedy siedem lat i zaraz po kazaniu dostał na deser ścierą w ucho. Piekło jak diabli.
Opanował ścieżkę skojarzeń i wrócił do teraźniejszości.
- No nie mam rozwodu. No i?
- Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam! - Rose wzniosła oczy i dłonie do niebios. - Rżniesz głupa, czy naprawdę jesteś głupi, Wasyl? Nie rozumiesz co żeś narobił?
Lampard stanął w progu salonu, wyraźnie zaniepokojony.
- Rose... - rzekł ostrzegawczo.
- Przecież nie chciałem - mruknął Wasyl. - Tak wyszło...
- Samosie? - zapytała Rose jadowicie. - Majka się przeciagnęła i przypadkiem nadziała się na twojego penisa? Dziewczyna jest w tobie ślepo zakochana, a ty ją przelatujesz przy pierwszej okazji i rano wiejesz z jej sypialni jak złodziej. Na pewno się teraz cudownie czuje.
Marcin opadł na kanapę, zasłaniając dłońmi twarz.
- Kurwa... - mruknął.
Wyglądał jak kupka zmiętego nieszczęścia. Lampard, widząc to, postanowił interweniować.
- Rose, może się wtrącę, ale nie powinnaś się do tego mieszać!
- Nie wtrącaj się Lampard! Chronicie siebie nawzajem, samce jedne! Chłopy jak wy nic nie rozumiecie! Jesteście ulepieni z jednej gliny a zamiast mózgu macie te swoje jądra, którymi odnajdujecie się jak pieprzone GPS! Każde świństwo da się usprawiedliwić, bo przecież on to kurwa zrobił niechcący prawda? - wycelowała palec w Marcina. - Wykorzystałeś ją, baranie!
Wasyl poderwał się z kanapy.
- Myślisz, że tego nie wiem? - wrzasnął. - Myślisz, że nie czuję się jak ostatni chuj? Wiem, że nie powinienem był, wiem, że ją skrzywdziłem, ale to się już, kurwa, stało! I się nie odstanie! Ja przecież...
Drzwi wejściowe otworzyły się i stanęła w nich Majka, z Keplerem na smyczy, zarumieniona od zimna i obsypana śniegiem.
- Co tu się dzieje? - zapytała zdumiona, puszczając smycz. - Tak się drzecie, że w Londynie was słychać.
Rose klapnęła na fotelu i sięgnęła po wino.
- A bo musiałam coś wytłumaczyć tym dwóm debilom - mruknęła, nalewając sobie kieliszek. - Nieważne.
- Majka, możemy porozmawiać? - w oczach Wasyla odmalowało się błaganie.
- Powinniście - mruknęła zgryźliwie Rose.
Frank wzniósł oczy w stronę sufitu.
- Rose, na litość boską... - zaczął.
- Co, mam się nie mieszać? - warknęła. - Ten cymbał ma jej sporo do wyjaśnienia! Powinien ją przeprosić!
Marcin zacisnął szczęki, Majka zaś spojrzała na Rose z nieukrywanym zdumieniem.
- Ale za co? - zapytała. - Za jedną z najpiękniejszych nocy w moim życiu?
- No nie mogę... - jęknęła Rose. - Naprawdę jesteś taka głupia? Naprawdę nie widzisz co on ci...
Lamps, widząc, że zanosi się na kolejną gniewną przemowę, postanowił działać. Stanowczym krokiem podszedł do Rose, odebrał jej kieliszek i odstawił na stół.
- Lampard, czy ciebie pogięło? - zapytała Rose.
Zamiast udzielić odpowiedzi, podniósł ją z fotela jak piórko i przerzucił przez ramię. Wasyl i Majka obserwowali jego poczynania w milczeniu, Rose natomiast, wyszedłszy z pierwszego szoku, zaczęła wierzgać, wrzeszczeć i okładać Franka pięściami.
- Odstaw mnie ty palancie! Natychmiast! Zabiję cię za to, kretynie! Postaw mnie!
- Myślę - rzekł Frank z olimpijskim spokojem, maszerując na korytarz - że Wasyl i Majka potrzebują nieco prywatności.
Zamknął za sobą elegancko drzwi. Po chwili wrzaski Rose oddaliły się i ucichły, widać Lampard wyniósł ją na piętro.
Majka spojrzała na Wasyla. Gapił się na padający za okem śnieg, ogryzając paznokieć kciuka, chyba niezupełnie świadomy tego co robi.
- No, co jest? - zapytała rzeczowo.
- Majka, ja ten, ona ma rację - wbił spojrzenie w dywan. - Powinienem cię przeprosić. Za to... za ten. Za wczoraj.
