Sweetheart
The sun has set
All red and primitive above our heads
Blood stained on an ageless sky
Wipe your tears and let the salt stains dry
Let them all run dry
Annie Lennox "Primitive"
The sun has set
All red and primitive above our heads
Blood stained on an ageless sky
Wipe your tears and let the salt stains dry
Let them all run dry
Annie Lennox "Primitive"
Mieszkanie
Rose było inne niż się spodziewał Lampard. Oczekiwał czegoś
nowoczesnego i chłodnego, z rowerem wiszącym na ścianie, a ujrzał
lokal, którego nie powstydziłaby się panna Marple. W salonie
rozpierała się wiktoriańska kanapa, kryta kwiecistą tkaniną, a
stojący przed nią stół był bez wątpienia kiedyś stołem
śniadaniowym w jakiejś eleganckiej, dziewiętnastowiecznej jadalni.
Stolik pod telewizor zaś w poprzednim życiu pełnił ponad wszelką
wątpliwość funkcję stolika nocnego i pamiętał na pewno królową
Wiktorię.
-
Rozgość się - rzekła Rose nieco sarkastycznie. - To będzie twoja
sypialnia. Kawy? Herbaty? Herbatników nie mam, wybacz.
-
Kawa mi wystarczy - odpowiedział Frank. - Poprzedniej zdaje się nie
zdążyłem wypić.
-
Za to wyprałeś w niej skarpetki - rzuciła przez ramię Rose,
znikając za drzwiami. Lampard poderwał się, potknął się o
dużego, rudego kocura i popędził za nią.
-
Słuchaj, musimy poważnie pogadać - oparł się wygodnie o futrynę,
patrząc jak dziewczyna sypie kawę do dzbanka i nastawia wodę.
-
Slucham cię poważnie - odpowiedziała.
-
Widziałaś swoje drzwi? - zapytał. - Wyglądają, jakby
velociraptor robił na nich manicure.
Klatka
schodowa nie była zbyt jasna, ale żeby nie zobaczyć trzech,
głębokich rys, kontastujących białością drewna z ciemną,
lakierowaną powierzchnią drzwi, trzeba byłoby być zupełnie
ślepym. Lampard zastanawiał się jak Rose może podchodzić do tego
tak stoicko.
-
Widziałam - odparła Rose. Wbrew temu, co mniemał Frank, ta cała
sytuacja przejmowała ją grozą, nie miała jednak zamiaru tego
okazywać. Nie była w końcu dziewiętnastowieczną heroiną,
czekającą aż wielki, silny mężczyzna wybawi ją z opresji. -
Mówiłam ci, że to skrzydlate cholerstwo wyłazi z mojej piwnicy.
-
I co masz z tym zamiar zrobić? - Frank założył ręce na piersi.
-
Zadzwonię na policję i powiem, że w mojej piwnicy mieszka
błoniastoskrzydłe paskudztwo z wielkimi szponami - odparła
jadowicie. - A oni zapakują mnie w kaftan i zamkną w Broadmoor.
Chcesz się przyłączyć?
-
Rose, do cholery, nie musisz mnie atakować, nie jestem twoim wrogiem
- w jasnych oczach Lamparda odmalował się wyrzut. - Chcę ci pomóc!
To kurestwo, czymkolwiek jest, wygląda na niebezpieczne!
-
A skąd ten wniosek, że potrzebuję pomocy? - Rose rzuciła mu
twarde spojrzenie, sponad parujących filiżanek kawy. - Potrafię
sobie radzić sama. Przywykłam do tego.
-
I w imię samodzielności dobrowolnie wpiszesz się do menu tego
czegoś? - Frank, zirytowany, postąpił krok naprzód.
-
Nie mam zamiaru - odparła chłodno. Ustawiła filiżanki na tacy,
wraz ze srebrną cukiernicą i takimż dzbanuszkiem śmietanki, po
czym z całym tym nabojem w rękach wyszła, mijając w drzwiach
Lamparda.
Szedł
za nią, zastanawiając się co robić i gapiąc się przy okazji na
jej kształtne pośladki.
-
Frank? - jej głos był niebezpiecznie jedwabisty.
-
Tak?
-
Przestań się gapić na mój tyłek.
-
Ja nie... Wydaje ci się!
-
Dobra, dobra - rzuciła mu wymowne spojrzenie, stawiając tacę na
salonowym stole.
Usiedli
grzecznie obok siebie. Jonesy natychmiast wykorzystał okazję i
ułożył się na kolanach Franka, mrucząc niczym traktor.
-
Powiedz mi wreszcie - rzekł Lampard, studiując wzory, wygrawerowane
na lśniącej powierzchni cukiernicy. - Co zamierzasz zrobić z tym
czymś?
-
Zamierzam zejść jutro rano do piwnicy - rzekła, dolewając sobie
do kawy śmietanki gestem, którego spokojnie mogłaby używać
królowa Elżbieta. - Obejrzeć ją dokładnie i sprawdzić skąd to
cholerstwo wyłazi. A potem się zastanowię.
-
Dobry plan - pochwalił Frank. - Wprowadziłbym do niego tylko jedną,
drobną modyfikację.
-
Mianowicie? - brwi Rose uniosły się pytająco.
-
Pójdziemy tam razem - rzekł, po czym upił odrobinę kawy.
Rose
walnęła mlecznikiem o blat stołu niczym krasnolud kuflem,
rozbryzgując śmietankę. Jonesy na kolanach Lamparda uniósł się
nieco i zaczął energicznie zlizywać ściekający ze stołu biały
płyn.
-
Lampard, czy ktoś cię prosił, żebyś robił za błędnego
rycerza? - wrzasnęła Montoya, tracąc do reszty maniery damy. - Nie
potrzebuję, zeby ktoś mnie niańczył, do cholery, jestem dorosła
i daję sobie radę! Nie rozumiesz tego? Wystarczy, że mi się tu
wepchnąłeś na noc!
-
Przepraszam zatem, że usiłuję ci zaoferować przyjacielską pomoc
- rzekł Frank jadowicie.
-
Przyjacielską? - warknęła Rose. - Jonesy, zostaw tę śmietanę!
Gówno, a nie przyjaźń, Lampard, tobie chodzi tylko o bzykanko!
