Here I go,
Falling down, down, down,
My mind is a blank,
My head is spinning around and around,
As I go deep into the funnel of love...
Wanda Jackson "Funnel of love"
Nieśmiałe promienie zimowego słońca przesiewały się przez firanki i kładły miriadą złotych punktów na kołdrze oraz ramionach i twarzach śpiących. Lampard poruszył nosem jak królik, mruknął coś niewyraźnego, po czym otworzył oczy. Przymknął je zaraz, porażony słonecznym blaskiem i skonstatował, że inni już wstali. W kuchni ktoś brzękał naczyniami i rozmawiał, a gdzieś bliżej coś wyło rytmicznie. Przez zaspany umysł Franka przeleciała myśl, że może Majka powinna wyprowadzić Keplera, skoro zwierzak tak skomli, po czym domniemany pies przestał wyć, a zaczął nagle mówić po polsku, by wreszcie zapytać po angielsku gdzie mianowicie jest jego ręcznik.
Falling down, down, down,
My mind is a blank,
My head is spinning around and around,
As I go deep into the funnel of love...
Wanda Jackson "Funnel of love"
Nieśmiałe promienie zimowego słońca przesiewały się przez firanki i kładły miriadą złotych punktów na kołdrze oraz ramionach i twarzach śpiących. Lampard poruszył nosem jak królik, mruknął coś niewyraźnego, po czym otworzył oczy. Przymknął je zaraz, porażony słonecznym blaskiem i skonstatował, że inni już wstali. W kuchni ktoś brzękał naczyniami i rozmawiał, a gdzieś bliżej coś wyło rytmicznie. Przez zaspany umysł Franka przeleciała myśl, że może Majka powinna wyprowadzić Keplera, skoro zwierzak tak skomli, po czym domniemany pies przestał wyć, a zaczął nagle mówić po polsku, by wreszcie zapytać po angielsku gdzie mianowicie jest jego ręcznik.
Lampard zachichotał. No oczywiście, to Wasyl śpiewał pod
prysznicem. Wśród wielu zalet, jakimi dobry Bóg postanowił
obdarzyć Polaka, zabrakło zdecydowanie słuchu muzycznego. Frank
uniósł się na łokciu i rozejrzał ostrożnie. Rose wciąż leżała
obok, odwrócona do niego tyłem, jej włosy splywały ciemną falą
na poduszkę, a skóra wydawała się jasnozłota w słonecznym
blasku.
- Roooosie - Lamps zamruczał zmysłowo do różowego uszka
wychylającego się spomiędzy czarnych splotów. - Śpisz?
Nie odpowiedziała, więc nachylił się nad nią, przymknął
powieki i pocałował ją w same usta, delikatnie i czule. Mimo, że
włożył w ten pocałunek wszystkie swoje niemałe umiejętności w
tej dziedzinie, nie otrzymał spodziewanej odpowiedzi, uchylił więc
dyskretnie powieki, by sprawdzić co się dzieje.
To co ujrzał, sprawiło, że odskoczył od dziewczyny jak oparzony.
Jej oczy były szeroko otwarte i wpatrywały się w niego z wyraźną
wrogością.
- Nie śpisz już? - zapytał.
- A jak myślisz? - warknęła, odrzucając kołdrę. Ubrała się w
szlafrok, notabene nie własny, tylko jego, po czym wyszła z pokoju.
Lampard podążył za nią, w przelocie łapiąc dżinsy.
W kuchni wrzało już życie. Molly i Walter, w pełni odziani i
uczesani, nakrywali do stołu i parzyli napoje, rozczochrana Majka, w
bokserkach i rozciągniętej koszulce z logiem Lasów Państwowych
karmiła zaś zwierzaki, pilnując w kucki, żeby nie wyżerały
sobie nawzajem. Celeste, najwyraźniej w wyjątkowo dobrym humorze,
na widok swojego człowieka przerwała jedzenie i przywitała Lampsa
krótkim mrauknięciem. Odwzajemnił jej się drapaniem za uchem.
Dobry humor najwyraźniej nie nawiedził jednak Rose. Podeszła
mianowicie do drzwi łazienki, kopnęła je z rozmachem i wrzasnęła.
- Ej, pajacu, wyłaź! Kolejka jest!
- Bardzo chętnie, ale wyjdę nagi i mokry! - odryczał Wasyl z
wnętrza. - Ktoś mi zajumał ręcznik!
- Nagi i mokry? - ożywiła się Majka. - Ja jestem za, Wasyl,
wychodź!
- Erotomanka - mruknęła Rose zjadliwie. - Tylko jego dupa ci w
głowie.
- Oj nie tylko, inne części też... - wyrwało się Majce. Walter
prychnął sobie w filiżankę, produkując brązowe bąble.
- O, kawcia - ucieszył się Frank. - Mogę prosić?
- Nawet żądać stanowczym głosem, to w końcu twoja kuchnia -
uśmiechnęła się Molly. - Rose, tobie też?
- Wsadź ją sobie - mruknęła Rose. - W dupę.
Molly zamrugała, zdziwiona.
- Powiedziałam coś złego? - zapytała.
Spojrzenie jasnych oczu Lamparda, wypełnionych teraz szczerą
troską, spoczęło na Rose, patrzacej spode łba na Molly.
- Rose, wszystko z tobą w porządku? - zapytał Frank delikatnie.
- Najlepszym - odparła jadowicie. - Poza tym, że rzygać mi się
chce od jej słodyczy.
Drzwi łazienki uchyliły się, w powstałej szparze zaś ukazała
się mokra głowa Wasyla.
- Czy ktoś mi poda ten ręcznik? - zapytał stoper. - Naprawdę nie
chciałbym demonstrować zebranym wszystkich moich wdzięków.
- Weź sobie czysty, czysty z szafki - zasugerował Walter.
- Wziąłbym, gdyby ta szafka znajdowała się w łazience - odparł
Wasyl.
