piątek, 29 listopada 2013

Rozdział 5

Sweetheart
The sun has set
All red and primitive above our heads
Blood stained on an ageless sky
Wipe your tears and let the salt stains dry
Let them all run dry


Annie Lennox "Primitive"


Mieszkanie Rose było inne niż się spodziewał Lampard. Oczekiwał czegoś nowoczesnego i chłodnego, z rowerem wiszącym na ścianie, a ujrzał lokal, którego nie powstydziłaby się panna Marple. W salonie rozpierała się wiktoriańska kanapa, kryta kwiecistą tkaniną, a stojący przed nią stół był bez wątpienia kiedyś stołem śniadaniowym w jakiejś eleganckiej, dziewiętnastowiecznej jadalni. Stolik pod telewizor zaś w poprzednim życiu pełnił ponad wszelką wątpliwość funkcję stolika nocnego i pamiętał na pewno królową Wiktorię.
- Rozgość się - rzekła Rose nieco sarkastycznie. - To będzie twoja sypialnia. Kawy? Herbaty? Herbatników nie mam, wybacz.
- Kawa mi wystarczy - odpowiedział Frank. - Poprzedniej zdaje się nie zdążyłem wypić.
- Za to wyprałeś w niej skarpetki - rzuciła przez ramię Rose, znikając za drzwiami. Lampard poderwał się, potknął się o dużego, rudego kocura i popędził za nią.
- Słuchaj, musimy poważnie pogadać - oparł się wygodnie o futrynę, patrząc jak dziewczyna sypie kawę do dzbanka i nastawia wodę.
- Slucham cię poważnie - odpowiedziała.
- Widziałaś swoje drzwi? - zapytał. - Wyglądają, jakby velociraptor robił na nich manicure.
Klatka schodowa nie była zbyt jasna, ale żeby nie zobaczyć trzech, głębokich rys, kontastujących białością drewna z ciemną, lakierowaną powierzchnią drzwi, trzeba byłoby być zupełnie ślepym. Lampard zastanawiał się jak Rose może podchodzić do tego tak stoicko.
- Widziałam - odparła Rose. Wbrew temu, co mniemał Frank, ta cała sytuacja przejmowała ją grozą, nie miała jednak zamiaru tego okazywać. Nie była w końcu dziewiętnastowieczną heroiną, czekającą aż wielki, silny mężczyzna wybawi ją z opresji. - Mówiłam ci, że to skrzydlate cholerstwo wyłazi z mojej piwnicy.
- I co masz z tym zamiar zrobić? - Frank założył ręce na piersi.
- Zadzwonię na policję i powiem, że w mojej piwnicy mieszka błoniastoskrzydłe paskudztwo z wielkimi szponami - odparła jadowicie. - A oni zapakują mnie w kaftan i zamkną w Broadmoor. Chcesz się przyłączyć?
- Rose, do cholery, nie musisz mnie atakować, nie jestem twoim wrogiem - w jasnych oczach Lamparda odmalował się wyrzut. - Chcę ci pomóc! To kurestwo, czymkolwiek jest, wygląda na niebezpieczne!
- A skąd ten wniosek, że potrzebuję pomocy? - Rose rzuciła mu twarde spojrzenie, sponad parujących filiżanek kawy. - Potrafię sobie radzić sama. Przywykłam do tego.
- I w imię samodzielności dobrowolnie wpiszesz się do menu tego czegoś? - Frank, zirytowany, postąpił krok naprzód.
- Nie mam zamiaru - odparła chłodno. Ustawiła filiżanki na tacy, wraz ze srebrną cukiernicą i takimż dzbanuszkiem śmietanki, po czym z całym tym nabojem w rękach wyszła, mijając w drzwiach Lamparda.
Szedł za nią, zastanawiając się co robić i gapiąc się przy okazji na jej kształtne pośladki.
- Frank? - jej głos był niebezpiecznie jedwabisty.
- Tak?
- Przestań się gapić na mój tyłek.
- Ja nie... Wydaje ci się!
- Dobra, dobra - rzuciła mu wymowne spojrzenie, stawiając tacę na salonowym stole.
Usiedli grzecznie obok siebie. Jonesy natychmiast wykorzystał okazję i ułożył się na kolanach Franka, mrucząc niczym traktor.
- Powiedz mi wreszcie - rzekł Lampard, studiując wzory, wygrawerowane na lśniącej powierzchni cukiernicy. - Co zamierzasz zrobić z tym czymś?
- Zamierzam zejść jutro rano do piwnicy - rzekła, dolewając sobie do kawy śmietanki gestem, którego spokojnie mogłaby używać królowa Elżbieta. - Obejrzeć ją dokładnie i sprawdzić skąd to cholerstwo wyłazi. A potem się zastanowię.
- Dobry plan - pochwalił Frank. - Wprowadziłbym do niego tylko jedną, drobną modyfikację.
- Mianowicie? - brwi Rose uniosły się pytająco.
- Pójdziemy tam razem - rzekł, po czym upił odrobinę kawy.
Rose walnęła mlecznikiem o blat stołu niczym krasnolud kuflem, rozbryzgując śmietankę. Jonesy na kolanach Lamparda uniósł się nieco i zaczął energicznie zlizywać ściekający ze stołu biały płyn.
- Lampard, czy ktoś cię prosił, żebyś robił za błędnego rycerza? - wrzasnęła Montoya, tracąc do reszty maniery damy. - Nie potrzebuję, zeby ktoś mnie niańczył, do cholery, jestem dorosła i daję sobie radę! Nie rozumiesz tego? Wystarczy, że mi się tu wepchnąłeś na noc!
- Przepraszam zatem, że usiłuję ci zaoferować przyjacielską pomoc - rzekł Frank jadowicie.
- Przyjacielską? - warknęła Rose. - Jonesy, zostaw tę śmietanę! Gówno, a nie przyjaźń, Lampard, tobie chodzi tylko o bzykanko!
Frank odstawił filiżankę na stół i ukrył na chwilę twarz w futrze Jonesy'ego. Kiedy ją podniósł w jego oczach lśnił gniew, zmieszany z niedowierzaniem.
- To, że cię pocałowałem, notabene po pijaku, nie oznacza, że myślę tylko o tym jak się dobrać do twoich majtek. To po pierwsze. Po drugie, nawet gdybym miał ochotę na seks z tobą, to co z tego?
Zajrzał jej w oczy. Rose, czerwona jak cegła, odwróciła twarz.
- Jesteśmy dorośli, nie mamy partnerów - kontynuował. - Gdzie tu jest jakiś problem? Poza tym, o ile dobrze pamiętam, nie proponowałem ci seksu. Proponowałem ci pomoc w zbadaniu co tu się, kurwa, dzieje. Trójkącik z piwnicznym potworem nie wchodzi w rachubę, numerek ze mną nie jest obowiązkowy. Łapiesz?
- Łapię - rzekła Rose, wciąż płonąca wściekłą czerwienią i wypełniona po brzegi mnóstwem sprzecznych emocji. - Dobrze, pójdziemy jutro oboje do tej cholernej piwnicy a teraz koniec tematu. Po prostu zamknij się i idź spać.
- A dostanę chociaż poduszkę?
- Prędzej poduszką. Zamkniesz się wreszcie?
Frank uniósl w górę obie dłonie, w geście poddania, co wykorzystał kot, by dać mu soczystego całusa w same usta. Podczas gdy Lampard pluł dyskretnie sierścią, Rose poszła do sypialni, po koc i poduszkę.
Ku jej zdziwieniu wróciwszy salon zastała pusty.
- Lampard? - wrzasnęła. - Gdzie ty się szwendasz?
- Grzebię w twojej bieliźnie - odpowiedział Frank z głębi mieszkania.
Rose cisnęła pościel na kanapę i wyprysnęła z salonu, zderzając się na korytarzu z Lampardem, trzymającym w dłoniach coś białego.
- Co ty... - zaczęła Montoya groźnie, po czym ugryzła się w język.
Z miną niewiniątka Lamps uniósł w górę ścierkę.
- Wyniosłem naczynia i chciałem trochę posprzątać - objaśnił. - Poważnie myślałaś, że bobruję w twoich niewymownych?
- Większość śmietany wylizał Jonesy - Rose zignorowała jego pytanie. - Właściwie to prawie wszystko.
Starannie unikając spojrzenia Lamparda wparowała do salonu.
- Jonesy! Idziemy spać! - skomenderowała. Drzemiący na kanapie kot spojrzał na nią jednym okiem, a potem przeniósł się na kolana Franka, który przysiadł by wytrzeć stół.
- Futrzasty zdrajca - mruknęła Rose na odchodnym.
Jakąś godzinę później, kiedy skończyła się myć, zajrzała jednak do salonu. Frank spał, rozłozony na plecach, z rękami za głową, pochrapując z cicha, na jego piersi zaś wyciągnął się rudy kocur, wpychając łeb w przestrzeń między poduszką, a policzkiem mężczyzny. W ciemnych oczach dziewczyny błysło coś miękko i zgasło, niczym meteor.
Wycofała się na palcach i poszła do siebie.
Coś mokrego i niezbyt miło pachnącego przejechało po twarzy Wasyla, raz, drugi i trzeci. Otworzył oczy, święcie przekonany, że w jego głowie ktoś urządził kuźnię, tak w niej huczało i łupało. Pierwszym co ujrzał, był szeroki różowy jęzor, który oblizał go zamaszyście, drugim zaś paszcza, której ów jęzor był częścią, należąca do dużego owczarka niemieckiego.
- O kur...! - Wasyl poderwał się i odsunął od bestii, waląc przy tym boleśnie głową w ścianę. Pies usiadł i spojrzał na niego pytająco, jednocześnie machając ogonem.
- Nie chcesz mnie zjeść? - upewnił się Marcin. W ustach czuł paskudny posmak, kojarzący się z mocno używanym trampkiem.
Pies zamruczał i polizał Wasyla po ręce.
- Dobry piesek - wymamrotał stoper. Nadludzkim wysiłkiem woli zmienił pozycję na nieco bardziej pionową i z łatwością ustalił dwie rzeczy. Po pierwsze dochodziła dziesiąta rano, o czym informował go staroświecki budzik na stoliku przy łóżku, po drugie znajdował się w cudzej sypialni, w dodatku damskiej, na co wskazywały stojące na toaletce kosmetyki. Innych możliwości sugerowanych przez mazidła do makijażu Wasyl wolał chwilowo nie rozważać.
Wytężył pamięć, usiłując ustalić co właściwie robił poprzedniego wieczoru. Niestety, wspomnienia były tak mgliste, oderwane i niekompletne, że nie wyjaśniały niczego, a kończyły się w zasadzie na ponurej popijawie z Lampardem pod Ten Bells. Mózg piłkarza sugerował także, że nie zamierza z nim współpracować, o ile nie zostanie natychmiast nawilżony. I to solidnie.
Drapiąc się z głośnym chrzęstem po obrośniętych czarną szczeciną policzkach Wasyl wylazł z łóżka i poczłapał w kierunku drzwi, mając nadzieję, że gdziekolwiek się znajduje, jest w tym miejscu jakaś kuchnia, albo przynajmniej kran. Albo wazonik z kwiatami, Marcin chwilowo nie był wybredny w kwestii napojów. Na korytarzu jednak zamarł, rażony niczym piorunem, widokiem jaki ujrzał w dużym, wiszącym lustrze.
Ze szklanej tafli spoglądał na niego małymi, zapuchniętymi oczkami o ponurym wejrzeniu człowiek pierwotny, jakby żywcem wyjęty z filmów National Geographic. Miał ów relikt ewolucji człowieka ciemne wory pod oczyma, wysuniętą szczękę i ogólną postawę neandertalczyka, nic tylko dać maczugę i na mamuty wysłać.
- Kurwa, wyglądam jakbym się obsunął w ewolucji o parę milionów lat do tyłu - stwierdził Wasyl i odruchowo przygładził na sobie koszulkę, jakby to miało pomóc.
Po czym zamarł w pół gestu.
Ta koszulka z całą pewnością nie należała do niego, nie gustował bowiem w różu, w kucykach pony też niekoniecznie. Z lekkim niepokojem spojrzał na to, co miał poniżej, obawiając się, że może wylazł z łóżka bez gaci i teraz paraduje po cudzym mieszkaniu z przyrodzeniem na wierzchu. Ku jego przeogromnej uldze okazało się, że jednak nie. Miał na sobie bokserki, z krocza tych bokserek zaś szczerzył do niego zęby Diabeł Tasmański.
Pies minął go i wszedł do pomieszczenia, które, sądząc po meblach, musiało być kuchnią. Wasyl, uradowany niczym wędrowiec na Saharze na widok oazy, zapomniał o swych garderobianych rozterkach i poszedł śladem czworonoga.
I znowu zamarł, ponieważ w kuchni, oprócz psa, ktoś był. Przy stole siedziała jakaś osoba, dmuchając w parujący kubek.
- Ja bardzo przepra... Excusez-moi, znaczy się excuse me - Marcin zaplątał się w językach.
- O, wstałeś - ucieszyła się niepewnie osoba. Kamień spadł Wasylowi z serca, stoper rozpoznał bowiem Majkę. A więc nie trafił do zupełnie cudzego domu, tylko do znajomej!
- Pewnie ci się pić chce - zauważyła Majka, co dla Wasyla zabrzmiało niczym anielskie pienia. Sięgnęła za siebie i podała mu wielką, plastikową butlę. - Przezornie wyjęłam sok pomarańczowy z lodówki.
Marcin przyjął napój bez słowa, za to z malującą się na twarzy wdzięcznością i przypiął się do butli. Przez dłuższą chwilę słychać było tylko bulgot i odgłosy przełykania.
Kiedy Wasyl odjął naczynie od ust, był już w stanie myśleć nieco składniej. Spojrzał na szlafrok Majki, na własny strój i dokonał kilku skojarzeń.
- Czy myśmy coś teges? - zapytał, tknięty podejrzeniem. - No wiesz, jakiś seks nam się nie przydarzył niechcący?
Majka westchnęła niczym miech kowalski.
- Ani niechcący, ani chcący - odpowiedziała. Siorbnęła herbaty. - Byłeś tak nawalony, że nie wiem, czy coś by z tego wyszło. A nawet gdyby wyszło, zalatywałoby nekrofilią. Nie gustuję.
