wtorek, 15 kwietnia 2014

Czasoumilacze w oczekiwaniu na następny rozdział

Żeby wam się nie nudziło, podczas oczekiwania na następny rozdział (niestety, to jeszcze troszkę potrwa), zapodaję trailer opka, które piszę razem z moją genialną przyjaciółką Fiolką:





niedziela, 6 kwietnia 2014

Rozdział 17

If you're lost you can look-and you will find me
Time after time
If you fall I will catch you--I'll be waiting 
Time after time 

Cyndi Lauper "Time after time"


Wasyl obudził się w środku nocy i nie mógł zasnąć. Nie mógł także sięgnąć po komórkę, żeby sprawdzić która godzina, bo dziwnym sposobem Majka znalazła się w jego objęciach, chociaż zasnęli grzecznie każde na swojej połowie łóżka.
Spojrzał teraz na jej twarz, oświetloną mdłym blaskiem nocnej lampki (oboje doszli do zgodnego wniosku, że na kompletną ciemność nie mają chwilowo ochoty) i otoczoną zmierzwioną aureolą sterczących włosów. Miała otwarte usta, z kórych dobywało się całkiem gromkie chrapanie, ale w duszy Marcina, zamiast spodziewanej w takich razach irytacji, wezbrała, nie wiedzieć czemu, czułość.
Narobił pasztetu, nie da się ukryć, ale nie był typem faceta, który uchylałby się odpowiedzialności. Miał szczery zamiar posprzątać i poukładać to wszystko tak, żeby nikt nie ucierpiał, ani jego rodzina (no, może za wyjątkiem już wkrótce byłej żony, ale sama chciała...), ani Majka. Czuł przy tym niebotyczną ulgę, że ta dziewczyna, ta cudowna dziewczyna, podchodzi do kwestii ich wspólnego rodzicielstwa i jego poplątanego do niemożliwości życia osobistego w tak rzeczowy i spokojny sposób, bez histerii i fochów. Pogadali sobie teraz przed snem, Wasyl zwierzył się ze swojego strachu przed utratą dzieci, wspólnie pozastanawiali się nad tym, jak mozna by skłonić sąd do przyznania Marcinowi pełnej opieki, pogadali też o ich wspólnym dziecku.
To było zajebiste, stwierdził w duchu, mieć w kobiecie takie wsparcie. Fajnie by było, pomyślał sennie, mieć przy sobie kogoś takiego na co dzień, zamiast nadętego, sfochowanego balastu, na który nigdy nie można liczyć...
W salonie też nie spano, a dokładniej nie spał Frank. Usiadłszy na materacu patrolował srogim wzrokiem wszystkie ciemne kąty, jakby chciał wyzwać wszelkie, czyhające na Rose, upiory, na pojedynek. Trochę tych kątów było, bowiem nastrojowe światło lampki przy kanapie nie docierało do wszystkich zakamarków salonu, jednak, przynajmniej na pierwszy rzut oka, nic się w nich nie czaiło.
- Frankie - głos Rose był wyraźnie zaspany. - Co ty robisz?
- Tak patrzę - rzekł Lampard wykrętnie. - Na wszelki wypadek.
- Który to już raz? - zapytała Rose odwracając się w jego stronę, i uśmiechając tak, że serce roztopiło mu się niczym porcja lodów na gorącej patelni.
- Jak to który? - odpowiedział głupio pytaniem na pytanie.
- Ty myślisz, że ja nie wiem, że się budzisz co kwadrans i rozglądasz dookoła? Chodź tu - pokiwała na niego palcem. - Przytul mnie, z łaski swojej i śpij.
- A jak się coś...? - Frank nie dokończył. Położył się przy Rose i zajrzał jej w oczy. Piękne, ciemne oczy, prawie czarne, w których światło zapalało brązowe iskierki. Jak agaty w naszyjniku jego matki.
- Żadne coś - odparła Rose, obejmując go. - Nawet jak przylezie, to nie wlezie, bo ja już w siebie nie wpuszczę, przynajmniej dopóki będziesz przy mnie.
- Będę - zapewnił ogniście Frank, całując ją. - Nie ruszę się nawet na krok.
- No widzisz. To śpijmy.
Wtulił twarz w jej włosy i zasnął, otoczony jej zapachem, jak ochronnym płaszczem.