- Frank, gdzie trzymasz łazienkę? - zapytała Majka wstając z
kucek. - Tfu, ręczniki! Ręczniki gdzie trzymasz!
- Łazienka jest tam, gdzie ten mokry typ - odparł Frank znad
filiżanki kawy. - A ręczniki w szafie ściennej na korytarzu.
- Piękna fryzura, mała - pochwalił Wasyl, gdy Majka mijała drzwi
łazienki. - Układana na dwieście dwadzieścia wolt?
- Włos mi stanął dęba, gdy usłyszałam twoje chrapanie - odcięła
się. Otworzyła szafę ścienną, wyjęła ręcznik i podała przez
szparę w drzwiach Marcinowi. - Masz, wielkoludzie.
Rose, mamrocząc coś pod nosem przeszła przez kuchnię. Jonesy
zaplątał jej się pod nogi i dostał kopa. Celeste zjeżyła się i
prychnęła, natomiast Kepler usiadł, obserwując Montoyę z wyraźną
czujnością.
- Pogięło cię? - zapytała nieżyczliwie Majka. - Różne miewałaś
humorki, ale teraz to chyba przeginasz.
- A co cię to, kurwa, obchodzi? - zapytała Rose.
- Rose, ty chyba naprawdę troszkę, troszkę przesadzasz - zauważył
Walter, który zdążył już zasiąść do śniadania. - Jesteś
wyją...
- Zamknij się, pokurczu - burknęła Rose. - Mądrzysz się jakbyś
wszystkie rozumy zeżarł, a w dupie byłeś, gówno widziałeś.
Frank obserwował jej popisy w milczeniu i z narastającym
niepokojem. Miał za sobą dwa wieloletnie związki z kobietami i
kilka krótszych, widywał już swoje partnerki w szponach PMS,
targane ciążowymi hormonami, w depresji i w zwyczajnym złym
humorze. To jednak, co demonstrowała Rose, było odmienne od tamtych
stanów. Zupełnie jakby...
Jakby to nie była Rose. Nie ta kobieta którą pokochał, szorstka z
wierzchu, ale tak naprawdę wrażliwa i o wielkim sercu. Jego Rose
nie miała tego pustego spojrzenia, w którym jedynym uczuciem była
nienawiść.
Co się z nią działo?
Molly i Walter zajęli się w milczeniu posiłkiem, jednak Majka,
ostatnio nastawiona wybitnie bojowo, nie zamierzała puścić Rose
płazem jej grubiaństwa.
- Nie sądzisz, że powinnaś przeprosić Waltera? - zapytała,
ujmując się pod boki. - Molly w zasadzie też.
- Nie sądzę - Rose zaśmiała się krótkim, urywanym, szczekliwym
śmiechem. - I nie mam ochoty.
- Myślisz, że możesz być chamska dla wszystkich, bo tak? - brwi
Majki uniosły się tak wysoko, że niemal znikły pod jej
nastroszoną fryzurą.
- Myślę, że mam to w dupie - odparła Rose. - Myślę, że
jesteście bandą żałosnych ciot. Chcesz wiedzieć, co jeszcze
myślę?
- No, słucham! - Majka założyła ręce na piersi i spojrzała na
Rose wyzywająco. - Zaskocz mnie!
- Och, myślę, że potrafię zaskoczyć wszystkich - twarz Rose
wykrzywiła się w szyderczą maskę. - Co powiesz na to - uniosła
palec. - Wiem, że nosisz bękarta Wasilewskiego. On wie, czy wciąż
mu nie powiedziałaś?
Drzwi łazienki, które właśnie zaczynały się uchylać, teraz
otwarły się z impetem, waląc z hukiem w ścianę.
- Co mojego Majka nosi, przepraszam? - zapytał Wasyl z
niedowierzaniem.
- Bękarta - Rose wyszczerzyła się jak rekin. - I co teraz zrobisz?
Rozwód z pierdolniętą żonką, a tu niechciane dziecko w drodze.
Ojej!
Majka, śmiertelnie blada, zaczęła trząść się jak osika.
- Co ona bredzi? - Marcin spojrzał na Majkę. - Krasnal...? Ona...
ty naprawdę...?
W odpowiedzi Majka wczepiła ręce we włosy.
- Chciałam ci powiedzieć wcześniej, ale cię aresztowali -
jęknęła. - A wczoraj zasnąłeś, Marcin ja cię przepraszam, ja
wiem, że powinnam była od razu...
Pociągnęła nosem.
- Wzruszające, no nie? - rzekła Rose sarkastycznie, w zasadzie do
nikogo.
Molly i Walter usilnie wbijali spojrzenie w swoje talerze, symulując
przy tym kompletną głuchotę i atak zidiocenia, uniemożliwiający
rozumienie ludzkiej mowy. Gdyby mogli, uciekliby z kuchni
natychmiast, żeby nie musieć mimowolnie wysłuchiwac tych
straszliwie prywatnych rewelacji, jednakże musieliby w tym celu
przepychać się przez głównych aktorów wydarzenia. Lampard
tymczasem zastanawiał się co ma robić i jak rozwiązać ten cały
grecki dramat, który zalągł się na progu jego własnej kuchni.
- Nie powinniście o tym pogadać w cztery oczy? - zasugerował.
Do Wasyla jego sugestia najwyraźniej nie dotarła. Stał w progu, z
wyrazem twarzy człowieka, który oberwał cegłą w ciemię, patrząc
na Majkę, której w oczach stanęły łzy.
- Jestem w ciąży - oznajmiła łamiącym się głosem. - Ty jesteś
ojcem. Teraz już wiesz.
- Jezu... - jęknął Marcin.
- Nie trzeba było się puszczać - Rose wyszczerzyła się w
obrzydliwym uśmiechu.
Lampard spojrzał na nią z przestrachem. To nie była jego Rose,
teraz już wiedział na pewno. W jej ciele było coś jeszcze. Czyjaś
inna jaźń.