Wasyl przytulił do łona butlę z sokiem, nie wiedząc co myśleć o tym wszystkim. Powinien ratować swoje małżeństwo, a nie lądować w cudzych łóżkach.
- To skąd te ciuchy? - zapytał. - To nie moje.
Kepler wystawił łeb spod stołu i podbił rękę Majki, domagając się głaskania.
- Twoje się suszą - powiedziała, drapiąc psa za uszami. - Zwiedziłeś po pijaku pół miasta, w tym jakiś śmietnik po czym ułożyłeś się do snu na parkingu za Tesco.
- Już myślałem, że coś między nami było - Wasyl odetchnął z ulgą, po czym się zreflektował. - To znaczy ten, nie to, żebyś była jakaś brzydka, czy coś, ale wiesz...
Majka wzniosła oczy do sufitu.
- Tak, wiem, jesteś żonaty i chcesz ratować swoje małżeństwo, nawet jeśli dostałeś z backhandu w mordę pozwem rozwodowym - powiedziała smętnie. - Bez obaw, to była tylko przyjacielska przysługa.
- Serio?
- Serio - zełgała bez mrugnięcia okiem. - Nie miałam cię gdzie położyć, na kanapie byś się nie zmieścił. A skoro miałeś spać w moim łóżku, musiałam cię umyć i przebrać, bo cuchnąłeś jak skunks.
- Umyć - Wasylowi na myśl o tym zrobiło się nieoczekiwanie gorąco. - Dzięki, że mnie znalazłaś i w ogóle. Poważnie.
- Bardzo proszę - odparła Majka.
Atmosfera znienacka zgęstniała i zrobiła się nie do zniesienia. Przebywanie w jednym pomieszczeniu z tą dziewczyną było krępujące, nawet jeśli między nimi nic nie zaszło. Nie miał zamiaru pakowac się w żadne związki, romase ani nawet numerki na jedną noc, było przecież jego małżeństwo, na którym mu zależało. Jego rodzina. Poza tym wciąganie Majki w to wszystko też byłoby gównianym pomysłem. Trzeba to wszystko przywrócić na właściwe tory, pomyślał. Wyszedł z kuchni, najpierw do sypialni, gdzie znalazł przeoczoną pierwotnie suszarkę ze swoją odzieżą. Dżinsy były lekko wilgotne, ale na upartego można je było włożyć, umył więc się, przebrał, po czym najzwyczajniej w świecie uciekł, bąkąjąc w przelocie podziękowania.
Z nastaniem poranka Rose urządziła Lampardowi pobudkę niczym sierżant rekrutom świeżo przyjętym do wojska.
- Wstawaj, gwiazdo futbolu! - zagrzmiała, wkraczając do salonu. - Robota czeka!
- Hura gohina? - zapytał Frank, nieco niewyraźnie, bo przeszkadzał mu leżący na jego twarzy kot.
- Szósta, czyli ta właściwa, żebyś się poderwał - Rose ściągnęła z niego koc.
Lamps zrzucił z siebie kota i usiadł, ziewając jak smok i czochrając się po sterczących we wszystkie strony włosach.
- Idź się ogarnij do łazienki, bo wyglądasz jak strach na wróble - poradziła Rose. - Ja skoczę do pubu, przygotuję wszystko do otwarcia, potem śniadanie i idziemy do piwnicy.
- Dobra - Lampard wydawał się być znacznie bardziej zainteresowany drapaniem Jonesy'ego niż tym co mówiła Rose. - Plan przyjęty.
Wzruszyła ramionami i poszła na dół. Znakomicie wytrenowana przez dziadka Jimmy'ego potrafiłaby przygotować lokal do otwarcia z zamkniętymi oczyma, a także tyłem i na czworakach. Po pół godzinie, kiedy w kuchni zjawił się Robbie, wszystko było gotowe.
Szef kuchni jednakże nie przybył sam.
- To jest Drusilla, siostrzenica mojej żony - oznajmił, wypychając przed siebie chudą dziewczynę. - Chce być kelnerką u ciebie.
Rose zlustrowała kandydatkę do pracy tyleż uważnie, co nieufnie. Dziewczyna skojarzyła jej się z marchewką o czarnej naci, była bowiem bardzo szczupła, pomarańczowa od samoopalacza, włosy zaś, długie i suche jak pieprz, farbowała na kolor atramentowej czerni. Tego wstrząsającego image'u dopełniały usteczka, pomalowane bardzo jasną pomadką i brwi, w zasadzie narysowane na czole za pomocą czarnej kredki. Całość była opakowana w obcisłą, złotą bluzeczkę, odkrywającą prawie wszystko i czarne getry, ustawiona zaś na chwiejnym postumencie kozaków na gigantycznych platformach i niebotycznych obcasach. W rękach dziewczę zaś trzymało białą kurteczkę z gatunku tych, kończących się powyżej nerek.
- No co? - zapytała Drusilla.
Rose wzięła Robbiego na stronę.
- Ty jesteś pewien, że ona chce w pubie pracować? - zapytała półgłosem.
- No - Robbie zwykle był oszczędny w słowach. - A co?
- Ubrała się jak na casting do pornola - odparła Rose. - Nie mówiąc tym, że w tych butach nogi jej siądą najdalej po godzinach.
- Weź ją chociaż na próbę - w głosie kucharza pojawiła się błagalna nuta. - Potem ją wylejesz.
Rose ujęła się pod boki.
- Po co? - zapytała krótko.
- No rozumiesz, żona - mruknął Robbie. - Wylejesz po próbie, nie będzie się mnie czepiać.
Zastanawiała się bardzo krótko. Robbie był filarem jej kuchni, w dodatku filarem, który w latach chudych, po śmierci dziadka, potrafił dobrowolnie zrezygnować z części swojego wynagrodzenia, by uratować finanse Ten Bells. Odmówić mu byłoby nieprzyzwoitością.
- No dobra - rzuciła głośno do dziewczyny, gapiącej się ze znudzeniem na swoje paznokcie. - Łap fartuch, jest tam.
Wskazała na drzwi pomieszczenia łączącego kuchnię z główną salą.
- Znaczy jestem przyjęta? - zapytało dziewczę leniwie.
- Na okres próbny. Wieczorem podpiszemy umowę - zaznaczyła Rose. - Zwiąż włosy. I zmień te buty, bo wieczorem będziesz wyła z bólu.
- Też coś - burknęła Drusilla, krocząc godnie w stronę drzwi. - Żebym wyglądała jak wieśniara?
- Ja pierrrrdolę - Rose zawarczała pod nosem, maszerując do swego mieszkania. - Jeśli nie zatłukę jej do końca dnia, to będzie sukces.
Otworzyła z rozmachem drzwi.
- Lamps, ja zrobiłam co miałam. Jeśli skończyłeś się uśliczniać, to lecimy na śniada... - słowa zamarły jej na ustach.
Na stole w salonie stało nienagannie podane śniadanie. Złociste grzanki na porcelanowym talerzyku, masło, dżem pomarańczowy w srebrnym pojemniczku, będącym, podobnie jak cukiernica i dzbanuszek do śmietanki, dziedzictwem po arystokratycznych przodkach babci Myrtle, do tego kawa z wszelkimi niezbędnymi akcesoriami i dwa nakrycia. Za stołem siedział elegancko uczesany Lampard, w najwyraźniej świeżo przeprasowanej koszuli i z miną trzeciego lorda Oareford popijał kawę. Na widok Rose rozpromienił się i szarmanckim gestem zaprosił ją do stołu.
- Pozwoliłem sobie przygotować pod twoją nieobecność śniadanie - rzekł wyjaśniająco. - Siadaj, proszę.
- Ale... jak ty to... Kto ci pozwolił grzebać w mojej kuchni? - Rose opadła na kanapę obok niego.
- Przecież mówię - odparł, uśmiechając się kątem ust. - JA sobie pozwoliłem.
Rose wzięła kilka głębokich wdechów i z miejsca tgo pożałowałą, jej nos bowiem wypełnił się zapachem Franka. Czy ten facet musiał tak obłędnie pachnieć? Niezwłocznie zapchała sobie usta grzanką z dżemem pomarańczowym.
- Chciałem podać w jadalni - kontynuował Lamps. - Ale zmieniłem zdanie. Strasznie dużo tam kurzu.
- Bo nikt tam nie wchodził od śmierci mojej babci - wyjaśniła Rose, przełykając grzankę. - Czyli od jakichś dziesięciu lat.
- Przepraszam - rzekł Frank. - Chyba byłem trochę nietaktowny.
- Nie szkodzi. W końcu skąd mogłeś wiedzieć, że babcia Myrtle umarła w jadalni?
Lampard odstawił filiżankę, spoglądając na dziewczynę ze współczuciem. Rose wyraźnie przybladła i zmroczniała, zmagając się ze strasznymi wspomnieniami.
- Nie mogłem - przyznał. Położył dłoń na jej dłoni.
- Tętniak - odparła Rose, nawet tego nie zauważywszy. - Wróciła z dołu z obiadem i nakrywała do stołu. Przewróciła się z talerzem i tak ją znalazłam, leżącą w jego szczątkach.
Wzdrygnęła się.
- Przepraszam - mruknął Lampard. - Nie chciałem przywoływać takich wspomnień.
- Spoko, nic się nie stało - odparła Rose. - To i tak zaledwie czubek bardzo paskudnej góry lodowej.
Lamps pogładził delikatnie palcem wskazującym wnętrze jej dłoni.
- Wygląda na to - rzekł miękko - że dużo przeszłaś.
Siedzieli przez chwilę w milczeniu. Cisza, która zapadła nad stołem była głęboka, ale nie nieprzyjemna.
I wtedy siedzący pod stołem Jonesy postanowił o sobie przypomnieć donośnym miauczeniem.
Rose podskoczyła jak oparzona, zabierając przy tym rękę z dłoni Lamparda.
- Ty cholero, rękawiczki z ciebie zrobię! - wrzasnęła.
Spojrzeli na nią z wyrzutem, kot i Frank.
- On też chce śniadanie - powiedział Lampard. Odłamał kawałek swojej grzanki i podał Jonesy'emu. Ten przyjął jedzenie z miną arystokraty.
- Nieźle się dobraliście - mruknęła Rose. - Dobra, zwijamy ten majdan...
Dziesięć minut później naczynia stały w zlewie, a Rose i Frank przygotowywali się do ekspedycji badawczej.
- Ja wezmę to - Rose wyciągnęła zza kanapy kij do krykieta. - A ty... Czekaj. Albo chodź.
Wyszli na korytarz. Tam Rose zatrzymała się przed zamkniętymi drzwiami, medytując na głos.
- Miałam kiedyś pałę do baseballa, od jakiegoś kumpla dziadka - mruczała. - Ale musi być tam...
- A co tam jest? - zapytał Frank.
- Mój pokój dziecinny - odparła Rose. - Który zamknęłam na klucz dawno temu. I jednak jeszcze nie otworzę.
Zdecydowanym krokiem udała się do kuchni, a minę miała taką, że Frank wolał nie zadawać żadnych pytań.
- Proszę - wyjęła z szuflady mordercze narzędzie, które było z jednej strony toporkiem, a z drugiej tłuczkiem do mięsa. - Nie wiem do czego to było babci, bo nie gotowała, ale na broń się nada.
- Może trzymała to na wypadek nagłych przypadków? - zasugerował Lampard.
- Takich jak potwór w piwnicy?
- W przypadku potwora stłuc szybkę...
Oryginalnie uzbrojona ekspedycja badawcza zeszła do piwnicy, przyciągając po drodze spojrzenia kucharzy.
- Rose, co wy wyprawiacie? - zapytał Burn, młodszy od Robbiego, a zatem mniej doświadczony i jeszcze nie odróżniający za dobrze tych chwil, w których należy się zamknąć i zająć swoją robotą.
- Zajmij się swoją robotą - pouczyła Rose.
- Polujemy na szczura - pospieszył równocześnie z wyjaśnieniem Frank.
- Ten szczur to jakiś hardkorowy koksu jest? - zdziwił się Burn.
- Burrrrrrrrn - ostrzegł Robbie. - Zamknij gębę, synek.
Rose obejrzała starannie wszystkie zasuwki na drzwiach piwnicy. Były całe. Powoli otworzyła drzwi, odsłaniając znajdującą się za nimi czarną czeluść.
Coś stuknęło.
Cofnęła się, niemal nadeptując na palce stojącemu za nią Lampardowi, potem gwałtownym ruchem zapaliła światło.
Schodzili powoli, właściwie to się skradali, jedno za drugim, obok na ścianie zaś skradały się ich wielkie cienie.
"Czuję się, jakbym trafił do kreskówki o Scoobym" pomyślał z rozbawieniem Frank. "Brakuje tylko jeszcze jednej pary i psa."
Piwnica była cicha i wyglądała tak zwyczajnie, że przez chwilę Lamps był gotów uwierzyć, że nic nadnaturalnego się tu zdarzyć nie mogło.
A potem Rose się odezwała.
- Patrz tutaj - wskazała palcem wyraźne ślady na posadzce. Nie były one ludzkie.
Właściwie były to odciski kopyt.
- Zaczynają się znienacka przy samych schodach - stwierdził Frank, studiując trop w skupieniu. - Jakby się tam po prostu zmaterializował.
- To dlaczego się nie zmaterializował u mnie w mieszkaniu, tylko drapał po drzwiach? - zapytała Rose. - Albo u ciebie?
Lampard wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia.
Podążyli za śladami. Urywały się w tym samym miejscu co poprzednio, przed regałem z winem, przy tylnej ścianie.
- Ki diabeł? - zdziwił się Frank. - Zmaterializował się, a potem się zdematerializował?
Odłożył tłuczek i zaczął obmacywać regał od góry do dołu, centymetr po centymetrze.
- Ta piwnica nie ma jakiegoś ukrytego pomieszczenia? - zapytał, sięgając za butelki z winem na najniższej półce.
- Nic o tym nie wiem - odparła. - Dziadek nie pozwalał mi wchodzić do piwnicy, dopóki żył, więc mógłby tu spokojnie zamurować słonia i też bym nie wiedziała.