- Nie masz za co - powiedziała, dziwiąc się, że jej głos jest taki spokojny. Zdjęła czapkę, rzuciła ją na kanapę i zaczęła rozpinać płaszcz. - Stało się i cześć.
Marcin spojrzał na nią i szybko przeniósł wzrok na swoje dłonie.
- Nie powinno było - powiedział. - Moja wina, jestem totalnie rozpierdolony tym wszystkim i chyba potrzebowałem kogoś blisko...
- Twoja wina, moja wina, to nie ma znaczenia - głos Majki był miękki, niemal pieszczotliwy. Rzuciła płaszcz na kanapę i podeszła do Wasyla. - Popatrz na mnie. Proszę.
Uniósł głowę.
- Ja niczego nie żałuję - powiedziała, jej oczy lśniły. - Nie obwiniaj się, bo nie masz o co. Dobrze wiesz, że tego chciałam.
- Wiem. I właśnie dlatego nie powinienem był. Wiem, że ty... - przełknął ślinę. - Co ty czujesz. I ja nie...
- Marcin, wiem, że nie - przerwała mu. - Walczysz teraz o swoją rodzinę i małżeństwo, ja to rozumiem. Nie chcę ci utrudniać życia, nie chcę cię krzywdzić. Więc przestań się, do cholery, samobiczować, bo ja się nie czuję wykorzystana. Jestem dużą dziewczynką, wiedziałam co robię. I nie oczekiwałam, że to coś zmieni między nami.
- A jak się czujesz? - zapytał cicho.
Majka uśmiechnęła się.
- Czuję się bogatsza o piękne wspomnienia - odparła. - Poza tym jestem głodna. Chodź, zobaczymy co ta dwójka zdążyła zrobić w temacie śniadania.
- W sumie - rzekł Wasyl po zastanowieniu. - Też bym coś przekąsił. Ale nie wiem, czy nie należałoby wysłać Lampsowi wojska na pomoc. Tak ze dwie dywizje zmechanizowane.
- Myślę, że Frank poradzi sobie sam - Majka uśmiechnęła się od ucha do ucha. - On wie co robić.
Człowiek, o którym mówili, zamknął właśnie za sobą drzwi sypialni Rose, po czym posadził niesioną na ramieniu wściekłą furię na łóżku i sam usiadł obok niej.
- Co ty sobie wyobrażasz, Lampard? Że co jesteś, jakiś pieprzony mucho macho? - wrzasnęła. - Tarzan w niebieskich majtkach? Odbiło ci?
Frank uśmiechnął się jednym kącikiem ust.
- Jesteś cudowną kobietą, Rose - oznajmił. - Czasami jednak stanowczo zbyt dużo gadasz.
- Ja ci zaraz pokażę cudowną kobietę! - chciała się poderwać z kanapy, ale wylądowała w objęciach Franka. - Puść m... mmm...
Lampard odebrał jej możność mówienia w najprzyjemniejszy sposób jakiego może użyć mężczyzna wobec kobiety, to jest głębokim pocałunkiem. Rose próbowała się przez chwilę wyrywać, ale skapitulowała wobec wszechogarniającej rozkoszy, wywoływanej namiętnymi ustami i zwinnym językiem przez Franka. Pozwoliła mu się całować, coraz głębiej i coraz namiętniej, ale gdy jego wargi zsunęły się z jej warg na szyję, po czym powędrowały niżej, gwałtownie oprzytomniała.
Pchnęła go w pierś, aż się zatoczył w tył. Frank poczuł się jak człowiek, któremu ktoś gwałtownie wyciągnął spod nóg obłoczek, na którym szybował właśnie przez bramy raju.
- Rosie... - zaprotestował, wyciągając ręce.
Rose bez namysłu trzasnęła go otwartą dłonią w twarz.
- Nie nazywaj mnie Rosie! - ryknęła. - Coś ty myślał, że jak Wasyl zaliczył, to ty też będziesz mógł? Wszyscy jesteście tacy sami, banda idiotów myślących fiutem!
Wybiegła z sypialni. Drzwi zatrzasnęły się z taką siłą, że wiszący na ścianie obrazek zakołysał się i przekrzywił.
- No i skończyło się rumakowanie - westchnął smętnie Frank.
Piętro niżej, w kuchni, z sufitu posypał się tynk, lądując w półmisku z wędlinami.
- O cholera - Wasyl spojrzał w górę.
- Może jednak wezwjmy to wojsko? - zaproponowała Majka.
- Czołgi - uściślił Wasyl. - Dzwoń po czołgi!