- Ale czemu ja się dziwię - kontynuowała Rose. - Przecież zawsze
się do niego śliniłaś, wiadomo było, że wskoczysz mu do łóżka
przy pierwszej okazji.
Majka siadła na podłodze, płacząc. Molly bez słowa wstała od
stołu i przytuliła ją, tymczasem Wasyl stał jak słup i toczył
dookoła błędnym wzrokiem.
- Starczy tego dobrego - rzekł Lampard stanowczo, kładąc dłoń na
ramieniu Rose. Odepchnęła go z taką siłą, że przeleciał przez
kuchnię niczym szmaciana lalka i wylądował na szafce, której blat
złamał się z hukiem i trzaskiem.
Trójkolorowy, drobny kształt wyprysnął spod stołu i wbił zęby
i pazury w łydkę Rose.
Wtedy Rose strząsnęła z siebie kota i ryknęła. Nie jak człowiek,
jak bestia, niskim, chrapliwym rykiem, od którego dzwoniły szklanki
na stole i w szafkach.
Majka zasłoniła uszy rękami, Molly poszła w jej ślady. Kepler,
zjeżony, rzucił się z warkotem i szczekaniem na Rose. Jednym
machnięciem ręki posłała go prosto na Wasyla, który trafiony
futrzastą bombą, przeleciał przez korytarz, po czym padł na
podłogę, waląc przy tym głową we framugę łazienkowych drzwi.
- Trzeba ją związać! - krzyknęła Molly. Oczy Rose, teraz
nabiegłe krwią, o źrenicach tak rozszerzonych, że nie było widać
tęczówek, skierowały się na nią, z wyraźną nienawiścią.
- Zabiję cię - rzekła Rose chrapliwym, niskim głosem.
Walter natychmiast zasłonił Molly własnym ciałem, wysuwając
przed siebie jako broń ściskany w drżącej dłoni widelec.
- Nie pozwolę ci! - oznajmił.
Rose, czy też to, co teraz zamieszkiwało jej ciało, zaśmiało
się, czy też może warknęło, trudno było bowiem określić ten
dźwięk, który wydobył się z gardła dziewczyny. Lampard stanął
na nogi, strząsając z siebie drzazgi, wióry oraz mąkę i kaszę.
- Nie pozwolę ci jej skrzywdzić - sapnął. Chwycił Rose wpół. -
Wasyl! Pomóż mi!
Marcin, jeszcze nieco ogłuszony zderzeniem z futryną, przepełzł
na czworakach przez korytarz, po czym chwiejnie stanął na nogi.
- Lubisz mnie macać? - wydyszała Rose, liżąc ucho Lamparda. - Co,
Frankie? A potem będzie trójkącik z twoim kumplem Terrym?
Szarpnęła się gwałtownie, Lampard z trudem ustał na nogach.
- Za nogi - powiedział do Wasyla.
Marcin spróbował złapać Rose za nogi i dostał kopniaka w twarz.
Zatoczył się do tyłu, z nosa pociekła mu krew. W tym samym
momencie Lampard oberwał łokciem w żebra i odebrało mu dech.
Uwolniona z uścisku Rose zaczęła się śmiać, straszliwym
rechotem, który jednak znienacka przeszedł w skowyt bólu. To
Majka, dotąd kuląca się na podłodze w kącie, widząc krwawiącego
Marcina bez namysłu wbiła zęby w łydkę Rose.
Rose pozbyła jej się tak samo, jak przed chwilą kota, jednym
wierzgnięciem. Majka potoczyła się niczym gruszka pod stopy
Wasyla, który podniósł ją na nogi, po czym jednym gestem
potężnego ramienia wystawił na korytarz. Z twarzą umazaną krwią
i gniewem, lśniącym w oczach, wyglądał tylko trochę mniej
groźnie niż Rose.
W tym momencie zresztą nie mogła wyglądać groźnie, bo
korzystając z faktu, że zajęta była Majką, Walter podciął jej
nogi, Lampard zaś przygniótł ją swym ciałem do podłogi. Wasyl
wyjął pasek ze spodni i związał jej ręce, Walter to samo zrobił
z jej nogami.
Nagle oczy dziewczyny wywróciły się, ukazując między powiekami
wyłącznie białka, jej ciało zaś zesztywniało jak deska.
- Rose? Jezu Chryste, Rose! - Lampard padł głową na jej pierś,
nasłuchując bicia serca. Kiedy się podniósł na jego twarzy
malowała się nieziemska ulga. - Żyje.
- Trzeba ją zanieść do sypialni i przywiązać do łóżka -
oznajmiła Molly.
- Frank, ona jest chyba... coś w nią, coś w nią wstapiło - rzekł
Walter, klepiąc Lamparda nieporadnie po ramieniu.
- Ona jest opętana - odezwała się ponuro Majka z korytarza,
głaszcząc zaszokowanego Keplera. - Egzorcysta live, nowy reality
show.
- Macie rację - przyznał ponuro Frank. - Coś w nią weszło i to
coś gra w przeciwnej drużynie.
Wasyl uniósł brwi.
- To trzeba wyrzucić gadzinę z boiska - oznajmił. - Leci z nami
egzorcysta?
- Chyba, chyba będziemy musieli sami... - zaczął Walter.
- Porozmawiać możemy później, teraz trzeba ją przywiązać -
oznajmiła stanowczo Molly. - Uczestniczyłam kiedyś w projekcie
badawczym nad zmianami fizjologicznymi w organizmie w czasie
opętania, oczywiście pojmowanego jako zjawisko psychiatryczne.
Byłam przy egzorcyzmach, wiem co się wtedy może dziać i to jest
dopiero początek.
- Zanieśmy ją do mojej sypialni - powiedział Lampard. Twarz miał
bladą i ściągniętą.