Nawet jeśli były tam jakieś ukryte drzwi, to regał ich najwyraźniej nie otwierał, bo szarpanie i naciskanie nic nie dało. Frank przystąpił zatem do ciągnięcia za butelki.
- Zaraz mi coś stłuczesz - zaprotestowała Rose. - Lamps odpuść so...
Regał zaskrzypiał, zazgrzytał i pomału odsunął się od ściany, odsłaniając ciemny prostokąt otworu drzwiowego.
- Mamy latarkę? - zapytał Frank.
- Czekaj, gdzieś tu mam świece i zapałki - Rose rozejrzała się dookoła. Ostatniej zimy jak posypało śniegiem, to prąd siadł na jakiś czas. Gdzie ja je... - zajrzała do szuflady starego kredensu, potem otworzyła oszklone drzwiczki. - A są! Prrrosz.
Wydłubała z paczki dwie świece, jedną podała Lampardowi, potem sięgnęła po zapałki. Świece zapłonęły równym jasnym płomieniem.
Z bronią w jednym ręku i świecą w drugiej każde wkroczyli do sekretnego pomieszczenia. Stał w nim tylko jeden mebel, mianowicie wiktoriańskie damskie biureczko, odrapane i podniszczone, a z jednej strony nawet przypalone. Stało na środku izby, samotne, jak cieć na nocnej zmianie, za nim zaś widać było drzwi.
Nie, nie drzwi. Wrota.
Masywne wrzeciądze z kutego żelaza, pokryte grubą warstwą rdzy, pod którą widać było galimatias rzeźbionych w metalu, dziwacznych znaków.
- Ja cie kręcę - skomentowała inteligentnie Rose.
Brwi Lamparda podjechały niemal do połowy czoła.
- To jakaś izba Sinobrodego? Dziadziuś miał hobby, tajne i krwiste? - zapytał.
- Jedynym hobby dziadka był futbol - odparła Rose, podchodząc do wrót. - Nie patroszenie dziewic.
- Myślisz, że gdyby patroszył dziewice w piwnicy, to by się tym chwalił? - Lampard przyjrzał się podejrzliwie biureczku, po czym również podszedł do wrót. - Gdzie tu jest klamka?
- No właśnie się zastanawiam - mruknęła Rose. - Zamka też nie widać.
Lampard spróbował pchnąć wrota, potem pociągnąć, wczepiając się palcami w ledwie widoczną szczelinę między drzwiami a futryną. Zyskał tylko tyle, że zadarł sobie paznokieć.
- Zamknięte - oznajmił odkrywczo, ssąc palec.
- Jakoś się muszą otwierać - stwierdziła Rose. - Po co dziadek je ukrywał?
Oderwała się od kontemplacji wrót i zaczęła przeszukiwać biureczko. Wszystkie szuflady, z wyjątkiem jednej, były puste. W tej jednej, bocznej i dosyć głębokiej, spoczywała sporych rozmiarów szkatułka, ozdobiona misterną, arabeskową intarsją na wieku. Mosiężny zameczek, również arabeskowy i ozdobny, bronił dostępu do wewnątrz.
Lodowaty podmuch niemal zgasił obie świece i na moment w pomieszczeniu zrobiło się ciemno. Rose poczuła delikatny dotyk czyjejś dłoni na swoim karku.
- Lampard, przestań macać mnie po szyi! - zirytowała się. - Zaraz oberwiesz!
- To nie ja! - głos Franka rozległ się gdzieś przed nią.
Gwałtowna fala paniki zalała ciało Rose. Dziewczyna rzuciła się w przód, boleśnie tłukac sobie biodro o róg biureczka i wpadając na kogoś. Nie zdążyła wrzasnąć, gdy ledwie jarzące się knoty świec na nowo rozbłysły płomieniami, wydobywając z mroku tuż przed nią znajomą facjatę Lamparda.
- Mam propozycję nie do odrzucenia - zamruczał, patrząc jej głęboko w oczy. Rose nabrała tchu, gotowa go opieprzyć, ale zanim zdążyła otworzyć usta, dokończył swą wypowiedź. - Zwijajmy się stąd.
Propozycja została przyjęta przez aklamację.
Obszerna kuchnia w apartamencie Greya nie była zbyt intensywnie używana, właściwie służyła tylko parzeniu kawy i czasami herbaty. Robert Grey wolał stołować się w modnych restauracjach, posiadających więcej gwiazdek (i zer w cenach potraw) niż galaktyka Drogi Mlecznej. Jeśli zaś miał ochotę na posiłek prywatny, tylko we dwoje, zawsze mógł zamówić posiłek prosto do apartamentu, gotowy i bez kłopotu. Kuchnia to dobre miejsce dla plebsu, nie dla multimilionera.
Hinten Linksarsch nie podzielał jednak tego poglądu szefa. Wygodna, jasna kuchnia z dużym stołem i czajnikiem w zasięgu ręki była jego prywatnym azylem, w którym zaszywał się na rzadkie chwile samotnej lektury. Tak jak dzisiaj. Siedział oparty plecami o szafkę, z nogami na stole, krawat poluzował i zaopatrzony w kubek pienistego cappucino zatopił się bez reszty w pikantnych momentach ukochanej powieści.
- Hinten! - głos szefa dobiegał doń niczym z oddali.
Linksarsch poderwał się gwałtownie, wylewając sobie kawę na koszulę. Książka wypadła mu z ręki i pojechała po lśniących płytkach podłogi w okolice lodówki.
- Tak, szefie! Słucham szefie! - wybełkotał, bardziej niż kiedykolwiek przypominając wyrzuconą na brzeg rybę.
- Po co ja zatrudniam takiego jełopa, przypomnij mi? - zapytał Grey drwiąco.
- Nie wiem, szefie.
- Właśnie, ja też nie wiem - Grey pochylił się i podniósł upuszczoną przez Hintena książkę. - Znowu "50 twarzy Greya"? I pewnie wyobrażasz sobie, że jesteś Anastazją, co?
Hinten gwałtownie poczerwieniał. Miał nadzieję, że szef nie zajrzy do środka, mógłby bowiem zauważyć, że imię "Christian" było wszędzie starannie poprawione na "Robert".
- Dobra, nieważne - Grey rzucił powieść na pobliską szafkę. - Masz to, o co cię prosiłem?
- Leży na pańskim biurku szefie - odparł służbiście Hinten, wciąż jeszcze płonąc czerwienią.
- To idź się przebrać, bo wyglądasz jak fleja, a potem przyjdź do mnie po dyspozycje.
- Tak jest, szefie!
Kwadrans później zameldował się w gabinecie Greya, odziany w świeżutką, niebieską koszulę, starannie dobraną pod kolor oczu.
Grey siedział za biurkiem, niewiele mniejszym od Katedry Westminsterskiej, przeglądając dostarczone przez Hintena dokumenty.
- No proszę, tyle haków - mruczał. - Nawet nie będzie trzeba za bardzo się wysilać.
- Jestem, szefie - Hinten ośmielił się przypomnieć o sobie konspiracyjnym szeptem.
- Nie szepcz, na miłość boską! - zirytował się Grey. - Złóż tej całej Montoyi ofertę na Ten Bells, przez podstawioną firmę. Jak najszybciej, najpóźniej jutro.
- Tak, szefie. Coś jeszcze?
- Prosiłem, żebyś się odzywał? Wasilewski się rozwodzi, podrzuć jego żonie parę sposobów na oskubanie go z kasy i pozbawienie praw do bachorów. Tylko dyskretnie i przez zaufanych ludzi. Co do Lamparda, zapłaćcie tej Bleakley i niech zrobi tournee po mediach, mówiąc to, co trzeba. Facet ma zostać skompromitowany. - Grey złożył dokumenty i wyrównał plik kartek, stukając jego krawędzią o biurko. - Zjeżdżaj Hinten, do roboty.
Sekretarz posłusznie i cicho wyszedł z gabinetu.
Odzianie Keplera w kaganiec, pospiesznie nabyty w supermarkecie, nie było prostą sprawą, pies bowiem tego sprzętu nie lubił i wił się jak węgorz, usiłując uniknąć z nim kontaktu. Majka jednak nie mogła jechać do azylu komunikacją zbiorową, z psem bez kagańca, a nawet gdyby mogła, nie ryzykowałaby tego, jako że Keplerowi nie wszyscy ludzie się podobali, co wyrażał cichszym lub głośniejszym powarkiwaniem.
Zniecierpliwiona unikami, położyła się na Keplerze niemal plackiem, mając cichą nadzieję, że nie zechce jej ugryźć, i dopiero wtedy zdołała wbić kaganiec na jego pysk. Pies zamruczał, po czym spróbował ściągnąć sobie obrzydlistwo łapą.
- Kepler, nie wolno! - skarciła go Majka, dopinając paski.
Spojrzał na nią z bolesny wyrzutem, ale grzebać łapą przestał.
Przy bramie azylu czekała na nich Ariadna Potts, która oczywiście natychmiast wybuchła falą wyrzutów pod adresem psa.
- Och ty niedobry, a ja się tak martwiłam, jak mogłeś mi to zrobić, kto to widział uciekać, przecież tu masz wszystko, dach nad głową i jedzenie, no chodźmy, chodźmy, trzeba go zamknąć dobrze, że sobie nic nie zrobiłeś, podły, ty, no daj się pogłaskać, co zabierasz tę łepetynę, nie to nie, idziemy, czy nie sprawił problemów, jak wam noc minęła, powiedz mi, kochana...
Z rzadka przebijając się przez nieustającą rzekę wymowy pani Potts, Majka odpowiadała na jej pytania, cały czas przyglądając się psu. Kepler szedł smutny, z nosem na kwintę, opuszczonym ogonem i obwisłymi uszami.
W drzwiach do psiarni zaparł się wszystkimi czterema łapami i skomląc odmówił kategorycznie dalszego marszu.
- No wchodź, wchodź, piesku - Ariadna pociągnęła go za obrożę. Nawet nie drgnął, wbity w podłoże, z szeroko rozstawionymi łapami i opuszczonym łbem, za to zaczął wyć.
- Kepler, no chodź - zachęciła Majka. Spojrzał na nią. W jego bursztynowych ślepiach malowały się przerażenie i smutek. - No proszę.
Zaskomlał i zaczął lizać Majkę po rękach. Poczuła, że serce jej pęka na kawałki.
Pani Potts podrapała się po siwych lokach.
- Słuchaj, kochana, skoro on tak bardzo nie chce, a się dogadujecie i w ogóle, to ja może pogadam z Charliem, on naprawdę nie będzie miał nic przeciwko, a jak będzie miał, to już ja mu wyperswaduję i może byś go adoptowała, znaczy Keplera, nie Charliego, mogłabyś zabierać go tutaj do pracy i w ogóle, co o tym myślisz, bo ja...
Majka zamachała rękami jak startujący łabędź skrzydłami.
- Tak, pani Potts, ja się zgadzam! - krzyknęła. - Jeśli pani nie ma nic przeciwko, to ja go chętnie wezmę!
Pies, zupełnie jakby rozumiał o co chodzi, zamachał ogonem i szczeknął radośnie.
- Ale ja nie jestem głucha, nie krzycz kochana, no to dobrze, to chodźcie do biura, to przygotujemy umowę, a potem jeszcze do kociarni skoczymy, zastrzyk trzeba zrobić, a ty to robisz najlepiej...
Monolog pani Potts ścichł nieco, gdy zniknęła za głównymi drzwiami azylu.
Pub z wolna zapełniał się ludźmi. Walter zdażył już zająć swój stolik i obłożyć go papierami. Teraz nanosił coś na mapę, pomrukując z cicha. Szkatułka, znaleziona w piwnicy, stała na barze, w takim miejscu, które Rose mogła mieć cały czas na oku.
- Otworzę wieczorem - wyjaśniła Montoya. - Teraz nie mam czasu.
Lampard kiwnął aprobująco głową, pociągnął kawy z filiżanki, po czym zadumał się głęboko.
- Co właściwie wiesz tym miejscu? - zapytał.- Jak bardzo stare ono jest?
- Nie bardzo - odparła Rose. - Właściwie to prawie nówka. To osiedle, a razem z nim mój pub, wybudowano po pierwszej wojnie, budowa skończyła się chyba w 1925. Dziadek kupił Ten Bells w, czekaj... to był sześćdziesiąty drugi, albo trzeci, nie pamiętam dokładnie.
- A co tu było przedtem? - drążył Lamps. - Zanim wybudowali osiedle?
- Krzaki - odparła Rose. - I nieużytki. I ziemianka Czarnej Annis, jeśli wierzyć legendzie.
- To już coś. Dokładnie tutaj? Pod pubem?
- Tego nikt nie wie - Walter oderwał się od swoich papierów. - Kedyś, kiedyś przy jej ziemiance stał wielki dąb, ale już go od dawna nie ma.
- Zgadza się - powiedziała Rose. - Podobno wieszała na nim skóry zabitych przez siebie dzieci.
- Przyjemna osóbka... - mruknął Frank.
- A dlaczego, dlaczego właściwie cię to interesuje? - zapytał Walter. Stal, tuląc do piersi plik papierów, w jego oczach lśnił niepokój.
Frank i Rose spojrzeli na siebie, potem na Waltera.
- Bo znaleźliśmy coś w piwnicy - powiedziała Rose powoli. - Dodatkowe pomieszczenie.
Walter odłożył papiery na stół i podszedł do baru.
- Co w nim było? - zapytał, z niezwykłą jak na siebie gwałtownością.
- Nic, tylko stare biurko - odpowiedział Lampard.
- I zamknięte drzwi - dodała Rose.
Trupia bladość powlokła twarz Waltera.
- Nie otwierajcie ich! - zażądał. - Nie teraz! Otworzą się, kiedy przyjdzie czas!
- Walter, co ty do licha mówisz? - Rose miała dwa wielkie znaki zapytania w oczach.
- Nie otwierajcie ich - Walter uspokoił się nieco. - To ma związek z moimi badaniami i Rose, ja wiem, że wszyscy, wszyscy uważają mnie za dziwaka i nieszkodliwego wariata, ale ja wiem co mówię i nie jestem, nie jestem szalony! Nie otwierajcie ich!
- Dobrze, nie będziemy - Lampard poklepał go uspokajająco po plecach.
