niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział 20

Nagle w jaskini zapadł mrok, znacznie gęstszy niż dotychczas. Latarka w ręku Molly przygasła, zupełnie jakby narastająca ciemność połknęła jej blask, a pląsające dotąd po jaskini i wokół Greya światełka, ściemniały i rozpierzchły się jak stadko wróbli.
Czarny Mężczyzna stanął nad Rose, czerwone ogniki jego oczu zajrzały w jej oczy. Dziewczyna miała uczucie, jakby to spojrzenie sięgało w najdalsze zakątki jej duszy i umysłu.
- Myślisz, że możesz mi się przeciwstawić? - głos jak grzmot zatrząsł jaskinią w posadach. - Ty, zwykły cygański bękart, którego nie chciał nawet własny ojciec? Ty, zwykła, mała kurewka?
Pod naporem ciemności Rose zaczęła się cofać.
- Kłamiesz - powiedziała przez zaciśnięte zęby. - Kłamiesz jak zwykle. On musiał wyjechać! Zmusili go!
Rekini uśmiech wykwitł pod rondem czarnej fedory.
- Wierzysz w to, prawda? Och, tak bardzo chcesz w to wierzyć - naigrywał się Mężczyzna. Wciąż na nią napierał, zmuszając się do cofania.
- Rose! - jęknęła słabo Molly z ciemności.
- Nie zostawię was! - krzyknęła Rose. - Pilnuj Franka!
- Frankowi już nic nie pomoże - prychnął Mężczyzna. - Frank jest trupem, serdeńko. A ty niebawem do niego dołączysz.
Rose trafiła plecami na skałę. Nie mogąc już dalej iśc do tyłu, zaczęła przesuwać się w bok, byle tylko nie dac się dotknąć ciemności otaczającej Czarnego Mężczyznę.
- Nie powstrzymasz mnie, za długo na to czekałem - Mężczyzna postanowił popełnic błąd wszystkich filmowych czarnych charakterów i zatonął w długiej, triumfalnej przemowie. - Tak długo, że wy, śmiertelnicy, nazwalibyście to wiecznością. Na tę chwilę, kiedy świat będzie mój, spowity mrokiem...
Rose przestała słuchać, koncentrując się na pozostałych dźwiękach, dobiegających jej uszu. Rzadki, chrapliwy oddech Franka, przyspieszony Molly. Głuchy pomruk ze studni, dalej pojękiwanie sponiewieranego Greya. Przesunęła się jeszcze trochę w bok, coś zaplątało jej się między nogami. Czaszka. Postąpiła jeszcze jeden krok i skała za jej plecami raptownie się urwała. Rose odwróciła się, odkopnęła kolejną czaszkę i pobiegła wąskim korytarzykiem przed siebie, świecąc sobie komórką, dobytą z kieszeni. Miała nadzieję, że Czarny Człowiek będzie ją ścigał, dając Frankowi i Molly chwilę oddechu.
Kości chrzęściły pod jej stopami, gdy wpadła do niewielkiego pomieszczenia, o ścianach pomalowanych na czerwono. Obejrzała się, by ujrzeć wyszczerzonego w okropnym usmiechu Czarnego Mężczyznę, sunącego w jej stronę jakieś pół metra nad ziemią. Krzyknęła, uderzyła goleniami w coś twardego, przewróciła się i krzyknęła jeszcze raz.
Siedziała teraz w czymś w rodzaju brodzika, którego granice wyznaczał murek z głazów, z grubsza ociosanych i dopasowanych o siebie, murek, w który przed chwilą wyrżnęła nogami, uciekając w popłochu. W ścianie, zamykającej jeden z konców brodzika, ział trójkątny otwór, stworzony siłami natury, poniżej otworu zaś skała była gładka, jakby glazurowana.
- No i dokąd teraz uiekniesz? - zapytał Mężczyzna.
- Anu! - głos Molly dobiegał jak z bardzo daleka. - Anu!
Przez głowę Rose przeleciał ekspresowy pociąg skojarzeń. Czarna Annis, Drzwi, wyschnięte źródło, w którym siedziała. Anu.
Annan. Ana. Morrigan.
Strażniczka Światów.
Hekate.