Wkrótce Rose, wciąż sztywna jak deska, leżała na łóżku
przywiązana za ręce i nogi, Frank zaś opatrywał jej łydki,
pokaleczone przez kota i Majkę.
- Nie ruszę się stąd, dopóki Rose nie będzie znow sobą -
oświadczył, delikatnymi ruchami nakładając na rany gazę jałową.
- I nie pozwolę jej skrzywdzić ani temu czemuś, ani wam.
Uniósł oczy, patrząc na stłoczoną w drzwiach grupkę. Wszyscy
zrozumieli bez trudu i bez słów, że Frank nie żartuje i że gotów
jest na wszystko.
Molly pod eskortą Wasyla i Waltera (który zdążył zamienić
widelec na porządny nóż kuchenny) udała się do szpitala po
specyfiki, które, jak twierdziła, okażą się niezbędne, między
innymi antybiotyk, glukozę w płynie i silne środki uspokajające.
- A ja? - zapytała Majka bezradnie. - Co ja mam robić?
- Lepiej zostań tutaj - Molly położyła dłoń na jej ramieniu.
Wasyl przeszedł obok nich, unikając spojrzenia Majki.
Opuścili mieszkanie i Majka została w zasadzie sama. Lampard,
zgodnie z zapowiedzią, tkwił w sypialni, przy wciąż katatonicznej
Rose. Mówił do niej bez ustanku, niczym do małego dziecka, jego
śpiewny głos słychać było przez zamknięte drzwi.
Popłakując i posiąkując nosem Majka ogarnęła nieco pobojowisko
w kuchni, zmiatając potłuczoną zastawę stołową, ocalałą zaś
wstawiając do zmywarki. Potem zaś zaczęła szukać wszystkich
zwierzaków, trzeba je przecież było obejrzeć i sprawdzić, czy
nie ucierpiały w tym całym zamieszaniu.
Jonesy schronił się w łazience, w koszu z brudnymi rzeczami swej
pani. Spod niebieskiej bluzy leżącej na wierzchu wystawał tylko
koniuszek rudego ogona,, reszta kota zaś zagrzebana była w odzieży.
Majka nie wyjmowała go, obadała tylko dokładnie palcami jego
ciało, szukając ewentualnych obrażeń, ale takowych nie było.
Znalezienie Celeste nie sprawiło żadnych problemów. Kotka, z miną
obrażonej primadonny, rezydowała na kanapie w salonie, krótkim
prychnięciem zaś wyraziła dosadnie co myśli o ewentualnym
badaniu. Wyglądała na absolutnie zdrową, Majka więc sobie
odpuściła i zajęła się psem.
Biedny, ciężko zszokowany Kepler usiłował się schronić pod
łóżkiem w jej pokoju, jednak ponieważ było ono dosyć niskie,
zmieścił pod nie tylko łeb i barki, reszta zaś swobodnie
wystawała na światło dzienne.
- Keplerku - przemówiła delikatnie Majka.
Wystający spod łóżka psi zadek merdnął ogonem. Nie trzeba było
długo przekonywać jego właściciela, żeby zdecydował się
wyczołgać i złożyć łeb na kolanach swej pani. Majka drapała go
przez chwilę, potem obejrzała dokładnie, stwierdzając, że poza
urazami natury psychicznej, pies jest absolutnie zdrowy.
- Dobre i to, w tym całym gównie - mruknęła, wtulając twarz w
puszystą siersć Keplera. Szaleństwo poranka dotarło do niej w
całej krasie, opętanie Rose, wyraz twarzy Marcina, gdy dowiedział
się o ciąży... Zaczęła płakać.
Nie wiedziała jak długo płakała, zanim zmęczona zasnęła, tuląc
się do psa.
Ekipa wróciła do mieszkania w całości, zaopatrzona we wszelkie
niezbędne środki. Przedsięwzięta przez nich ekspedycja odbyła
się bez większych problemów, jedyną niedogodność stanowili
paparazzi, którzy jakims cudem zdołali namierzyć Wasyla.
Ekspedycja, dla odmiany, zdołała ich bez wysiłku zgubić.
Po powrocie Molly udała się pełnić powinności natury medycznej
wobec Rose, natomiast Wasyl jął rozglądać się za Majką. Spała
w swoim pokoju, na podłodze przy łóżku, wtulona w psa, który
warował z poważną miną, jakby chciał powiedzieć "Widzisz?
Pilnuję jej!".
- Krasnal - Marcin usiadł na podłodze obok nich. - Śpisz?
Majka otworzyła jedno czerwone i zapuchnięte od płaczu oko.
- Wygrałeś talon na balon w kategorii najgłupsze pytanie -
mruknęła.
Wasyl uśmiechnął się.
- Widzę, że nie jest z tobą źle - zauważył. - Słuchaj, musimy
chyba porozmawiać, nie?
Majka usiadła i pomacała się po głowie.
- Cholera, wciąż jestem nieuczesana. I w piżamie - stwierdziła.
- I tak jesteś zaje... fajna - odparł Wasyl. - Ja wiem, że
zachowałem się trochę, no... nie tego...
- Miałeś prawo - mruknęła Majka. - W końcu to nie jest najlepszy
moment w twoim życiu na zupełnie nowego dzidziusia.
- Nie jest - stwierdził Marcin. - Ja tylko chciałem ci powiedzieć,
żebyś nie myślała, że no... że ten, że jesteś z tym sama. Bo
nie jesteś. Zrobiliśmy nowego człowieka, oboje i to nasza wspólna
sprawa, rozumiesz?
Objął ją ramieniem. Pachniała psem i czymś jeszcze, chyba
zieloną herbatą.
- Prawdę mówiąc - powiedziała, wtulając się w jego pierś. -
Nie spodziewałam się po tobie niczego innego. Jesteś cholernie
szlachetnym człowiekiem, Marcin. I właśnie za to cię kocham. Za
to, że jesteś jaki jesteś. Wasylowaty.
