Umieram i nie mogę mieć nadziei
Chcę cię mieć przy sobie
Bez twojej miłości nie umiem żyć
Natalia Oreiro "Me muero de amor"
Penthouse Greya wydawał się ciągnąć kilometrami, złożonymi
monotonnie z lśniących posadzek, grafitowych ścian i niezmiernie
artystycznych czarnobiałych fotografii portretowych,
przedstawiających oczywiście Roberta Greya. Rose stwierdziła w
duchu, że jeśli zaraz nie dojdą do miejsca, w którym ma odbyć
się kolacja, ona niechybnie umrze z nudów.
Na szczęście zanim to nastąpiło, zestrojony w czarny smoking
gospodarz doprowadził ją do małego saloniku z wyjściem do ogrodu
na dachu i imponującym widokiem na rozświetlone miasto nocą. Sam
pokój tonął w nastrojowym półmroku, rozbrzmiewała w nim także
sącząca się nie wiadomo skąd muzyka, ten rodzaj mdłej papki,
którą puszcza się w windach, a którą Rose zwykła określać
mianem plumkania.
Srodek pomieszczenia zajmował stół, nakryty dla dwóch osób, na
którym płonęły obowiązkowe świece, w ich blasku zaś, na małym
stoliku obok, polśniewało mdło srebrne wiaderko z lodem, z którego
wystawała szyjka butelki szampana. W tle, jak rozmazana krwawa
plama, majaczyła ustawiona strategicznie asymetryczna sofa, kryta
jaskrawoczerwoną skórą.
- Widzę, że patrzysz na mój najnowszy nabytek - zamruczał Grey,
prosto do ucha Rose. Stał teraz za nią, tak blisko, że czuła jego
oddech na swoim karku. - To prawdziwy safian, kochanie.
Zaprojektowali ją światowej sławy designerzy, mistrzowie w swoim
fachu. Kempke&Vyssio.
- A myślałam, że podprowadziłeś ją z jakiegoś burdelu -
odparła Rose, odsuwając się na bezpieczną odległość. Wskazała
jedno z krzeseł przy stole - Rozumiem, że mogę usiąść?
- Nie chciałabyś poczuć tej miękkości na swojej skórze? - Grey
najwyraźniej nie mógł się oderwać od kanapy. - Na swym nagim
ciele?
- Zaraz poczujesz twardość mojej pięści na swym ryju - warknął
Lampard, wiercąc się nerwowo za kierownicą garbusa. Odbiornik, z
migoczącą czerwoną diodą, stał na desce rozdzielczej, a trójka
przyjaciół wpatrywała się w niego, tak, jakby oczekiwali, że
oprócz fonii dostaną też wizję. Wasyl siedział na fotelu
pasażera, wychylająca się z tylnego siedzenia Majka wisiała mu na
ramieniu, a przycupnięty obok niej Kepler, zarażony ogólną
atmosferą niepokoju, ziajał nerwowo, przez co wszystkie szyby były
gruntownie zaparowane.
-...Hiszpanką, zmysłowym dzieckiem południa - zatrzeszczał
głośnik. - Jestem pewien, że potrafisz docenić prawdziwą
rozkosz, prawdziwą symfonię zmysłów.
- Co za pierdoły - mruknął jadowicie Lampard, miotany gwałtownymi
emocjami. - Palant symfoniczny!
- Ciii, Rose coś mówi! - syknęła Majka.
- Nie przyszłam tu słuchać pierdafonów o zmysłach, tylko
rozmawiać o interesach - Rose rozsiadła się przy stole. - No więc?
Grey zacisnął szczęki. Równie dobrze mógłby podrywać
Stonehenge. Ta dziewczyna była tak absolutnie nieczuła na jego
zaloty, jakby ją z kamienia zrobiono.
- No więc - rzekł, odsuwając sobie krzesło. - Może zaczniemy
jednak od kolacji. Przy posiłku lepiej się rozmawia.
Odkrył półmiski.
- Sushi? Kawioru? Może ostrygi? - zapytał, wskazując dania
królewskim gestem.
Pacan, pomyślała Rose. I na pewno żadnego dania nie zrobił sam. A
Lampard potrafi zrobić takiego łososia, że kapcie spadają...
- A to jest dzieło sztuki kulinarnej - rzekł Grey, podnosząc
pokrywę kolejnego półmiska. - Sam je wymyśliłem. Sushi Greya!
Rose spojrzała i zamarła. Na poduszeczkach z gotowanego ryżu
leżały płaty różowego mięsa jakiejś ryby, uformowane tak, że
przypominały wargi sromowe. Wejście do pochwy imitowały pozbawione
skorupy małże, a łechtaczkę ikra rybia. Całość miała
makabrycznie realistyczny wygląd.