Nie zwracając na niego większej uwagi, Walter odszedł od baru i drżącymi z emocji dłońmi wydobył z kieszeni komórkę, po czym jął wypukiwać na niej długiego esemesa.
- Co mu odbiło? - zdziwił się Lampard.
- Nie mam pojęcia - mruknęła Rose. - Pierwszy raz widzę go tak zdenerwowanego.
Z zaplecza wykuśtykała Drusilla, kołysząc się na swych niebotycznych obcasach tak mocno, że talerz na tacy, którą niosła, przesuwał się w te i we wte, chociaż był pełen. Na drodze do właściwego stolika stał jednak Walter, którego minięcie wymagałoby wykonania kilku dodatkowych kroków, zbyt wielki wysiłek jak dla Drusilli.
- Te, może byś się sunął? - zaproponowała.
Walter, bez reszty zajęty esemesem, nie dosłyszał.
- Zjeżdżaj mi z drogi, cieniasie! - warknęła, trącając go łokciem. Walter odsunął się, nie podnosząc nawet głowy.
Zachowanie kelnerki nie umknęło jednak sokolim oczom Rose.
- Jeszcze raz odezwij się tak do klienta, a wylecisz stąd na kopach! - ryknęła zza baru. - Walter, przepraszam cię za nią.
- Nie szkodzi - odparł mechanicznie Walter.
Lampard obejrzał kelnerkę wzrokiem podejrzliwym.
- Zatrudniasz teraz odpady z "Jersey Shore"? - zapytał.
- A daj spokój - Rose wywróciła oczyma. - To przysługa dla Robbiego, jakaś siostrzenica jego żony. Potrzymam ją kilka dni i wywalę.
- Jest jeszcze lepsza niż ta poprzednia - zaśmiał się Lampard.
W przytulnym mieszkaniu, gdzieś niedaleko katedry, w przepastnym, obitym pluszem fotelu, siedziała starsza pani. Gdyby pokazać ją Majce, rozpoznałaby w niej staruszkę, którą spotkała kiedyś w Tesco, a która kazała jej pilnować Wasyla. Lampard mógłby spobie przypomnieć, że spotkał tę panią kiedyś w centrum i pomógł jej nieść zakupy. Wasyl zaś zapewne zidentyfikowałby ją jako tę miłą staruszkę, której rozsypała się zawartość torebki, a on pomógł ją pozbierać. Rose powiedziałaby, że widziała tę panią koło gabinetu doktora Tennanta, wszyscy zaś zgodziliby się, że staruszka plotła jakieś dziwne rzeczy, o konieczności pilnowania innych, trzymania się razem i czasie który nadchodzi.
Starsza pani patrzyła w okno, na ciemniejącą, spowitą mgłą ulicę, na której zaczynały zapalać się latarnie i myślała. Myślała bardzo intensywnie.
- Wszystko dzieje się szybciej, niż myślałam - stwierdziła na głos. Spojrzała na leżącą na stoliku gazetę. Wielkie, czerwone litery nagłówka krzyczały o brutalnym morderstwie pod klubem Enclave. - Coś już zdołało przejść. Trzeba ich wtajemniczyć.
Westchnęła głęboko i potarła skronie, sękatymi, pomarszczonymi palcami.
- Tylko jak to zrobić? - powiedziała. - Przecież wezmą mnie za wariatkę.

Westchnęła jeszcze raz i zapaliła lampkę, rozpraszając gęstniejący mrok.
___________________________________________________________
Oto kolejny rozdział i znowu wyszedł mi strasznie, strasznie długi. Mam nadzieję, że to wam nie przeszkadza. Aha, dziękuję za wszystkie komentarze, których ostatnio było mnóstwo, dziękuję także Fioli za te wszystkie pomysły, jakie mi podsuwa :*
Aha, a bonus dzisiaj podwójny.

Lamps...


...i boski Xabier, z dedykacją dla Fiolki.

Martina




środa, 20 listopada 2013

Rozdział 4

When the night has come, and the land is dark
And the moon is the only light we will see
No, I won't be afraid, oh, I won't be afraid
Just as long as you stand, stand by me
So darlin', darlin' stand by me
Oh stand by me
Oh stand, stand by me, stand by me


Ben E. King "Stand by me"





Wąski zaułek, prowadzący na tyły Enclave był usiany pustymi plastikowymi kubkami po napojach, opakowaniami po najrozmaitszych rzeczach i zużytymi prezerwatywami. W mroku, jaki tam panował, większość z nich była słabo widzialna, bo światło stojącej u wylotu latarni nie docierało do wszystkich kątów. Kilka kubków pękło z trzaskiem pod stopami Troya, nie zwracał jednak na to zbyt wielkiej uwagi, zły, wstawiony i zajęty rozpamiętywaniem swych boleści. A miał ich sporo.
Najpierw ta dziwka, Moira, zaczęła uganiać się za jakimś typem, olewając jego, Troya, całkowicie. Latała za tym fagasem na bezczelnego, niemal wepchnęła mu swoje balony w zęby, kurwa, mało brakowało a obciągnęłaby mu druta na środku parkietu. A kiedy łaskawie postawił jej drinka, uwiesiła mu się na ramieniu. I, kurwa, nie dała się zdjąć, chociaż Troy przypomniał jej z kim tu przyszła. Dobitnie jej przypomniał.
Wtedy ten kutasina, nic wielkiego, taka ciota na jednego strzała, ale gość był tak bogaty, że praktycznie srał forsą, ten kutasina więc, popatrzył na Troya jak na gówno i kazał mu spierdalać. Troy chciał go nauczyć paru rzeczy za pomocą pięści, ale wtedy przyszli ochroniarze i wypierdolili go na zbity pysk.
A ta kurwa się śmiała.
Troy oparł się plecami o ścianę w miejscu, w którym było trochę jaśniej i wyciągnął z kieszeni fajki. Wtykając jednego między zęby przestąpił z nogi na nogę i odkrył z obrzydzeniem, że zużyta guma przylepiła mu się do podeszwy buta i ciągnęła się za nim jak czerwony, przejrzysty ogonek.
- Kurwa - zaklął, ocierając but o ścianę.
Ciekawe, pomyślał, odpalając fajka, czy ta mała dziwka będzie się tak śmiała, gdy do niej wpadnie i przemebluje jej trochę ten bezczelny ryj. A-ha-ha, co nie?
Wciągnął głęboko w płuca dym, wyobrażając sobie minę Moiry, kiedy spuści jej łomot. Nauczy się szanować prawdziwych mężczyzn, gówniara jedna.
Telefon zawibrował mu w kieszeni. Na krótką chwilę Troya zalało poczucie triumfu. Wiedział, po prostu wiedział, że to Moira. Ten bogaty pedałek na pewno się nią znudził i kazał iść w pizdu, więc teraz będzie próbowała się przeprosić z Troyem. A chuja. Teraz dostanie na co zasłużyła.
Jeden rzut oka na ekran pozbawił go złudzeń. Brad.
Przepełniony wściekłością i rozczarowaniem gwałtownie uniósł komórkę do ucha. Wyśliznęła mu się z palców, wywinęła salto w powietrzu i znikła wśród śmieci na asfalcie.
- Ja pierdolę! - ryknął Troy i padł na kolana. Przegarniał oburącz śmieci, desperacko próbując znaleźć telefon, gdy nagle zrobiło się zupełnie ciemno.
Odwrócił się.
Ktoś stał u wylotu zaułka, blokując światło latarni. Jego długi cień padał na klęczącego Troya i pogrążał go w mroku.
- Zaraz ci zajebię, dupku! - ryknął Troy, zrywając się na równe nogi. Zacisnął pięści, nie zauważając, że jedną dłoń ma śliską od cudzej spermy, która wypłynęła ze zużytej prezerwatywy.
Czarny kształt postąpił o krok do przodu z dźwięcznym tupotem.
A potem rozłożył skrzydła. Wielkie, jak u jakiegoś kondora, ale pokryte błoną, nie piórami. Troy widział wyraźnie przeświecające przez nie czerwonawo światło latarni. Widział też siatkę drobnych naczynek krwionośnych i drobne włoski, wyrastające tu i tam.
Stwór wykonał jeszcze jeden krok i wtedy Troy zrozumiał, czemu on tupał tak głośno. Nie miał butów, nie miał nawet stóp. Jego pokryte ciemną sierścią nogi kończyły się kopytami.
- Ja pierdolę - rzekł Troy słabo. - Stary, co ty... kto ty... No kurwa co jest?
To coś naprzeciw niego złożyło skrzydła i wtedy światło padło na jego twarz, o ile można to było nazwać twarzą. Pokryta pomarszczoną, żółtobrązową skórą facjata nie miała nosa, a tylko dwa otwory, zapewne służące oddychaniu, nad nimi zaś świeciło dwoje żółtych oczu.
Usta stwora rozchyliły się, prezentując zestaw ostrych jak brzytwy, szpiczastych zębów, w takim stanie, że Usta Mordoru wyglądałby w porównaniu na szczyt stomatologicznego zadbania. Ciepła fala straszliwego smrodu omiotła Troya.
- Ja nie... - wybełkotał, cofając się. - Ja nic nie zrobiłem, czy ja już mogę sobie iść?
Kreatura zasyczała w odpowiedzi i wyciągnęła ku niemu łapę. Światło zalśniło na długich, czarnych pazurach, przypominających szpony orła i jak one ostrych.
- Nie, nie, nie... - jęczał Troy, cofając się w głąb zaułka. Szpony przejechały po jego piersi, rozcinając mu koszulę i rysując na skórze cztery palące linie.
- Ratunku!!! - zawył. Odwrócił się, rzucając się do biegu, ale nogi mu się splątały i tylko runął na wilgotny asfalt, pomiędzy potrzaskane kubki i papierzyska. Wielki cień padł na niego, gdy wielkie skrzydła rozłożyły się z szumem.
- Jezu... nie... - stęknął, odgarniając od siebie łapy potwora. Stwór przekrzywił głowę i spojrzał na niego. Potem zacisnął palce na gardle Troya i uniósł go tak, że czubki butów chłopaka prawie nie dotykały asfaltu.
Teraz znaleźli się nos w nos. Troy widział, jak nozdrza stwora rozszerzają się przy każdym oddechu. Widział ślinę, ściekającą po szczękach istoty, dwoma lśniącymi szlakami i zęby, ich żółtobrązowe, popękane szkliwo i resztki jakiegoś mięsa tkwiącego między nimi.
A potem, jednym sprawnym ruchem łapy, stwór rozpruł mu brzuch. Z miękkim pacnięciem wnętrzności Troya wylądowały na asfalcie. Nogi wierzgnęły konwulsyjnie.
Stwór zaczął się posilać.
Kij do krykieta osunął się na podłogę z głośnym klekotem. Rose podskoczyła w fotelu, gwałtownie wyrwana ze snu.
Zegar na ścianie wskazywał wpół do siódmej. Trzeba się zacząć ogarniać, pomyślała. Pokręciła głową, usiłując rozluźnić zesztywniały kark.
Poczłapała do kuchni, klapiąc bosymi stopami. Jej organizm domagał się wielkim głosem kawy, prztyknęła więc czajnikiem i otworzyła szafkę, kątem oka rejestrując jakieś wielkie ptaszysko, siedzące na dachu budynku naprzeciwko. Wyjęła szklankę, nasypała kawy, po czym przeczesała palcami włosy. Zawsze o poranku stały jej pod wszystkimi możliwymi kątami, tak, że wyglądała jak strach na wróble.
Nalewała właśnie wrzątku do szklanki, gdy coś głucho łupnęło na dole. Drgnęła, ukrop pociekł jej na palce u stóp.
- Oż ty ścierwo! - odstawiła czajnik z trzaskiem na blat i pobiegła do salonu.
Po chwili, z kijem do krykieta w garści, pędziła już po schodach, do pubu. Tylne drzwi były otwarte, zamki wyłamane, podłoga w korytarzu i kuchni zaś pokryta błotnistymi śladami stóp.
Nie, nie stóp.
Rose przyjrzała się uważniej.
To były ślady końskich kopyt.
Nie dowierzając własnym oczom podążyła za śladami, które wiodły do piwnicy. Kamienne stopnie były tak zimne, że nieomal parzyły ją w stopy.
Klip-klap klip-klap.
Odgłos kopyt, kroczących po kamiennej posadzce odbijał się echem od sklepionego stropu piwnicy. Rose, wstrzymując oddech, przekręciła włącznik światła i wyjrzała zza muru, oddzielającego schody od reszty pomieszczenia. Jarzeniówki zapalały się powoli, te na drugim końcu piwnicy, tak długiej i wąskiej, że bardziej przypominała tunel, dopiero zaczynały się jarzyć. W ich słabym blasku Rose dostrzegła coś jak rąbek żółtobrązowego, skórzanego płaszcza, znikającego za regałami z winem.
- Ej! - wrzasnęła. - Wyłaź, skurwielu!
Odpowiedziało jej tylko echo, wywołane jej własnym głosem.
Przełykając ślinę, szła przez piwnicę. Stare meble. Beczki z piwem. Regały z winem, pod ścianami, z alejką pośrodku.
Wreszcie przed nią była już tylko tylna ściana piwnicy i stojący na całej jej długości rząd trzech regałów z winem. I odciski kopyt w kurzu na posadzce, urywające się przed środkowym regałem.
Obejrzała uważnie pokryte kurzem butelki i drewniane półki, jakby spodziewała się tam klamki otwierającej tajemne przejście. Nic takiego nie znalazła, za to środkowy rząd butelek, zawierających białe wino, sprawił, że gwałtownie wstrzymała dech.
Trzy butelki skrajnie po prawej, jak również część dębowego regału, wymazane były czymś czerwonym. Powąchała ostrożnie.
Słaby zapach, słonawy i metaliczny zarazem.
Krew.
Majka wylazła z łóżka o ósmej, na dłuższy sen nie pozwolił jej zapchany nos i narastający kaszel. Umyła się zatem, włożyła czystą piżamę, tę bowiem zdążyła kompletnie zapocić, a żeby nie zmarznąć włożyła różowe, wełniane skarpety i owinęła się w swój ulubiony szlafrok. Miał wprawdzie burobeżową barwę i sprawiał, że wyglądała jak mistrz Yoda, ponieważ, będąc strojem męskim, wisiał na niej prawie do samej ziemi, ale był tak mięciutki i ciepły, że nie zamieniłaby go na żaden inny.
