poniedziałek, 20 stycznia 2014

Rozdział 11

Sometimes a wind blows
And the mysteries of love
Come clear. 

Julee Cruise "Mysteries of love"



Wasyl patrzył, zaskoczony, to na Franka, to na Rose.
- O rany, wyście naprawdę coś tego - powiedział. - A ja tu wlazłem...
Jak za naciśnięciem guzika Rose wróciła do swojego zwykłego, bojowego nastawienia.
- W cyrku się chowałeś? - wrzasnęła, zrywając się na równe nogi. - Normalni ludzie pukają, głąbie! A nie włażą jak do obory!
- Przepraszam najmocniej - wymamrotał Wasyl, uśmiechając się pod wąsem. - Już mnie tu nie ma.
Cofnął się pospiesznie, bo Rose ruszyła w jego stronę z gitarą w dłoni i morderczym błyskiem w oku.
- Ale nie chcesz mi tym przyłożyć? - zapytał obronnie.
- A żebyś wiedział, że chcę, tylko instrumentu szkoda! - ryknęła. - Lamps, weź kluczyk z łóżka i chodź!
Ciężko rozgoryczony Lampard wychodząc z pokoju zatrzymał się przy wrośniętym w próg Marcinie.
- Byłem tak blisko - rzekł, pokazując na palcach jak blisko. - Tak blisko! A ty musiałeś wszysko popsuć, pieprzony debilu!
- Sorry - mruknął Wasyl.
- A mówiłam ci, żebyś tu nie lazł - Majka wyrosła przy nim jak spod ziemi.
- Boż, ty też będziesz na mnie krzyczeć? - Marcin zrobił minę tresowanego niedźwiedzia, któego ktoś skarcił.
- Ja na ciebie nigdy nie krzyczę - odparła z fałszywą słodyczą. - No chodź, idziemy, chcę zobaczyć co jest w tej szkatułce.
Wszyscy chcieli. Otoczyli stół w salonie ciasnym kręgiem, nieomal stykając się głowami i wpatrując się w szkatułkę.
- Otworzysz to wreszcie? - burknął Lampard, wciąż nieszczęśliwy.
- No przecież otwieram - odburknęła Rose, nie mniej cierpiąca, acz w głębi ducha. - Odsuńcie się trochę, bo nic nie widzę.
Odsunęli się posłusznie, Rose przekręciła kluczyk w zamku i szkatułka stanęła otworem.
- Papiery...? - w głosie Marcina brzmiało rozczarowanie.
- A czego się spodziewałeś, najnowszego modelu strzelby na potwory? - Rose postukała się palcem w czoło.
- No nie, ale niech to przynajmniej będą bardzo ważne papiery...
- Są ważne, bardzo! - zapewnił uroczyście Walter, rozkładając pożółkłe stronice na stole. - To, zobaczcie, to są stare akty własności! To była, to była własność rodziny... - pochylił się nad kartką, usiłując odczytać staroświeckie zawijasy. - Bromilow!
- Bromilow? - Rose nie wierzyła własnym uszom.
- Tak, oni mieli siedzibę niedaleko, niedaleko Lutterworth. Bitteswell Hall - odparł Walter, nie przerywając lektury. - Mieli ten kawałek ziemi od początków siedemnastego stulecia.
- I co się z nim potem stało? - zapytała zachłannie Majka.
- Ostatni właściciel całej parceli znanej jako Leże Czarnej Annis to David Bromilow, tu jest jego, jego akt zgonu. Umarł w 1928.
- Miał dzieci? - popisał się bystrością Wasyl.
- Miał, córkę, Irene. Czekajcie...- Walter jął studiować papierzyska ze zdwojoną zachłannością. - Zanim David umarł zdążył opylić tę ziemię. Dwór spłonął na początku lat 20 i Bromilow potrzebował, potrzebował kasy. Ale jedną działkę zostawił córce. Czekajcie...
Tymczasem Lampard dorwał się do dużej koperty wypełnionej starymi fotografiami. Jedna z nich, oprócz całkiem nieznajomych osób, przedstawiała znany Frankowi budynek.
- Patrzcie! - pomachał zdjęciem. - Zobaczcie co znalazłem!
- Zdjęcie pubu i dwóch typów w melonikach. No i? - Wasyl uniósł brew.
Majka spojrzała na niego z troską.
- Wasyl, nie oglądaj tyle meczy Realu, bo zaczynasz myśleć jak Ramos. Czyli nie myśleć - zganiła. - To zdjęcie jest z lat dwudziestych sądząc po samochodzie... O w mordę! Dąb!
Marcin przyjrzał się fotografii z błyskiem rosnącego zozumienia w oczach.
- Stary dąb - uściślił.
- No właśnie. I w pytę wielki! - rzekł triumfalnie Lampard.
- Spokojnie może być tym, na którym Czarna Annis wieszała skóry niewinnych dziecin - mruknęła Rose, zaabsorbowana jednak czym innym. - Walter, co masz tam dalej?
- Irene prowadziła ten pub sama - obwieścił Walter. - Mam tu wycinki z gazety. To znaczy nie sama, tylko z przyjaciółką, ale ta przyjaciółka zaraz przed wojną wyszła, wyszła za mąż i przestała pracować, pewnie jej mąż miał coś przeciw, idiota. Irene zaraz po wojnie urodziła nieślubne dziecko... Jej narzeczony zginął na froncie w czterdziestym czwartym... W grudniu. Myrtle Adelaide Bromilow.
- Moja babcia - oznajmiła Rose. - Moja własna babcia!
- Aha - przyświadczył Walter. - W sześćdziesiątym czwartym poślubiła Jamesa Abneya i przepisała na niego akt własności pubu i ziemi.
- Znaczy mojego dziadka - stwierdziła Rose. - Jeszcze jakieś wstrząsy?
- Jedno dziecko, Rosemary Abney, urodzona w sześćdziesiątym szóstym, poślubiła Jairo Montoyę w 1990, w tym samym roku urodziło się dziecko, Rose, popełniła samobójstwo w dziewięćdziesiątym ósmym... - ciągnął machinalnie Walter, przeglądając papiery.
- To już wiem - rzekła cierpko Rose.
- Samobójstwo? - Frank spojrzał na nią, w jego przejrzystych oczach zabłysło współczucie.
- Owszem - odparła Rose. - Powiesiła się na prześcieradle w swoim pokoju, w psychiatryku. To teraz już wszyscy wiecie.