Frank
odstawił filiżankę na stół i ukrył na chwilę twarz w futrze
Jonesy'ego. Kiedy ją podniósł w jego oczach lśnił gniew,
zmieszany z niedowierzaniem.
-
To, że cię pocałowałem, notabene po pijaku, nie oznacza, że
myślę tylko o tym jak się dobrać do twoich majtek. To po
pierwsze. Po drugie, nawet gdybym miał ochotę na seks z tobą, to
co z tego?
Zajrzał
jej w oczy. Rose, czerwona jak cegła, odwróciła twarz.
-
Jesteśmy dorośli, nie mamy partnerów - kontynuował. - Gdzie tu
jest jakiś problem? Poza tym, o ile dobrze pamiętam, nie
proponowałem ci seksu. Proponowałem ci pomoc w zbadaniu co tu się,
kurwa, dzieje. Trójkącik z piwnicznym potworem nie wchodzi w
rachubę, numerek ze mną nie jest obowiązkowy. Łapiesz?
-
Łapię - rzekła Rose, wciąż płonąca wściekłą czerwienią i
wypełniona po brzegi mnóstwem sprzecznych emocji. - Dobrze,
pójdziemy jutro oboje do tej cholernej piwnicy a teraz koniec
tematu. Po prostu zamknij się i idź spać.
-
A dostanę chociaż poduszkę?
-
Prędzej poduszką. Zamkniesz się wreszcie?
Frank
uniósl w górę obie dłonie, w geście poddania, co wykorzystał
kot, by dać mu soczystego całusa w same usta. Podczas gdy Lampard
pluł dyskretnie sierścią, Rose poszła do sypialni, po koc i
poduszkę.
Ku
jej zdziwieniu wróciwszy salon zastała pusty.
-
Lampard? - wrzasnęła. - Gdzie ty się szwendasz?
-
Grzebię w twojej bieliźnie - odpowiedział Frank z głębi
mieszkania.
Rose
cisnęła pościel na kanapę i wyprysnęła z salonu, zderzając się
na korytarzu z Lampardem, trzymającym w dłoniach coś białego.
-
Co ty... - zaczęła Montoya groźnie, po czym ugryzła się w język.
Z
miną niewiniątka Lamps uniósł w górę ścierkę.
-
Wyniosłem naczynia i chciałem trochę posprzątać - objaśnił. -
Poważnie myślałaś, że bobruję w twoich niewymownych?
-
Większość śmietany wylizał Jonesy - Rose zignorowała jego
pytanie. - Właściwie to prawie wszystko.
Starannie
unikając spojrzenia Lamparda wparowała do salonu.
-
Jonesy! Idziemy spać! - skomenderowała. Drzemiący na kanapie kot
spojrzał na nią jednym okiem, a potem przeniósł się na kolana
Franka, który przysiadł by wytrzeć stół.
-
Futrzasty zdrajca - mruknęła Rose na odchodnym.
Jakąś
godzinę później, kiedy skończyła się myć, zajrzała jednak do
salonu. Frank spał, rozłozony na plecach, z rękami za głową,
pochrapując z cicha, na jego piersi zaś wyciągnął się rudy
kocur, wpychając łeb w przestrzeń między poduszką, a policzkiem
mężczyzny. W ciemnych oczach dziewczyny błysło coś miękko i
zgasło, niczym meteor.
Wycofała
się na palcach i poszła do siebie.
Coś
mokrego i niezbyt miło pachnącego przejechało po twarzy Wasyla,
raz, drugi i trzeci. Otworzył oczy, święcie przekonany, że w jego
głowie ktoś urządził kuźnię, tak w niej huczało i łupało.
Pierwszym co ujrzał, był szeroki różowy jęzor, który oblizał
go zamaszyście, drugim zaś paszcza, której ów jęzor był
częścią, należąca do dużego owczarka niemieckiego.
-
O kur...! - Wasyl poderwał się i odsunął od bestii, waląc przy
tym boleśnie głową w ścianę. Pies usiadł i spojrzał na niego
pytająco, jednocześnie machając ogonem.
-
Nie chcesz mnie zjeść? - upewnił się Marcin. W ustach czuł
paskudny posmak, kojarzący się z mocno używanym trampkiem.
Pies
zamruczał i polizał Wasyla po ręce.
-
Dobry piesek - wymamrotał stoper. Nadludzkim wysiłkiem woli zmienił
pozycję na nieco bardziej pionową i z łatwością ustalił dwie
rzeczy. Po pierwsze dochodziła dziesiąta rano, o czym informował
go staroświecki budzik na stoliku przy łóżku, po drugie znajdował
się w cudzej sypialni, w dodatku damskiej, na co wskazywały stojące
na toaletce kosmetyki. Innych możliwości sugerowanych przez mazidła
do makijażu Wasyl wolał chwilowo nie rozważać.
Wytężył
pamięć, usiłując ustalić co właściwie robił poprzedniego
wieczoru. Niestety, wspomnienia były tak mgliste, oderwane i
niekompletne, że nie wyjaśniały niczego, a kończyły się w
zasadzie na ponurej popijawie z Lampardem pod Ten Bells. Mózg
piłkarza sugerował także, że nie zamierza z nim współpracować,
o ile nie zostanie natychmiast nawilżony. I to solidnie.
Drapiąc
się z głośnym chrzęstem po obrośniętych czarną szczeciną
policzkach Wasyl wylazł z łóżka i poczłapał w kierunku drzwi,
mając nadzieję, że gdziekolwiek się znajduje, jest w tym miejscu
jakaś kuchnia, albo przynajmniej kran. Albo wazonik z kwiatami,
Marcin chwilowo nie był wybredny w kwestii napojów. Na korytarzu
jednak zamarł, rażony niczym piorunem, widokiem jaki ujrzał w
dużym, wiszącym lustrze.
Ze
szklanej tafli spoglądał na niego małymi, zapuchniętymi oczkami o
ponurym wejrzeniu człowiek pierwotny, jakby żywcem wyjęty z filmów
National Geographic. Miał ów relikt ewolucji człowieka ciemne wory
pod oczyma, wysuniętą szczękę i ogólną postawę
neandertalczyka, nic tylko dać maczugę i na mamuty wysłać.