- Najlepszy ryż basmati - mruczał Grey, obejmując Rose ramieniem.
- Mięso tuńczyka błękitnopłetwego, ikra bieługi i najdroższe
przegrzebki jakie tylko możesz znaleźć.
Fala mdłości podeszła do gardła Rose. Dziewczyna przechyliła
się, bezceremonialnie wyszarpnęła z wiaderka butelkę szampana,
rozsypując lód dookoła i pospiesznie otworzyła. Korek wystrzelił
z hukiem, przeleciał przez pokój i utkwił w kolejnym czarno-białym
portrecie, precyzyjnie między oczami Greya. Rose nalała sobie
pospiesznie do pełna, rozlewając zaledwie odrobinę, wychyliła
kieliszek jednym haustem, po czym z całą stanowczością
zatrzasnęła pokrywę na półmisku z sushi Greya.
- Nie otwieraj, jeśli nie chcesz zobaczyć dzieła sztuki
dekonstrukcji kulinarnej, znanego jako Paw Rose - ostrzegła.
Grey poczuł się zgorszony i rozczarowany. No przecież to zawsze
działało!
Rose wypiła drugi kieliszek, odchrząknęła i spojrzała na
milionera.
- No dobra, pogadaliśmy, obejrzeliśmy rybną cipę, możemy przejść
do konkretów?
Lampard i Wasyl spojrzeli na siebie zdumieni.
- Jaką cipę on jej pokazał? - zapytała Majka, nieomal zjeżdżając
Wasylowi na kolana.
- Nie mam pojęcia, nie dosłyszałem - odparł Wasyl, podpierając
ją ramieniem. - Zaraz mi tu zlecisz.
Majka cofnęła się nieco, szturchając przy tym Lamparda łokciem w
ucho.
- Oj, przepraszam. Myślałam, że jest facetem, skąd on wziął
cipę?
- Trans jakiś? - brwi Franka zbiegły się w zatroskanym grymasie. -
Mówiłem, że to zbok! Idę tam!
- Siedź na razie - Wasyl przytrzymał Lamparda za rękę, tak na
wszelki wypadek.
- Cicho, ten żłób coś powiedział! - skarciła ich Majka.
- Cieszę się, że przynajmniej szampan ci smakuje - rzekł cierpko
Grey. - Choć planowałem otworzyć go raczej w okolicach północy.
- Myślałeś, że ja tu będę do północy kwitnąć? - zdziwiła
się Rose. - No raczej nie. Co z moim pubem?
- Mówiłem, że mogę cofnąć zakaz sanitarnych - odparł Grey,
coraz bardziej wyprowadzony z równowagi. - Ale musisz wykazać chęć
współpracy. Rozumiesz?
- Nie rozumiem - odparła. - Na czym ma to polegać?
Grey zerwał się gwałtownie z krzesła i chwycił Rose za
nadgarstek, zmuszając ją do wstania.
- Dobrze wiesz na czym - rzekł, chwytając ją w objęcia. Chciał
ją pocałować, ale gdy zbliżył swe usta do jej warg, chwyciła go
za uszy i pociągnęła z całej siły.
- Aaaaaau! - milioner złapał się za poszkodowane organy, tym samym
puszczając Rose z rąk. - Popieprzyło cię?
- Chyba ciebie - odparła Rose. - Co się pchasz z dziobem? Myślisz,
że skurwię się za cenę pubu?
- Będę cię mieć!- rzekł rozzłoszczony Grey. Jego jasne oczy
lśniły furią. - Nieważne za jaką cenę!
- Mieć to możesz świnię w oborze, a nie mnie! Ja, Grey, należę
wyłącznie do siebie! - odparła Rose, jednocześnie zsuwając z nóg
buty na potwornie wysokim obcasie.
Lampard usiłował wysiąść z samochodu, nie zdołał jednak, bo
Wasyl i Majka przytrzymali go za kurtkę.
- Puszczajcie! - wrzasnął. - Przecież on jej coś zrobi!
- Nie doceniasz Rose - rzekła Majka proroczo. - Prędzej ro ona jemu
coś zrobi.
Grey zaśmiał się szyderczo.
- Nie, Różyczko, nalezysz do mnie - oznajmił. - Jesteś na mojej
łasce, w moim mieszkaniu i nie wyjdziesz stąd, póki nie zechcę. A
teraz mi się oddasz...
