czwartek, 2 stycznia 2014

Rozdział 9

The sky is still blue
The clouds come and go
Yet something is different
Are we falling in love?

Don't let yourself be hurt this time

Julee Criuse "Falling"



 Za oknem sypał śnieg. Cały świat przykryty był grubą, białą pierzyną i ledwo widoczny zza falującej na wietrze zasłony, utworzonej z milionów opadających płatków. Na parapecie utworzyła się pokaźna zaspa, wspinająca się na szybę białymi mackami i najwyraźniej ciągle rosła.
Majka oderwała zaspane spojrzenie od arktycznego pejzażu na dworze. Wymacała komórkę na nocnej szafce i sprawdziłą godzinę. Uj, trzeba wstawać, pomyślała, bo Kepler, jak nic zaraz się zleje.
Obróciła się delikatnie na wznak, jednocześnie podnosząc obejmujące ją ramię Marcina.
- Hhuummm? - zamruczał. - Chtóra est?
- Dziewiąta - odparła, wyskakując z łóżka. - Muszę psa wyprowadzić.
Wasyl przetarł rękami twarz. Świadomość wracała mu wraz z miłym, acz jednocześnie obciążającym wspomnieniem tego, co stało się w nocy.
- Cholera - mruknął, patrząc, jak naga Majka wkłada szlafrok. - To ja może pójdę do siebie.
Zawiązała pasek i sięgnęła po kosmetyczkę stojącą na toaletce. Widział w lustrze, jak zagryzła wargi i poczuł się jak ostatnia, podła świnia.
- No może lepiej idź - powiedziała. - Co mają gadać.
- Majka ja ten... ja, no, dzięki - rzekł, plącząc się niemiłosiernie.
- Spoko - uśmiechnęła się.
Kiedy wyszła do łazienki, wylazł spod kołdry, wbił się w dżinsy, a potem pozbierał porozrzucane dookoła fragmenty swojej garderoby. Gacie leżały w popielniku kominka, wytrzepał je więc i schował do kieszeni. Wsunął bose stopy w buty, po czym podszedł do drzwi i nastawił uszu.
Z dołu słychać było brzękanie naczyń w kuchni i głos Majki, wołąjącej psa. Po chwili szczęknęły drzwi frontowe, a w jadalni Lampard zanucił jakąś kolędę.
Wstrzymując oddech i nienawidząc się za to co robił, Wasyl wyszedł na paluszkach na korytarz, po czym zamknął drzwi, starając się to zrobić jak najciszej. Był tak tym zaaferowany, że chrząknięcie za jego plecami niemal przyprawiło go o zawał. Podskoczył, gubiąc przy tym skarpetki, podniósł je, po czym odwrócił się, chociaż domyślał się kto go zdybał.
- Cześć Rose - rzekł, tuląc zmiętą w kulę odzież do obnażonego torsu.
Montoya, kompletnie odziana, stała w drzwiach swojej sypialni.
- Można wiedzieć - zapytała, punktując wypowiedź potężnym trzaśnięciem drzwiami - co ty tu, do cholery, robisz?
- Wychodzę? - zasugerował.
- Wychodzisz - rzekła. - Z damskiej sypialni, z gaciami wystającymi z kieszeni. Taaaa. Ciekawe gdzie zdążyłeś wejść.
- Pogadamy później - rzekł i czmychnął do łazienki.
Kiedy jakiś kwadrans później zszedł na dół, umyty i ubrany, kompletnie i w świeżą odzież, Lampard w jadalni nakrywał do śniadania, pogwizdując wesoło, natomiast Rose stała w salonie, z ramionami skrzyżowanymi na piersi i miną nie wróżącą nic dobrego.
Prawdę mówiąc ta mina wróżyła same złe rzeczy, zwłaszcza zaś Wasylowi.
- Co ty sobie, kurwa, myślisz? - Rose nie traciła czasu na zbędną dyplomację. - Spałeś z Majką?
- A co to, spowiedź święta? - Marcin nie zamierzał polec bez walki. - Na księdza mi nie wyglądasz.
- Słuchaj no ty, nie pyskuj mi tu! - Rose wycelowała w niego oskarzycielski palec. - Zaciągnąłeś Majkę do łóżka, a nawet, kurwa, rozwodu jeszcze nie masz!
Nie wiedzieć czemu, skojarzyła się Wasylowi z jego babcią, góralką i jej kazaniem, gdy przyłapała go na kradzieży cukierków z kredensu. Miał wtedy siedem lat i zaraz po kazaniu dostał na deser ścierą w ucho. Piekło jak diabli.
Opanował ścieżkę skojarzeń i wrócił do teraźniejszości.
- No nie mam rozwodu. No i?
- Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam! - Rose wzniosła oczy i dłonie do niebios. - Rżniesz głupa, czy naprawdę jesteś głupi, Wasyl? Nie rozumiesz co żeś narobił?
Lampard stanął w progu salonu, wyraźnie zaniepokojony.
- Rose... - rzekł ostrzegawczo.
- Przecież nie chciałem - mruknął Wasyl. - Tak wyszło...
- Samosie? - zapytała Rose jadowicie. - Majka się przeciagnęła i przypadkiem nadziała się na twojego penisa? Dziewczyna jest w tobie ślepo zakochana, a ty ją przelatujesz przy pierwszej okazji i rano wiejesz z jej sypialni jak złodziej. Na pewno się teraz cudownie czuje.