Wydłubywali właśnie spomiędzy różowych plastrów szynki białe okruchy, kwicząc i zataczając się ze śmiechu (dopadła ich bowiem okrutna głupawka), kiedy do kuchni wparowała Rose.
Ujrzawszy rozbawioną parę zmarszczyła brwi, po czym chwyciwszy ścierkę jeła wydawać komendy.
- Wasyl, bierz tę szynkę i zjeżdżaj z nią do jadalni. I pilnuj, żeby koty nie zeżarły! - oznajmiła.
- Koty siedzą pod choinką i aureolki poprawiają - odparł Marcin, przezornie z daleka, znikając już za drzwiami. Rose zamknęła je i spojrzała na Majkę.
- Przeprosił cię? - zapytała.
Majka przerwała na moment wykładanie tostów do koszyka, wysłanego białą serwetką.
- Owszem - odparła spokojnie. - Wszystko sobie wyjaśniliśmy.
- I ty go tak traktujesz jak gdyby nigdy nic? - zdziwiła się Rose. - Przeleciał cię i poleciał i jest spoko?
- Dla mnie jest - odparła Majka, wracając do układania pieczywa. - Wyjmij maselniczkę, jest w kredensie.
- Ja nic nie rozumiem - Rose otwarła kredens z rozmachem i wyjęła porcelanową miseczkę z masłem. - Uważasz, że to normalne, że żonaty facet, który cię nie kocha, używa cię jako seksualnego ekwiwalentu chusteczki do nosa, bo mu smutno?
Majka zacisnęła szczęki i zamknęła oczy. Kiedy je na powrót otwarła lśniły podejrzaną wilgocią.
- Wiem, jak wygląda sytuacja - powiedziała. - I równie dobrze można powiedzieć, że to ja wykorzystałam jego. Przecież, do cholery, wiedziałam wczoraj, że jest kompletnie rozjechany emocjonalnie i skorzystałam z tego, żeby pójść z nim do łóżka. Z tego punktu widzenia to też wygląda chujowo, nie sądzisz?
- No tak jakby, ale...
- Ale co? Oboje jesteśmy dorośli, oboje wiedzieliśmy, że to zły moment. Stało się i co ja na to poradzę? Przecież nie będę mu tym truła dupy w chwili, kiedy on ma na głowie wyjątkowo paskudny rozwód, a my wszyscy wielką misję ratowania świata. Kiepski moment, żebyśmy się na siebie wzajem obrażali.
Czajnik elektryczny prztyknął przyciskiem i zionął parą. Rose zalała wrzątkiem susz herbaciany w imbryczku, po czym spojrzała poprzez obłoki pary na Majkę.
- Mimo wszystko sądzę, że Wasyl powinien dostać po nosie - stwierdziła. - Zachował się jak idiota.
Majka westchnęła rozdzierająco.
- Ale nie wrzeszcz już na niego, dobra? Wiem, że masz dobre intencje i dziękuję ci, ale odpuść mu. Wie czym zgrzeszył, już nie będzie, a my się musimy trzymać razem.
Skończywszy tę przemowę, zabrała koszyk z tostami i wyszła. Rose patrzyła przez chwilę na drzwi, potem w brunatną otchłań herbaty w imbryczku.
- Oni seks wczoraj uprawiali - zapytała pustą kuchnię - Czy on jej lobotomię penisem zrobił?
Chwilę wcześniej w jadalni zjawił się Lamps. Minę miał rozanieloną, na policzku zaś czerwoną odbitkę dłoni.
- Przeżyłeś, gratuluję - Wasyl uniósł w górę kciuk.
- Ostra z niej dziewczyna - stwierdził Frank, osuwając się na krzesło w rozmarzeniu. - Ale jak się te kolce z wierzchu usunie, to ja ci mówię... Cudo, nie kobieta!
Wasyl rozejrzał się dookoła, podrapał po czuprynie, po czym wydobył z barku flaszkę czerwonego wina.
- I tak nikt dzisiaj nigdzie nie jedzie, więc możemy zacząć od rana - oznajmił. - Dzwoniłem do klubu, trening odwołany, drogi zasypane, generalna masakra.
Nalał szkarłatnego napoju do dwóch kieliszków.
- Za cuda, nie kobiety - wzniósł toast. - I zainwestuj w dobre obcęgi, stary.
- Obcęgi? - zdziwił się Frank, unosząc swój kieliszek. - Do czego?
- Do usuwania kolców - wyjaśnił Wasyl.
