poniedziałek, 20 stycznia 2014

Rozdział 11

Sometimes a wind blows
And the mysteries of love
Come clear. 

Julee Cruise "Mysteries of love"



Wasyl patrzył, zaskoczony, to na Franka, to na Rose.
- O rany, wyście naprawdę coś tego - powiedział. - A ja tu wlazłem...
Jak za naciśnięciem guzika Rose wróciła do swojego zwykłego, bojowego nastawienia.
- W cyrku się chowałeś? - wrzasnęła, zrywając się na równe nogi. - Normalni ludzie pukają, głąbie! A nie włażą jak do obory!
- Przepraszam najmocniej - wymamrotał Wasyl, uśmiechając się pod wąsem. - Już mnie tu nie ma.
Cofnął się pospiesznie, bo Rose ruszyła w jego stronę z gitarą w dłoni i morderczym błyskiem w oku.
- Ale nie chcesz mi tym przyłożyć? - zapytał obronnie.
- A żebyś wiedział, że chcę, tylko instrumentu szkoda! - ryknęła. - Lamps, weź kluczyk z łóżka i chodź!
Ciężko rozgoryczony Lampard wychodząc z pokoju zatrzymał się przy wrośniętym w próg Marcinie.
- Byłem tak blisko - rzekł, pokazując na palcach jak blisko. - Tak blisko! A ty musiałeś wszysko popsuć, pieprzony debilu!
- Sorry - mruknął Wasyl.
- A mówiłam ci, żebyś tu nie lazł - Majka wyrosła przy nim jak spod ziemi.
- Boż, ty też będziesz na mnie krzyczeć? - Marcin zrobił minę tresowanego niedźwiedzia, któego ktoś skarcił.
- Ja na ciebie nigdy nie krzyczę - odparła z fałszywą słodyczą. - No chodź, idziemy, chcę zobaczyć co jest w tej szkatułce.
Wszyscy chcieli. Otoczyli stół w salonie ciasnym kręgiem, nieomal stykając się głowami i wpatrując się w szkatułkę.
- Otworzysz to wreszcie? - burknął Lampard, wciąż nieszczęśliwy.
- No przecież otwieram - odburknęła Rose, nie mniej cierpiąca, acz w głębi ducha. - Odsuńcie się trochę, bo nic nie widzę.
Odsunęli się posłusznie, Rose przekręciła kluczyk w zamku i szkatułka stanęła otworem.
- Papiery...? - w głosie Marcina brzmiało rozczarowanie.
- A czego się spodziewałeś, najnowszego modelu strzelby na potwory? - Rose postukała się palcem w czoło.
- No nie, ale niech to przynajmniej będą bardzo ważne papiery...
- Są ważne, bardzo! - zapewnił uroczyście Walter, rozkładając pożółkłe stronice na stole. - To, zobaczcie, to są stare akty własności! To była, to była własność rodziny... - pochylił się nad kartką, usiłując odczytać staroświeckie zawijasy. - Bromilow!
- Bromilow? - Rose nie wierzyła własnym uszom.
- Tak, oni mieli siedzibę niedaleko, niedaleko Lutterworth. Bitteswell Hall - odparł Walter, nie przerywając lektury. - Mieli ten kawałek ziemi od początków siedemnastego stulecia.
- I co się z nim potem stało? - zapytała zachłannie Majka.
- Ostatni właściciel całej parceli znanej jako Leże Czarnej Annis to David Bromilow, tu jest jego, jego akt zgonu. Umarł w 1928.
- Miał dzieci? - popisał się bystrością Wasyl.
- Miał, córkę, Irene. Czekajcie...- Walter jął studiować papierzyska ze zdwojoną zachłannością. - Zanim David umarł zdążył opylić tę ziemię. Dwór spłonął na początku lat 20 i Bromilow potrzebował, potrzebował kasy. Ale jedną działkę zostawił córce. Czekajcie...
Tymczasem Lampard dorwał się do dużej koperty wypełnionej starymi fotografiami. Jedna z nich, oprócz całkiem nieznajomych osób, przedstawiała znany Frankowi budynek.
- Patrzcie! - pomachał zdjęciem. - Zobaczcie co znalazłem!
- Zdjęcie pubu i dwóch typów w melonikach. No i? - Wasyl uniósł brew.
Majka spojrzała na niego z troską.
- Wasyl, nie oglądaj tyle meczy Realu, bo zaczynasz myśleć jak Ramos. Czyli nie myśleć - zganiła. - To zdjęcie jest z lat dwudziestych sądząc po samochodzie... O w mordę! Dąb!
Marcin przyjrzał się fotografii z błyskiem rosnącego zozumienia w oczach.
- Stary dąb - uściślił.
- No właśnie. I w pytę wielki! - rzekł triumfalnie Lampard.
- Spokojnie może być tym, na którym Czarna Annis wieszała skóry niewinnych dziecin - mruknęła Rose, zaabsorbowana jednak czym innym. - Walter, co masz tam dalej?
- Irene prowadziła ten pub sama - obwieścił Walter. - Mam tu wycinki z gazety. To znaczy nie sama, tylko z przyjaciółką, ale ta przyjaciółka zaraz przed wojną wyszła, wyszła za mąż i przestała pracować, pewnie jej mąż miał coś przeciw, idiota. Irene zaraz po wojnie urodziła nieślubne dziecko... Jej narzeczony zginął na froncie w czterdziestym czwartym... W grudniu. Myrtle Adelaide Bromilow.
- Moja babcia - oznajmiła Rose. - Moja własna babcia!
- Aha - przyświadczył Walter. - W sześćdziesiątym czwartym poślubiła Jamesa Abneya i przepisała na niego akt własności pubu i ziemi.
- Znaczy mojego dziadka - stwierdziła Rose. - Jeszcze jakieś wstrząsy?
- Jedno dziecko, Rosemary Abney, urodzona w sześćdziesiątym szóstym, poślubiła Jairo Montoyę w 1990, w tym samym roku urodziło się dziecko, Rose, popełniła samobójstwo w dziewięćdziesiątym ósmym... - ciągnął machinalnie Walter, przeglądając papiery.
- To już wiem - rzekła cierpko Rose.
- Samobójstwo? - Frank spojrzał na nią, w jego przejrzystych oczach zabłysło współczucie.
- Owszem - odparła Rose. - Powiesiła się na prześcieradle w swoim pokoju, w psychiatryku. To teraz już wszyscy wiecie.
Udając twardą, wyszła ostentacyjnie do kuchni. Na korytarzu zatrzymała się i przyłożyła czoło do chłodnej ściany. Minęło tyle lat, a ona ciągle nie potrafiła mówić spokojnie o śmierci swojej matki.
Para ciepłych ramion otoczyła ją i przygarnęła do szerokiej piersi, do której Rose ufnie przylgnęła. Lampard tulił dziewczynę bez słowa, zanurzając twarz w jej włosach i gładząc delikatnie jej kark opuszką kciuka.
Tymczasem w pokoju poszkodowany nieco na ambicji Wasyl postanowił udowodnić, że jednak myśli i przystąpił do szczegółowych badań szkatułki. Obejrzał ją uważnie, ze wszystkich stron, zajrzał do środka, potem zważył na dłoni i ponownie zajrzał do wnętrza, usilnie manipulując przy dnie.
- Co ty robisz? - zainteresowała się Majka.
- To się chyba otwiera - oznajmił. Spróbował podważyć paznokciem dno szkatułki, wystawiając przy tym język, jak pierwszoklasista przy wyjątkowo trudnym zadaniu.
- Weź coś cienkiego - poradził Walter. - Będzie, będzie ci łatwiej.
- Ale co...? - zapytał Wasyl. Walter rozejrzał się bezradnie dookoła, Majka zaś zmarszczyła brew w głębokim namyśle.
- Znalazłam! - zakrzyknęła triumfalnie, unosząc ręce do głowy. Wyjęła z włosów wsuwkę i ceremonialnie wręczyła ją Marcinowi. - Proszę bardzo.
Wsuwka okazała się bezcenna, z jej pomoca bowiem Wasyl uniósł denko szkatułki z łatwością, odsłaniając ukryty pod nim schowek.
W schowku zaś leżał dość gruby zeszyt w twardych okładkach, na którym napisano kobiecym, nieco staroświeckim charakterem pisma "Notatki Myrtle. Tylko dla Rose!". Marcin wyjął kajet i położył na stole, po czym zapadło milczenie. Trzy pary oczu wpatrywały się w zapiski Myrtle z ciekawością i niepokojem.
- Chyba powinniśmy poczekać na Rose? - zapytała niepewnie Majka.
- Zdecydowanie - oznajmił Walter.
- No raczej - zgodził się Wasyl. - Przecież jest napisane: tylko dla Rose.
- No to jej zostawmy. Ale słuchajcie - Majka ogarnęła wzrokiem cały papierowy bałagan na stole. - Myślę, że powinniśmy pokazać to pannie Waterhouse.
- Powinniśmy, ale nie dzisiaj - Walter zerknął na zegarek. - Jest już okropnie, okropnie późno i ja już muszę lecieć.
- Późno? Ósmej jeszcze nie ma - zdziwił się Wasyl.
- Dla mojej mamy to jest późno - odparł Walter, podnosząc się.
- Czekaj, bo oni tam na tym korytarzu przepadli, znowu im coś przerwiemy i będzie - zatrzymał go Marcin.
- Skąd wiesz, że na korytarzu? - skierowane na Wasyla spojrzenie Majki było wyraźnie podejrzliwe.
- Bo żadne drzwi nie skrzypiały, a Rose zawsze zamyka wszystkie - wyjaśnił Wasyl z lekką pobłażliwością. - Kuchnię też, żeby Jonesy nie szperał po garach.
- A to ci Holmes z ciebie - Majka poczochrała mu czuprynę.
- To elementarne, moja droga - odparł, nonszalancko unosząc brew.
Walter tymczasem stał z dość nieszcześliwą miną.
- To jak ja ich mam, mam no tego, no wiecie? - zapytał.
- Poświęcę się - oznajmiła Majka. Stanęła na progu, po czym dostała ataku kaszlu w pełni godnego konającego gruźlika. - Nie chcę wam przeszkadzać! Wcale!
- Nie przeszkadzasz - dobiegło z czeluści korytarza, po czym z ciemności wyłoniła się Rose. - Nic takiego nie robiliśmy.
- Ja jej tylko służyłem oparciem - zapewnił podążający za nią Lampard. - Co jest?
- Coś znaleźliśmy - oznajmiła Majka. - Poza tym Walter się już zbiera.
Rose z całą stanowczością odłożyła lekturę zapisków babci na później, twierdząc, że ma dosyć wrażeń jak na jeden wieczór, Walter zatem opuścił lokal i podążył do siebie. Dotarł do domu przez ogródki i zlokalizował okno swojego pokoju na pierwszym piętrze, otoczone pędami. W środku paliła się nocna lampka, dokładnie tak, jak ją zostawił, wmawiając matce, że będzie u siebie, czytając. Samo okno zaś było uchylone, co gwarantowało, że będzie mógł swobodnie wejść.
Wspiął się z niejakim wysiłkiem po rynnie i kracie podtrzymującej dzikie wino, oplatające dom swymi pędami, pchnął skrzydła okienne i wepchnął się do środka, starając się robić jak najmniej hałasu. Zaplątał się przy tym beznadziejnie głową w firankę, która zaczepiła mu się jakoś dziwnie o ucho i nie chciała się odczepić. Usiadł na podłodze pod oknem i jął zdejmować z głowy warstwy przezroczystej materii.
- Dobrze się bawisz, Walterze? - głos jego matki zabrzmiał w jego uszach jak grom z Niebiesiech.
Przez ostatnią warstwę tiulu zdołał dojrzeć rozmazaną postać, siedzącą na fotelu, przy kominku, spowitą w szlafrok, z głową zdobną w groźna koronę z papilotów.
- Mamo, mamo, ja ci wszystko, wszystko wyjaśnię - wyjąkał, zdzierając firankę z głowy. - Ja tylko, tylko musiałem się przewietrzyć!