Marcin opadł na kanapę, zasłaniając dłońmi twarz.
- Kurwa... - mruknął.
Wyglądał jak kupka zmiętego nieszczęścia. Lampard, widząc to, postanowił interweniować.
- Rose, może się wtrącę, ale nie powinnaś się do tego mieszać!
- Nie wtrącaj się Lampard! Chronicie siebie nawzajem, samce jedne! Chłopy jak wy nic nie rozumiecie! Jesteście ulepieni z jednej gliny a zamiast mózgu macie te swoje jądra, którymi odnajdujecie się jak pieprzone GPS! Każde świństwo da się usprawiedliwić, bo przecież on to kurwa zrobił niechcący prawda? - wycelowała palec w Marcina. - Wykorzystałeś ją, baranie!
Wasyl poderwał się z kanapy.
- Myślisz, że tego nie wiem? - wrzasnął. - Myślisz, że nie czuję się jak ostatni chuj? Wiem, że nie powinienem był, wiem, że ją skrzywdziłem, ale to się już, kurwa, stało! I się nie odstanie! Ja przecież...
Drzwi wejściowe otworzyły się i stanęła w nich Majka, z Keplerem na smyczy, zarumieniona od zimna i obsypana śniegiem.
- Co tu się dzieje? - zapytała zdumiona, puszczając smycz. - Tak się drzecie, że w Londynie was słychać.
Rose klapnęła na fotelu i sięgnęła po wino.
- A bo musiałam coś wytłumaczyć tym dwóm debilom - mruknęła, nalewając sobie kieliszek. - Nieważne.
- Majka, możemy porozmawiać? - w oczach Wasyla odmalowało się błaganie.
- Powinniście - mruknęła zgryźliwie Rose.
Frank wzniósł oczy w stronę sufitu.
- Rose, na litość boską... - zaczął.
- Co, mam się nie mieszać? - warknęła. - Ten cymbał ma jej sporo do wyjaśnienia! Powinien ją przeprosić!
Marcin zacisnął szczęki, Majka zaś spojrzała na Rose z nieukrywanym zdumieniem.
- Ale za co? - zapytała. - Za jedną z najpiękniejszych nocy w moim życiu?
- No nie mogę... - jęknęła Rose. - Naprawdę jesteś taka głupia? Naprawdę nie widzisz co on ci...
Lamps, widząc, że zanosi się na kolejną gniewną przemowę, postanowił działać. Stanowczym krokiem podszedł do Rose, odebrał jej kieliszek i odstawił na stół.
- Lampard, czy ciebie pogięło? - zapytała Rose.
Zamiast udzielić odpowiedzi, podniósł ją z fotela jak piórko i przerzucił przez ramię. Wasyl i Majka obserwowali jego poczynania w milczeniu, Rose natomiast, wyszedłszy z pierwszego szoku, zaczęła wierzgać, wrzeszczeć i okładać Franka pięściami.
- Odstaw mnie ty palancie! Natychmiast! Zabiję cię za to, kretynie! Postaw mnie!
- Myślę - rzekł Frank z olimpijskim spokojem, maszerując na korytarz - że Wasyl i Majka potrzebują nieco prywatności.
Zamknął za sobą elegancko drzwi. Po chwili wrzaski Rose oddaliły się i ucichły, widać Lampard wyniósł ją na piętro.
Majka spojrzała na Wasyla. Gapił się na padający za okem śnieg, ogryzając paznokieć kciuka, chyba niezupełnie świadomy tego co robi.
- No, co jest? - zapytała rzeczowo.
- Majka, ja ten, ona ma rację - wbił spojrzenie w dywan. - Powinienem cię przeprosić. Za to... za ten. Za wczoraj.
- Nie masz za co - powiedziała, dziwiąc się, że jej głos jest taki spokojny. Zdjęła czapkę, rzuciła ją na kanapę i zaczęła rozpinać płaszcz. - Stało się i cześć.
Marcin spojrzał na nią i szybko przeniósł wzrok na swoje dłonie.
- Nie powinno było - powiedział. - Moja wina, jestem totalnie rozpierdolony tym wszystkim i chyba potrzebowałem kogoś blisko...
- Twoja wina, moja wina, to nie ma znaczenia - głos Majki był miękki, niemal pieszczotliwy. Rzuciła płaszcz na kanapę i podeszła do Wasyla. - Popatrz na mnie. Proszę.
Uniósł głowę.
- Ja niczego nie żałuję - powiedziała, jej oczy lśniły. - Nie obwiniaj się, bo nie masz o co. Dobrze wiesz, że tego chciałam.
- Wiem. I właśnie dlatego nie powinienem był. Wiem, że ty... - przełknął ślinę. - Co ty czujesz. I ja nie...
- Marcin, wiem, że nie - przerwała mu. - Walczysz teraz o swoją rodzinę i małżeństwo, ja to rozumiem. Nie chcę ci utrudniać życia, nie chcę cię krzywdzić. Więc przestań się, do cholery, samobiczować, bo ja się nie czuję wykorzystana. Jestem dużą dziewczynką, wiedziałam co robię. I nie oczekiwałam, że to coś zmieni między nami.
- A jak się czujesz? - zapytał cicho.
Majka uśmiechnęła się.
- Czuję się bogatsza o piękne wspomnienia - odparła. - Poza tym jestem głodna. Chodź, zobaczymy co ta dwójka zdążyła zrobić w temacie śniadania.
