You raise me up, to walk on stormy seas
I am strong, when I am on your shoulders
You raise me up to more than I can be.
"You Raise me Up" Josh Groban
"You Raise me Up" Josh Groban
Przez chwilę w zdemolowanej sypialni Lamparda panowała cisza.
Przerwał ją drżący głos Waltera.
- Słuchajcie, słuchajcie, znowu jest ciepło - stwierdził. - One
chyba poszły!
- Rose śpi - rzekła Molly, prostując się i ocierając pot z
czoła. - Sama z siebie, więc chyba faktycznie duchy zrobiły sobie
przerwę.
- Podaj jej środek uspokajający - zarządził Ghiottone. - Potem
trzeba będzie ją przywiązać. Głupiec ze mnie, że nie
zabezpieczyłem więzów!
- Księże, Rose długo tak nie pociągnie! - Molly spojrzała na
niego twardo. - Dam jej środków na wzmocnienie, dam glukozy, ale
jeśli duchy mają zamiar dalej nią miotać po sufitach, to czarno
to widzę. Trzeba się pospieszyć.
- Staram się, dziecko, staram się jak mogę - mruknął grzmiąco
ksiądz. Rozejrzał się dokoła, potem zajrzał do szafy.
- Może najpierw sprawdźmy, czy Lampsowi nie trzeba ostatniego
namaszczenia? - zasugerował Wasyl, strząsając z siebie wióry i
okruchy szkła. - Krasnal...?
- Oddycha - zaraportowała Majka, odrywając ucho od piersi Franka.-
I bije, znaczy jemu bije. Serce, no! Pogryzł sobie wargę od środka
i rozwalił łeb, nie wiem czy sobie coś złamał, nie znam się.
Molly, ty jesteś lekarzem!
- Już, już - Molly nałożyła na igłę zużytej strzykawki
plastikową osłonkę i odłożyła narzędzie na stolik. - Idę.
- Hrrrrroooose! - jęknął Frank przeraźliwie. Zatoczył oczyma i
spróbował wstać.
- Leż stary - Wasyl przytrzymał go, kładąc mu rękę na piersi. -
Pani doktor cię zbada.
- Zostawwwwsie ją! - wybełkotał Lampard w odpowiedzi.
- Już dobrze, Franiu, to my - rzekła uspokajająco Molly. -
Poznajesz nas?
Frank zamrugał, starając się zogniskować spojrzenie.
- Wally... ma dwie głowy - rzekł słabo. - Ty jesteś... Maggie...
Molly? I Majjjjka... czemu ona ma czworo oczu?
- A mnie poznajesz? - Wasyl pochylił się nad Frankiem.
- Jasne! - rozpromienił się Frank. - Piiijjjęknie wyglądasz,
Elen!
Marcin zakrył ręką oczy, Majka parsknęła śmiechem, Walter zas
jął gryźć wargi.
- To jest Wasyl - powiedziała spokojnie Molly, sprawdzając przy tym
ręce i nogi Lampsa.
Frank wytrzeszczył oczy.
- A... faktycznie - zgodził się. - Gdzie Rose?
- Śpi - odparła Molly. - Nie będziemy jej przeszkadzać. Teraz
Wasyl pomoże ci wstać i pójdziemy sobie do salonu, dobrze?
Wasyl poprowadził Franka pomalutku w stronę drzwi. Pomalutku, bo
Lampsowi niemiłosiernie kręciło się w głowie i twierdził, że
podłoga zachowuje się jak wzburzone morze. Kiedy byli już na
progu, ksiądz Ghiottone wyjrzał zza drzwi szafy.
- Synu, czy mogę użyć twoich krawatów? - zapytał.
- A bardzo proszszsz, ojcu... znaczy księdzu - odparł Frank. -
Niech ksiądz używa sobie.
- Ksiądz się będzie stroić teraz? - zdziwiła się Majka.
- Krawat to wynalazek szatana - oznajmił Ghiottone, odruchowo
rozcierając potężny kark.
- Też tak sądzę - mruknął pod nosem Wasyl.
- Nie, ja chciałem nimi związać Rose - kontynuował ksiądz. -
Mocne, z jedwabiu, w dodatku należą do niego - wskazał podbródkiem
Lamparda.- Pamiętajcie, miłość to jest siła, która nas trzyma
tutaj, na powierzchni. A strach ciągnie nas w dół.
- Strach? - Lampard zamrugał oczami. - Ja wiem, księdzu, ja ci
powiem, ale potem, bo teraz... - jęknął i zmarszczył czoło. -
Strasznie boli mnie mózg.
- Molly, daj mu coś na ból - poprosił ksiądz.
- Dam, ale za chwilę, jak skończę go badać - oznajmiła Molly. -
Proszę, Franiu, tuptamy dalej.
- Tuptamy - zgodził się Frank.
Kwadrans później siedział w salonie, przykładając paczkę
mrożonego groszku do potylicy i popijając mocną, gorącą herbatę,
zaparzoną przez Majkę. Kawy z jej ręki odmówił stanowczo.
