czwartek, 20 marca 2014

Rozdział 16

You raise me up, so I can stand on mountains
You raise me up, to walk on stormy seas
I am strong, when I am on your shoulders

You raise me up to more than I can be. 

"You Raise me Up" Josh Groban


Przez chwilę w zdemolowanej sypialni Lamparda panowała cisza. Przerwał ją drżący głos Waltera.
- Słuchajcie, słuchajcie, znowu jest ciepło - stwierdził. - One chyba poszły!
- Rose śpi - rzekła Molly, prostując się i ocierając pot z czoła. - Sama z siebie, więc chyba faktycznie duchy zrobiły sobie przerwę.
- Podaj jej środek uspokajający - zarządził Ghiottone. - Potem trzeba będzie ją przywiązać. Głupiec ze mnie, że nie zabezpieczyłem więzów!
- Księże, Rose długo tak nie pociągnie! - Molly spojrzała na niego twardo. - Dam jej środków na wzmocnienie, dam glukozy, ale jeśli duchy mają zamiar dalej nią miotać po sufitach, to czarno to widzę. Trzeba się pospieszyć.
- Staram się, dziecko, staram się jak mogę - mruknął grzmiąco ksiądz. Rozejrzał się dokoła, potem zajrzał do szafy.
- Może najpierw sprawdźmy, czy Lampsowi nie trzeba ostatniego namaszczenia? - zasugerował Wasyl, strząsając z siebie wióry i okruchy szkła. - Krasnal...?
- Oddycha - zaraportowała Majka, odrywając ucho od piersi Franka.- I bije, znaczy jemu bije. Serce, no! Pogryzł sobie wargę od środka i rozwalił łeb, nie wiem czy sobie coś złamał, nie znam się. Molly, ty jesteś lekarzem!
- Już, już - Molly nałożyła na igłę zużytej strzykawki plastikową osłonkę i odłożyła narzędzie na stolik. - Idę.
- Hrrrrroooose! - jęknął Frank przeraźliwie. Zatoczył oczyma i spróbował wstać.
- Leż stary - Wasyl przytrzymał go, kładąc mu rękę na piersi. - Pani doktor cię zbada.
- Zostawwwwsie ją! - wybełkotał Lampard w odpowiedzi.
- Już dobrze, Franiu, to my - rzekła uspokajająco Molly. - Poznajesz nas?
Frank zamrugał, starając się zogniskować spojrzenie.
- Wally... ma dwie głowy - rzekł słabo. - Ty jesteś... Maggie... Molly? I Majjjjka... czemu ona ma czworo oczu?
- A mnie poznajesz? - Wasyl pochylił się nad Frankiem.
- Jasne! - rozpromienił się Frank. - Piiijjjęknie wyglądasz, Elen!
Marcin zakrył ręką oczy, Majka parsknęła śmiechem, Walter zas jął gryźć wargi.
- To jest Wasyl - powiedziała spokojnie Molly, sprawdzając przy tym ręce i nogi Lampsa.
Frank wytrzeszczył oczy.
- A... faktycznie - zgodził się. - Gdzie Rose?
- Śpi - odparła Molly. - Nie będziemy jej przeszkadzać. Teraz Wasyl pomoże ci wstać i pójdziemy sobie do salonu, dobrze?
Wasyl poprowadził Franka pomalutku w stronę drzwi. Pomalutku, bo Lampsowi niemiłosiernie kręciło się w głowie i twierdził, że podłoga zachowuje się jak wzburzone morze. Kiedy byli już na progu, ksiądz Ghiottone wyjrzał zza drzwi szafy.
- Synu, czy mogę użyć twoich krawatów? - zapytał.
- A bardzo proszszsz, ojcu... znaczy księdzu - odparł Frank. - Niech ksiądz używa sobie.
- Ksiądz się będzie stroić teraz? - zdziwiła się Majka.
- Krawat to wynalazek szatana - oznajmił Ghiottone, odruchowo rozcierając potężny kark.
- Też tak sądzę - mruknął pod nosem Wasyl.
- Nie, ja chciałem nimi związać Rose - kontynuował ksiądz. - Mocne, z jedwabiu, w dodatku należą do niego - wskazał podbródkiem Lamparda.- Pamiętajcie, miłość to jest siła, która nas trzyma tutaj, na powierzchni. A strach ciągnie nas w dół.
- Strach? - Lampard zamrugał oczami. - Ja wiem, księdzu, ja ci powiem, ale potem, bo teraz... - jęknął i zmarszczył czoło. - Strasznie boli mnie mózg.
- Molly, daj mu coś na ból - poprosił ksiądz.
- Dam, ale za chwilę, jak skończę go badać - oznajmiła Molly. - Proszę, Franiu, tuptamy dalej.
- Tuptamy - zgodził się Frank.
Kwadrans później siedział w salonie, przykładając paczkę mrożonego groszku do potylicy i popijając mocną, gorącą herbatę, zaparzoną przez Majkę. Kawy z jej ręki odmówił stanowczo.
- A ja bym się napił - zagrzmiał Ghiottone, wyłaniając się z sypialni.
Dostał zatem kawy, której napili się również pozostali, jednak przezornie rozcieńczając ją mlekiem. Walter swoją postawił na stole, przyniósł sobie laptopa i jął czegoś szukać w internecie.
- To co teraz robimy? - zapytał Lampard, łypiąc zaniepokojonym spojrzeniem spod groszku.
- Kontynuujemy - odparł ksiądz. - Wiemy już z kim mamy do czynienia, możemy więc teraz ich złapać za pirze i na powietrze świże. No, może niezupełnie świże, bo nie wiem, czy Lucyfer tak często u siebie wietrzy.
- Ten tam cały Keogh i Czarna Annis, tak? - mruknęła Molly. - Kumpel dziadka będzie łatwy do rozpracowania, gorzej z wiedźmą.
- Ona nie powiedziała Annis - zauważyła Majka. - Tylko inaczej. Alice, czy jakoś tak.
- Alix - mruknął Wasyl.
- A to nie to samo? - zapytał ostrożnie Frank. Odłożył groszek na stół i pociągnął ostrożnie łyk herbaty.
- Nie to samo - powiedział Walter znad komputera. - To nie to, nie to samo.
- Jak to nie? - zdziwił się ksiądz. - Co ty mówisz, synu?
- Ta, eee, kobieta, czy istota, która mieszkała w grocie na Dane Hills, to była Annis, czasem nazywano ją też Anną lub Agnes. Ale nigdy Alix - wyjaśnił Walter. - Może ona, czy tam ono, księdzu skłamało?
- Niewykluczone, one zawsze łżą - mruknął tubalnie Ghiottone, splatając muskularne przedramiona na piersi.
- Niemniej jednak - Frank bardzo wyraźnie wracał do pełni władz umysłowych. - Ta istota przedstawiła się przydomkiem "Czarna" i przyznała się do torturowania dzieci. Jak Czarna Annis.
Ujrzał, że wszyscy na niego patrzą wyczekująco, więc odchrząknął, popił herbaty i ciągnął dalej.
- Dodatkowo powiedziała też, że jest kochanką Czarnego Mężczyzny, czy jak to ładnie ujęła "Tego, który wędruje w mroku"...
- On tam był - powiedział Marcin. - Widziałem go, kiedy tobą rzuciła.
- Zawsze jest kiedy egzorcyzmuję - Ghiottone machnął dłonią o rozmiarach łopaty. - Acz rzadko tak jawnie. Kontynuuj synu - spojrzał na Lamparda.
- A kochanki Czarnego Mężczyzny, l'homme noir, to czarownice - wyłuszczył Frank. - Znowu, tak samo jak Annis. Więc, może nastąpiło jakieś przekłamanie przez te wszystkie stulecia, może ktoś coś niewyraźnie zapisał, ktoś coś przekręcił i z Alix zrobiła się Annis. Ale moim zdaniem tożsamość tej kreatury jest jasna. Więc księże, niech ksiądz zrobi co trzeba, żeby ją wyrzucić z mojej Rose.
Ksiądz dopił kawę, po czym zapatrzył się w Lamparda. Ze zmarszczoną brwią i wysuniętą szczęką wyglądał bardziej jak bokser wagi ciężkiej, koncentrujący się przed walką, niż duchowny.
- Synu, ty coś zacząłeś mówić o strachu - rzekł z namysłem. - Pamiętasz co to było?
Frank zamrugał.
- Strach..? Mówiłem coś takiego? - zdziwił się.
- Mówiłeś - potwierdziła Molly. - Kiedy wyprowadzaliśmy cię z sypialni.
- Czekaj, nie mogę sobie przypomnieć - Frank potarł ręką czoło.
- Proszę księdza, ja mam pytanie - Wasyl uniósł dłoń, jak grzeczny uczeń w szkole.
- Wal synu - rzekł Ghiottone.
- Czy my tam musimy wszyscy być? - zapytał Marcin. - Przy egzorcyzmach?
Lampard utkwił w nim mordercze spojrzenie.
- Wymiękasz? - zapytał gniewnie. - Myślałem, że stać cię na więcej.
- Widać, że w łeb dostałeś, bo pieprzysz jak potłuczony - odparował Wasyl. - Nie o mnie chodzi.
- O kogo zatem? - zapytał ksiądz.
- O Majkę - odparł Wasyl.
- Przecież nic mi nie jest -zdziwiła się Majka. -Dlaczego ma mnie nie być przy Rose?
- No proszę księdza, ona jest w ciąży! - Wasyl zlapał się za czuprynę. - Nikt mi nie wmówi, że pokój w którym szaleje demon i w każdej chwili można dostać w łeb nisko przelatującym Lampardem, to odpowiednie miejsce dla ciężarnych!
- Tak się boisz o dziecko? - mruknęła Majka.
- O was oboje się boję! - sapnął Wasyl. - O nasze dziecko i o ciebie!