O godzinie siódmej sygnał do wstania dała Celeste, zrzucając na głowę Franka książkę z pobliskiego regału.
- Ty cholero futrzasta! - wrzasnął Lampard, trąc czoło. - Oskóruję cię, zobaczysz!
W odpowiedzi z półki poleciał jeden tom encyklopedii malarstwa, lądując z głuchym hukiem obok ucha Rose. To Jonesy postanowił przyłączyć się do rozrywki.
- Nalot dywanowy - stęknęła Rose. - Pomóż mi wstać, Frankie.
Mrucząc pod nosem paskudne przekleństwa, w tym niedwuznaczne sugestie co do prowadzenia się mamusi Celeste, Frank pomógł obolałej i słabej jeszcze dziewczynie ewakuować się spod kociego ostrzału. Usadził ją na kanapie, po czym poczłapał do kuchni, nastawić na kawę. Większa ilość kawy, bo z gościnnych sypialni dochodziły juz oznaki życia.
Walter i Molly wychynęli z sypialni ubrani od stóp do głów i nienagannie uczesani, wyjaśniając, że nie spali od dłuższego czasu, ale nie chcieli budzić pozostałych. Zaraz po nich pojawił się Wasyl, rześki jak skowronek i przejął bez reszty rządy w kuchni, popisując się smażeniem naleśników, w wersji kaskaderskiej, co polegało na odwracaniu ich bez użycia łopatki, za pomocą mozliwie efektownego podrzutu. Któryś kolejny naleśnik, wyrzucony nieco zbyt energicznie, przylepił się do sufitu i tak został.
- Uuuups - Wasyl zrobił przepraszająca minę. - Coś źle obliczyłem.
- Drobiazg - Lampard nawet nie mrugnął.
- Ja go zdejmę - sumitował się Marcin. - Pierwszy raz mi tak wyszło.
- Po co zdejmować? - Frank emanował spokojem stoika. - Sam się w końcu odklei i odpadnie.
- Frankie, co z tą kawą? - Rose, trzymając się ścian, dotarła do kuchni. - Cześć wszystkim.
- Ale dlaczego ty chodzisz...? - zapytała Molly. - Powinnaś odpoczywać!
- Już podaję, Marcin naleśniki robi - powiedział równocześnie Frank, podsuwając jej krzesło.
- Większość trafia na talerz - zaznaczył Wasyl. - Mniejszość na sufit.
- Mamy dżem pomarańczowy, truskawkowy i syrop klonowy - oznajmił Walter, buszujący w lodówce. - Kto, kto co chce?
- Syrop klonowy! - zakrzyknęła gromko Majka od progu. - I naleśniki, duzo proszę, bardzo dużo! Tego z sufitu też mogę zjeść, wapno mi potrzebne!
- Sie robi, szanowna pani - rzekł szarmancko Marcin, nalewając kolejną porcję ciasta na patelnię.
Śniadanie upłynęło w znakomitej atmosferze. Większość naleśników pożarła Majka, chwaląc talenty kulinarne Marcina pod niebiosa (i wywołując tym rumieniec na jego obliczu), jednakże pozostali też się zdołali najeść. Kawa była wyborna, nawet pogoda tego dnia dopisywała, jakby odpowiadając na nastroje.
- Muszę wyprowadzić psa - oznajmiła Majka, pakując ostatni talerz do zmywarki. - Kto idzie ze mną?
- Przeszłabym się - westchnęła Molly. - Ostatnio siedzimy tu cały czas...
- To ja, to ja pójdę z wami - rzekł Walter.
- Beze mnie nigdzie nie idziecie - Wasyl zrobił udawanie groźną minę. - Lamps, poradzicie tu sobie bez nas przez chwilę?
- Oczywiście - odparł spokojnie Lampard.
- Idźcie idźcie, my się tu zabarykadujemy - poparła go Rose.
- Będziemy za kwadrans - zapewniła Majka.
Wyszli na świeże powietrze, którym odetchnęli skwapliwie i pełną piersią. Dzień, jako się rzekło, był wyjątkowo piękny, słońce lśniło na błękitnym niebie, a w atmosferze dawał się odczuć jakby powiew wiosny. Kepler biegał radośnie po skwerkach, Majka czyhała w gotowości bojowej z woreczkiem i łopatką. Wpół objęci Walter i Molly przechadzali się chodnikiem, rozmawiając z cicha, tylko Marcin przyzostał z tyłu, na klatce schodowej, pogrążony w telefonicznej konwersacji z prawnikiem.