- Oczywiście - rzekła matka sarkastycznie. - Masz mnie za głupią, prawda? Otóż Walterze Barnett, głupkiem był twój ojciec, ale nie ja! Włączyłam funkcję śledzenia w twoim iPhone, widzisz, ja też umiem się posługiwać internetem. Wiem gdzie byłeś, znowu w tej jaskini rozpusty u tej cygańskiej dziwki, pod Ten Bells! Więc przestań mi kłamać w żywe oczy!
- Ale mamo, ty nic nie rozumiesz! - jęknął Walter. Nie potrafił w żaden sposób rozmawiać ze swoją matką i chociaż wiedział, że nie zrobił nic złego, nie potrafił również się uwolnić od galopującego poczucia winy. - Ja musiałem tam pójść, to było bardzo ważne! To są moi przyjaciele!
- Och, świetni przyjaciele, cygańska dziwka, dwóch piłkarzy, a wszyscy wiemy jacy są piłkarze i jakaś podejrzana laleczka z Polski, pewnie przyjechała tu dupą zarabiać, jak one wszystkie! A jak zajdzie w ciążę, wyśle swojego bękarta do kraju i będzie brała na niego zasiłek! Cudowne towarzystwo, nie ma co!
- Nie masz pojęcia o czym, o czym mówisz, to dobrzy, dobrzy ludzie! - bronił się Walter. - I naprawdę, naprawdę nic nie rozumiesz.
- Tak, ja niczego nie rozumiem, jak zwykle - matka wstała i ujęła się pod boki. W mdłym świetle nocnej lampki wydawała się Walterowi ogomna jak olbrzym z bajki. - Tak jak nie rozumiałam, kiedy twój ojciec uganiał się za spódniczkami. Myślał, że nabiorę się na bajeczki o ornitologii. Akurat!
Prychnęła gniewnie.
- Walterze - rzekła, a jej głos był teraz miękki, niemal błagalny. - Zrozum, ja to robię dla twojego dobra! Chcę cię chronić przed takimi ludźmi, chcę żebyś został tym czystym, dobrym chłopcem na zawsze, moim kochanym synkiem. Przecież jest nam dobrze we dwoje, nie potrzebujemy innych, a ten świat, ten świat jest taki zły, pełen paskudnych ludzi, takich jak ta czwórka. Przygodny seks, alkohol, narkotyki, to wszystko co się dla nich liczy! Ale ty, ty jesteś inny, mój kochany, ja wiem, że mnie nie zawiedziesz i będziesz dla mnie tym wszystkim, czym się nie okazał twój podły ojciec! Dlatego nie mogę znieść, kiedy kłamiesz mi prosto w twarz, kiedy przedkładasz tę hołotę nade mnie, nad własną matkę!
Złapała się dramatycznym gestem za lewą stronę klatki piersiowej, falując przy tym obfitym łonem.
- Mamo... - jęknął Walter.
- Nie przerywaj mi, proszę! Zgodziłam się, chociaż Bóg wie ile mnie to kosztowało, na te twoje lektury i bieganie do biblioteki i kupowanie każdej nowości o Rozpruwaczu. Zgodziłam się, chociaż uważam, że to zaśmieca twój umysł i najchętniej wyrzuciłabym to wszystko - zatoczyła ręką wokół - do ogródka, polała benzyną i podpaliła!
Walter zadrżał z niekłamanej zgrozy.
- Ale nie robię tego, wyłącznie z matczynej miłości - oznajmiła jego matka. Wyciągnęła w jego stronę palec. - Dlatego wiedz, że za każdym razem kiedy kłamiesz, wbijasz mi nóż w serce! Za każdym razem kiedy wybierasz tę bandę degeneratów, zamiast mnie, to jakbyś mnie mordował! Pamiętaj o tym, gdy następnym razem zechcesz się wymknąć przez okno! Pamiętaj, że twoja stara matka cierpi w milczeniu, kiedy ty tarzasz się w brudzie!
W zmaltretowanej duszy Waltera coś nagle pękło.
- Nie waż się tak mówić o moich, o moich przyjaciołach! Bo to są moi przyjaciele, jedyni, jedyni jakich kiedykolwiek miałem! Zawsze dusiłaś mnie swoją, swoją miłością, odkąd pamiętam, odstraszałaś wszystkie dzieciaki, które chciały się ze mną przyjaźnić, jeszcze w szkole, nikt nigdy się nie mógł do mnie, do mnie zbliżyć! - wrzeszczał. - O dziewczynach już nie wspomnę. Ale tobie nigdy nie przyszło do głowy, że może chciałbym, chciałbym kogoś poznać, zakochać, zakochać się, założyć rodzinę!
- Rodzinę? - pani Barnett pobladła ze zgrozy, jakby jej syn groził jej odbezpieczonym kałaszem. - Ale co ty mówisz, Walterze, przecież masz mnie, po co ci rodzina, ja jestem twoją rodziną!
- Chcę mieć żonę! - zawył Walter, potrząsając dłońmi, zaciśniętymi w pięści. - Dzieci, dzieci, chcę żyć jak normalny człowiek! A ty mi nie pozwalasz, bo się boisz, boisz być sama! A nie starcza ci odwagi, zeby wyjść do ludzi!
- Ale co... ty... jak możesz... - matka Waltera zaczęła teatralnie szlochać. - Jak możesz sprawiać mi taki ból?
- A ty jak możesz? - wrzasnął Walter.
Pani Barnett nie odpowiedziała. Złapała się za serce i zatoczyła do tyłu, sapiąc jak lokomotywa.
- Moje serce - wydyszała.
Walter zlekceważył ją z początku, uwielbiała bowiem używać swego rzekomo słabego zdrowia jako karty atutowej we wszelkich kłótniach, jednak po chwili się zaniepokoił. Matka nie lamentowała, nie użalała się nad sobą, nie wygłaszała przemów o swym podupadającym zdrowiu i rychłym grobie, a tylko osunęła się na fotel, wciąż trzymając się za klatkę piersiową.
- Słabo mi Walterze... - wymamrotała. - I tak mnie ciśnie... nie mogę oddychać... O Boże!
- Mamo? - Walter drżącą dłonią pomacał czoło swojej matki. Było zimne i lepkie od potu. - Jezu Chryste, mamo!
- Synku... duszę się!
Coraz bardziej spanikowany Walter wyjął telefon i zadzwonił po pogotowie.
Dwie godziny później siedział na korytarzu oddziału ogólnego Leicester Royal Infirmary, na który przyjęto jego matkę, oczekując na wyniki wstępnych badań. Podejrzewano zawał, co napawało Waltera grozą, czuł się bowiem jak morderca, który omal nie zabił własnej matki słowami.
Kiedy więc na horyzoncie ukazała się lekarka, która zajmowała się jego matką, rzucił się na nią jak sęp na padlinę, wprawiając krągłą Hinduskę w lekki popłoch.
- Co z moją mamą, czy już coś wiadomo? Czy to coś powaznego? Boze, niech pani, niech pani mówi! - bombardował lekarkę słowami.
- Proszę się uspokoić - doktor Chanda opędzała się od natręta jak od atakującej osy. - Nie daje mi pan dojść do słowa!
Skonfundowany Walter gwałtownie zakręcił kurek z pytaniami.
- Wstępnie wykluczyliśmy zawał, ale bardzo możliwe, że bóle zamostkowe i duszności jakich doświadczyła pańska mama, są pochodzenia wieńcowego. Musimy ją zatrzymać na dalsze testy.
Ogrom ulgi jaka spłynęła na Waltera był tak ogromny, że nieszczęsny aż się zachwiał.
- Dzięki Bogu... - jęknął. - Czy mogę ją zobaczyć?
- Była bardzo pobudzona, więc daliśmy jej lekki środek uspokajający. W tej chwili śpi - odparła Chanda. - Proponuję, żeby pan udał się do domu i również się przespał. Może pan odwiedzić mamę jutro rano.
- Dziękuję, dziękuję - odparł Walter.
Doktor Chanda wyrwała sie z rąk natręta, który wyglądał, jakby chciał całować ją po rękach i czym prędzej wróciła do pracy. Walter zaś wsiadł do windy i zjechał na dół, do poczekalni przy głównym wejściu. Tłum w niej już się przerzedzał, odwiedzający bowiem wychodzili, a pacjentów z nagłymi schorzeniami nie było akurat zbyt wielu.
Walter nie odszedł zbyt daleko od windy, kiedy drzwi drugiego dźwigu się otworzyły i najpierw wionęło z nich chmurą okrutnego smrodu, potem zaś wysiadła z nich nieduża, szczupła kobieta, ze stosem papierów w ramionach. Idąc przez tłum, kóry rozstępował się wokół niej jak morze pod laską Mojżesza, odpychany niewidzialnymi ścianami słodkawego odoru, dotarła do automatu z kawą i wygrzebała z kieszeni monetę. Upuściła pieniążek, a gdy się schyliła by go podnieść, kilka kartek jęło wysuwać się ze stosu w jej ramionach. Uczyniła gest, jak gdyby chciała je złapać i cały stos rozleciał się jak białe ptaki po posadzce dookoła.
Z powodu otaczającej kobietę chmury smrodu nikt nie kwapił się do pomocy, ale Waltera nie tak wychowano.
- Przepraszam - rzucił, wydzierając kartkę spod stóp jakiejś tłustej jejmości. Kucnął na posadzce, zbierając porozrzucane papiery i tak się tym zajął, że niemal zderzył się głową z ich właścicielką. - Najmocniej przepraszam!
- Nie, to ja przepraszam. I bardzo dziękuję - rzekła nieznajoma, uśmiechając się. Dopiero wtedy dostrzegł jaka jest śliczna. Miała uroczy, zadarty nosek, piękne, czekoladowe oczy i długie, związane w kucyk włosy o barwie orzechów. - Bez pana moje bezcenne notatki zostałyby zadeptane! Nikt nie chciał mi pomóc, pewnie dlatego, że tak śmierdzę.
Uśmiechnęła się jeszcze raz i teraz Walter stwierdził, że w jej białych policzkach robią się urocze dołeczki.
- Rozkład w zamkniętym pomieszczeniu? - zapytał, nie bardzo wiedząc co mówi.
Czekoladowe oczy kobiety błysnęły uznaniem.
- Brawo! Robiłam sekcję jakiemuś nieszczęśnikowi, który poleżał sobie dwa tygodnie w dobrze ogrzewanym mieszkaniu. Skąd pan to wiedział?
- Interesuję się medycyną sądową - odparł. - Ja nawet, nawet zacząłem ją studiować, ale musiałem przerwać...
- Wielka szkoda, ma pan talent - orzekła cudowna istota. - Gapa ze mnie, nie przedstawiłam się, jestem Molly Watson, patolog w East Midlands Forensic Unit.
Spróbowała wyciągnąć do niego dłoń i w tym momencie zdali sobie oboje sprawę, że wciąż kucają, z pękami papierów w dłoni. Roześmieli się oboje niepewnie, wstali i uścisnęli sobie ręce.
- Walter Barnett - rzekł oszołomiony Walter. - To pani papiery.
Przyjęła od niego z wdzięcznością stos kartek, uporządkowała je i rozejrzała się z zakłopotaniem.
- Zgubiłam monetę...- zaczęła.
- Niech się pani nie, nie kłopocze, kupię pani kawę - rzekł Walter, czerwieniąc się. - I mogę ją pani zanieść, zanieść do jakiegoś miejsca w którym będzie pani mogła odłożyć te papierzyska.
- Jest pan naprawdę bardzo miły - Molly uśmiechnęła się po raz kolejny, posyłając Waltera w okolice siódmego nieba. - Dziękuję stukrotnie.
- Proszę, proszę bardzo - odparł Walter.
Usiedli z kawą na krzesełkach przy oknie, na którego szerokim parapecie zmieściła się dokumentacja piastowana przez panią patolog. Pozbywszy się papierowego balastu Molly z prawdziwą wdzięcznością pociągnęła łyk kawy ze styropianowego kubka.
- To są dokumenty, dokumenty z sekcji? - zapytał Walter, patrząc na pokrywkę na swojej kawie.