Udając twardą, wyszła ostentacyjnie do kuchni. Na korytarzu zatrzymała się i przyłożyła czoło do chłodnej ściany. Minęło tyle lat, a ona ciągle nie potrafiła mówić spokojnie o śmierci swojej matki.
Para ciepłych ramion otoczyła ją i przygarnęła do szerokiej piersi, do której Rose ufnie przylgnęła. Lampard tulił dziewczynę bez słowa, zanurzając twarz w jej włosach i gładząc delikatnie jej kark opuszką kciuka.
Tymczasem w pokoju poszkodowany nieco na ambicji Wasyl postanowił udowodnić, że jednak myśli i przystąpił do szczegółowych badań szkatułki. Obejrzał ją uważnie, ze wszystkich stron, zajrzał do środka, potem zważył na dłoni i ponownie zajrzał do wnętrza, usilnie manipulując przy dnie.
- Co ty robisz? - zainteresowała się Majka.
- To się chyba otwiera - oznajmił. Spróbował podważyć paznokciem dno szkatułki, wystawiając przy tym język, jak pierwszoklasista przy wyjątkowo trudnym zadaniu.
- Weź coś cienkiego - poradził Walter. - Będzie, będzie ci łatwiej.
- Ale co...? - zapytał Wasyl. Walter rozejrzał się bezradnie dookoła, Majka zaś zmarszczyła brew w głębokim namyśle.
- Znalazłam! - zakrzyknęła triumfalnie, unosząc ręce do głowy. Wyjęła z włosów wsuwkę i ceremonialnie wręczyła ją Marcinowi. - Proszę bardzo.
Wsuwka okazała się bezcenna, z jej pomoca bowiem Wasyl uniósł denko szkatułki z łatwością, odsłaniając ukryty pod nim schowek.
W schowku zaś leżał dość gruby zeszyt w twardych okładkach, na którym napisano kobiecym, nieco staroświeckim charakterem pisma "Notatki Myrtle. Tylko dla Rose!". Marcin wyjął kajet i położył na stole, po czym zapadło milczenie. Trzy pary oczu wpatrywały się w zapiski Myrtle z ciekawością i niepokojem.
- Chyba powinniśmy poczekać na Rose? - zapytała niepewnie Majka.
- Zdecydowanie - oznajmił Walter.
- No raczej - zgodził się Wasyl. - Przecież jest napisane: tylko dla Rose.
- No to jej zostawmy. Ale słuchajcie - Majka ogarnęła wzrokiem cały papierowy bałagan na stole. - Myślę, że powinniśmy pokazać to pannie Waterhouse.
- Powinniśmy, ale nie dzisiaj - Walter zerknął na zegarek. - Jest już okropnie, okropnie późno i ja już muszę lecieć.
- Późno? Ósmej jeszcze nie ma - zdziwił się Wasyl.
- Dla mojej mamy to jest późno - odparł Walter, podnosząc się.
- Czekaj, bo oni tam na tym korytarzu przepadli, znowu im coś przerwiemy i będzie - zatrzymał go Marcin.
- Skąd wiesz, że na korytarzu? - skierowane na Wasyla spojrzenie Majki było wyraźnie podejrzliwe.
- Bo żadne drzwi nie skrzypiały, a Rose zawsze zamyka wszystkie - wyjaśnił Wasyl z lekką pobłażliwością. - Kuchnię też, żeby Jonesy nie szperał po garach.
- A to ci Holmes z ciebie - Majka poczochrała mu czuprynę.
- To elementarne, moja droga - odparł, nonszalancko unosząc brew.
Walter tymczasem stał z dość nieszcześliwą miną.
- To jak ja ich mam, mam no tego, no wiecie? - zapytał.
- Poświęcę się - oznajmiła Majka. Stanęła na progu, po czym dostała ataku kaszlu w pełni godnego konającego gruźlika. - Nie chcę wam przeszkadzać! Wcale!
- Nie przeszkadzasz - dobiegło z czeluści korytarza, po czym z ciemności wyłoniła się Rose. - Nic takiego nie robiliśmy.
- Ja jej tylko służyłem oparciem - zapewnił podążający za nią Lampard. - Co jest?
- Coś znaleźliśmy - oznajmiła Majka. - Poza tym Walter się już zbiera.
Rose z całą stanowczością odłożyła lekturę zapisków babci na później, twierdząc, że ma dosyć wrażeń jak na jeden wieczór, Walter zatem opuścił lokal i podążył do siebie. Dotarł do domu przez ogródki i zlokalizował okno swojego pokoju na pierwszym piętrze, otoczone pędami. W środku paliła się nocna lampka, dokładnie tak, jak ją zostawił, wmawiając matce, że będzie u siebie, czytając. Samo okno zaś było uchylone, co gwarantowało, że będzie mógł swobodnie wejść.
Wspiął się z niejakim wysiłkiem po rynnie i kracie podtrzymującej dzikie wino, oplatające dom swymi pędami, pchnął skrzydła okienne i wepchnął się do środka, starając się robić jak najmniej hałasu. Zaplątał się przy tym beznadziejnie głową w firankę, która zaczepiła mu się jakoś dziwnie o ucho i nie chciała się odczepić. Usiadł na podłodze pod oknem i jął zdejmować z głowy warstwy przezroczystej materii.
- Dobrze się bawisz, Walterze? - głos jego matki zabrzmiał w jego uszach jak grom z Niebiesiech.
Przez ostatnią warstwę tiulu zdołał dojrzeć rozmazaną postać, siedzącą na fotelu, przy kominku, spowitą w szlafrok, z głową zdobną w groźna koronę z papilotów.
- Mamo, mamo, ja ci wszystko, wszystko wyjaśnię - wyjąkał, zdzierając firankę z głowy. - Ja tylko, tylko musiałem się przewietrzyć!
- Oczywiście - rzekła matka sarkastycznie. - Masz mnie za głupią, prawda? Otóż Walterze Barnett, głupkiem był twój ojciec, ale nie ja! Włączyłam funkcję śledzenia w twoim iPhone, widzisz, ja też umiem się posługiwać internetem. Wiem gdzie byłeś, znowu w tej jaskini rozpusty u tej cygańskiej dziwki, pod Ten Bells! Więc przestań mi kłamać w żywe oczy!
- Ale mamo, ty nic nie rozumiesz! - jęknął Walter. Nie potrafił w żaden sposób rozmawiać ze swoją matką i chociaż wiedział, że nie zrobił nic złego, nie potrafił również się uwolnić od galopującego poczucia winy. - Ja musiałem tam pójść, to było bardzo ważne! To są moi przyjaciele!