Po godzinie cały stół kuchenny założony był pootwieranymi gazetami, na nich zaś stał laptop, w który, z wypiekami na policzkach, bębniła Majka, pijąc herbatę za herbatą. Pod ręką, prócz kubka z rzeczonym napojem, miała otwarty zeszyt, którego strony zapełniały się z wolna notatkami. Zdążyła wcześniej zadzwonić do Ariadny i uprzedzić, że jej dzisiaj nie będzie w pracy, teraz zaś oddała się w całości śledztwu.
Przeczesawszy lokalną prasę z użyciem google, przekopawszy się żmudnie przez newsy i policyjne statystyki stwierdziła niezbicie jedno: w Leicester działo się coś badzo niedobrego. Przestępczość w tym mieście nie była zbyt wysoka, krwawe morderstwa zaś nie zdarzały się za często, a tu w przeciągu dwóch miesięcy zdarzyły się dwie zbrodnie, obie popełnione na nastoletnich dziewczynach. Laura Pellegrin i Ronette Paulson, obie piątkowe uczennice z dobrych rodzin i grzeczne dziewczęta, o których nikt złego słowa nie powiedział. Jedna znaleziona 15 sierpnia pod bramą azylu pani Potts, po tym jak nie wróciła do domu z wypadu na basen. Druga zniknęła równo dwa miesiące później, a jej ciało odkryto...
Majka zamknęła oczy i potrząsnęła głową. Nie czas był na traumatyczne wpomnienia. Musiała się skupić.
Ciało Ronette odkryto koło pola golfowego, między Rothley a Thurcaston, na przedmieściach Leicester.
W tym było coś cholernie podobnego, stwierdziła Majka, w tych obu zbrodniach. Czyżby seryjny morderca?
Od rozważań i analiz oderwało ją dzwonienie do drzwi. Podniosła głowę i stwierdziła, że kuchenny zegar wskazuje wpół do pierwszej.
O rany, Wasyl!
Zerwała się od stołu, niemal wywracając krzesło, po drodze mgliście sobie przypominając, że jest kompletnie nieuczesana, do tego w burym szlafroku i z całą pewnością ma czerwony nos oraz rozpaloną gębę. Trudno, odparła bezlitośnie druga część jej mózgu. On i tak jest żonaty.
Otworzyła z impetem, nie potrafiąc powstrzymać radosnego łomotania serca.
- Cześć mała - Wasyl, bez czapki, z uszami czerwonymi od chłodu i pękatymi siatami w dłoniach, powitał ją szerokim usmiechem. - Przywiozłem ci małe co nieco. Jak dzisiaj zdrówko?
Majka ugryzła się w język, hamując się przed odpowiedzią, że na jego widok od razu zdrowieje.
- Właź! - oznajmiła zamiast tego.
- Właź - zdziwił się Wasyl, maszerując do kuchni. - To tak teraz damy witają swoich rycerzy?
- A kto ci powiedział, że jestem damą? - odparła Majka. - Masz zdecydowanie błędne dane. Poza tym, o ile pamięć mnie nie myli, to rycerzem możesz być najwyżej dla swojej żony.
Cień przeleciał po twarzy Marcina, ukryty zaraz pod wielkim i nieszczerym uśmiechem.
- To była metafora - oznajmił wykrętnie Marcin. - Kupiłem ci trochę jedzenia.
Majka zajrzała do siat, które postawił na podłodze.
- Trochę? Mistrzu, tyś chyba pół Tesco wykupił - stwierdziła z lekkim niedowierzaniem, wyjmując produkty. - W razie zagłady nuklearnej wytrzymam na tych zapasach jakieś pół roku, jesli nie dłużej - oznajmiła, upychając masło i jogurty w lodówce. - To ile ci wiszę?
Odpowiedziało jej milczenie.
- Wasyl?
Wyjrzała zza drzwi lodówki. Wasyl gapił się niewidzącym spojrzeniem w okno i ogryzał paznokcie.
- Halo, Wasilewski, tu Ziemia, jak mnie odbierasz? - Majka pomachała mu ręką przed oczyma. - Joł! Nie śpij!
- Nie śpię - odparł, opuszczając dłoń. - Zamyśliłem się trochę. Mówiłaś coś?
- Pytałam ile ci wiszę za te skromne zakupy - przypomniała Majka.
- Wisisz? - Wasyl się niemal zgorszył. - To jest kumpelska przysługa! Nic mi nie wisisz, no co ty!
- Będę się głupio czuła - oznajmiła Majka stanowczo,. Wyciągnęła z siaty cukier i mąkę i zaczęła je pakowac do szafki. - Ratujesz mnie przed usmarkaniem się na śmierć i zakiszeniem w kozim smrodzie, teraz jeszcze robisz zakupy na najbliższy rok, a ja co?
- Co? - spytał nieuważnie. - Nie no, ty nic, bo tak robią przyjaciele. Kiedyś zrobisz coś fajnego dla mnie i będzie git.
Majka wyjęła głowę z szafki z produktami sypkimi i ogarnęła Wasyla spojrzeniem tyleż podejrzliwym, co uważnym. Coś zdecydowanie było z nim nie tak, gdzieś znikła jego zwykła energia, uśmiechał się jakoś tak... zbyt szeroko i trochę teatralnie, poza tym co chwilę odpływał gdzieś myślami.
Teraz zaś, szczerze mówiąc, wyglądał jak kupka nieszczęścia, ze zgarbionymi plecami, zajęty ogryzaniem paznokcia na palcu wskazującym prawej dłoni. Majka lubiła jego dłonie, wielkie, mocne, o długich palcach i schludnych, zawsze przyciętych paznokciach, lubiła zresztą chyba wszystko w nim. A teraz się martwiła.
- Wszystko u ciebie w porządku? - zapytała ostrożnie.
- W najlepszym - zapewnił.
Ujęła delikatnie jego dłoń.
- Bo ten... bo mam wrażenie, że coś cię gryzie - zaczęła nieporadnie. - I wiesz, jak coś to... to zawsze możesz na mnie liczyć.
Patrzył na nią tymi swoimi oczyma, w kolorze, który zmieniał się w zależności od światła, teraz złocistobrązowymi w przyćmionym blasku kuchennej żarówki. Normalna siła i wesołość, zwykle wypełniające jego spojrzenie, teraz zniknęły, odsłaniając coś ledwie uchwytnego, coś czystego i chłopięco bezbronnego.
- Bo ja ten, no, znaczy nie myśl, że ja cię podrywam, bo cię nie podrywam - Majka w konfrontacji z jego spojrzeniem plątała się coraz gorzej. - Ja tylko tego, no wiesz, ja chciałam, żebyś wiedział, żebyś się nie czuł sam, bo jak coś to ja jestem z tobą i w ogóle, ale zupełnie tego, ja przecież wiem, że jesteś żonaty i ten, to ja chciałam tak po przyjacielsku...
Wasyl spochmurniał i spuścił oczy, ku uldze, lecz i przerażeniu Majki.
- Jestem idiotką, tak? - zapytała rozpaczliwie.
- Nie no, skądże - zapewnił, podnosząc głowę. Przytulił ją do siebie krótko i zaraz puścił. - Dzięki mała, za wsparcie, ja już muszę lecieć. Uważaj na siebie. cześć! - rzucił, już prawie z progu.
- Jestem idiotką - powiedziała Majka do pustej kuchni, gdy drzwi się za nim zamknęły. - I to potworną.
Przez następne kilka dni nie widziała się z Wasylem, który nie pojawiał się w Ten Bells. Obejrzała go jedynie w telewizji, na wyjazdowym meczu Leicester City. Lamps też gdzies chwilowo zniknął, chyba wyjechał do Londynu, co z kolei wprawiło w fatalny humor Rose i tak już rozdrażnioną, bo Moira wzięła urlop, z powodu śmierci chłopaka, więc cała obsługa stolików spadła na nią.
- Nie mam jej za złe - wyznała Rose któregoś dnia, zatrzymując się przy stoliku Waltera, przy którym akurat siedziała też Majka. - Jej faceta znaleziono rozmazanego po jakimś zaułku...
- Jego wątrobę wyjmowali z rynny - wtrącił się Jerry, podsłuchujący od drugiego stolika. - Mój kuzyn pracuje w Enclave i wszystko widział!
- Tak dokładnie to z dachu - poprawił Walter, hołdujący ścisłemu trzymaniu się faktów. - I nie wątrobę tylko jelita.
- Wszystko jedno! - jęknęła Rose. - Jelita, czy wątroba, ja rozumiem, że dziewczyna musi po czymś takim dojść do siebie! Dałam jej ten urlop i się nie czepiam! Ale zapierdolu mi to dołożyło nieziemsko...
- To tylko chwilowe - pocieszyła nieśmiało Majka. - Ona przecież wróci.
- No wiem, wiem, dzięki - mruknęła Rose i pociągnęła nosem. - Cholera. Burn, nie wiem co spaliłeś, ale każę ci to zeżreć!!!
Pomstując i cholerując znikła na zapleczu. Rose wróciła do omawiania z Walterem ostatnich zbrodni.
- Ja myślę, myślę, że on był wściekły - stwierdził Walter. - To znaczy, kiedy zabijał Ronette. Zobacz ile ciosów jej zadał i wszystkie w twarz i głowę. To więcej, więcej niż trzeba, żeby kogoś zabić.
- Masz rację - mruknęła Majka. - Ale Laura została zabita inaczej, miała poderżnięte gardło. I żadnych innych obrażeń.
Westchnęła i zamieszała w herbacie, tymczasem Walter zaznaczał skrupulatnie na mapie miejsca zamieszkania obu zabitych dziewczyn, gdzie były ostatnio widziane i gdzie znaleziono ich ciała.
- To trochę przypomina mi Kubę Rozpruwacza, wiesz? - stwierdziła Majka. - To znaczy Marthę Tabram i Mary Ann Nichols, Martha była cała podziabana, trzydzieści dziewięć ciosów nożem, a Mary Ann tylko poderżnięte gardło...
- I rozcięty brzuch - zauważył Walter, odrywając się od mapy. - Coś się próbowało na niej, na niej pożywić. Na Mary Ann. Marthę zabili ludzie.
- A Mary Ann nie?
Walter popatrzył na nią z bardzo poważną miną.
- Nie, ja myślę, że nie - rzekł. - To było coś z innego świata. Pewnie się teraz będziesz śmiała?
Z herbatą w pół drogi do ust Majka popadła w głębokie zamyślenie.
- Wiesz co... - stwierdziła. - Zawsze wierzyłam, że mogą istnieć inne światy oprócz naszego.
- Naprawdę? - ucieszył się Walter. - Zobacz, jest tyle dowodów, na to, że to nie mógł być człowiek. Na przyklad Kate Eddowes. Rozpruwacz zabił ją i wyciął jej nerkę, a to wszystko w dziesięć minut, na kompletnie nieoświetlonym Mitre Square! Przecież człowiek by nie dał rady...
Po chwili Majka przekonała się, że tak naprawdę bardzo mało wiedziała o zbrodniach Kuby Rozpruwacza. W porównaniu z Walterem to właściwie prawie nic.
Poza wizytami w Ten Bells, dyskusjami z Walterem i rozmowami z Rose, Majka zajmowała się też intensywnie pracą zawodową, nawet, jeśli oznaczało to nacieranie dwa razy dziennie koziego odbytu maścią. Poza jednak dłubaniem w kozim tyłku miała też zajęcia bardziej wdzięczne, na przykład opiekę nad kotami. Z większością zdołała już zawrzeć pakt o nieagresji, a z kilkoma nawet nawiązać przyjaźń. Między innymi, z czego była szczególnie dumna, z małym, czarnonosym tricolorem, którego wyciągała z krzaków w ogrodzie pierwszego dnia. I który ją wtedy ugryzł.
Wciąż potrafił ugryźć, jeśli niebacznie go dotknęła, a on nie miał ochoty na głaskanie, czy jakiekolwiek bliższe kontakty, ale jeśli akurat był w łaskawym nastroju, dawał się głaskać, a nawet brać na ręce. Przynajmniej Majce i Jill, jej towarzyszce w psiarni i kociarni. Na Coltrane'a reagował za to wręcz alergicznie, prychając tak mocno i długo, aż mu język siniał.
- Mnie w ogóle zwierzaki nie lubią - śmiał się Coltrane. - Głupie bydlaki!
Miał rację, bo Kepler, owczarek niemiecki, przebywający w izolatce, za każdym razem gdy Coltrane wchodził do psiarni, dostawał regularnego szału. Rzucał się na kraty z głuchym rykiem, kłapiąc zębami, tak długo, dopóki znienawidzony osobnik nie zniknął za drzwiami. Z tego powodu Majka poprosiła Coltrane'a, żeby nie wchodził tam, jeśli nie musi. Pomijając alergię na złotą rączkę azylu pies robił coraz większe postępy, przyjmując miskę z rąk Majki bez cienia strachu, czy agresji. Czasami witał też Majkę krótkim, chłodnym merdnięciem ogona, jakby mówił "cieszę się, że cię widzę, ale nie myśl sobie za wiele". Między innymi ze względu na tego psa wróciła do pracy jak najszybciej się dało, jeszcze niedoleczona i zasmarkana.
Korzystając z wolnej chwili Rose siadła przy barze i złożyła głowę na chłodnym blacie. Pub był prawie pusty, bo była sobota i Lisy grały mecz u siebie, więc trzy czwarte miasta tkwiło na King's Power Stadium.
- No strzelaj!!! Czemu nie strzelasz, debilu! - od strony stolików dobiegł ją głos zemocjonowanej Majki.
- Nie mógł, bo mu, bo mu blokowali drogę - Walter był jak zwykle spokojny i racjonalny.
- Ale jakby wcześniej strzelił... no gdzie spalony, gdzie?!
Coś trzasnęło, pewnie Majka walnęła szklaneczką o stolik. Rose nie odrywała głowy od baru. Miała zdecydowanie wszystkiego dosyć. Zwłaszcza zaś braku Lamparda, do czego się bardzo stanowczo nie przyznawała, nawet sama przed sobą.