- W sumie - rzekł Wasyl po zastanowieniu. - Też bym coś przekąsił. Ale nie wiem, czy nie należałoby wysłać Lampsowi wojska na pomoc. Tak ze dwie dywizje zmechanizowane.
- Myślę, że Frank poradzi sobie sam - Majka uśmiechnęła się od ucha do ucha. - On wie co robić.
Człowiek, o którym mówili, zamknął właśnie za sobą drzwi sypialni Rose, po czym posadził niesioną na ramieniu wściekłą furię na łóżku i sam usiadł obok niej.
- Co ty sobie wyobrażasz, Lampard? Że co jesteś, jakiś pieprzony mucho macho? - wrzasnęła. - Tarzan w niebieskich majtkach? Odbiło ci?
Frank uśmiechnął się jednym kącikiem ust.
- Jesteś cudowną kobietą, Rose - oznajmił. - Czasami jednak stanowczo zbyt dużo gadasz.
- Ja ci zaraz pokażę cudowną kobietę! - chciała się poderwać z kanapy, ale wylądowała w objęciach Franka. - Puść m... mmm...
Lampard odebrał jej możność mówienia w najprzyjemniejszy sposób jakiego może użyć mężczyzna wobec kobiety, to jest głębokim pocałunkiem. Rose próbowała się przez chwilę wyrywać, ale skapitulowała wobec wszechogarniającej rozkoszy, wywoływanej namiętnymi ustami i zwinnym językiem przez Franka. Pozwoliła mu się całować, coraz głębiej i coraz namiętniej, ale gdy jego wargi zsunęły się z jej warg na szyję, po czym powędrowały niżej, gwałtownie oprzytomniała.
Pchnęła go w pierś, aż się zatoczył w tył. Frank poczuł się jak człowiek, któremu ktoś gwałtownie wyciągnął spod nóg obłoczek, na którym szybował właśnie przez bramy raju.
- Rosie... - zaprotestował, wyciągając ręce.
Rose bez namysłu trzasnęła go otwartą dłonią w twarz.
- Nie nazywaj mnie Rosie! - ryknęła. - Coś ty myślał, że jak Wasyl zaliczył, to ty też będziesz mógł? Wszyscy jesteście tacy sami, banda idiotów myślących fiutem!
Wybiegła z sypialni. Drzwi zatrzasnęły się z taką siłą, że wiszący na ścianie obrazek zakołysał się i przekrzywił.
- No i skończyło się rumakowanie - westchnął smętnie Frank.
Piętro niżej, w kuchni, z sufitu posypał się tynk, lądując w półmisku z wędlinami.
- O cholera - Wasyl spojrzał w górę.
- Może jednak wezwjmy to wojsko? - zaproponowała Majka.
- Czołgi - uściślił Wasyl. - Dzwoń po czołgi!
Wydłubywali właśnie spomiędzy różowych plastrów szynki białe okruchy, kwicząc i zataczając się ze śmiechu (dopadła ich bowiem okrutna głupawka), kiedy do kuchni wparowała Rose.
Ujrzawszy rozbawioną parę zmarszczyła brwi, po czym chwyciwszy ścierkę jeła wydawać komendy.
- Wasyl, bierz tę szynkę i zjeżdżaj z nią do jadalni. I pilnuj, żeby koty nie zeżarły! - oznajmiła.
- Koty siedzą pod choinką i aureolki poprawiają - odparł Marcin, przezornie z daleka, znikając już za drzwiami. Rose zamknęła je i spojrzała na Majkę.
- Przeprosił cię? - zapytała.
Majka przerwała na moment wykładanie tostów do koszyka, wysłanego białą serwetką.
- Owszem - odparła spokojnie. - Wszystko sobie wyjaśniliśmy.
- I ty go tak traktujesz jak gdyby nigdy nic? - zdziwiła się Rose. - Przeleciał cię i poleciał i jest spoko?
- Dla mnie jest - odparła Majka, wracając do układania pieczywa. - Wyjmij maselniczkę, jest w kredensie.
- Ja nic nie rozumiem - Rose otwarła kredens z rozmachem i wyjęła porcelanową miseczkę z masłem. - Uważasz, że to normalne, że żonaty facet, który cię nie kocha, używa cię jako seksualnego ekwiwalentu chusteczki do nosa, bo mu smutno?
Majka zacisnęła szczęki i zamknęła oczy. Kiedy je na powrót otwarła lśniły podejrzaną wilgocią.
- Wiem, jak wygląda sytuacja - powiedziała. - I równie dobrze można powiedzieć, że to ja wykorzystałam jego. Przecież, do cholery, wiedziałam wczoraj, że jest kompletnie rozjechany emocjonalnie i skorzystałam z tego, żeby pójść z nim do łóżka. Z tego punktu widzenia to też wygląda chujowo, nie sądzisz?
- No tak jakby, ale...
- Ale co? Oboje jesteśmy dorośli, oboje wiedzieliśmy, że to zły moment. Stało się i co ja na to poradzę? Przecież nie będę mu tym truła dupy w chwili, kiedy on ma na głowie wyjątkowo paskudny rozwód, a my wszyscy wielką misję ratowania świata. Kiepski moment, żebyśmy się na siebie wzajem obrażali.
Czajnik elektryczny prztyknął przyciskiem i zionął parą. Rose zalała wrzątkiem susz herbaciany w imbryczku, po czym spojrzała poprzez obłoki pary na Majkę.
- Mimo wszystko sądzę, że Wasyl powinien dostać po nosie - stwierdziła. - Zachował się jak idiota.