- A ja bym się napił - zagrzmiał Ghiottone, wyłaniając się z
sypialni.
Dostał zatem kawy, której napili się również pozostali, jednak
przezornie rozcieńczając ją mlekiem. Walter swoją postawił na
stole, przyniósł sobie laptopa i jął czegoś szukać w
internecie.
- To co teraz robimy? - zapytał Lampard, łypiąc zaniepokojonym
spojrzeniem spod groszku.
- Kontynuujemy - odparł ksiądz. - Wiemy już z kim mamy do
czynienia, możemy więc teraz ich złapać za pirze i na powietrze
świże. No, może niezupełnie świże, bo nie wiem, czy Lucyfer tak
często u siebie wietrzy.
- Ten tam cały Keogh i Czarna Annis, tak? - mruknęła Molly. -
Kumpel dziadka będzie łatwy do rozpracowania, gorzej z wiedźmą.
- Ona nie powiedziała Annis - zauważyła Majka. - Tylko inaczej.
Alice, czy jakoś tak.
- Alix - mruknął Wasyl.
- A to nie to samo? - zapytał ostrożnie Frank. Odłożył groszek
na stół i pociągnął ostrożnie łyk herbaty.
- Nie to samo - powiedział Walter znad komputera. - To nie to, nie
to samo.
- Jak to nie? - zdziwił się ksiądz. - Co ty mówisz, synu?
- Ta, eee, kobieta, czy istota, która mieszkała w grocie na Dane
Hills, to była Annis, czasem nazywano ją też Anną lub Agnes. Ale
nigdy Alix - wyjaśnił Walter. - Może ona, czy tam ono, księdzu
skłamało?
- Niewykluczone, one zawsze łżą - mruknął tubalnie Ghiottone,
splatając muskularne przedramiona na piersi.
- Niemniej jednak - Frank bardzo wyraźnie wracał do pełni władz
umysłowych. - Ta istota przedstawiła się przydomkiem "Czarna"
i przyznała się do torturowania dzieci. Jak Czarna Annis.
Ujrzał, że wszyscy na niego patrzą wyczekująco, więc
odchrząknął, popił herbaty i ciągnął dalej.
- Dodatkowo powiedziała też, że jest kochanką Czarnego Mężczyzny,
czy jak to ładnie ujęła "Tego, który wędruje w mroku"...
- On tam był - powiedział Marcin. - Widziałem go, kiedy tobą
rzuciła.
- Zawsze jest kiedy egzorcyzmuję - Ghiottone machnął dłonią o
rozmiarach łopaty. - Acz rzadko tak jawnie. Kontynuuj synu -
spojrzał na Lamparda.
- A kochanki Czarnego Mężczyzny, l'homme noir, to czarownice -
wyłuszczył Frank. - Znowu, tak samo jak Annis. Więc, może
nastąpiło jakieś przekłamanie przez te wszystkie stulecia, może
ktoś coś niewyraźnie zapisał, ktoś coś przekręcił i z Alix
zrobiła się Annis. Ale moim zdaniem tożsamość tej kreatury jest
jasna. Więc księże, niech ksiądz zrobi co trzeba, żeby ją
wyrzucić z mojej Rose.
Ksiądz dopił kawę, po czym zapatrzył się w Lamparda. Ze
zmarszczoną brwią i wysuniętą szczęką wyglądał bardziej jak
bokser wagi ciężkiej, koncentrujący się przed walką, niż
duchowny.
- Synu, ty coś zacząłeś mówić o strachu - rzekł z namysłem. -
Pamiętasz co to było?
Frank zamrugał.
- Strach..? Mówiłem coś takiego? - zdziwił się.
- Mówiłeś - potwierdziła Molly. - Kiedy wyprowadzaliśmy cię z
sypialni.
- Czekaj, nie mogę sobie przypomnieć - Frank potarł ręką czoło.
- Proszę księdza, ja mam pytanie - Wasyl uniósł dłoń, jak
grzeczny uczeń w szkole.
- Wal synu - rzekł Ghiottone.
- Czy my tam musimy wszyscy być? - zapytał Marcin. - Przy
egzorcyzmach?
Lampard utkwił w nim mordercze spojrzenie.
- Wymiękasz? - zapytał gniewnie. - Myślałem, że stać cię na
więcej.
- Widać, że w łeb dostałeś, bo pieprzysz jak potłuczony -
odparował Wasyl. - Nie o mnie chodzi.
- O kogo zatem? - zapytał ksiądz.
- O Majkę - odparł Wasyl.
- Przecież nic mi nie jest -zdziwiła się Majka. -Dlaczego ma mnie
nie być przy Rose?
- No proszę księdza, ona jest w ciąży! - Wasyl zlapał się za
czuprynę. - Nikt mi nie wmówi, że pokój w którym szaleje demon i
w każdej chwili można dostać w łeb nisko przelatującym
Lampardem, to odpowiednie miejsce dla ciężarnych!
- Tak się boisz o dziecko? - mruknęła Majka.