- No nie, no nie, no nie! - zawyła Majka jak głodna hiena. - Wasyl, coś ty narobił? Nie targaj tego palanta za bety, jak rany... No i czerwo.
- On cały mecz grał taki jakiś wściekły - zauważył Walter.
Drzwi zaskrzypiały, a zaraz potem podłoga. Ktoś przyszedł, trzeba się podnieść, pomyślała Rose.
- Ja wszystko rozumiem, ale żeby o tej porze szefowa była pijana? - zapytał znajomy głos.
Poderwała się jak na sprężynie.
- Jestem trzeźwa! - oznajmiła, uciekając za bar. - Tylko mam wszystkiego dość.
- Znam to uczucie - mruknął Lampard, sadowiąc się na stołku. - I podzielam. Czy mogę poprosić o whisky?
Rose wyjęła szklankę spod baru i sięgnęła po właściwą butelkę, rumieniąc się z lekka pod spojrzeniem Lampsa.
- Długo cię tu nie było - zagaiła.
- Musiałem załatwić parę spraw w Londynie - rzekł przyjmując drinka z jej rąk. - Tak zwane życie osobiste.
Ostatnie słowa ociekały sarkazmem oraz gryzącą ironią w takim stężeniu, że wygadaną Rose zwyczajnie zatkało.
Wypił whisky jednym haustem, odstawił szklankę i spojrzał na Montoyę, która właśnie zajęła się polerowaniem szklanek i kieliszków, chociaż wyglądały na idealnie czyste.
- A co u ciebie? - zapytał. - Czemu właściwie leżałaś na barze?
- Bo godzinę temu dzwoniła do mnie Moira, kelnerka - odparła. - Powiedziała, że rzuca pracę, nazwała głupią bździągwą i oznajmiła, że jeszcze będę całować jej buty.
- I co jej odpowiedziałaś? - zapytał, jednocześnie prosząc gestem o dolewkę.
- Kazałam jej spierdalać - mruknęła Rose. Nalała bursztynowego płynu do szklaneczki i przesunęła ją w stronę Franka.
- Gol, gol, GOL! - ryknęła znienacka Majka. - Kurwa, tylko teraz to dowieźcie!
Lampard obejrzał się w jej stronę z niejakim rozbawieniem.
- Nie wiedziałem, że ona tak klnie - powiedział.
- Jak ogląda mecze, to owszem - odparła Rose. - Zwłaszcza Lisów. Tam gra Wasyl, rozumiesz.
Frank pokiwał głową i pokrzepił się solidnym łykiem alkoholu.
- A ty? - Spojrzał na koszulkę Rose i uniósł jedną brew. - Czyżby fanka Chelsea?
- Brawo za spostrzegawczość - odparła Rose zgryźliwie. - Znamy się od miesiąca i noszę ją prawie każdego dnia. Na boisku też masz taki refleks?
- Kolczasta z ciebie Różyczka - Frank odchylił się na barowym stołku.
- Tylko nie różyczka, Lampard, tylko nie różyczka - pogroziła mu palcem. - Nie jestem niczyją różyczką.
Frank oparł się wygodnie o bar. Wypita whisky rozgrzewała go od środka i szumiała mu lekko w głowie.
- A właściwie dlaczego? - zapytał.
- Co dlaczego? - Rose tarła kolejny kieliszek tak, że groziło mu przetarcie na wylot.
- Dlaczego nie jesteś niczyją różyczką - uściślił Frank. - Piękna, inteligentna kobieta, wprawdzie z językiem jak piła łańcuchowa, ale niektórzy to lubią. Więc?
Patrzył na nią z rozbawieniem w tych swoich niebieskich oczach, lekko wstawiony, a zarazem cholernie pociągający.
- A co to cię obchodzi? - odparła szorstko. - Poprzednia laska cię rzuciła i szukasz wkładu do łóżka?
- Po prostu pytam - rzekł, lekko zdziwiony gwałtownością jej odpowiedzi. - Z czystej ciekawości. Nie wolno?
- Nie.
- Okej. To dolej jeszcze.
Dolała. A potem zniknęła na zapleczu, Frank zaś sączył swoją szklaneczkę, pogadując luźno z Majką i Walterem.
Jakoś przed szóstą zjawił się Wasyl, ponury jak noc listopadowa. Przyjechał taksówką i wparował do pubu z trzaskiem, ledwie odpowiadając na pozdrowienia.
- Ja mam jakieś halucynacje, czy on jest na lekkiej bani? - Majka nachyliła się do Rose, którą hałasy wywabiły z kuchni.
- Nie masz halucynacji - odparła Rose. - Od jego oddechu pewnie mi powiędły kwiatki przed drzwiami.
- Whisky - zażądał stanowczo Wasyl, dokując na stołku obok Lamparda.
- Łączy nas dzisiaj zgodność upodobań - zauważył Frank.
- No - odparł Wasyl. Przyjął od Rose szklaneczkę i pochłonął jej zawartość jednym haustem.
- Również poproszę - rzekł Frank.
- Wiecie co, macie tu butelkę i sami se lejcie - rzekła Rose, wystawiając flaszkę na bar.
- Urżną się w drebiezgi - ostrzegła Majka półgłosem.
Rose wzruszyła ramionami.
- Duzi są. Ich problem.
Majka tylko westchnęła i wróciła do stolika Waltera. Nie chciała zagadywać Wasyla gdy był w takim nastroju, zwłaszcza nie po tym jak się wygłupiła, gdy widzieli się poprzednio.
- Świat jest do dupy - stwierdził Wasyl, wypiwszy kolejną porcję alkoholu.
- Jest - zgodził się uprzejmie Frank. - A co tak konkretnie jest do dupy w twoim świecie?
- Moje małżeństwo - mruknął Marcin. - Dostałem pozew o rozwód.
- Moje kondolencje - Frank dopełnił obie szklaneczki, po czym skwapliwie się wzmocnił. - Może dlatego się nigdy nie ożeniłem.
- O, stary, to jest dopiero początek historii. - Wasyl prychnął jak sfrustrowany mors. Wydzwaniałem do niej przez cały tydzień, nie odbierała. Jak gadałem z dzieciakami przez skype nie podchodziła. Zajęta była. Aż wreszcie wczoraj cud, odezwała się.
- Za ten cud - Lampard wzniósł szklaneczkę. - I co?
Marcin przepłukał gardło alkoholem i kontynuował.
- No i pytam, kurwa, dlaczego. Wiesz co mi odpowiedziała? - łypnął na Franka przekrwionym okiem.
- Co takiego?
- Że zmarnowałem jej życie. Że jestem tępym kołkiem, kóry jej nie rozumiał. Że zawsze się mnie brzydziła. Czaisz to?
Majka, która słyszała całą konwersację, a trudno było nie słyszeć, bo obdarzony donośnym głosem Wasyl nie troszczył się zbytnio by mówić cicho, musiała użyć wszystkich sił, żeby nie podejść do Wasyla i go nie przytulić.
Tymczasem Marcin kontynuował.
- A, jeszcze coś było, że jestem bydlakiem i prymitywem, a ona już rzyga piłką. I że nigdy mnie tak naprawdę, kurwa, nie kochała. Uroczo. Co ja powiem dzieciakom? Że ich mamusia jest debilką?
Lampard popatrzył na niego przez dno szklaneczki.
- Witaj w życiu - rzekł. - Ja byłem w Londynie, przyjacielu. Wiesz dlaczego?
- Nie mam pojęcia.
- Moja droga była partnerka, która notabene rzuciła mnie, gdy się dowiedziała, że mam problemy z sercem, poinformowała mnie, że pragnie napisać książkę na temat naszego związku. Ze wszystkimi pikantnymi szczegółami.
- Nie ma to jak analiza twojego pożycia w brukowcach, co? - mruknął Wasyl. Teraz to on z kolei dolał.
- Otóż to. Jednak powiedziała, że może zrezygnować z tej książki - kontynuował Frank jadowicie. - Ale nie tak z dobrego serduszka. Jej dobroczynność, uważasz, wymaga opłaty i to nie byle jakiej. Opłaty mierzonej w milionach funtów.
- Kurwa, jaki świat uroczy...
- Oglądany przez dno szklaneczi do whisky wygląda znacznie lepiej...
Majka przestała słuchać rozmowy panów, ponieważ rozbrzęczał się jej telefon. Dzwoniła Ariadna Potts.
- ....przepraszam, że tak późno, ale widzisz kochana, mamy taki jakby problem, bo ktoś nie zamknął dobrze kojców i czy ty otwierałaś je dzisiaj, kochana, może czyściłaś, czy zmieniałaś posłania, bo dostaliśmy nowe koce i są takie cudowne i miękkie, że sama bym ich używała, ale co to ja mówiłam, aha, czy ty otwierałaś kojce?
- Ale jakie kojce? - Majka jak zwykle czuła się ogłuszona rzeką słów, wypływającą z Ariadny. - Kocie tak, otwierałyśmy razem z Jill i psie też, w głównej psiarni, ale sama sprawdzałam, były zamknięte jak wychodziłam.
- Nie, kochana, nie te, izolatki dla psów, ktoś nie domknął i widzisz, mamy teraz taki problem, no...
- Co się stało? - zapytała Majka, zdjęta niedobrym przeczuciem.
- Kepler uciekł, wyszedł drzwiami na główny dziedziniec, a potem przez tę dziurę w płocie i wiesz, trzeba go poszukać, więc jakbyś nie była zajęta, to, no wiesz, mogłabyś przyjechać i...
- O Boże już jadę! - jęknęła Majka i rozłączyła się. - Walter, muszę lecieć, na razie!
Wypadła z pubu jak wicher i pobiegła na przystanek.
Pół godziny później obszukiwała już razem z Ariadną krzaki i chaszcze dookoła azylu, wołając psa aż do zachrypnięcia. Było ciemno, więc świeciły sobie latarkami, od strony bramy jednak bił czerwonawy poblask.
Sprawdzała właśnie pole, schodzące ku rzece, gdy pani Potts ją zawołała.
- Gdzie pani jest?
- Przy bramie, ale chodź szybko, musimy jechać pod stadion, tam ktoś widział psa z naszym tagiem przy obroży!
Majka wydłubała się z pola, po czym na chodniku puściła się sprintem aż do bramy. Tu ją wryło. Obie latarnie przy bramie świeciły niebieskawym światłem. Znowu ma omamy?
Ze stuporu wyrwała ją Ariadna, niemal wlekąc do samochodu.
Pod stadionem rozdzieliły się. Ariadna poszła na wschód, Majka, ściskając w dłoni sfatygowaną smycz, kierowała się w stronę Dane Hills.
Zagłębiła się właśnie w cichą uliczkę szeregowych domów, gdy usłyszała dźwięk, od którego serce podskoczyło jej w piersi.
Szczekanie.
- Kepler? Kepler!
Wielki ciemny kształt przeleciał gdzieś nad domami i nad głową Majki. Szczekanie przybliżyło się. Pobrzmiewały w nim akcenty świetnie znanej Majce furii.
- Kepler! Do nogi! Kepler!
To coś znowu zakołowało na ciemnym niebie, szczekanie zaś coraz bardziej się zbiżało.
- Kepler!
Pies wyskoczył z ciemności, zwinnym susem przesadzając murek ogrodu i zatrzymał się na środku jezdni. Uniósł głowę i zaszczekał na niebo.
- Kepler, ty łosiu jeden! - wrzasnęła Majka.
Owczarek spojrzał na nią, nieruchomy przez chwilę niczym posąg. Potem wystartował sprintem i skoczył.
Przewrócił Majkę i popiskując z radości, wylizał ją bardzo starannie po twarzy i rękach.
- Zleź ze mnie, czereśniaku jeden - chichotała. - Też się cieszę, że cię widzę, ale już starczy! Kepler, siad! Siad mówię!
Usiadł, pozwalając jej się pozbierać. Zapinała go właśnie na smyczy, gdy telefon znowu się rozdzwonił.
- Tak?
- Majka, słuchaj, oni się urżnęli totalnie - odezwała się Rose.
- No przecież mówiłam - zdziwiła się Majka.
- Franka mi się udało wsadzić do taksy i wysłać do domu, ale Wasyl gdzieś polazł - Rose nie kryła irytacji. - A jest nawalony jak marsjańskie UFO. Masz jego numer telefonu, czy coś?
- Mam - odparła Majka. - Czy on nie zostawił czegoś u ciebie? Czapki, szalika, gaci, czegokolwiek?
- Zostawił. Wypadła mu rękawiczka z kieszeni. A co?
- Już jadę! - rozłączyła się i spojrzała na bardzo zadowolonego z siebie Keplera. - Masz szansę zadebiutować jako Komisarz Rex.
Tymczasem Frank Lampard wytoczył się właśnie z taksówki pod budynkiem w którym mieszkał. Był zdecydowanie pijany, chociaż nie tak bardzo, jak Wasyl, ten lał w siebie alkohol strugami. Frank wprawdzie abstynentem nie był i wypić potrafił, ale dotrzymanie kroku desperackiemu opilstwu Marcina było cokolwiek poza jego możliwościami.
Halsując w pół wiatru dotarł do windy, tam zaś trafił we właściwy przycisk już za trzecim podejściem. Nieco gorzej było z ulokowaniem klucza w zamku, dziurka bowiem tańczyła po drzwiach radosnego walca wiedeńskiego, niekiedy się nawet rozdwajając. No i skąd miał wiedzieć która jest właściwa?
W końcu jednak udało mu się pokonać i tę trudność, a drzwi stanęły otworem. Wszedł do środka, siadł na kanapie, by zdjąć obuwie i zasnął. Na siedząco, z szeroko otwartymi ustami i chrapiąc wniebogłosy. Obudził go głośny hałas. Przewrócił się mianowicie, całkiem bez powodu, stojak z pogrzebaczami przy kominku.
- Głupi duch - mruknął Frank, ściągając buty. - Głupszy nawet niż Ribery!
Wysupłał się z płaszcza, kóry został na kanapie, po czym jął się rozbierać, ciskając odzież gdzie popadnie. Całkiem nagi poczłapał do łazienki, gdzie wziął prysznic. Zalał wprawdzie przy tym prawie całe pomieszczenie, upuścił mydło, a potem gonił je długo po podłodze, ale zdołał się w końcu umyć i trochę przy tym przetrzeźwieć.