W eleganckim apartamencie, w sypialni z widokiem na imponującą, acz mocno zaśnieżoną, panoramę Leicester, dominującym kolorem był grafitowy. Tej barwy były ściany, podłoga, wyłożona włoskim marmurem, oraz wielkie łoże, zasłane pościelą w kolorze, a jakże, grafitowym. Nad łożem wisiało na ścianie gigantyczne, czarno-białe zdjęcie, przedstawiające Roberta Geya w grafitowym garniturze, na suficie zaś lustro. Pan Grey lubił oglądać sam siebie, a jego asystent, Hinten Linksarsch, lubił zakradać się do tego pokoju na chwilę prywatnej przyjemności, kiedy jego pracodawcy nie było w domu.
Tym razem jednak był i spoczywał na łożu, odziany w szlafrok w ulubionym kolorze, poddając się masażowi stóp, wykonywanemu przez młodą Tajkę.
Zaczynał się już nudzić. Nie obchodził świąt, żadnych, prócz własnych urodzin, cały ten zamęt z choinkami i tak dalej działał mu wyłącznie na nerwy. Pragnął rozrywki i pobudzenia, a jego najważniejsze interesy musiały chwilowo pójść w odstawkę. Zrobiło się za dużo szumu, to tylko szkodziło rozwojowi spraw, a teraz zdziałał już tyle, że mógł pozwolić sobie na małą przerwę.
- Zjeżdżaj - kopnął dziewczynę nogą. Pozbierała olejki i znikła za drzwiami, powiewając welonem czarnych włosów. - Hiiiiiiinteeeeeeen!
W głębinach apartamentu zabrzęczało tłuczone szkło.
- Już idę, panie Grey! - głos asystenta był stłumiony i chyba zaspany.
Grey westchnął. Dawno by zwolnił tego niezgrabnego cymbała, gdyby nie był on tak przeraźliwie lojalny i oddany. No i dawał sobą pomiatać jak nikt inny, co Greya niezmiernie bawiło.
- Nudzę się - oznajmil Grey wchodzącemu asystentowi. - Wymyśl coś!
- Ale co proszę pana? - Hinten zamrugał swoimi rybimi oczyma.
- To ja mam wiedzieć? - warknął Grey. - Coś, żebym się nie nudził!
- Moe ten nowy burdel w Rothley? Bardzo dyskrety i ekskluzywny - zasugerował Hinten.
- Idiota - orzekł zwięźle jego pryncypał.
- A wyjście do klubu...?
- Masz ograniczoną wyobraźnię. Burdele, kluby, co jeszcze, może puby? - Grey poprawił fryzurę, przegladając się w sufitowym lustrze. - A właśnie, a'propos pubów, czy złożyliśmy kolejną propozycję tej tam całej Montoyi?
- Jeszcze nie szefie - odparł pospiesznie Hinten. - Sam pan kazał poczekać.
- Zmieniłem zdanie. Przynieś mi telefon.
Grey poczuł falę rozkosznej ekscytacji. To mogło być naprawdę dobre.
Pierwsze święto toczyło się leniwie. Po śniadaniu cała czwórka, waz z psem, udała się na długi spacer. Ulepili dwa bałwany, przy czym Rose twierdziła, że jeden powinien nazywać się Wasyl, a drugi Frank, stoczyli krótką, ale zajadłą wojnę na śnieżki, potem zaś rozegrali mecz z użyciem bryły śniegu zamiast piłki. Za każdym kopnięciem Kepler usiłował łapać śniegową piłkę w zęby, przeto Wasyl uznał, że pies sędziuje.
Zmarznięci, wrócili do domu, by rozgrzać się przy filiżance kawy, lub herbaty, wedle uznania. Rose nastawiła indyka, który, upiekłszy się, okazał się wyborny. Trawili właśnie błogo, przy kieliszku czegoś mocniejszego, oglądając w telewizji stary western, gdy w świąteczną atmosferę wdarło się brzęczenie komórki.
Mamrocąc coś gniewnie Rose wydłubała aparat z kieszeni dżinsów i przyłożyła do ucha.
- Sekretarz Greya, ten jak mu tam, Zadek, Dupek... - powiedziała.
- Hinten? - podpowiedziała Majka.
- No wiedziałam, że coś z tyłem! - ucieszyła się Rose. - Zapowiedział uroczyście, że jego szef chce ze mną gadać.
- Grey? - zdziwił się Lampard. - A czego ta menda chce?
Rose przełączyła na głośnomówiący, Wasyl zaś wyciszył telewizor.
- Słucham - przemówiła tonem, sugerującym, że wcale nie ma ochoty słuchać.
- Panna Montoya? - w głosie Greya brzmiała uwodzicielska nuta.
- Nie, arcybiskup Canterbury, właśnie błogosławię fabrykę wibratorów. Czego pan chce?