- O was oboje się boję! - sapnął Wasyl. - O nasze dziecko i o
ciebie!
Ksiądz rzucił okiem na prawą dłoń Marcina, na której wciąż
lśniła obrączka.
- To twoja żona synu? - zapytał.
- Żałuję, ale nie - zaczęła Majka.
- To trochę skomplikowane - powiedział równocześnie Marcin. - Ja
się właśnie rozwodzę i ten...
Ghiottone uniósł brew. po czym rozparł się wygodnie w fotelu.
Majka i Wasyl przez chwilę oczekiwali, że palnie im kazanie, ale
ksiądz milczał.
- Proszę księdza, przypomniałem sobie! - Frank podskoczył na
kanapie, po czym skrzywił się boleściwie. - Ksiądz mówił o
strachu, że ściąga nas w dół, czy to przez strach Rose mogła
zostać opętana?
- Tak sądzę - rzekł ksiądz Ghiottone zwięźle.
- Myśmy... myśmy niedawno... znaczy poprzedniej nocy my się po raz
pierwszy kochaliśmy - rzekł Frank. - Rose ma za sobą traumatyczne
przeżycia, to co mówił ten tam cały Keogh było prawdą... ja
myślę, że ona się mogła tego wszystkiego bardzo bać. Rozumie
ksiądz, tego, że, no zaczęliśmy związek. Tego, że zaczęła mi
ufać, a co gdybym okazał się świnią, jak inni... Rozumie ksiądz?
Ghiottone pokiwał głową.
- Rozumiem synu. Ważne rzeczy mi tu mówisz, to wszystko bardzo nam
się przyda - rzekł powoli. - A ty, córko - wskazał palcem Majkę.
- Masz zakaz wstępu na salę. Znaczy na egzorcyzmy. Nie będziemy
ryzykować, poza tym wszyscy muszą być maksymalnie skupieni.
Rozumiemy się?
Wszyscy pokiwali jak na komendę głowami.
Pan Grey był zdecydowanie wściekły. Jego interesy szły coraz
gorzej, ktoś uprzedzał każdy jego ruch i udaremniał co
rentowniejsze posunięcia, w dodatku siły policyjne zainteresowały
się dzisiaj pewnymi, nie bardzo legalnymi przedsięwzięciami
miliardera. Oczywiście nie było szans, żeby udowodnili cokolwiek
jemu, niemniej jednak straty finansowe były bolesne. W dodatku ten
debil, Hinten, dał się zidentyfikować jako morderca tej starej
baby w szpitalu i musiał się ukrywać.
Och, być może to było bez znaczenia w perspektywie tego, co
zamierzał niedługo zrobić, ale nie lubił przegrywać.
Wręcz nienawidził.
Tak się zbulwersował złymi wiadomościami, dostarczonymi przez
kretyna, który teraz zastępował Hintena, bardzo nietaktownie, bo w
środku seksualnej sesji z dwiema prostytutkami, że stracił
kompletnie erekcję i żadne zabiegi obsługujących go dziwek nie
potrafiły jej przywrócić. Wyrzucił zatem obie dziwki z
mieszkania, każąc im schodzić schodami pożarowymi, skoro bowiem
nie potrafiły nakłonić jego kuśki do wstania, nie zasługują na
przejazd windą, po czym sam zjechał do podziemnego garażu.
Potrzebował przejażdżki. Nic tak go nie uspokajało i nie
wietrzyło mu głowy, jak rajd z szybkością 150 km po wąskich,
angielskich drogach. Nie był zwolennikiem typowych, sportowych bryk,
wolał samochody o bardziej statecznej linii, za to dostatecznie
demonstrujące jak bardzo prestiżową, bogatą i luksusową osobą
jest ich właściciel. Jego oczkiem w głowie i przedmiotem dumy, był
nabyty ostatnio Rolls Royce Celestial Phantom. Sprawdzał się
znakomicie jako luksusowa limuzyna, ale także jako samochód do
osobistego użytku.
Do standardowych rozwiązań wnętrza, takich jak wysadzane
diamentami panele na wewnętrznej stronie drzwi i deska rozdzielcza,
pan Grey dodał kilka własnych pomysłów. które sprawiały, że
jego samochód wyróżniał się spośród innych. Był unikalny.
Idąc przez podziemny parking pan Grey spoglądał miłośnie w
stronę swego stanowiska, na którym połyskiwał chromem,
zloceniami i grafitowym lakierem, jego ukochany samochód. Byl dla
niego niczym kochanka, nie, był lepszy niczym kochanka, zawsze
posłuszny, nie żądał nowej biżuterii i nie pytał kiedy ślub.
Cudowny!
W majestatycznej sylwetce Rollsa
było jednak coś dziwnego. Nietypowego. Jakby czegoś było mniej.
Nieprzyjemne przeczucie piknęło w sercu Roberta Greya.
Przyjrzał się samochodowi uważniej i zamarł.
Brakowało kołpaków.
Ktoś ukradł bezcenne platynowe kołpaki, zaprojektowane osobiście
przez Greya, z misterną plecionką, układającą się w jego
inicjały.
- Kuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuurwaaaaa! - ryknął Robert Grey.
- ...rwa ...rwa ...rwa - odpowiedział mu echem jego własny głos,
odbity od ścian.
- Nie wierzę - oznajmił milioner. - No nie wierzę.
Sięgnął do kieszeni po komórkę i zorientował się, że zostawił
ją w mieszkaniu. Wyciągnął zatem kluczyki i ćwierknął
centralnym zamkiem samochodu. Celestial miał wszakże własną
pokładową komórkę.
Otworzył drzwiczki pasażera i zamarł, otoczony chmurą upiornego
smrodu..
Na siedzeniu pasażera, na nieziemsko drogiej tapicerce ze skóry
rzadkiej amazońskiej płaszczki słodkowodnej, leżał brązowy
balasek. Brązowe plamy pokrywały całe siedzenie i kalały
diamentowe wykończenie drzwiczek. Rolls Royce Phantom Celestial
cuchnął niczym szambo.
Ze szczękami zaciśniętymi tak mocno, że niemal pękało szkliwo
na zębach Grey sięgnął po telefon, zastanawiając się gdzie
można by nabyć średniowieczną izbę tortur z pełnym
wyposażeniem.
Egzorcyzmy, które rozpoczęły się, gdy tylko Rose się
przebudziła, trwały i trwały. Zza drzwi sypialni Lamparda
dochodziły ryki demonów, jak również grzmiące okrzyki księdza
Ghiottone. Kilkakrotnie coś łupnęło głucho, raz zabrzęczało
tłuczone szkło, raz zaś zadrżał cały dom w posadach.
Niespokojna i nie mogąca usiedzieć na miejscu Majka przegrzebała
zawartość szafek kuchennych, lodówki i zamrażarki, po czym
przystąpiła do robienia pożywnej kolacji. Egzorcyści w końcu
potrzebowali dużo sił, nie tylko tych duchowej natury, zatem,
uznała Majka, duża blacha lazanii, zawierającej mnóstwo mięsa
(ksiądz Ghiottone jakoś nie wyglądał na miłośnika zieleniny),
powinna im wszystkim bardzo pomóc.
Kładła właśnie makaronowe prostokąty na kolejnej warstwie
mielonej wołowiny, starannie podsmażonej z cebulką, gdy ktoś
zadzwonił do drzwi. Majka wyjrzała nieufnie przez wizjer,
sprawdzającz czy to nie jakis złoczyńca, potwór z innego wymiaru,
albo inna swołocz, jednak ujrzała tylko konsjerża Tony'ego.
- Panie Lampard? - rzekł Tony z wahaniem. - Jest pan tam?
Majka otworzyła drzwi.
- Chwilowo jest bardzo zajęty - oznajmiła bez wstępów. -
Przekazać mu coś?
Na pucołowatym obliczu konsjerża odmalowało się wyraźne
zakłopotanie.
- To taka prywatna sprawa, wie pani - powiedział. - A nawet chyba
intymna. Gdyby mogła go pani zawołać...
- Nie mogę - odparła Majka stanowczo. - Proszę powiedzieć o co
chodzi, wszystko mu potem powtórzę.
- Bo widzi pani, są skargi od innych lokatorów na pana Lamparda -
Tony znienacka się zarumienił. - Proszą, żeby pan Lampard
przestał hałasować, rozumie pani.
W tym momencie zza drzwi sypialni rozległa się seria krótkich,
urywanych jęknięć Rose.
- Wytrzymaj Frank - ryknął Ghiottone. - Jeszcze chwilę!
Tony spojrzał w tamtą stronę z bardzo znaczącym wyrazem twarzy.
- Widzi pani, o tym właśnie mówię - rzekł. - Rozumiem, że pan
Lampard jako sławny piłkarz i, ahem... bardzo przystojny mężczyzna,
ma bogate życie płciowe, ale proszę mu przekazać, że jest ono
odrobinę za głośne.
- Powiem mu wszystko - zapewniła słabym głosem Majka,
powstrzymując się ostatkiem sił od wykonania facepalma. - Co do
słowa.
- Dziękuję - odparł konsjerż. - I proszę przekazać wyrazy
mojego uszanowania panu Terremu.
- Nie omieszkam - mruknęła Majka, zamykając drzwi.
Dokończyła przygotowanie lazanii, rozmyślając nad tym, co
powiedział jej konsjerż, jak też nad wyraźnym zachwytem Tony'ego
nad urodą Franka, wsunęła produkt do piekarnika, po czym
rozstawiła sobie w kuchni laptopa i zajęła się przeczesywaniem
internetu. Przeczytała wszystko co się dało o Czarnej Annis,
chociaż nie było tego za wiele, potem zaś starannie sprawdziła
wiadomości z regionu i lokalne strony kryptozoologiczne, aby się
upewnić, że po mieście nie lata żaden stwór z innego wymiaru. W
rubryce plotkarskiej przykuła jej wzrok na chwilę notka o
zbezczeszczeniu samochodu Roberta Greya. Majka zachichotała z
satysfakcją nad akapitem opisującym wybrudzoną fekaliami
tapicerkę, nie zdążyła jednak rozważyć, czy Lampard ma z tym
coś wspólnego, bo zadzwonił jej telefon.