- Och, świetni przyjaciele, cygańska dziwka, dwóch piłkarzy, a wszyscy wiemy jacy są piłkarze i jakaś podejrzana laleczka z Polski, pewnie przyjechała tu dupą zarabiać, jak one wszystkie! A jak zajdzie w ciążę, wyśle swojego bękarta do kraju i będzie brała na niego zasiłek! Cudowne towarzystwo, nie ma co!
- Nie masz pojęcia o czym, o czym mówisz, to dobrzy, dobrzy ludzie! - bronił się Walter. - I naprawdę, naprawdę nic nie rozumiesz.
- Tak, ja niczego nie rozumiem, jak zwykle - matka wstała i ujęła się pod boki. W mdłym świetle nocnej lampki wydawała się Walterowi ogomna jak olbrzym z bajki. - Tak jak nie rozumiałam, kiedy twój ojciec uganiał się za spódniczkami. Myślał, że nabiorę się na bajeczki o ornitologii. Akurat!
Prychnęła gniewnie.
- Walterze - rzekła, a jej głos był teraz miękki, niemal błagalny. - Zrozum, ja to robię dla twojego dobra! Chcę cię chronić przed takimi ludźmi, chcę żebyś został tym czystym, dobrym chłopcem na zawsze, moim kochanym synkiem. Przecież jest nam dobrze we dwoje, nie potrzebujemy innych, a ten świat, ten świat jest taki zły, pełen paskudnych ludzi, takich jak ta czwórka. Przygodny seks, alkohol, narkotyki, to wszystko co się dla nich liczy! Ale ty, ty jesteś inny, mój kochany, ja wiem, że mnie nie zawiedziesz i będziesz dla mnie tym wszystkim, czym się nie okazał twój podły ojciec! Dlatego nie mogę znieść, kiedy kłamiesz mi prosto w twarz, kiedy przedkładasz tę hołotę nade mnie, nad własną matkę!
Złapała się dramatycznym gestem za lewą stronę klatki piersiowej, falując przy tym obfitym łonem.
- Mamo... - jęknął Walter.
- Nie przerywaj mi, proszę! Zgodziłam się, chociaż Bóg wie ile mnie to kosztowało, na te twoje lektury i bieganie do biblioteki i kupowanie każdej nowości o Rozpruwaczu. Zgodziłam się, chociaż uważam, że to zaśmieca twój umysł i najchętniej wyrzuciłabym to wszystko - zatoczyła ręką wokół - do ogródka, polała benzyną i podpaliła!
Walter zadrżał z niekłamanej zgrozy.
- Ale nie robię tego, wyłącznie z matczynej miłości - oznajmiła jego matka. Wyciągnęła w jego stronę palec. - Dlatego wiedz, że za każdym razem kiedy kłamiesz, wbijasz mi nóż w serce! Za każdym razem kiedy wybierasz tę bandę degeneratów, zamiast mnie, to jakbyś mnie mordował! Pamiętaj o tym, gdy następnym razem zechcesz się wymknąć przez okno! Pamiętaj, że twoja stara matka cierpi w milczeniu, kiedy ty tarzasz się w brudzie!
W zmaltretowanej duszy Waltera coś nagle pękło.
- Nie waż się tak mówić o moich, o moich przyjaciołach! Bo to są moi przyjaciele, jedyni, jedyni jakich kiedykolwiek miałem! Zawsze dusiłaś mnie swoją, swoją miłością, odkąd pamiętam, odstraszałaś wszystkie dzieciaki, które chciały się ze mną przyjaźnić, jeszcze w szkole, nikt nigdy się nie mógł do mnie, do mnie zbliżyć! - wrzeszczał. - O dziewczynach już nie wspomnę. Ale tobie nigdy nie przyszło do głowy, że może chciałbym, chciałbym kogoś poznać, zakochać, zakochać się, założyć rodzinę!
- Rodzinę? - pani Barnett pobladła ze zgrozy, jakby jej syn groził jej odbezpieczonym kałaszem. - Ale co ty mówisz, Walterze, przecież masz mnie, po co ci rodzina, ja jestem twoją rodziną!
- Chcę mieć żonę! - zawył Walter, potrząsając dłońmi, zaciśniętymi w pięści. - Dzieci, dzieci, chcę żyć jak normalny człowiek! A ty mi nie pozwalasz, bo się boisz, boisz być sama! A nie starcza ci odwagi, zeby wyjść do ludzi!
- Ale co... ty... jak możesz... - matka Waltera zaczęła teatralnie szlochać. - Jak możesz sprawiać mi taki ból?
- A ty jak możesz? - wrzasnął Walter.
Pani Barnett nie odpowiedziała. Złapała się za serce i zatoczyła do tyłu, sapiąc jak lokomotywa.
- Moje serce - wydyszała.
Walter zlekceważył ją z początku, uwielbiała bowiem używać swego rzekomo słabego zdrowia jako karty atutowej we wszelkich kłótniach, jednak po chwili się zaniepokoił. Matka nie lamentowała, nie użalała się nad sobą, nie wygłaszała przemów o swym podupadającym zdrowiu i rychłym grobie, a tylko osunęła się na fotel, wciąż trzymając się za klatkę piersiową.
- Słabo mi Walterze... - wymamrotała. - I tak mnie ciśnie... nie mogę oddychać... O Boże!
- Mamo? - Walter drżącą dłonią pomacał czoło swojej matki. Było zimne i lepkie od potu. - Jezu Chryste, mamo!
- Synku... duszę się!
Coraz bardziej spanikowany Walter wyjął telefon i zadzwonił po pogotowie.
Dwie godziny później siedział na korytarzu oddziału ogólnego Leicester Royal Infirmary, na który przyjęto jego matkę, oczekując na wyniki wstępnych badań. Podejrzewano zawał, co napawało Waltera grozą, czuł się bowiem jak morderca, który omal nie zabił własnej matki słowami.
Kiedy więc na horyzoncie ukazała się lekarka, która zajmowała się jego matką, rzucił się na nią jak sęp na padlinę, wprawiając krągłą Hinduskę w lekki popłoch.
- Co z moją mamą, czy już coś wiadomo? Czy to coś powaznego? Boze, niech pani, niech pani mówi! - bombardował lekarkę słowami.
- Proszę się uspokoić - doktor Chanda opędzała się od natręta jak od atakującej osy. - Nie daje mi pan dojść do słowa!
Skonfundowany Walter gwałtownie zakręcił kurek z pytaniami.