- Znaczy się wielki, durny i kudłaty? - mruknął.
- Również - odparła zwięźle Majka.
Marcin westchnął głęboko.
- Ja nie wiem co czuję, Krasnalku - powiedział. - A dokładniej, to
czuję się jak kot w pralce. Nie wiem co mam ci powiedzieć. Masz
mnie. Jestem z tobą i z tym małym, możecie na mnie liczyć. Więcej
obiecać nie mogę. Starczy ci tyle?
- Starczy - odparła Majka. - Musi starczyć. Przecież wiem o co
teraz grasz. Nie mogę wymagać więcej.
- Dziękuję - przytulił ją do siebie i pocałował w czubek głowy.
- Nawet nie wiesz jak bardzo.
- Spoko - mruknęła ciepłym oddechem gdzieś w jego pierś.
- Jakoś to wszystko poukładamy - powiedział, mając nadzieję, że
brzmi pewnie.
- Poukładamy - zgodziła się Majka. - Razem. Pamiętaj, ja jestem z
tobą zawsze. Nawet jak mnie nie ma, to i tak o tobie myślę. Więc
ty sobie nie myśl, że jesteś ze swoim życiowym bajzlem sam. Bo
nie jesteś.
Marcin nie zdążył odpowiedzieć, bo w tym momencie przez
apartament Lamparda przetoczył się potężny ryk, dobiegający z
głównej sypialni. Zerwali się oboje na równe nogi, spojrzeli na
siebie, po czym popędzili w kierunku źródła straszliwego dźwięku.
Była nim oczywiście Rose, której Molly właśnie robiła zastrzyk.
- Coś ty jej dała? - zapytała z przestrachem Majka.
- Antybiotyk - odparł Walter, pełniący rolę siostry
instrumentariuszki. Stał przy łóżku, z poważną miną, trzymając
w obu rękach tacę z jednorazowymi strzykawkami, igłami i ampułkami
leków. Rose zgrzytała zębami, toczyła z ust pianę i błyskała
białkami wywróconych oczu, prężąc się w więzach, aż
trzeszczało łóżko i od czasu do czasu rzucając przekleństwo w
stronę Lamparda, siedzącego u wezgłowia z drugiej strony.
- Wyszła z katatonii i znowu jest pobudzona - oznajmiła Molly.
Dłonią odzianą w chirurgiczną rękawiczkę sięgnęła na tacę
po ampułkę. - Alprazolam. Po tym powinna się uspokoić.
- Rosie - szeptał Frank. - Rosie, wiem, że tu jesteś. Musisz
walczyć, maleńka, wiem, że potrafisz. Musisz do mnie wrócić.
Igła zagłębiła się w bladej skórze przedramienia dziewczyny.
Molly wcisnęła tłoczek, Rose wygięła się w nieprawdopodobny
łuk, po czym opadła z westchnieniem w pościel, zamykając oczy.
Kiedy je otwarła, ujrzeli z powrotem jej tęczówki, okalające
szeroko rozwarte źrenice, w których jednak nie było już pustki.
- Frank? - powiedziała. - Frankie? Jesteś?
Frank ujął jej rękę, przywiązaną w nadgarstku do ramy łóżka.
- Jestem - powiedział.
- Nie widzę, nie pozwalają mi patrzeć - mówiła Rose gorączkowo.
- Widzę tylko to, co pozwalają mi widzieć.
Zadrżała.
- Te dzieci... Te dzieci - powiedziała. - I te dziewczyny, Laura,
Ronette, Zoe, Moira...
- Co z nimi? - zapytała Molly łagodnie.
- Widzę jak je zabija... - Rose szarpnęła się w więzach. -
Czarna Alix, widzę co im robi, jej oczyma. I jego oczyma. On myśli,
że robi wszystko z własnej woli, ale to nieprawda, nieprawda!
- Już dobrze, teraz jesteś ze mną - powiedział Frank. - Nie
musisz się bać.
- To ten lek, trzyma ich z daleka na chwilę... ale potem
przestaje... Frank, pomóż mi, proszę! Ja nie chcę tego widzieć!
Nie mogę, nie mogę już więcej! - po policzkach Rose popłynęły
łzy.
- Zrobię wszystko, maleńka - zapewnił Lampard łagodnie. - Ale
najpierw musisz porozmawiać z Molly. Możesz? Ona powie nam co
robić.
- Molly jest mądra - powiedziała Rose. - I Walter też. Porozmawiam
z Molly.
- Wyjdźcie proszę - Molly zwróciła się do zebranych.
- Nie Frank! - krzyknęła Rose. - Nie on!
- Frank zostanie - uspokajała Molly. - Reszta sobie pójdzie. Zgadza
się?
- Już idziemy - Wasyl chwycił Waltera i Majkę za ręce niczym
przedszkolanka i pociągnął do wyjścia.
Po jakiejś godzinie Molly wyszła, blada i zmięta, z sypialni i
stanęła w progu salonu.
- Czy ktoś może mi zrobić kawy? - zapytała słabo.
Cała trójka, Wasyl, Walter i Majka, zerwała się jak na komendę,
nieomal zderzając się ze sobą w przejściu.
- To może ty... - zaczęli Walter i Marcin równocześnie.
- To może wy się zajmijcie Molly, bo wygląda, jakby miała się
przewrócić, a ja zrobię kawy - zarządziła Majka, którą
wcześniejsza rozmowa z Marcinem przywróciła do życia.
Panowie zastosowali się do zalecenia, posadzili Molly na kanapie i
wsparli męskim ramieniem (Walter), Majka zaś nadciągnęła wkrótce
z tacą, wyładowaną serwisem do kawy.
- Może być trochę mocna - ostrzegła, stawiając cały majdan na
stole. - Chyba mi sie trochę za dużo sypnęło.
