I will follow you
I will follow you
All through the night I will follow
Felicia Sorenson "Once"
- Która jest? - zapytał
Lampard po raz pięćsetny z rzędu, parząc sobie tysięczną kawę.
- Siódma dwie, plus te dziesięć sekund, które upłynęły od
twojego ostatniego pytania - poinformowała go Rose zza kuchennego
stołu. - Powinni się odezwać dawno temu.
- Może nie mogą - mruknął Lampard. - A może coś się stało, a
my tu, kurwa, siedzimy jak słupy.
Rose zmarszczyła czoło w akcie głębokiego namysłu.
- Wiesz co, zadzwoń do ojca Ghiottone - powiedziała. - On zrozumie
o co biega.
- To jest niezły pomysł - rzekł powoli Frank. - Ojczulek na pewno
im się tam przyda!
Pomacał się po kieszeniach, potem rozejrzał dookoła, próbując
zlokalizować aparat.
- A już wiem, w pokoju został! - ucieszył się i wypadł z kuchni.
Rose podniosła się z wysiłkiem i dolała do kawy śmietanki, tak
jak lubił Lampard.
- Dziecko - głos, który rozległ się znienacka za jej plecami,
sprawił, że podskoczyła na pół metra w górę, upuszczając przy
tym dzbanuszek. - Musicie tam iść!
Rose odwróciła się gwałtownie, nie zwracając uwagi na toczący
się po blacie szafki mlecznik, ani kapiącą jej na kapcie
śmietankę.
Między stołem a lodówką, w nieprawdopodobnie ciasnym miejscu
stała panna Waterhouse, ubrana w elegancki, tweedowy kostium i szary
kapelusik na spiętych w kok włosach. W dłoniach sciskała
staromodną torebkę, na twarzy zaś malował jej się wyraz
absolutnego zatroskania.
- To pani? - zapytała Rose, osłupiała. - Skąd...?
- Nieistotne, moje drogie dziecko- odparła starsza pani energicznie.
- Musicie natychmiast tam zejść! Oni was oszukali!
- Kto? - Rose chwilowo niczego nie rozumiała.
- Idżcie do drzwi! - skomenderowała panna Waterhouse.
- Ale jak pani... - końcówka pytania Rose utonęła w nagłym ryku
włączonego znienacka telewizora. - Frank, wyłącz to pudło!
Krzycząc do Franka Rose odwróciła się na chwilę w stronę
kuchennych drzwi. Gdy spojrzała ponownie, kąt między stołem a
lodówką był pusty.
- Co jest? - Rose ruszyła do przodu i pośliznęła się na kałuży
śmietanki.
- Rose, chodź tu natychmiast! - ponad raptownie ścichłym rykiem
telewizora rozległ się głos Lamparda.
- Sam chodź! I wyłącz to cholerne telejajco, na rozrywkę ci się
zebrało? - warknęła Rose, kuśtykając w stronę salonu i
zostawiając za sobą śmietankowe odciski kapci.
Frank, z oczyma lśniącymi niczym diamenty, wpatrywał się z
zajęciem w ekran telewizora.
- Słuchaj! - rzekł, ściskając Rose za ramię.
- ...podpalono kilka budynków w śródmieściu Leicester - mówiła
spikerka. - Na szczęście obyło się bez ofiar śmiertelnych, mimo,
że ogień rozpowszechniał się bardzo gwałtownie. Amatorskie
nagrania wideo pokazują obiekt latający, prawdopodobnie niewielki
samolot, którym przemieszczali się dysponujący miotaczem ognia
podpalacze, prawdopodobnie terroryści.
Twarz spikerki na ekranie zastąpił teraz niewyraźny obraz dachów
śródmieścia nad którymi polatywało coś ciemnego, podobnego
trochę do szybowca. Był tylko jeden problem: ten szybowiec machał
skrzydłami i miał długie wężowe ciało.
- Ja jebię - wyrwało się szczerze Rose.
Domniemany szybowiec zakołował nad miastem, wygiął wdzięcznie
szyję i zionął ogniem z pyska. Kilka dachów zaczęło się palić.
- Przecież to jest pieprzony smok! - wykrzyknął Lampard. - Wielki
jak autobus ze skrzydłami! A skoro coś tak wielkiego przelazło do
naszej rzeczywistości...