-
Kurwa, wyglądam jakbym się obsunął w ewolucji o parę milionów
lat do tyłu - stwierdził Wasyl i odruchowo przygładził na sobie
koszulkę, jakby to miało pomóc.
Po
czym zamarł w pół gestu.
Ta
koszulka z całą pewnością nie należała do niego, nie gustował
bowiem w różu, w kucykach pony też niekoniecznie. Z lekkim
niepokojem spojrzał na to, co miał poniżej, obawiając się, że
może wylazł z łóżka bez gaci i teraz paraduje po cudzym
mieszkaniu z przyrodzeniem na wierzchu. Ku jego przeogromnej uldze
okazało się, że jednak nie. Miał na sobie bokserki, z krocza tych
bokserek zaś szczerzył do niego zęby Diabeł Tasmański.
Pies
minął go i wszedł do pomieszczenia, które, sądząc po meblach,
musiało być kuchnią. Wasyl, uradowany niczym wędrowiec na Saharze
na widok oazy, zapomniał o swych garderobianych rozterkach i poszedł
śladem czworonoga.
I
znowu zamarł, ponieważ w kuchni, oprócz psa, ktoś był. Przy
stole siedziała jakaś osoba, dmuchając w parujący kubek.
-
Ja bardzo przepra... Excusez-moi, znaczy się excuse me - Marcin
zaplątał się w językach.
-
O, wstałeś - ucieszyła się niepewnie osoba. Kamień spadł
Wasylowi z serca, stoper rozpoznał bowiem Majkę. A więc nie trafił
do zupełnie cudzego domu, tylko do znajomej!
-
Pewnie ci się pić chce - zauważyła Majka, co dla Wasyla
zabrzmiało niczym anielskie pienia. Sięgnęła za siebie i podała
mu wielką, plastikową butlę. - Przezornie wyjęłam sok
pomarańczowy z lodówki.
Marcin
przyjął napój bez słowa, za to z malującą się na twarzy
wdzięcznością i przypiął się do butli. Przez dłuższą chwilę
słychać było tylko bulgot i odgłosy przełykania.
Kiedy
Wasyl odjął naczynie od ust, był już w stanie myśleć nieco
składniej. Spojrzał na szlafrok Majki, na własny strój i dokonał
kilku skojarzeń.
-
Czy myśmy coś teges? - zapytał, tknięty podejrzeniem. - No wiesz,
jakiś seks nam się nie przydarzył niechcący?
Majka
westchnęła niczym miech kowalski.
-
Ani niechcący, ani chcący - odpowiedziała. Siorbnęła herbaty. -
Byłeś tak nawalony, że nie wiem, czy coś by z tego wyszło. A
nawet gdyby wyszło, zalatywałoby nekrofilią. Nie gustuję.
Wasyl
przytulił do łona butlę z sokiem, nie wiedząc co myśleć o tym
wszystkim. Powinien ratować swoje małżeństwo, a nie lądować w
cudzych łóżkach.
-
To skąd te ciuchy? - zapytał. - To nie moje.
Kepler
wystawił łeb spod stołu i podbił rękę Majki, domagając się
głaskania.
-
Twoje się suszą - powiedziała, drapiąc psa za uszami. -
Zwiedziłeś po pijaku pół miasta, w tym jakiś śmietnik po czym
ułożyłeś się do snu na parkingu za Tesco.
-
Już myślałem, że coś między nami było - Wasyl odetchnął z
ulgą, po czym się zreflektował. - To znaczy ten, nie to, żebyś
była jakaś brzydka, czy coś, ale wiesz...
Majka
wzniosła oczy do sufitu.
-
Tak, wiem, jesteś żonaty i chcesz ratować swoje małżeństwo,
nawet jeśli dostałeś z backhandu w mordę pozwem rozwodowym -
powiedziała smętnie. - Bez obaw, to była tylko przyjacielska
przysługa.
-
Serio?
-
Serio - zełgała bez mrugnięcia okiem. - Nie miałam cię gdzie
położyć, na kanapie byś się nie zmieścił. A skoro miałeś
spać w moim łóżku, musiałam cię umyć i przebrać, bo cuchnąłeś
jak skunks.
-
Umyć - Wasylowi na myśl o tym zrobiło się nieoczekiwanie gorąco.
- Dzięki, że mnie znalazłaś i w ogóle. Poważnie.
-
Bardzo proszę - odparła Majka.
Atmosfera
znienacka zgęstniała i zrobiła się nie do zniesienia. Przebywanie
w jednym pomieszczeniu z tą dziewczyną było krępujące, nawet
jeśli między nimi nic nie zaszło. Nie miał zamiaru pakowac się w
żadne związki, romase ani nawet numerki na jedną noc, było
przecież jego małżeństwo, na którym mu zależało. Jego rodzina.
Poza tym wciąganie Majki w to wszystko też byłoby gównianym
pomysłem. Trzeba to wszystko przywrócić na właściwe tory,
pomyślał. Wyszedł z kuchni, najpierw do sypialni, gdzie znalazł
przeoczoną pierwotnie suszarkę ze swoją odzieżą. Dżinsy były
lekko wilgotne, ale na upartego można je było włożyć, umył więc
się, przebrał, po czym najzwyczajniej w świecie uciekł, bąkąjąc
w przelocie podziękowania.
Z
nastaniem poranka Rose urządziła Lampardowi pobudkę niczym
sierżant rekrutom świeżo przyjętym do wojska.
-
Wstawaj, gwiazdo futbolu! - zagrzmiała, wkraczając do salonu. -
Robota czeka!
-
Hura gohina? - zapytał Frank, nieco niewyraźnie, bo przeszkadzał
mu leżący na jego twarzy kot.
-
Szósta, czyli ta właściwa, żebyś się poderwał - Rose ściągnęła
z niego koc.
Lamps
zrzucił z siebie kota i usiadł, ziewając jak smok i czochrając
się po sterczących we wszystkie strony włosach.
-
Idź się ogarnij do łazienki, bo wyglądasz jak strach na wróble -
poradziła Rose. - Ja skoczę do pubu, przygotuję wszystko do
otwarcia, potem śniadanie i idziemy do piwnicy.