Majka westchnęła rozdzierająco.
- Ale nie wrzeszcz już na niego, dobra? Wiem, że masz dobre intencje i dziękuję ci, ale odpuść mu. Wie czym zgrzeszył, już nie będzie, a my się musimy trzymać razem.
Skończywszy tę przemowę, zabrała koszyk z tostami i wyszła. Rose patrzyła przez chwilę na drzwi, potem w brunatną otchłań herbaty w imbryczku.
- Oni seks wczoraj uprawiali - zapytała pustą kuchnię - Czy on jej lobotomię penisem zrobił?
Chwilę wcześniej w jadalni zjawił się Lamps. Minę miał rozanieloną, na policzku zaś czerwoną odbitkę dłoni.
- Przeżyłeś, gratuluję - Wasyl uniósł w górę kciuk.
- Ostra z niej dziewczyna - stwierdził Frank, osuwając się na krzesło w rozmarzeniu. - Ale jak się te kolce z wierzchu usunie, to ja ci mówię... Cudo, nie kobieta!
Wasyl rozejrzał się dookoła, podrapał po czuprynie, po czym wydobył z barku flaszkę czerwonego wina.
- I tak nikt dzisiaj nigdzie nie jedzie, więc możemy zacząć od rana - oznajmił. - Dzwoniłem do klubu, trening odwołany, drogi zasypane, generalna masakra.
Nalał szkarłatnego napoju do dwóch kieliszków.
- Za cuda, nie kobiety - wzniósł toast. - I zainwestuj w dobre obcęgi, stary.
- Obcęgi? - zdziwił się Frank, unosząc swój kieliszek. - Do czego?
- Do usuwania kolców - wyjaśnił Wasyl.
W eleganckim apartamencie, w sypialni z widokiem na imponującą, acz mocno zaśnieżoną, panoramę Leicester, dominującym kolorem był grafitowy. Tej barwy były ściany, podłoga, wyłożona włoskim marmurem, oraz wielkie łoże, zasłane pościelą w kolorze, a jakże, grafitowym. Nad łożem wisiało na ścianie gigantyczne, czarno-białe zdjęcie, przedstawiające Roberta Geya w grafitowym garniturze, na suficie zaś lustro. Pan Grey lubił oglądać sam siebie, a jego asystent, Hinten Linksarsch, lubił zakradać się do tego pokoju na chwilę prywatnej przyjemności, kiedy jego pracodawcy nie było w domu.
Tym razem jednak był i spoczywał na łożu, odziany w szlafrok w ulubionym kolorze, poddając się masażowi stóp, wykonywanemu przez młodą Tajkę.
Zaczynał się już nudzić. Nie obchodził świąt, żadnych, prócz własnych urodzin, cały ten zamęt z choinkami i tak dalej działał mu wyłącznie na nerwy. Pragnął rozrywki i pobudzenia, a jego najważniejsze interesy musiały chwilowo pójść w odstawkę. Zrobiło się za dużo szumu, to tylko szkodziło rozwojowi spraw, a teraz zdziałał już tyle, że mógł pozwolić sobie na małą przerwę.
- Zjeżdżaj - kopnął dziewczynę nogą. Pozbierała olejki i znikła za drzwiami, powiewając welonem czarnych włosów. - Hiiiiiiinteeeeeeen!
W głębinach apartamentu zabrzęczało tłuczone szkło.
- Już idę, panie Grey! - głos asystenta był stłumiony i chyba zaspany.
Grey westchnął. Dawno by zwolnił tego niezgrabnego cymbała, gdyby nie był on tak przeraźliwie lojalny i oddany. No i dawał sobą pomiatać jak nikt inny, co Greya niezmiernie bawiło.
- Nudzę się - oznajmil Grey wchodzącemu asystentowi. - Wymyśl coś!
- Ale co proszę pana? - Hinten zamrugał swoimi rybimi oczyma.
- To ja mam wiedzieć? - warknął Grey. - Coś, żebym się nie nudził!
- Moe ten nowy burdel w Rothley? Bardzo dyskrety i ekskluzywny - zasugerował Hinten.
- Idiota - orzekł zwięźle jego pryncypał.
- A wyjście do klubu...?
- Masz ograniczoną wyobraźnię. Burdele, kluby, co jeszcze, może puby? - Grey poprawił fryzurę, przegladając się w sufitowym lustrze. - A właśnie, a'propos pubów, czy złożyliśmy kolejną propozycję tej tam całej Montoyi?
- Jeszcze nie szefie - odparł pospiesznie Hinten. - Sam pan kazał poczekać.
- Zmieniłem zdanie. Przynieś mi telefon.
Grey poczuł falę rozkosznej ekscytacji. To mogło być naprawdę dobre.
Pierwsze święto toczyło się leniwie. Po śniadaniu cała czwórka, waz z psem, udała się na długi spacer. Ulepili dwa bałwany, przy czym Rose twierdziła, że jeden powinien nazywać się Wasyl, a drugi Frank, stoczyli krótką, ale zajadłą wojnę na śnieżki, potem zaś rozegrali mecz z użyciem bryły śniegu zamiast piłki. Za każdym kopnięciem Kepler usiłował łapać śniegową piłkę w zęby, przeto Wasyl uznał, że pies sędziuje.
Zmarznięci, wrócili do domu, by rozgrzać się przy filiżance kawy, lub herbaty, wedle uznania. Rose nastawiła indyka, który, upiekłszy się, okazał się wyborny. Trawili właśnie błogo, przy kieliszku czegoś mocniejszego, oglądając w telewizji stary western, gdy w świąteczną atmosferę wdarło się brzęczenie komórki.