- ...To ona miała rację - wlazła mu w słowo Rose. - Grey i jego
ekipa zrobili nas w koncertowe bambuko i specjalnie nas rozdzielili,
napuszczając na Pierdzącego Zająca. Żeby móc tutaj majstrować
przy Drzwiach.
- Ona? Jaka ona? - zdziwił się Lampard.
- Panna Waterhouse - wyjaśniła niecierpliwie Rose. - Była przed
chwilą w kuchni. Jazda, idziemy do kościoła. Przy okazji, co cię
walnęło, żeby teraz telewizję odpalać?
Frank spojrzał na nią jakoś dziwnie, jakby trochę zaskoczony.
- A nie, mnie nic - odpowiedział. - Telewizor sam się włączył,
na kanale informacyjnym, chociaż ostatnio zostawiłem go na...
-...sporcie, taaaak - dokończyła za niego Rose.
- Nie, na BBC History akurat - sprostował Lampard. - Gadałem z
ojczulkiem, już tam jedzie z ekipą, rozpatrzą się w sytuacji i
jakby co pomogą. Właściwie to nie wiem czemu od razu do niego nie
zadzwoniliśmy. Idioci.
- Idź po torbę - skomenderowała Rose.
Po chwili, krokiem na tyle szybkim, na ile pozwalała aktualna
kondycja Rose, opuścili apartament, kierując się do garażu.
Gdzieś nad centrum widać było łunę pożaru, nad miastem
roznosiło się zaś głuche wycie syren, należących do karetek
pogotowia, radiowozów i pojazdów straży pożarnej. Najwyraźniej
smok nie rezygnował z rozrywki.
Mimo, że była juź noc ciemna, kościół St. Mary de Castro nijak
nie chciał tkwić w ciemnościach. Wręcz przeciwnie, podświetlony
był hojnie z prawie wszystkich stron i podkraść się do niego
niepostrzeżenie było wręcz niepodobieństwem.
- W cholerę i z iluminacją - wymamrotał Frank, pikając zamkiem i
alarmem samochodu.
- Nie marudź i chodź - Rose pociągnęła go za rękę. Przewiesił
sobie torbę przez ramię i posłusznie jął przełazić przez niski
murek, w miejscu, w którym ktoś kiedyś usunął jedno przęsło z
kutego ogrodzenia cmentarza i nie wstawił nowego.
Jako że kościół na wzgórzu zamkowym wzniesiono pierwotnie jako
kaplicę, służącą celom pogrzebowym, jedno z wyjść znajdowało
się od strony nekropolii właśnie. Drzewa osłaniały je od strony
ulicy, a głęboki, zwieńczony ostrołukiem, ganek dostarczał
dodatkowo cienia, zapewniającego dyskrecję poczynaniom stojącej
tam osoby.
Rose i Frank wbili się w ten cień, po czym, przyświecając sobie
komórką, przystąpili do oględzin drzwi. Nieduże, acz solidne,
wyposażone były w dosyć staroświecki zamek, który spróbowała
sforsować Rose, z pomocą wydobytego z kieszeni scyzoryka.
- Dawno tego nie robiłam - mruknęła, dłubiąc cienkim ostrzem w
dziurce od klucza. - Zgaś, ktoś idzie!
Frank posłusznie wyłączył komórkę i oboje przeczekali z
zaciśniętymi zębami zabłąkanego pieszego, który szedł ulicą,
tuż za płotem cmentarza i wkrótce zniknął za rogiem kościoła.
- Dobra, świeć - skomenderowała Rose, przystępując do drugiej
rundy zmagań z zamkiem. Ten jednak okazał się najzupełniej
niepodatny na jej zabiegi.
- Daj ten scyzoryk - rzekł Lampard, jednocześnie wręczając
dziewczynie komórkę. W jej mdłym blasku wyglądał zadziwiająco
męsko i przystojnie. Rose podała mu narzędzie, sama ciekawa
wyniku, on zaś zagłębił ostrze w otworze zamka, wykonał kilka
delikatnych ruchów, coś szczęknęło i drzwi stanęły otworem.
- Ale jak ty to...? - Rose nie mogła z wrażenia domknąć ust.
