Majka siąknęła nosem po raz ostatni, po czym wzięła głęboki
oddech, usiłując uczynić to niezauważalnie. Częściowo ułatwiał
jej to fakt, że twarz wciąż miała wtuloną w pierś Wasyla,
natomiast świadomość, że za jej plecami Rainault układał
właśnie Waltera na kamieniu, szykując się do poderżnięcia
gardła, motywowała do działania.
Węzły na nadgarstkach Marcina zaciśnięte były niemiłosiernie
mocno. Próbując je poluzować zadarła sobie paznokieć, ale nie
ustępowała, szarpiąc oporny sznur, dopóki nie usłyszała
spkojnego szeptu Wasyla.
- Już.
- O Boże! - jęknęła na cały głos, puszczając Marcina. - O mój
Boże!
Zgięła się w pół, łypiąc cały czas jednym okiem na Rainaulta.
- Bóg dzi nie pomoże - rzekł wzgardliwie Hinten. Pod oczyma miał
już purpurowe sińce.
- Boli! - wrzasnęła Majka.
- Majeczka, co ci?! - ryknął Wasyl niczym zdesperowane yeti,
szarpiąc się przy tym w jej stronę, dzięki czemu nie było widać,
że tak naprawdę mocuje się z więzami. - Pomóżcie jej!!! Ona
jest w ciąży!
- Mój brzuch... - stęknęła Majka, zwijając się u stóp Marcina
jak dżdżownica na haczyku. - To chyba koniec...
- Czy ja nie mogę mieć chwili ciszy? - wrzasnął Rainault,
wyrzucając w górę ręce i potrząsając nożem. - Muszę się
skupić, to jest poważny rytuał! Hinten, zrób z nią coś, do
kurwy nędzy!
- Jezdeś cham - rzekł z urazą Hinten i pochylił się nad Majką.
Nie wiedział, że robiąc to znalazł się w zasięgu uwolnionych
już rąk Marcina, co Wasyl skwapliwie wykorzystał, waląc byłego
sekretarza prosto w zęby.
Zachrzęściło nieprzyjemnie, Hinten padł na wznak, jak rażony
gromem, a cudownie ozdrowiała Majka rzuciła się szczupakiem po
pistolet.
- Rzuć nóż, skurwysynu! - wrzasnęła, mierząc w weterynarza.
Ten przytomnie zasłonił się Walterem i przyłożył nóż do jego
gardła.
- Nie, słoneczko - odparł uprzejmie. - To ty rzuć broń, bo
pomaluję okolicę na czerwono.
Oszołomiony Hinten usiadł i wypluł na garść kilka zębów
przednich, tymczasem Wasyl wziął się pod boki.
- Słuchaj no, tani łapiduchu od króliczków, wkurwiasz mnie -
oznajmił. - Odłóż ten majcher.
Od strony szosy napłynął głuchy ryk motocyklowych silników.
- Zabiję go - warknął Rainault, - A ona nie strzeli, nie da rady.
Majka bez słowa skierowała lufę pistoletu w dół i strzeliła.
Kula zaryła się w ziemię metr przed Jamesem i Walterem.
- Strzelę - rzekła Majka. - Bardzo chęt...
Z wprawą godną mistrza MMA Walter podciął zgrabnym hakiem nogi
weterynarza. Ten rozłożył szeroko ręce, zamachał nimi i padł na
wznak, zaś Walter przypieczętował swoje zwycięstwo celnym kopem w
brzuch wroga.
Przez chwilę James Rainault przypominał jako żywo rybę wyjętą z
wody, usiłując, z wytrzeszczonymi oczyma, desperacko złapać
oddech.
W tunelu zapanowała cisza, przerywana tylko sapaniem tarasque i
niespokojnymi oddechami dwojga ludzi.
- Zastanawiam się - rzekł powoli Frank. - W co go dziabnąć. Jest
cały opancerzony...
Tarasque ryknął ponownie, aż drobne kamyczki osypały się z
szelestem ze ścian. Spłoszona Rose odruchowo zasłoniła się wolną
ręką, układając palce w Znak Księżyca. To samo oślepiające
światło, które niegdyś spłoszyło błoniastoskrzydłego stwora
na balkonie mieszkania Franka, teraz buchnęło z potężną siłą
spomiędzy palców dziewczyny.
- Odejdź - powiedziała Rose. Tarasque zaskomlał. - Odejdź, a nie
stanie ci się krzywda. Nakazuję ci w imieniu Światła.
Monstrum usiłowało przywrzeć do ziemi, co nie było łatwe, ze
względu na jego krępą sylwetkę i sztywny pancerz. Mrugając
małymi oczkami, wyraźnie oślepione światłem, zaczęło się
cofać, ze zgrzytem kolców, rysujących o skalne ściany korytarza.