-
Dobra - Lampard wydawał się być znacznie bardziej zainteresowany
drapaniem Jonesy'ego niż tym co mówiła Rose. - Plan przyjęty.
Wzruszyła
ramionami i poszła na dół. Znakomicie wytrenowana przez dziadka
Jimmy'ego potrafiłaby przygotować lokal do otwarcia z zamkniętymi
oczyma, a także tyłem i na czworakach. Po pół godzinie, kiedy w
kuchni zjawił się Robbie, wszystko było gotowe.
Szef
kuchni jednakże nie przybył sam.
-
To jest Drusilla, siostrzenica mojej żony - oznajmił, wypychając
przed siebie chudą dziewczynę. - Chce być kelnerką u ciebie.
Rose
zlustrowała kandydatkę do pracy tyleż uważnie, co nieufnie.
Dziewczyna skojarzyła jej się z marchewką o czarnej naci, była
bowiem bardzo szczupła, pomarańczowa od samoopalacza, włosy zaś,
długie i suche jak pieprz, farbowała na kolor atramentowej czerni.
Tego wstrząsającego image'u dopełniały usteczka, pomalowane
bardzo jasną pomadką i brwi, w zasadzie narysowane na czole za
pomocą czarnej kredki. Całość była opakowana w obcisłą, złotą
bluzeczkę, odkrywającą prawie wszystko i czarne getry, ustawiona
zaś na chwiejnym postumencie kozaków na gigantycznych platformach i
niebotycznych obcasach. W rękach dziewczę zaś trzymało białą
kurteczkę z gatunku tych, kończących się powyżej nerek.
-
No co? - zapytała Drusilla.
Rose
wzięła Robbiego na stronę.
-
Ty jesteś pewien, że ona chce w pubie pracować? - zapytała
półgłosem.
-
No - Robbie zwykle był oszczędny w słowach. - A co?
-
Ubrała się jak na casting do pornola - odparła Rose. - Nie mówiąc
tym, że w tych butach nogi jej siądą najdalej po godzinach.
-
Weź ją chociaż na próbę - w głosie kucharza pojawiła się
błagalna nuta. - Potem ją wylejesz.
Rose
ujęła się pod boki.
-
Po co? - zapytała krótko.
-
No rozumiesz, żona - mruknął Robbie. - Wylejesz po próbie, nie
będzie się mnie czepiać.
Zastanawiała
się bardzo krótko. Robbie był filarem jej kuchni, w dodatku
filarem, który w latach chudych, po śmierci dziadka, potrafił
dobrowolnie zrezygnować z części swojego wynagrodzenia, by
uratować finanse Ten Bells. Odmówić mu byłoby nieprzyzwoitością.
-
No dobra - rzuciła głośno do dziewczyny, gapiącej się ze
znudzeniem na swoje paznokcie. - Łap fartuch, jest tam.
Wskazała
na drzwi pomieszczenia łączącego kuchnię z główną salą.
-
Znaczy jestem przyjęta? - zapytało dziewczę leniwie.
-
Na okres próbny. Wieczorem podpiszemy umowę - zaznaczyła Rose. -
Zwiąż włosy. I zmień te buty, bo wieczorem będziesz wyła z
bólu.
-
Też coś - burknęła Drusilla, krocząc godnie w stronę drzwi. -
Żebym wyglądała jak wieśniara?
-
Ja pierrrrdolę - Rose zawarczała pod nosem, maszerując do swego
mieszkania. - Jeśli nie zatłukę jej do końca dnia, to będzie
sukces.
Otworzyła
z rozmachem drzwi.
-
Lamps, ja zrobiłam co miałam. Jeśli skończyłeś się
uśliczniać, to lecimy na śniada... - słowa zamarły jej na
ustach.
Na
stole w salonie stało nienagannie podane śniadanie. Złociste
grzanki na porcelanowym talerzyku, masło, dżem pomarańczowy w
srebrnym pojemniczku, będącym, podobnie jak cukiernica i dzbanuszek
do śmietanki, dziedzictwem po arystokratycznych przodkach babci
Myrtle, do tego kawa z wszelkimi niezbędnymi akcesoriami i dwa
nakrycia. Za stołem siedział elegancko uczesany Lampard, w
najwyraźniej świeżo przeprasowanej koszuli i z miną trzeciego
lorda Oareford popijał kawę. Na widok Rose rozpromienił się i
szarmanckim gestem zaprosił ją do stołu.
-
Pozwoliłem sobie przygotować pod twoją nieobecność śniadanie -
rzekł wyjaśniająco. - Siadaj, proszę.
-
Ale... jak ty to... Kto ci pozwolił grzebać w mojej kuchni? - Rose
opadła na kanapę obok niego.
-
Przecież mówię - odparł, uśmiechając się kątem ust. - JA
sobie pozwoliłem.
Rose
wzięła kilka głębokich wdechów i z miejsca tgo pożałowałą,
jej nos bowiem wypełnił się zapachem Franka. Czy ten facet musiał
tak obłędnie pachnieć? Niezwłocznie zapchała sobie usta grzanką
z dżemem pomarańczowym.
-
Chciałem podać w jadalni - kontynuował Lamps. - Ale zmieniłem
zdanie. Strasznie dużo tam kurzu.
-
Bo nikt tam nie wchodził od śmierci mojej babci - wyjaśniła Rose,
przełykając grzankę. - Czyli od jakichś dziesięciu lat.
-
Przepraszam - rzekł Frank. - Chyba byłem trochę nietaktowny.
-
Nie szkodzi. W końcu skąd mogłeś wiedzieć, że babcia Myrtle
umarła w jadalni?
Lampard
odstawił filiżankę, spoglądając na dziewczynę ze współczuciem.
Rose wyraźnie przybladła i zmroczniała, zmagając się ze
strasznymi wspomnieniami.
-
Nie mogłem - przyznał. Położył dłoń na jej dłoni.
-
Tętniak - odparła Rose, nawet tego nie zauważywszy. - Wróciła z
dołu z obiadem i nakrywała do stołu. Przewróciła się z talerzem
i tak ją znalazłam, leżącą w jego szczątkach.
Wzdrygnęła
się.