- Nie oddałam się jeszcze żadnemu facetowi - odparła Rose z
godnością. - I z całą pewnością nie oddam się tobie, żałosny,
bogaty kutasino.
- Nie? - Grey wyszczerzył zęby.
- Nie - głos Rose mógł zamrozić na kamień nawet wybuchający
wulkan, razem z lawą.
- Zobaczymy - Grey złapał ją za przedramię, wolną dłonią
szarpiąc dekolt czerwonej sukienki. Rose wykonała niewielki ruch
ręką i nagle okazało się, że to ona trzyma Greya, wykręcając
mu rękę za plecami.
- Bardzo chętnie ci ją złamię, jeśli tylko dasz mi powód -
zapewniła.
Grey szarpnął się, po czym poczuł, że ból w wykręconym
ramieniu stał się nie do zniesienia. Coś trzasnęło mu głośno w
stawie barkowym. Zawył niczym kojot w księżycową noc, czując jak
kroplisty pot występuje mu na czoło.
Rose zwolniła uścisk i odepchnęła Greya od siebie, myśląc, że
ma już dosyć, on jednakże natychmiast się na nią rzucił.
- Błąd - rzekła Rose przez zaciśnięte zęby, waląc napastnika w
twarz prawym prostym, który Wasyl, miłośnik boksu, obdarzyłby
zapewne najwyższym uznaniem. Chrupnęło niemiło, z nosa Greya
popłynęła krew, plamiąc szkarłatem śnieżnobiały gors jego
koszuli.
Milioner zachwiał się, po czym spróbował uderzyć Rose pięścią.
Dziewczyna wykonała unik, po czym wymierzyła Greyowi takiego
sierpowego w szczękę, że w podsłuchu zrobiło się sprzężenie.
Przeraźliwiy wizg i skrzypienie zagłuszyły na moment odgłosy
walki, raniąc uszy podsłuchujących. Potem dało się slyszeć
głośne łupnięcie, połączone ze stęknięciem Rose, po czym w
głośniku rozległ się cichy i jakby zdziwiony głos Greya.
- Moje... jaja - stwierdził milioner. - Kopnęłaś mnie w jaja.
- Brawo Rose! - wykrzyknął Wasyl, śmiejąc się od ucha do ucha.
- Brawo Rose! - zawtórowała mu Majka.
Przybili sobie radośnie piątkę, tymczasem Lampard poczuł się
irracjonalnie dumny. co za kobieta...!
Tymczasem Grey, ściskając oburącz krocze, osunął się najpierw
na kolana, potem zaś przewrócił się na bok i tak został,
opierając czoło o nogę stołową.
- To chyba koniec naszej randki - rzekła drwiąco Rose. - Wyglądasz
na niedysponowanego, pójdę więc do domu.
Ruszyła ku drzwiom, potem się zatrzymała.
- Zapomniałabym - rzekła, ściągając przez głowę czerwoną
szmatę. - To twoje.
Podeszła do leżącego milionera i rzuciła mu kieckę na twarz. W
tym momencie zaczął się podnosić, chwytając ją za nogi.
- Jeszcze nie masz dość? No to będzie deserek. - Chwyciła ze
stołu półmisek z sushi w kształcie damskiej anatomii. - Cipa
rybna dla pana, smacznego.
Walnęła go półmiskiem w głowę. Rozległo się dźwięczne
"bonnnnnnnnng!" i Grey, obsypany kawałkami ryby i małż,
osunął się na posadzkę.
- Dobranoc, panie Grey - rzekła Rose, wychodząc.
- Przez nokaut wygrała Rose! - obwieścił Wasyl. Lampard nie mógł
już wytrzymać, wyskoczył z samochodu i pobiegł do drzwi, przy
których wciąz sterczał ochroniarz.
Rose ukazała się w nich kilka minut później.
- Chyba nie doszliśmy do porozumienia - powiedziała, widząc
Franka. Lampard bez namysłu chwycił ją w ramiona i przygarnął do
swej szerokiej piersi.
- Nic ci nie jest! - jęknął. - Jezu, jak ja się bałem!
Tulił ją przez chwilę bez słowa, całując jej włosy. Rose
poddawała się tej pieszczocie bez najmniejszego protestu.
- No przecież nic mi się nie stało - rzekła tylko. - Żeby tylko
ten fiut nie próbował się mścić...
Lampard odsunął dziewczynę od siebie i spojrzał jej w oczy,
wzrokiem tak płomiennym, że gdyby w okolicy znajdowało się coś
łatwopalnego, zapewne zajęłoby się żywym ogniem.