- Grzeczny tarasek - pochwaliła Rose postępując do przodu.
Stwór cofał się, coraz szybciej i szybciej, pojękując, sapiąc i
skomląc. Kolce pancerza kreśliły białawe linie na kamieniach
ścian, a sześć krótkich nóg przebierało do tyłu w zawrotnym
tempie.
Nagle skały rozstąpiły się na boki. Znaleźli się teraz w
grocie, kórej sklepienie biegło gdzieś w górę i nikło w mroku.
Tarasque cofał się dalej, dopóki nie dotknął tyłem okrągłego,
cembrowanego rzeźbionymi kamieniami otworu na środku jaskini. Wtedy
znikł, jak woda, wessana przez odpływ wanny.
Rose z westchnieniem opuściła rękę.
- Moja ty kobieto-latarko! - rzekł Frank z zachwytem, po czym
przywarł w namiętnym pocałunku wargami do jej ust.
- Nie chciałbym przeszkadzać w tak intymnej chwili - głos Greya
zabrzmiał jak świst bicza. - Niestety, to głupie bydlę nie
wykonało swego zadania i zdaje się, że znowu muszę wszystko robić
sam.
Frank i Rose odskoczyli od siebie i zlokalizowali czym prędzej
właściciela głosu. Stał po drugiej stronie tajemniczej studni, u
jego stóp zaś klęczała wściekła i przerażona Molly, z kneblem
w ustach i rękoma związanymi na plecach.
- Dobra strona jest taka - rzekł Grey z zadowoleniem. - Że za
chwilę otworzę Drzwi i przestaniecie być problemem.
- O ile pamiętam nie wyrobiłeś normy dziewic - zauważył Lampard.
- Każdy zamek da się obejść, Frank - odparł Grey drwiąco. - Ten
również. Parę drobnych rytuałów, trochę negocjacji z
Przedwiecznymi i kwestię ilości dziewic można pominąć. Poza tym,
mój drogi kuzynek właśnie zmniejsza deficyt dziewic o jeden...
Molly usiłowała coś powiedzieć, ale knebel zamienił jej słowa w
stłumione warczenie.
- Cicho, gołąbko, bo polecisz do otchłani - pouczył milioner,
szturchając ją stopą w plecy. - Na czym to ja...? A właśnie, mam
tu drugą brakującą dziewicę... teraz zaś i trzecią w bonusie.
Uśmiechnął się szeroko.
Frank i Rose spojrzeli na siebie, na Molly, potem zaś na
wyszczerzonego Greya.
- No co tak się gapicie? Nóż na glebę! - skomenderował Robert,
najwyraźniej nie zauważywszy solniczki w ręku Lamparda. - Pan
siada tam gdzie stoi, panna do mnie, tylko pędzikiem!
Skonsultowawszy się ponownie spojrzeniami, podczas gdy solniczka
wędrowała za plecami z rąk do rąk, Rose i Frank postanowili
spełnić żądania tego szaleńca... przynajmniej na razie.
Zatknąwszy solniczkę za pasek od spodni na plecach Rose okrążyła
studnię, co obserwował Frank, który w półprzysiadzie, z oczyma
lśniącymi w półmroku, wyglądał niczym przyczajony lampart.
- Zaczniemy od małej gry wstępnej - rzekł Grey, dobywając nie
wiadomo skąd mały srebrny nożyk.
Ponowne zamieszanie w uspokojoną już sytuację przy kamieniach
wprowadził Hinten, zrywając się znienacka z ziemi i waląc Wasyla
w łeb kawałkiem gałęzi. Zaraz potem przepadł w krzakach, jednak
rozpętany przez niego zamęt trwał dalej, bowiem Majka, zdejmująca
ostatnie pętle sznura z przegubów Waltera, odruchowo rzuciła się
na pomoc Marcinowi, co wykorzystał James Rainault, próbując wiać.
Walter, opętany iście bersekerskim duchem bojowym, rzucił się na
niego, jednakże przewaga sił fizycznych była po stronie
weterynarza złoczyńcy. Panowie poprzetaczali się, zwarci w
uścisku, po czym James rozpłaszczył się na Walterze, dusząc go
przy tym przedramieniem.
Ponieważ Wasyl ciągle jeszcze widział gwiazdy, Majka sięgnęła
po pistolet i wymierzyła w Rainaulta, jednak po chwili opuściła
broń.
- Wasyl! - poklepała siedzącego na ziemi stopera po policzku. -
Marcinku, jak rany, ogarnij się!
- Jest cię dwie - rzekł stoper z mętnym zdumieniem, patrząc na
nią szeroko otwartymi oczyma. - Ale obie śliczne!