Mamrocąc coś gniewnie Rose wydłubała aparat z kieszeni dżinsów i przyłożyła do ucha.
- Sekretarz Greya, ten jak mu tam, Zadek, Dupek... - powiedziała.
- Hinten? - podpowiedziała Majka.
- No wiedziałam, że coś z tyłem! - ucieszyła się Rose. - Zapowiedział uroczyście, że jego szef chce ze mną gadać.
- Grey? - zdziwił się Lampard. - A czego ta menda chce?
Rose przełączyła na głośnomówiący, Wasyl zaś wyciszył telewizor.
- Słucham - przemówiła tonem, sugerującym, że wcale nie ma ochoty słuchać.
- Panna Montoya? - w głosie Greya brzmiała uwodzicielska nuta.
- Nie, arcybiskup Canterbury, właśnie błogosławię fabrykę wibratorów. Czego pan chce?
Wasyl, który właśnie pił piwo, zakrztusił się. Pomocna jak zwykle Majka jęła go klepać po plecach, co zabrzmiało jak seria dudniących grzmotów.
- Ma pani tam burzę? - zdziwił się Grey.
- Aha, z piorunami - przyświadczyła Rose. - A na herbatkę o piątej wpadnie tornado. Czego pan u diabła chce?
- Niczego. Wręcz przeciwnie, to ja mam propozycję dla pani - w głosie miliardera zabrzmiała fałszywa słodycz. - Bardzo korzystną propozycję.
- Ta? A niby jaką?
- Pani pub ostatnio na siebie nie zarabia, prawda?
- Gówno prawda, tarzam się w kasie jak Scrooge.
- Uwierzyłbym, gdybym nie wiedział, że służby sanitarne zamknęły Ten Bells przed samymi Świętami. A to wszystko dlatego, że odrzuciła pani pewną bardzo korzystną ofertę...
Rose zgrzytnęła zębami.
- Mam rozumieć, że to twoja robota, ty pieprzony świrze? - warknęła. - To ty zamknąłeś mi pub?
Ze słuchawki dobiegł śmiech.
- Mam duże wpływy, panno Montoya - rzekł Grey. - Tak duże, że sanitarni otworzą pani lokal z powrotem na jedno moje skinienie.
- Ale nie za darmo, jak sądzę? - zapytała sarkastycznie Rose.
- Bystra z pani osoba. Widzi pani, uraziła mnie pani odrzuceniem propozycji wysuniętej przez moją firmę. Jestem jednak człowiekiem wielkodusznym i chętnie puszczę tę urazę w niepamięć. Musi pani tylko okazać gotowość do rozmowy ze mną.
- Mianowicie jak?
- Proszę, aby przyszła pani na prywatne spotkanie ze mną, w Sylwestra. Tylko my dwoje.
Szczęki Lamparda zacisnęły się, a jego oczy zabłysły jak stal.
- Pan mi proponuje randkę? - zapytała Rose, zdumiona.
- To pani interpretacja. Aha, o pani stroju decyduję ja. I uprzedzam, jeśli poczuję się bardziej urażony, zamknę ten pani przybytek na zawsze.To jak będzie?
Frank, Majka i Wasyl zamarli w oczekiwaniu na soczystą wiązankę pod adresem Greya. Odpowiedź Rose zaskoczyła ich.
- Muszę się zastanowić.
- Ma pani czas do trzydziestego grudnia. Do zobaczenia, panno Montoya.
W salonie zapadła głęboka cisza. Rose schowała telefon do kieszeni, Lampard natomiast poderwał się, chwycił stojącą na stole butelkę wina, nalał sobie pełny kieliszek i wychylił od razu do dna.
- Ty chyba nie zamierzasz spotykać się z tym czubkiem? - stanął nad Rose.
- A mam inne wyjście? - zapytała jadowicie. - I tak zarobki ze Świąt i Sylwka mam z głowy, a to kupa kasy.
- Al Grey to psychopata! Cholera wie co ci może zrobić, zgwałci cię, albo zamorduje i co?
- I będę nieżywa. Frank, czy ty przypadkiem trochę nie histeryzujesz?
- Nie chcę się wtrącać - rzekł ostrożnie Wasyl. - Ale ten facet na normalnego mi nie wygląda.
- Lampard? - zapytała Rose zgryźliwie.
- Nie! Grey! Lamps może trochę przesadza, ale sam na sam z tym typem faktycznie może być niebezpieczne.
- Też mi się tak wydaje - mruknęła Majka.
- A co mam zrobić? Stracić źródło utrzymania i przy okazji pozbawić pracy trzy inne osoby?
- Dwie - poprawił Lampard. - Kelnerki ostatnio masz z agencji pracy.
- No to dwie, tak się składa, że to moi przyjaciele, którzy wiele dla mnie zrobili. I co, mam patrzeć jak lądują na bruku?
Frank chwycił się za głowę.
- Rose, do cholery, ja zapłacę łapówkę sanitarnym, zatrudnię twoich kucharzy, ja ci nowy pub nawet kupię, ale odpuść sobie!
Rose wstała i spojrzała mu prosto w twarz. Przez chwilę mierzyli się oczyma, jej czarne i płonące przeciw jego morskim.
- Lampard, ja nie będę chować się za twoimi plecami - powiedziała dobitnie. - Sama załatwiam sobie sprawy.