Rose uderzyła obiema dłońmi w ziemię.
- Anu! Pomóż mi go pokonać! Przybądź Anu!
Strugi srebrnego światła wytrysnęły spod dłoni Rose. Moc przeszyła ją od stóp do głów, stawiając wszystkie włosy na ciele dęba, a blask spowił ją jak srebrny kokon.
Mężczyzna cofnął się, Rose słyszała jego wrzaski, w swojej glowie i w swoich uszach.
- Nie! Nie! NIE!
Srebrne światło uformowało postać kobiety, stojącej ramię w ramię z Rose.
- Nie pozwolimy ci ich zabić - oznajmiła Montoya. - Nie zabijesz już nikogo więcej.
Srebrna bogini rozpostarła ramiona, rzucając blask na czerwone ściany pomieszczenia.
A potem światło zwarło się z ciemnością.
Rose sama nie wiedziała jak znalazła się z powrotem w głównej jaskini. Skała wokół studni zaczynała już pękać, pod wpływem szturmujących macek, wokół zaś pląsał na nowo rozradowany Grey. Pod sklepieniem przewalały się z rykiem światło i ciemność w odwiecznej walce.
Wyciągnęła dłonie i stwierdziła, że tryska z nich srebrzysty blask, a moc wciąż płynie jej żyłami.
- Do piekła! - wrzasnęła, uderzając w macki światłem. - Paszły!
Zwinęły się natychmiast, ale gdy tylko blask przygasł, wystrzeliły z powrotem.
- Paszły won! - ryknęła Rose, zadając następny cios.
- Nie dasz rady! - wrzasnął Grey. - Nie dasz rady! Nie da...! Aaaaa!
Porażone kolejną świetlną bombą macki zadrgały i zwinęły się kurczowo, jedna zaś owinęła się wokół kostki milionera.
- Nie, puszczaj! - wrzasnąl rozpaczliwie. - To nie tak miało być!
Rose posłała kolejną porcję blasku wprost w czarny otwór studni. Z głębin kwiknęło i macki jęły się chować z zawrotną prędkością, ciągnąc za sobią Greya. W ostatniej chwili zdołał uchwycić cembrowinę i to zatrzymało go na powierzchni.
- Pomóż mi - jęknął błagalnie, patrząc na Rose. - Pomóż... Daj mi rękę!
W tym momencie ciemność poddała się światłości. Potworny ryk zatrząsł, zdawało się, całym światem. a drgania ziemi dawało się odczuć nie tylko w Leicester, ale i w przyległych miejscowościach. Czarny wir oderwał się od sklepienia i niczym rozpędzone wiertło wbił się w otwór studni, pchając przed sobą Greya.
Podłoga jaskini wciąż drgała, tak samo jej ściany.
- Chyba musimy stąd iść - Rose rozejrzala się z obawą. - Molly, dasz radę mi pomóc? Trzeba zabrać stąd Franka.
- Rose, ja nie wiem... - Molly przyłożyła dwa palce do szyi Lamparda. - Nie czuję tętna...
Srebrny blask spłynął miękko spod sufitu i uformował się w postać kobiecą. Mógłby uformować się równie dobrze w pałac Windsor, Rose bowiem nie zwracała na niego żadnej uwagi. Jedyne co ją teraz interesowało to Frank, leżący na kamieniach, z kredowobiałą twarzą. Usiadła przy nim, gładząc go po włosach i policzku.
- No i skrewiłam - powiedziała. - Chciałam ci pomóc, naprawdę chciałam. Kocham cię, Frankie...
Położyła głowę na jego piersi, nie mając siły powstrzymywać łez, cisnących jej się do oczu.
- Tak mi przykro, Rose - usta Molly wygięły się w podkówkę.
- Ojejej, a czemuż ci przykro, moja droga? Jeszcze zatańczysz na ich weselu! - odpowiedział znajomy głos.
Rose poderwała głowę. Tam, gdzie przed chwilą stała świetlista postac, teraz znajdowała się starsza pani, jak zwykle odziana w beżowy kostium, z torebką przewieszoną przez ramię i w nieodłącznym brązowym kapelusiku na głowie.
- Panna Waterhouse? - zdziwiła się Rose.