- Walter się robi fioletowy, zrób coś z tym konowałem! - jęknęła
Majka. - Nie mogę do niego strzelic, bo uszkodzę też Waltera!
- Jużżż - zapewnił Marcin, skrabiąc się na nogi, bardzo
chwiejnie i niepewnie.
Niewykluczone, że Walter postradałby żywot, gdyby nie nagły
powrót Keplera. Pies, widać zaspokoiwszy instynkt łowiecki,
wyskoczył z krzaków, powiewając zeschłą trawą wplątaną w
obrożę i bez namysłu ugryzł Rainaulta w wypięty tyłek.
Weterynarz wrzasnął straszliwie, puszczając jednocześnie szyję
Waltera.
- Spierdalaj, kundlu! Zabierzcie go ode mnie! - ryczał, usiłując
tłuc wczepionego w jego zadek psa.
- Chyba już mu starczy - rzekł Marcin, który odzyskał już pełną
łączność ze światem i pomógł Walterowi wstać. - Kepler, dobry
piesek, puść to gówno, bo ci zaszkodzi...
- Puść! - skomenderowała niechętnie Majka. Pies, równie
niechętnie, je wykonał. Rainault rzucił się do koślawej
ucieczki, ale zderzył się z czymś, co wyglądało jak ściana w
skórzanej kurtce.
- Spieszysz się dokądś, synu? - zapytał ksiądz Ghiottone. -
Pamiętaj, gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy.
Majka, Wasyl i Walter odetchnęli z ulgą, choć w wykonaniu tego
ostatniego przypominało to bardziej kaszel.
Skomplikowany rysunek, wykonany kredą przez Greya, rozpościerał
się na podłodze, obok studni. W jego środku znajdował się
odwrócony pentagram, nad którym milioner (wciąż trzymający jedną
stopę za plecami Molly, tkwiącej na krawędzi cembrowiny) wyciągnął
rękę Rose. Intonując coś, co zapewne było zaklęciem, a brzmiało
jak zadławienie ością, naciął jej opuszek palca. Rose skrzywiła
się z bólu, Lampard drgnął nerwowo, Grey zaś pogroził mu
palcem. Krew splamiła białe linie rysunku.
- O Panie, Który Wędrujesz W Mroku! Władco Strachu! Strażniku
Przedwiecznych! - ryknął Grey głucho i ponuro. - Ofiaruję ci te
dwie dziewice! Otwórz przejście! Wezwij Chaos W Sercu Wszechrzeczy!
Zbudź Tego, Który Śpi, A Nie Umiera! Niech się stanie!
Wyrzucił w górę ramiona teatralnym gestem i przymknął oczy, w
oczekiwaniu na to co miało nadejść.
Egipska ciemność ogarnęła na moment jaskinię, połknęła z
kretesem światło latarki, by potem wypluć zarówno je, jak i
wszystkich zebranych na sali i uformować się w postać potężnego
mężczyzny w kapeluszu, pod rondem którego lśniły czerwone
iskierki oczu.
Niewidzialna dłoń spoliczkowała Greya, kreda uniosła się spoza
jego stóp i napisała coś na skale wołowymi literami.
NIE DZIEWICA.
- Ale jak to...?
Mroczny mężczyzna znikł, czy raczej roztopił się w ciemnościach,
zalegających kąty.
Rose sięgnęła do tyłu i namacała tkwiącą za paskiem solniczkę.
- Ale panie... - jęknął Grey. - Jak to?
- Tak to! - Rose szerokim zamachem sypnęła mu sól w oczy. - Nie
jestem dziewicą!
- Kurwa!- wrzasnął Robert podnosząc dłonie do oczu.
Coś zachrobotało w czeluściach studni. Lampard dwoma sprężystymi
susami znalazł się przy wijącym się z bólu Greyu i wyrżnął go
pięścią w twarz.
- Plan ci się zesrał - zauważył, wykręcając milionerowi rękę
za plecami. - A taki ładny był, mroczny...
Rose podniosła upuszczony przez Greya nóż i rozcięła więzy
Molly, po czy delikatnie wyjęła jej knebel.
Molly splunęła, zdjęła paproch z języka, po czym spojrzała na
Greya z najwyższym obrzydzeniem.
-Ty zbuku ezoteryczny! - warknęła. - Ty ektoplazmatyczny bobku, ty
zmazo spirytystyczna! Jeśli Walterowi coś się stało, to cię
zatłukę na śmierć encyklopedią!
Ze studni rozległo się jakby drapanie i chrzęszczenie.
- Encyklopedią? - zdziwiła się Rose. - Nie szkoda ci będzie?