- I sama załatwisz sobie gwałt! - wybuchnął Frank.
Rose tylko patrzyła na niego w milczeniu.
- Chrrryste... - jęknął. - Wolałbym już zakochać się w Godzilli.
- A zakochałeś się w Rose? - wyrwało się Majce.
Lampard klapnął na fotel i przygarnął do siebie butelkę z winem.
Rose pozostała nieprzejednana. Mimo próśb i perswazji przyjaciół, a także awantur ze strony Franka, była zdecydowana przyjąć propozycję Greya.
Trzydziestego stycznia pod Ten Bells pojawił się posłaniec z wielką paczką, zawiniętą w grafitowy papier.
- Od pana Greya. Kazał zapytać, czy pani przyjmuje jego propozycję - rzekł, podając pakunek Rose.
- Przyjmuję - odparła Rose. - Co to jest?
Spojrzał na nią wrokiem śniętego dorsza.
- W środku pan Grey załączył liścik - odparł. - Jutro o ósmej przyjedzie po panią limuzyna.
To rzekłszy rzucił jej, nie wiedzieć czemu, spojrzenie pełne urazy, odwrócił się na pięcie i poszedł.
Rozpakowywała właśnie paczkę, gdy do środka wtoczyła się nierozłączna ostatnio trójka, czyli Wasyl, Majka i pies. Od czasu wigilijnego incydentu Marcin chodził za Majką jak kwoka, pilnując jej prawie na każdym kroku, zapewne w ramach zadośćuczynienia.
- Co to jest? - zapytała Majka, wskazując dwa grafitowe pudła w zwojach grafitowego papieru, leżące na jednym ze stolików.
- Przesyłka od Greya - mruknęła Rose. Otworzyła bardziej płaskie z pudeł i wyjęła zeń krwistoczerwoną sukienkę. Dekolt tej kreacji, wycięty w szpic, sięgał, bez żadnej przenośni, pępka, podobnie rozległe wycięcie, trzymane w kupie tylko dwoma cieniusieńkimi sznureczkami, znajdowało się też na plecach, spódnica zaś musiałą kończyć się centymetry poniżej krocza nosicielki.
Wasyl gwizdnął przeciągle.
- Kiecka wystawowa - orzekł. - No wszystkie wdzięki są na wystawie, nie pozostaje nic dla wyobraźni - wyjaśnił w odpowiedzi na pytające spojrzenia dziewczyn.
W tym momencie drzwi frontowe szczękneły i w progu pojawił się Lampard.
- Rose, mam rozwiązanie! - zawołał, potrząsając trzymanym w dłoniach pudełkiem. Potem wzrok jego padł na trzymaną przez Rose sukienkę.
- Co to jest? - zapytał, blednąc i czerwieniejąc na przemian.
- Grey to przysłał - wyjaśniła Majka. - Rose ma to włożyć na spotkanie.
- To? - Lampard wskazał palcem skąpą kreację. - Ten strój służbowy prostytutki?
Rose bez słowa odłożyła kieckę i otwarła drugie pudło. W środku znajdowały się srebrne buty na niebotycznie wysokich obcasach i z platformami o rozmiarach Empire State Building.
- Pięknie. Przysłał ci ciuchy dla dziwki - rzekł jadowicie Frank.
- Nie wątpię, że o dziwkach i ich upodobaniach odzieżowych wiesz sporo, Lampard - odcięła się Rose.
- Nadal masz zamiar tam iść? - zapytał prosto z mostu.
- Owszem - odparła Rose zimno. - Mam.
- Wobec tego, będziesz pod tą kiecką nosić to - postawił obok darów od Greya swoje pudełko i wydobył z niego mały czarny przedmiot, zakończony kilkunastoma centymetrami cienkiego kabelka.
- Co to jest? - zapytała nieufnie. - Podsłuch? Zdurniałeś?
- Nie ja, ty zdurniałaś, jeśli myślisz, że puszczę cię tam bez żadnego zabezpieczenia - Frank przysunął się tak bardzo, że Rose mimo woli usiadła na stole. Dłonie mężczyzny spoczęły na blacie po obu stronach jej bioder, a twarz znalazła się o milimetry od jej twarzy. - Prędzej sam się w tę kieckę ubiorę i pójdę do Greya, niż powolę tobie rzucić się na pastwę kaprysów tego czubka. Zrozumiałaś?
- Bo co? Zatrzymasz mnie siłą? - odparowała.
- Zamknę cię w cholernym schowku na szczotki - rzekł.
Majka wyobraziła sobie Lamparda w czerwonej, wydekoltowanej kiecce i dostała głupawki, tymczasem Frank kontynuował.
- Będziesz nosiła ten mikrofon, a ja będę siedział przy odbiorniku na dole. Jeśli ten buc spróbuje czegoś głupiego, wejdę tam razem z drzwiami i tak mu sklepię mordę, że nie będzie wiedział, którędy na górę. Nie pozwolę, żebyś ryzykowała swoim bezpieczeństwem.
Rose otworzyła usta do jadowitej riposty, ale oczy Franka lśniły tak stalowym uporem, że zrezygnowała.
- No dobra - rzekła niechętnie. - Założę ten parszywy kabel, niech ci będzie.
- Grzeczna dziewczynka - pochwalił.
Natychmiast trzepnęła go lekko po głowie.
- Nie przeginaj - ostrzegła.