- Wstępnie wykluczyliśmy zawał, ale bardzo możliwe, że bóle zamostkowe i duszności jakich doświadczyła pańska mama, są pochodzenia wieńcowego. Musimy ją zatrzymać na dalsze testy.
Ogrom ulgi jaka spłynęła na Waltera był tak ogromny, że nieszczęsny aż się zachwiał.
- Dzięki Bogu... - jęknął. - Czy mogę ją zobaczyć?
- Była bardzo pobudzona, więc daliśmy jej lekki środek uspokajający. W tej chwili śpi - odparła Chanda. - Proponuję, żeby pan udał się do domu i również się przespał. Może pan odwiedzić mamę jutro rano.
- Dziękuję, dziękuję - odparł Walter.
Doktor Chanda wyrwała sie z rąk natręta, który wyglądał, jakby chciał całować ją po rękach i czym prędzej wróciła do pracy. Walter zaś wsiadł do windy i zjechał na dół, do poczekalni przy głównym wejściu. Tłum w niej już się przerzedzał, odwiedzający bowiem wychodzili, a pacjentów z nagłymi schorzeniami nie było akurat zbyt wielu.
Walter nie odszedł zbyt daleko od windy, kiedy drzwi drugiego dźwigu się otworzyły i najpierw wionęło z nich chmurą okrutnego smrodu, potem zaś wysiadła z nich nieduża, szczupła kobieta, ze stosem papierów w ramionach. Idąc przez tłum, kóry rozstępował się wokół niej jak morze pod laską Mojżesza, odpychany niewidzialnymi ścianami słodkawego odoru, dotarła do automatu z kawą i wygrzebała z kieszeni monetę. Upuściła pieniążek, a gdy się schyliła by go podnieść, kilka kartek jęło wysuwać się ze stosu w jej ramionach. Uczyniła gest, jak gdyby chciała je złapać i cały stos rozleciał się jak białe ptaki po posadzce dookoła.
Z powodu otaczającej kobietę chmury smrodu nikt nie kwapił się do pomocy, ale Waltera nie tak wychowano.
- Przepraszam - rzucił, wydzierając kartkę spod stóp jakiejś tłustej jejmości. Kucnął na posadzce, zbierając porozrzucane papiery i tak się tym zajął, że niemal zderzył się głową z ich właścicielką. - Najmocniej przepraszam!
- Nie, to ja przepraszam. I bardzo dziękuję - rzekła nieznajoma, uśmiechając się. Dopiero wtedy dostrzegł jaka jest śliczna. Miała uroczy, zadarty nosek, piękne, czekoladowe oczy i długie, związane w kucyk włosy o barwie orzechów. - Bez pana moje bezcenne notatki zostałyby zadeptane! Nikt nie chciał mi pomóc, pewnie dlatego, że tak śmierdzę.
Uśmiechnęła się jeszcze raz i teraz Walter stwierdził, że w jej białych policzkach robią się urocze dołeczki.
- Rozkład w zamkniętym pomieszczeniu? - zapytał, nie bardzo wiedząc co mówi.
Czekoladowe oczy kobiety błysnęły uznaniem.
- Brawo! Robiłam sekcję jakiemuś nieszczęśnikowi, który poleżał sobie dwa tygodnie w dobrze ogrzewanym mieszkaniu. Skąd pan to wiedział?
- Interesuję się medycyną sądową - odparł. - Ja nawet, nawet zacząłem ją studiować, ale musiałem przerwać...
- Wielka szkoda, ma pan talent - orzekła cudowna istota. - Gapa ze mnie, nie przedstawiłam się, jestem Molly Watson, patolog w East Midlands Forensic Unit.
Spróbowała wyciągnąć do niego dłoń i w tym momencie zdali sobie oboje sprawę, że wciąż kucają, z pękami papierów w dłoni. Roześmieli się oboje niepewnie, wstali i uścisnęli sobie ręce.
- Walter Barnett - rzekł oszołomiony Walter. - To pani papiery.
Przyjęła od niego z wdzięcznością stos kartek, uporządkowała je i rozejrzała się z zakłopotaniem.
- Zgubiłam monetę...- zaczęła.
- Niech się pani nie, nie kłopocze, kupię pani kawę - rzekł Walter, czerwieniąc się. - I mogę ją pani zanieść, zanieść do jakiegoś miejsca w którym będzie pani mogła odłożyć te papierzyska.
- Jest pan naprawdę bardzo miły - Molly uśmiechnęła się po raz kolejny, posyłając Waltera w okolice siódmego nieba. - Dziękuję stukrotnie.
- Proszę, proszę bardzo - odparł Walter.
Usiedli z kawą na krzesełkach przy oknie, na którego szerokim parapecie zmieściła się dokumentacja piastowana przez panią patolog. Pozbywszy się papierowego balastu Molly z prawdziwą wdzięcznością pociągnęła łyk kawy ze styropianowego kubka.
- To są dokumenty, dokumenty z sekcji? - zapytał Walter, patrząc na pokrywkę na swojej kawie.
- Nie, to są notatki do mojej książki - odparła Molly. - Ja tu wpadłam na konsultację z kolegą ginekologiem, bo widzi pan, ja piszę o zbrodniach Kuby Rozpruwacza i tam był taki problem...
- Naprawdę? - Walter miał wrażenie, że słyszy chóry anielskie. - Naprawdę pani pisze o Kubie?
- Tak, to jest moja wielka pasja! Tylko chyba za dużo o tym mówię i nikt tego nie wytrzymuje. Każdy facet ucieka po pierwszej randce, a czasami nawet w połowie.
Ja bym nie uciekł, pomyślał Walter. Ja bym nie uciekł.
Pan Grey leżał rozparty na poduszkach otomany w jednym z licznych pokojów swego apartamentu. Rozrzucił szeroko poły szlafroka, dumnie prezentując swoje nagie, pięknie wyrzeźbione ciało, krocze jednak przyokrył jedwabną chustą, bo widok sinych jąder wstrząsał jego jestestwem i przywoływał wspomnienie okrutnego bólu, zadanego przez tę podłą dziewczynę.
Teraz jednak nic Greya nie bolało, wręcz przeciwnie, odczuwał szczere zadowolenie, gapiąc się w telewizor i pociagając z wielkiej szklanki przez słomkę kolorowego drinka, przyrządzonego troskliwymi dłońmi Hintena. Na ekranie biegali piłkarze, pan Grey jednak nie śledził meczu zbyt uważnie, uważał bowiem futbol za rozrywkę do szpiku kości plebejską. Wolał myśleć i marzyć o tym co zrobi z tą dziwką i jej przyjaciółmi.