- Wysłaliśmy im odsiecz - zapewnił jednocześnie Lampard. -
Wally'emu nic nie będzie.
- Kurwa - rzekł Grey głucho i smętnie. - Cały plan mi się jebnął
przez jakiegoś piłkarzynę. Zapomniałem, że z was tacy jebacy...
A żeby cię Czarny Pan za to pokarał, Lampard, ciebie i twojego
siurka...
Frank i Rose spojrzeli na siebie nawzajem i zaczęli się śmiać.
- O mój Boże - jęknęła cichutko Molly, rozszerzonymi ze strachu
oczyma patrząc na studnię. - O mój Boże...
Pozostali spojrzeli tam gdzie ona i głos im odebrało. Ze studni
wyłaził największy i najpaskudniejszy wij, jaki kiedykolwiek
chodził po ziemi. Był gruby jak beczka, długi na kilka metrów i
miał mnóstwo czerwonych nóżek, oraz wielkie, czerwone
szczękoczułki.
- Dzięki ci, Czarny Panie! - wrzasnął ekstatycznie Grey, wyrywając
się z uścisku Franka. - Wiedziałem, że mnie nie zostawisz!
Dziękuję!
Tymczasem wij wypełzł już w całości z otworu studni, lśniący,
czarny i absolutnie obrzydliwy. Jego odnóża przebierały po skalnym
podłożu groty z chrzęstem, gdy posuwał się w kierunku
zszokowanych ludzi.
Rose, usiłując nie zwymiotować z obrzydzenia, ścisnęła mocniej
w spoconej dłoni solniczkę, Frank podniósł pospiesznie porzucony
wcześniej nóż kuchenny, Molly zaś wysunęła przed siebie dłoń
zbrojną w rytualne ostrze Greya.
Gigantyczny krocionóg kłapnął szczękoczułkami, na kórych
czubkach wisiały kropelki mętnej cieczy. Nikt nie miał
wątpliwości, że był to jad.
Milioner, którym nikt się nie zajmował, rozchichotany i szcześliwy
jak dziecko, zaczął kreślić kredą nowe linie na podłodze
jaskini, mamrocząc pod nosem kolejne inkantacje.
- Nienawidzę stonóg - wycedziła przez zęby Rose. - Nienawidzę.
Bez namysłu sypnęła na potwora solą, druga dłonią czyniąc znak
księżyca. Oślepiony światłem wij, dymiąc z ran, powstałych w
miejscach, gdzie spadła sól, rzucił się do przodu, na przemian
rozwierając i zamykając szczękoczułki. Niewykluczone, że
zdołałby złapać Rose, gdyby nie błyskawiczna reakcja Lamparda,
który odepchnął dziewczynę na bok i wbił nóż w oko potwora, aż
po samą rękojeść. Zielona posoka popłynęła z rany, ściekając
strumieniem po łbie monstrum i kapiąc na kamienie.
Wij uniósł przednią część ciała, pogrążając stojącego
przed nim Franka w cieniu.
"Teraz!" pomyślała Rose. "Muszę mu pomóc!"
Podniosła się z klęczek, nie czując nawet bólu w otartych
kolanach i dłoniach... i zamarła.
Za wijem stał Czarny Człowiek i patrzył na nią. W czerwonych
iskierkach oczu malowała się drwina.
Na moment umysł Rose zalała fala myśli, dobrze znajomych, ale
jednocześnie jakby przychodzących z zewnątrz.
"To mężczyzna, oni chcą tylko jednego, na pewno cię zdradzi,
będzie się rypał z dziwkami jak ten jego koleś, Terry, oni
wszyscy tacy są, nie można im ufać, podłe, zdradzieckie obleśne
wieprze, lepiej, żeby umarł, będziesz bezpieczna, nie zdoła cię
już skrzywdzić, bo oni wszyscy tylko krzywdzą, a potem znikają,
zawsze, zawsze, zawsze!"
Ponowne zamieszanie w uspokojoną już sytuację przy kamieniach
wprowadził Hinten, zrywając się znienacka z ziemi i waląc Wasyla
w łeb kawałkiem gałęzi. Zaraz potem przepadł w krzakach, jednak
rozpętany przez niego zamęt trwał dalej, bowiem Majka, zdejmująca
ostatnie pętle sznura z przegubów Waltera, odruchowo rzuciła się
na pomoc Marcinowi, co wykorzystał James Rainault, próbując wiać.
Walter, opętany iście bersekerskim duchem bojowym, rzucił się na
niego, jednakże przewaga sił fizycznych była po stronie
weterynarza złoczyńcy. Panowie poprzetaczali się, zwarci w
uścisku, po czym James rozpłaszczył się na Walterze, dusząc go
przy tym przedramieniem.