W słuchawce zabrzmiał ciepły baryton doktora Jamesa Rainaulta.
- Jak się miewasz? - zapytał Jimmy. - Nie widziałem cię dzisiaj w
azylu.
- Dziś sobota - odparła Majka. - Dla mnie akurat wolna.
- A to ty nic nie wiesz pewnie - mruknął.
- Co mam wiedzieć? - zdziwiła się Majka.
- Po tym, co narozrabiał Coltrane, azyl jest zamknięty do odwołania
- wyjaśnił lekarz. - Przenosimy zwierzaki do innych schronisk.
Ariadna do ciebie nie dzwoniła?
- Nie. Nie miałam zielonego pojęcia... - jęknęła Majka.
- Jest tak roztrzęsiona, że pewnie zapomniała - mruknął James. -
Wiesz co, chyba się za tobą stęskniłem.
- Naprawdę? - Majka roześmiała się mimo woli.
- Naprawdę. Brakuje mi twojego uśmiechu. I twojego poczucia humoru!
- zapewnił weterynarz. - Słuchaj, a może byśmy się tak spotkali,
powiedzmy jutro wieczorem? Znam fantastyczną hiszpańską knajpę!
- Wiesz co, ja w tej chwili nie bardzo mogę, no wiesz, nie mam czasu
i w ogóle... - Majka wiła się jak węgorz na haczyku. - Moja
przyjaciółka jest chora, ma okropną grypę i nie wstaje z łóżka.
Sam rozumiesz, że nie mogę jej zostawić samej.
- Aha. No dobrze, życzę jej zatem zdrowia - rzekł szarmancko
James. - A kiedy twoja przyjaciółka wyzdrowieje, pójdziesz ze mną
na kolację? W ogóle ci nie mówiłem, ale mam fantastyczną ofertę
pracy dla ciebie. Tymczasową, póki Glen Parva jest zamknięte.
- Ofertę? - Majka nastawiła uszu. - Okej, piszę się na tą
hiszpańską kolację.
- Dobra, to jak już będziesz wolna, to do mnie zadzwoń.
Od progu rozległo się gromkie chrząkanie. Zaskoczona Majka nieomal
spadła z krzesła, utrzymawszy jednak równowagę obejrzała się i
stwierdziła, że w drzwiach, oparty o futrynę, stoi Wasyl.
- Dobra - rzuciła do słuchawki. - Muszę kończyć, pa!
Spojrzała na Marcina, któremu wilgotna od potu koszulka lepiła się
do piersi.
- Udało wam się...? - zapytała z nadzieją.
- Keogh out - odparł. Czarna Jakjejtam jeszcze walczy, ale dostała
solidnie po uszach i wycofała się na razie. Lampard płacze i
całuje Rose po rękach, bo się uparł, żeby ją odwiązać na
razie. Kto to był?
- Gdzie? - Majka rozejrzała się nieprzytomnie.
- W telefonie - wyjaśnił cierpliwie Marcin. - Kto dzwonił?
- A! Jimmy Rainault - wyjaśniła. - Azyl zamknęli.
Wasyl patrzył przez chwilę na jej zarumienioną twarz, walcząc z
nieprzyjemnym ukłuciem w duszy, jakie odczuł, usłyszawszy nazwisko
jej rozmówcy.
- Zaprosił cię na kolację? - zapytał wreszcie.
- Tak, ale to nic takiego, w zasadzie służbowe spotkanie... -
zaczęła Majka. - Czekaj no, robaczku, a czemu ja ci się właściwie
tłumaczę? Nie chodzimy ze sobą, prawda?
- Tam się coś nie przypala w piekarniku przypadkiem? - Wasyl
podstępnie zmienił temat.
Zadziałało bez pudła. Majka od razu rzuciła się do piekarnika,
sprawdzac jego zawartość.
- Nie przypala się, ale lazania akurat doszła. Wołaj wszystkich -
oznajmiła.
- Lampsowi trzeba będzie zanieść - oznajmił Walter, zaglądając
do kuchni pod pachą Marcina. - Wasyl, nie chcę być niemiły,
niemiły, ale czy rozważałeś możliwość wzięcia prysznica?
- Rozważałem, zaraz idę się myć - odparł Wasyl. - Majka, poznaj
naczelnego twardziela w naszej bandzie - oznajmił, wypychając
Waltera na środek kuchni.
- To nic takiego... - Walter się skromnie zarumienił.
- Nie nic takiego, tylko przywalił Czarnej Stworze taką modlitwą
po łacinie, że popuściła ektoplazmą i uciekła lizać rany! -
Wasyl klepnął go w plecy aż zadudniło. - Nie wiem skąd on takie
rzeczy bierze, ale to wyjątkowy facet!