- Nie, to są notatki do mojej książki - odparła Molly. - Ja tu wpadłam na konsultację z kolegą ginekologiem, bo widzi pan, ja piszę o zbrodniach Kuby Rozpruwacza i tam był taki problem...
- Naprawdę? - Walter miał wrażenie, że słyszy chóry anielskie. - Naprawdę pani pisze o Kubie?
- Tak, to jest moja wielka pasja! Tylko chyba za dużo o tym mówię i nikt tego nie wytrzymuje. Każdy facet ucieka po pierwszej randce, a czasami nawet w połowie.
Ja bym nie uciekł, pomyślał Walter. Ja bym nie uciekł.
Pan Grey leżał rozparty na poduszkach otomany w jednym z licznych pokojów swego apartamentu. Rozrzucił szeroko poły szlafroka, dumnie prezentując swoje nagie, pięknie wyrzeźbione ciało, krocze jednak przyokrył jedwabną chustą, bo widok sinych jąder wstrząsał jego jestestwem i przywoływał wspomnienie okrutnego bólu, zadanego przez tę podłą dziewczynę.
Teraz jednak nic Greya nie bolało, wręcz przeciwnie, odczuwał szczere zadowolenie, gapiąc się w telewizor i pociagając z wielkiej szklanki przez słomkę kolorowego drinka, przyrządzonego troskliwymi dłońmi Hintena. Na ekranie biegali piłkarze, pan Grey jednak nie śledził meczu zbyt uważnie, uważał bowiem futbol za rozrywkę do szpiku kości plebejską. Wolał myśleć i marzyć o tym co zrobi z tą dziwką i jej przyjaciółmi.
A wiedział dokładnie co zrobi. Cały wczorajszy dzień, czyli pierwszego stycznia, spędził miotając się w furii i klnąc, oraz wymyślając możliwie bolesne sposoby na pozbawienie ich wszystkich życia. Był gotów zabić ich teraz, zaraz i natychmiast i pewnie by to zrobił, gdyby nie jego stary druh.
Czarny Mężczyzna.
Przyszedł do niego w nocy i wyjaśnił wszystko, co do joty. Jak rozprawić się z tą bandą chamów, którzy nie chcieli nagiąć się do jego woli, próbowali popsuć jego plany, a do tego przyjaźnili się z tą kurwą, która śmiała podnieść na niego rękę.
Zemsta najlepiej smakuje na zimno, wyjaśnił Mężczyzna, a Grey się z nim zgodził.
Na razie więc da im spokój, niech myślą, że im się upiekło. A potem uderzy, uderzy w każdego i będzie napawał się ich cierpieniem.
Ale to później.
Jeszcze nie teraz.
Pan Grey uśmiechnął się i popił drinka.
Jego czas dopiero nadejdzie.
Najbliższe dwa tygodnie minęły grupce przyjaciół wyłącznie na zmaganiu z życiem, nie z potworami. Okazało się, że znacznie łatwiej napuścić na lokal kontrolę sanitarną, niż zdjąć jej zakazy. Lampard poruszył wprawdzie ziemię i niebiosa, próbując doprowadzić do ponownego otwarcia Ten Bells, jednak tryby biurokratycznej maszyny obracały się niezwykle wolno i w połowie stycznia Rose wiedziała tyle, że decyzja zostanie cofnięta, najprawdopodobniej w okolicach lutego, ale dopiero po powtórnej kontroli w pubie.
Sam Lampard chodził nieomal kanałami, za każdym bowiem rogiem czyhali paparazzi, żądni nowych zdjęć i skandali. To oczywiście było wątpliwą zasługą Christine, jego byłej, która siała na lewo i prawo kolejnymi, z palca wyssanymi, sensacjami z jego życia, łącznie z tą, że wyjechał do Leicester, ponieważ posiada tam harem kochanek. Raz udało mu się z wielkim bólem spotkać z dziećmi, w wynajętym mieszkaniu, gdzieś pod Londynem, chociaż i tam zdołali go wytropić natrętni fotografowie. Miarka się przebrała, gdy paparuchy zaatakowały córeczki Franka, Islę i Lunę pod ich szkołą, bowiem pewien człowiek, który przyjechał odebrać swoje dziecko, został przez kogoś wzięty za samego Lamparda. Nie na żarty rozsierdzona Elena, matka dziewczynek, zażądała od Franka by zrobił z papsami porządek, a dopóki tego nie uczyni, niech się trzyma z daleka od dzieci. I niech to najlepiej ogłosi w prasie!
Prawnicy Franka rzucili się na paparazzi jak sępy na padło, grożąc im procesem za fotografowanie dzieci, jednak wiadomo było, że to nie wystarczy, więc póki co Lampard siedział w Leicester, gotując się ze złości. Gotował się tym bardziej, że kolejne EKG wyszło niejednoznacznie, klubowy lekarz stanowczo zabronił jakichkolwiek treningów, o grze nie mówiąc i zanosiło się na to, że cały sezon, plus mundial w Brazylii Lampard będzie miał z głowy. A dokładniejsze badania jak zwykle wykazały zero konkretów.
Wasyl chodził i zgrzytał zębami, bowiem mimo wszelkich wysiłków jego adwokata, zakazu zbliżania nie udało się znieść. Marcin żebrał bodaj o wizyty w obecności matki, nic z tego, do wyjaśnienia sprawy zakaz utrzymany był w mocy. Rozprawa rozwodowa ciągnęła się jak guma do żucia, ponieważ Aśka z maniakalnym uporem próbowała wykazywać winę Wasyla, jeśli chodzi o rozkład pożycia i wynajdowała Bóg wie skąd kolejnych świadków, którzy jednak średnio przekonywali sąd. Ostatnim wynalazkiem był Sławek Peszko i Wasyl z trudem tylko się powstrzymał, żeby po wyjściu z sali nie dać Peszkinowi w mordę. Gdyby Pan Bóg raził gromem za każde kłamstwo, to na sali rozpraw podczas zeznań Peszki trwałaby nawałnica stulecia, jeśli nie wręcz millenium. Na szczęście śledztwo w sprawie znęcania się nad rodziną utknęło na jakimś policyjnym biurku, ale było to mizerne pocieszenie.
Wyżywał więc swoją frustrację na treningach i w siłowni, w mniejszym stopniu na meczach, bo wciąż grywał ogony. Po ciężkim dniu pracy w klubie, z reguły wpadał do Majki na kolację, czasami też jadali w większym gronie, u Rose, spotykali się też u panny Waterhouse, która niezmiernie pochwaliła znalezisko ze szkatułki.
Nieco lepiej wyglądała sytuacja Waltera. Jego matka wprawdzie trafiła na dłużej do szpitala, bo na problemy wieńcowe nałożyły się inne schorzenia, które należało podleczyć przed wykonaniem angioplastyki, jednak mimo iż napawało to Waltera obawą o stan zdrowia rodzicielki, to jednak z drugiej strony umożliwiało też przypadkowe spotkania z Molly. Randki bowiem nie ośmielił się jej zaproponować.
- Słuchaj, Walter - powiedział mu kiedyś Lampard. - Bądź mężczyzną i zaproś ją bodaj na kawę!
- Ty mnie jakoś jeszcze nigdzie nie zaprosiłeś - przycięła Rose. - Mam rozumieć, że nie jesteś mężczyzną? Spuszczaj gacie!
Frank zczerwieniał z lekka.
- A poszłabyś, jakbym cię zaprosił? - zapytał. - Czy walnęłabyś mi jakimś błyskotliwym tekstem między oczy?
Rose wyszczerzyła się niczym rekin z filmu "Szczęki".
- Spróbuj, a się dowiesz - odparła.
- A'propos spróbuj, co my dzisiaj jemy na kolację? - zapytał Walter.
- Kurczak słodko-kwaśny, Wasyl pichci - odparła Rose. - Mówi, że jak gotuje to się uspokaja, a wkurwiony jest dzisiaj jak jeż.
Jakby na zawołanie Wasyl pojawił się w progu salonu, spowity w gustowny fartuszek kuchenny w różowe kwiaty, w dłoni dzierżył zaś, niczym młot Thora, wielką łyżkę.
- Dlaczego nie nakryliście do stołu? - zapytał. - I gdzie do cholery jest Majka?
- A co, nie masz komu popłakać na łonie? - wyzłośliwiła się Rose.
- Stary, co za kreacja - Lampard prychnął śmiechem.
- Odwal się - Wasyl spojrzał na niego spode łba. - Ja się poważnie pytam gdzie jest Majka.
- Pewnie już jedzie - Walter lał oliwę na wzburzone fale. - Mówiła, że niedługo będzie.
- Frank, wyjmij nasze koty z szuflady z obrusami i podaj sztućce - zarządziła Rose.
- A co one robią w szufladzie? - zdziwił się Lampard.
- A co mają robić? Śpią - odparła Rose.
Nieco wcześniej tego dnia spała także Majka. Nieopanowana senność dręczyła ją od kilku dni, a nagła niemoc weterynarza i kontrola skarbowa, która zapowiedziała swoje przybycie do azylu, tylko ją wzmogła. Weterynarz przybył pewnego dnia do azylu niemiłosiernie spóźniony, a przywiozła go żona.
- Ja tylko na chwilę - wyjaśnił boleściwie. - Nie mamy żadnych nagłych przypadków?
Majka się zastanowiła.
- Na szczęście nie - odparła. - Kociaki, które nam wczoraj przywieźli, dostały sraczki, ale to od krowiego mleka, wolontariuszka im dała. Nic im nie będzie, teraz jadą na mieszance dla kotów.
- Świetnie - odparł weterynarz. - Bo ja, no sama widzisz...
Pomachał prawą ręką uwięzioną w stabilizatorze.
- Co się panu stało?
- Spałem na tej ręce, a potem nią ruszyłem i trach! Ścięgno poszło. Będę teraz na chorobowym jakiś czas, ale przyślę kolegę, żeby to wszystko ogarnął.
- Oczywiście, oczywiście - przytaknęła Majka. - Może chce pan pogadac z panią Potts?
Na twarzy weterynarza odmalowała się zgroza.
- Nie, nie! Ja się strasznie spieszę, właściwie to mnie już nie ma, pani przekaże Ariadnie co trzeba, ja lecę, pa! - z tymi słowy wsiadł do samochodu, poganiając małżonkę gestami jednej ręki, by szybciej ruszała.
Majka się temu nie dziwiła, bo konwersacja z Ariadną nie skończyłaby się wcześniej niż po godzinie.
Co się tyczy kontroli skarbowej, Majka spędziła ostatnią noc w towarzystwie Ariadny, przekopując jej mieszkanie w poszukiwaniu brakujących faktur. Pani Potts zapewniała, że one muszą gdzieś tu być, bo ona nigdy nie wyrzuca wszystkiego, więc jak się dobrze poszuka...
No to szukały, aż do piątej rano, ale kryzys został opanowany i na kontrolę można było oczekiwać ze spokojem. Skutek był taki, że do pracy Majka poszła nieprzytomna, przelunatykowała połowę dnia, a kiedy zaczęły się luźniejsze godziny usiadła tylko na chwileczkę w kancelarii azylu i zasnęła jak kamień. Kepler, widząc, że jego pani zupełnie się wyłączyła, wlazł pod biurko i też zasnął.
Jakiś czas później dryfującą w objęciach Morfeusza Majkę przywrócił do rzeczywistości głos.
- ...mnie słyszy? Halo!
Głos był niewątpliwie męski, niski i głęboki. Majka otworzyła oczy.
- ...nie chcę przeszkadzać, ale nie mogę znaleźć nikogo innego - mówił zabójczo przystojny brunet w tweedowym garniturze, a jego szaroniebieskie oczy emanowały troską.
- Oszę? - zapytała Majka półprzytomnie. Nagłe olśnienie spenetrowało jej szare komórki falą impulsów elektrycznych. - Czy pan jest ze skarbówki?
- Ależ skąd! - nieznajomy wzniósł obronnym gestem ręce w górę. - Nie jestem człowiekiem do tego stopnia podłym!
- To kim pan jest? - spytała Majka, kątem oka kontrolując psa. Był czujny, ale nie agresywny.