Wasyl, który właśnie pił piwo, zakrztusił się. Pomocna jak zwykle Majka jęła go klepać po plecach, co zabrzmiało jak seria dudniących grzmotów.
- Ma pani tam burzę? - zdziwił się Grey.
- Aha, z piorunami - przyświadczyła Rose. - A na herbatkę o piątej wpadnie tornado. Czego pan u diabła chce?
- Niczego. Wręcz przeciwnie, to ja mam propozycję dla pani - w głosie miliardera zabrzmiała fałszywa słodycz. - Bardzo korzystną propozycję.
- Ta? A niby jaką?
- Pani pub ostatnio na siebie nie zarabia, prawda?
- Gówno prawda, tarzam się w kasie jak Scrooge.
- Uwierzyłbym, gdybym nie wiedział, że służby sanitarne zamknęły Ten Bells przed samymi Świętami. A to wszystko dlatego, że odrzuciła pani pewną bardzo korzystną ofertę...
Rose zgrzytnęła zębami.
- Mam rozumieć, że to twoja robota, ty pieprzony świrze? - warknęła. - To ty zamknąłeś mi pub?
Ze słuchawki dobiegł śmiech.
- Mam duże wpływy, panno Montoya - rzekł Grey. - Tak duże, że sanitarni otworzą pani lokal z powrotem na jedno moje skinienie.
- Ale nie za darmo, jak sądzę? - zapytała sarkastycznie Rose.
- Bystra z pani osoba. Widzi pani, uraziła mnie pani odrzuceniem propozycji wysuniętej przez moją firmę. Jestem jednak człowiekiem wielkodusznym i chętnie puszczę tę urazę w niepamięć. Musi pani tylko okazać gotowość do rozmowy ze mną.
- Mianowicie jak?
- Proszę, aby przyszła pani na prywatne spotkanie ze mną, w Sylwestra. Tylko my dwoje.
Szczęki Lamparda zacisnęły się, a jego oczy zabłysły jak stal.
- Pan mi proponuje randkę? - zapytała Rose, zdumiona.
- To pani interpretacja. Aha, o pani stroju decyduję ja. I uprzedzam, jeśli poczuję się bardziej urażony, zamknę ten pani przybytek na zawsze.To jak będzie?
Frank, Majka i Wasyl zamarli w oczekiwaniu na soczystą wiązankę pod adresem Greya. Odpowiedź Rose zaskoczyła ich.
- Muszę się zastanowić.
- Ma pani czas do trzydziestego grudnia. Do zobaczenia, panno Montoya.
W salonie zapadła głęboka cisza. Rose schowała telefon do kieszeni, Lampard natomiast poderwał się, chwycił stojącą na stole butelkę wina, nalał sobie pełny kieliszek i wychylił od razu do dna.
- Ty chyba nie zamierzasz spotykać się z tym czubkiem? - stanął nad Rose.
- A mam inne wyjście? - zapytała jadowicie. - I tak zarobki ze Świąt i Sylwka mam z głowy, a to kupa kasy.
- Al Grey to psychopata! Cholera wie co ci może zrobić, zgwałci cię, albo zamorduje i co?
- I będę nieżywa. Frank, czy ty przypadkiem trochę nie histeryzujesz?
- Nie chcę się wtrącać - rzekł ostrożnie Wasyl. - Ale ten facet na normalnego mi nie wygląda.
- Lampard? - zapytała Rose zgryźliwie.
- Nie! Grey! Lamps może trochę przesadza, ale sam na sam z tym typem faktycznie może być niebezpieczne.
- Też mi się tak wydaje - mruknęła Majka.
- A co mam zrobić? Stracić źródło utrzymania i przy okazji pozbawić pracy trzy inne osoby?
- Dwie - poprawił Lampard. - Kelnerki ostatnio masz z agencji pracy.
- No to dwie, tak się składa, że to moi przyjaciele, którzy wiele dla mnie zrobili. I co, mam patrzeć jak lądują na bruku?
Frank chwycił się za głowę.
- Rose, do cholery, ja zapłacę łapówkę sanitarnym, zatrudnię twoich kucharzy, ja ci nowy pub nawet kupię, ale odpuść sobie!
Rose wstała i spojrzała mu prosto w twarz. Przez chwilę mierzyli się oczyma, jej czarne i płonące przeciw jego morskim.
- Lampard, ja nie będę chować się za twoimi plecami - powiedziała dobitnie. - Sama załatwiam sobie sprawy.
- I sama załatwisz sobie gwałt! - wybuchnął Frank.
Rose tylko patrzyła na niego w milczeniu.
- Chrrryste... - jęknął. - Wolałbym już zakochać się w Godzilli.