A wiedział dokładnie co zrobi. Cały wczorajszy dzień, czyli pierwszego stycznia, spędził miotając się w furii i klnąc, oraz wymyślając możliwie bolesne sposoby na pozbawienie ich wszystkich życia. Był gotów zabić ich teraz, zaraz i natychmiast i pewnie by to zrobił, gdyby nie jego stary druh.
Czarny Mężczyzna.
Przyszedł do niego w nocy i wyjaśnił wszystko, co do joty. Jak rozprawić się z tą bandą chamów, którzy nie chcieli nagiąć się do jego woli, próbowali popsuć jego plany, a do tego przyjaźnili się z tą kurwą, która śmiała podnieść na niego rękę.
Zemsta najlepiej smakuje na zimno, wyjaśnił Mężczyzna, a Grey się z nim zgodził.
Na razie więc da im spokój, niech myślą, że im się upiekło. A potem uderzy, uderzy w każdego i będzie napawał się ich cierpieniem.
Ale to później.
Jeszcze nie teraz.
Pan Grey uśmiechnął się i popił drinka.
Jego czas dopiero nadejdzie.
Najbliższe dwa tygodnie minęły grupce przyjaciół wyłącznie na zmaganiu z życiem, nie z potworami. Okazało się, że znacznie łatwiej napuścić na lokal kontrolę sanitarną, niż zdjąć jej zakazy. Lampard poruszył wprawdzie ziemię i niebiosa, próbując doprowadzić do ponownego otwarcia Ten Bells, jednak tryby biurokratycznej maszyny obracały się niezwykle wolno i w połowie stycznia Rose wiedziała tyle, że decyzja zostanie cofnięta, najprawdopodobniej w okolicach lutego, ale dopiero po powtórnej kontroli w pubie.
Sam Lampard chodził nieomal kanałami, za każdym bowiem rogiem czyhali paparazzi, żądni nowych zdjęć i skandali. To oczywiście było wątpliwą zasługą Christine, jego byłej, która siała na lewo i prawo kolejnymi, z palca wyssanymi, sensacjami z jego życia, łącznie z tą, że wyjechał do Leicester, ponieważ posiada tam harem kochanek. Raz udało mu się z wielkim bólem spotkać z dziećmi, w wynajętym mieszkaniu, gdzieś pod Londynem, chociaż i tam zdołali go wytropić natrętni fotografowie. Miarka się przebrała, gdy paparuchy zaatakowały córeczki Franka, Islę i Lunę pod ich szkołą, bowiem pewien człowiek, który przyjechał odebrać swoje dziecko, został przez kogoś wzięty za samego Lamparda. Nie na żarty rozsierdzona Elena, matka dziewczynek, zażądała od Franka by zrobił z papsami porządek, a dopóki tego nie uczyni, niech się trzyma z daleka od dzieci. I niech to najlepiej ogłosi w prasie!
Prawnicy Franka rzucili się na paparazzi jak sępy na padło, grożąc im procesem za fotografowanie dzieci, jednak wiadomo było, że to nie wystarczy, więc póki co Lampard siedział w Leicester, gotując się ze złości. Gotował się tym bardziej, że kolejne EKG wyszło niejednoznacznie, klubowy lekarz stanowczo zabronił jakichkolwiek treningów, o grze nie mówiąc i zanosiło się na to, że cały sezon, plus mundial w Brazylii Lampard będzie miał z głowy. A dokładniejsze badania jak zwykle wykazały zero konkretów.
Wasyl chodził i zgrzytał zębami, bowiem mimo wszelkich wysiłków jego adwokata, zakazu zbliżania nie udało się znieść. Marcin żebrał bodaj o wizyty w obecności matki, nic z tego, do wyjaśnienia sprawy zakaz utrzymany był w mocy. Rozprawa rozwodowa ciągnęła się jak guma do żucia, ponieważ Aśka z maniakalnym uporem próbowała wykazywać winę Wasyla, jeśli chodzi o rozkład pożycia i wynajdowała Bóg wie skąd kolejnych świadków, którzy jednak średnio przekonywali sąd. Ostatnim wynalazkiem był Sławek Peszko i Wasyl z trudem tylko się powstrzymał, żeby po wyjściu z sali nie dać Peszkinowi w mordę. Gdyby Pan Bóg raził gromem za każde kłamstwo, to na sali rozpraw podczas zeznań Peszki trwałaby nawałnica stulecia, jeśli nie wręcz millenium. Na szczęście śledztwo w sprawie znęcania się nad rodziną utknęło na jakimś policyjnym biurku, ale było to mizerne pocieszenie.
Wyżywał więc swoją frustrację na treningach i w siłowni, w mniejszym stopniu na meczach, bo wciąż grywał ogony. Po ciężkim dniu pracy w klubie, z reguły wpadał do Majki na kolację, czasami też jadali w większym gronie, u Rose, spotykali się też u panny Waterhouse, która niezmiernie pochwaliła znalezisko ze szkatułki.
Nieco lepiej wyglądała sytuacja Waltera. Jego matka wprawdzie trafiła na dłużej do szpitala, bo na problemy wieńcowe nałożyły się inne schorzenia, które należało podleczyć przed wykonaniem angioplastyki, jednak mimo iż napawało to Waltera obawą o stan zdrowia rodzicielki, to jednak z drugiej strony umożliwiało też przypadkowe spotkania z Molly. Randki bowiem nie ośmielił się jej zaproponować.
- Słuchaj, Walter - powiedział mu kiedyś Lampard. - Bądź mężczyzną i zaproś ją bodaj na kawę!
- Ty mnie jakoś jeszcze nigdzie nie zaprosiłeś - przycięła Rose. - Mam rozumieć, że nie jesteś mężczyzną? Spuszczaj gacie!
Frank zczerwieniał z lekka.
- A poszłabyś, jakbym cię zaprosił? - zapytał. - Czy walnęłabyś mi jakimś błyskotliwym tekstem między oczy?
Rose wyszczerzyła się niczym rekin z filmu "Szczęki".
- Spróbuj, a się dowiesz - odparła.
- A'propos spróbuj, co my dzisiaj jemy na kolację? - zapytał Walter.
- Kurczak słodko-kwaśny, Wasyl pichci - odparła Rose. - Mówi, że jak gotuje to się uspokaja, a wkurwiony jest dzisiaj jak jeż.