Ksiądz rzucił okiem na prawą dłoń Marcina, na której wciąż lśniła obrączka.
- To twoja żona synu? - zapytał.
- Żałuję, ale nie - zaczęła Majka.
- To trochę skomplikowane - powiedział równocześnie Marcin. - Ja się właśnie rozwodzę i ten...
Ghiottone uniósł brew. po czym rozparł się wygodnie w fotelu. Majka i Wasyl przez chwilę oczekiwali, że palnie im kazanie, ale ksiądz milczał.
- Proszę księdza, przypomniałem sobie! - Frank podskoczył na kanapie, po czym skrzywił się boleściwie. - Ksiądz mówił o strachu, że ściąga nas w dół, czy to przez strach Rose mogła zostać opętana?
- Tak sądzę - rzekł ksiądz Ghiottone zwięźle.
- Myśmy... myśmy niedawno... znaczy poprzedniej nocy my się po raz pierwszy kochaliśmy - rzekł Frank. - Rose ma za sobą traumatyczne przeżycia, to co mówił ten tam cały Keogh było prawdą... ja myślę, że ona się mogła tego wszystkiego bardzo bać. Rozumie ksiądz, tego, że, no zaczęliśmy związek. Tego, że zaczęła mi ufać, a co gdybym okazał się świnią, jak inni... Rozumie ksiądz?
Ghiottone pokiwał głową.
- Rozumiem synu. Ważne rzeczy mi tu mówisz, to wszystko bardzo nam się przyda - rzekł powoli. - A ty, córko - wskazał palcem Majkę. - Masz zakaz wstępu na salę. Znaczy na egzorcyzmy. Nie będziemy ryzykować, poza tym wszyscy muszą być maksymalnie skupieni. Rozumiemy się?
Wszyscy pokiwali jak na komendę głowami.
Pan Grey był zdecydowanie wściekły. Jego interesy szły coraz gorzej, ktoś uprzedzał każdy jego ruch i udaremniał co rentowniejsze posunięcia, w dodatku siły policyjne zainteresowały się dzisiaj pewnymi, nie bardzo legalnymi przedsięwzięciami miliardera. Oczywiście nie było szans, żeby udowodnili cokolwiek jemu, niemniej jednak straty finansowe były bolesne. W dodatku ten debil, Hinten, dał się zidentyfikować jako morderca tej starej baby w szpitalu i musiał się ukrywać.
Och, być może to było bez znaczenia w perspektywie tego, co zamierzał niedługo zrobić, ale nie lubił przegrywać.
Wręcz nienawidził.
Tak się zbulwersował złymi wiadomościami, dostarczonymi przez kretyna, który teraz zastępował Hintena, bardzo nietaktownie, bo w środku seksualnej sesji z dwiema prostytutkami, że stracił kompletnie erekcję i żadne zabiegi obsługujących go dziwek nie potrafiły jej przywrócić. Wyrzucił zatem obie dziwki z mieszkania, każąc im schodzić schodami pożarowymi, skoro bowiem nie potrafiły nakłonić jego kuśki do wstania, nie zasługują na przejazd windą, po czym sam zjechał do podziemnego garażu.
Potrzebował przejażdżki. Nic tak go nie uspokajało i nie wietrzyło mu głowy, jak rajd z szybkością 150 km po wąskich, angielskich drogach. Nie był zwolennikiem typowych, sportowych bryk, wolał samochody o bardziej statecznej linii, za to dostatecznie demonstrujące jak bardzo prestiżową, bogatą i luksusową osobą jest ich właściciel. Jego oczkiem w głowie i przedmiotem dumy, był nabyty ostatnio Rolls Royce Celestial Phantom. Sprawdzał się znakomicie jako luksusowa limuzyna, ale także jako samochód do osobistego użytku.
Do standardowych rozwiązań wnętrza, takich jak wysadzane diamentami panele na wewnętrznej stronie drzwi i deska rozdzielcza, pan Grey dodał kilka własnych pomysłów. które sprawiały, że jego samochód wyróżniał się spośród innych. Był unikalny.
Idąc przez podziemny parking pan Grey spoglądał miłośnie w stronę swego stanowiska, na którym połyskiwał chromem, zloceniami i grafitowym lakierem, jego ukochany samochód. Byl dla niego niczym kochanka, nie, był lepszy niczym kochanka, zawsze posłuszny, nie żądał nowej biżuterii i nie pytał kiedy ślub. Cudowny!
W majestatycznej sylwetce Rollsa było jednak coś dziwnego. Nietypowego. Jakby czegoś było mniej. Nieprzyjemne przeczucie piknęło w sercu Roberta Greya.
Przyjrzał się samochodowi uważniej i zamarł.
Brakowało kołpaków.
Ktoś ukradł bezcenne platynowe kołpaki, zaprojektowane osobiście przez Greya, z misterną plecionką, układającą się w jego inicjały.
- Kuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuurwaaaaa! - ryknął Robert Grey.
- ...rwa ...rwa ...rwa - odpowiedział mu echem jego własny głos, odbity od ścian.
- Nie wierzę - oznajmił milioner. - No nie wierzę.
Sięgnął do kieszeni po komórkę i zorientował się, że zostawił ją w mieszkaniu. Wyciągnął zatem kluczyki i ćwierknął centralnym zamkiem samochodu. Celestial miał wszakże własną pokładową komórkę.
Otworzył drzwiczki pasażera i zamarł, otoczony chmurą upiornego smrodu..
Na siedzeniu pasażera, na nieziemsko drogiej tapicerce ze skóry rzadkiej amazońskiej płaszczki słodkowodnej, leżał brązowy balasek. Brązowe plamy pokrywały całe siedzenie i kalały diamentowe wykończenie drzwiczek. Rolls Royce Phantom Celestial cuchnął niczym szambo.
Ze szczękami zaciśniętymi tak mocno, że niemal pękało szkliwo na zębach Grey sięgnął po telefon, zastanawiając się gdzie można by nabyć średniowieczną izbę tortur z pełnym wyposażeniem.
Egzorcyzmy, które rozpoczęły się, gdy tylko Rose się przebudziła, trwały i trwały. Zza drzwi sypialni Lamparda dochodziły ryki demonów, jak również grzmiące okrzyki księdza Ghiottone. Kilkakrotnie coś łupnęło głucho, raz zabrzęczało tłuczone szkło, raz zaś zadrżał cały dom w posadach.
Niespokojna i nie mogąca usiedzieć na miejscu Majka przegrzebała zawartość szafek kuchennych, lodówki i zamrażarki, po czym przystąpiła do robienia pożywnej kolacji. Egzorcyści w końcu potrzebowali dużo sił, nie tylko tych duchowej natury, zatem, uznała Majka, duża blacha lazanii, zawierającej mnóstwo mięsa (ksiądz Ghiottone jakoś nie wyglądał na miłośnika zieleniny), powinna im wszystkim bardzo pomóc.
Kładła właśnie makaronowe prostokąty na kolejnej warstwie mielonej wołowiny, starannie podsmażonej z cebulką, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Majka wyjrzała nieufnie przez wizjer, sprawdzającz czy to nie jakis złoczyńca, potwór z innego wymiaru, albo inna swołocz, jednak ujrzała tylko konsjerża Tony'ego.
- Panie Lampard? - rzekł Tony z wahaniem. - Jest pan tam?
Majka otworzyła drzwi.
- Chwilowo jest bardzo zajęty - oznajmiła bez wstępów. - Przekazać mu coś?
Na pucołowatym obliczu konsjerża odmalowało się wyraźne zakłopotanie.
- To taka prywatna sprawa, wie pani - powiedział. - A nawet chyba intymna. Gdyby mogła go pani zawołać...
- Nie mogę - odparła Majka stanowczo. - Proszę powiedzieć o co chodzi, wszystko mu potem powtórzę.
- Bo widzi pani, są skargi od innych lokatorów na pana Lamparda - Tony znienacka się zarumienił. - Proszą, żeby pan Lampard przestał hałasować, rozumie pani.
W tym momencie zza drzwi sypialni rozległa się seria krótkich, urywanych jęknięć Rose.
- Wytrzymaj Frank - ryknął Ghiottone. - Jeszcze chwilę!
Tony spojrzał w tamtą stronę z bardzo znaczącym wyrazem twarzy.
- Widzi pani, o tym właśnie mówię - rzekł. - Rozumiem, że pan Lampard jako sławny piłkarz i, ahem... bardzo przystojny mężczyzna, ma bogate życie płciowe, ale proszę mu przekazać, że jest ono odrobinę za głośne.
- Powiem mu wszystko - zapewniła słabym głosem Majka, powstrzymując się ostatkiem sił od wykonania facepalma. - Co do słowa.
- Dziękuję - odparł konsjerż. - I proszę przekazać wyrazy mojego uszanowania panu Terremu.
- Nie omieszkam - mruknęła Majka, zamykając drzwi.