Majka kończyła właśnie zbierać skarby Keplera, gdy za jej plecami, na ulicy zatrzymał się samochód. Mocą świeżo nabytego odruchu odwróciła się, gotowa przylać ewentualnemu agresorowi uwalaną odchodami łopatką, ale ułamek sekundy później, jej bojowy nastrój się rozpłynął, z pojazdu wysiadał bowiem Jimmy Rainault.
- Cześć Jimmy, co ty tu robisz? - zdziwiła się.
- Znajomego szukam, gdzieś tu mieszka, ale coś sobie chyba źle zapisałem, bo nie mogę znaleźć ulicy, ale za to znalazłem ciebie - uśmiechnął się, lśniąc przy tym bielą zębów.
- Dzień, dzień dobry panu - rzekł Walter z rezerwą.
- Dzień dobry - odparł James. - My się znamy?
- Znacie się - odpowiedziała Majka. - To jest Walter Barnett, a to Molly Watson, byli oboje w azylu przecież. Nie pamiętasz?
- A faktycznie - Jimmy usmiechnął się jeszcze szerzej. Wyciągnął dłoń do Molly.
Odruchowo odpowiedziała mu tym samym, zupełnie nie spodziewając się tego, co nastąpiło, gdy jej ręka znalazła się w uscisku palców weterynarza.
Pociągnął ją ku sobie, jednocześnie obracając i otoczył ramieniem.
- Jimmy, co ty...? - wykrzyknęła zaskoczona Majka.
- Puść ją! - wrzasnął Walter, ruszając ku niemu.
- Nie radzę - w dłoniach Jamesa pojawił się, jak za sprawą magicznej sztuczki, pistolet. - Jesli nie chcesz zobaczyć jej mózgu na asfalcie, Barnett, grzecznie wsiądziesz na tylne siedzenie mojego samochodu i włożysz leżące tam kajdanki.
Spojrzenie Waltera nabrało zadziwiającej, stalowej siły, zupełnie jakby w niepozornym ciele nerda ocknął się nagle wojownik.
- Zrób jej krzywdę, a cię zabiję - rzekł.
- Później - rzekł drwiąco James, celując pistoletem w głowę Molly. - Na razie wsiadaj.
Gdy Walter wsiadał, Majka otworzyła usta do krzyku.
- Ani słowa - pouczył Rainault. - Wiem, że ten twój troglodyta gdzieś tu jest, ale nie waż się wrzeszczeć, bo rozwalę ich oboje, a potem ciebie.
- Czego pan chce? - zapytała drżącym głosem Molly.
- Mamy z Bobbym Greyem mały deficyt dziewic - James mrugnął okiem.
Walter na tylnym siedzeniu podrapał się skutymi rękami w nos tak, że palcem wskazywał przy tym główne wejście. Majka spojrzała bez odwracania głowy.
Lufa pistoletu, trzymanego przez Rainaulta, chwilowo celowała w przednie siedzenie pasażera, gdyż posiadacz broni mościł się akurat za kierownicą. Majka bez namysłu walnęła weterynarza obfajdaną łopatką w łeb, po czym wrzasnęła pełną piersią.
- Marcin!!!
Wasyl wyskoczył z drzwi wspaniałym sprintem, niemal gubiąc po drodze komórkę. James odepchnął Majkę, aż wylądowała na asfalcie, tłukąc sobie przy tym kolana, zatrzasnął drzwiczki i odjechał z piskiem opon. Kepler pogonił za nim, szczekając.
- Nic ci nie jest? - Marcin już był przy niej. - Co się dzieje?
- Porwał Molly i Waltera! - wrzasnęła, podrywając się z asfaltu.
- Co? - Wasyl złapał się za głowę. - O kurwa, kto?
- Rainault, ten weterynarz! - Majka na odmianę zakryła twarz dłońmi. - Kurwa jego mać, a ja myślałam, że to miły facet! Prawie się z nim pocałowałam! Tfu, cholera!
- Jazda, idziemy na górę - Marcin pociągnął ją do środka. - Tu nic nie zrobimy.