Jakby na zawołanie Wasyl pojawił się w progu salonu, spowity w gustowny fartuszek kuchenny w różowe kwiaty, w dłoni dzierżył zaś, niczym młot Thora, wielką łyżkę.
- Dlaczego nie nakryliście do stołu? - zapytał. - I gdzie do cholery jest Majka?
- A co, nie masz komu popłakać na łonie? - wyzłośliwiła się Rose.
- Stary, co za kreacja - Lampard prychnął śmiechem.
- Odwal się - Wasyl spojrzał na niego spode łba. - Ja się poważnie pytam gdzie jest Majka.
- Pewnie już jedzie - Walter lał oliwę na wzburzone fale. - Mówiła, że niedługo będzie.
- Frank, wyjmij nasze koty z szuflady z obrusami i podaj sztućce - zarządziła Rose.
- A co one robią w szufladzie? - zdziwił się Lampard.
- A co mają robić? Śpią - odparła Rose.
Nieco wcześniej tego dnia spała także Majka. Nieopanowana senność dręczyła ją od kilku dni, a nagła niemoc weterynarza i kontrola skarbowa, która zapowiedziała swoje przybycie do azylu, tylko ją wzmogła. Weterynarz przybył pewnego dnia do azylu niemiłosiernie spóźniony, a przywiozła go żona.
- Ja tylko na chwilę - wyjaśnił boleściwie. - Nie mamy żadnych nagłych przypadków?
Majka się zastanowiła.
- Na szczęście nie - odparła. - Kociaki, które nam wczoraj przywieźli, dostały sraczki, ale to od krowiego mleka, wolontariuszka im dała. Nic im nie będzie, teraz jadą na mieszance dla kotów.
- Świetnie - odparł weterynarz. - Bo ja, no sama widzisz...
Pomachał prawą ręką uwięzioną w stabilizatorze.
- Co się panu stało?
- Spałem na tej ręce, a potem nią ruszyłem i trach! Ścięgno poszło. Będę teraz na chorobowym jakiś czas, ale przyślę kolegę, żeby to wszystko ogarnął.
- Oczywiście, oczywiście - przytaknęła Majka. - Może chce pan pogadac z panią Potts?
Na twarzy weterynarza odmalowała się zgroza.
- Nie, nie! Ja się strasznie spieszę, właściwie to mnie już nie ma, pani przekaże Ariadnie co trzeba, ja lecę, pa! - z tymi słowy wsiadł do samochodu, poganiając małżonkę gestami jednej ręki, by szybciej ruszała.
Majka się temu nie dziwiła, bo konwersacja z Ariadną nie skończyłaby się wcześniej niż po godzinie.
Co się tyczy kontroli skarbowej, Majka spędziła ostatnią noc w towarzystwie Ariadny, przekopując jej mieszkanie w poszukiwaniu brakujących faktur. Pani Potts zapewniała, że one muszą gdzieś tu być, bo ona nigdy nie wyrzuca wszystkiego, więc jak się dobrze poszuka...
No to szukały, aż do piątej rano, ale kryzys został opanowany i na kontrolę można było oczekiwać ze spokojem. Skutek był taki, że do pracy Majka poszła nieprzytomna, przelunatykowała połowę dnia, a kiedy zaczęły się luźniejsze godziny usiadła tylko na chwileczkę w kancelarii azylu i zasnęła jak kamień. Kepler, widząc, że jego pani zupełnie się wyłączyła, wlazł pod biurko i też zasnął.
Jakiś czas później dryfującą w objęciach Morfeusza Majkę przywrócił do rzeczywistości głos.
- ...mnie słyszy? Halo!
Głos był niewątpliwie męski, niski i głęboki. Majka otworzyła oczy.
- ...nie chcę przeszkadzać, ale nie mogę znaleźć nikogo innego - mówił zabójczo przystojny brunet w tweedowym garniturze, a jego szaroniebieskie oczy emanowały troską.
- Oszę? - zapytała Majka półprzytomnie. Nagłe olśnienie spenetrowało jej szare komórki falą impulsów elektrycznych. - Czy pan jest ze skarbówki?
- Ależ skąd! - nieznajomy wzniósł obronnym gestem ręce w górę. - Nie jestem człowiekiem do tego stopnia podłym!
- To kim pan jest? - spytała Majka, kątem oka kontrolując psa. Był czujny, ale nie agresywny.
- Jestem weterynarzem, przyjechałem tu z polecenia mojego kolegi, który się kontuzjował kilka dni temu - osobnik zademonstrował piękne zęby w ujmującym uśmiechu. - James Rainault.
- Majka Krukówna - rzekła Majka, ściskając wyciągniętą prawicę Jamesa.
Oprowadziwszy Rainaulta po azylu Majka zerknęła na zegarek i uświadomiła sobie, że tak właściwie, to kończy juz pracę. Nowy weterynarz szarmancko zaofiarował, że ją podwiezie i zapewnił, ze ta oferta obejmuje również Keplera. Majka poczuła się tak urzeczona uroczym uśmiechem i sposobem bycia Jamesa (jak również tak bardzo nie urzeczona perspektywą marznięcia na przystanku), że zgodziła się bez wahania.
Zajeżdżający pod pub samochód dostrzegł swym sokolim okiem Lampard, który własnie rozkłądał naczynia. Doskonale sobie znaną pasażerkę rozpoznał od razu i tuląc do łona talerze przylepił się do okiennej szyby.
- Ej, słuchajcie, Majka tu jakąś lukstorpedą zajeżdża - zameldował z uciechą. - I nie sama!
Rose rzuciła sztućce na stół i też się przykleiła do okna.
- Z jakimś facetem! - wykrzyknęła. - Ale ciacho!
W kuchni coś brzęknęło podejrzanie, na drewnianej podłodze korytarza załomotały pospieszne kroki i do pokoju wpadł Wasyl, wciąż jeszcze w kwiecistym fartuszku. Wbił się bezceremonialnie między Rose a Lamparda, akurat w chwili, gdy Majka wysiadała z samochodu, tajemniczy przystojniak przytrzymywał zaś drzwiczki.
- Ciekawe co to za fagas - mruknął Marcin groźnie.
- Nie wiem, ale dupcię ma arcyzgrabną - skomentowała smakowicie Rose. Lampard skrzywił się , jakby poczuł coś nieświeżego, po czym zazezował dyskretnie do tyłu, usiłując zlustrować własny tyłek.
Tymczasem Majka wśród promiennych uśmiechów żegnała się z właścicielem arcyzgrabnej dupci, który nawet ją przez chwilę objął, po czym poklepał po łbie biegającego wokół nich psa.