- Co pani tu robi? - zapytała oszołomiona Molly.
- No przecież, moje kochane, jak to co? - staruszka się roześmiała. - Pomagam wam sprzątać ten cały bałagan! Ale, ale, my tu gadu gadu, a tu trzeba Franka przenieść w inne miejsce, o tam będzie dobrze, tam jest wysoko. Porządne sprzątanie, moje drogie, to tylko na mokro.
Przeniosły posłusznie ciało Lamparda we wskazane miejsce , gdzie podłoga jaskini wyraźnie wybrzuszała się w górę.
- A teraz uwaga, trzymajcie się mocno, bo będzie trochę chlapać! - oznajmiła panna Waterhouse.
Klasnęła w dłonie. Zaszumiało, potem szum przeszedł w stłumiony ryk.
- Źródło... - domyśliła się Rose.
Potężna fala wody chlusnęła z korytarzyka, wiodącego do czerwonego pokoju, wymywając wszystkie kości i zalewając na chwilę jaskinię, obmywając jej wszystkie ściany, a potem spienionym strumieniem odpływając do studni. Rose w ostatniej chwili złapała swoją płócienną torbę, dryfującą na wodzie, a potem osłoniła sobą Franka.
Woda kotłowała się i bulgotała na podłodze groty przez chwilę, potem spłynęła, pozostawiając wilgotne ściany i świeży, rześki zapach w powietrzu.
- No i już - oznajmiła z zadowoleniem panna Waterhouse. - Posprzątane. A studnia pełniutka wody.
Dziewczyny otworzyły oczy. Starsza pani, mimo iż cały czas stała na środku jaskini, była sucha jak pieprz, nawet jej pantofle nie nosiły najmniejszego śladu wilgoci.
- O, kochanie, dobrze, że masz tę torbę, znajdzie się tam jakaś butelka? - zapytała. - Trzeba przecież pomóc temu miłemu chłopcu, tak dzielnie walczył z tym wielonogim paskudztwem i tak bardzo cię kocha. Skocz no do źródełka i przynieś wody z niego. Jak się Frank napije to zaraz mu będzie lepiej.
Tego nie trzeba było Rose powtarzać. Drżącymi dlońmi wydłubała z torby butelkę mineralnej, wylała zawartość i pogalopowała do źródełka. Wróciła z pełniutką butelką w tempie, jakiego nie powstydziłby się Usain Bolt.
- Podnieś mu głowę, Molly - skomenderowała.
Molly posłusznie podparła Franka, a Rose wlała w jego blade wargi zimną, czystą wodę ze źródełka.
- Pij Frankie - powiedziała tonem, jakiego zwykle używa się wobec dzieci. - Przecież cholera, nie możesz mnie tak zostawić. No pij.
Podała mu jeszcze trochę wody, część spłynęła mu po podbródku.
Przez chwilę nie działo się nic. Rose ogarnęły już straszliwe myśli, że panna Waterhouse, Hekate, czy kimkolwiek była ta istota, straszliwie z niej zadrwiła, że Frank umarł, że jest po wszystkim.
I wtedy rozległ się absolutnie najpiękniejszy dźwięk na świecie.
Frank Lampard się zakrztusił.
Kaszlał, prychał i pluł przez chwilę, na jego twarz zaś wracały normalne barwy. Osłupiała Molly pomacała go po szyi.
- Normalne, porządne tętno - oznajmiła radośnie.
- Ty żyjesz - Rose chwyciła Franka w objęcia. - Frankie! Ty żyjesz! Frankie!
- No żyję, żyję - wychrypiał, przytulając Rose.
Rose śmiała się przez łzy, całując Lamparda chaotycznie po oczach, nosie, czole, brwiach i policzkach.
- Kocham cię, ty... ty... ty pawianie! - oznajmiła.
- Też cię kocham, kolczasta Różyczko - odpowiedział.
Po czym zatonęli w głębokim, namiętnym pocałunku.
Molly tylko westchnęła i spojrzała na pannę Waterhouse.
- Ach wy, ludzie - westchnęła staruszka z rozbawieniem. - Od tysięcy lat tacy sami. Weź, no Molly, moja droga tę wodę, wy też się powinnyście napić.