-
Przepraszam - mruknął Lampard. - Nie chciałem przywoływać takich
wspomnień.
-
Spoko, nic się nie stało - odparła Rose. - To i tak zaledwie
czubek bardzo paskudnej góry lodowej.
Lamps
pogładził delikatnie palcem wskazującym wnętrze jej dłoni.
-
Wygląda na to - rzekł miękko - że dużo przeszłaś.
Siedzieli
przez chwilę w milczeniu. Cisza, która zapadła nad stołem była
głęboka, ale nie nieprzyjemna.
I
wtedy siedzący pod stołem Jonesy postanowił o sobie przypomnieć
donośnym miauczeniem.
Rose
podskoczyła jak oparzona, zabierając przy tym rękę z dłoni
Lamparda.
-
Ty cholero, rękawiczki z ciebie zrobię! - wrzasnęła.
Spojrzeli
na nią z wyrzutem, kot i Frank.
-
On też chce śniadanie - powiedział Lampard. Odłamał kawałek
swojej grzanki i podał Jonesy'emu. Ten przyjął jedzenie z miną
arystokraty.
-
Nieźle się dobraliście - mruknęła Rose. - Dobra, zwijamy ten
majdan...
Dziesięć
minut później naczynia stały w zlewie, a Rose i Frank
przygotowywali się do ekspedycji badawczej.
-
Ja wezmę to - Rose wyciągnęła zza kanapy kij do krykieta. - A
ty... Czekaj. Albo chodź.
Wyszli
na korytarz. Tam Rose zatrzymała się przed zamkniętymi drzwiami,
medytując na głos.
-
Miałam kiedyś pałę do baseballa, od jakiegoś kumpla dziadka -
mruczała. - Ale musi być tam...
-
A co tam jest? - zapytał Frank.
-
Mój pokój dziecinny - odparła Rose. - Który zamknęłam na klucz
dawno temu. I jednak jeszcze nie otworzę.
Zdecydowanym
krokiem udała się do kuchni, a minę miała taką, że Frank wolał
nie zadawać żadnych pytań.
-
Proszę - wyjęła z szuflady mordercze narzędzie, które było z
jednej strony toporkiem, a z drugiej tłuczkiem do mięsa. - Nie
wiem do czego to było babci, bo nie gotowała, ale na broń się
nada.
-
Może trzymała to na wypadek nagłych przypadków? - zasugerował
Lampard.
-
Takich jak potwór w piwnicy?
-
W przypadku potwora stłuc szybkę...
Oryginalnie
uzbrojona ekspedycja badawcza zeszła do piwnicy, przyciągając po
drodze spojrzenia kucharzy.
-
Rose, co wy wyprawiacie? - zapytał Burn, młodszy od Robbiego, a
zatem mniej doświadczony i jeszcze nie odróżniający za dobrze
tych chwil, w których należy się zamknąć i zająć swoją
robotą.
-
Zajmij się swoją robotą - pouczyła Rose.
-
Polujemy na szczura - pospieszył równocześnie z wyjaśnieniem
Frank.
-
Ten szczur to jakiś hardkorowy koksu jest? - zdziwił się Burn.
-
Burrrrrrrrn - ostrzegł Robbie. - Zamknij gębę, synek.
Rose
obejrzała starannie wszystkie zasuwki na drzwiach piwnicy. Były
całe. Powoli otworzyła drzwi, odsłaniając znajdującą się za
nimi czarną czeluść.
Coś
stuknęło.
Cofnęła
się, niemal nadeptując na palce stojącemu za nią Lampardowi,
potem gwałtownym ruchem zapaliła światło.
Schodzili
powoli, właściwie to się skradali, jedno za drugim, obok na
ścianie zaś skradały się ich wielkie cienie.
"Czuję
się, jakbym trafił do kreskówki o Scoobym" pomyślał z
rozbawieniem Frank. "Brakuje tylko jeszcze jednej pary i psa."
Piwnica
była cicha i wyglądała tak zwyczajnie, że przez chwilę Lamps był
gotów uwierzyć, że nic nadnaturalnego się tu zdarzyć nie mogło.
A
potem Rose się odezwała.
-
Patrz tutaj - wskazała palcem wyraźne ślady na posadzce. Nie były
one ludzkie.
Właściwie
były to odciski kopyt.
-
Zaczynają się znienacka przy samych schodach - stwierdził Frank,
studiując trop w skupieniu. - Jakby się tam po prostu
zmaterializował.
-
To dlaczego się nie zmaterializował u mnie w mieszkaniu, tylko
drapał po drzwiach? - zapytała Rose. - Albo u ciebie?
Lampard
wzruszył ramionami.
-
Nie mam pojęcia.
Podążyli
za śladami. Urywały się w tym samym miejscu co poprzednio, przed
regałem z winem, przy tylnej ścianie.
-
Ki diabeł? - zdziwił się Frank. - Zmaterializował się, a potem
się zdematerializował?
Odłożył
tłuczek i zaczął obmacywać regał od góry do dołu, centymetr po
centymetrze.
-
Ta piwnica nie ma jakiegoś ukrytego pomieszczenia? - zapytał,
sięgając za butelki z winem na najniższej półce.
-
Nic o tym nie wiem - odparła. - Dziadek nie pozwalał mi wchodzić
do piwnicy, dopóki żył, więc mógłby tu spokojnie zamurować
słonia i też bym nie wiedziała.
Nawet
jeśli były tam jakieś ukryte drzwi, to regał ich najwyraźniej
nie otwierał, bo szarpanie i naciskanie nic nie dało. Frank
przystąpił zatem do ciągnięcia za butelki.
-
Zaraz mi coś stłuczesz - zaprotestowała Rose. - Lamps odpuść
so...
Regał
zaskrzypiał, zazgrzytał i pomału odsunął się od ściany,
odsłaniając ciemny prostokąt otworu drzwiowego.
-
Mamy latarkę? - zapytał Frank.
-
Czekaj, gdzieś tu mam świece i zapałki - Rose rozejrzała się
dookoła. Ostatniej zimy jak posypało śniegiem, to prąd siadł na
jakiś czas. Gdzie ja je... - zajrzała do szuflady starego kredensu,
potem otworzyła oszklone drzwiczki. - A są! Prrrosz.