Po chwili Majka była już na górze, razem z psem, rumiana od zimna i usmiechnięta od ucha do ucha.
- Cześć wszystkim! - zawołała, rozpinając płaszcz. Kepler pogalopował zaraz do kuchni, zlustrować zawartość kocich misek.
- Cześć! - odpowiedzieli chóralnie. Wasyl spojrzał na nią spode łba, ująwszy się pod opięte kwiecistą materią boki.
- Co to za jeden? - zapytał prosto z mostu.
- Jaki jeden? - zdziwiła się Majka.
- On się pyta o tego amanta, z którym przyjechałaś - podpowiedziała z uciechą Rose.
- A, ten! Jimmy Rainault, z Nottingham, zastępuje naszego doktorka - wyjaśniła Majka.
- Jimmy? - brwi Wasyla zmarszczyły się groźnie.
- Jimmy - odparła Majka. - James znaczy. Czy tam w kuchni coś się nie przypala?
Marcin porzucił indagacje i popędził ratować obiad. Na szczęście nic się jeszcze nie zdążyło przypalić, za to jedno spojrzenie na zegar uświadomiło Wasylowi, że ryż nie powinien spędzić we wrzątku już ani minuty.
Podał do stołu, po czym mężnie przetrwał cały posiłek, wypełniony głównie strzelistymi zachwytami nad doktorem Rainaultem. Szlag go trzafiał, sam nie wiedział dlaczego, ale dzielnie to ukrywał, błaznując za trzech i śląc na wszystkie strony uśmiechy.
-...ach i słuchajcie, zaprosił mnie do kina! Na "Hobbita"! - zakrzyknęła Majka. - Jutro!
- No, ma facet dobry gust do filmów - pochwaliła Rose. - Lampard, niestrawność masz? Wyglądasz jakbyś połknął żabę.
- Coś mi stanęło w gardle - mruknął Lampard.
- Ość? - nie dosłyszał Walter. - Ale, to jest kurczak, kurczaki nie mają ości.
- Coś! Coś mi stanęło! - poprawił Frank.
- Idziesz z nim do kina? - zapytał Wasyl.
- Ja? - Lampard zdziwił się niepomiernie. - Oszalałeś?
- Ile wina zdążyłeś wychlać? - zapytał Wasyl z rezygnacją. - Majkę pytam.
- Oczywiście, że idę - odparła Majka radośnie. - Zabiera mnie stąd zaraz po obiedzie!
Wasyl zaklął w myślach.
Następnego dnia doktor Rainault stawił się pod Ten Bells punktualnie co do minuty. Wszedł, przywitał się elegancko, wręczył Majce pojedynczą czerwoną różę, po czym ucałował dłoń dziewczyny.
- Może to lekka przesada, ale nie mogłem się powstrzymać - oznajmił. - Naprawdę, dawno nie spotkałem tak niezwykłej kobiety.
Majka spłoniła się wdzięcznym rumieńcem, tymczasem Rainault kontynuował.
- Trzeba było widzieć, jak mi dzisiaj asystowała przy szyciu pokaleczonego psa. Krew się lała strumieniami, a Majka nawet okiem nie mrugnęła. Nawet nie zbladła! Niesamowita dziewczyna!
- Przesadzasz, jak zwykle - Majka machnęła ręką. - To nic takiego.
Wasyl udał, że niezmiernie interesuje go zawartość jego smartfonu, tymczasem Rose dyskretnie gapiła się na tyłek doktora. Nie dość dyskretnie, bo zazdrosne oko Lamparda od razu odnotowało, co jest obiektem jej zainteresowania.
- To my już lecimy, wpadnę po filmie po Keplera. Dzięki za opiekę nad nim! - Majka pospiesznie wrzuciła na siebie płaszcz i dopiero wtedy Marcin odnotował, że miała na sobie ładną, prostą sukienkę i pantofelki na obcasie, zamiast zwykłych dżinsów i koszuli w kratę.
Cholera, jaka ona jest ładna, pomyślał. Dlaczego ja tego wcześniej nie widziałem?
Nie zdołał odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo Majki, jak też Rainaulta, już nie było w mieszkaniu. Wasyl przykleił się zachłannie do okna, wychodzącego na ulicę.
Majka i doktor stali przy samochodzie, ona cała w usmiechach, on górujący nad nią jak wieża, z dłonią na jej talii.
- Ona go jeszcze pocałuje!- warknął Wasyl, wychylając się zza firanki.
Pociągnął ją ciut za mocno a z karnisza posypało się kilka połamanych żabek. Rose patrzyła na to ze swojego miejsca obserwacyjnego, bawiąc się nie mniej szampańsko, jak podczas ostatniej wizyty na West Endzie.
- Wielkie mi rzeczy i co się stanie? Kobieta potrzebuje czasem kilku pocałunków. A jakoś nie widziałam, żeby Majeczka miała gps na palcu wskazującym.
Frank zachichotał a Wasyl niechętnie odsunął się od szyby mierząc oboje złowrogim spojrzeniem.
- Osiem wsi spaliłeś a dziewiątą masz w planie?- zakpiła Montoya. - Czyżbyś był zazdrosny? - zapytała słodko.
- O tego wypacykowanego doktorka utnękotujajka?- mruknął Wasyl. - Na pewno nie! Majka może się spotykać z kim zechce.
- Chyba z kim ty zechcesz. - odpowiedziała Rose. - A, ze ty nie chcesz to seksidupcia zaprasza ją na randki. Sorry memory nie rób z siebie psa ogrodnika.
Na dźwięk słowa "pies" z rogu pokoju odezwał się Kepler.
- Przepraszam piesku, ty nie chciała cię urazić. - Rose przywołała do siebie pupila Majki.
- Czy ja coś mówię? - obraził się Marcin. - Czy ja czegoś Majce zabraniam? A niech randkuje z tym gościem, chociaż nie wiem, co w nim widzi!
- On faktycznie ma astralny ten tyłek - zawyrokowała Rose. - I futro na klacie. Kto chce kawy?
Zebrała zamówienia i zniknęła w kuchni, tymczasem Lampard wstał z krzesła i spróbował obejrzeć swoje pośladki.
- Słuchajcie, chłopaki, czy coś jest nie tak z moim tyłkiem? - zapytał.
- Nie wiem, a z moim? - Wasyl tez wstał i odwrócił się tyłem.
- Nie znam się! Walter?