Molly golnęła sobie cudownego napitku z wielką chęcią i poczuła jak nowe życie wlewa się w jej zmęczone, poobijane ciało.
- Cudownie - mruknęła.
Rose zdołała na chwilę oderwać się od Franka i przyjęła butelkę z rąk Molly.
- Nalejcie świeżej wody, jak skończycie, moje kochane, Wasyl i Majka będą jej potrzebować - pouczyła starsza pani. - A i Walterowi się przyda.
Molly zerwała się na równe nogi.
- No właśnie, co z nimi? - krzyknęła.
- Nie martw się, wszystko jest pod kontrolą - uspokoiła panna Waterhouse. - No, prawie wszystko. Ale lepiej będzie, jak się pospieszycie, kochani.
- Nie wiem co jest w tej wodzie, ale czuję się tak, że mógłbym z marszu zagrać trzy mecze - oznajmił radośnie Lampard, zrywając się sprężyście z podłogi. - I o, ta dziura w ramieniu zniknęła!
Rose też się podniosła i obejrzała biceps Franka. Po ukąszeniu przez gigantycznego wija nie było śladu.
- O żeż ty - zdziwiła się. - Tak prawdę mówiąc, to ja się też zajebiście czuję. Zupełnie jakby mnie ta upiorzyca nie skotłowała, ani nic.
- Święte źródło - rzekła panna Waterhouse z szerokim uśmiechem.
- Też się świetnie czuję, ale czy moglibyśmy wracać na górę? - przynagliła delikatnie Molly.
- Ale którędy? - zapytał Frank. - Wyjście jest zasypane.
Panna Waterhouse pokręciła głową z niesmakiem.
- Wybaczcie mi, taka dzisiaj jestem roztargniona - rzekła. - Przez to wszystko zupełnie zapomniałam o wejściu!
Podeszła do skalnej ściany, machnęła ręką i skała się rozstąpiła, tworząc wejście na wąską, spiralną klatkę schodową.
- No, lećcie już! - przynagliła.
Tymczasem w kamiennym kręgu w Bradgate zaroiło się od wielkich, brodatych motocyklistów, odzianych w skóry i dżins.
- Chcieli mnie pobić! - wrzasnął James Rainault, bardzo starając się wyglądać jak niewinna ofiara. - Ratujcie!
Ojciec Ghiottone spojrzał na niego z politowaniem.
- Masz pecha, synu - rzekł. - Tak się składa, że ja te owieczki znam i wątpię, żeby chciały dać komuś w ryj bez dobrego powodu.
- Mamy bardzo, bardzo dobry powód - oznajmił jadowicie Walter. - On zabił te wszystkie dziewczyny, Laurę, Ronette, Zoe i Moirę!
- I chciał zabić Wallego - dodał ponuro Marcin.
Ksiądz spojrzał na Jamesa, wciąż usiłującego sprawiać wrażenie niewinności ucieleśnionej.
- To prawda, synu? - zapytał surowo.
- No co też ksiądz, proszę księdza - prychnął Rainault. - To zwykłe pomówienia! Jestem poważnym weterynarzem!
Jeden z motocyklistów, człowiek niski i pękaty, acz równie brodaty jak reszta, podszedł do niego i przyjrzał mu się uważnie.
- Ja go znam - rzekł. - Ma gabinet w Nottingham. I bardzo lubi kręcić się przy kamieniach.
- No sam ksiądz widzi, księże Tuck, ja jestem tylko niegroźnym dziwakiem! - wrzasnął James. - Ja nikogo nie morduję!
Nagle ziemia zadrżała, jak wielki pies, próbujący strząsnąć z siebie pchły.
Korzystając z chwili nieuwagi, wywołanej nagłym wstrząsem, Rainault próbował prysnąć, ale osadziło go w miejscu złowrogie warczenie Keplera.
- No dobrze, synu, mam dla ciebie propozycję - rzekł Ghiottone. - Udasz się na policję i wyznasz im, jak w konfesjonale, wszystkie swoje grzechy.
- A jak nie, to co? - zapytał zuchwale James.
- No wiesz, ja już muszę jechać, msza i te sprawy... - ksiądz wykonał szeroki gest ręką. - Zostawię cię z moimi chłopcami... a niektórzy z nich znali zamordowane dziewczyny.