- A zakochałeś się w Rose? - wyrwało się Majce.
Lampard klapnął na fotel i przygarnął do siebie butelkę z winem.
Rose pozostała nieprzejednana. Mimo próśb i perswazji przyjaciół, a także awantur ze strony Franka, była zdecydowana przyjąć propozycję Greya.
Trzydziestego stycznia pod Ten Bells pojawił się posłaniec z wielką paczką, zawiniętą w grafitowy papier.
- Od pana Greya. Kazał zapytać, czy pani przyjmuje jego propozycję - rzekł, podając pakunek Rose.
- Przyjmuję - odparła Rose. - Co to jest?
Spojrzał na nią wrokiem śniętego dorsza.
- W środku pan Grey załączył liścik - odparł. - Jutro o ósmej przyjedzie po panią limuzyna.
To rzekłszy rzucił jej, nie wiedzieć czemu, spojrzenie pełne urazy, odwrócił się na pięcie i poszedł.
Rozpakowywała właśnie paczkę, gdy do środka wtoczyła się nierozłączna ostatnio trójka, czyli Wasyl, Majka i pies. Od czasu wigilijnego incydentu Marcin chodził za Majką jak kwoka, pilnując jej prawie na każdym kroku, zapewne w ramach zadośćuczynienia.
- Co to jest? - zapytała Majka, wskazując dwa grafitowe pudła w zwojach grafitowego papieru, leżące na jednym ze stolików.
- Przesyłka od Greya - mruknęła Rose. Otworzyła bardziej płaskie z pudeł i wyjęła zeń krwistoczerwoną sukienkę. Dekolt tej kreacji, wycięty w szpic, sięgał, bez żadnej przenośni, pępka, podobnie rozległe wycięcie, trzymane w kupie tylko dwoma cieniusieńkimi sznureczkami, znajdowało się też na plecach, spódnica zaś musiałą kończyć się centymetry poniżej krocza nosicielki.
Wasyl gwizdnął przeciągle.
- Kiecka wystawowa - orzekł. - No wszystkie wdzięki są na wystawie, nie pozostaje nic dla wyobraźni - wyjaśnił w odpowiedzi na pytające spojrzenia dziewczyn.
W tym momencie drzwi frontowe szczękneły i w progu pojawił się Lampard.
- Rose, mam rozwiązanie! - zawołał, potrząsając trzymanym w dłoniach pudełkiem. Potem wzrok jego padł na trzymaną przez Rose sukienkę.
- Co to jest? - zapytał, blednąc i czerwieniejąc na przemian.
- Grey to przysłał - wyjaśniła Majka. - Rose ma to włożyć na spotkanie.
- To? - Lampard wskazał palcem skąpą kreację. - Ten strój służbowy prostytutki?
Rose bez słowa odłożyła kieckę i otwarła drugie pudło. W środku znajdowały się srebrne buty na niebotycznie wysokich obcasach i z platformami o rozmiarach Empire State Building.
- Pięknie. Przysłał ci ciuchy dla dziwki - rzekł jadowicie Frank.
- Nie wątpię, że o dziwkach i ich upodobaniach odzieżowych wiesz sporo, Lampard - odcięła się Rose.
- Nadal masz zamiar tam iść? - zapytał prosto z mostu.
- Owszem - odparła Rose zimno. - Mam.
- Wobec tego, będziesz pod tą kiecką nosić to - postawił obok darów od Greya swoje pudełko i wydobył z niego mały czarny przedmiot, zakończony kilkunastoma centymetrami cienkiego kabelka.
- Co to jest? - zapytała nieufnie. - Podsłuch? Zdurniałeś?
- Nie ja, ty zdurniałaś, jeśli myślisz, że puszczę cię tam bez żadnego zabezpieczenia - Frank przysunął się tak bardzo, że Rose mimo woli usiadła na stole. Dłonie mężczyzny spoczęły na blacie po obu stronach jej bioder, a twarz znalazła się o milimetry od jej twarzy. - Prędzej sam się w tę kieckę ubiorę i pójdę do Greya, niż powolę tobie rzucić się na pastwę kaprysów tego czubka. Zrozumiałaś?
- Bo co? Zatrzymasz mnie siłą? - odparowała.
- Zamknę cię w cholernym schowku na szczotki - rzekł.
Majka wyobraziła sobie Lamparda w czerwonej, wydekoltowanej kiecce i dostała głupawki, tymczasem Frank kontynuował.