Dokończyła przygotowanie lazanii, rozmyślając nad tym, co powiedział jej konsjerż, jak też nad wyraźnym zachwytem Tony'ego nad urodą Franka, wsunęła produkt do piekarnika, po czym rozstawiła sobie w kuchni laptopa i zajęła się przeczesywaniem internetu. Przeczytała wszystko co się dało o Czarnej Annis, chociaż nie było tego za wiele, potem zaś starannie sprawdziła wiadomości z regionu i lokalne strony kryptozoologiczne, aby się upewnić, że po mieście nie lata żaden stwór z innego wymiaru. W rubryce plotkarskiej przykuła jej wzrok na chwilę notka o zbezczeszczeniu samochodu Roberta Greya. Majka zachichotała z satysfakcją nad akapitem opisującym wybrudzoną fekaliami tapicerkę, nie zdążyła jednak rozważyć, czy Lampard ma z tym coś wspólnego, bo zadzwonił jej telefon.
W słuchawce zabrzmiał ciepły baryton doktora Jamesa Rainaulta.
- Jak się miewasz? - zapytał Jimmy. - Nie widziałem cię dzisiaj w azylu.
- Dziś sobota - odparła Majka. - Dla mnie akurat wolna.
- A to ty nic nie wiesz pewnie - mruknął.
- Co mam wiedzieć? - zdziwiła się Majka.
- Po tym, co narozrabiał Coltrane, azyl jest zamknięty do odwołania - wyjaśnił lekarz. - Przenosimy zwierzaki do innych schronisk. Ariadna do ciebie nie dzwoniła?
- Nie. Nie miałam zielonego pojęcia... - jęknęła Majka.
- Jest tak roztrzęsiona, że pewnie zapomniała - mruknął James. - Wiesz co, chyba się za tobą stęskniłem.
- Naprawdę? - Majka roześmiała się mimo woli.
- Naprawdę. Brakuje mi twojego uśmiechu. I twojego poczucia humoru! - zapewnił weterynarz. - Słuchaj, a może byśmy się tak spotkali, powiedzmy jutro wieczorem? Znam fantastyczną hiszpańską knajpę!
- Wiesz co, ja w tej chwili nie bardzo mogę, no wiesz, nie mam czasu i w ogóle... - Majka wiła się jak węgorz na haczyku. - Moja przyjaciółka jest chora, ma okropną grypę i nie wstaje z łóżka. Sam rozumiesz, że nie mogę jej zostawić samej.
- Aha. No dobrze, życzę jej zatem zdrowia - rzekł szarmancko James. - A kiedy twoja przyjaciółka wyzdrowieje, pójdziesz ze mną na kolację? W ogóle ci nie mówiłem, ale mam fantastyczną ofertę pracy dla ciebie. Tymczasową, póki Glen Parva jest zamknięte.
- Ofertę? - Majka nastawiła uszu. - Okej, piszę się na tą hiszpańską kolację.
- Dobra, to jak już będziesz wolna, to do mnie zadzwoń.
Od progu rozległo się gromkie chrząkanie. Zaskoczona Majka nieomal spadła z krzesła, utrzymawszy jednak równowagę obejrzała się i stwierdziła, że w drzwiach, oparty o futrynę, stoi Wasyl.
- Dobra - rzuciła do słuchawki. - Muszę kończyć, pa!
Spojrzała na Marcina, któremu wilgotna od potu koszulka lepiła się do piersi.
- Udało wam się...? - zapytała z nadzieją.
- Keogh out - odparł. Czarna Jakjejtam jeszcze walczy, ale dostała solidnie po uszach i wycofała się na razie. Lampard płacze i całuje Rose po rękach, bo się uparł, żeby ją odwiązać na razie. Kto to był?
- Gdzie? - Majka rozejrzała się nieprzytomnie.
- W telefonie - wyjaśnił cierpliwie Marcin. - Kto dzwonił?
- A! Jimmy Rainault - wyjaśniła. - Azyl zamknęli.
Wasyl patrzył przez chwilę na jej zarumienioną twarz, walcząc z nieprzyjemnym ukłuciem w duszy, jakie odczuł, usłyszawszy nazwisko jej rozmówcy.
- Zaprosił cię na kolację? - zapytał wreszcie.
- Tak, ale to nic takiego, w zasadzie służbowe spotkanie... - zaczęła Majka. - Czekaj no, robaczku, a czemu ja ci się właściwie tłumaczę? Nie chodzimy ze sobą, prawda?
- Tam się coś nie przypala w piekarniku przypadkiem? - Wasyl podstępnie zmienił temat.
Zadziałało bez pudła. Majka od razu rzuciła się do piekarnika, sprawdzac jego zawartość.
- Nie przypala się, ale lazania akurat doszła. Wołaj wszystkich - oznajmiła.
- Lampsowi trzeba będzie zanieść - oznajmił Walter, zaglądając do kuchni pod pachą Marcina. - Wasyl, nie chcę być niemiły, niemiły, ale czy rozważałeś możliwość wzięcia prysznica?
- Rozważałem, zaraz idę się myć - odparł Wasyl. - Majka, poznaj naczelnego twardziela w naszej bandzie - oznajmił, wypychając Waltera na środek kuchni.
- To nic takiego... - Walter się skromnie zarumienił.
- Nie nic takiego, tylko przywalił Czarnej Stworze taką modlitwą po łacinie, że popuściła ektoplazmą i uciekła lizać rany! - Wasyl klepnął go w plecy aż zadudniło. - Nie wiem skąd on takie rzeczy bierze, ale to wyjątkowy facet!
- Jestem tego samego zdania - oznajmiła Molly. - Bardzo wyjątkowy i cieszę się, że go poznałam.
Przez chwilę Walter wyglądał tak, jakby z uszu miały mu trysnąć fontanny malutkich serduszek.
- Ty też jesteś bardzo wyjątkowa - rzekł, patrząc na Molly wzrokiem zakochanego barana.
Wielka blacha parującej lazanii wylądowała na stole, swym zapachem wabiąc do kuchni księdza Ghiottone. Duchowny docenił strawę cielesną i z niebywałą wprawą przystąpił do nakładania porcji na talerze.
Jedną porcję, na wszelki wypadek podwójną, zaniesiono do sypialni, co Frank przyjął z wdzięcznością. Podwójnie poobijany, najpierw w bijatyce z drabami Greya, potem podczas egzorcyzmów, był obolały, wyczerpany i bardzo potrzebował pokrzepienia.
- Lasagna - wyszemrała Rose, sinoblada, z modkrążonymi oczyma. - Zjadłabym trochę, ale nie mogę podnieść ręki... Zdrętwiała...
Istotnie, obie ręce miała zdrętwiałe od więzów.
- Jesteś głodna? - ucieszył się Frank. - Poczekaj, nakarmię cię.
Podparł Rose poduszkami do pozycji siedzącej, po czym z wprawą dwukrotnego ojca jął podawać do ust Rose kawałki lazanii na widelcu.
- Za dziadka Jimmy'ego... dobrze..., teraz za mnie... Prześlicznie! Za Jonesy'ego! I jeszcze za Chelsea! Za Terry'ego?
- Nie - odparła Rose. - Bzyka cudze żony, fiut jeden.
Frank parsknął śmiechem.
- Moja Różyczka - powiedział z czułością. - Chcesz jeszcze?
- Chcę - odparła Rose.
W ten sposób pochłonęła prawie połowę porcji, ku wielkiemu ukontentowaniu Lamparda. Pochłaniając resztę lazanii wielkimi kęsami patrzył z upodobaniem na lekkie rumieńce malujące się na jej policzkach.
- Nie patrz tak na mnie, wyglądam jak zmora - zażądała.
- Dla mnie jesteś najpiękniejsza nawet gdy wyglądasz jak zmora - odparł, odstawiając talerz. Pochylił się i pocałował ją delikatnie w usta, potem w czubek nosa. - Nie ma piękniejszej od ciebie, nawet Miss World to pomietło.
- Dobra dobra, Frankie, nie wazelinuj mi tu - mruknęła, uśmiechając się łobuzersko.
Korzystając z chwili przerwy w paranormalnych atrakcjach, grupa przyjaciół ogarnęła sobie zwyczajne kwestie życiowe, to jest mycie, telefony do najbliższych, karmienie zwierząt i wyprowadzanie psa. To ostatnie Majka odpracowała w obstawie Wasyla, przy okazji uciąwszy sobie z nim pogawędkę na tematy ważne, a życiowe, w tym kwestię występów Marcina w barwach Leicester City.
- Odsunęli mnie od treningów i zastanawiają się co dalej - mówił Wasyl. - Gdyby to zależało tylko od trenera, to już bym wrócił, no ale kierownictwo się boi. Wiesz, PR i te sprawy...
- Rozumiem - mruknęła Majka w zadumie, patrząc na Keplera, obsikującego z zamiłowaniem latarnię. - Lepiej niech złapią tego kretyna, albo niech policja ogłosi, że jesteś niewinny jako ta lilija. Ja chcę cię zobaczyć w Premier League!
- Ja siebie też - usmiechnął się Marcin.
Lampard nie brał udziału w ogólnych czynnościach życiowych mieszkańców apartamentu, wychynąwszy z sypialni tylko na sekundkę, by odniesć brudne naczynia. Zaraz potem wrócił, by pilnować Rose, co polegało głównie na przyglądaniu się drzemiącej dziewczynie z rozrzewnieniem i kontemplacji jej długich rzęs, pięknie wykrojonych (acz może nieco bladych) ust i czarnych loków, wijących się po poduszce.
Sam nie wiedział kiedy zasnął w trakcie tej kontemplacji. Obudziło go dotknięcie dłoni tak zimnej, jakby była z lodu.
- Rose...? - zapytał, ale zanim skończył, już wiedział, że to nie była ona. Nawet nie musiał patrzeć, by wiedzieć, że istota, siedząca w łóżku, ma twarz białą jak porcelanowa maska i oczy lśniące jak kryształy kwarcu. - Proszę księdza! Wszyscy! Chodźcie tu!
Pierwsza jego wezwanie usłyszała Molly. Rzuciła się do sypialni, ale odbiła się od drzwi niczym piłka.
