niedziela, 12 stycznia 2014

Rozdział 10

Umieram z miłości, gdy ciebie nie ma 
Umieram i nie mogę mieć nadziei 
Chcę cię mieć przy sobie 
Bez twojej miłości nie umiem żyć


Natalia Oreiro "Me muero de amor"

Penthouse Greya wydawał się ciągnąć kilometrami, złożonymi monotonnie z lśniących posadzek, grafitowych ścian i niezmiernie artystycznych czarnobiałych fotografii portretowych, przedstawiających oczywiście Roberta Greya. Rose stwierdziła w duchu, że jeśli zaraz nie dojdą do miejsca, w którym ma odbyć się kolacja, ona niechybnie umrze z nudów.
Na szczęście zanim to nastąpiło, zestrojony w czarny smoking gospodarz doprowadził ją do małego saloniku z wyjściem do ogrodu na dachu i imponującym widokiem na rozświetlone miasto nocą. Sam pokój tonął w nastrojowym półmroku, rozbrzmiewała w nim także sącząca się nie wiadomo skąd muzyka, ten rodzaj mdłej papki, którą puszcza się w windach, a którą Rose zwykła określać mianem plumkania.
Srodek pomieszczenia zajmował stół, nakryty dla dwóch osób, na którym płonęły obowiązkowe świece, w ich blasku zaś, na małym stoliku obok, polśniewało mdło srebrne wiaderko z lodem, z którego wystawała szyjka butelki szampana. W tle, jak rozmazana krwawa plama, majaczyła ustawiona strategicznie asymetryczna sofa, kryta jaskrawoczerwoną skórą.
- Widzę, że patrzysz na mój najnowszy nabytek - zamruczał Grey, prosto do ucha Rose. Stał teraz za nią, tak blisko, że czuła jego oddech na swoim karku. - To prawdziwy safian, kochanie. Zaprojektowali ją światowej sławy designerzy, mistrzowie w swoim fachu. Kempke&Vyssio.
- A myślałam, że podprowadziłeś ją z jakiegoś burdelu - odparła Rose, odsuwając się na bezpieczną odległość. Wskazała jedno z krzeseł przy stole - Rozumiem, że mogę usiąść?
- Nie chciałabyś poczuć tej miękkości na swojej skórze? - Grey najwyraźniej nie mógł się oderwać od kanapy. - Na swym nagim ciele?
- Zaraz poczujesz twardość mojej pięści na swym ryju - warknął Lampard, wiercąc się nerwowo za kierownicą garbusa. Odbiornik, z migoczącą czerwoną diodą, stał na desce rozdzielczej, a trójka przyjaciół wpatrywała się w niego, tak, jakby oczekiwali, że oprócz fonii dostaną też wizję. Wasyl siedział na fotelu pasażera, wychylająca się z tylnego siedzenia Majka wisiała mu na ramieniu, a przycupnięty obok niej Kepler, zarażony ogólną atmosferą niepokoju, ziajał nerwowo, przez co wszystkie szyby były gruntownie zaparowane.
-...Hiszpanką, zmysłowym dzieckiem południa - zatrzeszczał głośnik. - Jestem pewien, że potrafisz docenić prawdziwą rozkosz, prawdziwą symfonię zmysłów.
- Co za pierdoły - mruknął jadowicie Lampard, miotany gwałtownymi emocjami. - Palant symfoniczny!
- Ciii, Rose coś mówi! - syknęła Majka.
- Nie przyszłam tu słuchać pierdafonów o zmysłach, tylko rozmawiać o interesach - Rose rozsiadła się przy stole. - No więc?
Grey zacisnął szczęki. Równie dobrze mógłby podrywać Stonehenge. Ta dziewczyna była tak absolutnie nieczuła na jego zaloty, jakby ją z kamienia zrobiono.
- No więc - rzekł, odsuwając sobie krzesło. - Może zaczniemy jednak od kolacji. Przy posiłku lepiej się rozmawia.
Odkrył półmiski.
- Sushi? Kawioru? Może ostrygi? - zapytał, wskazując dania królewskim gestem.
Pacan, pomyślała Rose. I na pewno żadnego dania nie zrobił sam. A Lampard potrafi zrobić takiego łososia, że kapcie spadają...
- A to jest dzieło sztuki kulinarnej - rzekł Grey, podnosząc pokrywę kolejnego półmiska. - Sam je wymyśliłem. Sushi Greya!
Rose spojrzała i zamarła. Na poduszeczkach z gotowanego ryżu leżały płaty różowego mięsa jakiejś ryby, uformowane tak, że przypominały wargi sromowe. Wejście do pochwy imitowały pozbawione skorupy małże, a łechtaczkę ikra rybia. Całość miała makabrycznie realistyczny wygląd.
- Najlepszy ryż basmati - mruczał Grey, obejmując Rose ramieniem. - Mięso tuńczyka błękitnopłetwego, ikra bieługi i najdroższe przegrzebki jakie tylko możesz znaleźć.
Fala mdłości podeszła do gardła Rose. Dziewczyna przechyliła się, bezceremonialnie wyszarpnęła z wiaderka butelkę szampana, rozsypując lód dookoła i pospiesznie otworzyła. Korek wystrzelił z hukiem, przeleciał przez pokój i utkwił w kolejnym czarno-białym portrecie, precyzyjnie między oczami Greya. Rose nalała sobie pospiesznie do pełna, rozlewając zaledwie odrobinę, wychyliła kieliszek jednym haustem, po czym z całą stanowczością zatrzasnęła pokrywę na półmisku z sushi Greya.