Frank i Rose obozowali w salonie, ona na materacu, on zaś w fotelu. Jąkając się Majka wyjaśniła im co się stało. Lampard przyjął wiadomość z kamiennym obliczem.
- Dzwonię do Gatissa - oznajmił, sięgając po telefon. - Jeśli ktoś potrafi ich znaleźć, to tylko on.
- Ty jesteś pewna, że to był ten doktorek? - dopytywała się Rose.
- Przecież z nim rozmawiałam! Nie miewam omamów! - jęknęła Majka.
Frank, z telefonem przy uchu wyszedł na korytarz.
- A cholera wiadomo - mruknęła Rose. - Skoro potwór może wyglądać jak blond dziewoja, to dlaczego nie jak przystojny weterynarz?
- Niech wygląda jak miss World, mnie to wisi - burknęła Majka. - Ale po cholerę Greyowi Molly i Walter?
- Greyowi? A co ma do tego Grey? - zdziwił się Wasyl. - Mówiłaś, że to Rainault?
- Ale on mówił, że Bobby Grey ma deficyt dziewic - wrzasnęła Majka.
- Dziewic? - Rose gwałtownie pobladła. - O żeż kurwa...
Równie blada Majka spojrzała na nią z narastającą zgrozą.
- Laura, Zoe, Moira - wyliczyła. - Potrzeba im jeszcze dwóch.
- Jedną mają na pewno - mruknął Marcin ponuro. - Wally jeszcze nigdy... no, nie teges. Nie spędził nocy z dziewczyną.
- A Molly? - zapytała Rose.
Nie wiedzieć czemu obie kobiety spojrzały na Wasyla z wyczekiwaniem.
- Nie patrzcie tak na mnie! - zirytował się. - Skąd ja mam to wiedzieć?
- O Walterze wiedziałeś, że nie ten - wyrwało się Majce.
- Bo to mój kumpel! - Wasyl złapał się za głowę, potem sapnął jak rozjuszony byk. - Z kumplami o takich rzeczach się gada, ale Molly przecież nie będę, do cholery, pytał, czy ją ktoś pyknął! To już prędzej wy!
- Nie zgadało się - stwierdziła melancholijnie Rose.
- Kurwa, to wszystko moja wina - jęknął Marcin, krążąc po pokoju i obijając się o meble. - Gdybym nie został w środku, ten weterynaryjny kutas by ich nie porwał!
- Bo co, zatkałbyś mu pistolet palcem? - zapytał rzeczowo Lampard, wchodząc do pokoju.
- Nie, wsadziłbym mu go w dupę - warknął Wasyl.
- Palec? - osłupiała Rose. - Zdobywasz specjalność proktologa?
- Pistolet! - wrzasnął Wasyl. - Lampard, czy ty się czegoś dowiedziałeś?
- Owszem - rzekł Frank z kamiennym spokojem. Tylko jego spojrzenie zdradzało, że we wnętrzu buzują mu różnorodne i bardzo silne emocje. - Dowiedziałem się, że mamy czekać.
- Czekać?! - Wasyl targnął się oburącz za czuprynę. - A jak ich zabiją?
- No nie tak od razu raczej - rzekła Majka powątpiewająco. - Jest środek dnia, niezbyt dobry moment na mordowanie kogokolwiek w miejscu publicznym.
- A dlaczego publicznym? - Marcin łypnął na nią podejrzliwie jednym okiem.
- Bo nie prywatnym - rzekła Rose z materaca, sięgając po laptopa, stojącego obok niej. - Te kamienie które Grey tak lubi, stoją z reguły w miejscach mniej lub bardziej publicznych. Nawet, jeżeli są w krzakach, to i tak mordowanie tam kogokolwiek w biały dzień jest mocno ryzykowne. Poczeka do nocy.
Odpaliła przeglądarkę.
- Majka, pamiętasz gdzie były poprzednie miejsca zbrodni? - zapytała.
- Glen Parva, przy bramie azylu, Beaumont Leys i Thurcaston - wyrecytowała jednym tchem Majka.
Rose zaznaczyła wymienione punkty na internetowej mapie.
- Dobra, to teraz siadaj obok mnie, robimy burzę mózgów - oznajmiła. - Tu mam serwis o kamulcach, trzeba sprawdzić, które im będą najbardziej pasować, bo chcą mieć w kółko, nie?
- Albo w pentagram - podsunął uczynnie Lampard.