Wydłubała
z paczki dwie świece, jedną podała Lampardowi, potem sięgnęła
po zapałki. Świece zapłonęły równym jasnym płomieniem.
Z
bronią w jednym ręku i świecą w drugiej każde wkroczyli do
sekretnego pomieszczenia. Stał w nim tylko jeden mebel, mianowicie
wiktoriańskie damskie biureczko, odrapane i podniszczone, a z jednej
strony nawet przypalone. Stało na środku izby, samotne, jak cieć
na nocnej zmianie, za nim zaś widać było drzwi.
Nie,
nie drzwi. Wrota.
Masywne
wrzeciądze z kutego żelaza, pokryte grubą warstwą rdzy, pod którą
widać było galimatias rzeźbionych w metalu, dziwacznych znaków.
-
Ja cie kręcę - skomentowała inteligentnie Rose.
Brwi
Lamparda podjechały niemal do połowy czoła.
-
To jakaś izba Sinobrodego? Dziadziuś miał hobby, tajne i krwiste?
- zapytał.
-
Jedynym hobby dziadka był futbol - odparła Rose, podchodząc do
wrót. - Nie patroszenie dziewic.
-
Myślisz, że gdyby patroszył dziewice w piwnicy, to by się tym
chwalił? - Lampard przyjrzał się podejrzliwie biureczku, po czym
również podszedł do wrót. - Gdzie tu jest klamka?
-
No właśnie się zastanawiam - mruknęła Rose. - Zamka też nie
widać.
Lampard
spróbował pchnąć wrota, potem pociągnąć, wczepiając się
palcami w ledwie widoczną szczelinę między drzwiami a futryną.
Zyskał tylko tyle, że zadarł sobie paznokieć.
-
Zamknięte - oznajmił odkrywczo, ssąc palec.
-
Jakoś się muszą otwierać - stwierdziła Rose. - Po co dziadek je
ukrywał?
Oderwała
się od kontemplacji wrót i zaczęła przeszukiwać biureczko.
Wszystkie szuflady, z wyjątkiem jednej, były puste. W tej jednej,
bocznej i dosyć głębokiej, spoczywała sporych rozmiarów
szkatułka, ozdobiona misterną, arabeskową intarsją na wieku.
Mosiężny zameczek, również arabeskowy i ozdobny, bronił dostępu
do wewnątrz.
Lodowaty
podmuch niemal zgasił obie świece i na moment w pomieszczeniu
zrobiło się ciemno. Rose poczuła delikatny dotyk czyjejś dłoni
na swoim karku.
-
Lampard, przestań macać mnie po szyi! - zirytowała się. - Zaraz
oberwiesz!
-
To nie ja! - głos Franka rozległ się gdzieś przed nią.
Gwałtowna
fala paniki zalała ciało Rose. Dziewczyna rzuciła się w przód,
boleśnie tłukac sobie biodro o róg biureczka i wpadając na kogoś.
Nie zdążyła wrzasnąć, gdy ledwie jarzące się knoty świec na
nowo rozbłysły płomieniami, wydobywając z mroku tuż przed nią
znajomą facjatę Lamparda.
-
Mam propozycję nie do odrzucenia - zamruczał, patrząc jej głęboko
w oczy. Rose nabrała tchu, gotowa go opieprzyć, ale zanim zdążyła
otworzyć usta, dokończył swą wypowiedź. - Zwijajmy się stąd.
Propozycja
została przyjęta przez aklamację.
Obszerna
kuchnia w apartamencie Greya nie była zbyt intensywnie używana,
właściwie służyła tylko parzeniu kawy i czasami herbaty. Robert
Grey wolał stołować się w modnych restauracjach, posiadających
więcej gwiazdek (i zer w cenach potraw) niż galaktyka Drogi
Mlecznej. Jeśli zaś miał ochotę na posiłek prywatny, tylko we
dwoje, zawsze mógł zamówić posiłek prosto do apartamentu, gotowy
i bez kłopotu. Kuchnia to dobre miejsce dla plebsu, nie dla
multimilionera.
Hinten
Linksarsch nie podzielał jednak tego poglądu szefa. Wygodna, jasna
kuchnia z dużym stołem i czajnikiem w zasięgu ręki była jego
prywatnym azylem, w którym zaszywał się na rzadkie chwile samotnej
lektury. Tak jak dzisiaj. Siedział oparty plecami o szafkę, z
nogami na stole, krawat poluzował i zaopatrzony w kubek pienistego
cappucino zatopił się bez reszty w pikantnych momentach ukochanej
powieści.
-
Hinten! - głos szefa dobiegał doń niczym z oddali.
Linksarsch
poderwał się gwałtownie, wylewając sobie kawę na koszulę.
Książka wypadła mu z ręki i pojechała po lśniących płytkach
podłogi w okolice lodówki.
-
Tak, szefie! Słucham szefie! - wybełkotał, bardziej niż
kiedykolwiek przypominając wyrzuconą na brzeg rybę.
-
Po co ja zatrudniam takiego jełopa, przypomnij mi? - zapytał Grey
drwiąco.
-
Nie wiem, szefie.
-
Właśnie, ja też nie wiem - Grey pochylił się i podniósł
upuszczoną przez Hintena książkę. - Znowu "50 twarzy Greya"?
I pewnie wyobrażasz sobie, że jesteś Anastazją, co?
Hinten
gwałtownie poczerwieniał. Miał nadzieję, że szef nie zajrzy do
środka, mógłby bowiem zauważyć, że imię "Christian"
było wszędzie starannie poprawione na "Robert".
-
Dobra, nieważne - Grey rzucił powieść na pobliską szafkę. -
Masz to, o co cię prosiłem?
-
Leży na pańskim biurku szefie - odparł służbiście Hinten, wciąż
jeszcze płonąc czerwienią.
-
To idź się przebrać, bo wyglądasz jak fleja, a potem przyjdź do
mnie po dyspozycje.
-
Tak jest, szefie!
Kwadrans
później zameldował się w gabinecie Greya, odziany w świeżutką,
niebieską koszulę, starannie dobraną pod kolor oczu.
Grey
siedział za biurkiem, niewiele mniejszym od Katedry
Westminsterskiej, przeglądając dostarczone przez Hintena dokumenty.