- Jeśli spróbuje cię skrzywdzić, będzie miał ze mną do
czynienia! - oznajmił. - A o pub się nie martw, nie tylko Grey ma
znajomości.
Wasyl i Majka w samochodzie taktownie patrzyli w inną stronę,
przekonani, że tamtych dwoje lada chwila zacznie się całować.
- Chyba nam się tu romans kroi - zauważył Marcin odkrywczo.
- Kroi się już od dawna - odparła Majka. - Pytanie tylko kiedy
Rose przestanie poniewierać Frankiem i przyzna się, że coś do
niego ma.
- A ma? - ciemne brwi Wasyla skoczyły w górę, w wyrazie
zaciekawienia.
- Oczywiście. Nie zauważyłeś?
- No nie...
- Faceci - Majka westchnęła głęboko. - Nigdy nie widzicie tego co
trzeba.
- To była jakaś aluzja?
- A nie. To była generalna refleksja nad rodzajem męskim.
- Aha. Bo już myślałem, że coś mi sugerujesz.
- Skądże znowu. No pocałuj ją, kretynie!
- Ja?!
- Nie, Lamps, naszą Różyczkę. Ty, Wasyl, ale ty nie mów
Frankowi, że ona na niego, no wiesz... Bo mnie Rose udusi.
- Nie powiem. Chyba jej nie pocałuje - Marcin rzucił okiem w stronę
obejmującej się na chodniku pary.
- Półgłówek, no. Do swojej byłej takich oporów nie miał. Czy
wy zawsze musicie pchać się do niewłaściwych bab? A właściwych
albo nie zauważacie, albo zabieracie się do nich jak pies do jeża
- prychnęła Majka. - Albo traktujecie jak chwilowy wypełniacz.
- No, krasnal, ale to już była aluzja! I w dodatku nie fair! -
Wasyl spojrzał na nią z wyrzutem.
- Ja i moja wielka paszcza - wymamrotała Majka, chowając twarz w
dłoniach. - Tak, to była aluzja. Przeeee-praszam.
Marcin tylko westchnął i udał, że pilnie ogląda paznokcie u rąk.
- Tylko się na mnie nie gniewaj - jęknęła Majka, czując, że
zbiera jej się na płacz. Nienawidziła, gdy ktoś dla niej ważny
był na nią zły. - Nie chciałam być niemiła.
- Spoko - mruknął. - Masz prawo mieć do mnie żal.
- Rany boskie, nie chcę mieć do ciebie żalu! - Majka poderwała
się, niemal waląc głową w podsufitkę. - Tylko, no, cholera,
szlag mnie trafia, gdy widzę, że się męczysz przez jakieś głupie
babsko, które nie odróżniłoby dobrego faceta od kilograma
kartofli. Ja bym ci... Ja bym nigdy... A, kurza twarz, mogę być
tylko twoją przyjaciółką!
Czując, że oczy jej zachodzą łzami, a z nosa zaczyna ciec, Majka
poczęła macać się rozpaczliwie po kieszeniach, które jednak, jak
na złość, były kompletnie puste. Siedziała zatem z pochyloną
głową, mokrymi policzkami i świadomością, że nie tylko zrobiła
z siebie po raz kolejny idiotkę przed Wasylem, ale w dodatku za
chwilę będzie wyglądać jak usmarkana, czerwona maszkara.
Cudownie, nic tylko wpełznąć pod najbliższy kamień. I nie
wychodzić do wiosny.
Zanim jednak zdążyła popaść w kompletny dół, w polu jej
widzenia pojawiła się mocno rozmazana paczka chusteczek
higienicznych.
- Masz, krasnalu - powiedział Wasyl. - I nie becz, dobra?
Z cichą wdzięcznością Majka zatrąbiła głośno w chusteczkę.
Ciepłe palce dotknęły jej podbródka, unosząc go delikatnie w
górę.
- Jesteś zajebista dziewczyna - rzekł Marcin. - I zasługujesz na
zajebistego faceta, a nie na...
W tym momencie Kepler dostał szału. Rzucił się na boczną szybę,
rycząc, warcząc, szczekając i niemal demolując fotel kierowcy.
- Co jest? - zdziwił się Wasyl, puszczając Majkę. Przetarł
boczną szybę po stronie kierowcy, próbując dojrzeć to coś, co
tak rozdrażniło psa.
- Kepler, siad! Chodź tu cholero jedna! - Majka próbowała uspokoić
zwierzaka.
W tej samej chwili Rose zesztywniała w objęciach Lamparda, czując
na sobie czyjeś spojrzenie. Lodowate spojrzenie.