Ponieważ Wasyl ciągle jeszcze widział gwiazdy, Majka sięgnęła
po pistolet i wymierzyła w Rainaulta, jednak po chwili opuściła
broń.
- Wasyl! - poklepała siedzącego na ziemi stopera po policzku. -
Marcinku, jak rany, ogarnij się!
- Jest cię dwie - rzekł stoper z mętnym zdumieniem, patrząc na
nią szeroko otwartymi oczyma. - Ale obie śliczne!
- Walter się robi fioletowy, zrób coś z tym konowałem! - jęknęła
Majka. - Nie mogę do niego strzelic, bo uszkodzę też Waltera!
- Jużżż - zapewnił Marcin, skrabiąc się na nogi, bardzo
chwiejnie i niepewnie.
Niewykluczone, że Walter postradałby żywot, gdyby nie nagły
powrót Keplera. Pies, widać zaspokoiwszy instynkt łowiecki,
wyskoczył z krzaków, powiewając zeschłą trawą wplątaną w
obrożę i bez namysłu ugryzł Rainaulta w wypięty tyłek.
Weterynarz wrzasnął straszliwie, puszczając jednocześnie szyję
Waltera.
- Spierdalaj, kundlu! Zabierzcie go ode mnie! - ryczał, usiłując
tłuc wczepionego w jego zadek psa.
- Chyba już mu starczy - rzekł Marcin, który odzyskał już pełną
łączność ze światem i pomógł Walterowi wstać. - Kepler, dobry
piesek, puść to gówno, bo ci zaszkodzi...
- Puść! - skomenderowała niechętnie Majka. Pies, równie
niechętnie, je wykonał. Rainault rzucił się do koślawej
ucieczki, ale zderzył się z czymś, co wyglądało jak ściana w
skórzanej kurtce.
- Spieszysz się dokądś, synu? - zapytał ksiądz Ghiottone. -
Pamiętaj, gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy.
Majka, Wasyl i Walter odetchnęli z ulgą, choć w wykonaniu tego
ostatniego przypominało to bardziej kaszel.
Skomplikowany rysunek, wykonany kredą przez Greya, rozpościerał
się na podłodze, obok studni. W jego środku znajdował się
odwrócony pentagram, nad którym milioner (wciąż trzymający jedną
stopę za plecami Molly, tkwiącej na krawędzi cembrowiny) wyciągnął
rękę Rose. Intonując coś, co zapewne było zaklęciem, a brzmiało
jak zadławienie ością, naciął jej opuszek palca. Rose skrzywiła
się z bólu, Lampard drgnął nerwowo, Grey zaś pogroził mu
palcem. Krew splamiła białe linie rysunku.
- O Panie, Który Wędrujesz W Mroku! Władco Strachu! Strażniku
Przedwiecznych! - ryknął Grey głucho i ponuro. - Ofiaruję ci te
dwie dziewice! Otwórz przejście! Wezwij Chaos W Sercu Wszechrzeczy!
Zbudź Tego, Który Śpi, A Nie Umiera! Niech się stanie!
Wyrzucił w górę ramiona teatralnym gestem i przymknął oczy, w
oczekiwaniu na to co miało nadejść.
Egipska ciemność ogarnęła na moment jaskinię, połknęła z
kretesem światło latarki, by potem wypluć zarówno je, jak i
wszystkich zebranych na sali i uformować się w postać potężnego
mężczyzny w kapeluszu, pod rondem którego lśniły czerwone
iskierki oczu.
Niewidzialna dłoń spoliczkowała Greya, kreda uniosła się spoza
jego stóp i napisała coś na skale wołowymi literami.
NIE DZIEWICA.
- Ale jak to...?
Mroczny mężczyzna znikł, czy raczej roztopił się w ciemnościach,
zalegających kąty.
Rose sięgnęła do tyłu i namacała tkwiącą za paskiem solniczkę.
- Ale panie... - jęknął Grey. - Jak to?
- Tak to! - Rose szerokim zamachem sypnęła mu sól w oczy. - Nie
jestem dziewicą!
- Kurwa!- wrzasnął Robert podnosząc dłonie do oczu.
Coś zachrobotało w czeluściach studni. Lampard dwoma sprężystymi
susami znalazł się przy wijącym się z bólu Greyu i wyrżnął go
pięścią w twarz.
- Plan ci się zesrał - zauważył, wykręcając milionerowi rękę
za plecami. - A taki ładny był, mroczny...
Rose podniosła upuszczony przez Greya nóż i rozcięła więzy
Molly, po czy delikatnie wyjęła jej knebel.
Molly splunęła, zdjęła paproch z języka, po czym spojrzała na
Greya z najwyższym obrzydzeniem.