Frank Lampard uśmiechnął się szelmowsko.
- Nie zawsze byłem grzecznym chłopcem - rzekł i mrugnął jednym
okiem. - Panie przodem.
Zaglądając do ciemnego wnętrza kościoła Rose uświadomiła
sobie, że mają w torbie latarkę,
więc może należałoby jej użyć, zanim wybiją sobie zęby na
nierównej posadzce.
Żółty krążek światła wyławiał z atramentowych ciemności
coraz to inne elementy kościelnego umeblowania i wystroju. Pachniało
kurzem, starym drewnem i kadzidłem.
- Jakim cudem ten smok wylazł? - zastanawiała się Rose. - Powinien
wywalić w posadzce lej jak po bombie.
- To błoniastoskrzydłe paskudztwo piwnicy ci nie zdemolowało -
zauważył Lampard, bezszelestnie zamykając drzwi. - Nawet jedna
butelka z winem nie spadła.
- Fakt - zgodziła się Rose. Oświetliła podstawę wieży, niejako
obudowanej kościołem, stworzonym z połączenia kilku wcześniej
istniejących budynków sakralnych. - To gdzieś tam?
- Pod chrzcielnicą - rzekł Frank, spoglądając na dobyty z
kieszeni plan, wydrukowany z komputera pospiesznie, przed wyjściem z
z domu.
Przysadzista, romańska chrzcielnica, wykonana z beżowego piaskowca,
stała sobie na środku pomieszczenia, stanowiącego parter
kościelnej wieży. Frank i Rose przeszli ostrołukowymi drzwiami i
jęli oglądać to kamiennne naczynie, mające formę kielicha na
jednej solidnej nóżce, z czterech stron podpartego czterema
cieńszymi kolumienkami, a ustawionego na okrągłej podstawie.
- No fajnie i co teraz? - Lampard wziął się pod boki, gdy
obmacywanie chrzcielnicy i naciskanie wszelkich wystających
elementów nie przyniosło efektu.
Tknięta przeczuciem Rose jęła macać szereg gotyckich łuków,
zdobiących najbliższa ścianę, bez ceremonii próbując przekręcać
głowy świętych i skrzydła aniołów. Nagle rzeźbiona kamienna
rozetka ustąpiła pod jej dłonią, zagłębiła się w murze, a
chrzcielnica z hurgotem przesunęła się na bok, odsłaniając
okrągły, zionący czernią otwór, w którym znajdowała się
wąska, spiralna klatka schodowa.
Zeszli po kamiennych stopniach jedno za drugim, Rose powoli i
ostrożnie, starając się bardzo nie posykiwać i nie jęczeć z
bólu, jaki sprawiało jej potłuczonemu ciału chodzenie po tych
stromych schodach, Frank za nią, asekurując i pomagając jej
troskliwie.
Wkrótce stanęli u wylotu łagodnie sklepionego tunelu, wypełnionego
gęstą ciemnością. Powietrze było zaskakująco suche, przepojone
jakimś dziwnym, cierpkim zapachem, przywodzącym na myśl coś
niezmiernie starego, może zioła sprzed wieków. W oddali coś
chichotało, szepty i szelesty odbijały się od kamiennych ścian i
półokrągłego stropu, tupot kończyn, czy może odnóży, na
granitowych płytach podłogi, budził zas dreszcz nienazwanej grozy.
Rose spojrzała w czarną czeluść tunelu i zastanowiła się jak
ona zdoła tam wejść. Bóg jeden wiedział, co mogło się tam
czaić.
- Idziemy? - ciepła dłoń Lamparda ujęła jej rękę.
"To miłość trzyma nas tutaj, an powierzchni, a strach ściąga
nas w dół".
Słowa księdza Ghiottone zadźwięczały w uszach Rose. Spojrzała
wprost w jasne oczy Franka Lamparda i już wiedziała.
- Z tobą mogę iść nawet do piekła - powiedziała.
Razem wstąpili w czerń podziemnego korytarza.
Majka oceniła sytuację jednym rzutem oka.
Sytuacja była zła.
Pies poleciał nie wiadomo dokąd, Wasyl, jeszcze zamroczony
uderzeniem w głowę, siedział ze związanymi na plecach rękami pod
drzewem, Walter zaś klęczał, z głową przewieszoną przez jeden z
kamieni, wciąż skuty kajdankami i przytrzymywany przez Hintena.