- Słuchajcie, a może zawiadomić policję? - zasugerował Wasyl.
Trzy pary oczu spojrzały na niego z głębokim politowaniem.
- Już widzę jak sierżant Choroba Weneryczna Na T oraz inspektor Jakmutam, znajdują kogokolwiek - prychnęła Rose.
- Juz widzę, jak się rwą do śledztwa - mruknęła Majka.
- Fakt - Wasyl klapnął ciężko na kanapę. - Zły pomysł. No dobra, dawajcie te kamulce, coś muszę robić, bo ocipieję.
Cztery głowy pochyliły się nad laptopem, na którego ekranie widniała mapa, prezentująca zabytki megalityczne w Leicestershire.
Godzinę później w salonie wrzała ożywiona dyskusja, bo choć na liście najbardziej prawdopodobnych miejsc prowadzily menhir znany jako Humber Stone i kamienie na Hunt's Hill, to jednak roztrząsano również inne kandydatury.
- Ale właściwie Wymeswold czemu odpada? - pytał Wasyl. - Menhir jak byk w końcu.
- Wasyl, no litości, przecież on stoi na kościelnym dziedzińcu, w samym środku miasteczka! - Rose zakryła dłonią oczy. - Jak chcesz tam kogoś dyskretnie zamordować?
- Ja nikogo nie chcę mordować - Marcin zamachał rękami. - Ale dobra, w środku miasteczka to raczej nie bardzo.
- A Peter's Pence? - Majka postukała palcem w mapę na monitorze. - Obok kościoła, owszem, ale kościół zrujnowany.
- Ale dookoła ludzie mieszkają - mruknął Lampard, który przekopywał net za pomocą swojego smartfona. - Ściany i drzewa mają uszy, a nawet oczy.
- No dobra, zatem stoimy na tych dwóch miejscach, tak? Humber Stone i Hunt's Hill? - Majka przetarła rękami oczy. - Zakładając oczywiście, że Greyowi i Rainaultowi potrzebne są koniecznie kamienie...
- No a jak nie kamienie, to co? - zdziwiła się Rose.
- Święte źródła - odparła Majka. - Pełno ich tutaj. Praktycznie co druga stara studnia jest święta.
- Bez przesady - zażądał Wasyl. - Widział kto kiedy krąg ze studni? A z kamieni, proszę bardzo, Stonehenge stoi!
- Częściowo leży - sprostowała Rose.
- Ale kiedyś stało, nie? - Marcin uniósł brwi. - Więc...
Nie dowiedzieli się co chciał powiedzieć, bo w tym momencie rozległ się dzwonek u drzwi.
Lampard i Wasyl zerwali się równocześnie i jak na komendę sięgnęli po pogrzebacze do stojaka przy kominku. Potem porozumieli się za pomocą znaczących spojrzeń i podążyli do drzwi, za którymi ktoś znowu nacisnął guzik dzwonka.
- Już idę! - zawołał Frank, fałszywie słodkim głosem, stając przed drzwiami, z pogrzebaczem w gotowości bojowej i wojowniczo nastawionym Wasylem u boku. Wolną ręką otworzył zasuwę i pociągnął drzwi ku sobie.
W holu stal konsjerż Tony, który z wyraźnym obrzydzeniem przytrzymywał dwoma palcami za wystrzępiony kaptur bluzy jakiegoś obdartusa. Na widok Franka rozpromienił się i zaczął mówić.
- Najmocniej przepraszam panie La... - tu jego wzrok padł na Wasyla, z najlepszą bojową miną na obliczu. - O Jezu Chryste! Policja!
- Żadnej policji, Tony, to mój przyjaciel - rzekł Frank.
- Przyjaciel? - Tony puścił obdartusa, by złapać się za lewą stronę klatki piersiowej. - Myślałem, że napad z bronią w ręku...
- Ja do pana Lamparda - rzekł obdartus, głosem wskazującym na głębokie zamiłowanie do napojów wyskokowych.
- Przepraszam panie Lampard - Tony odzyskał kontenans. - Wdarł mi się przemocą i nie dał się wyrzucić! Już go stąd zabieram!
- Goń się, cioto prowansalska! - prychnął menel. - Ja od Gatissa. Pilna wiadomość.
Poszperał w kieszeniach obszarganych dżinsów i wydłubał złożoną kartkę, cokolwiek wymiętą i przybrudzoną.