- Jestem weterynarzem, przyjechałem tu z polecenia mojego kolegi, który się kontuzjował kilka dni temu - osobnik zademonstrował piękne zęby w ujmującym uśmiechu. - James Rainault.
- Majka Krukówna - rzekła Majka, ściskając wyciągniętą prawicę Jamesa.
Oprowadziwszy Rainaulta po azylu Majka zerknęła na zegarek i uświadomiła sobie, że tak właściwie, to kończy juz pracę. Nowy weterynarz szarmancko zaofiarował, że ją podwiezie i zapewnił, ze ta oferta obejmuje również Keplera. Majka poczuła się tak urzeczona uroczym uśmiechem i sposobem bycia Jamesa (jak również tak bardzo nie urzeczona perspektywą marznięcia na przystanku), że zgodziła się bez wahania.
Zajeżdżający pod pub samochód dostrzegł swym sokolim okiem Lampard, który własnie rozkłądał naczynia. Doskonale sobie znaną pasażerkę rozpoznał od razu i tuląc do łona talerze przylepił się do okiennej szyby.
- Ej, słuchajcie, Majka tu jakąś lukstorpedą zajeżdża - zameldował z uciechą. - I nie sama!
Rose rzuciła sztućce na stół i też się przykleiła do okna.
- Z jakimś facetem! - wykrzyknęła. - Ale ciacho!
W kuchni coś brzęknęło podejrzanie, na drewnianej podłodze korytarza załomotały pospieszne kroki i do pokoju wpadł Wasyl, wciąż jeszcze w kwiecistym fartuszku. Wbił się bezceremonialnie między Rose a Lamparda, akurat w chwili, gdy Majka wysiadała z samochodu, tajemniczy przystojniak przytrzymywał zaś drzwiczki.
- Ciekawe co to za fagas - mruknął Marcin groźnie.
- Nie wiem, ale dupcię ma arcyzgrabną - skomentowała smakowicie Rose. Lampard skrzywił się , jakby poczuł coś nieświeżego, po czym zazezował dyskretnie do tyłu, usiłując zlustrować własny tyłek.
Tymczasem Majka wśród promiennych uśmiechów żegnała się z właścicielem arcyzgrabnej dupci, który nawet ją przez chwilę objął, po czym poklepał po łbie biegającego wokół nich psa.
Po chwili Majka była już na górze, razem z psem, rumiana od zimna i usmiechnięta od ucha do ucha.
- Cześć wszystkim! - zawołała, rozpinając płaszcz. Kepler pogalopował zaraz do kuchni, zlustrować zawartość kocich misek.
- Cześć! - odpowiedzieli chóralnie. Wasyl spojrzał na nią spode łba, ująwszy się pod opięte kwiecistą materią boki.
- Co to za jeden? - zapytał prosto z mostu.
- Jaki jeden? - zdziwiła się Majka.
- On się pyta o tego amanta, z którym przyjechałaś - podpowiedziała z uciechą Rose.
- A, ten! Jimmy Rainault, z Nottingham, zastępuje naszego doktorka - wyjaśniła Majka.
- Jimmy? - brwi Wasyla zmarszczyły się groźnie.
- Jimmy - odparła Majka. - James znaczy. Czy tam w kuchni coś się nie przypala?
Marcin porzucił indagacje i popędził ratować obiad. Na szczęście nic się jeszcze nie zdążyło przypalić, za to jedno spojrzenie na zegar uświadomiło Wasylowi, że ryż nie powinien spędzić we wrzątku już ani minuty.
Podał do stołu, po czym mężnie przetrwał cały posiłek, wypełniony głównie strzelistymi zachwytami nad doktorem Rainaultem. Szlag go trzafiał, sam nie wiedział dlaczego, ale dzielnie to ukrywał, błaznując za trzech i śląc na wszystkie strony uśmiechy.
-...ach i słuchajcie, zaprosił mnie do kina! Na "Hobbita"! - zakrzyknęła Majka. - Jutro!
- No, ma facet dobry gust do filmów - pochwaliła Rose. - Lampard, niestrawność masz? Wyglądasz jakbyś połknął żabę.
- Coś mi stanęło w gardle - mruknął Lampard.
- Ość? - nie dosłyszał Walter. - Ale, to jest kurczak, kurczaki nie mają ości.
- Coś! Coś mi stanęło! - poprawił Frank.
- Idziesz z nim do kina? - zapytał Wasyl.
- Ja? - Lampard zdziwił się niepomiernie. - Oszalałeś?
- Ile wina zdążyłeś wychlać? - zapytał Wasyl z rezygnacją. - Majkę pytam.
- Oczywiście, że idę - odparła Majka radośnie. - Zabiera mnie stąd zaraz po obiedzie!
Wasyl zaklął w myślach.
Następnego dnia doktor Rainault stawił się pod Ten Bells punktualnie co do minuty. Wszedł, przywitał się elegancko, wręczył Majce pojedynczą czerwoną różę, po czym ucałował dłoń dziewczyny.
- Może to lekka przesada, ale nie mogłem się powstrzymać - oznajmił. - Naprawdę, dawno nie spotkałem tak niezwykłej kobiety.
Majka spłoniła się wdzięcznym rumieńcem, tymczasem Rainault kontynuował.
- Trzeba było widzieć, jak mi dzisiaj asystowała przy szyciu pokaleczonego psa. Krew się lała strumieniami, a Majka nawet okiem nie mrugnęła. Nawet nie zbladła! Niesamowita dziewczyna!
- Przesadzasz, jak zwykle - Majka machnęła ręką. - To nic takiego.
Wasyl udał, że niezmiernie interesuje go zawartość jego smartfonu, tymczasem Rose dyskretnie gapiła się na tyłek doktora. Nie dość dyskretnie, bo zazdrosne oko Lamparda od razu odnotowało, co jest obiektem jej zainteresowania.
- To my już lecimy, wpadnę po filmie po Keplera. Dzięki za opiekę nad nim! - Majka pospiesznie wrzuciła na siebie płaszcz i dopiero wtedy Marcin odnotował, że miała na sobie ładną, prostą sukienkę i pantofelki na obcasie, zamiast zwykłych dżinsów i koszuli w kratę.
Cholera, jaka ona jest ładna, pomyślał. Dlaczego ja tego wcześniej nie widziałem?
Nie zdołał odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo Majki, jak też Rainaulta, już nie było w mieszkaniu. Wasyl przykleił się zachłannie do okna, wychodzącego na ulicę.
Majka i doktor stali przy samochodzie, ona cała w usmiechach, on górujący nad nią jak wieża, z dłonią na jej talii.
- Ona go jeszcze pocałuje!- warknął Wasyl, wychylając się zza firanki.
Pociągnął ją ciut za mocno a z karnisza posypało się kilka połamanych żabek. Rose patrzyła na to ze swojego miejsca obserwacyjnego, bawiąc się nie mniej szampańsko, jak podczas ostatniej wizyty na West Endzie.
- Wielkie mi rzeczy i co się stanie? Kobieta potrzebuje czasem kilku pocałunków. A jakoś nie widziałam, żeby Majeczka miała gps na palcu wskazującym.
Frank zachichotał a Wasyl niechętnie odsunął się od szyby mierząc oboje złowrogim spojrzeniem.
- Osiem wsi spaliłeś a dziewiątą masz w planie?- zakpiła Montoya. - Czyżbyś był zazdrosny? - zapytała słodko.
- O tego wypacykowanego doktorka utnękotujajka?- mruknął Wasyl. - Na pewno nie! Majka może się spotykać z kim zechce.
- Chyba z kim ty zechcesz. - odpowiedziała Rose. - A, ze ty nie chcesz to seksidupcia zaprasza ją na randki. Sorry memory nie rób z siebie psa ogrodnika.
Na dźwięk słowa "pies" z rogu pokoju odezwał się Kepler.
- Przepraszam piesku, ty nie chciała cię urazić. - Rose przywołała do siebie pupila Majki.
- Czy ja coś mówię? - obraził się Marcin. - Czy ja czegoś Majce zabraniam? A niech randkuje z tym gościem, chociaż nie wiem, co w nim widzi!
- On faktycznie ma astralny ten tyłek - zawyrokowała Rose. - I futro na klacie. Kto chce kawy?
Zebrała zamówienia i zniknęła w kuchni, tymczasem Lampard wstał z krzesła i spróbował obejrzeć swoje pośladki.
- Słuchajcie, chłopaki, czy coś jest nie tak z moim tyłkiem? - zapytał.
- Nie wiem, a z moim? - Wasyl tez wstał i odwrócił się tyłem.
- Nie znam się! Walter?
Obaj panowie wypięli się lekko w jego stronę.
- Jestem, jestem hetero i nie znam się na męskich tyłkach - oznajmił stanowczo Walter.
Lampard tymczasem z niejakim żalem zajrzał za własną koszulę, lustrując sobie klatkę piersiową. Niby owłosiona, ale jakoś tak... Nieprzesadnie. Czy to już podpada pod okreslenie "futro"?
- Wasyl, jak ty to robisz, że ci takie rosną? - zapytał smętnie.
- Jakie mi rosną? - zdziwił się Marcin.
- No kudły na klacie, jak u niedźwiedzia - sprecyzował Frank.
- A nie wiem, one tak same - odparł stoper. - Cholera, nie rozumiem kobiet.
- Dlaczego? - Rose wmaszerowała do pokoju z tacą, wypełnioną serwisem do kawy. Nad imbrykiem unosiła się wonna mgiełka.
Wasyl mruknął coś niezrozumiałego. Rose odstawiła tacę z rozmachem i wymierzyła palec w pierś stopera.
- Słuchaj no, włochaty zbiorniku testosteronu - powiedziała. - Masz ból dupy, bo Majka poszła na randkę zamiast służyć za twoją chusteczkę do nosa?
- Nic mnie to nie obchodzi - wycedził przez zęby.
- Tak, jasne i dlatego od kwadransa robisz sceny jak obrażony pięciolatek - prychnęła Rose. - A przyszło ci do głowy, że Majka może potrzebować kogoś, kto ją doceni i zobaczy w niej kobietę, a nie podręczny rękaw do smarkania? Pomyślałeś o tym? Hę?
- Nie pomyślałem - wymamrotał Wasyl w stronę dywanu.
- Rose, nie przesadzasz trochę? - zaoponował Frank. - Jesteś ciut za ostra, nie sądzisz, Walter?
- Nie sądzę - odparł Walter. Nie wywołałby większego efektu, gdyby zdzielił Lamparda krzesłem w ciemię.
- Ale jak to nie sądzisz? Myślałem, że mnie poprzesz!
- Rose ma rację, moim, moim zdaniem. Wasyl powinien trochę inaczej traktować, traktować Majkę. Skąd ona ma wiedzieć, że on ją docenia?
- Żmiję wyhodowałem na własnym łonie - oznajmił Wasyl, wlewając w siebie kawę.
- A w ogóle to ja już muszę, muszę lecieć - Walter poderwał się z krzesła. - Zaprosiłem, zaprosiłem Molly na koncert muzyki irlandzkiej. A chciałem jej kupić, kupić kwiaty jeszcze.
Nagle Lampard i Wasyl poczuli się jak totalni frajerzy.
- Brawo Wally - Marcin przełamał stupor. - Tylko tak dalej!
- Ty zaprosiłeś dziewczynę na randkę? - zapytał zdumiony Frank.
- No przecież sam mi kazałeś, kazałeś być mężczyzną - odparł Walter.
Rose, przysłuchująca się tej rozmowie, tarzała się ze śmiechu.
- No i co panowie? Tacy mucho macho, a zakasował was nieśmiały nerd! - poklepała obu piłkarzy po łopatkach.
Lampard spojrzał na nią zezem, po czym nachylił się w stronę Wasyla.
- Albo zaproszę Rose na randkę do końca tygodnia, albo zacznę nosić sukienki - oznajmił półgłosem.
Stoper wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
- Trzymam cię za słowo, Lampard.
____________________________________________________
Oto rozdział jedenasty. Strasznie mi się wszyscy w miłościach pozaplątywali, sama nie wiem co z tego wyjdzie :D