Owinąwszy biodra nonszalancko ręcznikiem pomaszerował do kuchni, zrobić sobie kawy.
- Bo nic tak nie działa na serce - oznajmił.
Zabrzdąkała komórka. Wrócił do salonu i wyłowił aparat z kieszeni portek, zwisających z dużego kaktusa w donicy. Esemes. Od Terry'ego.
Już chciał wracać do kuchni, gdy coś stuknęło w drzwi.
- Ja ci pokażę, ty glutoplazmo, ty! - rzekł bojowo. Z komórką w dłoni pomaszerował ku drzwiom, otworzył je szeroko i wyskoczył na korytarz. Nie zauważył jednak, że zaczepił ręcznikiem o ramę wiszącego na ścianie lustra, w ozdobnej, metalowej ramie, kutej w esy-floresy, poczuł tylko jak w momencie skoku frotowa tkanina odwija mu się z bioder i zostaje z tyłu.
Spojrzał na siebie, stwierdził, że jest kompletnie nagi i usłyszał trzaśnięcie drzwi za sobą. Uśiwadomił sobie, że mają one zamek zatrzaskowy. Zrobiło mu się gorąco. Szarpnął za klamkę, ale na próżno.
- No kurwa nie - jęknął.
Wtedy usłyszał głosy, ale nie w swojej głowie, tylko na schodach. Ktoś szedł, kobiety, wesołe i rozgadane. Jeszcze by tego brakowało, żeby go tak zobaczyły, tabloidy rozerwałyby go na strzępy. Rozejrzał się, desperacko myśląc co robić.
Na jednym z końców korytarza stało bujnie rozkrzewione drzewko pomarańczowe w dużej donicy. Wspaniałym sprintem, jakiego pozazdrościliby mu Kuba Błaszczykowski i Cristiano Ronaldo, rzucił się w jego stronę. Zdołał się wepchnąć za nie w ostatniej chwili, dziewczyny bowiem właśnie wchodziły na korytarz.
Zatrzymał oddech, kiedy przechodziły obok i zamarł w kompletnym bezruchu.
- ...oj bo wiesz, Josh mówi, że ja oglądam mecze tylko po to, zeby się ślinić do piłkarzy. -mówiła jedna. - A co ja mogę, że taki na przykład Lampard ma słodki tyłeczek? Gdyby tak teraz zjawił się tu nagi, tobym go chyba zjadła...
'Stawiam dolary przeciw orzechom, że wrzeszczałabyś jak opętana" pomyślał Frank. "A potem wezwałabyś policję".
Kiedy wreszcie znikły w jednym z mieszkań, kłócąc się, czy Frank powinien depilować klatę, czy nie, Lampard wypuścił powietrze z płuc i uświadomił sobie, że ściska w dłoni komórkę.
Stronę Ten Bells znalazł w internecie bez problemu, razem z numerem telefonu.
Zadzwonił bez namysłu.
- Ten Bells, słucham - głos Rose, twardy jak zwykle, rozległ się w jego uszach niczym pienia anielskie.
- Rose, to ja, Frank! - zaszeptał konspiracyjnie. - Pomóż mi!
- Coś odwinąłeś po pijaku? - zapytała surowo.
- No tak jakby. Przyjedź do mnie, mieszkam w Cotton Mill, będę na ciebie czekał na korytarzu!
- To jest jakiś wyrafinowany podryw, czy coś? Do łóżka z tobą nie pójdę, Lampard, nie ma mowy.
- Nie chodzi o łóżko, nie rozumiesz, ja jestem nagi...
- Nie chodzi o łózko, ale jesteś nagi. Znaczy się planujesz numerek na podłodze, albo stole kuchennym?
- Nie planuję numerka! - Frank niemal zawył. - Proszę cię o pomoc! Zatrzasnąłem drzwi mieszkania, nie mam kluczy, siedzę na korytarzu i jestem goły!
Ze słuchawki dobiegł go serdeczny śmiech.
- Dobra, pijaczyno, już jadę. Tylko nie rozrabiaj póki mnie nie ma.
Rose pozostawiła bar, kóry i tak już się zamykał, pod pieczą Robbiego i pojechała Frankowi z odsieczą. Bez trudu dotarła na właściwe piętro, ale kiedy wysiadła z windy, korytarz wydawał się pusty.
- Lamps? Gdzie ty jesteś? - zapytała.
- Tutaj - odparło ponurym głosem drzewko pomarańczowe w kącie.
Rose obróciła się i zobaczyła wyłaniającą się z zieleni głowę Lamparda, jego szerokie bary oraz owłosioną pierś. Bez ubrania, stwierdziła, wyglądał jeszcze lepiej niż odziany.
- Te cholerne drzwi mają zamek zatrzaskowy - oznajmił ponuro. Włosy sterczały mu na czubku głowy niczym czub jakiegoś egzotycznego ptaka, a zdobił je dodatkowo zabłąkany liść z pomarańczowego drzewka.
- A dlaczego właściwie nie masz na sobie gaci? - zapytała Rose, bardzo usiłując się nie śmiać.
- Bo wyszedłem spod prysznica - odpowiedział, drapiąc się za uchem. Mięśnie na jego piersi napięły się i rozluźniły. Montoyi zrobiło się zdecydowanie gorąco. - Miałem na sobie ręcznik, ale gdzieś zniknął.
- Porzucił cię w dramatycznych okolicznościach - wyszczerzyła zęby Rose.
- No chyba tak - przyznał potulnie Frank. - Słuchaj, tam na dole, na samym końcu korytarza, przy tylnym wyjściu jest dyżurka, w dyżurce siedzi cieć, on powinien mieć klucze. Weź od niego zapasowy, co?
- A jak mi nie da? Przecież tu nie mieszkam - Rose uniosła brew.
- Zadzwonię do ciebie, a ty mu dasz telefon, okej? - Lampard spojrzał na nią wzrokiem zagubionego szczeniaczka.
Dyżurka okazała się niezmiernie elegancką ladą, za nią zaś prezydował osobnik, którego Rose nigdy w życiu by nie nazwała cieciem. Nieduży, w średnim wieku, miał szpakowate włosy ułożone w kunsztowne fale i garnitur, na oko droższy niż samochód Rose. Plakietka, stojąca na lśniącej ladzie głosiła, że jest to konsjerż.
Na widok Rose zmarszczył brwi i zaplótł przed sobą małe, wypielęgnowane dłonie, gestem godnym Napoleona.
- Czym mogę pani służyć? - zapytał z zawodową uprzejmością, nacechowaną jednak pewnym chłodem. Rose najwyraźniej nie wyglądała na milionerkę.
- Kluczem do pokoju pana Lamparda - odparła prosto z mostu. - Nastąpił drobny wypadek, skutkiem którego pan Lampard zatrzasnął swoje klucze w mieszkaniu.
- Dlaczego więc sam nie przyszedł? - zapytał podejrzliwie konsjerż.
- Ponieważ jest nagi - odparła Rose. - Chce pan mieć tu skandal obyczajowy? Goły piłkarz biegający po korytarzach, wyobraża pan sobie, jakie by tu się stata paparazzi zleciały?
Superelegancki cieć wzdrygnął się ledwie zauważalnie.
- Wolałbym tego uniknąć - odparł. - To budynek cieszący się nieskazitelną reputacją. Jednak...
- Jednak?
- Byłoby dobrze, gdybym mógł porozmawiać z panem Lampardem.
Rose sięgnęła po telefon, konsjerż jednak potrząsnął głową.
- Nie, to na nic - rzekł. - Jaką miałbym pewność, że naprawdę rozmawiam z panem Lampardem? Pozwoli pani, że wezmę klucz i pójdę z panią.
Konsjerż nie ociągał się, widać gnany wizją ewentualnego skandalu, wkrótce więc jechali już windą na właściwe piętro. Kiedy stanęła, drzwi otworzyły się bezszelestnie i ukazały pusty korytarz.
- No i gdzie jest pan Lampard? - zapytał konsjerż nieufnie. Wyszedł z windy, jego wyglansowane półbuty lśniły słabo w stłumionym świetle lamp. - Nigdzie go nie widzę.
- Tony! - uradowany Lamps wyskoczył z pomarańczowego drzewka, po czym przypomniał sobie, że jest nagi i oburącz zasłonił klejnoty rodowe. - Masz klucz?
Rose westchnęła głęboko, zdjęła kurtkę i podała ją Frankowi.
- Przyokryj się trochę - poleciła.
Frank, który nigdy nie był człowiekiem zbyt pruderyjnym, ani wyczulonym na własną nagość, zapłonął krwistym rumieńcem na myśl o tym, że ta dziewczyna miałaby go teraz, w takich okolicznościach ujrzeć na golasa.
- Odwróć się - rzekł. - Proszę.
- Oczywiście, proszę pana - konsjerż posłusznie odwrócił się do ściany.
- Nie ty! - jęknął Lamps. - Rose!
Odwróciła się, chociaż prawdę mówiąc nie miała na to zbyt wielkiej ochoty.
- Tony, przestań się gapić w ścianę i otwórz drzwi - zażądał Frank. - Rose, już możesz patrzeć.
Owinięty w pasie kurtką Frank i gryząca wargi Rose weszli do apartamentu, odprowadzani zgorszonym spojrzeniem konsjerża Tony'ego.
- Na pewno zrobią jakąś orgietkę - mruknął, gdy drzwi się zamknęły.
Wnętrze apartamentu przedstawiało sobą obraz co najmniej oryginalny. Z lustra w kutej ramie przy wejściu zwisał ręcznik, ciągnąc się po podłodze, niczym brzoskwiniowa strzała, wskazująca na leżące dokładnie w progu salonu majtki z nowej linii, firmowanej przez Cristiano Ronaldo. Na stoliku do kawy, ze szkła i metalu, leżały niedbale ciśnięte skarpetki, przy czym jedna moczyła się częściowo w niedopitej filiżance kawy. Spodnie zwieszały się festonami z wielkiego kaktusa, jeden but stał na siedzeniu eleganckiego, beżowego fotela, drugi zaś leżał sobie na środku salonu. Na kanapie siedział sobie płaszcz, całość zaś wieńczyła niebieska koszula, rozpięta na telewizorze.
- Robiłeś striptis? - zainteresowała się Rose.
- Nie, ja tego, po prostu się rozbierałem - Frank zaczął pospiesznie sprzątać rozrzuconą garderobę. - Chyba byłem trochę zawiany.
Pochylił się, żeby zebrać ze stołu skarpetki, a wtedy kurtka zsunęła się, odsłaniając jego biały, muskularny tyłek, porośnięty ciemnymi włoskami.
- Eeeee, Frank - Rose czuła, że się czerwieni. - Twoje słoneczko wzeszło.
- Co? - wyprostował się i kurtka zjechała mu do stóp. Teraz on się zaczerwienił, pospiesznie się zakrywając.
- Idź, włóż jakieś gacie, ja to pozbieram - rozkazała Rose. Miała chwilowo dosyć wrażeń.
- Dzięki - bąknął i popędził do łazienki, trzymając kurtkę oburącz w okolicy bioder i rumieniąc się jak indyk w piekarniku.
Rose wyjęła skarpetkę z kawy, wyżymając ją dyskretnie. Lamps na pewno pijał dobrą kawę, o ile tylko nie moczył w niej skarpet, pomyślała. Rzuciła ciuchy na kupę i sięgnęła po leżący na kanapie płaszcz.
Coś wielkiego wylądowało na barierce balkonu, za podwójnymi, oszklonymi drzwiami. Rose przez chwilę myślała, że to cierpiąca na bezsenność wrona, ale to było zbyt wielkie. Jeśli to wrona, to chyba jechała na sterydach.
Stworzenie zeskoczyło na balkon, ze znajomym klip-klop. Serce Rose zaczęło walić jak młot, a drobne włoski na ciele zjeżyły się niczym szczotka.
W świetle padającym z salonu ukazała się pomarszczona, żółtobrązowa twarz, wykrzywiona w uśmiechu, odsłaniającym ohydne, ostre zęby. Dwie szponiaste łapy oparły się z cichym zgrzytnięciem o szybę w drzwiach.
Rose wrzasnęła przeraźliwie i rzuciła się w stronę kominka. Tam były pogrzebacze, może przyleje temu czemuś w razie czego, myślała, nie spuszczając oka ze stwora, który przyglądał jej się żółtymi oczyma.
Równocześnie z łazienki wypadł zaalarmowany jej krzykiem Frank, który zdołał założyć jedynie świeże majtki. Nieubłagane prawa fizyki sprawiły że, ponieważ ich trajektorie przecinały się, zderzyli się z impetem w połowie drogi. Rose wylądowała na półgołym Lampardzie, waląc twarzą prosto w jego pierś. Pachniał obłędnie, czymś iglastym, cytryną, piżmem i do tego sobą. Gdyby nie stwór za szybą, Rose uznałaby to wszystko za niemożliwie erotyczne.
- A myślałem, że nie jesteś zainteresowana? - uśmiechnął się szelmowsko. Z bliska jego tęczówki nie były już takie niebieskie, nabierały raczej odcienia morskiej wody.
- Popatrz za okno! - machnęła ręką za siebie i rzuciła się w kierunku pogrzebaczy. Nastrojony figlarnie Lamps chwycił ją mocno w pasie i zatrzymał, po czym, z nią w objęciach, usiadł.
I zamarł.
- Co to, kurwa, jest? - zapytał nieswoim głosem.
TOMP!
Błoniaste skrzydła uderzyły w okno.
- Nie wiem, ale nie wygląda na milusie - odparła Rose, mając nadzieję, że głos jej nie drży.
Ohydna paszcza wyszczerzyła się jeszcze szerzej.
- Daj ten pogrzebacz - poprosił Frank, zwalniając uścisk.
Rose wyciągnęła ze stojaka dwa, jeden podając od razu Lampsowi.
Lampard podniósł się powoli, Rose za nim.
- Wejdź, a dam ci po mordzie - zasugerował bestii na balkonie.
W odpowiedzi stwór szarpnął drzwiami, aż z sufitu posypał się tynk.