- Nie otwierają się - zauważyła. - Ona je trzyma.
Ksiądz Ghiottone spojrzał na Wasyla, który w lot odgadł o co chodzi.
- Dobra proszę księdza - powiedział. - Na trzy.
Podeszli, ramię w ramię, do drzwi.
- W imię Boże, zaczynajmy - ksiądz się przeżegnał. - Raz...! Dwa...! Trzy!
Dwa potężne barki równocześnie łupnęły w drzwi. Zdumiewająco porządnie wykonane, zadrżały tylko, ale się nie poddały.
- Jeszcze raz, Synu - skomenderował ksiądz. - Rrrraz!
Uderzyli po raz drugi, drzwi wypadły z zawiasów z gromkim hukiem, a z sufitu osypała się spora porcja tynku.
Rose, czy raczej istota o białej twarzy, stojąc na łóżku wykonała mostek i w tej pozycji, z nieprawdopodobną szybkością, popędziła w stronę księdza i Wasyla. Wyglądała bardziej jak groteskowy pająk, niż kobieta.
- Jezu Chryste... - wymamrotała Majka po polsku, gdzieś zza pleców Marcina. Obejrzał się niespokojnie.
- Zmiataj stąd! - rzucił przez ramię. - Ale już!
- No proszę - istota przemówiła najczystsza polszczyzną, bez śladu akcentu. - Wasilewski, troskliwy miś jak zawsze. Czyżby jednak ci na niej zależało? Nie potrafisz nie przywiązywać się do ludzi, prawda? Nawet do tej małej dziwki, która wskoczyła ci do łóżka w samą Wigilię. A gdybym tak ją zabiła? Gdybym dołączyła jej bękarta do moich dzieci? Co ty na to, Wasyl?
- Nawet nie próbuj - rzekł przez ściśnięte gardło.
- In nomine Patris, et Filii et Spiritus Sancti! - ryknął ksiądz. - Nakazuję ci odstąpić! Opuść to ciało!
Prychnęła jak kot, po czym skoczyła między nimi, próbując dosięgnąć Majki. Z refleksem znakomitego stopera, którym w istocie był, Wasyl zbił istotę w locie barkiem, po czym rzucił się na nią całym ciałem. W sukurs przyszli mu Lampard i ksiądz Ghiottone, pomagając obezwładnić rzucającą się, wyjącą i plującą istotę.
- W imię Matki Bożej powiadam ci, leż! - zagrzmiał duchowny, przykładając jej do czoła krzyż św. Benedykta, który nosił na szyi.
Zadymiło i na białym czole pojawił się wypalony odcisk krzyża. Istota ryknęła straszliwym głosem, po czym zwiotczała.
Bez jednego słowa, za to w synchronizacji godnej rosyjskiego baletu trzej mężczyźni przenieśli ją na łóżku i przywiązali do niego krawatami Franka.
- Zabiję was! - zawyła istota. - Zabiję was wszystkich!
Ksiądz Ghiottone sięgnął po pędzel kuchenny.
- W imię Panienki Przenajświętszej nakazuję opuść to ciało! - ryknął, kropiąc rzęściście.
- Nigdy! - zawyła. - Nigdy! Najpierw ją zniszczę!
- Frank, mów do niej! Mów do Rose! - rzekł ksiądz, mocząc pędzel w wodzie święconej. - Powiedz jej, że musi walczyć! Musi wrócić do swojego ciała!
Zamachnął się pędzlem.
- W imię Pocieszycielki Strapionych nakazuję, opuść to ciało! - zagrzmiał.
- Rose, kochanie, najdroższa, wróć do mnie, proszę, potrzebuję cię - szeptał gorączkowo Lampard. - Musisz walczyć, wiem, że potrafisz, jesteś wyjątkową dziewczyną, twardą jak nikt inny, walcz proszę! Kocham cię, maleńka, nie wyobrażam sobie życia bez ciebie, proszę, wróć do mnie, proszę, walcz!
Ciało Rose wyginało się pod niemożliwymi kątami, chwilami zaś jego kontury drgały i zacierały się, by za chwilę odzyskać ostrość.
- Frank! - krzyknęła. - Nie zostawiaj mnie!
- Jestem tu z tobą! - zawołał, chwytając jej dłoń. - Nigdy cię nie zostawię!
Twarz jej stężała w białą maskę.
- Nie wyjdę, stąd, nie, nie, nie, nie!... - ryknęła.
- Opuść to ciało! - zagrzmiał ksiądz, nie żałując przy tym wody święconej. - In nomine Matri et Regina, et Dea Victoria!
Zwiotczała Rose opadła bezwładnie na poduszki, z jej ust poczęła się zas sączyć czarna mgła, formująca się w poczwarną sylwetkę chudej kobiety, z twarzą i zgrzebną koszula umazaną krwią, w spódnicy, która była, musiała być, wykonana ze skór zamordowanych dzieci.
- Idź do piekła, suko wściekła! - skomenderował ksiądz. Świece gwałtownie przygasły, widmowy wiatr zawiał w pokoju, a Czarna Alix wyciągnęła dłonie w kierunku swego kochanka. Stał w kącie pokoju, utkany z ciemności, uśmiechając się szatańsko pod rondem kapelusza.
- Mój jedyny! - zawyła Alix. Piekielny chór dręczonych dzieci odezwał się na chwilę. - Mój!
Z jej szponów kapała świeża krew.
Za plecami księdza ktoś westchnął, po czym z donośnym łupnięciem osunął się na podłogę.
- Idź do piekła! Nakazuję! - powtórzył ksiądz.
- Najdroższy! Wracam do ciebie! - powiedziało widziadło i wionęło w kierunku Czarnego Mężczyzny. Stopili się w jedno i rozwiali w chmurze czarnego dymu.
- Spójrzcie na jej czoło! - krzyknął Walter. - Jest czyste!
Istotnie, czoło Rose było gładkie, bez śladu wypalonego w nim przez krzyż św. Benedykta.
- Już po wszystkim - oznajmił ksiądz, tonem pielęgniarki kończącej zabieg.
- Wasyl, czy z tobą wszystko w porządku? - zapytała Molly z lekarskim opanowaniem.
Ksiądz spojrzał za siebie. Wasyl gramolił się z podłogi niezdarnie, wspomagany przez Majkę.
- Nic mi nie jest - zapewnił stoper. - Tylko mi się tak jakoś... światło wyłączyło.
- Nie wyglądasz, synu, na taką liliję - skomentował Ghiottone.
- Pierwszy raz mi się zdarzyło! - odparł Wasyl obronnie. - Czy ten czarny glut już sobie poszedł? Znaczy się, czy Rose jest już czysta?
- Czysta, jakby ją we wiodącym proszku wyprał - oznajmił spokojnie ksiądz. - Teraz tylko potrzebuje dużo odpoczynku i miłości.
- Tego jej nie zabraknie - zapewnił Lampard, od dłuższej chwili tulący do piersi odzyskaną ukochaną.
- Wiesz co, synu - mruknął duchowny. - Ja wiem, że ty masz do ołtarza pod górkę, jakoś tak, ale stanowczo zalecałbym małżeństwo.
Frank zarumienił się z lekka.
- Pomyślę nad tym - odparł.
- A moje zdanie tu się nie liczy? - zapytała Rose. - Stanowczo zalecam najpierw oświadczyny, zanim mnie spróbujesz zaobrączkować.
- Będzie żyła - mruknęła Majka. - Chociaż gdyby kogoś opieprzyła, poczułabym się pewniej.
Poczucie generalnej ulgi wypełniło apartament Lamparda. Ksiądz Ghiottone, dla wszelkiej pewności, pobłogosławił jeszcze mieszkanie i wszystkich mieszkańców, wypił kolejną filiżankę kawki, wymienił się numerem telefonu z obecnymi (z Wasylem także namiarami na mistrza tatuażu) i z wielką ulgą oraz rykiem motocyklowego silnika pojechał do domu.
Mieszkańcy apartamentu zaś udali się na spoczynek, przy czym, ponieważ łóżko w głównej sypialni zechciało się zarwać (rama nie wytrzymała wszystkich ekscesów przy egzorcyzmach), a Rose pałała do pomieszczenia pewną taką niechęcią, dobrze zrozumiałą w świetle ostatnich wypadków, materac przeniesiono do salonu i na nim to Rose z Frankiem mieli się ułożyć do snu.
- Zaraz, ale Wasyl gdzie śpi, tu? - Rose wskazała na kanapę.
- No chyba tu - Marcin wzruszył ramionami. - Nawet całkiem wygodnie tu się śpi.
- Ja z tobą w jednym pokoju nie wytrzymam - oznajmiła stanowczo Rose. - Wydajesz przez sen dźwięki jak skrzyżowanie psiarni z hodowlą niedźwiedzi i tartakiem.
- Możesz spać u mnie - oznajmiła Majka. - Mnie twoje chrapanie nie przeszkadza, sama chrapię.
- Ale tak w jednym łóżku... - zawahał się Wasyl.
- Przecież nikt twojej żonie nie doniesie - rzekła Rose. - A Majka może się powstrzymać od napastowania na tle seksualnym.
- Jasne, że mogę - Majka była wyjątkowo zgodna. - Będziemy sobie grzecznie i aseksualnie chrapać na dwa głosy.
Wasyl poczuł się przekonany tym argumentem i po chwili wszyscy rozeszli się do spania. Mieszkanie spowiła cisza i ciemność, w której, tym razem, nie czaiły się żadne potwory.
______________________________________________________________________________
To juz szesnasty rozdział tego opowiadania, jesteśmy zatem znacznie bliżej końca niż początku. Ale nie martwcie się, będzie się jeszcze bardzo dużo działo ;)