-Ty zbuku ezoteryczny! - warknęła. - Ty ektoplazmatyczny bobku, ty
zmazo spirytystyczna! Jeśli Walterowi coś się stało, to cię
zatłukę na śmierć encyklopedią!
Ze studni rozległo się jakby drapanie i chrzęszczenie.
- Encyklopedią? - zdziwiła się Rose. - Nie szkoda ci będzie?
- Wysłaliśmy im odsiecz - zapewnił jednocześnie Lampard. -
Wally'emu nic nie będzie.
- Kurwa - rzekł Grey głucho i smętnie. - Cały plan mi się jebnął
przez jakiegoś piłkarzynę. Zapomniałem, że z was tacy jebacy...
A żeby cię Czarny Pan za to pokarał, Lampard, ciebie i twojego
siurka...
Frank i Rose spojrzeli na siebie nawzajem i zaczęli się śmiać.
- O mój Boże - jęknęła cichutko Molly, rozszerzonymi ze strachu
oczyma patrząc na studnię. - O mój Boże...
Pozostali spojrzeli tam gdzie ona i głos im odebrało. Ze studni
wyłaził największy i najpaskudniejszy wij, jaki kiedykolwiek
chodził po ziemi. Był gruby jak beczka, długi na kilka metrów i
miał mnóstwo czerwonych nóżek, oraz wielkie, czerwone
szczękoczułki.
- Dzięki ci, Czarny Panie! - wrzasnął ekstatycznie Grey, wyrywając
się z uścisku Franka. - Wiedziałem, że mnie nie zostawisz!
Dziękuję!
Tymczasem wij wypełzł już w całości z otworu studni, lśniący,
czarny i absolutnie obrzydliwy. Jego odnóża przebierały po skalnym
podłożu groty z chrzęstem, gdy posuwał się w kierunku
zszokowanych ludzi.
Rose, usiłując nie zwymiotować z obrzydzenia, ścisnęła mocniej
w spoconej dłoni solniczkę, Frank podniósł pospiesznie porzucony
wcześniej nóż kuchenny, Molly zaś wysunęła przed siebie dłoń
zbrojną w rytualne ostrze Greya.
Gigantyczny krocionóg kłapnął szczękoczułkami, na kórych
czubkach wisiały kropelki mętnej cieczy. Nikt nie miał
wątpliwości, że był to jad.
Milioner, którym nikt się nie zajmował, rozchichotany i szcześliwy
jak dziecko, zaczął kreślić kredą nowe linie na podłodze
jaskini, mamrocząc pod nosem kolejne inkantacje.
- Nienawidzę stonóg - wycedziła przez zęby Rose. - Nienawidzę.
Bez namysłu sypnęła na potwora solą, druga dłonią czyniąc znak
księżyca. Oślepiony światłem wij, dymiąc z ran, powstałych w
miejscach, gdzie spadła sól, rzucił się do przodu, na przemian
rozwierając i zamykając szczękoczułki. Niewykluczone, że
zdołałby złapać Rose, gdyby nie błyskawiczna reakcja Lamparda,
który odepchnął dziewczynę na bok i wbił nóż w oko potwora, aż
po samą rękojeść. Zielona posoka popłynęła z rany, ściekając
strumieniem po łbie monstrum i kapiąc na kamienie.
Wij uniósł przednią część ciała, pogrążając stojącego
przed nim Franka w cieniu.
"Teraz!" pomyślała Rose. "Muszę mu pomóc!"
Podniosła się z klęczek, nie czując nawet bólu w otartych
kolanach i dłoniach... i zamarła.
Za wijem stał Czarny Człowiek i patrzył na nią. W czerwonych
iskierkach oczu malowała się drwina.
Na moment umysł Rose zalała fala myśli, dobrze znajomych, ale
jednocześnie jakby przychodzących z zewnątrz.
"To mężczyzna, oni chcą tylko jednego, na pewno cię zdradzi,
będzie się rypał z dziwkami jak ten jego koleś, Terry, oni
wszyscy tacy są, nie można im ufać, podłe, zdradzieckie obleśne
wieprze, lepiej, żeby umarł, będziesz bezpieczna, nie zdoła cię
już skrzywdzić, bo oni wszyscy tylko krzywdzą, a potem znikają,
zawsze, zawsze, zawsze!"
- Rose! - krzyknęła Molly, jej głos dochodził do uszu Montoyi jak
z oddali. Potworne, ociekające jadem szczękoczułki wisiały teraz
tuż nad głową Franka.
"Oni zdradzają, odchodzą i traktują cię jak śmieć, jak
swoją własność, on tez tak zrobi, zobaczysz..."