- Nie otwieraj, jeśli nie chcesz zobaczyć dzieła sztuki dekonstrukcji kulinarnej, znanego jako Paw Rose - ostrzegła.
Grey poczuł się zgorszony i rozczarowany. No przecież to zawsze działało!
Rose wypiła drugi kieliszek, odchrząknęła i spojrzała na milionera.
- No dobra, pogadaliśmy, obejrzeliśmy rybną cipę, możemy przejść do konkretów?
Lampard i Wasyl spojrzeli na siebie zdumieni.
- Jaką cipę on jej pokazał? - zapytała Majka, nieomal zjeżdżając Wasylowi na kolana.
- Nie mam pojęcia, nie dosłyszałem - odparł Wasyl, podpierając ją ramieniem. - Zaraz mi tu zlecisz.
Majka cofnęła się nieco, szturchając przy tym Lamparda łokciem w ucho.
- Oj, przepraszam. Myślałam, że jest facetem, skąd on wziął cipę?
- Trans jakiś? - brwi Franka zbiegły się w zatroskanym grymasie. - Mówiłem, że to zbok! Idę tam!
- Siedź na razie - Wasyl przytrzymał Lamparda za rękę, tak na wszelki wypadek.
- Cicho, ten żłób coś powiedział! - skarciła ich Majka.
- Cieszę się, że przynajmniej szampan ci smakuje - rzekł cierpko Grey. - Choć planowałem otworzyć go raczej w okolicach północy.
- Myślałeś, że ja tu będę do północy kwitnąć? - zdziwiła się Rose. - No raczej nie. Co z moim pubem?
- Mówiłem, że mogę cofnąć zakaz sanitarnych - odparł Grey, coraz bardziej wyprowadzony z równowagi. - Ale musisz wykazać chęć współpracy. Rozumiesz?
- Nie rozumiem - odparła. - Na czym ma to polegać?
Grey zerwał się gwałtownie z krzesła i chwycił Rose za nadgarstek, zmuszając ją do wstania.
- Dobrze wiesz na czym - rzekł, chwytając ją w objęcia. Chciał ją pocałować, ale gdy zbliżył swe usta do jej warg, chwyciła go za uszy i pociągnęła z całej siły.
- Aaaaaau! - milioner złapał się za poszkodowane organy, tym samym puszczając Rose z rąk. - Popieprzyło cię?
- Chyba ciebie - odparła Rose. - Co się pchasz z dziobem? Myślisz, że skurwię się za cenę pubu?
- Będę cię mieć!- rzekł rozzłoszczony Grey. Jego jasne oczy lśniły furią. - Nieważne za jaką cenę!
- Mieć to możesz świnię w oborze, a nie mnie! Ja, Grey, należę wyłącznie do siebie! - odparła Rose, jednocześnie zsuwając z nóg buty na potwornie wysokim obcasie.
Lampard usiłował wysiąść z samochodu, nie zdołał jednak, bo Wasyl i Majka przytrzymali go za kurtkę.
- Puszczajcie! - wrzasnął. - Przecież on jej coś zrobi!
- Nie doceniasz Rose - rzekła Majka proroczo. - Prędzej ro ona jemu coś zrobi.
Grey zaśmiał się szyderczo.
- Nie, Różyczko, nalezysz do mnie - oznajmił. - Jesteś na mojej łasce, w moim mieszkaniu i nie wyjdziesz stąd, póki nie zechcę. A teraz mi się oddasz...
- Nie oddałam się jeszcze żadnemu facetowi - odparła Rose z godnością. - I z całą pewnością nie oddam się tobie, żałosny, bogaty kutasino.
- Nie? - Grey wyszczerzył zęby.
- Nie - głos Rose mógł zamrozić na kamień nawet wybuchający wulkan, razem z lawą.
- Zobaczymy - Grey złapał ją za przedramię, wolną dłonią szarpiąc dekolt czerwonej sukienki. Rose wykonała niewielki ruch ręką i nagle okazało się, że to ona trzyma Greya, wykręcając mu rękę za plecami.
- Bardzo chętnie ci ją złamię, jeśli tylko dasz mi powód - zapewniła.
Grey szarpnął się, po czym poczuł, że ból w wykręconym ramieniu stał się nie do zniesienia. Coś trzasnęło mu głośno w stawie barkowym. Zawył niczym kojot w księżycową noc, czując jak kroplisty pot występuje mu na czoło.
Rose zwolniła uścisk i odepchnęła Greya od siebie, myśląc, że ma już dosyć, on jednakże natychmiast się na nią rzucił.
- Błąd - rzekła Rose przez zaciśnięte zęby, waląc napastnika w twarz prawym prostym, który Wasyl, miłośnik boksu, obdarzyłby zapewne najwyższym uznaniem. Chrupnęło niemiło, z nosa Greya popłynęła krew, plamiąc szkarłatem śnieżnobiały gors jego koszuli.
Milioner zachwiał się, po czym spróbował uderzyć Rose pięścią. Dziewczyna wykonała unik, po czym wymierzyła Greyowi takiego sierpowego w szczękę, że w podsłuchu zrobiło się sprzężenie.
Przeraźliwiy wizg i skrzypienie zagłuszyły na moment odgłosy walki, raniąc uszy podsłuchujących. Potem dało się slyszeć głośne łupnięcie, połączone ze stęknięciem Rose, po czym w głośniku rozległ się cichy i jakby zdziwiony głos Greya.
- Moje... jaja - stwierdził milioner. - Kopnęłaś mnie w jaja.
- Brawo Rose! - wykrzyknął Wasyl, śmiejąc się od ucha do ucha.
- Brawo Rose! - zawtórowała mu Majka.
Przybili sobie radośnie piątkę, tymczasem Lampard poczuł się irracjonalnie dumny. co za kobieta...!