Sama nie wiedząc do końca co czyni, Rose wysforowała się przed Franka i wyciągnęła przed siebie dłoń.
- Odejdź! - wrzasnęła, zaciskając trzy środkowe palce, tak, że wyprostowany pozostał tylko kciuk i mały palec. - Księżyc ci każe odejść!
Dłoń Rose rozbłysła na moment zimnym, srebrnobłękitnym blaskiem, tak intensywnym, że Frank odruchowo zasłonił ręką twarz. Stwór za szybą skrzeknął i cofnął się rozpaczliwie, tak jakby światło go parzyło.
- No zjeżdżaj! - krzyknęła ponownie. Blask zaczął słabnąć i zanikać, jednak stwór nie usiłował tego wykorzystać. Prychnął tylko z odrazą, wspiął się na barierkę i rzucił się w mrok, łopocząc skrzydłami.
Frank, który z wrażenia wytrzeźwiał niemal zupełnie, teraz przyglądał się Rose z niedowierzaniem.
- Pracujesz po godzinach jako Sailor Moon? - zapytał.
Montoya obejrzała z równym niedowierzaniem własną dłoń, która wyglądała już najzupełniej zwyczajnie.
- Tata mnie tego nauczył - powiedziała cicho. - Jak byłam mała.
- Tata cię nauczył świecić? - Frank nie ogarniał.
- Nie, nauczył mnie Znaku Księżyca - odparła. - Ale nic nie mówił o efektach specjalnych.
- Co to w ogóle było? - Lampard podszedł do drzwi balkonowych i obejrzał smugi na szybie, zostawione przez stwora.
- Nie wiem, ale wiem skąd przyszło - odparła ponuro Rose. - Z mojego pubu.
Lampard poniechał na moment studiowania drzwi.
- Jak to?
- No tak - odparła. - Podrapało mi drzwi niedawno.
- Jezu, dziewczyno, masz w pubie potwora i mówisz o tym tak zwyczajnie?
- A jak mam mówić? Rwać włosy z głowy?
Dwoma zamaszystym krokami znalazł się przy niej. Zajrzał jej w oczy.
- Nie boisz się? - zapytał.
- Boję się jak cholera - uniosła wyzywająco podbródek. - Ale nie będę się przecież trzęsła w kącie. Wnuczkę Jimmy'ego Abneya stać na więcej.
- Rose, zostań na noc - poprosił. - Nie chcę, żebyś tam spała sama, skoro ten... to coś łazi pod twoimi drzwiami.
- Poradzę sobie - odparła. - Wiesz, że ciągle masz liść we włosach? Z drzewka pomarańczowego.
Sięgnęła do jego sterczącej czupryny, unosząc się lekko na palcach. Wyjęła delikatnie listek, zachwiała się i oparła na nagiej piersi Franka.
- Rose - zamruczał. Jego usta znalazły się nagle milimetry od jej twarzy, tak, że czuła jego ciepły oddech.
Pierwszy raz w swoim życiu Rose Montoya straciła kontrolę nad sobą. Ciepło płynące od ciała Franka, jego zapach, to wszystko sprawiło, że na moment straciła głowę i pozwoliła, by jego miękkie wargi musnęły na moment jej usta.
Wtedy jednak spanikowała.
- Ej, nie pozwalaj sobie - wyszarpnęła się gwałtownie z jego uścisku. Jej ciało zalewał strach, zmieszany z czymś zupełnie innym.
Z pożądaniem.
- Poniosło mnie - Frank wyciągnął rękę. - Słuchaj, nie będę cię dotykał, ale zostań.
- Nie ma mowy - odparła Rose. - Oddawaj moją kurtkę, Lamps.
Zastawił sobą drzwi do łazienki.
- Pod warunkiem, że będę mógł pojechać z tobą.
- Nie.
- I tak pojadę. Będę spał na wycieraczce, wybuchnie skandal i nie opędzisz się od prasy przez lata.
- Jesteś podły szantażysta!
- Jestem Frank Lampard.
- Idiota. Ubieraj się, chyba, że chcesz jechać w samych gaciach.
- Już się ubieram.
- Ale pamiętaj, śpisz na kanapie. Jak cię zobaczę w mojej sypialni, to dostaniesz w zęby.
- Założymy się?
- Zastawię drzwi komodą.
Poza centrum ulice Leicester były ciche, puste i spokojne. Kepler złapał trop bez trudu, wystarczyło tylko, że obwąchał rękawiczkę, przekazaną Majce przez Robbiego (bo Rose musiała gdzieś jechać, kucharz tłumaczył to bardzo mgliście) i ruszył przed siebie węsząc dookoła. Przeciągnął Majkę koło stadionu, obleciał kilka śmietników, zszedł nad rzekę i ruszył z powrotem w kierunku Dane Hills. Tam spenetrował kilka osiedlowych uliczek, spłoszył jednego kota i obudził śpiącego pod murkiem pijaczka, który odpowiedział jakże swojskim "A spierdalaj, kurwa!", wygłoszonym w bezbłędnej polszczyźnie.
- Boże, Wasilewski - sapnęła Majka po oględzinach, a raczej obwęszynach, w kolejnej ślepej uliczce. - Czy ty musisz tyle łazić, jak jesteś nawalony? No szukaj, piesku, szukaj, musimy znaleźć tego głąba.
Przelecieli przez park i znowu zagłębili się w osiedla szeregówek, by wyjść na jedną z główniejszych ulic. Majka z niejakim zaskoczeniem stwierdziła, że znajduje się pod Tesco, tym samym, w którym wpadła swego czasu na Wasyla. Pies, coraz bardziej ożywiony, przeciągnął ją przez parking, potem ciemnym przejściem przy ogrodzeniu na tyły, aż do paarkingu dla pracowników. Na jego środku leżał rozwalony jakiś człowiek.
Kepler rzucił się do sprintu, wyrywając Majce smycz z dłoni. Dopadł leżącego i merdając ogonem jak wiatrakiem zaczął go radośnie lizać po twarzy.
-...wal się - wymamrotał facet, głosem znajomym.
- No, znalazłam cię - stwierdziła Majka, stając nad nim. - Wstawaj Wasyl. Już!
- Nie ce - odparł i przewrócił się na bok. Kepler zaczął wylizywać mu ucho. - Ićsobie.
- Wstawaj, łosiu - zakomenderowała Majka. Pochyliła się i chwyciła go za rękę. - O stary, jak ty śmierdzisz...
Pogładziła go po zarośniętym policzku.
- No już, chodź - poprosiła. Kepler szczeknął, jakby się z nią zgadzał.
- Jide - oznajmił Wasyl, skrabiąc się niezgrabnie z asfaltu. - Jiiiiiiiiide!
- No idziesz, idziesz - stęknęła Krukówna, podpierając go, żeby się znowu nie położył.
- Jide! Chrystusie Niebieski! - Wasyl stanął chwiejnie na nogach. - Abo nie jide!
- Idziesz - Majka pociągnęła go za rękę. - Pamiętasz jak to szło? Najpierw prawa noga, potem lewa.
Pamiętał. Chwiał się wprawdzie jak osika na wietrze, ale dał się poprowadzić, asekurowany z boku przez Majkę i trącany w tyłek nosem przez psa.
- Tylko się na mnie nie wywal, bo mnie będą łopatką z asfaltu zeskrobywać - poprosiła Majka.
- Ja jide! Dopszodu! - ogłosił Wasyl.
- Idziesz, idziesz, nie musisz o tym zawiadamiać całego miasta.
Jakimś cudem udało im się dotrzeć do mieszkania Majki w zasadzie bez wypadków, jeśli nie liczyć jednej wywrotki na złośliwym krawężniku.
- On namje skoczył! - upierał się Wasyl.
- Tak, rzucił ci się do gardła - mamrotała Majka, opływając potem. - Z dzikim charkotem i szczerząc kły.
Otworzyła drzwi i wepchnęła Marcina do środka. Kepler przecisnął się przy ścianie, ciągnąc za sobą smycz. Majka uświadomiła sobie, że nie zadzwoniła do Ariadny.
Jednakże smród bijący od Wasyla i jego niemiłosiernie brudnej, wypaćkanej w czymś brązowym odzieży, okazał się na tyle silny, że postanowiła zacząć od czynności higienicznych. Dopilotowała więc Marcina do łazienki, posadziła na sedesie i rozebrała do bielizny.
Bielizna jednak, a dokładniej majtki, też przesiąkła tym brązowozielonkawym, cuchnącym czymś.
- Może urażę twą wstydliwość - rzekła Majka, ściągając mu gatki. - Niestety jednak muszę to zrobić.
Do wanny wpadł właściwie sam, na szczęście nie poobijał się przy tym za bardzo. Jedną ręką operując prysznicem i polewając Wasyla, drugą wyciągnęła komórkę i przedzwoniła do pani Potts. Ariadna była tak ucieszona z odnalezienia psa, że nawet ograniczyła swój zwykły słowotok.
- No dobra, myju myju - Majka sięgnęła po żel pod prysznic. Namydliła Wasylowi jego włochatą, potężną pierś i równie potężne barki, po czym przystąpiła do szorowania jego krótkiej czupryny. Leżał w wannie i wydawało się, że spał. Krople wody spływały z jego gęstych, ciemnych rzęs na policzki, a cała twarz tchnęła zadziwiającym spokojem.
I pięknem, stwierdziła Majka.
Ucałowała delikatnie jego szerokie, ciepłe czoło. Otworzył oczy i spojrzał na nią zamglonym, rozmarzonym wzrokiem.
- Jesteś łosiem, wiesz o tym? - zapytała, wzdychając. - A ja się w tobie głupio zakochałam.
- Wiem - odpowiedział zadziwiająco wyraźnie.
Majka patrzyła na niego przez chwilę, czując jak krew szumi w jej uszach.
- Znowu zrobiłam z siebie kretynkę - mruknęła. - Dobra, nie słyszałeś tego.
Umyła mu brzuch i nogi, udając przed sobą, że to piękne, mocne ciało wcale nie wzbudza w niej pożądania. Potem spłukała go solidnie letnią wodą i poszła poszukać czegoś, w czego można byłoby go ubrać.
- To żeby nie było, że cię molestuję - oznajmiła, odziewając go w różową koszulkę, tak się składało największą jaką posiadała. Koszulka była niezaprzeczalnie damska i miała na froncie radosnego kucyponka, brykającego wśród tęcz, jednak była w ogromnym rozmiarze, co gwarantowało, że Wasyl się w nią zmieści.
Całości kreacji dopełniły bokserki z Diabłem Tasmańskim, normalnie służące Majce jako spodnie od piżamy.
Tak przystrojony Wasyl, jakby nieco otrzeźwiony kąpielą, dał się wyprowadzić z łazienki. Na korytarzu Majka się zawahała. Chciała go ułożyć na kanapie w salonie, ale mebel ten, kryty czarnym skajem, miał miniaturowe rozmiary i siedzisko zaledwie na dwie osoby. Nie było mowy, żeby Marcin się na tym zmieścił.
Z lekkim wahaniem, pomieszanym z radością, zapakowała go do swojego łóżka, szczęśliwie będącego rozmiarowo łożem małżeńskim. Przykryła go kołdrą, odpięła smycz Keplerowi, który, bardzo zadowolony, ułożył się przy łóżku i sama poszła się umyć. Oraz wrzucić odzież Marcina do pralki.
Kiedy się kładła, on już spał, pochrapując cichutko.
Obudziła się jakiś czas później, z sercem walącym jak młot. Miała wrażenie, jakby ktoś położył jej kamień na piersi. Otworzyła oczy, szukając wzrokiem okna, ale wszędzie panowała ciemność, coraz gęstsza, coraz głębsza i jakby żywa, pulsująca i gniewna.
Ona miała kły.
I ktoś w niej stał. Widziała wyraźnie dwie czerwone iskry oczu w nogach łóżka i sama nie wiedziała jak, ale przysięgłaby, że w tym wszechogarniającym mroku dostrzega jednak zarys szerokich ramion i kapelusza.
Ciemność zwarła się wokół niej. Majka chciała krzyknąć, ale żaden głos nie wyszedł z jej ust, chciała się poruszyć, ale jej ciało nie słuchało. Pies zawarczał głucho, gdzieś blisko niej.
- Majka - ciepła dłoń dotknęła jej ramienia. - Nie bój się. Jak go nie wpuścisz do swojej głowy, to pójdzie.
Czuła w oddechu Wasyla alkohol, ale jego głos był zupełnie wyraźny. Tak jakby Marcin był trzeźwy. Ciepło bijące od jego dłoni sprawiało, że ciemność wydawała się znacznie mniej straszna.
Zamknęła oczy i pomyślała "Idź stąd cieniu. Zmiataj. To moja sypialnia i wcale cię tu nie chcę."
Ucisk na piersi zelżał, serce wyrównało rytm.
Otworzyła ostrożnie oczy. Pokój był znowu całkiem zwyczajny. Ten gęsty, pulsujący mrok zniknął, światło latarni wpadające przez okno wyławiało z ciemności różne sprzęty.
I twarz Wasyla, leżącego obok niej.
- On mi się często śni, najgorzej gdy jestem sam - powiedział. - Pokazuje mi różne straszne rzeczy, Witsela i inne takie. Chyba chce mnie zastraszyć. Teraz też mi się śnił.
- Mnie też się śni - odpowiedziała.
- A przychodził do ciebie jak byłaś mała?
- Stał zawsze w drzwiach do mojego pokoju. I patrzył. Tak jak teraz. - Majka się wzdrygnęła.
Przysunął się do niej i objął ramieniem.
- On lubi strach. - powiedział. - I samotność.
Majka wtuliła się w Wasyla z całych sił.
_____________________________________________________
Oto rozdział czwarty, którego długość zaskoczyla także mnie ;) Mam nadzieję, że wam się spodoba. Dałabym wcześniej, ale wczoraj mi trochę przeszkodziły boje Ronaldo ze Zlatanem. Straszna szkoda, że Ibry nie będzie na mundialu, ale Cris jest w takim gazie, że nie da się go zatrzymać.
A teraz bonus, bo jakby to było bez bonusa? :D

Możecie sobie wyobrazić, że zamiast spodenek ma na sobie ręcznik ;)
Martina