- Nie - powiedziała Rose z wysiłkiem. - Nie on.
Spojrzała na Franka i zalała ją fala wspomnień. Frank, pomagający
jej, ratujący ją z pożaru, wspierający i pocieszający. Frank,
siedzący przy jej łóżku, gdy w jej ciele zamieszkał demon.
Frank, kochany, czuły, dobry Frank.
Bez namysłu skoczyła ku potworowi, sypiąc sól w jego zdrowe oko.
- Paszoł won, ty ścierwo, od mojego Lamparda! - ryknęła,
wygrażając dłonią, złożoną w Znak Księżyca. - Spierdalaj! I
ty, czarny gnojku też, nie ma dla ciebie miejsca w mojej głowie!
Wij cofnął się, jego niezliczone odnóża zafalowały, ciało
wygięło się w tył. Frank bez namysłu wbił nóż ponownie, tym
razem w brzuch stwora, który zwalił się jak ścięte drzewo. Teraz
doskoczyła do niego Molly i zatopiła srebrne ostrze we łbie
krocionoga, dokładnie między oczyma.
- Daliśmy radę! - wykrzyknęła radośnie Rose. - Zabiliśmy go!
- Ano daliśmy - rzekł Frank i zatoczył się. Twarz miał bladą i
pokrytą grubymi kroplami potu.
- Frankie? Co ci jest? - Rose podtrzymała go troskliwie. - Molly,
jesteś lekarzem, pomóż!
- Chyba... muszę... usiąść - powiedział Frank, osuwając się na
podłogę. Molly przyłożyła dwa palce do jego szyi.
- Tętno mu zwalnia - rzekła zatroskana.
Czując narastającą niczym wielki, czerwony wrzód, panikę, Rose
pospiesznie obejrzała Lamparda. Dopiero teraz dostrzegła, że ma
rozdarty rękaw koszuli, a w ciele pod nim zieje okrągła, czerwona
rana.
- Nie! - wrzasnęła, aż Grey drgnął i zamiast linii prostej
wyszło mu coś na kształt elektrokardiogramu w trakcie migotania
przedsionków.
- Chyba... się... nadziałem - rzekł z wysiłkiem Frank. - Kiedy...
cię... odepchnąłem. Ale... nie szkodzi, Rosie.
- Zaraz coś wykombinujemy, Frank - obiecała solennie Rose. Zerwała
się na równe nogi i jęła obchodzić jaskinię dookoła,
zaglądając we wszystkie kąty. Nagle zatrzymała się i spojrzała
na Molly, siedzącą przy Franku.
- Nie zdążymy go wywlec stąd i zawieźć do szpitala? - zapytała.
Molly pokręciła głową.
- Jasne, że nie - zachichotał Grey. - Zaraz otworzę te pieprzone
Drzwi i już nikomu żaden lekarz potrzebny nie będzie.
- Kurwa, zapomniałam do reszty o końcu świata - wymamrotała Rose.
Sięgnęła do torby, która leżała, porzucona na podłodze, wyjęła
z niej butelkę wody mineralnej i bezceremonialnie chlusnęła
zawartością na wyrysowane przez Greya linie.
- Dziwka! - wrzasnął milioner. - Ze mną się puścić nie
chciałaś, wolałaś tego piłkarzynę, a teraz mi psujesz!
- Zamknij się - Rose usiadła przy Lampardzie. - Frankie...
Otworzył z wysiłkiem oczy. Każdy kolejny oddech przychodził mu z
coraz większym trudem.
- Drzwi - szepnął. - Zamknijcie. Ja potem...
- On ma rację - powiedziała cicho Molly.
Rose bez słowa zdjęła bluzę i podłożyła ją Frankowi pod
głowę. Potem obciągnęła koszulkę i wstała.
- Dobrze - powiedziała. - Zróbmy to.
Chwyciły się za ręce i zaintonowały zaklęcie. Grey natychmiast
zaintonował kontrzaklęcie, wrzeszcząc jak opętany. Przekrzykiwali
się przez chwilę, potem nagle zamilkli, wszyscy troje.
- Kurwa, nic dzisiaj nie działa - Rose znowu zaczęła krążyć po
całej grocie. - Ej, tam jest jakieś przejście!
Chwyciła latarkę z podłogi i poświeciła na koniec jaskini
przeciwległy do tego, przez który weszli.
- Tylko uważaj! - krzyknęła Molly. Frank nie powiedział nic, bo
nie miał siły.
- Nic mi nie będzie - Rose zniknęła już w ciasnym korytarzyku. -
Tylko pilnuj tego debila. I Franka. ...O kurwa!
Rozległ sie suchy grzechot, Rose wpadła pędem do jaskini, za nią
zaś wturlało się coś białego.