Tymczasem Grey, ściskając oburącz krocze, osunął się najpierw na kolana, potem zaś przewrócił się na bok i tak został, opierając czoło o nogę stołową.
- To chyba koniec naszej randki - rzekła drwiąco Rose. - Wyglądasz na niedysponowanego, pójdę więc do domu.
Ruszyła ku drzwiom, potem się zatrzymała.
- Zapomniałabym - rzekła, ściągając przez głowę czerwoną szmatę. - To twoje.
Podeszła do leżącego milionera i rzuciła mu kieckę na twarz. W tym momencie zaczął się podnosić, chwytając ją za nogi.
- Jeszcze nie masz dość? No to będzie deserek. - Chwyciła ze stołu półmisek z sushi w kształcie damskiej anatomii. - Cipa rybna dla pana, smacznego.
Walnęła go półmiskiem w głowę. Rozległo się dźwięczne "bonnnnnnnnng!" i Grey, obsypany kawałkami ryby i małż, osunął się na posadzkę.
- Dobranoc, panie Grey - rzekła Rose, wychodząc.
- Przez nokaut wygrała Rose! - obwieścił Wasyl. Lampard nie mógł już wytrzymać, wyskoczył z samochodu i pobiegł do drzwi, przy których wciąz sterczał ochroniarz.
Rose ukazała się w nich kilka minut później.
- Chyba nie doszliśmy do porozumienia - powiedziała, widząc Franka. Lampard bez namysłu chwycił ją w ramiona i przygarnął do swej szerokiej piersi.
- Nic ci nie jest! - jęknął. - Jezu, jak ja się bałem!
Tulił ją przez chwilę bez słowa, całując jej włosy. Rose poddawała się tej pieszczocie bez najmniejszego protestu.
- No przecież nic mi się nie stało - rzekła tylko. - Żeby tylko ten fiut nie próbował się mścić...
Lampard odsunął dziewczynę od siebie i spojrzał jej w oczy, wzrokiem tak płomiennym, że gdyby w okolicy znajdowało się coś łatwopalnego, zapewne zajęłoby się żywym ogniem.
- Jeśli spróbuje cię skrzywdzić, będzie miał ze mną do czynienia! - oznajmił. - A o pub się nie martw, nie tylko Grey ma znajomości.
Wasyl i Majka w samochodzie taktownie patrzyli w inną stronę, przekonani, że tamtych dwoje lada chwila zacznie się całować.
- Chyba nam się tu romans kroi - zauważył Marcin odkrywczo.
- Kroi się już od dawna - odparła Majka. - Pytanie tylko kiedy Rose przestanie poniewierać Frankiem i przyzna się, że coś do niego ma.
- A ma? - ciemne brwi Wasyla skoczyły w górę, w wyrazie zaciekawienia.
- Oczywiście. Nie zauważyłeś?
- No nie...
- Faceci - Majka westchnęła głęboko. - Nigdy nie widzicie tego co trzeba.
- To była jakaś aluzja?
- A nie. To była generalna refleksja nad rodzajem męskim.
- Aha. Bo już myślałem, że coś mi sugerujesz.
- Skądże znowu. No pocałuj ją, kretynie!
- Ja?!
- Nie, Lamps, naszą Różyczkę. Ty, Wasyl, ale ty nie mów Frankowi, że ona na niego, no wiesz... Bo mnie Rose udusi.
- Nie powiem. Chyba jej nie pocałuje - Marcin rzucił okiem w stronę obejmującej się na chodniku pary.
- Półgłówek, no. Do swojej byłej takich oporów nie miał. Czy wy zawsze musicie pchać się do niewłaściwych bab? A właściwych albo nie zauważacie, albo zabieracie się do nich jak pies do jeża - prychnęła Majka. - Albo traktujecie jak chwilowy wypełniacz.
- No, krasnal, ale to już była aluzja! I w dodatku nie fair! - Wasyl spojrzał na nią z wyrzutem.
- Ja i moja wielka paszcza - wymamrotała Majka, chowając twarz w dłoniach. - Tak, to była aluzja. Przeeee-praszam.
Marcin tylko westchnął i udał, że pilnie ogląda paznokcie u rąk.
- Tylko się na mnie nie gniewaj - jęknęła Majka, czując, że zbiera jej się na płacz. Nienawidziła, gdy ktoś dla niej ważny był na nią zły. - Nie chciałam być niemiła.
- Spoko - mruknął. - Masz prawo mieć do mnie żal.
- Rany boskie, nie chcę mieć do ciebie żalu! - Majka poderwała się, niemal waląc głową w podsufitkę. - Tylko, no, cholera, szlag mnie trafia, gdy widzę, że się męczysz przez jakieś głupie babsko, które nie odróżniłoby dobrego faceta od kilograma kartofli. Ja bym ci... Ja bym nigdy... A, kurza twarz, mogę być tylko twoją przyjaciółką!
Czując, że oczy jej zachodzą łzami, a z nosa zaczyna ciec, Majka poczęła macać się rozpaczliwie po kieszeniach, które jednak, jak na złość, były kompletnie puste. Siedziała zatem z pochyloną głową, mokrymi policzkami i świadomością, że nie tylko zrobiła z siebie po raz kolejny idiotkę przed Wasylem, ale w dodatku za chwilę będzie wyglądać jak usmarkana, czerwona maszkara. Cudownie, nic tylko wpełznąć pod najbliższy kamień. I nie wychodzić do wiosny.
Zanim jednak zdążyła popaść w kompletny dół, w polu jej widzenia pojawiła się mocno rozmazana paczka chusteczek higienicznych.