Sama zaś Majka tkwiła niewygodnie pochylona, ponieważ James
Rainault wykręcał jej ramię do tyłu.
- Zaczynamy? - w obwiedzionych sińcami rybich oczach byłego
sekretarza błyskała wyraźna niecierpliwość.
- Najpierw trzeba ją związać - odparł Rainault. - Daj swój
pasek.
Hinten puścił Waltera i sięgnął do spodni. Wyciągał pasek z
takim pośpiechem, że go upuścił, a gdy się po niego schylił,
Walter, z morderczym błyskiem w oku uniósł się gwałtownie z
kamienia i wyrżnął go potylicą w twarz.
- Aaaa! Bój dooooozzz! Bój dooooozzz! - wrzeszczał Hinten wijąc
się po ziemi i trzymając za twarz. Spomiędzy palców ciekła mu
krew. - Zdooowuuuu!
- Zabiję cię! - ryknął Walter nieswoim głosem.
Rainault westchnął ciężko, po czym nie puszczając nadgarstka
Majki, podniósł pasek i uniósł nogę, chcąc kopnąć Waltera w
żebra.
I wyrżnął się jak długi, podcięty celnym kopniakiem w kostkę,
wymierzonym przez Wasyla.
- Wiejcie!!! - zawył Marcin. - Majka, wiej!!!
Walter, klęczący z rękami skutymi na plecach, nie dał rady się
podnieść, przewrócił się tylko na bok, natomiast Majka,
uwolniona z uścisku wroga, śmignęła w krzaki, nie wiedząc
jednakże co robić dalej. Zatrzymal ją jednak głos Rainaulta.
- Biegnij, Majka, biegnij! - zadrwił weterynarz. - Wstawaj,
skurwysynu...! Biegnij, Majka, a jego mózg rozpryśnie się po
okolicy. Nie wierzysz?
Coś szczęknęło metalicznie.
Majka spojrzała ostrożnie poprzez gałęzie.
Srebrzysty, chromowany pistolet lśnił groźnie w ręku Rainaulta,
mierząc lufą wprost w skroń Wasyla.
- Wiem, że tam jesteś, polska dziwko - warknął James Rainault. -
Daję ci pięć sekund. Raz, dwa...
- Uciekaj!!! - ryknął Wasyl z całej mocy po polsku. Rainault
zdzielił go lufą pistoletu w twarz.
- Trzy... - kontynuował.
Na drżących nogach Majka wylazla z chaszczy, minęła Rainaulta i
podeszła do Marcina, obejmując go w pasie.
- Miłość, jaka to piękna rzecz - westchnął Rainault teatralnie.
- Tak bardzo ułatwia zycie nam, złoczyńcom.
- Miałaś wiać - w głosie Wasyla zabrzmiała desperacja.
- N...Nie mogę - odpowiedziała Majka, płacząc Marcinowi prosto w
pierś. - Nie mog... mog... mogłabym...
- Grzeczna dziewczynka - pochwalił Rainault. - Hinten, podnieś, z
łaski swojej, dupsko z gleby i zrób co trzeba. Czekają na nas w
Leicester.
- Ja dzierbię! - odpowiedział Hinten z wyrzutem oraz godnością.
- Mój kuzyn zatrudnił debila - mruknął ponuro Rainault. -
Potrzymaj pistolet. Celowanie w głowę tego ćwoka nie przekracza
twoich możliwości?
- Gdybyź die był grewnym żewa... - Hinten obdarzył weterynarza
morderczym spojrzeniem, o ile rozgotowana ryba może takowe posiadać,
po czym przejął z jego rąk broń.
Ciemność w tunelu była upiornie i przerażająco żywa. Poruszała
się wokół Rose i Franka, pulsowała, szeptała tysiącem głosów
i dotykała, lepkim, obrzydliwym dotykiem pajęczyny. Co gorsze w
świetle latarki nie było widać niczego poza murami i posadzką, a
jednak wiedzieli, czuli wyraźnie, że coś tam było i szło
korytarzem razem z nimi.