- Nie szkodzi, lubię mocną - oznajmiła Molly. Nalała sobie napoju
do filiżanki, rozlewając zaledwie odrobinę, podniosła do ust i
pociągnęła. Po czym zamarła z oczyma jak spodki.
- Dodałaś do tego płynnej smoły? - zapytała po dłuższej
chwili.
- Nie, sama kawa... - zdziwiła się Majka.
Wasyl spojrzał z niedowierzaniem na Molly i postanowił sam
spróbować nektaru. Nalał sobie, chlupnął po męsku całą
filiżankę do dna, po czym wzdrygnął się i bardzo szeroko
otworzył oczy.
- Dobrze, że jutro nie gram - oznajmił. - Bobym poleciał za doping
po tej kawusi, jak amen w pacierzu.
- No dobra, co z Rose? - Majka zawróciła rozmowę na właściwe
tory.
Molly odstawiła filiżankę na stół i odsunęła ją od siebie na
bezpieczną odległość.
- Rose jest opętana - powiedziała bez ogródek. - Zbadałam ją, to
nie jest żadna choroba psychiczna, żadna psychoza...
- Ty jesteś psychiatrą? - zdziwił się Wasyl. - Myślałem, że
doktorem Zimne Nóżki. Znaczy, pardon, patologiem.
- Psychiatria to była moja pierwsza specjalizacja - odparła Molly.
- Postanowiłam ją zmienić zaraz po tym jak... jak skończyłam
udział w tym projekcie o opętaniach, o którym wam mówiłam. To
było za ciężkie dla mnie... - potrząsnęła głową.
Walter bez słowa przykrył jej dłoń swoją dłonią, wpatrując
się w dziewczynę wzrokiem pełnym psiego wręcz oddania.
- Potrzeba będzie księdza, czy coś? - zapytała Majka.
- No właśnie, kto powinien przeprowadzić egzorcyzmy? - Marcin
zmarszczył brwi. - Ksiądz, pop, rabin, pastor...?
- Rose jest katoliczką, po ojcu - stwierdziła Molly. -
Najwłaściwszy będzie zatem ksiądz, zresztą tylko księdza
katolickiego mogę sprowadzić natychmiast. Co zresztą obiecałam
Frankowi.
- No to sprowadzaj, nie ma na co czekać - zakonkludował Wasyl.
Molly wyciągnęła zatem swoją komórkę i odbyła z jej pomocą
krótką i treściwą rozmowę z niejakim księdzem Ghiottone.
- Będzie tu za kwadrans - oznajmiła, odrywając aparat od ucha. -
On jest dosyć oryginalny, więc proszę, nie zdziwcie się...
Zaprzysięgli wszyscy troje, że nie będą, bo cóż mogłoby ich
dziwić w księdzu.
Piętnaście minut później na nogi poderwał ich ryk silnika
motocykla, krążącego przed budynkiem.
- Harley? - Majka wyszła na balkon.
- Masz dobre ucho - pochwalił Wasyl, obserwując czarny, lśniący
motocykl, który wbił się własnie na wolne miejsce postojowe. -
Faktycznie, to chyba harley.
- To nie jest to nie jest harley - oznajmił stanowczo Walter, który
stanął w otwartych drzwiach balkonowych. - To zundapp.
- Ten, którym jeździli hitlerowcy w czasie wojny? - zdziwiła się
Majka. - Ksiądz jeździ zundappem?
- I to wojennym modelem - potwierdził Walter.
- Ej, a może to nie ksiądz, tylko znowu jakiś skrytozabójca? -
Wasyl spojrzał podejrzliwie na zsiadającą z motocykla postać,
odzianą w skórę i kask z przyciemnianą szybką. - Właźcie do
środka.
- Bo co, rzuci w nas kaskiem? - mamrotała Majka, posłusznie jednak
wracając do pokoju.
Marcin starannie zamknął drzwi balkonowe, wziął pogrzebacz i tak
uzbrojony stanął przy drzwiach.
- Boże, nie znowu... - mruknęła Molly, widzac jego przygotowania.
Zadzwonił dzwonek do drzwi, raz, drugi i trzeci. Marcin ścisnął
mocniej pogrzebacz, Molly zas wyjrzała przez wizjer, po czym
uśmiechnęła się szeroko i otworzyła drzwi.
Na progu stał istny Waligóra, wyższy nieco od Wasyla i absolutnie
nie ustępujący mu posturą. Odziany był w skórzaną kurtkę,
opinającą się na potężnej klacie i sprane dżinsy, pod którymi
prężyły się wielkie mięśnie ud. Twarz Waligóry też jakoś nie
nasuwała skojarzeń z osobą duchowną, miał on bowiem garbaty nos,
szczękę kwadratową i wystającą jak szuflada, oraz małe, brązowe
oczka, osadzone głęboko pod nastroszonymi brwiami.
- Synu, odłóż ten pogrzebacz - rzekł grzmiącym basem. - I niech
będzie pochwalony Jezus Chrystus.
- Niech będzie - zgodził się Marcin. - Ale skąd mam wiedzieć, że
naprawdę jestes księdzem?
- Bo ja ci mówię - oznajmiła Molly stanowczo. Wasyl z niechęcią
rozstał się z pogrzebaczem, wkładając go na powrót do stojaka
przy kominku.
Waligóra rozpiął skórzaną kurtkę, ukazując czarną koszulę z
koloratką i krzyż na srebrnym łańcuszku, wiszący mu na piersi.
- Dobrze, że odłożyłeś synu tę wajchę, bo nie chciałbym
musieć uszkodzić najlepszego obrońcy Leicester City - zauważył.
- Jestem Iago Ghiottone.
- Niech będzie pochwalony - wyrwało się Majce.
- Dzień dobry - rzekł Walter, zagorzały anglikanin.
- No dobra, to niech ksiądz wejdzie zatem - Wasyl wskazał dwornym
gestem salon. - Wyjaśnimy księdzu co i jak.