Obaj panowie wypięli się lekko w jego stronę.
- Jestem, jestem hetero i nie znam się na męskich tyłkach - oznajmił stanowczo Walter.
Lampard tymczasem z niejakim żalem zajrzał za własną koszulę, lustrując sobie klatkę piersiową. Niby owłosiona, ale jakoś tak... Nieprzesadnie. Czy to już podpada pod okreslenie "futro"?
- Wasyl, jak ty to robisz, że ci takie rosną? - zapytał smętnie.
- Jakie mi rosną? - zdziwił się Marcin.
- No kudły na klacie, jak u niedźwiedzia - sprecyzował Frank.
- A nie wiem, one tak same - odparł stoper. - Cholera, nie rozumiem kobiet.
- Dlaczego? - Rose wmaszerowała do pokoju z tacą, wypełnioną serwisem do kawy. Nad imbrykiem unosiła się wonna mgiełka.
Wasyl mruknął coś niezrozumiałego. Rose odstawiła tacę z rozmachem i wymierzyła palec w pierś stopera.
- Słuchaj no, włochaty zbiorniku testosteronu - powiedziała. - Masz ból dupy, bo Majka poszła na randkę zamiast służyć za twoją chusteczkę do nosa?
- Nic mnie to nie obchodzi - wycedził przez zęby.
- Tak, jasne i dlatego od kwadransa robisz sceny jak obrażony pięciolatek - prychnęła Rose. - A przyszło ci do głowy, że Majka może potrzebować kogoś, kto ją doceni i zobaczy w niej kobietę, a nie podręczny rękaw do smarkania? Pomyślałeś o tym? Hę?
- Nie pomyślałem - wymamrotał Wasyl w stronę dywanu.
- Rose, nie przesadzasz trochę? - zaoponował Frank. - Jesteś ciut za ostra, nie sądzisz, Walter?
- Nie sądzę - odparł Walter. Nie wywołałby większego efektu, gdyby zdzielił Lamparda krzesłem w ciemię.
- Ale jak to nie sądzisz? Myślałem, że mnie poprzesz!
- Rose ma rację, moim, moim zdaniem. Wasyl powinien trochę inaczej traktować, traktować Majkę. Skąd ona ma wiedzieć, że on ją docenia?
- Żmiję wyhodowałem na własnym łonie - oznajmił Wasyl, wlewając w siebie kawę.
- A w ogóle to ja już muszę, muszę lecieć - Walter poderwał się z krzesła. - Zaprosiłem, zaprosiłem Molly na koncert muzyki irlandzkiej. A chciałem jej kupić, kupić kwiaty jeszcze.
Nagle Lampard i Wasyl poczuli się jak totalni frajerzy.
- Brawo Wally - Marcin przełamał stupor. - Tylko tak dalej!
- Ty zaprosiłeś dziewczynę na randkę? - zapytał zdumiony Frank.
- No przecież sam mi kazałeś, kazałeś być mężczyzną - odparł Walter.
Rose, przysłuchująca się tej rozmowie, tarzała się ze śmiechu.
- No i co panowie? Tacy mucho macho, a zakasował was nieśmiały nerd! - poklepała obu piłkarzy po łopatkach.
Lampard spojrzał na nią zezem, po czym nachylił się w stronę Wasyla.
- Albo zaproszę Rose na randkę do końca tygodnia, albo zacznę nosić sukienki - oznajmił półgłosem.
Stoper wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
- Trzymam cię za słowo, Lampard.
____________________________________________________
Oto rozdział jedenasty. Strasznie mi się wszyscy w miłościach pozaplątywali, sama nie wiem co z tego wyjdzie :D


A w ramach bonusu konkurs. Kto rozpozna tego przystojniaka?
Martina





4 komentarze:

  1. Love is in the air... :D Umarłam! Wasyl jest zazdrosny!!! Tylko się koło Majeczki zaczął kręcić pan weterynarz a jego już ch** gwieździsty trafia. W dodatku Lamps trzyma jego stronę, bo Rose skomplementowała tyłek Jamesa. Jeśli James ma twarz tego o kim myślę, to sama bym się porządnie zaśliniła na jego widok <3
    Najlepszy był Wally, niby nerd a tu się jakiś poważny romans z panią patolog kroi :D Zakasował wszystkich swoim komentarzem o Majce i zazdrości Wasyla. Nie dziwie się Rose, że prawie się tam położyła ze śmiechu. Franiu szykuj sukienkę, bo nie jestem pewna czy Rózia da ci się zaprosić!
    Pisz szybciutko nówkę!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nnno! Walter kobietę swojego życia poznał ;) A Majkę ktoś wreszcie docenia no i kurna bardzo dobrze. Wreszcie Wasyl na oczy chociaż trochę przejrzał. Panie Lampard, czy pan sobie zdaje sprawę z tego, co pan właśnie obiecał???
    Bardzo chętnie przejęłabym fuchę Waltera... no wiesz, wtedy co mówi, że on jest hetero... XD Ja myślę, że świetnie odnalazłabym się w roli takiego emmm... jurora.
    buziaki :**

    OdpowiedzUsuń
  3. świetnie, ja znowu z zapłonem. -,-" dobra już nie marudzę, eh.
    cóż baby, ah te baby, ale chyba w tym rozdziale najbardziej moją uwagę przykuł nieustannie-przeszkadzający-i-nie-myślący-jak-Ramos Marcin :D dobrze, może tylko trochę wyprzedza tą starą raszplę która tą swoją opinię o bohaterach może wsadzić sobie głęboko w d.. dekolt. no i kurwde ja nie chcę, żeby Lamps nosił sukienki więc niech bierze przykład z Waltera i zaprosi wreszcie Rose na tą randkę. co do konkursu to jak spojrzę z daleka i zmrużę oczy to rzekłabym, że nawet Casillas :D jednak te seksowne uszy i pogrążona w artystycznym nieładzie czupryna dają mi do zrozumienia, że.. to Frank? *-* mam nadzieję, że coś wygrałam, hahah tylko nie mów że talon na k.. karuzele i balon :P hahahhahha. 3maj się *-*

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie spodziewałam się, że z Waltera taki ogier :D Nie no, śmieję się tylko. Mam nadzieję, że Wasyl przestanie się "dąsać" i zawalczy o Majkę, bo dziewczyna jest tego warta. Szczerze? Chciałabym zobaczyć Lampsa w sukience, w sumie byłoby to coś nowego :D
    Czekam na kolejny!

    OdpowiedzUsuń