A w ramach bonusu konkurs. Kto rozpozna tego przystojniaka?
Martina





niedziela, 12 stycznia 2014

Rozdział 10

Umieram z miłości, gdy ciebie nie ma 
Umieram i nie mogę mieć nadziei 
Chcę cię mieć przy sobie 
Bez twojej miłości nie umiem żyć


Natalia Oreiro "Me muero de amor"

Penthouse Greya wydawał się ciągnąć kilometrami, złożonymi monotonnie z lśniących posadzek, grafitowych ścian i niezmiernie artystycznych czarnobiałych fotografii portretowych, przedstawiających oczywiście Roberta Greya. Rose stwierdziła w duchu, że jeśli zaraz nie dojdą do miejsca, w którym ma odbyć się kolacja, ona niechybnie umrze z nudów.
Na szczęście zanim to nastąpiło, zestrojony w czarny smoking gospodarz doprowadził ją do małego saloniku z wyjściem do ogrodu na dachu i imponującym widokiem na rozświetlone miasto nocą. Sam pokój tonął w nastrojowym półmroku, rozbrzmiewała w nim także sącząca się nie wiadomo skąd muzyka, ten rodzaj mdłej papki, którą puszcza się w windach, a którą Rose zwykła określać mianem plumkania.
Srodek pomieszczenia zajmował stół, nakryty dla dwóch osób, na którym płonęły obowiązkowe świece, w ich blasku zaś, na małym stoliku obok, polśniewało mdło srebrne wiaderko z lodem, z którego wystawała szyjka butelki szampana. W tle, jak rozmazana krwawa plama, majaczyła ustawiona strategicznie asymetryczna sofa, kryta jaskrawoczerwoną skórą.
- Widzę, że patrzysz na mój najnowszy nabytek - zamruczał Grey, prosto do ucha Rose. Stał teraz za nią, tak blisko, że czuła jego oddech na swoim karku. - To prawdziwy safian, kochanie. Zaprojektowali ją światowej sławy designerzy, mistrzowie w swoim fachu. Kempke&Vyssio.
- A myślałam, że podprowadziłeś ją z jakiegoś burdelu - odparła Rose, odsuwając się na bezpieczną odległość. Wskazała jedno z krzeseł przy stole - Rozumiem, że mogę usiąść?
- Nie chciałabyś poczuć tej miękkości na swojej skórze? - Grey najwyraźniej nie mógł się oderwać od kanapy. - Na swym nagim ciele?
- Zaraz poczujesz twardość mojej pięści na swym ryju - warknął Lampard, wiercąc się nerwowo za kierownicą garbusa. Odbiornik, z migoczącą czerwoną diodą, stał na desce rozdzielczej, a trójka przyjaciół wpatrywała się w niego, tak, jakby oczekiwali, że oprócz fonii dostaną też wizję. Wasyl siedział na fotelu pasażera, wychylająca się z tylnego siedzenia Majka wisiała mu na ramieniu, a przycupnięty obok niej Kepler, zarażony ogólną atmosferą niepokoju, ziajał nerwowo, przez co wszystkie szyby były gruntownie zaparowane.
-...Hiszpanką, zmysłowym dzieckiem południa - zatrzeszczał głośnik. - Jestem pewien, że potrafisz docenić prawdziwą rozkosz, prawdziwą symfonię zmysłów.
- Co za pierdoły - mruknął jadowicie Lampard, miotany gwałtownymi emocjami. - Palant symfoniczny!
- Ciii, Rose coś mówi! - syknęła Majka.
- Nie przyszłam tu słuchać pierdafonów o zmysłach, tylko rozmawiać o interesach - Rose rozsiadła się przy stole. - No więc?
Grey zacisnął szczęki. Równie dobrze mógłby podrywać Stonehenge. Ta dziewczyna była tak absolutnie nieczuła na jego zaloty, jakby ją z kamienia zrobiono.
- No więc - rzekł, odsuwając sobie krzesło. - Może zaczniemy jednak od kolacji. Przy posiłku lepiej się rozmawia.
Odkrył półmiski.
- Sushi? Kawioru? Może ostrygi? - zapytał, wskazując dania królewskim gestem.
Pacan, pomyślała Rose. I na pewno żadnego dania nie zrobił sam. A Lampard potrafi zrobić takiego łososia, że kapcie spadają...
- A to jest dzieło sztuki kulinarnej - rzekł Grey, podnosząc pokrywę kolejnego półmiska. - Sam je wymyśliłem. Sushi Greya!
Rose spojrzała i zamarła. Na poduszeczkach z gotowanego ryżu leżały płaty różowego mięsa jakiejś ryby, uformowane tak, że przypominały wargi sromowe. Wejście do pochwy imitowały pozbawione skorupy małże, a łechtaczkę ikra rybia. Całość miała makabrycznie realistyczny wygląd.
- Najlepszy ryż basmati - mruczał Grey, obejmując Rose ramieniem. - Mięso tuńczyka błękitnopłetwego, ikra bieługi i najdroższe przegrzebki jakie tylko możesz znaleźć.
Fala mdłości podeszła do gardła Rose. Dziewczyna przechyliła się, bezceremonialnie wyszarpnęła z wiaderka butelkę szampana, rozsypując lód dookoła i pospiesznie otworzyła. Korek wystrzelił z hukiem, przeleciał przez pokój i utkwił w kolejnym czarno-białym portrecie, precyzyjnie między oczami Greya. Rose nalała sobie pospiesznie do pełna, rozlewając zaledwie odrobinę, wychyliła kieliszek jednym haustem, po czym z całą stanowczością zatrzasnęła pokrywę na półmisku z sushi Greya.
- Nie otwieraj, jeśli nie chcesz zobaczyć dzieła sztuki dekonstrukcji kulinarnej, znanego jako Paw Rose - ostrzegła.
Grey poczuł się zgorszony i rozczarowany. No przecież to zawsze działało!
Rose wypiła drugi kieliszek, odchrząknęła i spojrzała na milionera.
- No dobra, pogadaliśmy, obejrzeliśmy rybną cipę, możemy przejść do konkretów?
Lampard i Wasyl spojrzeli na siebie zdumieni.
- Jaką cipę on jej pokazał? - zapytała Majka, nieomal zjeżdżając Wasylowi na kolana.
- Nie mam pojęcia, nie dosłyszałem - odparł Wasyl, podpierając ją ramieniem. - Zaraz mi tu zlecisz.
Majka cofnęła się nieco, szturchając przy tym Lamparda łokciem w ucho.
- Oj, przepraszam. Myślałam, że jest facetem, skąd on wziął cipę?
- Trans jakiś? - brwi Franka zbiegły się w zatroskanym grymasie. - Mówiłem, że to zbok! Idę tam!
- Siedź na razie - Wasyl przytrzymał Lamparda za rękę, tak na wszelki wypadek.
- Cicho, ten żłób coś powiedział! - skarciła ich Majka.
- Cieszę się, że przynajmniej szampan ci smakuje - rzekł cierpko Grey. - Choć planowałem otworzyć go raczej w okolicach północy.
- Myślałeś, że ja tu będę do północy kwitnąć? - zdziwiła się Rose. - No raczej nie. Co z moim pubem?
- Mówiłem, że mogę cofnąć zakaz sanitarnych - odparł Grey, coraz bardziej wyprowadzony z równowagi. - Ale musisz wykazać chęć współpracy. Rozumiesz?
- Nie rozumiem - odparła. - Na czym ma to polegać?
Grey zerwał się gwałtownie z krzesła i chwycił Rose za nadgarstek, zmuszając ją do wstania.
- Dobrze wiesz na czym - rzekł, chwytając ją w objęcia. Chciał ją pocałować, ale gdy zbliżył swe usta do jej warg, chwyciła go za uszy i pociągnęła z całej siły.
- Aaaaaau! - milioner złapał się za poszkodowane organy, tym samym puszczając Rose z rąk. - Popieprzyło cię?
- Chyba ciebie - odparła Rose. - Co się pchasz z dziobem? Myślisz, że skurwię się za cenę pubu?
- Będę cię mieć!- rzekł rozzłoszczony Grey. Jego jasne oczy lśniły furią. - Nieważne za jaką cenę!
- Mieć to możesz świnię w oborze, a nie mnie! Ja, Grey, należę wyłącznie do siebie! - odparła Rose, jednocześnie zsuwając z nóg buty na potwornie wysokim obcasie.
Lampard usiłował wysiąść z samochodu, nie zdołał jednak, bo Wasyl i Majka przytrzymali go za kurtkę.
- Puszczajcie! - wrzasnął. - Przecież on jej coś zrobi!
- Nie doceniasz Rose - rzekła Majka proroczo. - Prędzej ro ona jemu coś zrobi.
Grey zaśmiał się szyderczo.
- Nie, Różyczko, nalezysz do mnie - oznajmił. - Jesteś na mojej łasce, w moim mieszkaniu i nie wyjdziesz stąd, póki nie zechcę. A teraz mi się oddasz...
- Nie oddałam się jeszcze żadnemu facetowi - odparła Rose z godnością. - I z całą pewnością nie oddam się tobie, żałosny, bogaty kutasino.
- Nie? - Grey wyszczerzył zęby.
- Nie - głos Rose mógł zamrozić na kamień nawet wybuchający wulkan, razem z lawą.
- Zobaczymy - Grey złapał ją za przedramię, wolną dłonią szarpiąc dekolt czerwonej sukienki. Rose wykonała niewielki ruch ręką i nagle okazało się, że to ona trzyma Greya, wykręcając mu rękę za plecami.
- Bardzo chętnie ci ją złamię, jeśli tylko dasz mi powód - zapewniła.
Grey szarpnął się, po czym poczuł, że ból w wykręconym ramieniu stał się nie do zniesienia. Coś trzasnęło mu głośno w stawie barkowym. Zawył niczym kojot w księżycową noc, czując jak kroplisty pot występuje mu na czoło.
Rose zwolniła uścisk i odepchnęła Greya od siebie, myśląc, że ma już dosyć, on jednakże natychmiast się na nią rzucił.
- Błąd - rzekła Rose przez zaciśnięte zęby, waląc napastnika w twarz prawym prostym, który Wasyl, miłośnik boksu, obdarzyłby zapewne najwyższym uznaniem. Chrupnęło niemiło, z nosa Greya popłynęła krew, plamiąc szkarłatem śnieżnobiały gors jego koszuli.
Milioner zachwiał się, po czym spróbował uderzyć Rose pięścią. Dziewczyna wykonała unik, po czym wymierzyła Greyowi takiego sierpowego w szczękę, że w podsłuchu zrobiło się sprzężenie.
Przeraźliwiy wizg i skrzypienie zagłuszyły na moment odgłosy walki, raniąc uszy podsłuchujących. Potem dało się slyszeć głośne łupnięcie, połączone ze stęknięciem Rose, po czym w głośniku rozległ się cichy i jakby zdziwiony głos Greya.
- Moje... jaja - stwierdził milioner. - Kopnęłaś mnie w jaja.
- Brawo Rose! - wykrzyknął Wasyl, śmiejąc się od ucha do ucha.
- Brawo Rose! - zawtórowała mu Majka.
Przybili sobie radośnie piątkę, tymczasem Lampard poczuł się irracjonalnie dumny. co za kobieta...!