- Będziesz nosiła ten mikrofon, a ja będę siedział przy odbiorniku na dole. Jeśli ten buc spróbuje czegoś głupiego, wejdę tam razem z drzwiami i tak mu sklepię mordę, że nie będzie wiedział, którędy na górę. Nie pozwolę, żebyś ryzykowała swoim bezpieczeństwem.
Rose otworzyła usta do jadowitej riposty, ale oczy Franka lśniły tak stalowym uporem, że zrezygnowała.
- No dobra - rzekła niechętnie. - Założę ten parszywy kabel, niech ci będzie.
- Grzeczna dziewczynka - pochwalił.
Natychmiast trzepnęła go lekko po głowie.
- Nie przeginaj - ostrzegła.
Chwilę później pojawił się Walter, który zdołał się wyrwać na moment ze szponów mamusi i rozmowa zeszła na tematy bardziej historyczne.
- Odkryłem w archiwum miejskim, że działka na której, na której stoi twój pub, była kiedyś częścią znacznie większej parceli, nazywanej "Black Anny's Bower Close".
- To znaczy, że te drzwi, to może być to? Wejście do jaskini Czarnej Annis i do tego tam przejścia międzywymiarowego? - zapytała Majka.
- Może, ale nie musi - odpowiedział Lampard. - Kiedy w dwudziestoleciu międzywojennym budowano tu osiedle, dawne parcele dzielono na znacznie mniejsze działki.
- Tak. Z "Black Anny's" zrobiono kilkanaście działek, nie wiemy, nie wiemy na której było wejście. Ale to bardzo, bardzo prawdopodobne.
- Babcia zbierała historyczne dokumenty na temat tego miejsca - powiedziała Rose. - Szukałam ich, po jej śmierci, ale gdzieś przepadły.
- Czekaj, a ta szkatułka, którą znaleźliście? - wtrącił się Wasyl.
- Jeszcze jej nie otworzyliście? - zgorszył się Walter.
- Zapomniałam! - wrzasnęła Rose. - Idiotycznie i na śmierć o niej zapomniałam, okej? Miałam na głowie mnóstwo innych rzeczy, a ten tu nawet mi nie przypomniał!
Wskazała Lamparda.
- Moja wina - rzekł Frank. - Masz klucz do tej szkatułki?
- Wiem gdzie jest - powiedziała z ociąganiem. - Ale nie lubię tam chodzić.
- Przepraszam, że się wetnę - rzekła grzecznie Majka. - Chciałam zapytać, czy to jest bardzo pilna kwestia. Ostatecznie wiemy, że te drzwi to prawie na pewno TE drzwi, ostatecznie potwory nie wyłażą z piwnicy Rose bez powodu. Zabezpieczyliśmy je na razie i teraz powinniśmy się skoncentrować na tym, żeby Rose nie straciła pubu, nie tylko dlatego, że stanowczo nie życzymy sobie jej ruiny, ale i dlatego, że wtedy stracimy kontrolę nad drzwiami. A wyobrażacie sobie co ten świr Grey mógłby odwinąć, gdyby je odkrył?
Wzdrygnęli się wszyscy, jak na komendę.
- Majka ma rację - powiedziała Rose.
- Dlatego na razie zajmiemy się panem Greyem, a szkatułkę otworzymy sobie w Nowy Rok, na spokojnie - orzekł Lampard. - Musimy poćwiczyć posługiwanie się tą radiostacją, żeby wszystko było sprawnie.
- Ej, ja też chcę jechać - zgłosił się Marcin. - Co cztery pięści, to nie dwie.
- Ja też jadę! - oznajmiła stanowczo Majka.
Wasyl popattrzył na jej małe dłonie i zachichotał.
- Też chcesz pięści użyczać? - zapytał.
- Nie, ale mogę poszczuć tego psychola psem, jakby co!
Rose zatoczyła oczyma.
- Jezu, cały orszak będę miała - powiedziała, wzdychając.
- Jest tylko jeden problemik - oznajmił Lampard. - Wasyl, możemy wziąć twoją furę? Za mną sie ostatnio ciągną papsy. Jeden zdaje się siedzi w tej chwili w ogródku naprzeciwko.
Marcin pokręcił głową.
- Nic z tego stary - oznajmił smutnie. - Za mną też się ciągną, jak kurwy za wojskiem. Rano sąsiadka obiła paparucha miotłą, bo jej rabatki deptał. Zimozielone.
- Weźmiecie mojego garbusa - ucięła Rose. - Jakoś się pomieścicie.
- Ja się nie wtrącam, Rose - rzekł Walter. - To twój pub. Ale ten Grey to jest zły, bardzo zły człowiek! Lepiej uważaj, nie chcę, żeby ci zrobił krzywdę.
- Niechby tylko spróbował - powiedział Lampard, takim głosem, że wszystkim ciarki po grzbiecie przeszły.