Chwilę później pojawił się Walter, który zdołał się wyrwać na moment ze szponów mamusi i rozmowa zeszła na tematy bardziej historyczne.
- Odkryłem w archiwum miejskim, że działka na której, na której stoi twój pub, była kiedyś częścią znacznie większej parceli, nazywanej "Black Anny's Bower Close".
- To znaczy, że te drzwi, to może być to? Wejście do jaskini Czarnej Annis i do tego tam przejścia międzywymiarowego? - zapytała Majka.
- Może, ale nie musi - odpowiedział Lampard. - Kiedy w dwudziestoleciu międzywojennym budowano tu osiedle, dawne parcele dzielono na znacznie mniejsze działki.
- Tak. Z "Black Anny's" zrobiono kilkanaście działek, nie wiemy, nie wiemy na której było wejście. Ale to bardzo, bardzo prawdopodobne.
- Babcia zbierała historyczne dokumenty na temat tego miejsca - powiedziała Rose. - Szukałam ich, po jej śmierci, ale gdzieś przepadły.
- Czekaj, a ta szkatułka, którą znaleźliście? - wtrącił się Wasyl.
- Jeszcze jej nie otworzyliście? - zgorszył się Walter.
- Zapomniałam! - wrzasnęła Rose. - Idiotycznie i na śmierć o niej zapomniałam, okej? Miałam na głowie mnóstwo innych rzeczy, a ten tu nawet mi nie przypomniał!
Wskazała Lamparda.
- Moja wina - rzekł Frank. - Masz klucz do tej szkatułki?
- Wiem gdzie jest - powiedziała z ociąganiem. - Ale nie lubię tam chodzić.
- Przepraszam, że się wetnę - rzekła grzecznie Majka. - Chciałam zapytać, czy to jest bardzo pilna kwestia. Ostatecznie wiemy, że te drzwi to prawie na pewno TE drzwi, ostatecznie potwory nie wyłażą z piwnicy Rose bez powodu. Zabezpieczyliśmy je na razie i teraz powinniśmy się skoncentrować na tym, żeby Rose nie straciła pubu, nie tylko dlatego, że stanowczo nie życzymy sobie jej ruiny, ale i dlatego, że wtedy stracimy kontrolę nad drzwiami. A wyobrażacie sobie co ten świr Grey mógłby odwinąć, gdyby je odkrył?
Wzdrygnęli się wszyscy, jak na komendę.
- Majka ma rację - powiedziała Rose.
- Dlatego na razie zajmiemy się panem Greyem, a szkatułkę otworzymy sobie w Nowy Rok, na spokojnie - orzekł Lampard. - Musimy poćwiczyć posługiwanie się tą radiostacją, żeby wszystko było sprawnie.
- Ej, ja też chcę jechać - zgłosił się Marcin. - Co cztery pięści, to nie dwie.
- Ja też jadę! - oznajmiła stanowczo Majka.
Wasyl popattrzył na jej małe dłonie i zachichotał.
- Też chcesz pięści użyczać? - zapytał.
- Nie, ale mogę poszczuć tego psychola psem, jakby co!
Rose zatoczyła oczyma.
- Jezu, cały orszak będę miała - powiedziała, wzdychając.
- Jest tylko jeden problemik - oznajmił Lampard. - Wasyl, możemy wziąć twoją furę? Za mną sie ostatnio ciągną papsy. Jeden zdaje się siedzi w tej chwili w ogródku naprzeciwko.
Marcin pokręcił głową.
- Nic z tego stary - oznajmił smutnie. - Za mną też się ciągną, jak kurwy za wojskiem. Rano sąsiadka obiła paparucha miotłą, bo jej rabatki deptał. Zimozielone.
- Weźmiecie mojego garbusa - ucięła Rose. - Jakoś się pomieścicie.
- Ja się nie wtrącam, Rose - rzekł Walter. - To twój pub. Ale ten Grey to jest zły, bardzo zły człowiek! Lepiej uważaj, nie chcę, żeby ci zrobił krzywdę.
- Niechby tylko spróbował - powiedział Lampard, takim głosem, że wszystkim ciarki po grzbiecie przeszły.
W sylwestrowy wieczór, punktualnie o godzinie dwudziestej, przed pub zajechała bezszelestnie czarna, lśniąca limuzyna.
- Przyjechał! - wrzasnęła czatująca przy oknie w salonie Majka. - Lećcie po Rose!
Wasyl popędził do sypialni, otworzył z rozmachem drzwi i zamarł, ponieważ Montoya stała przed lustrem w samej bieliźnie.
- O rany, przepraszam - wymamrotał, cofając się.
- No ja myślę - odparła, posyłając mu zabójcze spojrzenie.
- Ty, podglądaczem zostałeś? - Lampard wyrósł znienacka za plecami Wasyla. - Uważaj no...
- Gorzej ci? - Marcin postukał się palcem w czoło. - Ty lepiej idź do niej i mikrofon jej przyklej.
Lampard wszedł do sypialni, po czym pięć sekund później wyleciał za drzwi, jak wyrzucony z katapulty.
- Wywaliła mnie - powiedział. - Sama se przyklei.
Rose wyszła dziesięć minut później, odziana w kreację od Greya. Pod nią, jednakże, nosiła czarne legginsy i takiż golf z cienkiej tkaniny.
Na twarzy Lamparda odmalowała się mieszanina ulgi i rozczarowania, Wasyl zaś poddał dziewczynę dokłądnej inspekcji wizualnej, po czym uniósł brew.