-
No proszę, tyle haków - mruczał. - Nawet nie będzie trzeba za
bardzo się wysilać.
-
Jestem, szefie - Hinten ośmielił się przypomnieć o sobie
konspiracyjnym szeptem.
-
Nie szepcz, na miłość boską! - zirytował się Grey. - Złóż
tej całej Montoyi ofertę na Ten Bells, przez podstawioną firmę.
Jak najszybciej, najpóźniej jutro.
-
Tak, szefie. Coś jeszcze?
-
Prosiłem, żebyś się odzywał? Wasilewski się rozwodzi, podrzuć
jego żonie parę sposobów na oskubanie go z kasy i pozbawienie praw
do bachorów. Tylko dyskretnie i przez zaufanych ludzi. Co do
Lamparda, zapłaćcie tej Bleakley i niech zrobi tournee po mediach,
mówiąc to, co trzeba. Facet ma zostać skompromitowany. - Grey
złożył dokumenty i wyrównał plik kartek, stukając jego
krawędzią o biurko. - Zjeżdżaj Hinten, do roboty.
Sekretarz
posłusznie i cicho wyszedł z gabinetu.
Odzianie
Keplera w kaganiec, pospiesznie nabyty w supermarkecie, nie było
prostą sprawą, pies bowiem tego sprzętu nie lubił i wił się jak
węgorz, usiłując uniknąć z nim kontaktu. Majka jednak nie mogła
jechać do azylu komunikacją zbiorową, z psem bez kagańca, a nawet
gdyby mogła, nie ryzykowałaby tego, jako że Keplerowi nie wszyscy
ludzie się podobali, co wyrażał cichszym lub głośniejszym
powarkiwaniem.
Zniecierpliwiona
unikami, położyła się na Keplerze niemal plackiem, mając cichą
nadzieję, że nie zechce jej ugryźć, i dopiero wtedy zdołała
wbić kaganiec na jego pysk. Pies zamruczał, po czym spróbował
ściągnąć sobie obrzydlistwo łapą.
-
Kepler, nie wolno! - skarciła go Majka, dopinając paski.
Spojrzał
na nią z bolesny wyrzutem, ale grzebać łapą przestał.
Przy
bramie azylu czekała na nich Ariadna Potts, która oczywiście
natychmiast wybuchła falą wyrzutów pod adresem psa.
-
Och ty niedobry, a ja się tak martwiłam, jak mogłeś mi to zrobić,
kto to widział uciekać, przecież tu masz wszystko, dach nad głową
i jedzenie, no chodźmy, chodźmy, trzeba go zamknąć dobrze, że
sobie nic nie zrobiłeś, podły, ty, no daj się pogłaskać, co
zabierasz tę łepetynę, nie to nie, idziemy, czy nie sprawił
problemów, jak wam noc minęła, powiedz mi, kochana...
Z
rzadka przebijając się przez nieustającą rzekę wymowy pani
Potts, Majka odpowiadała na jej pytania, cały czas przyglądając
się psu. Kepler szedł smutny, z nosem na kwintę, opuszczonym
ogonem i obwisłymi uszami.
W
drzwiach do psiarni zaparł się wszystkimi czterema łapami i
skomląc odmówił kategorycznie dalszego marszu.
-
No wchodź, wchodź, piesku - Ariadna pociągnęła go za obrożę.
Nawet nie drgnął, wbity w podłoże, z szeroko rozstawionymi łapami
i opuszczonym łbem, za to zaczął wyć.
-
Kepler, no chodź - zachęciła Majka. Spojrzał na nią. W jego
bursztynowych ślepiach malowały się przerażenie i smutek. - No
proszę.
Zaskomlał
i zaczął lizać Majkę po rękach. Poczuła, że serce jej pęka na
kawałki.
Pani
Potts podrapała się po siwych lokach.
-
Słuchaj, kochana, skoro on tak bardzo nie chce, a się dogadujecie i
w ogóle, to ja może pogadam z Charliem, on naprawdę nie będzie
miał nic przeciwko, a jak będzie miał, to już ja mu wyperswaduję
i może byś go adoptowała, znaczy Keplera, nie Charliego, mogłabyś
zabierać go tutaj do pracy i w ogóle, co o tym myślisz, bo ja...
Majka
zamachała rękami jak startujący łabędź skrzydłami.
-
Tak, pani Potts, ja się zgadzam! - krzyknęła. - Jeśli pani nie ma
nic przeciwko, to ja go chętnie wezmę!
Pies,
zupełnie jakby rozumiał o co chodzi, zamachał ogonem i szczeknął
radośnie.
-
Ale ja nie jestem głucha, nie krzycz kochana, no to dobrze, to
chodźcie do biura, to przygotujemy umowę, a potem jeszcze do
kociarni skoczymy, zastrzyk trzeba zrobić, a ty to robisz
najlepiej...
Monolog
pani Potts ścichł nieco, gdy zniknęła za głównymi drzwiami
azylu.
Pub
z wolna zapełniał się ludźmi. Walter zdażył już zająć swój
stolik i obłożyć go papierami. Teraz nanosił coś na mapę,
pomrukując z cicha. Szkatułka, znaleziona w piwnicy, stała na
barze, w takim miejscu, które Rose mogła mieć cały czas na oku.
-
Otworzę wieczorem - wyjaśniła Montoya. - Teraz nie mam czasu.
Lampard
kiwnął aprobująco głową, pociągnął kawy z filiżanki, po czym
zadumał się głęboko.
-
Co właściwie wiesz tym miejscu? - zapytał.- Jak bardzo stare ono
jest?
-
Nie bardzo - odparła Rose. - Właściwie to prawie nówka. To
osiedle, a razem z nim mój pub, wybudowano po pierwszej wojnie,
budowa skończyła się chyba w 1925. Dziadek kupił Ten Bells w,
czekaj... to był sześćdziesiąty drugi, albo trzeci, nie pamiętam
dokładnie.
-
A co tu było przedtem? - drążył Lamps. - Zanim wybudowali
osiedle?
-
Krzaki - odparła Rose. - I nieużytki. I ziemianka Czarnej Annis,
jeśli wierzyć legendzie.