- Jest pan wulgarny - obraził się konsjerż. - I śmierdzi pan.
- Pewnie, że jestem - zgodził się obdartus. - A co do zapaszku, to prześpij ciulu ze trzy noce na dworcu i zobaczymy czym będziesz pachniał. Panie Lampard, tam nasz człowiek jest. Jak oni się stamtąd ruszą, to ja będę wiedział.
- Dzięki, stary - Wasyl uścisnął wylewnie brudne łapsko menela.
- Potrzebujesz czegoś? Kasy, jedzenia...? - zapytał równocześnie Lampard, rozkładając kartkę.
- Chłopaki, no co wy? - menel rozczulił się niemal do łez. - Kasę to mnie Gatiss daje, gdzie ja by m coś chciał od pana Lamparda, albo pana Wasyla... Ja wasz kibic jestem!
- Dobra, dobra, dosyć tego - Tony przypomniał o sobie, szturchając obdartusa ostrożnie czubkiem palca.
- Jak coś, to wiesz gdzie nas znaleźć - zaznaczył Wasyl.
- Jak coś, chłopaki, to wy o Wigginsa pytajcie - obdartus mrugnął jednym okiem. - To na razie, idę, zanim ten picuś w damskich majtkach się obsra.
Tony gwałtownie poczerwieniał, wymamrotał coś pod nosem, odwrócił się na pięcie i uciekł. W ślad za nim oddalił się chichoczący menel.
- Co tam jest napisane? - zapytał Wasyl, zamknąwszy drzwi.
Lampard bez słowa podał mu kartkę. Napisano na niej jedno zdanie, pismem niezmiernie rozlazłym i zawiłym, wyglądającym jak dzieło nabakanego pająka z nogami umaczanymi w atramencie.
Zmarszczywszy brwi i wsparłszy się o futrynę salonowych drzwi Wasyl spróbował rozszyfrować treść tego zdania.
- Rainaaa... ult jest w babie... nie, czekajcie, w pubie... Pierdzący Zając, w Braty... Brady... No cholera, nie odcyfruję tego zakrętasa.
- Pierdzący? - Rose popatrzyła na niego z niedowierzaniem. - Coś pokręciłeś.
- Pędzący - skorygowała Majka, wlazłszy mu pod ramię. - W Bradgate.
- Ty kończyłaś kryptografię, czy coś? - zapytał Wasyl z podziwem.
- Nie, byłam nauczycielką w szkole podstawowej - odpowiedziała. - Słuchajcie, ale czego my tak stoimy? Jedźmy tam, wezwijmy policję, zróbmy coś!
- Jedźcie, jedźcie - powiedziała Rose. - Ja tu porobię za centrum operacyjne, w terenie wam się nie przydam, bo będę się potykać o własne nogi.
- Ja cię tu samej nie zostawię... - Frank zaczął jej odpowiadać.
- Ty nigdzie nie pojedziesz... - Wasyl odezwał się równocześnie do Majki.
- Bo co, do kaloryfera mnie przywiążesz? - zapieniła się Majka.
- A żebyś wiedziała, przywiążę! - Marcin, dość nieoczekiwanie, ryknął jak wściekły niedźwiedź. - Jak nie będzie innego wyjścia, to cię przywiążę!
- Ciężko ci będzie, bo tu jest ogrzewanie podłogowe - napomknął niewinnie Frank.
- No to do komody w gościnnym, z komodą na plecach nigdzie nie pójdzie! - odparł Wasyl z gniewnym błyskiem w oczach. - Kurwa, przecież tam jatki mogą być!
- I myślisz, głąbie jeden, że ja tu będę siedziała na dupie i patrzyła jak idziesz na te jatki?! - teraz rozdarła się Majka, z głosu jednak przypominając bardziej wkurzonego pekińczyka, niźli niedźwiedzia. - A takiego chuja! Idę z tobą!
- No chyba cię pogięło...! - odryczał Marcin.
- Stulić mordy! - Lampard zdołał przekrzyczeć wszystkich. - Wy się kłócicie, a czas leci!
- No właśnie - rzekła z przyganą Rose. - Jeden dumny posiadacz penisa i dużych biców powinien tu zostać, na wypadek, gdyby jakaś zmora chciała się tu zmaterializować, albo coś z Drzwi wylazło. Skoro Grey i ten cały Doktorek znowu przy nich majstrują, wszystko się może zdarzyć.