A w ramach bonusu dręczące mnie pytanie: czy nieletni mogą jeździć Lampardem, pozostającym pod wpływem?
Martina




czwartek, 13 marca 2014

Ogłoszenie parafialne

Serdecznie zapraszam do lektury mojego zupełnie nowego opowiadania z graczami Chelsea w roli głównej. Znajdziecie je pod adresem http://lampard-agent-008.blogspot.com/  Mam nadzieję, że wam się spodoba! 
                                        Martina

niedziela, 9 marca 2014

Rozdział 15

Here I go,
Falling down, down, down,
My mind is a blank,
My head is spinning around and around,

As I go deep into the funnel of love...

Wanda Jackson "Funnel of love"




Nieśmiałe promienie zimowego słońca przesiewały się przez firanki i kładły miriadą złotych punktów na kołdrze oraz ramionach i twarzach śpiących. Lampard poruszył nosem jak królik, mruknął coś niewyraźnego, po czym otworzył oczy. Przymknął je zaraz, porażony słonecznym blaskiem i skonstatował, że inni już wstali. W kuchni ktoś brzękał naczyniami i rozmawiał, a gdzieś bliżej coś wyło rytmicznie. Przez zaspany umysł Franka przeleciała myśl, że może Majka powinna wyprowadzić Keplera, skoro zwierzak tak skomli, po czym domniemany pies przestał wyć, a zaczął nagle mówić po polsku, by wreszcie zapytać po angielsku gdzie mianowicie jest jego ręcznik.
Lampard zachichotał. No oczywiście, to Wasyl śpiewał pod prysznicem. Wśród wielu zalet, jakimi dobry Bóg postanowił obdarzyć Polaka, zabrakło zdecydowanie słuchu muzycznego. Frank uniósł się na łokciu i rozejrzał ostrożnie. Rose wciąż leżała obok, odwrócona do niego tyłem, jej włosy splywały ciemną falą na poduszkę, a skóra wydawała się jasnozłota w słonecznym blasku.
- Roooosie - Lamps zamruczał zmysłowo do różowego uszka wychylającego się spomiędzy czarnych splotów. - Śpisz?
Nie odpowiedziała, więc nachylił się nad nią, przymknął powieki i pocałował ją w same usta, delikatnie i czule. Mimo, że włożył w ten pocałunek wszystkie swoje niemałe umiejętności w tej dziedzinie, nie otrzymał spodziewanej odpowiedzi, uchylił więc dyskretnie powieki, by sprawdzić co się dzieje.
To co ujrzał, sprawiło, że odskoczył od dziewczyny jak oparzony. Jej oczy były szeroko otwarte i wpatrywały się w niego z wyraźną wrogością.
- Nie śpisz już? - zapytał.
- A jak myślisz? - warknęła, odrzucając kołdrę. Ubrała się w szlafrok, notabene nie własny, tylko jego, po czym wyszła z pokoju.
Lampard podążył za nią, w przelocie łapiąc dżinsy.
W kuchni wrzało już życie. Molly i Walter, w pełni odziani i uczesani, nakrywali do stołu i parzyli napoje, rozczochrana Majka, w bokserkach i rozciągniętej koszulce z logiem Lasów Państwowych karmiła zaś zwierzaki, pilnując w kucki, żeby nie wyżerały sobie nawzajem. Celeste, najwyraźniej w wyjątkowo dobrym humorze, na widok swojego człowieka przerwała jedzenie i przywitała Lampsa krótkim mrauknięciem. Odwzajemnił jej się drapaniem za uchem.
Dobry humor najwyraźniej nie nawiedził jednak Rose. Podeszła mianowicie do drzwi łazienki, kopnęła je z rozmachem i wrzasnęła.
- Ej, pajacu, wyłaź! Kolejka jest!
- Bardzo chętnie, ale wyjdę nagi i mokry! - odryczał Wasyl z wnętrza. - Ktoś mi zajumał ręcznik!
- Nagi i mokry? - ożywiła się Majka. - Ja jestem za, Wasyl, wychodź!
- Erotomanka - mruknęła Rose zjadliwie. - Tylko jego dupa ci w głowie.
- Oj nie tylko, inne części też... - wyrwało się Majce. Walter prychnął sobie w filiżankę, produkując brązowe bąble.
- O, kawcia - ucieszył się Frank. - Mogę prosić?
- Nawet żądać stanowczym głosem, to w końcu twoja kuchnia - uśmiechnęła się Molly. - Rose, tobie też?
- Wsadź ją sobie - mruknęła Rose. - W dupę.
Molly zamrugała, zdziwiona.
- Powiedziałam coś złego? - zapytała.
Spojrzenie jasnych oczu Lamparda, wypełnionych teraz szczerą troską, spoczęło na Rose, patrzacej spode łba na Molly.
- Rose, wszystko z tobą w porządku? - zapytał Frank delikatnie.
- Najlepszym - odparła jadowicie. - Poza tym, że rzygać mi się chce od jej słodyczy.
Drzwi łazienki uchyliły się, w powstałej szparze zaś ukazała się mokra głowa Wasyla.
- Czy ktoś mi poda ten ręcznik? - zapytał stoper. - Naprawdę nie chciałbym demonstrować zebranym wszystkich moich wdzięków.
- Weź sobie czysty, czysty z szafki - zasugerował Walter.
- Wziąłbym, gdyby ta szafka znajdowała się w łazience - odparł Wasyl.
- Frank, gdzie trzymasz łazienkę? - zapytała Majka wstając z kucek. - Tfu, ręczniki! Ręczniki gdzie trzymasz!
- Łazienka jest tam, gdzie ten mokry typ - odparł Frank znad filiżanki kawy. - A ręczniki w szafie ściennej na korytarzu.
- Piękna fryzura, mała - pochwalił Wasyl, gdy Majka mijała drzwi łazienki. - Układana na dwieście dwadzieścia wolt?
- Włos mi stanął dęba, gdy usłyszałam twoje chrapanie - odcięła się. Otworzyła szafę ścienną, wyjęła ręcznik i podała przez szparę w drzwiach Marcinowi. - Masz, wielkoludzie.
Rose, mamrocząc coś pod nosem przeszła przez kuchnię. Jonesy zaplątał jej się pod nogi i dostał kopa. Celeste zjeżyła się i prychnęła, natomiast Kepler usiadł, obserwując Montoyę z wyraźną czujnością.
- Pogięło cię? - zapytała nieżyczliwie Majka. - Różne miewałaś humorki, ale teraz to chyba przeginasz.
- A co cię to, kurwa, obchodzi? - zapytała Rose.
- Rose, ty chyba naprawdę troszkę, troszkę przesadzasz - zauważył Walter, który zdążył już zasiąść do śniadania. - Jesteś wyją...
- Zamknij się, pokurczu - burknęła Rose. - Mądrzysz się jakbyś wszystkie rozumy zeżarł, a w dupie byłeś, gówno widziałeś.
Frank obserwował jej popisy w milczeniu i z narastającym niepokojem. Miał za sobą dwa wieloletnie związki z kobietami i kilka krótszych, widywał już swoje partnerki w szponach PMS, targane ciążowymi hormonami, w depresji i w zwyczajnym złym humorze. To jednak, co demonstrowała Rose, było odmienne od tamtych stanów. Zupełnie jakby...
Jakby to nie była Rose. Nie ta kobieta którą pokochał, szorstka z wierzchu, ale tak naprawdę wrażliwa i o wielkim sercu. Jego Rose nie miała tego pustego spojrzenia, w którym jedynym uczuciem była nienawiść.
Co się z nią działo?
Molly i Walter zajęli się w milczeniu posiłkiem, jednak Majka, ostatnio nastawiona wybitnie bojowo, nie zamierzała puścić Rose płazem jej grubiaństwa.
- Nie sądzisz, że powinnaś przeprosić Waltera? - zapytała, ujmując się pod boki. - Molly w zasadzie też.
- Nie sądzę - Rose zaśmiała się krótkim, urywanym, szczekliwym śmiechem. - I nie mam ochoty.
- Myślisz, że możesz być chamska dla wszystkich, bo tak? - brwi Majki uniosły się tak wysoko, że niemal znikły pod jej nastroszoną fryzurą.
- Myślę, że mam to w dupie - odparła Rose. - Myślę, że jesteście bandą żałosnych ciot. Chcesz wiedzieć, co jeszcze myślę?
- No, słucham! - Majka założyła ręce na piersi i spojrzała na Rose wyzywająco. - Zaskocz mnie!
- Och, myślę, że potrafię zaskoczyć wszystkich - twarz Rose wykrzywiła się w szyderczą maskę. - Co powiesz na to - uniosła palec. - Wiem, że nosisz bękarta Wasilewskiego. On wie, czy wciąż mu nie powiedziałaś?
Drzwi łazienki, które właśnie zaczynały się uchylać, teraz otwarły się z impetem, waląc z hukiem w ścianę.
- Co mojego Majka nosi, przepraszam? - zapytał Wasyl z niedowierzaniem.
- Bękarta - Rose wyszczerzyła się jak rekin. - I co teraz zrobisz? Rozwód z pierdolniętą żonką, a tu niechciane dziecko w drodze. Ojej!
Majka, śmiertelnie blada, zaczęła trząść się jak osika.
- Co ona bredzi? - Marcin spojrzał na Majkę. - Krasnal...? Ona... ty naprawdę...?
W odpowiedzi Majka wczepiła ręce we włosy.
- Chciałam ci powiedzieć wcześniej, ale cię aresztowali - jęknęła. - A wczoraj zasnąłeś, Marcin ja cię przepraszam, ja wiem, że powinnam była od razu...
Pociągnęła nosem.
- Wzruszające, no nie? - rzekła Rose sarkastycznie, w zasadzie do nikogo.
Molly i Walter usilnie wbijali spojrzenie w swoje talerze, symulując przy tym kompletną głuchotę i atak zidiocenia, uniemożliwiający rozumienie ludzkiej mowy. Gdyby mogli, uciekliby z kuchni natychmiast, żeby nie musieć mimowolnie wysłuchiwac tych straszliwie prywatnych rewelacji, jednakże musieliby w tym celu przepychać się przez głównych aktorów wydarzenia. Lampard tymczasem zastanawiał się co ma robić i jak rozwiązać ten cały grecki dramat, który zalągł się na progu jego własnej kuchni.
- Nie powinniście o tym pogadać w cztery oczy? - zasugerował.
Do Wasyla jego sugestia najwyraźniej nie dotarła. Stał w progu, z wyrazem twarzy człowieka, który oberwał cegłą w ciemię, patrząc na Majkę, której w oczach stanęły łzy.
- Jestem w ciąży - oznajmiła łamiącym się głosem. - Ty jesteś ojcem. Teraz już wiesz.
- Jezu... - jęknął Marcin.
- Nie trzeba było się puszczać - Rose wyszczerzyła się w obrzydliwym uśmiechu.
Lampard spojrzał na nią z przestrachem. To nie była jego Rose, teraz już wiedział na pewno. W jej ciele było coś jeszcze. Czyjaś inna jaźń.
- Ale czemu ja się dziwię - kontynuowała Rose. - Przecież zawsze się do niego śliniłaś, wiadomo było, że wskoczysz mu do łóżka przy pierwszej okazji.
Majka siadła na podłodze, płacząc. Molly bez słowa wstała od stołu i przytuliła ją, tymczasem Wasyl stał jak słup i toczył dookoła błędnym wzrokiem.
- Starczy tego dobrego - rzekł Lampard stanowczo, kładąc dłoń na ramieniu Rose. Odepchnęła go z taką siłą, że przeleciał przez kuchnię niczym szmaciana lalka i wylądował na szafce, której blat złamał się z hukiem i trzaskiem.
Trójkolorowy, drobny kształt wyprysnął spod stołu i wbił zęby i pazury w łydkę Rose.
Wtedy Rose strząsnęła z siebie kota i ryknęła. Nie jak człowiek, jak bestia, niskim, chrapliwym rykiem, od którego dzwoniły szklanki na stole i w szafkach.