Nagle jakaś lodowata dłoń znikąd prześlizgnęła się po karku
Rose. Tłumiąc paniczny wrzask dziewczyna odskoczyła, potknęła
się o wystającą płytę posadzki i byłaby się wyłożyła jak
długa, gdyby nie refleks Lamparda. Złapał ją tuż nad posadzką,
a światlo trzymanej przez niego latarki zatańczylo dziko po
ścianach i suficie, zamieniając to ponure miejsce w coś w rodzaju
obłąkanej dyskoteki.
- Frankie, czy ja jestem jakąś damulką w opresji? - zapytała
Rose, próbując dodać sobie animuszu. - Nie musisz mnie łapać za
każdym razem!
- If
you fall I will catch you I will be waiting, time after time
- Frank, tak samo napięty jak ona, zanucił nieśmiertelny przebój
Cyndi Lauper. - Od tego jestem, madame.
-
Cholera, wsadziłam rękę w coś mokrego - powiedziała Rose z
irytacją. - Poświeć no tu.
-
Nie doceniasz mojego kunsztu artystycznego - rzekł Lampard z udanym
smutkiem, posłusznie świecąc jej na dłoń. - O cholera!
Ciecz,
która splamiła palce dziewczyny miała barwę intensywnej
czerwieni.
-
O ja pierdolę - jęknęła Rose, przysuwając się do Lamparda na
wszelki wypadek. Otarła dłoń ze wstrętem o spodnie, tymczasem
Frank świecił dookoła, próbując znaleźć źródło tego płynu.
-
Tu jest kałuża, rozmazałaś ją, jak się podparlaś ręką -
rzekł w skupieniu, ignorując szelesty za plecami. - Widzisz, tu
jest odcisk twojej dłoni.
-
Tam jest następna kałuża - rzekła Rose grobowo, wskazując palcem
w przód.
-
I następna!
-
Jeszcze jedna, czy tu kogoś zarżnięto?
-
Albo coś... Nie masz rację. Raczej kogoś - w głosie Franka
zabrzmiało obrzydzenie i zgroza.
Podeszli
razem do tego przedmiotu, który Lampard wyłowił promieniem latarki
z ciemności w głębi tunelu.
-
Cholera - powiedziała Rose, głosem zdławionym.
Przedmiot
ten był ludzką głową, nie odciętą, lecz oderwaną od karku, o
czym świadczyły długie strzępy mięsa, wlokące się za kikutem
szyi. Oczy były szeroko otwarte i wypełnione przeraźliwą grozą,
natomiast twarz pokrywała tak gruba warstwa krwi, że nie można
było rozpoznać jej rysów.
Rose
sięgnęła do torby i wyjęła z niej bez namysłu duży nóż
kuchenny oraz potężną solniczkę.
-
Daj - Frank wyciągnął rękę, w oczekiwaniu na nóż, jednakże
poważnie się zawiódł. - Solniczka? Eeeee...
-
Nie wybrzydzaj - zganiła go Rose. - Poza tym w horrorach to kobiety
zawsze biegają z nożami kuchennymi.
-
Uginam się przed potęgą kinematografii - mruknął Frank, próbując
przewiercić wzrokiem ciemność przed sobą.
Stadko
jakichś niedużych stworzeń, może szczurów, a może czegoś
zupełnie nie z tej planety, przeleciało po ścianach i sklepieniu
tunelu, nad głowami idących ludzi, z piskiem i szurgotem znikając
w ciemnościach za nimi.
-
Co to było? - Frank odruchowo przygarnął do siebie Rose jednym
ramieniem.
-
Kosmoszczury z piekła rodem - mruknęła. - Nie sól mnie!
-
Uwierz mi, wolałbym cię pieprzyć i to w jakimś milszym miejscu -
odparł.
-
Subtelny jesteś - prychnęła Rose. - Szkoła podrywu imienia Johna
Terry'ego?
-
Myślałem, że nie muszę cię już podrywać - zdziwił się nieco
Lampard. - Poza tym nie uwierzyłabyś jakie Terry potrafi mieć
gadane, kiedy podrywa jakąś laseczkę.
-
Jak to nie musisz? - Rose ujęła się pod boki. - A kto mi randkę
obiecał?
Kolejne
stadko kosmoszczurów przeleciało nad ich głowami, jeden niemal
otarł się o ramię Rose. Odskoczyła ze stłumionym okrzykiem.