W sylwestrowy wieczór, punktualnie o godzinie dwudziestej, przed pub zajechała bezszelestnie czarna, lśniąca limuzyna.
- Przyjechał! - wrzasnęła czatująca przy oknie w salonie Majka. - Lećcie po Rose!
Wasyl popędził do sypialni, otworzył z rozmachem drzwi i zamarł, ponieważ Montoya stała przed lustrem w samej bieliźnie.
- O rany, przepraszam - wymamrotał, cofając się.
- No ja myślę - odparła, posyłając mu zabójcze spojrzenie.
- Ty, podglądaczem zostałeś? - Lampard wyrósł znienacka za plecami Wasyla. - Uważaj no...
- Gorzej ci? - Marcin postukał się palcem w czoło. - Ty lepiej idź do niej i mikrofon jej przyklej.
Lampard wszedł do sypialni, po czym pięć sekund później wyleciał za drzwi, jak wyrzucony z katapulty.
- Wywaliła mnie - powiedział. - Sama se przyklei.
Rose wyszła dziesięć minut później, odziana w kreację od Greya. Pod nią, jednakże, nosiła czarne legginsy i takiż golf z cienkiej tkaniny.
Na twarzy Lamparda odmalowała się mieszanina ulgi i rozczarowania, Wasyl zaś poddał dziewczynę dokłądnej inspekcji wizualnej, po czym uniósł brew.
- Facet nie będzie zadowolony - orzekł.
- No ja myślę - mruknęła Majka. - Nastawił się na cycki na talerzu, a dostanie zakonnicę.
- Niech się wypcha - odparła gniewnie Rose. - Nie będzie byle szmaciarz w moje cycki się gapił! Poza tym przeczytałam jego liścik trzy razy i o tym co ma być pod kiecką nic nie było. Dobra, idę.
Włożyła płaszcz, wzięła torebkę i wyszła. Majka zowu zawisła przy oknie, patrząc co się dzieje przed pubem.
- Wsiada - raportowała. - Odjeżdząją! Lecimy!
Zbiegli ze schodów, przy czym Kepler wpadał wszystkim pod nogi, i wbili się do garbusa, na którego desce rozdzielczej spoczywał już radioodbiornik.
Tymczasem limuzyna zajechała pod apartamentowiec Greya i zatrzymała się przy prywatnym wejściu. Szofer otworzył drzwi. Rose wysiadła i zgodnie z instrukcjami z liściku, podeszła do ochroniarza o rozmiarach szafy, pełniącego straż przy wejściu. Pokazała mu liścik, została wpuszczona do hallu, po czym stanęła przed drzwiami windy, nad którymi łypała ciekawsko kamera wideofonu.
Rose nacisnęła przycisk pod niewielkim ekranem. Zamigotało i na ekranie ukazała się gęba Greya, odzianego w grafitowy garnitur ("Niedługo zacznę rzygać tym kolorem" pomyślała Rose), któremu zza ramienia wyglądał Hinten.
- Miałaś włożyć to co ci kazałem!- syknął Grey.
- Grey, czy tobie czasem fortepian na łeb nie spadł i dostałeś od tego zaćmy? A co ja do cholery mam na sobie?
- Szefie, panna Montoya w istocie ma sukienkę od pana. - zająkał się Hinten.
W Greyu zagotowało się jak w czajniku.
- Kurwa a co ty masz pod spodem? Co to jest? Miałaś mieć tylko sukienkę!
- Grey ciepisz na sklerozę? Kazałeś mi założyć tę szmatę, ale słowem się nie zająkałeś, że mam pod spodem nic nie mieć - Rose wzruszyła ramionami.
Twarz milionera przybrała odcień śliwkowy.
- Hinten, kurwa, nie napisałeś, że ma przyjść z gołą dupą? - warknął.
- Ale panie Grey pan mi sam dyktował... - Hinten wyglądał jak karp na pięć sekund przed oberwaniem młotkiem.
- Spierdalaj mi stąd i żebym cię do jutra nie widział! - zawył Grey. - Bo jak cię kopnę w dupę, to do Monachium dolecisz, ty wyskrobku niedojebany!
- Cóż za kultura - zauważyła z przekąsem Rose.
- Zapraszam na górę - mruknął Grey i wyłączył interkom.
Rose westchnęła i weszła do windy. Sylwester zapowiadał się nieciekawie.

________________________________________________
Witajcie w Nowym Roku! Oto pierwszy tegoroczny odcinek, mam nadzieję, że się spodoba :)



A Hylllllwefter był... udaaany! Hik!
Martina