Ksiądz Ghiottone zdjął kurtkę, prezentując imponujące bicepsy,
pokryte równie imponującymi tatuażami, które wychylały się z
krótkich rękawów koszuli i rozsiadł się wygodnie w fotelu.
- Niezłe dziary, proszę księdza - rzekł Wasyl z aprobatą.
- A dziękuję, synu, to pamiątka z poprzedniego życia - odparł
ksiądz, rzucając jednocześnie okiem na lewe ramię rozmówcy. -
Twoje też są niczego sobie.
- Możemy przejść do kwestii duchowych? - zasugerowała Molly. -
Rose tam czeka i Lampard też.
- Lampard? Frank Lampard? - zdziwił się ksiądz. - Niezłe
towarzystwo tutaj się zebrało. Mogę?
Wskazał na dzbanek z kawą.
- Juz wystygła, zrobię świeżą - poderwała się Majka.
- Nie kłopocz się, dziecko, lubię taką - oznajmił duchowny.
Wział czystą filiżankę z tacy i nalał sobie letniego napoju, po
czym pochłonął go jednym haustem. - Taka jak lubię, czarna jak
piekło i mocna jak szatan.
- Co trzeba przygotować do egzorcyzmów? - zapytał Walter.
Ksiądz Ghiottone obejrzał go uważnie, od stóp do głów i z
powrotem.
- To ty jesteś tym przystojniakiem, który zdobył naszą Molly? -
zagrzmiał. - Bardzo miły chłopak z ciebie, tylko traktuj ją
dobrze. To wrażliwa dziewczyna.
Walter spłonął rumieńcem, Molly wzniosła oczy do nieba,
tymczasem ksiądz kontynuował.
- Dopiero co wróciłem ze zlotu motocyklowego w Sherwood, tam mój
kumpel ma parafię, stary dobry Tuck, no więc nie mam ze sobą
ciężkiego sprzętu, zaraz, gdzie ja to... - rozejrzał się dokoła,
zlokalizował rzuconą niedbale na poręcz fotela kurtkę i wyjął z
jej kieszeni podniszczoną książeczkę w czarnej oprawie oraz
starannie złożoną stułę. - Rituale Romanum. Najważniejsze
jest! Przygotujcie no mi jakiś garnek z wodą i duży pędzel, macie
taki?
- Kuchenny - odparła Majka. - Do smarowania rusztów oraz pieczeni,
w szufladzie widziałam.
- Może być - oznajmił ksiądz. - I świece się przydadzą,
najlepiej białe.
Majka pomaszerowała do kuchni, za nią poszedł Wasyl. Molly i
Walter jęli przetrząsać zakamarki salonu i innych pokojów w
poszukiwaniu świec. Celeste, drzemiąca do tej pory na kanapie,
teraz się przecknęła i z ogonem celującym w sufit przemaszerowała
na ramię księdza.
- O jaki miły koteczek - ucieszył się Ghiottone. Futrzasta furia,
zamiast odpowiedzieć ciosem pazurów, zaczęła mruczeć. - Lubię
koty, sam mam dwa.
Kiedy zestaw do egzorcyzmów, składający się z jednego pędzla
kuchennego, garnka stalowego, wypełnionego wodą z kranu i dwóch
świeczek o zapachu wanilii (innych nie znaleziono) stanął przed
księdzem, ten zlustrował całość z aprobatą, nałożył stułę,
uczynił znak krzyża nad wodą, po czym spojrzał na obecnych.
- No dobra - rzekł. - Pamiętajcie, że to coś, co w niej siedzi,
będzie mówiło wam różne, paskudne rzeczy. Nie zwracajcie na to
uwagi, nie dajcie się sprowokować, ono w ten sposób szuka waszych
słabych punktów. Idziemy!
Rose spała, czy też pogrążyła się w letargu, siedzący zaś
obok łóżka Lampard złożył głowę na złączonych dłoniach, co
wyglądało jakby się modlił.
- Lamps, przybyły posiłki - zaanonsował Marcin bezceremonialnie.
Frank poderwał głowę i spojrzał
na idącego na czele grupy księdza. W jego oczach odmalowało się
wyraźne niedowierzanie.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus - rzekł ksiądz Ghiottone.
Powieki Rose otwarły się, jakby były na sprężynach.
- Kto to, przepraszam, jest? - zapytał Lampard, lustrując
duchownego od kędzierzawej czupryny, przez zakazaną mordę i
wydziargane przedramiona, po sprane dżinsy i motocyklowe buty. -
Wasyl, to twój brat, czy coś?
- Mam jednego brata i gwarantuję ci, że nie jest księdzem - odparł
Wasyl. - Miałby drobny problem z celibatem.
- Każdy by miał, synu - zaznaczył Ghiottone głosem, który miał
być w zamierzeniu szeptem, ale przetoczył się po pomieszczeniu jak
grzmot. - Zaręczam ci własnym bogatym doświadczeniem.
- To jest ksiądz Iago Ghiottone, mój wieloletni przyjaciel -
zaprezentowała elegancko Molly. - Widziałam go, jakby to
powiedzieć... przy pracy?
- To jest ksiądz? - Lampard ciągle nie dowierzał. - Wygląda jak
jakiś...
- Bandzior? - dokończył ksiądz uczynnie. - Nie sądź, synu, po
pozorach. Kochasz tę dziewczynę? - wskazał spojrzeniem Rose, która
obserwowała go, nieruchomym, gadzim spojrzeniem.
- Tak, kocham - odparł Frank. - Bo co?
- Bo to dobrze - rzekł ksiądz spokojnie. - Twoja miłość będzie
jej drogowskazem, pozwoli jej wrócić do swojego ciała.
- Wciąż wierzysz w miłość, księżulku? - zapytała nagle Rose.
Głos miała chrapliwy i niski. - Taki stary, a taki naiwny. Nie
pamiętasz już jak miłość boli? Przecież przed nią uciekłeś,
schowałeś się pod sutanną. Czy mam powiedzieć pod kiecką?