-
To już coś. Dokładnie tutaj? Pod pubem?
-
Tego nikt nie wie - Walter oderwał się od swoich papierów. -
Kedyś, kiedyś przy jej ziemiance stał wielki dąb, ale już go od
dawna nie ma.
-
Zgadza się - powiedziała Rose. - Podobno wieszała na nim skóry
zabitych przez siebie dzieci.
-
Przyjemna osóbka... - mruknął Frank.
-
A dlaczego, dlaczego właściwie cię to interesuje? - zapytał
Walter. Stal, tuląc do piersi plik papierów, w jego oczach lśnił
niepokój.
Frank
i Rose spojrzeli na siebie, potem na Waltera.
-
Bo znaleźliśmy coś w piwnicy - powiedziała Rose powoli. -
Dodatkowe pomieszczenie.
Walter
odłożył papiery na stół i podszedł do baru.
-
Co w nim było? - zapytał, z niezwykłą jak na siebie
gwałtownością.
-
Nic, tylko stare biurko - odpowiedział Lampard.
-
I zamknięte drzwi - dodała Rose.
Trupia
bladość powlokła twarz Waltera.
-
Nie otwierajcie ich! - zażądał. - Nie teraz! Otworzą się, kiedy
przyjdzie czas!
-
Walter, co ty do licha mówisz? - Rose miała dwa wielkie znaki
zapytania w oczach.
-
Nie otwierajcie ich - Walter uspokoił się nieco. - To ma związek z
moimi badaniami i Rose, ja wiem, że wszyscy, wszyscy uważają mnie
za dziwaka i nieszkodliwego wariata, ale ja wiem co mówię i nie
jestem, nie jestem szalony! Nie otwierajcie ich!
-
Dobrze, nie będziemy - Lampard poklepał go uspokajająco po
plecach.
Nie
zwracając na niego większej uwagi, Walter odszedł od baru i
drżącymi z emocji dłońmi wydobył z kieszeni komórkę, po czym
jął wypukiwać na niej długiego esemesa.
-
Co mu odbiło? - zdziwił się Lampard.
-
Nie mam pojęcia - mruknęła Rose. - Pierwszy raz widzę go tak
zdenerwowanego.
Z
zaplecza wykuśtykała Drusilla, kołysząc się na swych
niebotycznych obcasach tak mocno, że talerz na tacy, którą niosła,
przesuwał się w te i we wte, chociaż był pełen. Na drodze do
właściwego stolika stał jednak Walter, którego minięcie
wymagałoby wykonania kilku dodatkowych kroków, zbyt wielki wysiłek
jak dla Drusilli.
-
Te, może byś się sunął? - zaproponowała.
Walter,
bez reszty zajęty esemesem, nie dosłyszał.
-
Zjeżdżaj mi z drogi, cieniasie! - warknęła, trącając go
łokciem. Walter odsunął się, nie podnosząc nawet głowy.
Zachowanie
kelnerki nie umknęło jednak sokolim oczom Rose.
-
Jeszcze raz odezwij się tak do klienta, a wylecisz stąd na kopach!
- ryknęła zza baru. - Walter, przepraszam cię za nią.
-
Nie szkodzi - odparł mechanicznie Walter.
Lampard
obejrzał kelnerkę wzrokiem podejrzliwym.
-
Zatrudniasz teraz odpady z "Jersey Shore"? - zapytał.
-
A daj spokój - Rose wywróciła oczyma. - To przysługa dla
Robbiego, jakaś siostrzenica jego żony. Potrzymam ją kilka dni i
wywalę.
-
Jest jeszcze lepsza niż ta poprzednia - zaśmiał się Lampard.
W
przytulnym mieszkaniu, gdzieś niedaleko katedry, w przepastnym,
obitym pluszem fotelu, siedziała starsza pani. Gdyby pokazać ją
Majce, rozpoznałaby w niej staruszkę, którą spotkała kiedyś w
Tesco, a która kazała jej pilnować Wasyla. Lampard mógłby spobie
przypomnieć, że spotkał tę panią kiedyś w centrum i pomógł
jej nieść zakupy. Wasyl zaś zapewne zidentyfikowałby ją jako tę
miłą staruszkę, której rozsypała się zawartość torebki, a on
pomógł ją pozbierać. Rose powiedziałaby, że widziała tę panią
koło gabinetu doktora Tennanta, wszyscy zaś zgodziliby się, że
staruszka plotła jakieś dziwne rzeczy, o konieczności pilnowania
innych, trzymania się razem i czasie który nadchodzi.
Starsza
pani patrzyła w okno, na ciemniejącą, spowitą mgłą ulicę, na
której zaczynały zapalać się latarnie i myślała. Myślała
bardzo intensywnie.
-
Wszystko dzieje się szybciej, niż myślałam - stwierdziła na
głos. Spojrzała na leżącą na stoliku gazetę. Wielkie, czerwone
litery nagłówka krzyczały o brutalnym morderstwie pod klubem
Enclave. - Coś już zdołało przejść. Trzeba ich wtajemniczyć.
Westchnęła
głęboko i potarła skronie, sękatymi, pomarszczonymi palcami.
-
Tylko jak to zrobić? - powiedziała. - Przecież wezmą mnie za
wariatkę.
Westchnęła
jeszcze raz i zapaliła lampkę, rozpraszając gęstniejący mrok.
___________________________________________________________
Oto kolejny rozdział i znowu wyszedł mi strasznie, strasznie długi. Mam nadzieję, że to wam nie przeszkadza. Aha, dziękuję za wszystkie komentarze, których ostatnio było mnóstwo, dziękuję także Fioli za te wszystkie pomysły, jakie mi podsuwa :*
Aha, a bonus dzisiaj podwójny.
___________________________________________________________
Oto kolejny rozdział i znowu wyszedł mi strasznie, strasznie długi. Mam nadzieję, że to wam nie przeszkadza. Aha, dziękuję za wszystkie komentarze, których ostatnio było mnóstwo, dziękuję także Fioli za te wszystkie pomysły, jakie mi podsuwa :*
Aha, a bonus dzisiaj podwójny.
Lamps...
...i boski Xabier, z dedykacją dla Fiolki.
Martina