Majka zasłoniła uszy rękami, Molly poszła w jej ślady. Kepler, zjeżony, rzucił się z warkotem i szczekaniem na Rose. Jednym machnięciem ręki posłała go prosto na Wasyla, który trafiony futrzastą bombą, przeleciał przez korytarz, po czym padł na podłogę, waląc przy tym głową we framugę łazienkowych drzwi.
- Trzeba ją związać! - krzyknęła Molly. Oczy Rose, teraz nabiegłe krwią, o źrenicach tak rozszerzonych, że nie było widać tęczówek, skierowały się na nią, z wyraźną nienawiścią.
- Zabiję cię - rzekła Rose chrapliwym, niskim głosem.
Walter natychmiast zasłonił Molly własnym ciałem, wysuwając przed siebie jako broń ściskany w drżącej dłoni widelec.
- Nie pozwolę ci! - oznajmił.
Rose, czy też to, co teraz zamieszkiwało jej ciało, zaśmiało się, czy też może warknęło, trudno było bowiem określić ten dźwięk, który wydobył się z gardła dziewczyny. Lampard stanął na nogi, strząsając z siebie drzazgi, wióry oraz mąkę i kaszę.
- Nie pozwolę ci jej skrzywdzić - sapnął. Chwycił Rose wpół. - Wasyl! Pomóż mi!
Marcin, jeszcze nieco ogłuszony zderzeniem z futryną, przepełzł na czworakach przez korytarz, po czym chwiejnie stanął na nogi.
- Lubisz mnie macać? - wydyszała Rose, liżąc ucho Lamparda. - Co, Frankie? A potem będzie trójkącik z twoim kumplem Terrym?
Szarpnęła się gwałtownie, Lampard z trudem ustał na nogach.
- Za nogi - powiedział do Wasyla.
Marcin spróbował złapać Rose za nogi i dostał kopniaka w twarz. Zatoczył się do tyłu, z nosa pociekła mu krew. W tym samym momencie Lampard oberwał łokciem w żebra i odebrało mu dech. Uwolniona z uścisku Rose zaczęła się śmiać, straszliwym rechotem, który jednak znienacka przeszedł w skowyt bólu. To Majka, dotąd kuląca się na podłodze w kącie, widząc krwawiącego Marcina bez namysłu wbiła zęby w łydkę Rose.
Rose pozbyła jej się tak samo, jak przed chwilą kota, jednym wierzgnięciem. Majka potoczyła się niczym gruszka pod stopy Wasyla, który podniósł ją na nogi, po czym jednym gestem potężnego ramienia wystawił na korytarz. Z twarzą umazaną krwią i gniewem, lśniącym w oczach, wyglądał tylko trochę mniej groźnie niż Rose.
W tym momencie zresztą nie mogła wyglądać groźnie, bo korzystając z faktu, że zajęta była Majką, Walter podciął jej nogi, Lampard zaś przygniótł ją swym ciałem do podłogi. Wasyl wyjął pasek ze spodni i związał jej ręce, Walter to samo zrobił z jej nogami.
Nagle oczy dziewczyny wywróciły się, ukazując między powiekami wyłącznie białka, jej ciało zaś zesztywniało jak deska.
- Rose? Jezu Chryste, Rose! - Lampard padł głową na jej pierś, nasłuchując bicia serca. Kiedy się podniósł na jego twarzy malowała się nieziemska ulga. - Żyje.
- Trzeba ją zanieść do sypialni i przywiązać do łóżka - oznajmiła Molly.
- Frank, ona jest chyba... coś w nią, coś w nią wstapiło - rzekł Walter, klepiąc Lamparda nieporadnie po ramieniu.
- Ona jest opętana - odezwała się ponuro Majka z korytarza, głaszcząc zaszokowanego Keplera. - Egzorcysta live, nowy reality show.
- Macie rację - przyznał ponuro Frank. - Coś w nią weszło i to coś gra w przeciwnej drużynie.
Wasyl uniósł brwi.
- To trzeba wyrzucić gadzinę z boiska - oznajmił. - Leci z nami egzorcysta?
- Chyba, chyba będziemy musieli sami... - zaczął Walter.
- Porozmawiać możemy później, teraz trzeba ją przywiązać - oznajmiła stanowczo Molly. - Uczestniczyłam kiedyś w projekcie badawczym nad zmianami fizjologicznymi w organizmie w czasie opętania, oczywiście pojmowanego jako zjawisko psychiatryczne. Byłam przy egzorcyzmach, wiem co się wtedy może dziać i to jest dopiero początek.
- Zanieśmy ją do mojej sypialni - powiedział Lampard. Twarz miał bladą i ściągniętą.
Wkrótce Rose, wciąż sztywna jak deska, leżała na łóżku przywiązana za ręce i nogi, Frank zaś opatrywał jej łydki, pokaleczone przez kota i Majkę.
- Nie ruszę się stąd, dopóki Rose nie będzie znow sobą - oświadczył, delikatnymi ruchami nakładając na rany gazę jałową. - I nie pozwolę jej skrzywdzić ani temu czemuś, ani wam.
Uniósł oczy, patrząc na stłoczoną w drzwiach grupkę. Wszyscy zrozumieli bez trudu i bez słów, że Frank nie żartuje i że gotów jest na wszystko.
Molly pod eskortą Wasyla i Waltera (który zdążył zamienić widelec na porządny nóż kuchenny) udała się do szpitala po specyfiki, które, jak twierdziła, okażą się niezbędne, między innymi antybiotyk, glukozę w płynie i silne środki uspokajające.
- A ja? - zapytała Majka bezradnie. - Co ja mam robić?
- Lepiej zostań tutaj - Molly położyła dłoń na jej ramieniu. Wasyl przeszedł obok nich, unikając spojrzenia Majki.
Opuścili mieszkanie i Majka została w zasadzie sama. Lampard, zgodnie z zapowiedzią, tkwił w sypialni, przy wciąż katatonicznej Rose. Mówił do niej bez ustanku, niczym do małego dziecka, jego śpiewny głos słychać było przez zamknięte drzwi.
Popłakując i posiąkując nosem Majka ogarnęła nieco pobojowisko w kuchni, zmiatając potłuczoną zastawę stołową, ocalałą zaś wstawiając do zmywarki. Potem zaś zaczęła szukać wszystkich zwierzaków, trzeba je przecież było obejrzeć i sprawdzić, czy nie ucierpiały w tym całym zamieszaniu.
Jonesy schronił się w łazience, w koszu z brudnymi rzeczami swej pani. Spod niebieskiej bluzy leżącej na wierzchu wystawał tylko koniuszek rudego ogona,, reszta kota zaś zagrzebana była w odzieży. Majka nie wyjmowała go, obadała tylko dokładnie palcami jego ciało, szukając ewentualnych obrażeń, ale takowych nie było.
Znalezienie Celeste nie sprawiło żadnych problemów. Kotka, z miną obrażonej primadonny, rezydowała na kanapie w salonie, krótkim prychnięciem zaś wyraziła dosadnie co myśli o ewentualnym badaniu. Wyglądała na absolutnie zdrową, Majka więc sobie odpuściła i zajęła się psem.
Biedny, ciężko zszokowany Kepler usiłował się schronić pod łóżkiem w jej pokoju, jednak ponieważ było ono dosyć niskie, zmieścił pod nie tylko łeb i barki, reszta zaś swobodnie wystawała na światło dzienne.
- Keplerku - przemówiła delikatnie Majka.
Wystający spod łóżka psi zadek merdnął ogonem. Nie trzeba było długo przekonywać jego właściciela, żeby zdecydował się wyczołgać i złożyć łeb na kolanach swej pani. Majka drapała go przez chwilę, potem obejrzała dokładnie, stwierdzając, że poza urazami natury psychicznej, pies jest absolutnie zdrowy.
- Dobre i to, w tym całym gównie - mruknęła, wtulając twarz w puszystą siersć Keplera. Szaleństwo poranka dotarło do niej w całej krasie, opętanie Rose, wyraz twarzy Marcina, gdy dowiedział się o ciąży... Zaczęła płakać.
Nie wiedziała jak długo płakała, zanim zmęczona zasnęła, tuląc się do psa.
Ekipa wróciła do mieszkania w całości, zaopatrzona we wszelkie niezbędne środki. Przedsięwzięta przez nich ekspedycja odbyła się bez większych problemów, jedyną niedogodność stanowili paparazzi, którzy jakims cudem zdołali namierzyć Wasyla. Ekspedycja, dla odmiany, zdołała ich bez wysiłku zgubić.
Po powrocie Molly udała się pełnić powinności natury medycznej wobec Rose, natomiast Wasyl jął rozglądać się za Majką. Spała w swoim pokoju, na podłodze przy łóżku, wtulona w psa, który warował z poważną miną, jakby chciał powiedzieć "Widzisz? Pilnuję jej!".
- Krasnal - Marcin usiadł na podłodze obok nich. - Śpisz?
Majka otworzyła jedno czerwone i zapuchnięte od płaczu oko.
- Wygrałeś talon na balon w kategorii najgłupsze pytanie - mruknęła.
Wasyl uśmiechnął się.
- Widzę, że nie jest z tobą źle - zauważył. - Słuchaj, musimy chyba porozmawiać, nie?
Majka usiadła i pomacała się po głowie.
- Cholera, wciąż jestem nieuczesana. I w piżamie - stwierdziła.
- I tak jesteś zaje... fajna - odparł Wasyl. - Ja wiem, że zachowałem się trochę, no... nie tego...
- Miałeś prawo - mruknęła Majka. - W końcu to nie jest najlepszy moment w twoim życiu na zupełnie nowego dzidziusia.
- Nie jest - stwierdził Marcin. - Ja tylko chciałem ci powiedzieć, żebyś nie myślała, że no... że ten, że jesteś z tym sama. Bo nie jesteś. Zrobiliśmy nowego człowieka, oboje i to nasza wspólna sprawa, rozumiesz?
Objął ją ramieniem. Pachniała psem i czymś jeszcze, chyba zieloną herbatą.
- Prawdę mówiąc - powiedziała, wtulając się w jego pierś. - Nie spodziewałam się po tobie niczego innego. Jesteś cholernie szlachetnym człowiekiem, Marcin. I właśnie za to cię kocham. Za to, że jesteś jaki jesteś. Wasylowaty.
- Znaczy się wielki, durny i kudłaty? - mruknął.
- Również - odparła zwięźle Majka.
Marcin westchnął głęboko.
- Ja nie wiem co czuję, Krasnalku - powiedział. - A dokładniej, to czuję się jak kot w pralce. Nie wiem co mam ci powiedzieć. Masz mnie. Jestem z tobą i z tym małym, możecie na mnie liczyć. Więcej obiecać nie mogę. Starczy ci tyle?
- Starczy - odparła Majka. - Musi starczyć. Przecież wiem o co teraz grasz. Nie mogę wymagać więcej.
- Dziękuję - przytulił ją do siebie i pocałował w czubek głowy. - Nawet nie wiesz jak bardzo.
- Spoko - mruknęła ciepłym oddechem gdzieś w jego pierś.
- Jakoś to wszystko poukładamy - powiedział, mając nadzieję, że brzmi pewnie.
- Poukładamy - zgodziła się Majka. - Razem. Pamiętaj, ja jestem z tobą zawsze. Nawet jak mnie nie ma, to i tak o tobie myślę. Więc ty sobie nie myśl, że jesteś ze swoim życiowym bajzlem sam. Bo nie jesteś.
Marcin nie zdążył odpowiedzieć, bo w tym momencie przez apartament Lamparda przetoczył się potężny ryk, dobiegający z głównej sypialni. Zerwali się oboje na równe nogi, spojrzeli na siebie, po czym popędzili w kierunku źródła straszliwego dźwięku.
Była nim oczywiście Rose, której Molly właśnie robiła zastrzyk.
- Coś ty jej dała? - zapytała z przestrachem Majka.