- Co jest...? - zapytał zdziwiony Frank. - Zimno ci? Cholercia, ty
tu w samych skarpetkach stoisz!
Rose spojrzała nad jego ramieniem i poczuła jak wszystkie włosy
stają jej dęba. Pod latarnią o drugiej stronie ulicy stał wysoki,
czarny mężczyzna, w płaszczu i kapeluszu. Właściwie to była
sama sylwetka, utkana z ciemności.
- Tam, Frank! - wyszeptała Rose.
Lampard odwrócił się i też spojrzał.
Czarny mężczyzna uniósł dłonie i jął klaskać, powolnym
teatralnym gestem, mniej więcej tak, jak robił to Heath Ledger,
grając Jokera.
- Jedźmy stąd - zażądała Rose.
Wsiedli pospiesznie do samochodu. Kepler, zjeżony jak szczotka wciąż
warczał, przytrzymywany przez pobladłą Majkę, a Wasyl, blady jak
papier, siedział, zaciskając dłonie w pięści z taką siłą, że
aż pobielały mu knykcie.
Kiedy dojechali pod pub, w samochodzie panowała kompletna cisza.
Tymczasem w apartamencie Greya cisza panowała tylko przez chwilę.
Niedługo po wyjściu Rose na klatce schodowej, będącej
przeciwpożarową drogą ewakuacyjną, załomotało, po czym przez
tylne drzwi do hallu wpadł Hinten, wyglądający jak łosoś, który
płynąc w górę rzeki niespodziewanie trafił na tamę.
- Panie Grey! O matko, panie Grey! - wrzasnął, pędząc w stronę
saloniku i ślizgając się na wypolerowanej posadzce. - Panie Grey
kochany!
Na widok pobojowiska w salonie zamarł zaledwie na ułąmek sekundy,
potem zaś rzucił się w kierunku wystających spod stołu nóg
pracodawcy.
- Co ona panu zrobiła? - jęknął, wywlekając szefa spod mebla. -
To zła kobieta jest, ja zaraz wiedziałem!
Odgarnął na bok frutti di mare, zdarł z głowy szefa czerwoną
szmatę i pochylił się nad jego bladym obliczem.
- O mój Boże, to krew jest? - jęknął. Otarł troskliwie oblicze
pryncypała trzymaną w dłoni sukienką, po czym jął poklepywać
Greya po policzku. - Niech pan otworzy oczy! Niech pan się obudzi! O
Boże, co robić, co robić?
Przez jego głowę przelatywały strzępki wiedzy na temat pierwszej
pomocy.
- Już wiem! Usta-usta! - zakrzyknął. Odchylił głowę pryncypała,
otwarł mu usta i zaczerpnął tchu. Nie zdołał na dobre przywrzeć
swymi wargami do jego warg, gdy dostał boleśnie otwartą dłonią w
potylicę.
- Aaaauuaaa! - jęknął, prostując się.
- Won z ryjem, karpie całować - zachrypiał Grey. Usiadł
niepewnie, otworzył oczy i rozejrzał się dookoła.
- Pan żyje, o rany, pan żyje! - wykrzyknął Hinten, uradowany.
- Zamknij się i podaj mi wiaderko z lodem - zażądał milioner
chrypliwie. Kiedy Hinten wykonał polecenie, Grey postawił wiaderko
przed sobą, następnie zaczerpnął z niego pełną garścią i
wsypał sobie jej zawartość w spodnie. Następną porcję lodu
zawinął w czerwoną sukienkę i przyłożył do głowy.
- Ta cipa pożałuje, że się urodziła - oznajmił. - Chciałem ją
oszczędzić, ale zmieniłem zdanie. Auch!
- Zabije ją pan? - zapytał trwożnie Hinten.
- Kiedy do tego dojdzie, będzie mnie błagała, żebym to zrobił -
odparł Grey. Jego oczy płonęły diaboliczną furią.
Nowy Rok, przynajmniej dla niektórych, zaczął się całkiem
dobrze. Wasyl rozparł się wygodnie w wielkim fotelu dziadka
Jimmy'ego i pociągnął z zadowoleniem wina z kieliszka, patrząc na
Majkę i Waltera, dyskutujących właśnie z ożywieniem na temat
czekolady, której dwa parujące kubki stały przed nimi. Z walorów
smakowych napoju rozmowa zjechała im już dawno na temat pochodzenia
kakaowca jako takiego i jego znaczenia dla środkowoamerykańskich
cywilizacji prekolumbijskich. Wasyl do dysputy się nie włączał,
bo o Majach i Aztekach wiedział tyle, co kot napłakał, a nie
chciał zrobić z siebie przed nimi idioty, przed Majką zwłaszcza.