Tymczasem Grey, ściskając oburącz krocze, osunął się najpierw na kolana, potem zaś przewrócił się na bok i tak został, opierając czoło o nogę stołową.
- To chyba koniec naszej randki - rzekła drwiąco Rose. - Wyglądasz na niedysponowanego, pójdę więc do domu.
Ruszyła ku drzwiom, potem się zatrzymała.
- Zapomniałabym - rzekła, ściągając przez głowę czerwoną szmatę. - To twoje.
Podeszła do leżącego milionera i rzuciła mu kieckę na twarz. W tym momencie zaczął się podnosić, chwytając ją za nogi.
- Jeszcze nie masz dość? No to będzie deserek. - Chwyciła ze stołu półmisek z sushi w kształcie damskiej anatomii. - Cipa rybna dla pana, smacznego.
Walnęła go półmiskiem w głowę. Rozległo się dźwięczne "bonnnnnnnnng!" i Grey, obsypany kawałkami ryby i małż, osunął się na posadzkę.
- Dobranoc, panie Grey - rzekła Rose, wychodząc.
- Przez nokaut wygrała Rose! - obwieścił Wasyl. Lampard nie mógł już wytrzymać, wyskoczył z samochodu i pobiegł do drzwi, przy których wciąz sterczał ochroniarz.
Rose ukazała się w nich kilka minut później.
- Chyba nie doszliśmy do porozumienia - powiedziała, widząc Franka. Lampard bez namysłu chwycił ją w ramiona i przygarnął do swej szerokiej piersi.
- Nic ci nie jest! - jęknął. - Jezu, jak ja się bałem!
Tulił ją przez chwilę bez słowa, całując jej włosy. Rose poddawała się tej pieszczocie bez najmniejszego protestu.
- No przecież nic mi się nie stało - rzekła tylko. - Żeby tylko ten fiut nie próbował się mścić...
Lampard odsunął dziewczynę od siebie i spojrzał jej w oczy, wzrokiem tak płomiennym, że gdyby w okolicy znajdowało się coś łatwopalnego, zapewne zajęłoby się żywym ogniem.
- Jeśli spróbuje cię skrzywdzić, będzie miał ze mną do czynienia! - oznajmił. - A o pub się nie martw, nie tylko Grey ma znajomości.
Wasyl i Majka w samochodzie taktownie patrzyli w inną stronę, przekonani, że tamtych dwoje lada chwila zacznie się całować.
- Chyba nam się tu romans kroi - zauważył Marcin odkrywczo.
- Kroi się już od dawna - odparła Majka. - Pytanie tylko kiedy Rose przestanie poniewierać Frankiem i przyzna się, że coś do niego ma.
- A ma? - ciemne brwi Wasyla skoczyły w górę, w wyrazie zaciekawienia.
- Oczywiście. Nie zauważyłeś?
- No nie...
- Faceci - Majka westchnęła głęboko. - Nigdy nie widzicie tego co trzeba.
- To była jakaś aluzja?
- A nie. To była generalna refleksja nad rodzajem męskim.
- Aha. Bo już myślałem, że coś mi sugerujesz.
- Skądże znowu. No pocałuj ją, kretynie!
- Ja?!
- Nie, Lamps, naszą Różyczkę. Ty, Wasyl, ale ty nie mów Frankowi, że ona na niego, no wiesz... Bo mnie Rose udusi.
- Nie powiem. Chyba jej nie pocałuje - Marcin rzucił okiem w stronę obejmującej się na chodniku pary.
- Półgłówek, no. Do swojej byłej takich oporów nie miał. Czy wy zawsze musicie pchać się do niewłaściwych bab? A właściwych albo nie zauważacie, albo zabieracie się do nich jak pies do jeża - prychnęła Majka. - Albo traktujecie jak chwilowy wypełniacz.
- No, krasnal, ale to już była aluzja! I w dodatku nie fair! - Wasyl spojrzał na nią z wyrzutem.
- Ja i moja wielka paszcza - wymamrotała Majka, chowając twarz w dłoniach. - Tak, to była aluzja. Przeeee-praszam.
Marcin tylko westchnął i udał, że pilnie ogląda paznokcie u rąk.
- Tylko się na mnie nie gniewaj - jęknęła Majka, czując, że zbiera jej się na płacz. Nienawidziła, gdy ktoś dla niej ważny był na nią zły. - Nie chciałam być niemiła.
- Spoko - mruknął. - Masz prawo mieć do mnie żal.
- Rany boskie, nie chcę mieć do ciebie żalu! - Majka poderwała się, niemal waląc głową w podsufitkę. - Tylko, no, cholera, szlag mnie trafia, gdy widzę, że się męczysz przez jakieś głupie babsko, które nie odróżniłoby dobrego faceta od kilograma kartofli. Ja bym ci... Ja bym nigdy... A, kurza twarz, mogę być tylko twoją przyjaciółką!
Czując, że oczy jej zachodzą łzami, a z nosa zaczyna ciec, Majka poczęła macać się rozpaczliwie po kieszeniach, które jednak, jak na złość, były kompletnie puste. Siedziała zatem z pochyloną głową, mokrymi policzkami i świadomością, że nie tylko zrobiła z siebie po raz kolejny idiotkę przed Wasylem, ale w dodatku za chwilę będzie wyglądać jak usmarkana, czerwona maszkara. Cudownie, nic tylko wpełznąć pod najbliższy kamień. I nie wychodzić do wiosny.
Zanim jednak zdążyła popaść w kompletny dół, w polu jej widzenia pojawiła się mocno rozmazana paczka chusteczek higienicznych.
- Masz, krasnalu - powiedział Wasyl. - I nie becz, dobra?
Z cichą wdzięcznością Majka zatrąbiła głośno w chusteczkę. Ciepłe palce dotknęły jej podbródka, unosząc go delikatnie w górę.
- Jesteś zajebista dziewczyna - rzekł Marcin. - I zasługujesz na zajebistego faceta, a nie na...
W tym momencie Kepler dostał szału. Rzucił się na boczną szybę, rycząc, warcząc, szczekając i niemal demolując fotel kierowcy.
- Co jest? - zdziwił się Wasyl, puszczając Majkę. Przetarł boczną szybę po stronie kierowcy, próbując dojrzeć to coś, co tak rozdrażniło psa.
- Kepler, siad! Chodź tu cholero jedna! - Majka próbowała uspokoić zwierzaka.
W tej samej chwili Rose zesztywniała w objęciach Lamparda, czując na sobie czyjeś spojrzenie. Lodowate spojrzenie.
- Co jest...? - zapytał zdziwiony Frank. - Zimno ci? Cholercia, ty tu w samych skarpetkach stoisz!
Rose spojrzała nad jego ramieniem i poczuła jak wszystkie włosy stają jej dęba. Pod latarnią o drugiej stronie ulicy stał wysoki, czarny mężczyzna, w płaszczu i kapeluszu. Właściwie to była sama sylwetka, utkana z ciemności.
- Tam, Frank! - wyszeptała Rose.
Lampard odwrócił się i też spojrzał.
Czarny mężczyzna uniósł dłonie i jął klaskać, powolnym teatralnym gestem, mniej więcej tak, jak robił to Heath Ledger, grając Jokera.
- Jedźmy stąd - zażądała Rose.
Wsiedli pospiesznie do samochodu. Kepler, zjeżony jak szczotka wciąż warczał, przytrzymywany przez pobladłą Majkę, a Wasyl, blady jak papier, siedział, zaciskając dłonie w pięści z taką siłą, że aż pobielały mu knykcie.
Kiedy dojechali pod pub, w samochodzie panowała kompletna cisza.
Tymczasem w apartamencie Greya cisza panowała tylko przez chwilę. Niedługo po wyjściu Rose na klatce schodowej, będącej przeciwpożarową drogą ewakuacyjną, załomotało, po czym przez tylne drzwi do hallu wpadł Hinten, wyglądający jak łosoś, który płynąc w górę rzeki niespodziewanie trafił na tamę.
- Panie Grey! O matko, panie Grey! - wrzasnął, pędząc w stronę saloniku i ślizgając się na wypolerowanej posadzce. - Panie Grey kochany!
Na widok pobojowiska w salonie zamarł zaledwie na ułąmek sekundy, potem zaś rzucił się w kierunku wystających spod stołu nóg pracodawcy.
- Co ona panu zrobiła? - jęknął, wywlekając szefa spod mebla. - To zła kobieta jest, ja zaraz wiedziałem!
Odgarnął na bok frutti di mare, zdarł z głowy szefa czerwoną szmatę i pochylił się nad jego bladym obliczem.
- O mój Boże, to krew jest? - jęknął. Otarł troskliwie oblicze pryncypała trzymaną w dłoni sukienką, po czym jął poklepywać Greya po policzku. - Niech pan otworzy oczy! Niech pan się obudzi! O Boże, co robić, co robić?
Przez jego głowę przelatywały strzępki wiedzy na temat pierwszej pomocy.
- Już wiem! Usta-usta! - zakrzyknął. Odchylił głowę pryncypała, otwarł mu usta i zaczerpnął tchu. Nie zdołał na dobre przywrzeć swymi wargami do jego warg, gdy dostał boleśnie otwartą dłonią w potylicę.
- Aaaauuaaa! - jęknął, prostując się.
- Won z ryjem, karpie całować - zachrypiał Grey. Usiadł niepewnie, otworzył oczy i rozejrzał się dookoła.
- Pan żyje, o rany, pan żyje! - wykrzyknął Hinten, uradowany.
- Zamknij się i podaj mi wiaderko z lodem - zażądał milioner chrypliwie. Kiedy Hinten wykonał polecenie, Grey postawił wiaderko przed sobą, następnie zaczerpnął z niego pełną garścią i wsypał sobie jej zawartość w spodnie. Następną porcję lodu zawinął w czerwoną sukienkę i przyłożył do głowy.
- Ta cipa pożałuje, że się urodziła - oznajmił. - Chciałem ją oszczędzić, ale zmieniłem zdanie. Auch!
- Zabije ją pan? - zapytał trwożnie Hinten.
- Kiedy do tego dojdzie, będzie mnie błagała, żebym to zrobił - odparł Grey. Jego oczy płonęły diaboliczną furią.
Nowy Rok, przynajmniej dla niektórych, zaczął się całkiem dobrze. Wasyl rozparł się wygodnie w wielkim fotelu dziadka Jimmy'ego i pociągnął z zadowoleniem wina z kieliszka, patrząc na Majkę i Waltera, dyskutujących właśnie z ożywieniem na temat czekolady, której dwa parujące kubki stały przed nimi. Z walorów smakowych napoju rozmowa zjechała im już dawno na temat pochodzenia kakaowca jako takiego i jego znaczenia dla środkowoamerykańskich cywilizacji prekolumbijskich. Wasyl do dysputy się nie włączał, bo o Majach i Aztekach wiedział tyle, co kot napłakał, a nie chciał zrobić z siebie przed nimi idioty, przed Majką zwłaszcza. Już i tak czasami czuł się jak ostatni tłuk, kiedy słuchał jej rozmów z Walterem, wolał więc milczeć, głaskać Jonesy'go, który ułożył mu się na kolanach i patrzeć.