- Antybiotyk - odparł Walter, pełniący rolę siostry instrumentariuszki. Stał przy łóżku, z poważną miną, trzymając w obu rękach tacę z jednorazowymi strzykawkami, igłami i ampułkami leków. Rose zgrzytała zębami, toczyła z ust pianę i błyskała białkami wywróconych oczu, prężąc się w więzach, aż trzeszczało łóżko i od czasu do czasu rzucając przekleństwo w stronę Lamparda, siedzącego u wezgłowia z drugiej strony.
- Wyszła z katatonii i znowu jest pobudzona - oznajmiła Molly. Dłonią odzianą w chirurgiczną rękawiczkę sięgnęła na tacę po ampułkę. - Alprazolam. Po tym powinna się uspokoić.
- Rosie - szeptał Frank. - Rosie, wiem, że tu jesteś. Musisz walczyć, maleńka, wiem, że potrafisz. Musisz do mnie wrócić.
Igła zagłębiła się w bladej skórze przedramienia dziewczyny. Molly wcisnęła tłoczek, Rose wygięła się w nieprawdopodobny łuk, po czym opadła z westchnieniem w pościel, zamykając oczy. Kiedy je otwarła, ujrzeli z powrotem jej tęczówki, okalające szeroko rozwarte źrenice, w których jednak nie było już pustki.
- Frank? - powiedziała. - Frankie? Jesteś?
Frank ujął jej rękę, przywiązaną w nadgarstku do ramy łóżka.
- Jestem - powiedział.
- Nie widzę, nie pozwalają mi patrzeć - mówiła Rose gorączkowo. - Widzę tylko to, co pozwalają mi widzieć.
Zadrżała.
- Te dzieci... Te dzieci - powiedziała. - I te dziewczyny, Laura, Ronette, Zoe, Moira...
- Co z nimi? - zapytała Molly łagodnie.
- Widzę jak je zabija... - Rose szarpnęła się w więzach. - Czarna Alix, widzę co im robi, jej oczyma. I jego oczyma. On myśli, że robi wszystko z własnej woli, ale to nieprawda, nieprawda!
- Już dobrze, teraz jesteś ze mną - powiedział Frank. - Nie musisz się bać.
- To ten lek, trzyma ich z daleka na chwilę... ale potem przestaje... Frank, pomóż mi, proszę! Ja nie chcę tego widzieć! Nie mogę, nie mogę już więcej! - po policzkach Rose popłynęły łzy.
- Zrobię wszystko, maleńka - zapewnił Lampard łagodnie. - Ale najpierw musisz porozmawiać z Molly. Możesz? Ona powie nam co robić.
- Molly jest mądra - powiedziała Rose. - I Walter też. Porozmawiam z Molly.
- Wyjdźcie proszę - Molly zwróciła się do zebranych.
- Nie Frank! - krzyknęła Rose. - Nie on!
- Frank zostanie - uspokajała Molly. - Reszta sobie pójdzie. Zgadza się?
- Już idziemy - Wasyl chwycił Waltera i Majkę za ręce niczym przedszkolanka i pociągnął do wyjścia.
Po jakiejś godzinie Molly wyszła, blada i zmięta, z sypialni i stanęła w progu salonu.
- Czy ktoś może mi zrobić kawy? - zapytała słabo.
Cała trójka, Wasyl, Walter i Majka, zerwała się jak na komendę, nieomal zderzając się ze sobą w przejściu.
- To może ty... - zaczęli Walter i Marcin równocześnie.
- To może wy się zajmijcie Molly, bo wygląda, jakby miała się przewrócić, a ja zrobię kawy - zarządziła Majka, którą wcześniejsza rozmowa z Marcinem przywróciła do życia.
Panowie zastosowali się do zalecenia, posadzili Molly na kanapie i wsparli męskim ramieniem (Walter), Majka zaś nadciągnęła wkrótce z tacą, wyładowaną serwisem do kawy.
- Może być trochę mocna - ostrzegła, stawiając cały majdan na stole. - Chyba mi sie trochę za dużo sypnęło.
- Nie szkodzi, lubię mocną - oznajmiła Molly. Nalała sobie napoju do filiżanki, rozlewając zaledwie odrobinę, podniosła do ust i pociągnęła. Po czym zamarła z oczyma jak spodki.
- Dodałaś do tego płynnej smoły? - zapytała po dłuższej chwili.
- Nie, sama kawa... - zdziwiła się Majka.
Wasyl spojrzał z niedowierzaniem na Molly i postanowił sam spróbować nektaru. Nalał sobie, chlupnął po męsku całą filiżankę do dna, po czym wzdrygnął się i bardzo szeroko otworzył oczy.
- Dobrze, że jutro nie gram - oznajmił. - Bobym poleciał za doping po tej kawusi, jak amen w pacierzu.
- No dobra, co z Rose? - Majka zawróciła rozmowę na właściwe tory.
Molly odstawiła filiżankę na stół i odsunęła ją od siebie na bezpieczną odległość.
- Rose jest opętana - powiedziała bez ogródek. - Zbadałam ją, to nie jest żadna choroba psychiczna, żadna psychoza...
- Ty jesteś psychiatrą? - zdziwił się Wasyl. - Myślałem, że doktorem Zimne Nóżki. Znaczy, pardon, patologiem.
- Psychiatria to była moja pierwsza specjalizacja - odparła Molly. - Postanowiłam ją zmienić zaraz po tym jak... jak skończyłam udział w tym projekcie o opętaniach, o którym wam mówiłam. To było za ciężkie dla mnie... - potrząsnęła głową.
Walter bez słowa przykrył jej dłoń swoją dłonią, wpatrując się w dziewczynę wzrokiem pełnym psiego wręcz oddania.
- Potrzeba będzie księdza, czy coś? - zapytała Majka.
- No właśnie, kto powinien przeprowadzić egzorcyzmy? - Marcin zmarszczył brwi. - Ksiądz, pop, rabin, pastor...?
- Rose jest katoliczką, po ojcu - stwierdziła Molly. - Najwłaściwszy będzie zatem ksiądz, zresztą tylko księdza katolickiego mogę sprowadzić natychmiast. Co zresztą obiecałam Frankowi.
- No to sprowadzaj, nie ma na co czekać - zakonkludował Wasyl.
Molly wyciągnęła zatem swoją komórkę i odbyła z jej pomocą krótką i treściwą rozmowę z niejakim księdzem Ghiottone.
- Będzie tu za kwadrans - oznajmiła, odrywając aparat od ucha. - On jest dosyć oryginalny, więc proszę, nie zdziwcie się...
Zaprzysięgli wszyscy troje, że nie będą, bo cóż mogłoby ich dziwić w księdzu.
Piętnaście minut później na nogi poderwał ich ryk silnika motocykla, krążącego przed budynkiem.
- Harley? - Majka wyszła na balkon.
- Masz dobre ucho - pochwalił Wasyl, obserwując czarny, lśniący motocykl, który wbił się własnie na wolne miejsce postojowe. - Faktycznie, to chyba harley.
- To nie jest to nie jest harley - oznajmił stanowczo Walter, który stanął w otwartych drzwiach balkonowych. - To zundapp.
- Ten, którym jeździli hitlerowcy w czasie wojny? - zdziwiła się Majka. - Ksiądz jeździ zundappem?
- I to wojennym modelem - potwierdził Walter.
- Ej, a może to nie ksiądz, tylko znowu jakiś skrytozabójca? - Wasyl spojrzał podejrzliwie na zsiadającą z motocykla postać, odzianą w skórę i kask z przyciemnianą szybką. - Właźcie do środka.
- Bo co, rzuci w nas kaskiem? - mamrotała Majka, posłusznie jednak wracając do pokoju.
Marcin starannie zamknął drzwi balkonowe, wziął pogrzebacz i tak uzbrojony stanął przy drzwiach.
- Boże, nie znowu... - mruknęła Molly, widzac jego przygotowania.
Zadzwonił dzwonek do drzwi, raz, drugi i trzeci. Marcin ścisnął mocniej pogrzebacz, Molly zas wyjrzała przez wizjer, po czym uśmiechnęła się szeroko i otworzyła drzwi.
Na progu stał istny Waligóra, wyższy nieco od Wasyla i absolutnie nie ustępujący mu posturą. Odziany był w skórzaną kurtkę, opinającą się na potężnej klacie i sprane dżinsy, pod którymi prężyły się wielkie mięśnie ud. Twarz Waligóry też jakoś nie nasuwała skojarzeń z osobą duchowną, miał on bowiem garbaty nos, szczękę kwadratową i wystającą jak szuflada, oraz małe, brązowe oczka, osadzone głęboko pod nastroszonymi brwiami.
- Synu, odłóż ten pogrzebacz - rzekł grzmiącym basem. - I niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
- Niech będzie - zgodził się Marcin. - Ale skąd mam wiedzieć, że naprawdę jestes księdzem?
- Bo ja ci mówię - oznajmiła Molly stanowczo. Wasyl z niechęcią rozstał się z pogrzebaczem, wkładając go na powrót do stojaka przy kominku.
Waligóra rozpiął skórzaną kurtkę, ukazując czarną koszulę z koloratką i krzyż na srebrnym łańcuszku, wiszący mu na piersi.
- Dobrze, że odłożyłeś synu tę wajchę, bo nie chciałbym musieć uszkodzić najlepszego obrońcy Leicester City - zauważył. - Jestem Iago Ghiottone.
- Niech będzie pochwalony - wyrwało się Majce.
- Dzień dobry - rzekł Walter, zagorzały anglikanin.
- No dobra, to niech ksiądz wejdzie zatem - Wasyl wskazał dwornym gestem salon. - Wyjaśnimy księdzu co i jak.
Ksiądz Ghiottone zdjął kurtkę, prezentując imponujące bicepsy, pokryte równie imponującymi tatuażami, które wychylały się z krótkich rękawów koszuli i rozsiadł się wygodnie w fotelu.
- Niezłe dziary, proszę księdza - rzekł Wasyl z aprobatą.
- A dziękuję, synu, to pamiątka z poprzedniego życia - odparł ksiądz, rzucając jednocześnie okiem na lewe ramię rozmówcy. - Twoje też są niczego sobie.
- Możemy przejść do kwestii duchowych? - zasugerowała Molly. - Rose tam czeka i Lampard też.
- Lampard? Frank Lampard? - zdziwił się ksiądz. - Niezłe towarzystwo tutaj się zebrało. Mogę?
Wskazał na dzbanek z kawą.
- Juz wystygła, zrobię świeżą - poderwała się Majka.
- Nie kłopocz się, dziecko, lubię taką - oznajmił duchowny. Wział czystą filiżankę z tacy i nalał sobie letniego napoju, po czym pochłonął go jednym haustem. - Taka jak lubię, czarna jak piekło i mocna jak szatan.
- Co trzeba przygotować do egzorcyzmów? - zapytał Walter.
Ksiądz Ghiottone obejrzał go uważnie, od stóp do głów i z powrotem.
- To ty jesteś tym przystojniakiem, który zdobył naszą Molly? - zagrzmiał. - Bardzo miły chłopak z ciebie, tylko traktuj ją dobrze. To wrażliwa dziewczyna.
Walter spłonął rumieńcem, Molly wzniosła oczy do nieba, tymczasem ksiądz kontynuował.
- Dopiero co wróciłem ze zlotu motocyklowego w Sherwood, tam mój kumpel ma parafię, stary dobry Tuck, no więc nie mam ze sobą ciężkiego sprzętu, zaraz, gdzie ja to... - rozejrzał się dokoła, zlokalizował rzuconą niedbale na poręcz fotela kurtkę i wyjął z jej kieszeni podniszczoną książeczkę w czarnej oprawie oraz starannie złożoną stułę. - Rituale Romanum. Najważniejsze jest! Przygotujcie no mi jakiś garnek z wodą i duży pędzel, macie taki?
- Kuchenny - odparła Majka. - Do smarowania rusztów oraz pieczeni, w szufladzie widziałam.
- Może być - oznajmił ksiądz. - I świece się przydadzą, najlepiej białe.
Majka pomaszerowała do kuchni, za nią poszedł Wasyl. Molly i Walter jęli przetrząsać zakamarki salonu i innych pokojów w poszukiwaniu świec. Celeste, drzemiąca do tej pory na kanapie, teraz się przecknęła i z ogonem celującym w sufit przemaszerowała na ramię księdza.