- Masz, krasnalu - powiedział Wasyl. - I nie becz, dobra?
Z cichą wdzięcznością Majka zatrąbiła głośno w chusteczkę. Ciepłe palce dotknęły jej podbródka, unosząc go delikatnie w górę.
- Jesteś zajebista dziewczyna - rzekł Marcin. - I zasługujesz na zajebistego faceta, a nie na...
W tym momencie Kepler dostał szału. Rzucił się na boczną szybę, rycząc, warcząc, szczekając i niemal demolując fotel kierowcy.
- Co jest? - zdziwił się Wasyl, puszczając Majkę. Przetarł boczną szybę po stronie kierowcy, próbując dojrzeć to coś, co tak rozdrażniło psa.
- Kepler, siad! Chodź tu cholero jedna! - Majka próbowała uspokoić zwierzaka.
W tej samej chwili Rose zesztywniała w objęciach Lamparda, czując na sobie czyjeś spojrzenie. Lodowate spojrzenie.
- Co jest...? - zapytał zdziwiony Frank. - Zimno ci? Cholercia, ty tu w samych skarpetkach stoisz!
Rose spojrzała nad jego ramieniem i poczuła jak wszystkie włosy stają jej dęba. Pod latarnią o drugiej stronie ulicy stał wysoki, czarny mężczyzna, w płaszczu i kapeluszu. Właściwie to była sama sylwetka, utkana z ciemności.
- Tam, Frank! - wyszeptała Rose.
Lampard odwrócił się i też spojrzał.
Czarny mężczyzna uniósł dłonie i jął klaskać, powolnym teatralnym gestem, mniej więcej tak, jak robił to Heath Ledger, grając Jokera.
- Jedźmy stąd - zażądała Rose.
Wsiedli pospiesznie do samochodu. Kepler, zjeżony jak szczotka wciąż warczał, przytrzymywany przez pobladłą Majkę, a Wasyl, blady jak papier, siedział, zaciskając dłonie w pięści z taką siłą, że aż pobielały mu knykcie.
Kiedy dojechali pod pub, w samochodzie panowała kompletna cisza.
Tymczasem w apartamencie Greya cisza panowała tylko przez chwilę. Niedługo po wyjściu Rose na klatce schodowej, będącej przeciwpożarową drogą ewakuacyjną, załomotało, po czym przez tylne drzwi do hallu wpadł Hinten, wyglądający jak łosoś, który płynąc w górę rzeki niespodziewanie trafił na tamę.
- Panie Grey! O matko, panie Grey! - wrzasnął, pędząc w stronę saloniku i ślizgając się na wypolerowanej posadzce. - Panie Grey kochany!
Na widok pobojowiska w salonie zamarł zaledwie na ułąmek sekundy, potem zaś rzucił się w kierunku wystających spod stołu nóg pracodawcy.
- Co ona panu zrobiła? - jęknął, wywlekając szefa spod mebla. - To zła kobieta jest, ja zaraz wiedziałem!
Odgarnął na bok frutti di mare, zdarł z głowy szefa czerwoną szmatę i pochylił się nad jego bladym obliczem.
- O mój Boże, to krew jest? - jęknął. Otarł troskliwie oblicze pryncypała trzymaną w dłoni sukienką, po czym jął poklepywać Greya po policzku. - Niech pan otworzy oczy! Niech pan się obudzi! O Boże, co robić, co robić?
Przez jego głowę przelatywały strzępki wiedzy na temat pierwszej pomocy.
- Już wiem! Usta-usta! - zakrzyknął. Odchylił głowę pryncypała, otwarł mu usta i zaczerpnął tchu. Nie zdołał na dobre przywrzeć swymi wargami do jego warg, gdy dostał boleśnie otwartą dłonią w potylicę.
- Aaaauuaaa! - jęknął, prostując się.
- Won z ryjem, karpie całować - zachrypiał Grey. Usiadł niepewnie, otworzył oczy i rozejrzał się dookoła.
- Pan żyje, o rany, pan żyje! - wykrzyknął Hinten, uradowany.
- Zamknij się i podaj mi wiaderko z lodem - zażądał milioner chrypliwie. Kiedy Hinten wykonał polecenie, Grey postawił wiaderko przed sobą, następnie zaczerpnął z niego pełną garścią i wsypał sobie jej zawartość w spodnie. Następną porcję lodu zawinął w czerwoną sukienkę i przyłożył do głowy.
- Ta cipa pożałuje, że się urodziła - oznajmił. - Chciałem ją oszczędzić, ale zmieniłem zdanie. Auch!
- Zabije ją pan? - zapytał trwożnie Hinten.
- Kiedy do tego dojdzie, będzie mnie błagała, żebym to zrobił - odparł Grey. Jego oczy płonęły diaboliczną furią.
Nowy Rok, przynajmniej dla niektórych, zaczął się całkiem dobrze. Wasyl rozparł się wygodnie w wielkim fotelu dziadka Jimmy'ego i pociągnął z zadowoleniem wina z kieliszka, patrząc na Majkę i Waltera, dyskutujących właśnie z ożywieniem na temat czekolady, której dwa parujące kubki stały przed nimi. Z walorów smakowych napoju rozmowa zjechała im już dawno na temat pochodzenia kakaowca jako takiego i jego znaczenia dla środkowoamerykańskich cywilizacji prekolumbijskich. Wasyl do dysputy się nie włączał, bo o Majach i Aztekach wiedział tyle, co kot napłakał, a nie chciał zrobić z siebie przed nimi idioty, przed Majką zwłaszcza. Już i tak czasami czuł się jak ostatni tłuk, kiedy słuchał jej rozmów z Walterem, wolał więc milczeć, głaskać Jonesy'go, który ułożył mu się na kolanach i patrzeć.