Już i tak czasami czuł się jak ostatni tłuk, kiedy słuchał jej
rozmów z Walterem, wolał więc milczeć, głaskać Jonesy'go, który
ułożył mu się na kolanach i patrzeć.
Spędził dzisiaj całe dziewięćdziesiąt minut na boisku, a
Leicester City wygrało, odzyskując pozycję lidera w tabeli, co
oznaczało, że wymarzona przez Marcina jeszcze w dziecięctwie gra w
Premier League, była coraz bliżej. Po tym, jak Witsel złamał mu
nogę, myślał, że jego marzenia szlag trafił, a tu proszę, Pan
Bóg okno otworzył. Gdyby się jeszcze udało ten burdel w sprawach
rodzinnych posprzątać...
Nie był pazerny, nie żałował Aśce kasy. Był gotów oddać jej
ile chciała, byleby tylko mógł się spokojnie widywać z dziećmi.
Alimenty na nie zaś były oczywistą oczywistością i nawet nie
wpadło mu do głowy, że mógłby się od nich migać, czy chcieć,
żeby były niskie. Problem polegał na tym, że jego prawie już
była żona chciała także alimentów na siebie, a żeby je
otrzymać, musiała udowodnić Wysokiemu Sądowi, że to Marcin jest
winien rozkładu pożycia. A on, baran jeden, zawsze był wzorowym,
kochającym mężem i choćby skisła, haka na niego by nie znalazła.
No to wymyśliła sobie, idiotka, przemoc domową...
Wasyl westchnął głośno, aż drzemiący pod stopami Majki Kepler
przecknął się i podniósł głowę. Jego pani okazała się nie
mniej czujna.
- Co jest, Wasylku? - zapytała, odrywając się na moment od zawiłej
kwestii xocolatl jako napoju
bogów. - Tak wzdychasz, że mógłbyś żaglowce Kolumba napędzać.
- W
pasie równikowej ciszy pewnie bym mu się przydał - zgodził się
Wasyl. - A nic, tak sobie myślę, o różnych rzeczach. Noworocznie,
rozumiesz.
- Rozumiem - powiedziała Majka. - A Lampard z Rose to przepadli już
na wieki? Myślałam, że idą tylko po klucz do tego - wskazała
ruchem głowy stojącą na stole szkatułkę.
- Ja bym im nie przeszkadzał, bo czasem, bo czasem jeszcze nie dojdą
- zadowcipkował znienacka Walter.
Wasyl wybuchł gromkim i basowym śmiechem, w pełni godnym
wawelskiego smoka, natomiast Majka spojrzała na Waltera z
zaskoczeniem.
- Ty wiesz, że oni...? - zapytała.
- Ja może, może jestem nerdem, ale nie ślepym nerdem - oznajmił
Walter. - Dawno się domyśliłem, że Rose i Frank mają się ku
sobie.
- Zaskoczył cię, co? - Marcin zaświecił białymi zębami w
uśmiechu. - Ten nasz Wally to jest cicha woda, wygląda na
niewiniątko, a tak naprawdę to niezły z niego agent.
- Co on tak rechocze? - mruknęła w tym samym momencie Rose. Stała
na korytarzu, przed zamkniętymi drzwiami swego dziecinnego pokoju i
zbierała siły by nacisnąć klamkę. - Pewnie się z nas nabija.
- Wasyl? Na pewno nie złośliwie - odparł Lampard. - Otworzysz?
- Nie złośliwie? Dobra, dobra, już ja wiem co on myśli, zbok
kosmaty - prychnęła Rose. - Jedno mu tylko we łbie, a Majka tego
nie widzi.
- Jesteś pewna? - Frank zastrzygł znacząco brwią. - Majeczka też
nie jest święta, wręcz przeciwnie, powiedziałbym, że kawał z
niej świntuchy.
- A ty co się zboczeniami Majki zajmujesz? - zjeżyła się
znienacka Rose.
- Przestanę, jak ty przestaniesz zajmować się zboczeniami Wasyla -
odparł Lampard słodko. - Myślałem, że na niego nie lecisz.
- No pewnie że nie - obruszyła się. - Wolę ciebie.
- O! A zatem lecisz na mnie!
- Nie przeginaj, Frank, wcale tego nie powiedziałam!
- A co powiedziałaś?
- Że, no, że jakbym musiała wybierać, to wolałabym ciebie. Ale
nie muszę wybierać, więc nie wolę nikogo. Wchodzimy?