Rainault potoczył spojrzeniem po srogich gębach i potężnych bicepsach "chłopców".
- Chętnie zostanę z chłopakami Ghiottone - oznajmił Wasyl, krzyżując ramiona na piersi. - I sobie z tobą pogadamy, tak od serca. Co ty na to Jimmy?
- Proszę księdza ja chcę na policję - oznajmił Rainault. - Jak najszybciej!
- Mądra decyzja - pochwalił Tuck.
Majka rozmasowała brzuch, po czym przestąpiła z nogi na nogę. Czuła się jakoś dziwnie, jakby coś uciskało jej podbrzusze. Pomasowała się jeszcze raz, po czym spojrzała na swoje krocze.
Na tkaninie spodni wyraźnie rysowała się plama krwi o rozmiarach monety dwupensowej.
- Marcin - jęknęła Majka, czując, że jej słabo. - Marcin, ja krwawię!
- Co? - Wasyl nie zrozumiał.
- Ttto... ttto chyba poronienie - zajęczała.
- O kurwa - Marcin pobladł jak giezło. - Lekarza!
- No przecież jestem - rzekł spokojnie ksiądz Tuck. - Który tydzień?
- Dziewiąty, albo dziesiąty - Majka w ramionach Wasyla drżała jak liść.
- To do domu, w szpitalu nic nie zrobią. Na motory, dzieciaki! - zarządził Tuck. - Flint, ty i Buckie zawieźcie tego palanta na gliny.
Flint, wysoki, chudy i rudy jak pochodnia, posłusznie skinął głową.
Po chwili Majka siedziała już wygodnie w motocyklowej przyczepce, z siodełka obok, za plecami jednego z motocyklistów Tucka, wychylał się Wasyl, a cała eskadra z rykiem silników pruła w kierunku mieszkania Lamparda.
A tam nie było nikogo. Apartament był pusty i w lekkim nieładzie. Wasyl zaniósł Majkę do pokoju gościnnego, troskliwie ułożył ją w łóżku i zostawił w rękach Tucka. W progu zderzył się z rozlatanym z nerwów Walterem, który nie wiedział,czy płonąć furią, czy umierać ze strachu.
- Molly, Grey ma Molly! - wyjęczał Walter. - Oni na pewno, na pewno są w podziemiach!
- Grey? - zdziwił się ksiądz Ghiottone. - Tego milionera masz na myśli, synu?
- To zły, zły człowiek! Kazał zabić moją mamę! - Walter nie taił oburzenia i odrazy. - I współpracował z tym, tym Jamesem! Chciał, żeby on zabijał!
Ksiądz podrapał się wielkim łapskiem po głowie.
- Zawsze miał niezdrowy pociąg do czarnej magii - mruknął. - Wcale bym się nie zdziwił, gdyby...
Nie dokończył. Głuchy, a potężny grzmot przetoczył się nad miastem, wstrząsając budynkami, dzwoniąc szybami i uruchamiając samochodowe alarmy.
Wasyl przytomnie skoczył do salonu i uruchomił telewizor.
- Domniemany samolot terrorystów okazał się deszczem meteorytów - mówiła prezenterka. - Liczne, jak się okazuje fałszywe, alarmy zaniepokojonych mieszkańców Leicester niemalże postawiły w stan gotowości bojowej lotnictwo w najbliższej bazie wojskowej, wyszło jednak na jaw, że za pożary w mieście odpowiada chmura drobnych meteorów, poprzedzająca upadek bolidu. Bolid ten przed chwilą eksplodował w atmosferze.
Niezbyt wyraźne nagranie wideo prezentowało bolid, podejrzanie przypominający kształtem smoka, znikający w potężnym, niebieskobiałym rozbłysku, któremu akompaniował grzmot.
- Mimo iż odnotowano straty materialne w dzisiejszych zajściach na szczęście nikt poważnie nie ucierpiał - zakończyła uśmiechnięta spikerka.
- Coś mi mówi - mruknął ksiądz. - Że wasi przyjaciele całkiem nieźle sobie radzą w tych podziemiach.