- Jestem tego samego zdania - oznajmiła Molly. - Bardzo wyjątkowy i
cieszę się, że go poznałam.
Przez chwilę Walter wyglądał tak, jakby z uszu miały mu trysnąć
fontanny malutkich serduszek.
- Ty też jesteś bardzo wyjątkowa - rzekł, patrząc na Molly
wzrokiem zakochanego barana.
Wielka blacha parującej lazanii wylądowała na stole, swym zapachem
wabiąc do kuchni księdza Ghiottone. Duchowny docenił strawę
cielesną i z niebywałą wprawą przystąpił do nakładania porcji
na talerze.
Jedną porcję, na wszelki wypadek podwójną, zaniesiono do
sypialni, co Frank przyjął z wdzięcznością. Podwójnie
poobijany, najpierw w bijatyce z drabami Greya, potem podczas
egzorcyzmów, był obolały, wyczerpany i bardzo potrzebował
pokrzepienia.
- Lasagna - wyszemrała Rose, sinoblada, z modkrążonymi oczyma. -
Zjadłabym trochę, ale nie mogę podnieść ręki... Zdrętwiała...
Istotnie, obie ręce miała zdrętwiałe od więzów.
- Jesteś głodna? - ucieszył się Frank. - Poczekaj, nakarmię cię.
Podparł Rose poduszkami do pozycji siedzącej, po czym z wprawą
dwukrotnego ojca jął podawać do ust Rose kawałki lazanii na
widelcu.
- Za dziadka Jimmy'ego... dobrze..., teraz za mnie... Prześlicznie!
Za Jonesy'ego! I jeszcze za Chelsea! Za Terry'ego?
- Nie - odparła Rose. - Bzyka cudze żony, fiut jeden.
Frank parsknął śmiechem.
- Moja Różyczka - powiedział z czułością. - Chcesz jeszcze?
- Chcę - odparła Rose.
W ten sposób pochłonęła prawie połowę porcji, ku wielkiemu
ukontentowaniu Lamparda. Pochłaniając resztę lazanii wielkimi
kęsami patrzył z upodobaniem na lekkie rumieńce malujące się na
jej policzkach.
- Nie patrz tak na mnie, wyglądam jak zmora - zażądała.
- Dla mnie jesteś najpiękniejsza nawet gdy wyglądasz jak zmora -
odparł, odstawiając talerz. Pochylił się i pocałował ją
delikatnie w usta, potem w czubek nosa. - Nie ma piękniejszej od
ciebie, nawet Miss World to pomietło.
- Dobra dobra, Frankie, nie wazelinuj mi tu - mruknęła, uśmiechając
się łobuzersko.
Korzystając z chwili przerwy w paranormalnych atrakcjach, grupa
przyjaciół ogarnęła sobie zwyczajne kwestie życiowe, to jest
mycie, telefony do najbliższych, karmienie zwierząt i wyprowadzanie
psa. To ostatnie Majka odpracowała w obstawie Wasyla, przy okazji
uciąwszy sobie z nim pogawędkę na tematy ważne, a życiowe, w tym
kwestię występów Marcina w barwach Leicester City.
- Odsunęli mnie od treningów i zastanawiają się co dalej - mówił
Wasyl. - Gdyby to zależało tylko od trenera, to już bym wrócił,
no ale kierownictwo się boi. Wiesz, PR i te sprawy...
- Rozumiem - mruknęła Majka w zadumie, patrząc na Keplera,
obsikującego z zamiłowaniem latarnię. - Lepiej niech złapią tego
kretyna, albo niech policja ogłosi, że jesteś niewinny jako ta
lilija. Ja chcę cię zobaczyć w Premier League!
- Ja siebie też - usmiechnął się Marcin.
Lampard nie brał udziału w ogólnych czynnościach życiowych
mieszkańców apartamentu, wychynąwszy z sypialni tylko na sekundkę,
by odniesć brudne naczynia. Zaraz potem wrócił, by pilnować Rose,
co polegało głównie na przyglądaniu się drzemiącej dziewczynie
z rozrzewnieniem i kontemplacji jej długich rzęs, pięknie
wykrojonych (acz może nieco bladych) ust i czarnych loków, wijących
się po poduszce.
Sam nie wiedział kiedy zasnął w trakcie tej kontemplacji. Obudziło
go dotknięcie dłoni tak zimnej, jakby była z lodu.
- Rose...? - zapytał, ale zanim skończył, już wiedział, że to
nie była ona. Nawet nie musiał patrzeć, by wiedzieć, że istota,
siedząca w łóżku, ma twarz białą jak porcelanowa maska i oczy
lśniące jak kryształy kwarcu. - Proszę księdza! Wszyscy!
Chodźcie tu!
Pierwsza jego wezwanie usłyszała Molly. Rzuciła się do sypialni,
ale odbiła się od drzwi niczym piłka.
- Nie otwierają się - zauważyła. - Ona je trzyma.
Ksiądz Ghiottone spojrzał na Wasyla, który w lot odgadł o co
chodzi.