Rose przekręciła klucz i nacisnęła klamkę. Z dwojga złego
wolała już zmienić temat i wejść do pokoju, którego
nienawidziła, niż kontynuować tę śliską konwersację. Światło,
padające z korytarza wydobyło z ciemności wiszący na ścianie na
wprost plakat, przedstawiający mężczyznę w niebieskim stroju.
Lampard pomacał okolice futryny drzwiowej, zapalił światło i
przyjrzał się dokładniej.
Wielki plakat, z tych, które gazety dodają do kolejnych numerów po
kawałku, wisiał nad łóżkiem, przykrytym patchworkową narzutą.
Wyobrażonego na nim osobnika Frank znał bardzo dobrze, praktycznie
od urodzenia.
- Ty masz nad łóżkiem mój plakat? - odwrócił się do Rose,
szczerząc się w szerokim uśmiechu.
- Miałam - poprawiła. - Od dawna tu nie sypiam.
- Ale miałaś! Mnie! Nad łóżkiem!
- Co tak zęby suszysz, Lampard, jakbyś się w rekina zamienił?
Miałam, to miałam, jak każda głupia nastolatka.
- Ale, no, skoro miałaś mój plakat, to chyba ci się podobam?
Przynajmniej trochę?
- Nie, powiesiłam sobie twoją gębę dla umartwienia.
- Poważnie?
- Nie patrz na mnie jak zbity spaniel, jaja sobie robię! I pomóż
mi otworzyć tę szufladę, bo się zacina! - Rose szarpnęła uchwyt
szuflady w stojącej pod ścianą komodzie.
- Już się robi - Lampard puścił szelmowskie oczko i spróbował
wysunąć szufladę. Ani drgnęła.
- Co za siłacz z ciebie, Franiu - mruknęła słodko Rose.
Czując, że jego męska reputacja została właśnie poważnie
nadszarpnięta, Frank chwycił obydwa uchwyty szuflady i pociągnął
z całej siły. Tym razem piekielny mebel poddał się zadziwiająco
łatwo, szuflada wyskoczyła z prowadnic jak korek z butelki,
wymknęła się zaskoczonemu Lampardowi z ręki i z hukiem wylądowała
na podłodze, obok niej zaś Frank z wyrazem twarzy człowieka
absolutnie zaskoczonego.
Zanim Rose zdołała się zdecydować, czy dobić Lampsa ciętą
ripostą, czy pędzić mu na ratunek, do pokoju wpadli zwabieni
hukiem Wasyl, Majka, Walter, oraz pies. Ten ostatni oblizał
zamaszyście zastygłe w wyrazie zdumienia oblicze Lamparda,
przywołując go tym samym z powrotem do życia.
- Ja nie chciałem... - powiedział Frank, patrząc na rozsypaną
malowniczo zawartość szuflady. Długopisy, pudełeczka, stare
słuchawki, żetony do pokemonów, kości do gry i wyświechtana
talia tarota stanowiły tylko część skarbów jakie wylądowały na
podłodze.
- Ktoś strzelał? - zapytał równocześnie Wasyl.
- Frank, szufladą - odparła Rose.
- Jak się strzela szufladą? - zdziwiła się Majka.
- Masz tam amunicję? - chciał wiedzieć Walter.
- Won mi stąd wszyscy, zaraz do was przyjdę z kluczem! - wrzasnęła
Rose. Lampard zaczął się podnosić. - Ty nie, ty zostań! Reszta
won!
- Ale mam tak siedzieć? - zaprotestował Frank, gdy trójka
chichoczących przyjaciół wytoczyła się na korytarz. - Wolałbym
wstać.
- A potrzebujesz na to mojego pozwolenia? - zdziwiła się Rose. -
Nie przypominam sobie, żebym cię wykastrowała.
Lampard pufnął przez nos i wstał energicznie, sam nie wiedząc co
ma zrobić z tą straszną, a zarazem pociągającą kobietą. Wbił
zatem dłonie w kieszenie spodni, po czym zaczął się rozglądać
dookoła, starannie omijając spojrzeniem Rose, która w kucki na
podłodze grzebała w szufladzie. Jego wzrok przyciągnął czarny
przedmiot o opływowych kształtach, wystający zza zasłony. Frank
grywał wprawdzie wyłącznie na playstation, ale potrafił rozpoznać
futerał na gitarę.
Wyjął go zza zasłony, położył na łóżku i otworzył. W środku
spoczywała gitara, z pudłem rezonansowym wykonanym z drewna o
ciepłej, miodowej barwie. Na pudle, tuż pod mostkiem, ktoś wypisał
czarnymi, pełnymi zawijasów literami jedno słowo:
Rosa.