- Ale ona też zostaje - Marcin wskazał palcem Majkę.
- Zamknij się - uprzejmie poprosiła Rose. - Ty Majka też, już widzę, że powietrza nabierasz. Który jedzie, który zostaje?
- Losujmy. Kto wygra ten jedzie, kto przegra, zostaje - zaproponował Frank, wydobywając z kieszeni monetę dwupensową. - Królowa, czy korona?
- Korona - mruknął niechętnie Wasyl.
Lampard podrzucił dwupensówkę, zręcznie złapał i z głośnym plaśnięciem położył na stole. Oczom zebranych ukazała się wytłoczona na rewersie monety korona, zdobna w strusie pióra.
- Sam nie pojedzie - oznajmiła Majka z uporem. - Nie upieram się walczyć osobiście, ale poszczuć Keplera na wrogów mogę.
- Majka, do kurwy nędzy... - wyrwało się Marcinowi spod serca.
- Ona dobrze mówi - zauważył Lampard. - Skoro ja mam zostać, tobie potrzebne jest wsparcie.
Marcin zmełł w zębach piękną, międzynarodową wiązankę przekleństw.
- No dobra - rzekł. - Jedziemy do tego Pierdzącego Zająca.
Bez jednego słowa Majka wzięła psa na smycz, wdziewając jednocześnie buty.
- Rosie, daj no te plany kościoła, które znalazł Walter - zażądał Frank, kiedy drzwi za dwuosobową i jednopsową ekipą ratunkową się zamknęły. - Musimy ustalić gdzie wlaściwie jest to wejście do podziemi, żeby w razie czego nie latać jak banda kretynów.
- W moim wypadku byłoby to raczej pełzać, ale słuszna uwaga - zgodziła się Rose, otwierając laptopa. - Popatrzmy...
Marcin prowadził niczym szaleniec, szczęki miał przy tym zaciśnięte, a wzrok dziki, z gatunku "sześć wsi spalonych, siódma w robocie". Milczał kamiennie, dusząc gaz do dechy i łamiąc rozmaite przepisy po drodze, dopóki nie wyjechali na obwodnicę. Wtedy się wreszcie odezwał.
- Który zjazd? - zapytał.
- Ten, który właśnie minęliśmy - odparła uprzejmie Majka, piastująca na kolanach mapę.
- To czego nic nie mówisz? - zazgrzytał zębami.
Kepler zakręcił się na tylnym siedzeniu, zaskomlał, po czym strzygąc uszami i węsząc jął mazać nosem po bocznej szybie.
- Bo nie pytałeś - Majka wzruszyła ramionami. - Myślałam, że wiesz. Skręć w ten co teraz będzie, pojedziemy trochę dookoła, ale to nie szko... O żeż kurwa!
Odwróciła się gwałtownie, przyklejając nos do bocznej szyby. P
- Co jest? - zapytał Wasyl podejrzliwie.
- Patrz tam! To się znowu otwiera, widzisz? - wskazała palcem. - Tam są Beaumont Leys, te kamienie, przy których zabito Moirę!
Wasyl popatrzył. Nad ciemną grzywą drzew, widniejącą za rzędami szeregowych domów, unosiła się ciemna chmura. Chociaż może "unosiła się" nie było tu właściwym określeniem, bo wyglądało to bardziej jak rozdarcie w rzeczywistości, przez które sączył się mrok.
- O kurwa, faktycznie - skomentował. - Dzwoń do Lampsa i Rose.
Majka wyciągnęła telefon, posłusznie wybierając numer Rose, tymczasem Wasyl w ostatniej chwili dostrzegł zjazd na Anstey i skręcił, dosyć gwałtownie.
- Potem skręć w Cropston Road - instruowała Majka, odklejając się od bocznej szyby, na którą zarzuciło ją na zakręcie. - A potem do jeziora, za jeziorem w lewo i prawie jesteśmy. Rose? To ja, Majka! Drzwi się otwierają!
- Poważnie? - Rose uniosła się na posłaniu.
- Cholernie poważnie - głos Majki w słuchawce brzmiał niemal grobowo. - Bądźcie gotowi na wszystko.