- Dobra proszę księdza - powiedział. - Na trzy.
Podeszli, ramię w ramię, do drzwi.
- W imię Boże, zaczynajmy - ksiądz się przeżegnał. - Raz...!
Dwa...! Trzy!
Dwa potężne barki równocześnie łupnęły w drzwi. Zdumiewająco
porządnie wykonane, zadrżały tylko, ale się nie poddały.
- Jeszcze raz, Synu - skomenderował ksiądz. - Rrrraz!
Uderzyli po raz drugi, drzwi wypadły z zawiasów z gromkim hukiem, a
z sufitu osypała się spora porcja tynku.
Rose, czy raczej istota o białej twarzy, stojąc na łóżku
wykonała mostek i w tej pozycji, z nieprawdopodobną szybkością,
popędziła w stronę księdza i Wasyla. Wyglądała bardziej jak
groteskowy pająk, niż kobieta.
- Jezu Chryste... - wymamrotała Majka po polsku, gdzieś zza pleców
Marcina. Obejrzał się niespokojnie.
- Zmiataj stąd! - rzucił przez ramię. - Ale już!
- No proszę - istota przemówiła najczystsza polszczyzną, bez
śladu akcentu. - Wasilewski, troskliwy miś jak zawsze. Czyżby
jednak ci na niej zależało? Nie potrafisz nie przywiązywać się
do ludzi, prawda? Nawet do tej małej dziwki, która wskoczyła ci do
łóżka w samą Wigilię. A gdybym tak ją zabiła? Gdybym dołączyła
jej bękarta do moich dzieci? Co ty na to, Wasyl?
- Nawet nie próbuj - rzekł przez ściśnięte gardło.
- In nomine Patris, et Filii et Spiritus Sancti! - ryknął
ksiądz. - Nakazuję ci odstąpić! Opuść to ciało!
Prychnęła jak kot, po czym skoczyła między nimi, próbując
dosięgnąć Majki. Z refleksem znakomitego stopera, którym w
istocie był, Wasyl zbił istotę w locie barkiem, po czym rzucił
się na nią całym ciałem. W sukurs przyszli mu Lampard i ksiądz
Ghiottone, pomagając obezwładnić rzucającą się, wyjącą i
plującą istotę.
- W imię Matki Bożej powiadam ci, leż! - zagrzmiał duchowny,
przykładając jej do czoła krzyż św. Benedykta, który nosił na
szyi.
Zadymiło i na białym czole pojawił się wypalony odcisk krzyża.
Istota ryknęła straszliwym głosem, po czym zwiotczała.
Bez jednego słowa, za to w synchronizacji godnej rosyjskiego baletu
trzej mężczyźni przenieśli ją na łóżku i przywiązali do
niego krawatami Franka.
- Zabiję was! - zawyła istota. - Zabiję was wszystkich!
Ksiądz Ghiottone sięgnął po pędzel kuchenny.
- W imię Panienki Przenajświętszej nakazuję opuść to ciało! -
ryknął, kropiąc rzęściście.
- Nigdy! - zawyła. - Nigdy! Najpierw ją zniszczę!
- Frank, mów do niej! Mów do Rose! - rzekł ksiądz, mocząc pędzel
w wodzie święconej. - Powiedz jej, że musi walczyć! Musi wrócić
do swojego ciała!
Zamachnął się pędzlem.
- W imię Pocieszycielki Strapionych nakazuję, opuść to ciało! -
zagrzmiał.
- Rose, kochanie, najdroższa, wróć do mnie, proszę, potrzebuję
cię - szeptał gorączkowo Lampard. - Musisz walczyć, wiem, że
potrafisz, jesteś wyjątkową dziewczyną, twardą jak nikt inny,
walcz proszę! Kocham cię, maleńka, nie wyobrażam sobie życia bez
ciebie, proszę, wróć do mnie, proszę, walcz!
Ciało Rose wyginało się pod niemożliwymi kątami, chwilami zaś
jego kontury drgały i zacierały się, by za chwilę odzyskać
ostrość.
- Frank! - krzyknęła. - Nie zostawiaj mnie!
- Jestem tu z tobą! - zawołał, chwytając jej dłoń. - Nigdy cię
nie zostawię!
Twarz jej stężała w białą maskę.
- Nie wyjdę, stąd, nie, nie, nie, nie!... - ryknęła.
- Opuść to ciało! - zagrzmiał
ksiądz, nie żałując przy tym wody święconej. - In
nomine Matri et Regina, et Dea Victoria!
Zwiotczała Rose opadła bezwładnie na poduszki, z jej ust poczęła
się zas sączyć czarna mgła, formująca się w poczwarną sylwetkę
chudej kobiety, z twarzą i zgrzebną koszula umazaną krwią, w
spódnicy, która była, musiała być, wykonana ze skór
zamordowanych dzieci.