- O jaki miły koteczek - ucieszył się Ghiottone. Futrzasta furia, zamiast odpowiedzieć ciosem pazurów, zaczęła mruczeć. - Lubię koty, sam mam dwa.
Kiedy zestaw do egzorcyzmów, składający się z jednego pędzla kuchennego, garnka stalowego, wypełnionego wodą z kranu i dwóch świeczek o zapachu wanilii (innych nie znaleziono) stanął przed księdzem, ten zlustrował całość z aprobatą, nałożył stułę, uczynił znak krzyża nad wodą, po czym spojrzał na obecnych.
- No dobra - rzekł. - Pamiętajcie, że to coś, co w niej siedzi, będzie mówiło wam różne, paskudne rzeczy. Nie zwracajcie na to uwagi, nie dajcie się sprowokować, ono w ten sposób szuka waszych słabych punktów. Idziemy!
Rose spała, czy też pogrążyła się w letargu, siedzący zaś obok łóżka Lampard złożył głowę na złączonych dłoniach, co wyglądało jakby się modlił.
- Lamps, przybyły posiłki - zaanonsował Marcin bezceremonialnie.
Frank poderwał głowę i spojrzał na idącego na czele grupy księdza. W jego oczach odmalowało się wyraźne niedowierzanie.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus - rzekł ksiądz Ghiottone.
Powieki Rose otwarły się, jakby były na sprężynach.
- Kto to, przepraszam, jest? - zapytał Lampard, lustrując duchownego od kędzierzawej czupryny, przez zakazaną mordę i wydziargane przedramiona, po sprane dżinsy i motocyklowe buty. - Wasyl, to twój brat, czy coś?
- Mam jednego brata i gwarantuję ci, że nie jest księdzem - odparł Wasyl. - Miałby drobny problem z celibatem.
- Każdy by miał, synu - zaznaczył Ghiottone głosem, który miał być w zamierzeniu szeptem, ale przetoczył się po pomieszczeniu jak grzmot. - Zaręczam ci własnym bogatym doświadczeniem.
- To jest ksiądz Iago Ghiottone, mój wieloletni przyjaciel - zaprezentowała elegancko Molly. - Widziałam go, jakby to powiedzieć... przy pracy?
- To jest ksiądz? - Lampard ciągle nie dowierzał. - Wygląda jak jakiś...
- Bandzior? - dokończył ksiądz uczynnie. - Nie sądź, synu, po pozorach. Kochasz tę dziewczynę? - wskazał spojrzeniem Rose, która obserwowała go, nieruchomym, gadzim spojrzeniem.
- Tak, kocham - odparł Frank. - Bo co?
- Bo to dobrze - rzekł ksiądz spokojnie. - Twoja miłość będzie jej drogowskazem, pozwoli jej wrócić do swojego ciała.
- Wciąż wierzysz w miłość, księżulku? - zapytała nagle Rose. Głos miała chrapliwy i niski. - Taki stary, a taki naiwny. Nie pamiętasz już jak miłość boli? Przecież przed nią uciekłeś, schowałeś się pod sutanną. Czy mam powiedzieć pod kiecką?
Mięsień zadrgał na szczęce księdza, poza tym jednak Ghiottone zachował spokój. Otworzył Rituale Romano, ujął w dłoń kropidło i jął odczytywać kolejne wersety, gęsto kropiąc wodą święconą z garnka. Rose wyła, ryczała i wyginała się tak mocno, że aż więzy trzeszczały, trzeszczało także łóżko. W odpowiedzi na słowa księdza wyrzucała z siebie potoki przekleństw, takich, że nawet obaj piłkarze obecni w pokoju, byli zaszokowani, zwłaszcza, że część bluzgów była skierowana pod ich adresem.
- W imię Matki Bożej, demonie, nakazuję ci, wyjaw swe imię! - zagrzmiał Ghiottone. - Kim jesteś?
- Spierdalaj - odparł demon i splunął księdzu w twarz, ohydną, zieloną plwociną. Demon, bo twarz była tak wykrzywiona i tak koszmarna, że w najmniejszym stopniu nie przypominała Rose.
- Zła odpowiedź - odparł ksiądz, ocierając policzek podsuniętą mu uczynnie przez Waltera chusteczką. - W imię Matki Bożej nakazuję ci ujawnić się!
- Bo co mi zrobisz? Znowu będzie prysznic, kutafonie z kołnierzykiem tyłem do przodu? - prychnął demon.
Ksiądz Ghiottone bez słowa odgiął tylną okładkę Rituale i wyjął zza niej małą, płaską buteleczkę.
- Woda z Lourdes - powiedział.
- O kurwa - jęknął demon. - Nienawidzę was, tych od światła, ono parzy, wy świętojebliwe buce!
- W imię Matki Boga nakazuję ci ujawnić się! - zaryczał Ghiottone i skropił Rose wodą z Lourdes. Jej skóra zczerwieniała, pokryła sie bąblami i jęła dymić.
- Parzy, paaaarzyyyyy! Paaaarzyyyyy! - zawył demon.
- Imię! - ryknął ksiądz.
- George! - wył demon, rzucając się i wijąc. - George Keogh! Znałem Jimmy'ego Abneya, to był mój kumpel! Przygarnął mnie, kiedy byłem na dnie! A ta mała dziwka mnie uwodziła, kręciła tym swoim zadeczkiem przed moim nosem, a potem suka jedna, nie chciała mi dać! Aaaaaa! Paliiii! Utopiłem się przez tę kurwę, dziwisz się, że chciałem jej odpłacić?!
Lampard mienił się na twarzy różnymi kolorami, z przewagą czerwieni i sinego.
- Spokojnie, synu - rzekł ksiądz. - To tylko nieduży ektoplazmatyczny smark.
- Sssssssssmarrrrrk? - głos demona przeszedł ze sznapsbarytonu w sykliwy alt. - Sssssssssmark? A ssso powiesz księżulku na to?
Twarz Rose zmieniała się, topiła się, jakby była z wosku, by za chwilę przypbrać całkowicie nowe rysy, które po chwili wygładzały się i zanikały, ustępując miejsca innym.
Coraz bardziej przerażona tym szatańskim spektaklem Majka gwałtownie wypuściła powietrze i stwierdziła, że z ust bucha jej para.
- Słuchajcie, tu jest zimno - stwierdziła.
- Zimno? Nie zauważyłem - zdziwił się Wasyl.
- Pewnie dlatego, że jest powyżej minus dwudziestu - mruknęła Majka, chowając ręce w rękawy.
- To normalne przy opętaniach - pouczyła Molly. Objęła się ramionami, usiłując się rozgrzać.
W tym momencie zgasło światło, wszystkie żarówki w pokoju, jak na komendę, wyłączyły się z cichym pyknięciem.
- W całym mieszkaniu jest ciemno - zaraportował Marcin, wyjrzawszy dyskretnie na korytarz. - Skoczyć do ciecia...?
- Nie trzeba... - zaczęła Molly. W tym momencie więzy na nadgarstkach Rose pękły, jakby były z papieru, a ciało dziewczyny uniosło się pod sufit.
- Rose! - wrzasnął Frank. - Księże, zróbże coś!
Rose odwróciła się płynnie, jak kosmonauta w stanie nieważkości, plecami do góry. Jej twarz była niczym biala, gładka maska, w której lśniło twardym, kwarcowym blaskiem dwoje jasnych oczu.
- Kim jesteś? - zapytał ksiądz.
- Dzieci- wyszeptała Rose. Jej włosy dryfowały wokół głowy niczym czarny obłok. - Moje dzieci. Słyszycie?
Pokój wypełnił się przeraźliwymi dziecięcymi jękami i płaczem, krzykami i zawodzeniem. Molly zacisnęła kurczowo powieki i pięści, Walter zgiął się w pół, jakby chciał zwymiotować, Majka kurczowo zatkała uszy dłońmi, a Wasyl rozglądał się dokoła szeroko rozwartymi oczami, dygocąc przy tym spazmatycznie.
- W imię Matki Bożej nakazuję ci... - zaczął Ghiottone, wznosząc kropidło. Rose zasyczała jak wąż, po czym wycelowała w księdza palec.
- Jak śśśśśśśśśśśśśmieszszsz, klecho! Myślisz, że się jej boję? Myslisz, że ty możesz mi coś kazać? Mnie, Czarnej Alix, kochance Tego Który Wędruje W Mroku?
Machnęła dłonią i chór dziecięcych głosów gwałtownie zamilkł.
- Poznaj moją moc, księże - powiedziała, po czym runęła gwałtownie na łóżko.
Lampard rzucił się w stronę posłania, ale nim tam dotarł, ona obróciła się na plecy, a właściwie została obrócona, postawiona na nogi, a potem wygięła się tak, że czubek jej głowy dotykał pięt.
- Booooooooooooooooooliii! - teraz krzyczała prawdziwa Rose. - Kurwa, jak to boli, Frankie, pomóż!
- W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego nakazuję ci puścić tę dziewczynę! - ryczał Ghiottone, kropiąc zaciekle wodą święconą. Frank spróbował rozprostować Rose, ale była napięta niczym stalowa lina i bał się, że mógłby zrobić jej krzywdę.
Nagle rozlużniła mu się w dłoniach i spłynęła na łóżko.
- Frankie... - jęknęła. - Przytul mnie!
- Synu, stój! - zagrzmiał ksiądz, jednak na próżno. Frank już trzymał Rose w objęciach. Jej skóra była zimna i wilgotna, jej oddech tak lodowaty, że niemal parzył mu szyję.
- Rose? - Frank odsunął od siebie dziewczynę i spojrzał jej w twarz.
Ujrzał gładką, białą maskę i parę kwarcowych oczu.
Dłonie dziewczyny wystrzeliły błyskawicznie i chwyciły go za szyję, ściskając z potworną siłą. Przed oczyma Lamparda zatańczyły czarne płatki, pierś przeszył palący ból. Wasyl próbował oderwać ręce Rose od szyi Lamparda, jednak mimo, że włożył w to całą swoją niebagatelną siłę, nie dał rady. Wtedy ksiądz chwycił garnek z wodą święconą i po prostu wylał zawartość na głowę Rose.
Wrzasnęła strzaszliwie, uwalniając Lamparda, kłęby pary wzniosły się w powietrze, świece przygasły na moment tak, że widać było tylko czerwono żarzące się knoty. Wasyl przysiągłby, że przez chwilę widział w kącie pokoju Czarnego Mężczyznę, z drwiącym uśmiechem pod rondem utkanej z ciemności fedory. Potem płomienie wystrzeliły na powrót, a Wasyl spojrzał na Rose akurat we właściwym momencie, żeby zobaczyć nadlatującą w jego stronę pięść. Przed oczyma wykwitły mu gwiazdy, gdy lądował z brzękiem i łomotem na jakiejś szafce, potem zaś przez pokój przeleciało coś, co wydało się Marcinowi w pierwszej chwili manekinem. Dopiero gdy ten manekin wyrżnął potężnie głową i plecami o ścianę, Wasyl zorientował się, że to był Lampard.
Potem wszystko ucichło.
Marcin zerwał się na równe nogi. Rose leżała na łózku nieprzytomna i bezwładna jak zmieta szmata, nad nią pochylał się ksiądz. Molly grzebała w torbie z lekami, Walter jej asystował, Majka zas, potykając sie na zaściełających podłoge odłamkach i przedmiotach, szła w stronę Franka.
- O Jezu, Marcin... - jęknęła. - On w ogóle żyje?
Frank leżał przy ścianie w dziwnej pozycji, wyglądał zupełnie jak połamana lalka. Strużka czerwieni ciekła z kącika jego ust, znacznie większa ilość czerwieni zaś znaczyła ścianę za jego głową.

Był nieprzytomny.
___________________________________________________________________________
Wreszcie skończyłam rozdział piętnasty. Poszłam w zupełnie dziwnym kierunku, nie mam pojęcia gdzie skonczę, ale dobra, mam nadzieję, że wam się spodoba :D


A to Pan Seksowny jako bonus :)

Martina