Rose rozłączyła się, czując jak serce zaczyna jej walić, napędzane adrenaliną. Tknięta przeczuciem pokuśtykała do kuchni, tam zaś zdjęła z wieszaka płócienną torbę na zakupy i zaczęła się pakować. Z lodówki wyjęła małą butelkę wody mineralnej, z jednej z szuflad świecę zapachową i zapałki (pozostałość po egzorcyzmach), po czym wszystkie te produkty umieściła skrupulatnie w torbie.
- Frankie! - krzyknęła.
- Tak? - Lampard odpowiedział jej niemal natychmiast zza drzwi łazienki. - Coś się stało?
- Gdzie masz latarkę? Masz jakąś w ogóle?
- Mam - Frank wyłonił się z przybytku intymności. - Gdzieś tu była, czekaj... Do czego ci?
- Majka dzwoniła. Zaczyna się - objaśniła zwięźle.
Odpowiedzią Franka było przekleństwo.
Grupa ratunkowa zaparkowała samochód na peryferiach miasteczka, czy raczej wioski, jaką było Bradgate, starając się nie rzucać w oczy, po czym przekradła się chyłkiem, poprzez krzaki i opłotki, pod niewątpliwie zabytkowy budynek z czerwonej cegły, opatrzony dumnym szyldem "Pędzący Zając".
- Co teraz? - szepnęła konspiracyjnie Majka.
- Musimy się jakoś skapować w którym pokoju ich trzymają - odszeptał Wasyl.
- A potem co, rozpoczniemy oblężenie? - postukała się w czoło. - Poczekajmy aż wylezą.
- A są tu w ogóle?
- Są, widzę samochód tego zbuka - Majka wskazała jeden z pojazdów na placyku przed pubem.
Zbuk, czyli James Rainault, zgodnie z przewidywaniami ruszył się dopiero o zachodzie słońca. Wyszedł z pubu sam, wsiadł do samochodu, po czym pojechał na Hunt's Hill, za nim zaś udała się grupa pościgowa.
Żeby złoczyńca nie domyślił się, że jest śledzony, Marcin i Majka zostawili samochód w zagajniku, rosnącym w pewnym oddaleniu od kamieni, po czym, z psem na smyczy, jęli się przekradać pieszo na Hunt's Hill, kryjąc się po krzakach i za drzewami. Do lasku, w którym znajdowały się kamienie, wkroczyli ostrożnie od strony pól.
- Słyszę ich! - wyszeptał Marcin. - Ktoś tam łazi!
Przycupnęli oboje za drzewem. Majka, kurczowo ściskając smycz, nastawiła uszu. Trzask łamanych gałązek i, to było niewiarygodne, nucenie, dobiegające od strony kamieni, były niezaprzeczalnym dowodem, że ktoś tam jest.
W tym momencie zdarzyło się nieszczęście.
Miało ono postać smukłego, płowego stworzenia, stąpającego z gracją na długich nogach i spoglądającego aksamitnymi oczyma na ukrywającą sie za dębem grupę.
W Keplerze znienacka obudził się instynkt myśliwego. Bez namysłu skoczył w kierunku sarny, ujadając przy tym jak wściekły i wlokąc za sobą Majkę. Próbowała się zaprzeć nogami, ale bez skutku, pies miał tyle siły co ciągnik, a pokrywające ziemię liście były upiornie śliskie, tak, że jechała jak na łyżwach.
- Kepleeeerrrr! - wysyczała.
- Majka! - zaświszczał Wasyl, rzucając się na pomoc.
Majka tymczasem znikła za wyjątkowo skołtunionym krzakiem dzikiego agrestu. Kepler przeleciał nad zwaloną gałęzią, smycz jednak utknęła w splątanych badylach.
- Mam cię! -sapnęła.
Pies szarpnął, karabińczyk nie wytrzymał i najzwyczajniej w świecie rozleciał się na części. Kepler strzelił do przodu, Majka poleciała w tył, nakrywając się nogami.
- Majka! - świsnął Wasyl wypadając zza agrestu.
Coś trzasło tuz za nim. Obejrzał się przez ramię, coś huknęło go w potylicę, z siłą średniej bomby atomowej i świat zgasł jak zdmuchnięta świeczka.
__________________________________________________________________________
Siedemnastka gotowa, a to oznacza, że powoli zbliżamy się do końca naszego opka.


A tak się chłopaki z Leicester wczoraj cieszyli z awansu do Premier League :)

Martina