Dziecięca czaszka.
- Jezu Chryste - jęknęła Molly.
- Czarna Alix, pomóż mi! - wrzasnął nagle Grey. - Pomóż mi, a
twój kochanek znowu będzie wędrował swobodnie po Ziemi! Niech
krew tych dwóch dziwek wsiąknie w ziemię i otworzy drzwi!
Przez chwilę nie działo się nic, potem zaś od powały jaskini
oderwał się nieduży stalagmit i trafił Molly w twarz, rozorując
jej łuk brwiowy. Lekarka krzyknęła i upadła, wprost na wyrysowane
kredą linie, wciąż widoczne, choć nieco zatarte od wody. Teraz
zabarwiły się czerwienią.
- O Czarny Panie, przyjm tę krew dziewiczą i otwórz bramę! -
zawyl triumfalnie Grey. - Niechaj pękną wielkie, czarne zasłony!
Niech wyleje się ciemność!
Ziemia zatrzęsła się z taką siłą, że Rose runęła na kolana.
Podpełzła do leżącego bezwładnie Lamparda i zasłoniła go
własnym ciałem przed sypiącym się ze stropu deszczem piasku i
drobnych kamieni.
- Przyjdźcie, Wielcy Przedwieczni! - Grey pląsał wśród swoich
rysunków jak szaleniec, którym w istocie był. - Wzywam was!
Rose, w panice, rozejrzała się dookoła. Na poły ogłuszona Molly
klęczała kilka kroków dalej, między palcami dłoni, którą
zasłaniała twarz, było widać krew. Wylot studni pulsował i
rozciągał się, wyrzucając z siebie płynną czerń.
Nagle blada dłoń Franka Lamparda wystrzeliła w powietrze i złapała
ją za rękaw.
- Dzieci - wyszeptał siniejącymi wargami. - Rosie, dzieci... Znasz
je...
- Co? - Rose nie rozumiała. - Jakie dzieci?
- Martwe - szepnął.
Ziemia wokół studni nabrzmiała niczym groteskowy wrzód, plujący
mrokiem. W jaskini robiło się zoraz zimniej, z czarnej czeluści
ocembrowanego otworu zas dobiegał głuchy, skrzypiący pomruk. Coś
wielkiego usiłowało się przepchnąć do rzeczywistości.
- Dzieci - powtórzył Frank. Spojrzał na coś za plecami Rose.
Dziewczyna odwróciła się i stwierdziła, że patrzył na czaszkę.
Drobną, dziecięcą czaszkę.
- Dzieci Czarnej Alix - powiedziała Rose. Chwyciła zbielałą kość
w dłonie i zajrzała w czarne oczodoły. - Pomóżcie mi. Pomóżcie
mi skopać tyłek temu bucowi, a Alix będzie bez sił. Będziecie
wolne! Pomóżcie mi, proszę!
Nie wydarzyło się nic. Grey wciąsz nucił swoje inkantacje, otwór
studni rozciągał się coraz bardziej, jakby był z gumy, a nie z
kamienia, Frank Lampard oddychał coraz ciężej, a Molly wciąż
trzymała się za głowę.
- Proszę! - wrzasnęła Rose desperacko.
Czarna macka wystrzeliła ze studni i jęła macać podłoże
dookoła, w ślad za nią wychynęła następna, cieńsza i jeszcze
jedna.
- Nadchodzą! - zawył Grey w ekstazie. - Zwyciężam!
- Pomóżcie mi! Będziecie wolne! - Rose przemawiała do trzymanej w
dłoniach czaszki.
Nagle pieczara wypełniła się dziecięcymi głosami, które śmiały
się i nawoływały nawzajem. Tysiące światełek, przypominających
świetliki zaroiły się pod ciemnym sklepieniem, sklębiły, po czym
runęły falą na Greya i na pląsające macki.
- O Pani, Która Strzeżesz Bramy, wesprzyj je swoją mocą, zepchnij
to plugastwo tam, skąd przyszło i zamknij Bramę na wieki -
mamrotała Rose słowa modlitwy, które nie wiadomo skąd pojawiały
się w jej umyśle.
- Parzy! Parzy! Parzyyyyy! Zabierzcie to ode mnie! - Grey wił się
po ziemi, oblepiony światełkami. - Ratunku! Na pomoc! To boli!
Macki trzepotały, waliły o ziemię i stopniowo cofały się do
studni.
__________________________________________________
Jest w końcu rozdział dziewiętnasty, mam nadzieję, że nie macia mi za złe tak długiego czekania. Miłej lektury!
Martina
P.S. A w ramach bonusu...
...La Decima! Yay! To była piękna noc!
M.

791.jpg)