- Idź do piekła, suko wściekła! - skomenderował ksiądz. Świece
gwałtownie przygasły, widmowy wiatr zawiał w pokoju, a Czarna Alix
wyciągnęła dłonie w kierunku swego kochanka. Stał w kącie
pokoju, utkany z ciemności, uśmiechając się szatańsko pod rondem
kapelusza.
- Mój jedyny! - zawyła Alix. Piekielny chór dręczonych dzieci
odezwał się na chwilę. - Mój!
Z jej szponów kapała świeża krew.
Za plecami księdza ktoś westchnął, po czym z donośnym łupnięciem
osunął się na podłogę.
- Idź do piekła! Nakazuję! - powtórzył ksiądz.
- Najdroższy! Wracam do ciebie! - powiedziało widziadło i wionęło
w kierunku Czarnego Mężczyzny. Stopili się w jedno i rozwiali w
chmurze czarnego dymu.
- Spójrzcie na jej czoło! - krzyknął Walter. - Jest czyste!
Istotnie, czoło Rose było gładkie, bez śladu wypalonego w nim
przez krzyż św. Benedykta.
- Już po wszystkim - oznajmił ksiądz, tonem pielęgniarki
kończącej zabieg.
- Wasyl, czy z tobą wszystko w porządku? - zapytała Molly z
lekarskim opanowaniem.
Ksiądz spojrzał za siebie. Wasyl gramolił się z podłogi
niezdarnie, wspomagany przez Majkę.
- Nic mi nie jest - zapewnił stoper. - Tylko mi się tak jakoś...
światło wyłączyło.
- Nie wyglądasz, synu, na taką liliję - skomentował Ghiottone.
- Pierwszy raz mi się zdarzyło! - odparł Wasyl obronnie. - Czy ten
czarny glut już sobie poszedł? Znaczy się, czy Rose jest już
czysta?
- Czysta, jakby ją we wiodącym proszku wyprał - oznajmił
spokojnie ksiądz. - Teraz tylko potrzebuje dużo odpoczynku i
miłości.
- Tego jej nie zabraknie - zapewnił Lampard, od dłuższej chwili
tulący do piersi odzyskaną ukochaną.
- Wiesz co, synu - mruknął duchowny. - Ja wiem, że ty masz do
ołtarza pod górkę, jakoś tak, ale stanowczo zalecałbym
małżeństwo.
Frank zarumienił się z lekka.
- Pomyślę nad tym - odparł.
- A moje zdanie tu się nie liczy? - zapytała Rose. - Stanowczo
zalecam najpierw oświadczyny, zanim mnie spróbujesz zaobrączkować.
- Będzie żyła - mruknęła Majka. - Chociaż gdyby kogoś
opieprzyła, poczułabym się pewniej.
Poczucie generalnej ulgi wypełniło apartament Lamparda. Ksiądz
Ghiottone, dla wszelkiej pewności, pobłogosławił jeszcze
mieszkanie i wszystkich mieszkańców, wypił kolejną filiżankę
kawki, wymienił się numerem telefonu z obecnymi (z Wasylem także
namiarami na mistrza tatuażu) i z wielką ulgą oraz rykiem
motocyklowego silnika pojechał do domu.
Mieszkańcy apartamentu zaś udali się na spoczynek, przy czym,
ponieważ łóżko w głównej sypialni zechciało się zarwać (rama
nie wytrzymała wszystkich ekscesów przy egzorcyzmach), a Rose
pałała do pomieszczenia pewną taką niechęcią, dobrze zrozumiałą
w świetle ostatnich wypadków, materac przeniesiono do salonu i na
nim to Rose z Frankiem mieli się ułożyć do snu.
- Zaraz, ale Wasyl gdzie śpi, tu? - Rose wskazała na kanapę.
- No chyba tu - Marcin wzruszył ramionami. - Nawet całkiem wygodnie
tu się śpi.
- Ja z tobą w jednym pokoju nie wytrzymam - oznajmiła stanowczo
Rose. - Wydajesz przez sen dźwięki jak skrzyżowanie psiarni z
hodowlą niedźwiedzi i tartakiem.
- Możesz spać u mnie - oznajmiła Majka. - Mnie twoje chrapanie nie
przeszkadza, sama chrapię.
- Ale tak w jednym łóżku... - zawahał się Wasyl.
- Przecież nikt twojej żonie nie doniesie - rzekła Rose. - A Majka
może się powstrzymać od napastowania na tle seksualnym.
- Jasne, że mogę - Majka była wyjątkowo zgodna. - Będziemy sobie
grzecznie i aseksualnie chrapać na dwa głosy.
Wasyl poczuł się przekonany tym argumentem i po chwili wszyscy
rozeszli się do spania. Mieszkanie spowiła cisza i ciemność, w
której, tym razem, nie czaiły się żadne potwory.
______________________________________________________________________________
To juz szesnasty rozdział tego opowiadania, jesteśmy zatem znacznie bliżej końca niż początku. Ale nie martwcie się, będzie się jeszcze bardzo dużo działo ;)
A w ramach bonusu dręczące mnie pytanie: czy nieletni mogą jeździć Lampardem, pozostającym pod wpływem?
Martina