-
Ja ci obiecałem - Lampard świecił nerwowo dookoła. - I zabiorę
cię na randkę twojego życia, jak tylko wyjdziemy z tego
kurwidołka. Cholera, nie podoba mi się, że one tak latają!
Zupełnie, jakby przed czymś uciekały.
-
Na przykład przed tym stworzeniem, które sieje tutaj ludzkimi
głowami - dokończyła Rose. - O cholera, i rękami. Poświeć
tam!
Lampard
poświecił we wskazany przez nią załom muru. Leżała w nim ręka,
oderwana od tułowia razem z mięśniem piersiowym i sporym kawałkiem
czerwonej koszulki z białym lampasem i charakterystycznym,
biało-niebieskim herbem.
-
Skąd tu się wziął kibic Bayernu? - zdziwił się Lampard.
-
Pewnie doszedł do wniosku, że śmierć w angielskich lochach jest
lepsza od oglądania tiki-taki - Rose próbowała trzymać fason,
ale jej twarz była biała jak kreda.
-
Dobrze się czujesz? - zaniepokoił się Frank. - Może zrobimy
postój?
-
Po pierwsze, nie przepadam za postojami w towarzystwie ludzkich
szczątków, po drugie musimy się streszczać, bo koniec świata nie
zechce na nas uprzejmie poczekać - odparła, nieco cierpko. - Bujamy
się dalej.
Korytarz
kórym szli począł się zmieniać, w miarę, jak oddalali się od
wejścia. Zniknęły romańskie, beczkowate sklepienia, zastąpione
teraz nierównymi ścianami, wykutymi w litej skale, ostatnia zaś
płyta posadzki skończyła się najzupełniej znienacka pod stopami
wędrowców, którzy gruchnęli, zaskoczeni, wprost na najeżone
kamieniami, pełne górek i dołków klepisko.
-
No i koniec luksusów - Lampard podał dłoń swojej towarzyszce,
pomagając jej wstać.
-
Jestem już chyba cała sina - wymamrotała Rose, krzywiąc się z
bólu.
Kosmoszczur
furknął pod jej stopami, drugi przemknął ścianą obok Lamparda,
po chwili zaś wszystkie płaszczyzny w tunelu zaroiły się od tych
stworzeń. Ocierały się o nogi, ramiona i głowy stojących tam
ludzi, pozostawiając dziwne, nieco obrzydliwe wrażenie pajęczej
lepkości.
Rose
bez namysłu przygwoździła jednego nożem do ziemi, aż trysnęła
czarnobrązowa, gęsta jak syrop, posoka. Reszta stworzeń, jakby
zaalarmowana zgonem pobratymca, uciekła z głośnym piskiem i
zwiększoną szybkością, znikając w ciemności, jakby przez nią
wessana.
-
O fuuuuj, jakie to obrzydliwe - stwierdziła Rose, pochylając się
nad swoją ofiarą.
Wprawiając
tkwiący czubkiem w ziemi nóż w drgania wiła się dookoła jego
ostrza kreatura, wyglądająca jak ziemniaczana bulwa, pokryta
rzadkimi, cienkimi brązowymi włoskami. Nie miała oczu, tylko parę
grubych różowych czułków, wieniec podobnych tworów otaczał jej
otwór gębowy, czy też coś, co na takowy wyglądało, pod brzuchem
zaś drgała nieprzerwanie i przebierała masa krótkich nóżek,
również barwy różowej.
-
Samobieżny kartofel z Czarnobyla - orzekł stanowczo Lampard. -
Paskudztwo, faktycznie.
Zacisnąwszy
szczęki Rose wyrwała nóż ze stworzenia, które wyprężyło się,
odsłaniając różowe podbrzusze, zjeżone mnóstwem odnóży, co
skwapliwie wykorzystał Lampard i sypnął hojna dawką soli.
Zasyczało, kłąb dymu, czy pary, o okropnej, drażniącej woni
uniósł się w powietrze i ze stwora pozostała tylko wilgotna plama
na klepisku.
-
Nie sól ich więcej - wykrztusiła Rose, zasłaniając nos i usta
kołnierzem bluzy. Jej oczy łzawiły obficie. - Bo się zagazujemy.