Spędził dzisiaj całe dziewięćdziesiąt minut na boisku, a Leicester City wygrało, odzyskując pozycję lidera w tabeli, co oznaczało, że wymarzona przez Marcina jeszcze w dziecięctwie gra w Premier League, była coraz bliżej. Po tym, jak Witsel złamał mu nogę, myślał, że jego marzenia szlag trafił, a tu proszę, Pan Bóg okno otworzył. Gdyby się jeszcze udało ten burdel w sprawach rodzinnych posprzątać...
Nie był pazerny, nie żałował Aśce kasy. Był gotów oddać jej ile chciała, byleby tylko mógł się spokojnie widywać z dziećmi. Alimenty na nie zaś były oczywistą oczywistością i nawet nie wpadło mu do głowy, że mógłby się od nich migać, czy chcieć, żeby były niskie. Problem polegał na tym, że jego prawie już była żona chciała także alimentów na siebie, a żeby je otrzymać, musiała udowodnić Wysokiemu Sądowi, że to Marcin jest winien rozkładu pożycia. A on, baran jeden, zawsze był wzorowym, kochającym mężem i choćby skisła, haka na niego by nie znalazła. No to wymyśliła sobie, idiotka, przemoc domową...
Wasyl westchnął głośno, aż drzemiący pod stopami Majki Kepler przecknął się i podniósł głowę. Jego pani okazała się nie mniej czujna.
- Co jest, Wasylku? - zapytała, odrywając się na moment od zawiłej kwestii xocolatl jako napoju bogów. - Tak wzdychasz, że mógłbyś żaglowce Kolumba napędzać.
- W pasie równikowej ciszy pewnie bym mu się przydał - zgodził się Wasyl. - A nic, tak sobie myślę, o różnych rzeczach. Noworocznie, rozumiesz.
- Rozumiem - powiedziała Majka. - A Lampard z Rose to przepadli już na wieki? Myślałam, że idą tylko po klucz do tego - wskazała ruchem głowy stojącą na stole szkatułkę.
- Ja bym im nie przeszkadzał, bo czasem, bo czasem jeszcze nie dojdą - zadowcipkował znienacka Walter.
Wasyl wybuchł gromkim i basowym śmiechem, w pełni godnym wawelskiego smoka, natomiast Majka spojrzała na Waltera z zaskoczeniem.
- Ty wiesz, że oni...? - zapytała.
- Ja może, może jestem nerdem, ale nie ślepym nerdem - oznajmił Walter. - Dawno się domyśliłem, że Rose i Frank mają się ku sobie.
- Zaskoczył cię, co? - Marcin zaświecił białymi zębami w uśmiechu. - Ten nasz Wally to jest cicha woda, wygląda na niewiniątko, a tak naprawdę to niezły z niego agent.
- Co on tak rechocze? - mruknęła w tym samym momencie Rose. Stała na korytarzu, przed zamkniętymi drzwiami swego dziecinnego pokoju i zbierała siły by nacisnąć klamkę. - Pewnie się z nas nabija.
- Wasyl? Na pewno nie złośliwie - odparł Lampard. - Otworzysz?
- Nie złośliwie? Dobra, dobra, już ja wiem co on myśli, zbok kosmaty - prychnęła Rose. - Jedno mu tylko we łbie, a Majka tego nie widzi.
- Jesteś pewna? - Frank zastrzygł znacząco brwią. - Majeczka też nie jest święta, wręcz przeciwnie, powiedziałbym, że kawał z niej świntuchy.
- A ty co się zboczeniami Majki zajmujesz? - zjeżyła się znienacka Rose.
- Przestanę, jak ty przestaniesz zajmować się zboczeniami Wasyla - odparł Lampard słodko. - Myślałem, że na niego nie lecisz.
- No pewnie że nie - obruszyła się. - Wolę ciebie.
- O! A zatem lecisz na mnie!
- Nie przeginaj, Frank, wcale tego nie powiedziałam!
- A co powiedziałaś?
- Że, no, że jakbym musiała wybierać, to wolałabym ciebie. Ale nie muszę wybierać, więc nie wolę nikogo. Wchodzimy?
Rose przekręciła klucz i nacisnęła klamkę. Z dwojga złego wolała już zmienić temat i wejść do pokoju, którego nienawidziła, niż kontynuować tę śliską konwersację. Światło, padające z korytarza wydobyło z ciemności wiszący na ścianie na wprost plakat, przedstawiający mężczyznę w niebieskim stroju. Lampard pomacał okolice futryny drzwiowej, zapalił światło i przyjrzał się dokładniej.
Wielki plakat, z tych, które gazety dodają do kolejnych numerów po kawałku, wisiał nad łóżkiem, przykrytym patchworkową narzutą. Wyobrażonego na nim osobnika Frank znał bardzo dobrze, praktycznie od urodzenia.
- Ty masz nad łóżkiem mój plakat? - odwrócił się do Rose, szczerząc się w szerokim uśmiechu.
- Miałam - poprawiła. - Od dawna tu nie sypiam.
- Ale miałaś! Mnie! Nad łóżkiem!
- Co tak zęby suszysz, Lampard, jakbyś się w rekina zamienił? Miałam, to miałam, jak każda głupia nastolatka.
- Ale, no, skoro miałaś mój plakat, to chyba ci się podobam? Przynajmniej trochę?
- Nie, powiesiłam sobie twoją gębę dla umartwienia.
- Poważnie?
- Nie patrz na mnie jak zbity spaniel, jaja sobie robię! I pomóż mi otworzyć tę szufladę, bo się zacina! - Rose szarpnęła uchwyt szuflady w stojącej pod ścianą komodzie.
- Już się robi - Lampard puścił szelmowskie oczko i spróbował wysunąć szufladę. Ani drgnęła.
- Co za siłacz z ciebie, Franiu - mruknęła słodko Rose.
Czując, że jego męska reputacja została właśnie poważnie nadszarpnięta, Frank chwycił obydwa uchwyty szuflady i pociągnął z całej siły. Tym razem piekielny mebel poddał się zadziwiająco łatwo, szuflada wyskoczyła z prowadnic jak korek z butelki, wymknęła się zaskoczonemu Lampardowi z ręki i z hukiem wylądowała na podłodze, obok niej zaś Frank z wyrazem twarzy człowieka absolutnie zaskoczonego.
Zanim Rose zdołała się zdecydować, czy dobić Lampsa ciętą ripostą, czy pędzić mu na ratunek, do pokoju wpadli zwabieni hukiem Wasyl, Majka, Walter, oraz pies. Ten ostatni oblizał zamaszyście zastygłe w wyrazie zdumienia oblicze Lamparda, przywołując go tym samym z powrotem do życia.
- Ja nie chciałem... - powiedział Frank, patrząc na rozsypaną malowniczo zawartość szuflady. Długopisy, pudełeczka, stare słuchawki, żetony do pokemonów, kości do gry i wyświechtana talia tarota stanowiły tylko część skarbów jakie wylądowały na podłodze.
- Ktoś strzelał? - zapytał równocześnie Wasyl.
- Frank, szufladą - odparła Rose.
- Jak się strzela szufladą? - zdziwiła się Majka.
- Masz tam amunicję? - chciał wiedzieć Walter.
- Won mi stąd wszyscy, zaraz do was przyjdę z kluczem! - wrzasnęła Rose. Lampard zaczął się podnosić. - Ty nie, ty zostań! Reszta won!
- Ale mam tak siedzieć? - zaprotestował Frank, gdy trójka chichoczących przyjaciół wytoczyła się na korytarz. - Wolałbym wstać.
- A potrzebujesz na to mojego pozwolenia? - zdziwiła się Rose. - Nie przypominam sobie, żebym cię wykastrowała.
Lampard pufnął przez nos i wstał energicznie, sam nie wiedząc co ma zrobić z tą straszną, a zarazem pociągającą kobietą. Wbił zatem dłonie w kieszenie spodni, po czym zaczął się rozglądać dookoła, starannie omijając spojrzeniem Rose, która w kucki na podłodze grzebała w szufladzie. Jego wzrok przyciągnął czarny przedmiot o opływowych kształtach, wystający zza zasłony. Frank grywał wprawdzie wyłącznie na playstation, ale potrafił rozpoznać futerał na gitarę.
Wyjął go zza zasłony, położył na łóżku i otworzył. W środku spoczywała gitara, z pudłem rezonansowym wykonanym z drewna o ciepłej, miodowej barwie. Na pudle, tuż pod mostkiem, ktoś wypisał czarnymi, pełnymi zawijasów literami jedno słowo:
Rosa.
Frank przeciągnął palcem po strunach, zabrzęczały cichutko.
- To prezent od mojego ojca - powiedziała Rose, nie odwracając się. - Na szóste urodziny.
- Ładny - pochwalił Lampard.
- I ostatni jaki od niego dostałam - otworzyła małe drewniane pudełeczko. - Mam!
Wyjęła ze środka kluczyk na srebrnym łańcuszku.
- Czemu ostatni? - zapytał ostrożnie Frank, nie odrywając wzroku od lśniącego instrumentu.
- Bo ojciec znikł - odparła Rose. Wstała z podłogi i usiadła ostrożnie obok gitary.
- Jak to znikł?
- Tak po prostu. Pewnego pięknego dnia, jakieś pół roku po tym jak dał mi tę gitarę, Jairo Montoya stwierdził, że znudziło mu się bycie mężem i ojcem, zabrał swoje rzeczy i wyjechał, prawdopodobnie do swej rodzinnej Hiszpanii. Zostawił po sobie tylko stos nut. Nauczyłam się z nich potem grać, ćwiczyłam w każdej wolnej chwili, a mamę doprowadzało to do szału. Strasznie chyba za nim tęskniła.
Rose westchnęła i pogłaskała delikatnie gitarę.
- Często się wtedy kłóciła z dziadkiem. Babcia próbowała ich uspokajać, ale matka miała mało angielski temperament, zresztą dziadek Jimmy też. Wrzeszczeli na siebie, trzaskali drzwiami, ostro było - powiedziała, zamyślona. - To i te nuty, to jedyne rzeczy jakie mi zostały po tacie.
Sam nie wiedząc czemu, Frank wyjął gitarę z futerału i podał Rose.
- Zagraj mi coś. Proszę.
Zamiast zdzielić go między oczy jakąś celną ripostą, Rose wzięła z jego rąk instrument.
- Strasznie dawno tego nie robiłam - powiedziała. Przymknęła na chwilę oczy, jakby czegoś szukała w głowie, potem ułożyła palce na gryfie i strunach i zaczęła grać.
A także śpiewać.
Te marchaste sin palabras, cerrando la puerta
Justo cuando te pedia, un poco mas
El miedo te alejo del nido, sin una respuesta
Dejando un corazon herido, dejandome atras
Y ahora me muero de amor si no estas
Me muero y no puedo esperar
A que vuelvas de nuevo aqui
Junto a mi, con tus besos