- Facet nie będzie zadowolony - orzekł.
- No ja myślę - mruknęła Majka. - Nastawił się na cycki na talerzu, a dostanie zakonnicę.
- Niech się wypcha - odparła gniewnie Rose. - Nie będzie byle szmaciarz w moje cycki się gapił! Poza tym przeczytałam jego liścik trzy razy i o tym co ma być pod kiecką nic nie było. Dobra, idę.
Włożyła płaszcz, wzięła torebkę i wyszła. Majka zowu zawisła przy oknie, patrząc co się dzieje przed pubem.
- Wsiada - raportowała. - Odjeżdząją! Lecimy!
Zbiegli ze schodów, przy czym Kepler wpadał wszystkim pod nogi, i wbili się do garbusa, na którego desce rozdzielczej spoczywał już radioodbiornik.
Tymczasem limuzyna zajechała pod apartamentowiec Greya i zatrzymała się przy prywatnym wejściu. Szofer otworzył drzwi. Rose wysiadła i zgodnie z instrukcjami z liściku, podeszła do ochroniarza o rozmiarach szafy, pełniącego straż przy wejściu. Pokazała mu liścik, została wpuszczona do hallu, po czym stanęła przed drzwiami windy, nad którymi łypała ciekawsko kamera wideofonu.
Rose nacisnęła przycisk pod niewielkim ekranem. Zamigotało i na ekranie ukazała się gęba Greya, odzianego w grafitowy garnitur ("Niedługo zacznę rzygać tym kolorem" pomyślała Rose), któremu zza ramienia wyglądał Hinten.
- Miałaś włożyć to co ci kazałem!- syknął Grey.
- Grey, czy tobie czasem fortepian na łeb nie spadł i dostałeś od tego zaćmy? A co ja do cholery mam na sobie?
- Szefie, panna Montoya w istocie ma sukienkę od pana. - zająkał się Hinten.
W Greyu zagotowało się jak w czajniku.
- Kurwa a co ty masz pod spodem? Co to jest? Miałaś mieć tylko sukienkę!
- Grey ciepisz na sklerozę? Kazałeś mi założyć tę szmatę, ale słowem się nie zająkałeś, że mam pod spodem nic nie mieć - Rose wzruszyła ramionami.
Twarz milionera przybrała odcień śliwkowy.
- Hinten, kurwa, nie napisałeś, że ma przyjść z gołą dupą? - warknął.
- Ale panie Grey pan mi sam dyktował... - Hinten wyglądał jak karp na pięć sekund przed oberwaniem młotkiem.
- Spierdalaj mi stąd i żebym cię do jutra nie widział! - zawył Grey. - Bo jak cię kopnę w dupę, to do Monachium dolecisz, ty wyskrobku niedojebany!
- Cóż za kultura - zauważyła z przekąsem Rose.
- Zapraszam na górę - mruknął Grey i wyłączył interkom.
Rose westchnęła i weszła do windy. Sylwester zapowiadał się nieciekawie.

________________________________________________
Witajcie w Nowym Roku! Oto pierwszy tegoroczny odcinek, mam nadzieję, że się spodoba :)



A Hylllllwefter był... udaaany! Hik!
Martina






3 komentarze:

  1. Sylwester był udany a jakże! A teraz się cieszę, że w Nowym Roku jest nowy rozdzialik! <3 Frank jest boski i ta jego zazdrość... Mrrrrrrrrr
    Rose powinna już lekko zmięknąć, bo takie ciacho tak się o nią martwi i czyżbym słyszała wyznanie miłości w ustach Lampsa? Kwik!
    Grey jest tak przerysowanym idiotą, że żadna ustawa nie przewiduje stężenia takiego debilizmu. Hinten to sierota obrzygana, pewnie bym mu współczuła, gdyby tak bardzo nie przypominał mi Lewego, którego szczerze nie trawię! Czekam na kolejny rozdział, przebierając nóżkam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj zdecydowanie Sylwester był udany! Mam nadzieję, że Rose niedługo przejrzy na oczy i przestanie wyżywać się na Franku w każdy możliwy sposób, takiego ciacha się nie dręczy, je się kocha :D
    Ten cały Grey jest jakiś dziwny, chciałabym zobaczyć jak dostaje po mordzie, wydaje mi się, że wyglądałoby to całkiem zabawnie.
    Czekam na kolejny!

    OdpowiedzUsuń
  3. O rany, rany. Kiedy ja tu ostatnio byłam O.o Kajam się i przepraszam. I o wybaczenie proszę ;)
    I teraz to się dopiero niezłe jaja dzieją. U Ciebie jak się opuści jeden rozdział, to tak, jakby się opuściło trzy - i to zarówno w kwestii długości jak i zawartości.:) I teraz tak: Rose jest świetna, ale ta akcja z Greyem jest naprawdę ryzykowna i nie wiadomo jak się skończy. Tylko że - z drugiej strony - Majka ma rację: ten facet nie może mieć dostępu do drzwi. Bo dopóki walczy się z człowiekiem, to szanse są mimo wszystko w miarę wyrównane, ale jak do głosu dochodzą potwory z innego wymiaru to już zupełnie inna kwestia. Fajna ta nasza drużyna Scoobiego ;) Ale te stwory - w odróżnieniu od tych z bajki - są zdecydowanie dużo bardziej realne i ich akcja to bynajmniej nie jest zabawa.
    Czekam na kolejny, kochana :)

    OdpowiedzUsuń