Frank przeciągnął palcem po
strunach, zabrzęczały cichutko.
- To prezent od mojego ojca -
powiedziała Rose, nie odwracając się. - Na szóste urodziny.
- Ładny - pochwalił Lampard.
- I ostatni jaki od niego dostałam
- otworzyła małe drewniane pudełeczko. - Mam!
Wyjęła ze środka kluczyk na
srebrnym łańcuszku.
- Czemu ostatni? - zapytał
ostrożnie Frank, nie odrywając wzroku od lśniącego instrumentu.
- Bo ojciec znikł - odparła Rose.
Wstała z podłogi i usiadła ostrożnie obok gitary.
- Jak to znikł?
- Tak po prostu. Pewnego pięknego
dnia, jakieś pół roku po tym jak dał mi tę gitarę, Jairo
Montoya stwierdził, że znudziło mu się bycie mężem i ojcem,
zabrał swoje rzeczy i wyjechał, prawdopodobnie do swej rodzinnej
Hiszpanii. Zostawił po sobie tylko stos nut. Nauczyłam się z nich
potem grać, ćwiczyłam w każdej wolnej chwili, a mamę
doprowadzało to do szału. Strasznie chyba za nim tęskniła.
Rose westchnęła i pogłaskała
delikatnie gitarę.
- Często się wtedy kłóciła z
dziadkiem. Babcia próbowała ich uspokajać, ale matka miała mało
angielski temperament, zresztą dziadek Jimmy też. Wrzeszczeli na
siebie, trzaskali drzwiami, ostro było - powiedziała, zamyślona. -
To i te nuty, to jedyne rzeczy jakie mi zostały po tacie.
Sam nie wiedząc czemu, Frank wyjął
gitarę z futerału i podał Rose.
- Zagraj mi coś. Proszę.
Zamiast zdzielić go między oczy
jakąś celną ripostą, Rose wzięła z jego rąk instrument.
- Strasznie dawno tego nie robiłam
- powiedziała. Przymknęła na chwilę oczy, jakby czegoś szukała
w głowie, potem ułożyła palce na gryfie i strunach i zaczęła
grać.
A także śpiewać.
Te
marchaste sin palabras, cerrando la puerta
Justo cuando te pedia, un poco mas
El miedo te alejo del nido, sin una respuesta
Dejando un corazon herido, dejandome atras
Justo cuando te pedia, un poco mas
El miedo te alejo del nido, sin una respuesta
Dejando un corazon herido, dejandome atras
Y
ahora me muero de amor si no estas
Me muero y no puedo esperar
A que vuelvas de nuevo aqui
Junto a mi, con tus besos
Me muero y no puedo esperar
A que vuelvas de nuevo aqui
Junto a mi, con tus besos
Jej
głos był niski, ciepły i słodki, kojarzył się Lampardowi
nieodparcie z dojrzałą w andaluzyjskim słońcu brzoskwinią i
sprawiał, że bardziej niż kiedykolwiek Frank miał ochotę chwycić
jego właścicielkę w objęcia i sprawić, by jęczała z rozkoszy.
Więcej, chwycić w objęcia i sobą osłonić przed całym złem
tego świata.
Es
que me muero de amor si no estas
Me muero y no puedo esperar
Necesito tenerte aqui, junto a mi
Sin tu amor no puedo seguir...
Me muero y no puedo esperar
Necesito tenerte aqui, junto a mi
Sin tu amor no puedo seguir...
Kiedy
skończyła śpiewać, spojrzała na niego, w jej oczach zaś nie
było zwykłej zadziorności i twardości. Jej spojrzenie było
miękkie i bezbronne, a także, Frank gotów byłby przysiąc, czułe.
Wyciągnął dłoń i odsunął delikatnie kosmyk czarnych włosów,
który opadł na policzek dziewczyny.
-
Rose... powiedział i zaschło mu w ustach.
-
Tak, Frank? - zapytała, niemal szeptem.
-
Rose, ja...
-
Misiaczki, jeśli robicie tam dzieci, to ja chcę zostać chrzestnym!
- drzwi się uchyliły, a w szparze pojawiła się łobuzersko
uśmiechnięta twarz Wasyla.
Z
nadludzkim wysiłkiem Lampard powściągnął chęć zdzielenia
Wasilewskiego w ten czarny, kosmaty łeb leżącą na podłodze
szufladą.
____________________________________________________
Oddaję w wasze ręce rozdział dziesiąty, ze zwykłą nadzieją, że się spodoba :)
A w ramach bonusu prawdziwy Andaluzyjczyk con la guitarra ;)
Martina