Jej głos był niski, ciepły i słodki, kojarzył się Lampardowi nieodparcie z dojrzałą w andaluzyjskim słońcu brzoskwinią i sprawiał, że bardziej niż kiedykolwiek Frank miał ochotę chwycić jego właścicielkę w objęcia i sprawić, by jęczała z rozkoszy. Więcej, chwycić w objęcia i sobą osłonić przed całym złem tego świata.

Es que me muero de amor si no estas
Me muero y no puedo esperar
Necesito tenerte aqui, junto a mi
Sin tu amor no puedo seguir...

Kiedy skończyła śpiewać, spojrzała na niego, w jej oczach zaś nie było zwykłej zadziorności i twardości. Jej spojrzenie było miękkie i bezbronne, a także, Frank gotów byłby przysiąc, czułe. Wyciągnął dłoń i odsunął delikatnie kosmyk czarnych włosów, który opadł na policzek dziewczyny.
- Rose... powiedział i zaschło mu w ustach.
- Tak, Frank? - zapytała, niemal szeptem.
- Rose, ja...
- Misiaczki, jeśli robicie tam dzieci, to ja chcę zostać chrzestnym! - drzwi się uchyliły, a w szparze pojawiła się łobuzersko uśmiechnięta twarz Wasyla.
Z nadludzkim wysiłkiem Lampard powściągnął chęć zdzielenia Wasilewskiego w ten czarny, kosmaty łeb leżącą na podłodze szufladą.
____________________________________________________
Oddaję w wasze ręce rozdział dziesiąty, ze zwykłą nadzieją, że się spodoba :)


A w ramach bonusu prawdziwy Andaluzyjczyk con la guitarra ;)

Martina