Wywiązała się gorąca debata, czy iść na poszukiwania zaginionej trójki, czy raczej poczekać, przy czym Walter zdecydowanie optował za wyprawą, natomiast Marcin, ze zrozumiałych względów był rozdarty. Nie zdołano dojść do żadnych konstruktywnych wniosków, gdy w salonie zjawił się ksiądz Ghiottone.
- No i co, niech ksiądz mówi! - Wasyl niemalże uniósł niedużego wzrostem duchownego do góry.
- Ty jesteś ojcem, synu? - zapytał Tuck spokojnie.
Marcina z lekka zamurowało.
- Znaczy się, że co? - zapytał bardzo inteligentnie.
- Czy ta dziecina poczęta to owoc twych lędźwi? - cierpliwość Tucka była niezmierzona. - No wiesz, czy jesteś producentem, czy to ty zasadziłeś nasionko... Mówiąc wprost: czy Majka nosi twoje dziecko?
- Aaa, tak, ja jestem, znaczy nosi moje dziecko - zreflektował się Wasyl. - No i co z nimi, powie mi ksiądz?
- Powiem - zgodził się uprzejmie duchowny i lekarz w jednej osobie. - Twoja, mam nadzieję, żona, lub przyszła żona, powinna dużo odpoczywać. Za dużo wysiłków dzisiaj miała. Posłałem chłopaków po leki rozkurczowe, zaraz powinni być. Niech je zażywa zgodnie z zaleceniami i niech leży. Plackiem. Może uda się wtedy zatrzymać krwawienie i skurcze.
- Może?! - Wasyl wyglądał przez moment jakby miał zamiar udusić księdza Tucka. - Co znaczy może?!
- To, że niezbadane są wyroki boskie, a ja nie jestem cudotwórcą - odparł ksiądz.
- Synu - Ghiottone uznał za stosowne się wtrącić. - Byłbym ci bardzo zobowiązany, gdybyś powstrzymał się od uszkadzania mojego serdecznego kumpla od kropidła.
Marcin popatrzył na swoje dłonie, zaciśnięte kurczowo na barkach Tucka, po czym je otwarł.
- Przepraszam - powiedział. - Tylko wie ksiądz, cholernie mi na niej zależy... I na naszym dziecku też...
- To idź jej to wreszcie powiedz! - wybuchł Walter. - Ja nie powiedziałem Molly tylu rzeczy, a teraz mogę już nie mieć okazji, więc przynajmniej ty nie bądź cymbałem!
Wszyscy na moment skamienieli, patrząc na nieśmiałego zazwyczaj i cichego Waltera, jak na zjawisko paranormalne.
Pierwszy ocknął się Wasyl.
- Masz rację chłopie - rzekł, klepiąc Waltera w plecy. - Jestem cymbał. A ty jesteś mądry gość.
Wyszedł z pokoju, w progu jednak zatrzymał się i spojrzał na Tucka.
- A, proszę księdza... - zaczął z wahaniem. - Czy Majce wolno się całować?
Tuck zastanowił się głęboko.
- Myślę, że wolno - orzekł.
________________________________________________
Po długiej przerwie wreszcie napisałam nowy rozdział, mam nadzieję, że nie macie mi za złe, że musiałyście tyle czekać. No i że wam się spodoba :)
M.

1 komentarz:

  1. Nie jestem najlepsza w pisaniu komentarzy, ale spróbuję coś konstruktywnego naskrobać. Blog, opowiadanie jest wspaniały, cudowny, niesamowity. Nigdy nie gustowałam w potworach, upiorach, egzorcyzmach(Egzorcystę "oglądałam" z twarzą schowaną w szaliku), ale od tego opowiadania nie mogłam się oderwać. Zresztą jak i od pozostałych napisanych przez Ciebie, Fiolkę lub wasze wspólne. Szczególnie od "Siostrzyczek", które były po prostu nieziemskie. Mam cichą nadzieję, że kiedyś uda Ci się skończyć to opowiadanie. Czytając niektóre teksty płakałam ze śmiechu, aż moja kierowniczka w pracy podnosiła głowę znad biurka zainteresowana tym dlaczego parskam ze śmiechu nad telefonem. A na koniec, dziękuję jeszcze raz za odblokowanie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń