czwartek, 31 października 2013

Rozdział 2

To everything there is a purpose
To every blade of grass and every leaf on every tree
Every livin' thing will surely come to pass
And what will be, will be, hoo
That's when the hurtin' time begins

Annie Lennox "The Hurting time"

W najciemniejszym kącie kojca lśniła niespokojnie para bursztynowych oczu.
- Room service, milordzie - rzekła Majka uprzejmie, wyciągając w stronę prętów miskę, pełną jedzenia. - Zobacz, Valdes już wcina.
Wskazała głową na sąsiedni kojec. Jego lokator, pies rasy bliżej nie określonej, ostrzyżony tak krótko, że spomiędzy sierści prześwitywała mu różowa skóra (i dlatego złośliwie ochrzczony przez jednego z pracowników nazwiskiem bramkarza Barcelony) pożerał zawartość swojej michy tak łapczywie, że aż oczy wychodziły mu na wierzch.
Pozostałe kojce stały puste, ich mieszkańcy bowiem zostali odrobaczeni, odpchleni, wyleczeni z ewentualnych dolegliwości skórnych, zaaklimatyzowani i dołączeni do głównej psiarni, ewentualnie adoptowani na miejscu. Biedny Valdes wciąż jeszcze miał problemy ze skórą, które kosztowały go utratę futra, natomiast pies, określony przez Majkę mianem milorda był po prostu trudnym przypadkiem. Z innymi psami nawet by się dogadał, gorzej było z ludźmi. Tych traktował jak bezwzględnego wroga, wobec którego jedyną obroną był natychmiastowy atak.
- No chodź, głupolu - zachęciła Majka. - Nie mogę tu tak stać, właśnie przyjechały dwa sfilcowane persy i trzeba je wyczesać, a potem jeszcze zrobić obchód z lekarstwami.
Z kąta dobiegł cichy pomruk.
- Pyszne jedzonko, mówię ci. Wyłaź z tego kąta.
Para lśniących oczu zmieniła nieco położenie, widać ich właściciel przekrzywił głowę.
- Gdybyś był prawdziwym mężczyzną, tobyś tu przyszedł, a ty tchórzysz przede mną. Czy ja wyglądam na groźną? - zapytała Majka retorycznie.
Czarny, lśniący nos wysunął się z mroku, węsząc ostrożnie, za nim pojawiła się porośnięta żółtą sierścią kufa, a za kufą cała reszta pięknego owczarka niemieckiego.
- Mądry chłopak - pochwaliła Majka. - No chodź.
Pies postąpił krok na sztywnych łapach, napięty, gotowy zaatakować w każdej chwili.
- Proszę - Majka pochyliła się i wepchnęła miskę do kojca, przez specjalną szparę pod zrobioną z prętów bramką. - Smacznego.
"Milord" wahał się przez chwilę, ale głód przeważył nad strachem. Zawartość miski była zdecydowanie zbyt kusząca, żeby zwracać uwagę na tę dziwną osobę, która stała za kratami i nie chciała sobie pójść.
Osoba postała jeszcze chwilę i popatrzyła na jedzącego psa, po czym poszła do kociarni, zająć się persami, razem z Jill, która była głównodowodzącą w tej części azylu. Dwa biedne stworzenia, bardziej przypominające kule filcu niż żywe istoty, siedziały w klatkach, w sali zabiegowej, czekając na swoją kolej.
Jill odgarnęła rudą grzywkę z oczu, po czym wyłowiła z klatki pierwszego kota i postawiła go na stole do zabiegów.
- Czesanie chyba sobie odpuścimy - rzekła, obmacując stworzenie. - I zaczniemy od razu od strzyżenia. Przytrzymaj go.
Po półgodzinie mozolnej pracy bura filcowa skorupa leżała na podłodze, a na stole siedział krótkowłosy kot w kolorze niezaprzeczalnie białym.
- Eeej, słyszałyście? - Coltrane wsadził głowę przez drzwi. Czubek jego długiego nosa drgał z lubości. - Zaginęła dziewczyna! Jak nic ją znajdą zamordowaną, tak jak tamtą poprzednią!
- Przymknij się, płoszysz mi kota - burknęła Jill, podnosząc maszynkę znad grzbietu nie ostrzyżonego jeszcze zwierzęcia. Jego kolega z nową fryzurą siedział już w kojcu. - On jest wystarczająco zestresowany.
- To ten sam zbok, mówię wam! - oczy mężczyzny zabłysły niezdrowym podnieceniem. - Chcą organizować poszukiwania, ale znajdą tylko jej ciało!
- Kto je organizuje? - zapytała Majka, mechanicznie głaszcząc kota.
- A nie mam pojęcia, ale punkt zborny jest podobno w Ten Bells - odparł Coltrane.
Majka sięgnęła do kieszeni i sprawdziła telefon. No tak, dwa nieodebrane esemesy od Rose.
Zaprzyjaźniły się w pewnym stopniu podczas leczenia Jonesy'ego i chociaż kot już nie musiał dostawać antybiotyku, Majka wciąż wpadała codziennie do Ten Bells, pogadać z Rose. Teraz, skończywszy pracę wpadła do siebie tylko po to, aby wziąć prysznic i zmienić ciuchy, czego bardzo pilnowała od tamtego momentu, gdy wyperfumowała się koniem, i popędziła do pubu.
Prawdę mówiąc nie lubiła zostawać sama w domu. Jeszcze przed przyjazdem do Anglii odnowiły jej się nocne lęki, nieodmiennie kończące się przebudzeniem z wrzaskiem i paniczną ucieczką przed siebie, a teraz w dodatku dołączyły do nich kretyńskie przywidzenia. Najczęstszym była czarna sylweka mężczyzny stojąca w nogach łóżka, abo gdzieś w kącie i gapiąca się na nią, oczyma których widac nie było, bo niknęły w ciemności, panującej pod rondem szerokiego kapelusza, który ów cień nosił na głowie. Były jednak także inne, na przykład topielec, stojący za jej plecami, którego przez ułamek sekundy dostrzegła w łazienkowym lustrze, wychudzona twarz, złowiona kątem oka w odbiciu w oszklonych drzwiczkach kredensu i wreszcie przebój ostatniej nocy: szkieletowata jędza, z niebieską twarzą, która wyskoczyła w środku nocy zza wezgłowia łóżka Majki, chwyciła ją za rękę i zaczęła gdzieś ciągnąć. Majka wrzasnęła, zamachała rękami, przewróciła szklankę herbaty, stojącą na nocnym stoliku i wypadła z łóżka.
Resztę nocy spędziła przy zapalonym świetle, przeklinając swoją przerośniętą wyobraźnię, która, była tgo pewna, odpowiadała za te wszystkie zwidy. Wyobraźnia i stres związany z pobytem w zupełnie nowym miejscu.
Teraz zaś maszerowała energicznie w stronę Ten Bells, bardzo zadowolona, że nie spędzi wieczoru w domu, walcząc z tym dziwnym uczuciem, że ktoś się na nią gapi.
Ten Bells było pełne, takie obłożenie notowało normalnie tylko przy meczach Chelsea i reprezentacji Anglii. Nawet Walter skrzętnie schował swoje papiery do aktówki i przycupnął przy barze, starając się broń Boże niczym nie zaczepiać siedzącego obok mężczyzny, którym był, tak się składało, Lampard.
Piłkarz siadał zwykle przy jednym ze stolików, w milczeniu sącząc swoje piwo i przyglądając się ludziom, oraz wytrwale ignorując awanse Moiry, która raz rozpięła nawet swój służbowy fartuszek na piersiach tak głęboko, że Rose poczuła się zmuszona zwrócić jej uwagę.
- Ten Bells to nie klub topless - rzekła, wywoławszy ją na zaplecze. - Zapnij się trochę, bo ci wszystkie skarby zaraz wylecą.
- Jesteś zazdrosna, ot co! - prychnęła Moira. Mimo wszystko sięgnęła jednak do dekoltu i zaczęła się zapinać.
- Zazdrosna? Niby o co? - zdziwiła się Rose.
- O Lamparda, oczywiście - odburknęła kelnerka, starannie poprawiając na sobie odzież, tak, by układała się możliwie najbardziej kusząco. - Boisz się, że ci go odbiję.
Montoya spojrzała na swą podwładną z niedowierzaniem.
- Sufit ci na głowę zleciał? - zapytała. - Bo pierdzielisz jak potłuczona.
- Dobra dobra, nie udawaj niewiniątka - Moira ujęła się pod boki. - Mylisz, że nie widzę, jak się na niego gapisz? I jak on się gapi na ciebie? Już mi tu kitu nie wciskaj, lecisz na niego jak pershing!
- Spadaj - burknęła Rose.
Teraz Frank, razem ze swoimi szaroniebieskimi oczyma i długimi rzęsami siedział przy barze, a to wytrącało Rose z równowagi. Dwadzieścia trzy lata swojego życia obywała się bez randek, chłopaków i innych takich głupot i nie zamierzała teraz dopuszczać, żeby jakiś rozpuszczony, bogaty paniczyk futbolista mącił jej w głowie, nawet jeśli był to Frank Lampard, jej idol z dzieciństwa i jeden z ulubionych piłkarzy jej dziadka.
Kiedy siedział gdzieś przy stoliku, Rose potrafiła nad sobą zapanować, jednak teraz jej organizm zaczynał wyczyniać jakieś dziwne sztuki. Za każdym razem kiedy Lampard podnosił oczy znad kufla i spoglądał na nią, czuła, wyraźnie czuła, że się rumieni, jak jakaś durna pensjonarka. Cholera, nie mógłby siedzieć gdzie indziej, razem z tym dyskretnym zapachem dobrych męskich perfum, zgrabnymi dłoniami i tym tajemniczym spojrzeniem?
O tak, Rose była zła, bardzo zła.
Na szczęście zawsze mogła wyskoczyć na chwilę zza baru, żeby zajrzeć do kuchni, albo pogonić Moirę, która w tej chwili mizdrzyła się właśnie do grupki zawodników Leicester City, okupujących jeden ze stolików w głębi i świętujących wygrany mecz.
- Moira! - ryknęła Rose, głosem walkirii. - Ludzie czekają!
Kelnerka podskoczyła, niemal wypuszczając z rąk tacę. Jej usta, pomalowane grubą warstwą szminki w odcieniu strażackim, ułożyły się przez chwilę w idealne, czerwone kółeczko, wyrażające zaskoczenie.
- Lecę, lecę! - zapiszczała, posyłając ubawionym piłkarzom pożegnalne spojrzenie spod rzęs.

Wszystkich trzeba pilnować, wszystko na jej głowie, pomyślała. Dorośli, a zachowują się jak dzieci.

Majka wpadła do pubu niczym tajfun, niezupełnie zamierzenie. Po prostu ciężkie drzwi wejściowe wymagały solidnego pchnięcia, a tym razem wyszło ono zbyt solidne, odrzwia poddały się zadziwiająco łatwo i Krukówna poleciała naprzód, puszczając po drodze klamkę. Uwolnione drzwi zatrzasnęły się z hukiem, Majka zaś wbiła się jak klin między Waltera i Lamparda, zatrzymując się z impetem na barze.

- Najmocniej panów przepraszam, cześć Rose - wyrzuciła z siebie na jednym oddechu.
- Wejście smoka - oceniła Montoya, z uśmiechem.
- A bo te wasze drzwi to się tak jakoś lekko otwierają dzisiaj - poskarżyła się Majka.
- Naoliwiłam dzisiaj zawiasy - odparła Rose, nie przestając się uśmiechać. - Słuchaj, jest sprawa, zaginęła dziewczyna, córka moich znajomych. Wyszła ze szkoły, do domu nie wróciła. Wszystkie ręce do wieszania plakatów potrzebne. I jest ściepa na kolorowe ksero.
- Przepraszam, że podsłuchuję - usprawiedliwił się elegancko Lampard. - Chciałbym pomóc. Ile potrzeba tych plakatów?
- Słusznie pan przeprasza - fuknęła Rose. - Podsłuchiwanie jest cholernie niegrzeczne. Nie uczą tego w Chelsea?
- Uczą - odparł Frank, uśmiechając się lekko. - Ale pozwoliłem sobie na niegrzeczność w słusznej sprawie.
- Nawet sławnym piłkarzom nie wszystko wolno! - odpaliła Rose, nastawiona konfrontacyjnie.
- Sław... - Majka spojrzała na faceta, któremu wbijała łokieć w żebra. Wydawał się jej przedtem jakiś taki znajomy, jednak dopiero teraz jej umysł zajarzył. - O rany, pan to pan! - wyrwało jej się.
- Na ogół bywam sobą - odparł Lampard uprzejmie. - I zgadzam się, że sławnym piłkarzom nie wszystko wolno, ale pomóc w poszukiwaniach zaginionej dziewczynki chyba tak?
Gotowa do dalszej batalii słownej Rose nagle uświadomiła sobie co robi. Facet ma dobre checi, a ona go beszta. Idiotyczne.
- Oczywiście, że wolno. Przepraszam, trochę chyba się zapędziłam - powiedziała, czując, że się idiotycznie czerwieni. Do licha, Rose Montoya się nie czerwieniła jak jakaś pensjonarka!
- Nie szkodzi. To ile tych plakatów potrzeba? - zapytał Frank. Podobała mu się ta złośnica. W innych okolicznościach może by się nawet koło niej zakręcił.
- Ile się da - odparła zwięźle Rose.
- W porządku, zamówię je z samego rana i przywiozę je tutaj. Może być?
- Jak najbardziej. Zaraz dam panu adres strony na facebooku, tam pan znajdzie wzór.
Zapisała adres na karteczce wyrwanej z bloczka trzymanego pod barem i podała mu ją, starannie unikając patrzenia w jego oczy. Wytrącały ją z równowagi. Potem wyszła zza baru, stanęła na środku pubu i nabrała tchu.
- Proszę o ciszę! - zagrzmiała. Gwar głosów cichł powoli. - Cisza, mówię!
Teraz wszystkie oczy patrzyły na nią.
- Jak wiecie dzisiaj po południu zaginęła dziewczyna, Ronette Paulson. Ma szesnaście lat, chodzi do Stonehill High School i tam ją ostatnio widziano. Kto chce pomóc, niech się zgłasza jutro rano tutaj, po plakaty. O pierwszej po południu zaplanowane jest przeszukanie terenu koło klubu golfowego Rothley Park, zbiórka przed kościołem w Thurcaston!
- A dlaczego akurat tam chcą szukać? - zapytał krępy jegomość, siedzący przy najbliższym stoliku.
- Bo tam znaleziono jej komórkę i parę innych drobiazgów - odparła Rose.
W grupie piłkarzy z Leicester City zaszemrało. Jeden z nich, potężny typ ze szczęką, którą dziadek Rose określał mianem "sparringowej" i podgoloną, ciemną czupryną, najwyraźniej intensywnie do czegoś przekonywał kolegów.
- ...przekonamy szefa, żeby nam pozwolił zawiesić plakaty na stadionie - mówił. - Poza tym nic wam się nie stanie, jak ruszycie jutro dupska.
- A co mnie jakaś dziewucha... - zaczął któryś, ale nie skończył, bo oberwał od wlaściciela podgolonej głowy z plaskacza w potylicę. - Au! Wasilewski, gorzej ci?
- Richie, weź ty nie pierdol, bo mnie osłabiasz - odparł Wasyl. - A jakby to twoja córka była? Już byś, kurwa, całe miasto rozbierał, żeby ją znaleźć.
- No fakt - zgodził się De Laet, rozmasowując tył głowy. - To jednak przyjdę.
- Nnno - podsumował Marcin.
Zastanawiał się po meczu, czy by nie podjechać do Londynu i nie złapać Eurostara albo samolotu do Brukseli, ale po namyśle zrezygnował. Wprawdzie następnego dnia była niedziela, którą mógłby spędzić z dziećmi, ale wcześniej musiałby spędzić noc w towarzystwie żony, a jak się przekonał, wpadłszy do domu bez zapowiedzi po zgrupowaniu repry, samo spoglądanie na Aśkę było jak zaglądanie do wnętrza przemysłowej zamrażarki. Waliło od niej takim chłodem, że aż oczy zaczynały mu łzawić. Zdecydowanie nie była zadowolona, kiedy ich odwiedzał i dobitnie dawała mu to odczuć. Wasyl miał chwilami wrażenie, że najbardziej by się cieszyła, gdyby w ogóle się nie fatygował z Anglii i ograniczył do rozmów z dziećmi na skype.
A zatem czekałaby go noc z zamrażarką, i pół dnia z dziećmi, bo o osiemnastej był trening. Lekki bo lekki, ale jednak być należało, więc wyjazd w niedzielę byłby w ogóle bez sensu, bo więcej czasu spędziłby w środkach komunikacji niż z własnymi dzieciakami, a w dodatku i tak musiałby stawić czoła lodowcowi, w który zamieniła się jego żona. Odpuścił więc sobie, postanawiając trzymać się wcześniej ustalonego grafiku.
Trudno. Pogada jutro z dzieciakami na skype i tyle, postanowił, wstając od stolika. A skoro ma trochę wolnego, to może zająć się poszukiwaniami tej zaginionej dziewczynki. Nie wyobrażał sobie, co by się stało, gdyby zaginęło któreś z jego dzieci. Chyba by oszalał ze strachu.
Snując takie rozważania przepchnął się w kierunku baru.
- ...musimy sobie jakoś podzielić teren, żeby to wszystko było systematyczne. - mówiła barmanka do kogoś przy barze. Ładna, bestia, ale sroga, ocenił Wasyl. - Skąd zaczniemy?
- Ja, ja, ja chętnie pomogę - powiedział nieduży facecik z kąta, ściskający oburącz pękatą aktówkę. - Pójdę, pójdę z wami.
- A mamusia? - zapytała barmanka. - Pozwoli ci?
- Jest, jest w sanatorium i wraca dopieo za tydzień - odparł facecik.
- No to jest nas troje! Więcej rak do pracy!- ucieszyła się zwrócona tyłem do Wasyla dziewczyna, ubrana na czerwono. Zaraz, czerwony płaszcz? To chyba nie ona? Nie znowu?
- Czworo - sprostował facet, siedzący obok niej. - Chętnie służę moimi rękami. Samochodem też.
Tu Wasyla wcięło na amen. Gościa rozpoznał bez pudła od razu, bo nie tylko miał przyjemność oglądać go w akcji na boisku, ale też zdarzyło mu się nieco przetrzeć nim murawę. Frank Lampard. Co on tu robił?
- No to mamy dwa samochody do dyspozycji - stwierdziła bestyjka zza baru.
- Będzie więcej niż dwa - orzekł stanowczo Wasyl. - Przyjdę tu jutro rano z wszystkimi chłopakami z drużyny. Nawet trenera przywlekę.
Na dźwięk jego głosu Majka podskoczyła i przewróciła swoją szklankę z guinnesem, wylewając część napoju Frankowi na kolana.
- Czy wszyscy piłkarze podsłuchują? - zapytała cierpko Rose. - To jakieś schorzenie zawodowe?
Lampard parsknął śmiechem, Wasyl osłupiał.
- Ale o co cho...? - nie dokończył, bo przerwały mu nerwowe okrzyki Majki.
- Rose, ścierkę, leci mi tu, zalałam pana Lamparda! - Krukówna odsunęła się gwałtownie od baru, z którego kapał guinness i wpakowała się prosto na Wasyla. Rose zanurkowała za barem po ścierkę, uczynny Walter zaś wygrzebał ze swej aktówki chusteczki i podał je Frankowi, który przyjął je z wdzięcznością i osuszył mokrą plamę na swoich spodniach.
- Rany! - jęknęła Majka, usiłując odsunąć się od Wasyla. - Znaczy przepraszam, znowu na pana wpadam jak głupia, ale przysięgam, nie robię tego celowo! To się samo się!
- Spoko, nic się nie stało - zapewnił rozbawiony Marcin. - Poza tym to dopiero drugi raz.
- I cały guinness w... tego - westchnęła smętnie Majka, patrząc jak Rose osusza kałużę na blacie i zabiera pustą już szklankę. - Nie zalałam pana za bardzo? - zapytała Lamparda z troską.
- Zaledwie trochę, ale nic mi nie będzie - odparł Frank, demonstrując w uśmiechu imponujący garnitur białych, równych zębów.
- Guinnessa dla tej pani - zażądał równocześnie Wasyl, kładąc na barze pieniądze. - Nie chcę być przyczyną strat.
Majka prychnęła śmiechem.
- Dziękuję - odparła, usiłując się nie zarumienić.
- Poza tym, ten, ja nie podsłuchiwałem - rzekł Marcin obronnie. - Chciałem pogadać z panią - wskazał Rose - i tak mi wpadło w ucho o czym mówicie. To jak, mogę pomóc?
- Jasne - odparła Rose, stawiając świeżego guinnessa przed Majką, bardzo się powstrzymującą od gapienia się na Wasyla jak sroka w gnat. - I dziękuję panu bardzo w imieniu rodziców Ronette.
- Nie ma za co. To widzimy się jutro - Wasyl położył dłoń na ramieniu Majki, która akurat piła i z wrażenia niemalże zdołała się utopić w swoim napoju. - Smacznego.
- Hękuję - odparła słabo.
Wasyl wrócił do kolegów, Lampard zaś zerwał się ze stołka.
- Muszę się już pożegnać - rzekł.
- Tak wcześnie? - wyrwało się Rose.
- Obowiązki rodzicielskie - odpowiedział, uśmiechając się.
Rose, zła na siebie, uciekła na zaplecze. Tam opieprzyła Burna, zupełnie bez powodu, zrobiła awanturę Robbiemu o brudne graty w zlewie, wyszła przez tylne drzwi, głęboko odetchnęła chłodnym, nocnym powietrzem i wróciła za bar.
Franka już nie było, na jego stołku siedziała Majka i w bardzo dziwny sposób, starając się w ogóle nie odwracać głowy, obserwowała stolik piłkarzy Leicester.
- Ty się zakochałaś w tym typie, czy coś? - zapytała Rose zgryźliwie.
- Jakim typie? - zapytała Majka z roztargnieniem.
- No tym - Rose wskazała głową rozbawioną gupę zawodników. - Tym gościu z gębą zawodowego mordercy.
- To jest Wasyl - pouczyła Majka. - I wcale się w nim nie zakochałam! Ja mu tylko kibicuję!
- I dlatego reagujesz na niego jakby cię ktoś prądem w tyłek raził? - zakpiła Rose.
- Czy ja się ciepie czepiam, że się czerwienisz jak burak, za każdym razem jak się Lampard uśmiechnie? - warknęła Krukówna. - Albo że się na niego glebisz, jak myślisz, że nikt nie widzi?
- A co wyście się z tym Lampardem uwzięli? - wrzasnęła Rose. - Powariowali wszyscy, a weźcie się ode mnie odwalcie! Nie mam co robić, tylko za jakimś rozwydrzonym bogaczem ganiać! Pogięło was!
- Nas? - zainteresowała się jadowicie Majka.
Rose spiekła raka, po czym udała, że szuka czegoś pod barem.
Następnego dnia o poranku Frank Lampard, zgodnie z obietnicą, zajechał pod Ten Bells, samochodem wyładowanym plakatami informującymi o zaginięciu Ronette Paulson.
- O rany, przecież tym można by wytapetować całe miasto - zdumiała się Rose.
- Im więcej, tym lepiej - rzekł zwięźle Frank, przystępując do wyładunku. Montoya udawała sama przed sobą, że wcale nie imponuje jej łatwość, z jaką nosił ciężkie ryzy plakatów. Nic a nic i wcale a wcale jej nie imponuje. Dla podkreślenia tegoż sama zatargała kilka ryz do pubu, po czym zaczęła udzielać instrukcji Moirze, która przeżywała ciężki dylemat, nie bardzo wiedząc kogo lepiej podrywać, Lamparda, czy chłopaków z Leicester, którzy, zgodnie z zapowiedzią Wasyla, przybyli całą drużyną, z trenerem na czele.
- Dobra - Lampard otarł pot z czoła. - Rozładowane. To kto jedzie ze mną?
- Ona! - Rose wypchnęła przed siebie Majkę.
- Ja nie... - zgrzytnęła Majka, oglądając się na znikającą za rogiem ekipą Lisów, obładowaną plakatami. - No dobra...
- Walter, ty ze mną! - skomenderowała Rose. - Zaczniemy od Rowley Fields!
- Tam plakatuje Wasyl z chłopakami - objaśniła Majka.
- To my bierzemy Western Park, a wy Dane Hills - zarządziła Rose.
- Tak jest, pani komendant - rzekł Frank.
Rozlepianie poszło bardzo sprawnie, tak, że do dwunastej oba duety wyczerpały posiadane zapasy plakatów i równocześnie postanowiły wrócić do Ten Bells na lunch.
- Buuuuuuuurrrn! - wrzasnęła Rose w kierunku kuchni, bo Moiry nie było nigdzie widać. - Cztery hamburgery plus frytki! Biegiem! I nie sfajcz, bo usmażę ci uszy na grillu!
- Czy ja też mogę prosić jednego? - Wasyl zmaterializował się z cienia.
- Burn! Dawaj pięć! - ryknęła Rose.
- A gdzie ma pan kolegów? - zapytała Majka.
- Koledzy poszli na lunch do swoich domów - odparł Wasyl. - Mnie się dzisiaj nie chce pichcić.
Lampard rzucił okiem na prawą dłoń Wasyla, na której lśniła obrączka.
- A żona? - zapytał.
- A żona została w Belgii.
- No to, no to, skoro już jesteśmy tutaj wszyscy... - zaczął Walter.
Cztery pary oczu spojrzały na niego. Przez cztery umysły przeleciała ta sama myśl.
Jesteśmy wszyscy.
Faktycznie.
Czy to nie wspaniałe?
I czy to nie straszne?
<div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify; text-indent: 0.5cm;"> Na dzwonnicy kościoła w Thurcaston stał mężczyzna. Opierał się łokciami o kamienny parapet i przyglądał się ludziom, malutkim jak mrówki, kręcącym się na dziedzińcu, kilkadziesiąt metrów niżej.
Jacy oni śmieszni. Myślą, że mogą coś zmienić. Myślą, że jeśli się skrzykną i wyjdą na poszukiwania tej małej dziwki, to coś się zmieni. Stawią czoła złu. Zmienią świat. doprawdy, byli jak ślepe robaki.
Ta mała dziwka...
Myśli mężczyzny pobiegły w stronę tego, co stało się nocą.
Zawalił, nie da się ukryć, ale czy to była jego wina? Sprawdził tę dziewuchę, miał takie możliwości i wykorzystał je w pełni. Grzeczna dziewczynka, wzorowa uczennica, z pobożnej rodziny, żadnych imprez, żadnych późnych powrotów do domu, zawsze zapięta grzecznie po szyję.
I kiedy był już gotów zabrać ją na miejsce i dokonać rytuału, wszystko się zawaliło. Potknął sie o plecak tej małej dziwki. Wszystko się rozsypało. I co takiego ta wzorowa uczennica, ta posłuszna córeczka, nosiła w plecaku?
Test ciążowy.
Pieprzyła się z tym swoim pryszczatym chłopakiem, wyznała to wszystko we łzach. Bała się, że jest w ciąży.
Tyle w temacie dziewictwa.
Teraz musiał szukać następnej i to szybko, żeby nie zmarnować tego co zaczął.
Ta dzisiejsza młodzież...
Będzie chyba musiał rozglądać się w przedszkolach.
Tymczasem ludzie na placu przed kościołem przegrupowali się podług wzkazówek policjantki w mundurze. Niech jej szukają, zanim dojdzie do prawdy i tak będzie za późno.
Nagle coś przyciągnęło uwagę mężczyzny na wieży. Spojrzał w dół, marszcząc brew i przyglądając się zebranym.
Coś poczuł, coś jakby drgnęło w powietrzu.
To była moc, ale nie ta, której służył.
Inna moc.
Wyciągnął lornetkę, ogarnął powtórnym spojrzeniem tłum na dole i wyodrębnił małą grupkę.
Pięć osób. Czarnowłosa kobieta, poruszająca się zamaszyście i stanowczo. Na pewno wredna dziwka. Obok niej druga, nieśmiała i jakby spłoszona, w czerwonym płaszczu. Wpatrzona jak w tęczę w bykowatego typa, mimo chłodu ubranego tylko w cienką bluzę z kapturem i dżinsową katanę. Dalej spłoszony gość w typie urzędnika, ściskający pod pachą teczkę i... Zaraz zaraz.
Tego człowieka zna.
Frank Lampard.
No coś takiego.
Ciekawe kto ich tu wszystkich zgromadził. Trzeba o tym powiedzieć Panu.
Koniecznie.
Chętni na poszukiwania, których zebrało się tak koło setki, przeszli zwartą kolumną spod kościoła w Thurcaston, po czym rozstawili się ławą na pastwisku, sąsiadującym z polem golfowym. Po raz kolejny wysłuchali pouczenia policjantki (jeśli coś znajdziecie, zasygnalizujcie policjantowi! Nie dotykajcie niczego!), po czym ruszyli przed siebie, miarowym krokiem.
- Tuutaj! - krzyknęła kobieta idąca po lewej stronie Majki. - Szalik!
Podbiegł do niej policjant i skrzętnie oznaczył miejsce chorągiewką.
Majka szła powoli dalej, patrząc pod nogi i rozglądając się uważnie.
- Tutaj! - teraz krzyczała Rose. - Czapka i plecak!
Kolejna chorągiewka rozbłysła czerwienią wśród wypłowiałej trawy.
- Cholera - mruknęła Majka, spoglądając przed siebie. Coś błyskało brązami i rudością w dołku, kilkanaście metrów przed nią.
Paskudne przeczucie ścisnęło serce Majki. Tylko nie to, proszę, pomyślała podchodząc.
Dostrzegła sweter, wełniany z kapturem, potem szeroko rozrzucone ręce i alabastrowo białe dłonie.
- Tutaj! - wrzasnęła. - Tu ktoś leży!
Podeszła jeszcze bliżej i dostrzegła coś jeszcze. Głowę, rozbitą na miazgę. I wielkie niebieskie oczy, spoglądające na nią martwo z opuchniętej, pokrwawionej twarzy.
Świat gwałtownie zszarzał a zawartość żołądka podeszła Majce do gardła.
___________________________________________________
Z lekkim poślizgiem zapodaję rozdział trzeci, życzę wszystkim miłej lektury (a sobie dużo komentarzy :3 ), a dla cierpliwych czytelniczek jest halloweenowy bonus. Szalony Lampilusznik pozdrawia! 
M.

piątek, 18 października 2013

Rozdział 1

I was just minding my business walking across the floor
Looking at everyone in their phoney clothes
The girl with the big tits and the tight jeans with her gut hanging out
The guy who's puttin' a hussle on the mexican kid
And that DJ, who really thought he was the shit
And then I noticed ... You staring at me

Julee Cruise "You're staring at me"

Stojąca za barem Rose Montoya zerknęła na zegar wiszący nad nim, po czym ogarnęła swój lokal gospodarskim spojrzeniem. Mimo, że zbliżała się pora lunchu "Ten Bells" świeciło pustkami. Z siedmiu dostępnych stolików zajęte były dwa, ten pod oknem, jak zwykle, przez Waltera, który rozłożył na nim swoje papiery i coś pilnie notował, nie zauważając świata wokół.
Walter... Rose pokręciła głową. Mapy, zdjęcia i luźne kartki z notatkami i wydrukami zaściełały cały stolik, jedna zaś zwisała niebezpiecznie nisko, najwyraźniej mając zamiar przenieść się na podłogę, czego zajęty pisaniem mężczyzna nie dostrzegał. Przychodził tu codziennie i poza tym, że od czasu do czasu coś gubił, nie sprawiał najmniejszych problemów. Raz tylko Rose musiała go delikatnie upomnieć, żeby może jednak nie przynosił do pubu zbyt drastycznych zdjęć. Spadła mu wtedy ze stolika fotografia zwłok Mary Jane Kelly i poleciała wprost pod nogi jakiejś pani, która akurat jadła. Nie dokończyła posiłku, co więcej, w toalecie damskiej pozbyła się tego co zdążyła wcześniej spożyć.
Sumitował się wtedy strasznie, biedaczyna, że nie może oddawać się swym badaniom ripperologicznym w domu, ponieważ, niestety, jego mamusia ich nie popiera. Montoya widziała ją raz, w supermarkecie. Istny dragon, a nie kobieta, w dodatku z wąsem, musztrujący nieszczęsnego Waltera niczym zawodowy kapral. Nie dziwota, że choć sympatyczny, Walter Barnett nie zdołał znaleźć sobie dziewczyny, bo każda na widok kochanej mamusi wiała aż się kurzyło.
Z tego samego powodu Walter nie zdołał utrzymać żadnej posady, potworna mamusia bowiem dowiedziawszy się gdzie pracuje synek, poczynała skłądać wizyty jego szefowi, informując o wymaganiach, jakie powinien spełniać pracodawca jej jedynego syna, jak również o tym, co ów pracodawca robi źle, a lista grzechów z reguły była długa. Nikt tego nie wytrzymywał, prędzej czy później każdy zwalniał Waltera, tłumacząc przy tym, że mu bardzo przykro, ale Walter sam rozumie, mamusia.
Walter rozumiał.
- Dlaczego ty jej właściwie nie zostawisz? - zapytała kiedyś Rose, stawiając na stoliku Barnetta filiżankę czarnej kawy, jego ulubionego napoju, surowo wzbronionego przez mamusię. - No wiesz, twojej mamy. Przecież ma tę pensję z funduszu, ustanowionego przez twojego ojca, ty masz swoją, mógłbyś się wyprowadzić.
Podniósł głowę znad papierów, mrugając jak spłoszona sowa.
- Ona, ona ma tylko mnie - rzekł. - Nikt inny z nią nie wytrzymuje. Byłaby strasznie samotna, gdybym, gdybym, no wiesz...
Zatoczył ręką wokół.
- I tak mi głupio, że ją okłamuję - westchnął. - Ona, ona myśli, że ja chodzę do biblioteki, to jedyne miejsce, którego nie próbowałaby kontrolować. Jakbym jej powiedział, że chodzę, że chodzę tu, od razu by ci zrobiła taką inspekcję, że strach!
W ten sposób Walter Barnett został stałym elementem pubu "Ten Bells".
Rose oderwała spojrzenie od niego i przeniosła wzrok na drugi stolik, ten w kącie. Kobieta, samotna i wyraźnie zirytowana. Kiedy to Moira wzięła od niej zamówienie? Dobry kwadrans temu, jej kanapka powinna być już gotowa. Westchnęła i wyszła zza baru. Moira to była dobra dziewczyna, ale miała wiatr w mózgu.
I, zgodnie z przewidywaniami Rose, stała przy kuchennym wyjściu, paląc papierosa i plotkując przez telefon.
- Moira, za co ja ci płacę? - Rose spadła na kelnerkę niczym jastrząb. - Za jaranie, czy za pieprzenie o dupie laski od Simmonsów?
- No , tego, chyba nie... za to nie... - wymamrotała Moira, chowając za siebie fajka. Tlenione sploty koloru słomy wysunęły jej się z kucyka, opadając niesfornymi kosmykami na twarz.
- Wobec tego wyjmij palec z dupy i obsłuż wreszcie klientkę na szóstce - warknęła Montoya. - I żebym cię tu więcej nie widziała w godzinach pracy!
Dziewczyna zgasiła niechętnie papierosa, schowała telefon do kieszonki fartuszka i kręcąc tyłkiem, ciasno opiętym przez króciutką spódniczkę, weszła do środka.
To był cały problem z Moirą. Była całkiem niezłą kelnerką, kiedy się jej pilnowało, traktowała jednak tę robotę jak zło konieczne, wierząc całym swym dwudziestoletnim jestestwem, że pewnego dnia do pubu wkroczy jakiś sławny i obłędnie bogaty przystojniak, po czym zakocha się w niej od pierwszego wejrzenia, by niezwłocznie poślubić, obsypując hojnie dobrami materialnymi. Niewiele od niej starsza Rose miała znacznie bardziej cyniczne podejście do życia, a już zwłaszcza do facetów i w książąt z bajki nie wierzyła z zasady.
- Robbie! - wrzasnęła w głąb kuchni. - Jadę z Jonesym do weta! Pilnuj interesu!
- Ooooobra! - jej flegmatyczny szef kuchni nawet nie podniósł głowy znad deski do krojenia.
- Burn, tylko nic nie zjaraj, bo cię uduszę! - zagroziła stanowczo.
Kucharz odwrócił swoją piegowatą twarz w jej stronę.
- Ja zjarać? - zdziwił się. - Przecież ja nigdy, to się jakoś tak samo ten!
- Dobra dobra! Pamiętaj co mówiłam, uduszę! - zagrzmiała Rose na odchodnym.
Pięć minut później jechała już przez miasto swoim volkswagenem garbusem, na którego tylnym siedzeniu spoczywała klatka z bardzo niezadowolonym Jonesym w środku. Doktor Tennant wyniósł się gdzieś na Wigston Lane, więc Rose skierowała się na południe, wybierając Aylestone Road. Ruch był umiarkowany, za to mgła gęstniała coraz bardziej, Rose jechała zatem spokojnie, śpiewając do wtóru Annie Lennox, rozbrzmiewającej z radia. Kot od czasu do czasu wcinał się w ich duet, pomiaukując żałośnie i gardłowo z głębin klatki.
Była już w okolicach Aylestone Hall, gdy nagle jadący przed nią samochód, wielkie, lśniące nowością pudło, zahamował tak gwałtownie, że o mało co, a wpakowałaby mu się w kufer. Cudem tylko nie walnęła czołem w kierownicę, transporterka z Jonesym zaś szurnęła do przodu, uderzając w oparcie jej fotela.
Tymczasem debil z przodu wrzucił migacz w lewo i zaczął przygotowywać się do skrętu.
- Jak jeździsz, baranie omszały?! - Rose, mijając go, wychyliła się z okna. - Nie wiesz, kurwa, jak się kierunkowskazów używa, boża pierdolona krówko?!
Wasyl, on to bowiem był kierowcą, miał ochotę odpowiedzieć sekutnicy z garbusa równie gromko, jako że był w wyjątkowo podłym nastroju. Ponieważ jednak wiedział, że dał ciała i o mało nie spowodował wypadku, ponadto był człowiekiem dobrze wychowanym i nie zwykł drzeć gęby na kobiety, ograniczył się tylko do ponurego spojrzenia i mruknięcia.
- Sorry.
Rose stwierdziła, że mimo tego na zbójeckiej gębie typa nie odmalowała się ani odrobina skruchy.
- Ja ci kurwa dam sorry! Wytnij taki numer raz jeszcze, to pożałujesz, że się urodziłeś! - wrzasnęła na pożegnanie, gdy skręcał do ośrodka treningowego Leicester City. - Piłkarzyk pieprzony!
- Zaszczep się na wściekliznę - wymamrotał Wasyl w stronę kierownicy. Z powodu trudności przejściowych w zrozumieniu własnej żony, płeć piękna nie usposabiała go zbyt życzliwie. - Głupie baby...
Podczas gdy szedł do szatni, z miną, którą jeden z kolegów skomentował szeptem i za plecami jako wyraz twarzy zawodowego mordercy niewiniątek, Rose zaś parkowała przed gabinetem weterynarza, uspokajając Jonesy'ego, wyjącego już jak syrena strażacka, Majka znajdowała się w samochodzie, prowadzonym przez nieocenioną Ariadnę Potts, włascicielkę prywatnego azylu dla zwierząt "Glen Parva".
- O, to jest stadion Kings Power - nadawała niestrudzenie pani Ariadna, potrząsając burzą siwych rozwianych loków, otaczających jej głowę na kształt kuli, tak, że wyglądała niczym szalony dmuchawiec. - Ja to się piłką nie bardzo interesuję, ale mój świętej pamięci mąż chodził co niedziela, taki był. Ale co ja mówię, głuptas ze mnie, pani jest kobietą, to pewnie piłka pani nie interesuje...
- Lubię piłkę - Majka spróbowała wbić się w potok wymowy pani Potts.
- A to tym lepiej, będzie mogła pani chodzić na mecze. Ja pania zaraz zawiozę do tego mieszkania, wiem, że pani jest zmęczona pewnie po tej całej podróży, ta Polska to gdzieś strasznie daleko leży, ale jeszcze tutaj tylko wpadniemy na chwilkę, bo widzi pani, jedna pani zadzwoniła, że jej się w ogrodzie okociła kotka, taka dzika i ona gdzieś przepadła i te małe strasznie płaczą, więc trzeba je zabrać. O, to gdzieś tu, skręcimy i ja zaraz trafię! Mam świetną orientację w terenie!
Po kwadransie błąkania się w labiryncie ciasnych, osiedlowych uliczek, urozmaiconego nerwowymi okrzykami Ariadny ("O, to ta ulica, przeczyta mi pani tabliczkę na rogu! Jak to nie ta, niemożliwe, rękę bym sobie dała uciąć!") Majka doszła do wniosku, że pani Potts pokłada zdecydowanie zbyt wiele ufności w swej orientacji terenowej.
- Nie, nie, ja wiem, pani się denerwuje, bo Charlie juz czeka z tymi papierami od mieszkania, ja rozumiem - pani Ariadna musiała dostrzec rzadką minę Majki. - Kochana, on poczeka, ja mu kazałam, nie ruszy się na milimetr dopóki przyjedziemy, poza tym już prawie jesteśmy na miejscu, to jest chyba ta ulica, tylko złapiemy te kotki i już!
W tym momencie nastąpił cud: to istotnie była właściwa ulica. Właściwy dom też się znalazł bez trudu i już po chwili Majka dreptała za niestrudzoną panią Potts, która zalewała teraz Niagarą swej wymowy właścicielkę posesji, miłą, starszą panią.
- One gdzieś tu są - rzekła gospodyni, zafrasowana, wskazując niewielki, porządny ogródek. - Ja bym je wcześniej sama zabrała, ale nie bardzo mogę się schylać, poza tym mam uczulenie na koty...
- Nic się nie martw kochana, zaraz je znajdziemy, ojej, pani Majko, pani to musi sobie kupić jakąś roboczą kurtkę, szkoda tego ślicznego, czerwonego płaszczyka, czekajcie, chyba je gdzieś słyszę, są gdzieś tam, na końcu! - To wszystko pani Potts zdołała wypowiedzieć na jednym oddechu.
Kociaki istotnie były na samym końcu ogrodu, ukryte wśród ozdobnych krzewów, rosnących pod samą siatką ogrodzenia. Nie miały więcej niż trzy i pół, może cztery tygodnie, ale potrafiły poruszać się zadziwiająco szybko, na swych pozornie chwiejnych łapkach. Z podziwu godną zręcznością i wprawą pani Potts złapała dwa, pakując je od razu do przyniesionej ze sobą transporterki, Majka zdołała schwycić trzeciego, czwarty zaś, uparty tricolor z czarnym nosem, zdołał czmychnąć w sam kąt, osłonięty przez niski, ale rozkrzewiony na boki rododendron. Nie było innej rady, jak wczołgać się tam za nim, a że Majka była najmłodsza w towarzystwie, to zadanie przypadło właśnie jej.
Wlazła na czworakach pod krzak i wyciągnęła rękę do małego uparciucha. Kot zasyczał ostrzegawczo, szczerząc ząbki jak igiełki, po czym uderzył ją łapą z wysuniętymi pazurkami.
- No co ty, ja jestem miła - odezwała się Majka pojednawczo. - A w tym krzaku będzie ci zimno. I mokro. No chodź, mały głupku.
Mały głupek popatrzył na nią nieżyczliwie. Wyciągnęła rękę mocniej.
- No chodź.
Powąchał ostrożnie jej palce, potem wszedł na otwartą dłoń, umościł się wygodnie i zaczął mruczeć.
- Mądry kotek - pochwaliła, zamykając ostrożnie dłoń.
W podzięce mądry kotek ugryzł ją w palec, gdy wkładała go do klatki.
Ssąc skaleczenie, Majka zagapiła się przed siebie, nie dostrzegając nawet, że patrzy właśnie na tonące we mgle boisko, na którym odbywał się akurat trening. Wasyl usiłował wykrzesać z siebie entuzjazm do zajęć zawodowych, ale przychodziło mu to z trudem. Rzadko mu się to zdarzało, kochał bowiem futbol całym swym jestestwem, jednak ostatnio miał problemy z wykrzesaniem z siebie entuzjazmu wobecz czegokolwiek.
- Ale trenerze, nic nie widać, może przełożymy trening? - któryś leniwy spróbował szczęścia przed wyjściem z szatni.
Trener Pearson spojrzał na delikwenta wzrokiem mówiącym "będzie dodatkowe parę kółeczek wokół boiska", po czym odpowiedział lakonicznie.
- Nie pierdolić panowie! Ćwiczyć!
Wasyl, zwykle rozmowny i tryskający żartami, na rozgrzewce wlókł się na końcu stawki, z nosem tak bardzo na kwintę, że gdyby nie uważał, mógłby go sobie przydepnąć. Koledzy znali go już na tyle, żeby wiedzieć, że prędzej wyciągną jakieś zeznania z kamienia, niż z Wasilewskiego w takim humorze, dali mu więc, na wszelki wypadek spokój, tylko Moore zagadnął raz, czy dwa. Skapitulował, usłyszawszy w odpowiedzi coś, co bardziej przypominało niedźwiedzie pomruki, niż ludzką mowę.
Jak zwykle, gdy Wasyl był w podłym nastroju, gra pozwoliła mu na krótką chwilę uciec od zmartwień. Przez moment znów czuł skrzydła u ramion, znów czuł się wolny i coraz gorsza widoczność wcale mu w tym nie przeszkadzała. Podanie, chyba od Drinkwatera, trafiło wprost pod jego nogi, poderwał się zatem do biegu w stronę majaczącej we mgle bramki. Wyszedł sam na sam z bramkarzem i już miał strzelać, a była to absolutna setka, jedna z tych sytuacji, kiedy gol paść musi, kiedy kątem oka ujrzał coś czerwonego za płotem.
Stracił koncentrację, nie ułożył dobrze stopy, za to walnął z całej siły, ile fabryka dała, a dała dużo. Piłka poszybowała w białe niebiosa, po czym pięknym łukiem opadła wprost w konary rosnącego przy płocie za bramką drzewa. Kumple zaczęli się śmiać, ktoś złośliwie zaklaskał, ale Wasyl nie zwracał na to zupełnie uwagi, gapiąc się jak cielę na malowane wrota, na dziewczynę w czerwonym płaszczu.
To było niemożliwe, stwierdził w duchu. Stała, zupełnie jak w jego śnie, w ogrodzie jakiegoś domu, za siatką, nawet wyglądała tak samo, czerwona, fosforyzująca plama w białych oparach.
- Kurwa, odpierdala mi - stwierdził na głos i po polsku, po czym na wszelki wypadek uszczypnął się w udo. Bolało. Znaczy się, nie spał.
Spojrzał ponownie w stronę tamtego domu, akurat we właściwym momencie, by zobaczyć jak plama czerwieni cofa się i rozpływa się we mgle. Opanowało go dojmujące poczucie, że coś się właśnie zaczęło, a ostatnia szansa, żeby się z tego wycofać właśnie przeleciała mu z ostrym świstem koło nosa.
- Waaaaaaazilefffski! - przeciągły ryk trenera Pearsona przywrócił go gwałtownie do rzeczywistości. - Na co, kurwa, czekasz, na zaproszenie od królowej? Rusz dupę!
No to ruszył. Pięć minut później byłby gotów przysiąc, że po prostu coś mu się przywidziało.
Christine nie odezwała się do Franka ani razu, przez te kilka dni od czasu jej wyprowadzki. Odezwała się za to firma przeprowadzkowa, która przybyła po resztę jej ciuchów, zapakowała je zgrabnie w kartony, które nieodparcie kojarzyły się Lampsowi z trumnami i uwiozła je w dal.
- Tyle szczęśliwych lat i wszystko w pizdu - podsumował Lampard, stojąc w progu swego mieszkania, z walizką w dłoni. Byłoby mu zapewne łatwiej, gdyby się nie dowiedział, że jego była narzeczona młóci jakiegoś pryszczersa z reality show, niestety jednak ów pryszczers zechciał rozplakatować swoje świeże szczęście po wszystkich serwisach społecznościowych jakie znalazł. Nie poprawiło to humoru Frankowi.
Spędził całkiem przyjemny dzień z dzieciakami, odmeldował się w klubie i pojechał do Leicester. Rozlokował się w całkiem przyjemnym lofcie, w dawnej przędzalni bawełny Cotton Mil, na King Street, rozdał przy okazji kilkanaście autografów (cena bycia gwiazdą), po czym stwierdził, że nie będzie siedział w mieszkaniu i patrzył w ścianę, podczas gdy jego kumple przygotowują się do wyjazdu na zgrupowanie reprezentacji. To go uwierało najbardziej. I stanowczo życzył sobie o tym zapomnieć. Natychmiast.
Frank obrzucił spojrzeniem równe stosiki ubrań na półkach, zamknął szafę i wyszedł z sypialni. Na korytarzu, nie wiedzieć czemu, przeleciały mu po plecach ciarki, zatrzymał się więc i rozejrzał uważnie, aby zloalizować przyczynę tego odczucia.
Po chwili już wiedział. To ten staroświecki wieszak na plaszcze i kapelusze, z tych wolnostojących, tworzył iluzję kogoś wysokiego i barczystego, stojącego w kącie. Wiszący na nim płaszcz jeszcze to złudzenie wzmacniał.
- Idiota ze mnie - stwierdził Lamps na głos, prychając śmiechem.
Po drodze do windy przypomniał sobie koszmar senny, dręczący go w dzieciństwie, sen o czarnym człowieku, wysokim i barczystym, stojącym przy jego łóżku. Gość tylko stał i się gapił, nic więcej nie robił, ale kto by się nie spietrał na widok faceta, zrobionego z ciemności, czarnej, jak najczarniejsza noc?
Na pewno nie mały chłopiec, którym Frank wtedy był. Pamiętał, że chował się wtedy pod kołdrą i śpiewał kibicowskie przyśpiewki West Hamu, których nauczył się od ojca. Za każdym razem działało.
No i jak tu nie kochać futbolu?
Coś huknęło na końcu korytarza. Oczekujący na windę Frank podskoczył. To była doniczka, stojąca na parapecie okna. Na pewno strącił ją przeciąg.
Na pewno.
Majka była wykończona. Pojechała z panią Potts do azylu, odwieźć koty, potem podpisała wszystkie papiery, potrzebne do wynajmu mieszkania, ale zanim zdołała się rozpakować, zadzwonił telefon. Ze słuchawki wylał się potok bardzo przepraszającej wymowy pani Ariadny, z którego Majka zdołała wywnioskować, że powinna natychmiast jechać do Glen Parva, ponieważ źrebi się klacz, ktoś musi asystować weterynarzowi, a ona, pani Potts, nie może, bo jest na rodzinnej uroczystości, natomiast Coltrane, który w tej chwili pilnuje azylu i karmi zwierzęta nie zna się na koniach, a one go nie lubią. A nikt inny nie jest dostępny, więc czy Majka może by mogła...
No to poleciała do azylu, co miała zrobić. Nie miała zbyt daleko, na szczęście, zdążyła zatem na zasadniczą część imprezy. Okazało się, że rodząca klacz była kucem, a źrebię zechciało w łonie mamusi podkurczyć nogi, co dośc skutecznie blokowało mu możliwość wyjścia na świat.
- Moja łapa się tam nie zmieści - sumitował się weterynarz, facet o posturze Waligóry. - Pani jest drobna, pani da radę.
Majka bez namysłu zdjęła płaszcz i zakasała rękawy.
- Co mam robić? - zapytała.
Wyszła ze stajni po kilku godzinach, przesiąknięta końskim zapachem na amen, za to dumna i blada, bo źrebaka udało się sprowadzić na świat szczęśliwie.
- Tylko pani uważa na siebie - rzucił za nią na odchodnym Coltrane, chudy, melancholijny, z pociągłą twarzą basseta. - Może doktorek niech panią odwiezie. Tu jedną taką zabili parę miesięcy temu, zaraz przy naszej bramie!
- Naprawdę? - zdziwiła się Majka.
- No, całe miasto jej szukało, a ona leżała w krzakach, o tam - długi, kościsty palec Coltrane'a wskazał zarośla w okolicach beznadziejnie zardzewiałej bramy. - Ładna dziewczyna była, taka blondynka. Laura jej było. Całkiem na śmierć ktoś ją zabił.
Majkę przeszedł dreszcz. Wydało jej się, że widzi przy bramie wysoki, czarny cień.
- Złe ludzie tu się ostatnio kręcą - mruknął sentencjonalnie Coltrane.
- Ja panią chętnie podwiozę - zgodził się doktorek. - Tu faktycznie zabili latem dziewczynę, to niebezpiecznie tak samej. Pani Potts pewnie nie pomyślała o tym...
Woniejąca koniem i nieludzko zmęczona Majka wysiadła z samochodu weterynarza prawie koło stadionu, po czym uświadomiła sobie dwie rzeczy.
Po pierwsze, musiała kupić herbatę i cukier, bo tego w domu nie miała, a nie potrafiła zasnąć bez dyżurnej szklanki mocno słodzonej herbaty na szafce nocnej.
Po drugie miała cholerną ochotę na drinka.
Celem spełnienia potrzeby numer jeden weszła do pobliskiego Tesco, po czym w dziale z herbatą niemal zupełnie odpadła ze szczęścia, bobrując wśród mnóstwa rodzajów czarnej herbaty. Indyjską? Chińską? Może turecką? Albo kenijską? Ten gatunek, czy tamten? A może jeszcze kupić imbryczek? Albo, o bogowie, turecki zestaw czajniczków do parzenia herbaty na ichnią modłę?
Po namyśle wybrała sobie dwie paczki różnych herbat i starym zwyczajem ruszyła sprawdzić ich cenę w czytniku kodów kreskowych. Zerwała się, czytajac informacje na etykietach i nie patrząc gdzie idzie i z wielkim impetem wpadła na coś twardego. Przeszkoda była na tyle nieustępliwa, że Majka odbiła się od niej, tłukąc sobie nos, z rozmachem siadając na podłodze i gubiąc obie paczki herbaty.
W pierwszej chwili myślała, że wpadła na ścianę, zaraz potem jednak, rozmasowując stłuczony organ powonienia, doszła do wniosku, że ściany jednak nie bywają ciepłe, nie pachną tak ładnie i męsko, oraz z całą pewnością nie bywają włochate.
- Nic się pani nie stało? - zapytała ściana po angielsku, z wyraźnym polskim akcentem.
Majka podniosła wzrok.
O rany.
Nad nią stał Marcin Wasilewski we własnej osobie, odziany w koszulkę z całkiem sporym dekoltem, odsłaniającym parę hektarów jego imponującej, owłosionej i muskularnej klaty, oraz rozpięta dżinsową katanę. Patrzył na Majkę tymi swoimi niesamowitymi bursztynowozielonymi oczyma z wyraźną troską.
- A, to pan - stwierdziła Majka nieco bez sensu i po polsku. - A to wiele wyjaśnia.
- Co ja? - zdębiał Wasyl, zauważając dopiero, że dziewczyna, która na niego wpadła, miała na sobie czerwony płaszcz. - Co wyjaśnia? Przepraszam, ale nie rozumiem.
- Na przykład to, czemu czuję się, jakbym zderzyła się ze ścianą - objaśniła Majka. - Pomoże mi pan wstać?
- Jasne - Wasyl podał jej rękę. Drobna dłoń dziewczyny zniknęła w jego wielkiej łapie ze szczętem. - Przepraszam panią za to.
- To ja przepraszam - zreflektowała się. - Moja wina, nie patrzyłam gdzie idę.
- Nic się nie stało - zapewnił uroczyście, zastanawiając się, czy to ta sama kobieta, którą widział na treningu.
Schylili się równocześnie, żeby pozbierać leżące na podłodze paczki herbaty i walnęli się głowami, aż echo po sklepie poszło.
- O kurrrrrrrrrrrrrr... - warknęła Majka. Przed oczyma zatańczyły jej gwiazdy. - Ale pan ma zakuty łeb! Znaczy nie to chciałam... twardy pan jest. Znaczy głowę ma pan twardą!
- Pani też - odparł Marcin, trąc czoło. - Wali pani z bańki lepiej, niż niejeden stoper.
- Mam to uznać za komplement? - parsknęła śmiechem.
- Może pani - odparł uśmiechając się szeroko.
Mańka zagapiła się na niego, patrząc, jak uśmiech zapala łobuzerskie błyski w jego oczach i zmiękcza całą jego twarz. Cholera, pomyślała, żonaci faceci nie powinni być tak atrakcyjni.
Nagle Wasyl pociągnął nosem.
- Coś tu śmierdzi - stwierdził. - Czuje pani?
Majce zrobiło się gorąco.
- O rany boskie, to koń! - wykrzyknęła. - Znaczy to ja koniem!
- Często się pani perfumuje koniem? - Marcin nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
Majka zasłoniła twarz dlońmi.
- Boże! - jęknęła. - Nie, nie często, tylko wtedy, kiedy spędzam pół dnia w stajni.
- Pani jeździ?
- Nie, pracuję w azylu dla zwierząt.
- Dobra, to ja oddaję pani herbatę - podał jej trzymaną w dłoni paczkę. - Życzę miłego wieczoru bez koni i znikam.
- Miłego wieczoru - odparła Majka machinalnie.
Wyszła z Tesco, wlokąc nos niemal po ziemi. Tacy faceci jak Wasyl istnieli chyba wyłącznie po to, żeby jej uświadamiać jak bardzo jest samotna. Westchnęła rozdzierająco, po czym powąchała ukradkiem paczkę herbaty, którą wcześniej trzymał Marcin. Trochę jeszcze nim pachniała.
- To miły chłopiec, prawda? - odezwał się po angielsku jakiś głos obok niej.
Majka podskoczyła, niemal gubiąc zakupy.
- Ojej, nie chciałam cię przestraszyć, moja droga - srebrnowłosa staruszka w brązowym kapelusiku zamrugała przepraszająco. - Ale pamiętaj, pilnuj go. Jego i pozostałych!
- Co? - Majka wytrzeszczyła oczy. - Nie rozumiem.
- Zrozumiesz, dziecinko - staruszka uśmiechnęła się. - Zrozumiesz kiedy przyjdzie czas.
To rzekłszy oddaliła się drobnym krokiem, Majka zas patrzyła za nią, zastanawiając się, czy aby u starszej pani wszystkie klepki są na swoim miejscu. Co to miało znaczyć i dlaczego niby miała pilnować Wasilewskiego?
Tak dumając szła w stronę domu. Miała w planach umyć się i przebrać, żeby już nie roztaczać tej czarownej, stajennej woni wokół siebie, ale wyszło inaczej. Jej nogi bowiem, mając wyraźnie inny pogląd na temat spędzania wieczoru, zaniosły ją prosto pod pub "Ten Bells".
- No dobrze - powiedziała sama do siebie. - Jeden drink i do domu.
Weszła do środka. Wszystkie stoliki były zajęte, więc siadła przy barze, za którym królowała czarnowłosa i czarnooka piękność, wyglądająca jakby ją kto teleportował z Hiszpanii. No dobrze, Hiszpanka nosiłaby pewnie koszulkę Barcy, Atletico albo Realu,a nie trykot Chelsea z numerem 8, ale to było jedyne, co nie pasowało.
- Co podać?- zapytała piękność najczystszym leicesterskim akcentem.
- Whisky - zadysponowała Majka.
- Z wodą? Z lodem? - indagowała barmanka.
- Z whisky - odparła Majka.
Czarnowłosa piękność parsknęła śmiechem.
- Dobry wybór - rzekła, stawiając szklankę na barze i nalewając do niej złocistego napoju bogów.
Jasnowłosa kelnerka wysunęła się z zaplecza, z tacą załadowaną talerzami i kręcąc pośladkami niczym holenderski wiatrak przepłynęła między stolikami serwując klientom zamówione dania. Jeden facet, przy stoliku numer sześć, poczuł się znacznie bardziej zainteresowany jej wdziękami niz obiadem, na tyle, że spróbował złapać ją za tyłek. Kelnerka kwiknęła rozpaczliwie, zachwiała się, taca zlądowała z hukiem na stoliku. Zadowolony z siebie facet rozciągnął swa rumianą, nalaną gębę w szerokim uśmiechu i pociągnął dziewczynę na swoje kolana, jednoczesnie pakując łapę prosto w jej obszerny dekolt.
- Puszczaj! - wrzasnęła, szamocząc się.
Czarnowłosa seniorita wyskoczyła zza baru jak na sprężynie i ruszyła w kierunku stolika numer sześć.
- Puść ją - zażądała. W pubie zapadła cisza. Wszystkie oczy śledziły uważnie zajście, z nadzieją na jakąś rozróbę. Albo, jak w wypadku Majki, z nadzieją na to, że rozróby nie będzie.
- O, jeszcze jedna dupeczka! - zarechotał czerwonolicy. - Chodź mała, będzie trójkącik!'
Wepchnął łapsko pod spódnicę kelnerki.
- Jak ci się to podoba, suczko?
- Prosiłam, żebyś ją puścił, prawda? - w głosie seniority zza baru zgrzytnęła stal.
Mężczyzna spojrzał na barmankę zaszklonymi alkoholem oczyma. Roześmiał się.
Czarnowłosa w mgnieniu oka oderwała jego ręce od kelnerki, która uciekła z piskiem na zaplecze.
- Eeejże! - wrzasnął, niezadowolony, zrywając się z krzesła.
Więcej powiedzieć nie zdążył.
Zanim się bowiem obejrzał, seniorita powaliła go jednym, sprawnym chwytem na ziemię, po czym ścisnęła z całych sił jego jądra. Gość wrzasnął tak głośno, że aż szkło za barem zabrzęczało.
- Dotknij jakiejkolwiek kobiety wbrew jej woli jeszcze raz - wysyczała barmanka, a jej oczy zwęziły się w szparki. - - A urwę ci jaja i przybiję nad barem. Zrozumiałeś?
- T... tak.
- Doskonale. A teraz spierdalaj stąd i żebym cię więcej nie widziała.
Puściła jego klejnoty i otarła rekę z obrzydzeniem o ubranie.
- Wyjazd! - rozkazała.
- Ja ci jeszcze pokażę! Ja ci... - wrzasnął pokonany macant.
- Masz problemy z rozumieniem co się do ciebie mówi? - zapytał ktoś od strony drzwi. - Pani kazała ci wyjść.
- Co się wpierda... - zaczął facet, ale gdy spojrzał na gościa zmiękł niczym wosk. - O, przepraszam, panie Lampard, już wychodzę, już mnie tu wcale nie ma!
Znikł, jakby go wywiało, kłaniając się nowo przybyłemu w pas.
- Czy jest wolny stolik? - Lamps spojrzał na czarnowłosą walkirię. Ostra, ale ładna, stwierdził.
- Właśnie się zwolnił - walkiria wskazała mu miejsce.
- Poproszę piwo - zadysponował.
- Rose! - chudy facet o oczach jak jagody wystawił głowę z zaplecza. - Jonesy siedzi w kuchni za lodówką! Zrób z nim coś!
- Kelnerka zaraz panu przyniesie - rzuciła Rose, biegnąc na zaplecze.
Kiedy stanęła w progu kuchni coś rudego, mknącego jak pocisk minęło ją i popędziło na salę.
- Moira, piwo na szóstkę! - krzyknęła.
- O mój Booooooooooooże! - kwiknęła Moira. - To jest Frank Lampard, Rose, czy ty wiesz kto to jest, to jest Lampard! Lampsio! O mój Boże!
- Tylko się czasem tak do niego nie odezwij, bo cie wyleję - ostrzegła Rose, szukając wzrokiem kota.
Kot tymczasem siedział pod stołkiem Majki i udawał, że go nie ma.
- Cześć mały - odezwała się życzliwie Majka. - Zły dzień?
- Miau! - odparł Jonesy nierozważnie.
- Aaa, tu jesteś! - Rose zakleszczyła kota w żelaznym chwycie za kark. - Chodź, muszę ci w końcu dać ten zastrzyk.
Wyciągnęła strzykawkę z kieszeni, zdjęła nakładkę z igły i zamierzyła się na Jonesy'ego.
- No cholera, nie mogę - jęknęła.
- Daj - Majka wyciągnęła rękę. - Podskórnie?
Rose skinęła głową. Majka zebrała skórę kota w fałd i błyskawicznym ruchem zrobiła zastrzyk.
- Już!
- Kobieto, jak ty to robisz? - Rose nie kryła zachwytu. - Ja się pół wieczora z tym zastrzykiem woziłam, bo nie mogę się przemóc!
- Kwestia wprawy - odparła skromnie Majka. - Pracuję w azylu u pani Potts.
- U Ariadny? Równa babka, tylko strasznie dużo gada - uśmiechnęła się Rose.
- Też to zauważyłam - Majka odpowiedziała uśmiechem.
- Słuchaj, a mogłabyś tu wpadać raz dziennie wieczorem i robić zastrzyki Jonesy'emu? Przeziębił się, wet mu dostał antybiotyk, ja nie mam czasu robić codziennie, a sama widziałaś, że się przemóc nie mogę. - Rose przetarła twarz dłonią. - No widzisz, jaka ze mnie chamka, dziadek by się spalił ze wstydu. Jestem Rose Montoya, właścicielka tego całego bajzlu.
- Majka Krukówna. Jasne, że mogę wpadać, nie ma sprawy. A w ogóle to tego, pięknie załatwilas tego typa, no wiesz, tego co macał kelnerkę.
- A, nic takiego...
Lamps siedział przy stoliku, sączył zamówione piwo i przyglądał się barmance, rozmawiającej z dziewczyną w czerwonym płaszczu, którą dziwnie było czuć końmi.
"To już prawie wszyscy" pomyślał. "Jestesmy tu prawie wszyscy".
Wzdrygnął się, zdjęty nagłą obawą.

____________________________________________________
Po długim prologu mamy wcale niekrótki rozdział pierwszy. Mam nadzieję, że to opowiadanie spodoba wam się równie mocno jak moje poprzednie dzieło i że ilość produkowanego przeze mnie tekstu was nie zniechęci ^_^ 
Martina