Spędził dzisiaj całe dziewięćdziesiąt minut na boisku, a Leicester City wygrało, odzyskując pozycję lidera w tabeli, co oznaczało, że wymarzona przez Marcina jeszcze w dziecięctwie gra w Premier League, była coraz bliżej. Po tym, jak Witsel złamał mu nogę, myślał, że jego marzenia szlag trafił, a tu proszę, Pan Bóg okno otworzył. Gdyby się jeszcze udało ten burdel w sprawach rodzinnych posprzątać...
Nie był pazerny, nie żałował Aśce kasy. Był gotów oddać jej ile chciała, byleby tylko mógł się spokojnie widywać z dziećmi. Alimenty na nie zaś były oczywistą oczywistością i nawet nie wpadło mu do głowy, że mógłby się od nich migać, czy chcieć, żeby były niskie. Problem polegał na tym, że jego prawie już była żona chciała także alimentów na siebie, a żeby je otrzymać, musiała udowodnić Wysokiemu Sądowi, że to Marcin jest winien rozkładu pożycia. A on, baran jeden, zawsze był wzorowym, kochającym mężem i choćby skisła, haka na niego by nie znalazła. No to wymyśliła sobie, idiotka, przemoc domową...
Wasyl westchnął głośno, aż drzemiący pod stopami Majki Kepler przecknął się i podniósł głowę. Jego pani okazała się nie mniej czujna.
- Co jest, Wasylku? - zapytała, odrywając się na moment od zawiłej kwestii xocolatl jako napoju bogów. - Tak wzdychasz, że mógłbyś żaglowce Kolumba napędzać.
- W pasie równikowej ciszy pewnie bym mu się przydał - zgodził się Wasyl. - A nic, tak sobie myślę, o różnych rzeczach. Noworocznie, rozumiesz.
- Rozumiem - powiedziała Majka. - A Lampard z Rose to przepadli już na wieki? Myślałam, że idą tylko po klucz do tego - wskazała ruchem głowy stojącą na stole szkatułkę.
- Ja bym im nie przeszkadzał, bo czasem, bo czasem jeszcze nie dojdą - zadowcipkował znienacka Walter.
Wasyl wybuchł gromkim i basowym śmiechem, w pełni godnym wawelskiego smoka, natomiast Majka spojrzała na Waltera z zaskoczeniem.
- Ty wiesz, że oni...? - zapytała.
- Ja może, może jestem nerdem, ale nie ślepym nerdem - oznajmił Walter. - Dawno się domyśliłem, że Rose i Frank mają się ku sobie.
- Zaskoczył cię, co? - Marcin zaświecił białymi zębami w uśmiechu. - Ten nasz Wally to jest cicha woda, wygląda na niewiniątko, a tak naprawdę to niezły z niego agent.
- Co on tak rechocze? - mruknęła w tym samym momencie Rose. Stała na korytarzu, przed zamkniętymi drzwiami swego dziecinnego pokoju i zbierała siły by nacisnąć klamkę. - Pewnie się z nas nabija.
- Wasyl? Na pewno nie złośliwie - odparł Lampard. - Otworzysz?
- Nie złośliwie? Dobra, dobra, już ja wiem co on myśli, zbok kosmaty - prychnęła Rose. - Jedno mu tylko we łbie, a Majka tego nie widzi.
- Jesteś pewna? - Frank zastrzygł znacząco brwią. - Majeczka też nie jest święta, wręcz przeciwnie, powiedziałbym, że kawał z niej świntuchy.
- A ty co się zboczeniami Majki zajmujesz? - zjeżyła się znienacka Rose.
- Przestanę, jak ty przestaniesz zajmować się zboczeniami Wasyla - odparł Lampard słodko. - Myślałem, że na niego nie lecisz.
- No pewnie że nie - obruszyła się. - Wolę ciebie.
- O! A zatem lecisz na mnie!
- Nie przeginaj, Frank, wcale tego nie powiedziałam!
- A co powiedziałaś?
- Że, no, że jakbym musiała wybierać, to wolałabym ciebie. Ale nie muszę wybierać, więc nie wolę nikogo. Wchodzimy?
Rose przekręciła klucz i nacisnęła klamkę. Z dwojga złego wolała już zmienić temat i wejść do pokoju, którego nienawidziła, niż kontynuować tę śliską konwersację. Światło, padające z korytarza wydobyło z ciemności wiszący na ścianie na wprost plakat, przedstawiający mężczyznę w niebieskim stroju. Lampard pomacał okolice futryny drzwiowej, zapalił światło i przyjrzał się dokładniej.
Wielki plakat, z tych, które gazety dodają do kolejnych numerów po kawałku, wisiał nad łóżkiem, przykrytym patchworkową narzutą. Wyobrażonego na nim osobnika Frank znał bardzo dobrze, praktycznie od urodzenia.
- Ty masz nad łóżkiem mój plakat? - odwrócił się do Rose, szczerząc się w szerokim uśmiechu.
- Miałam - poprawiła. - Od dawna tu nie sypiam.
- Ale miałaś! Mnie! Nad łóżkiem!
- Co tak zęby suszysz, Lampard, jakbyś się w rekina zamienił? Miałam, to miałam, jak każda głupia nastolatka.
- Ale, no, skoro miałaś mój plakat, to chyba ci się podobam? Przynajmniej trochę?
- Nie, powiesiłam sobie twoją gębę dla umartwienia.
- Poważnie?
- Nie patrz na mnie jak zbity spaniel, jaja sobie robię! I pomóż mi otworzyć tę szufladę, bo się zacina! - Rose szarpnęła uchwyt szuflady w stojącej pod ścianą komodzie.
- Już się robi - Lampard puścił szelmowskie oczko i spróbował wysunąć szufladę. Ani drgnęła.
- Co za siłacz z ciebie, Franiu - mruknęła słodko Rose.
Czując, że jego męska reputacja została właśnie poważnie nadszarpnięta, Frank chwycił obydwa uchwyty szuflady i pociągnął z całej siły. Tym razem piekielny mebel poddał się zadziwiająco łatwo, szuflada wyskoczyła z prowadnic jak korek z butelki, wymknęła się zaskoczonemu Lampardowi z ręki i z hukiem wylądowała na podłodze, obok niej zaś Frank z wyrazem twarzy człowieka absolutnie zaskoczonego.
Zanim Rose zdołała się zdecydować, czy dobić Lampsa ciętą ripostą, czy pędzić mu na ratunek, do pokoju wpadli zwabieni hukiem Wasyl, Majka, Walter, oraz pies. Ten ostatni oblizał zamaszyście zastygłe w wyrazie zdumienia oblicze Lamparda, przywołując go tym samym z powrotem do życia.
- Ja nie chciałem... - powiedział Frank, patrząc na rozsypaną malowniczo zawartość szuflady. Długopisy, pudełeczka, stare słuchawki, żetony do pokemonów, kości do gry i wyświechtana talia tarota stanowiły tylko część skarbów jakie wylądowały na podłodze.
- Ktoś strzelał? - zapytał równocześnie Wasyl.
- Frank, szufladą - odparła Rose.
- Jak się strzela szufladą? - zdziwiła się Majka.
- Masz tam amunicję? - chciał wiedzieć Walter.
- Won mi stąd wszyscy, zaraz do was przyjdę z kluczem! - wrzasnęła Rose. Lampard zaczął się podnosić. - Ty nie, ty zostań! Reszta won!
- Ale mam tak siedzieć? - zaprotestował Frank, gdy trójka chichoczących przyjaciół wytoczyła się na korytarz. - Wolałbym wstać.
- A potrzebujesz na to mojego pozwolenia? - zdziwiła się Rose. - Nie przypominam sobie, żebym cię wykastrowała.
Lampard pufnął przez nos i wstał energicznie, sam nie wiedząc co ma zrobić z tą straszną, a zarazem pociągającą kobietą. Wbił zatem dłonie w kieszenie spodni, po czym zaczął się rozglądać dookoła, starannie omijając spojrzeniem Rose, która w kucki na podłodze grzebała w szufladzie. Jego wzrok przyciągnął czarny przedmiot o opływowych kształtach, wystający zza zasłony. Frank grywał wprawdzie wyłącznie na playstation, ale potrafił rozpoznać futerał na gitarę.
Wyjął go zza zasłony, położył na łóżku i otworzył. W środku spoczywała gitara, z pudłem rezonansowym wykonanym z drewna o ciepłej, miodowej barwie. Na pudle, tuż pod mostkiem, ktoś wypisał czarnymi, pełnymi zawijasów literami jedno słowo:
Rosa.
Frank przeciągnął palcem po strunach, zabrzęczały cichutko.
- To prezent od mojego ojca - powiedziała Rose, nie odwracając się. - Na szóste urodziny.
- Ładny - pochwalił Lampard.
- I ostatni jaki od niego dostałam - otworzyła małe drewniane pudełeczko. - Mam!
Wyjęła ze środka kluczyk na srebrnym łańcuszku.
- Czemu ostatni? - zapytał ostrożnie Frank, nie odrywając wzroku od lśniącego instrumentu.
- Bo ojciec znikł - odparła Rose. Wstała z podłogi i usiadła ostrożnie obok gitary.
- Jak to znikł?
- Tak po prostu. Pewnego pięknego dnia, jakieś pół roku po tym jak dał mi tę gitarę, Jairo Montoya stwierdził, że znudziło mu się bycie mężem i ojcem, zabrał swoje rzeczy i wyjechał, prawdopodobnie do swej rodzinnej Hiszpanii. Zostawił po sobie tylko stos nut. Nauczyłam się z nich potem grać, ćwiczyłam w każdej wolnej chwili, a mamę doprowadzało to do szału. Strasznie chyba za nim tęskniła.
Rose westchnęła i pogłaskała delikatnie gitarę.
- Często się wtedy kłóciła z dziadkiem. Babcia próbowała ich uspokajać, ale matka miała mało angielski temperament, zresztą dziadek Jimmy też. Wrzeszczeli na siebie, trzaskali drzwiami, ostro było - powiedziała, zamyślona. - To i te nuty, to jedyne rzeczy jakie mi zostały po tacie.
Sam nie wiedząc czemu, Frank wyjął gitarę z futerału i podał Rose.
- Zagraj mi coś. Proszę.
Zamiast zdzielić go między oczy jakąś celną ripostą, Rose wzięła z jego rąk instrument.
- Strasznie dawno tego nie robiłam - powiedziała. Przymknęła na chwilę oczy, jakby czegoś szukała w głowie, potem ułożyła palce na gryfie i strunach i zaczęła grać.
A także śpiewać.
Te marchaste sin palabras, cerrando la puerta
Justo cuando te pedia, un poco mas
El miedo te alejo del nido, sin una respuesta
Dejando un corazon herido, dejandome atras
Y ahora me muero de amor si no estas
Me muero y no puedo esperar
A que vuelvas de nuevo aqui
Junto a mi, con tus besos

Jej głos był niski, ciepły i słodki, kojarzył się Lampardowi nieodparcie z dojrzałą w andaluzyjskim słońcu brzoskwinią i sprawiał, że bardziej niż kiedykolwiek Frank miał ochotę chwycić jego właścicielkę w objęcia i sprawić, by jęczała z rozkoszy. Więcej, chwycić w objęcia i sobą osłonić przed całym złem tego świata.

Es que me muero de amor si no estas
Me muero y no puedo esperar
Necesito tenerte aqui, junto a mi
Sin tu amor no puedo seguir...

Kiedy skończyła śpiewać, spojrzała na niego, w jej oczach zaś nie było zwykłej zadziorności i twardości. Jej spojrzenie było miękkie i bezbronne, a także, Frank gotów byłby przysiąc, czułe. Wyciągnął dłoń i odsunął delikatnie kosmyk czarnych włosów, który opadł na policzek dziewczyny.
- Rose... powiedział i zaschło mu w ustach.
- Tak, Frank? - zapytała, niemal szeptem.
- Rose, ja...
- Misiaczki, jeśli robicie tam dzieci, to ja chcę zostać chrzestnym! - drzwi się uchyliły, a w szparze pojawiła się łobuzersko uśmiechnięta twarz Wasyla.
Z nadludzkim wysiłkiem Lampard powściągnął chęć zdzielenia Wasilewskiego w ten czarny, kosmaty łeb leżącą na podłodze szufladą.
____________________________________________________
Oddaję w wasze ręce rozdział dziesiąty, ze zwykłą nadzieją, że się spodoba :)