-
Zapamiętam - odparł Lampard i kaszlnął dyskretnie raz i drugi w
rękaw. - Nie solić kartofli.
Z
ciemnej gardzieli tunelu przed nimi dobyło się ni to stęknięcie,
ni to ryk, odgłos basowy, głęboki i powolny. Kosmoszczury rwały
teraz nieprzerwaną rzeką po wszystkich dostępnych płaszczyznach,
falując tak, że wydawało się przez chwilę, że korytarz ożył i
zaczął tętnić niczym naczynie krwionośne giganta.
-
Coś idzie - oznajmiła niezmiernie odkrywczo Rose.
Odgłos
powtórzył się, tym razem jakby bliżej, a pokrywająca ściany
tunelu żywa powłoka rozpiszczała się i rozchrząkała
przeraźliwie.
Lampard
bez namysłu wyrwał Rose z dłoni nóż, wcisnął jej solniczkę,
po czym zasłonił dziewczynę własnym ciałem, zwracając się
twarzą w stronę z której nadchodziło tajemnicze stworzenie.
Sapnięcie,
a po nim tęgie chrumknięcie rozległy się teraz zaskakująco
blisko. Frank poświecił przed siebie.
Tunel
wypełniała jakaś czarna masa, która przepychała się przezeń z
wdziękiem hipopotama na lądzie, posapując i stękając raz po raz.
Po chwili jednak Lampard dostrzegł, że to, co brał za masę, było
w istocie potężnym, korpulentnym cielskiem, przemieszczającym się
na czterech.. nie, na sześciu krótkich, solidnych kończynach.
Grzbiet stwora okryty był pancerzem, z którego wystawały krótkie,
grube kolce, zgrzytające o kamienie ścian i stropu, w kierunku zaś
stojących przed nim ludzi wyciągała się ciekawie głowa o
krótkim, szerokim pysku, trochę jak u rottweilera, w którym
błyskał zestaw całkiem upiornie wyglądających zębisk i
krwistoczerwony jęzor.
-
Tarrasque - powiedziała zaskoczona Rose.
-
Aha - zgodził się uprzejmie Lampard. - On nie zawróci, my nie mamy
gdzie się usunąć. Znaczy ktoś musi paść trupem.
Tarrasque
zatrzymał się i oblizał paszczę z wyraźnym zakłopotaniem, po
czym chrząknął krótko i pytająco.
-
Święta Marta go obłaskawiła - mruknęła Rose. - Ale ona była
dziewicą, w przeciwieństwie do mnie. Mam nadzieję, że nie
żałujesz tamtej nocy...?
Lampard
oderwał wzrok od potwora i spojrzał na nią.
-
To była najpiękniejsza noc mojego życia - odparł. - I nie chcę
już żadnej spędzać bez ciebie.
-
Poważnie? - Rose poczuła, że się czerwieni.
-
Bar... - zaczął Lampard.
W
tym momencie tarrasque zadarł łeb, na tyle, na ile pozwalała mu
ciasnota panująca w tunelu i ryknął, chrapliwie i potężnie.
-
On, albo my - powiedział Frank Lampard.
-
My - odparła Rose z niezłomną wiarą.
________________________________________________________________________
Po długich i ciężkich cierpieniach skończyłam kolejny rozdzialik i mam tylko nadzieję, że wam się spodoba.
A w bonusie uwodzicielskie spojrzenie Franka..
Martina
791.jpg)
Franiu ty seksowny buraku! Jak on tę Rose musi kochać! <3
OdpowiedzUsuńSzczury...brrrrrrrrr nienawidzę szczurów a jeszcze jakieś wielkie :P Ble... A końcówka to już mnie całkowicie rozwaliła, strach się bać.
O ja nie mogę. To się naprawdę w odpowiednich momentach Lampardowi na romantyzm zbiera :P Ale tak sobie myślę - to troszeczkę może nie na miejscu - że może już naprawdę więcej nocy bez Rose nie spędzać. W ogóle może już więcej nocy nie spędzać w żaden sposób. Nawet śpiąc. Więc przy takiej perspektywie to siły do działania chyba się same pojawiają. Trzeba tej gadzinie nakopać do dupy!
OdpowiedzUsuń