A w ramach bonusu prawdziwy Andaluzyjczyk con la guitarra ;)

Martina


5 komentarzy:

  1. Boże jaki z Greya jest pacan tępy a Hinten mógłby mieć trochę honoru...
    Czy mówiłam, że na miejscu Lampsa też bym uszkodziła Wasyla? Przerwać im w takim momencie, panie Wasilewski ma pan wyczucie słonia w muzeum.
    Lamps jak zwykle mnie urzekł, ja po prostu kocham tego faceta i Rose. Oraz Walter nerd, trochę socjopata ale zmysł godny Sherlocka Holmes'a :D Kocham to opko! <333333
    Pisz szybciutko kolejny rozdzialik! <3

    OdpowiedzUsuń
  2. te teksty Rose, zresztą nie tylko jej mnie po prostu rozbrajają. normalnie musiałam przerwać czytać, trochę się pośmiać i znowu od nowa czytać. ah, ja ostatnio w sumie ogólnie jakaś taka ubawiona chodze to nie ma chyba co sie dziwić :o
    tu to jeszcze tego mojego zapłonu co do komentowania aż tak bardzo nie widać, ale nie ma to jak skomentować prolog po niemal dwóch miesiącach o.O
    dobra, do rzeczy. Grey, Grey, Grey... czy tylko mi się kojarzy z 50 twarzy Greay? chyba nie, więc tym bardziej fajnie zapoznać się z takową kreacją bohatera o takim nazwisku :D
    dobra, to może bardziej na temat teraz już bo ja jak zwykle dygresje wrzucam. Rose na prawdę jest bardzo odważna, tak załatwić Greya. podoba mi się to, że bohaterka ma charakter a nie jest taką sierotą. co do Keplera... no ja cały czas mam przed oczami madrycką trójkę a nie psa XD ale Marcin to ma wyczucie chwili, nie ma co. dobra, kończę tą moją chaotyczną wypowiedź bo jak zwykle tyle chce powiedzieć a nie wiem od czego zacząć albo na czym się bardziej skupić. czekam na kolejny i życzę dużo weny :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda, że nie zabiła Grey'a. Ale muszę przyznać, że ładnie go załatwiła :D
    Czemu ten Wasyl musiał przerwać?!? Mam ochotę go skopać :)
    Czekam na nn;3

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie ma to jak przeczytać rozdział, ale go nie skomentować, trzeba być mną :P
    Ale miałam ubaw z Greya! Ten człowiek jest jakiś chory psychicznie! Dobrze, że Różyczka, że tak powiem nakopała mu do dupy ;P
    Mam ochotę zabić Wasyla za to, że im przerwał. Ten facet nie ma wyczucia czasu! Już myślałam, że dojdzie do czegoś! Zły Wasylek, oj nie dobry :D
    Czekam na kolejny!

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie no, Rose jest naprawdę niesamowita. A Greya obsłużyła po prostu mistrzowsko! A ty, Wasylku, mógłbyś nie wpychać łba tam, gdzie cię nie proszą ugh... Doceniłbyś lepiej zalety krasnala i dostrzegł w niej kobietę, z którą możesz być szczęśliwy.

    OdpowiedzUsuń