Mięsień zadrgał na szczęce
księdza, poza tym jednak Ghiottone zachował spokój. Otworzył
Rituale Romano, ujął
w dłoń kropidło i jął odczytywać kolejne wersety, gęsto
kropiąc wodą święconą z garnka. Rose wyła, ryczała i wyginała
się tak mocno, że aż więzy trzeszczały, trzeszczało także
łóżko. W odpowiedzi na słowa księdza wyrzucała z siebie potoki
przekleństw, takich, że nawet obaj piłkarze obecni w pokoju, byli
zaszokowani, zwłaszcza, że część bluzgów była skierowana pod
ich adresem.
- W imię Matki Bożej, demonie, nakazuję ci, wyjaw swe imię! -
zagrzmiał Ghiottone. - Kim jesteś?
- Spierdalaj - odparł demon i splunął księdzu w twarz, ohydną,
zieloną plwociną. Demon, bo twarz była tak wykrzywiona i tak
koszmarna, że w najmniejszym stopniu nie przypominała Rose.
- Zła odpowiedź - odparł ksiądz, ocierając policzek podsuniętą
mu uczynnie przez Waltera chusteczką. - W imię Matki Bożej
nakazuję ci ujawnić się!
- Bo co mi zrobisz? Znowu będzie prysznic, kutafonie z kołnierzykiem
tyłem do przodu? - prychnął demon.
Ksiądz Ghiottone bez słowa odgiął
tylną okładkę Rituale
i wyjął zza niej małą, płaską buteleczkę.
- Woda z Lourdes - powiedział.
- O kurwa - jęknął demon. - Nienawidzę was, tych od światła,
ono parzy, wy świętojebliwe buce!
- W imię Matki Boga nakazuję ci ujawnić się! - zaryczał
Ghiottone i skropił Rose wodą z Lourdes. Jej skóra zczerwieniała,
pokryła sie bąblami i jęła dymić.
- Parzy, paaaarzyyyyy! Paaaarzyyyyy! - zawył demon.
- Imię! - ryknął ksiądz.
- George! - wył demon, rzucając się i wijąc. - George Keogh!
Znałem Jimmy'ego Abneya, to był mój kumpel! Przygarnął mnie,
kiedy byłem na dnie! A ta mała dziwka mnie uwodziła, kręciła tym
swoim zadeczkiem przed moim nosem, a potem suka jedna, nie chciała
mi dać! Aaaaaa! Paliiii! Utopiłem się przez tę kurwę, dziwisz
się, że chciałem jej odpłacić?!
Lampard mienił się na twarzy różnymi kolorami, z przewagą
czerwieni i sinego.
- Spokojnie, synu - rzekł ksiądz. - To tylko nieduży
ektoplazmatyczny smark.
- Sssssssssmarrrrrk? - głos demona przeszedł ze sznapsbarytonu w
sykliwy alt. - Sssssssssmark? A ssso powiesz księżulku na to?
Twarz Rose zmieniała się, topiła się, jakby była z wosku, by za
chwilę przypbrać całkowicie nowe rysy, które po chwili wygładzały
się i zanikały, ustępując miejsca innym.
Coraz bardziej przerażona tym szatańskim spektaklem Majka
gwałtownie wypuściła powietrze i stwierdziła, że z ust bucha jej
para.
- Słuchajcie, tu jest zimno - stwierdziła.
- Zimno? Nie zauważyłem - zdziwił się Wasyl.
- Pewnie dlatego, że jest powyżej minus dwudziestu - mruknęła
Majka, chowając ręce w rękawy.
- To normalne przy opętaniach - pouczyła Molly. Objęła się
ramionami, usiłując się rozgrzać.
W tym momencie zgasło światło, wszystkie żarówki w pokoju, jak
na komendę, wyłączyły się z cichym pyknięciem.
- W całym mieszkaniu jest ciemno - zaraportował Marcin, wyjrzawszy
dyskretnie na korytarz. - Skoczyć do ciecia...?
- Nie trzeba... - zaczęła Molly. W tym momencie więzy na
nadgarstkach Rose pękły, jakby były z papieru, a ciało dziewczyny
uniosło się pod sufit.
- Rose! - wrzasnął Frank. - Księże, zróbże coś!
Rose odwróciła się płynnie, jak kosmonauta w stanie nieważkości,
plecami do góry. Jej twarz była niczym biala, gładka maska, w
której lśniło twardym, kwarcowym blaskiem dwoje jasnych oczu.
- Kim jesteś? - zapytał ksiądz.
- Dzieci- wyszeptała Rose. Jej włosy dryfowały wokół głowy
niczym czarny obłok. - Moje dzieci. Słyszycie?
Pokój wypełnił się przeraźliwymi
dziecięcymi jękami i płaczem, krzykami i zawodzeniem. Molly
zacisnęła kurczowo powieki i pięści, Walter zgiął się w pół,
jakby chciał zwymiotować, Majka kurczowo zatkała uszy dłońmi, a
Wasyl rozglądał się dokoła szeroko rozwartymi oczami, dygocąc
przy tym spazmatycznie.
- W imię Matki Bożej nakazuję
ci... - zaczął Ghiottone, wznosząc kropidło. Rose zasyczała jak
wąż, po czym wycelowała w księdza palec.
- Jak śśśśśśśśśśśśśmieszszsz,
klecho! Myślisz, że się jej boję? Myslisz, że ty możesz mi coś
kazać? Mnie, Czarnej Alix, kochance Tego Który Wędruje W Mroku?
Machnęła dłonią i chór
dziecięcych głosów gwałtownie zamilkł.
- Poznaj moją moc, księże -
powiedziała, po czym runęła gwałtownie na łóżko.
Lampard rzucił się w stronę
posłania, ale nim tam dotarł, ona obróciła się na plecy, a
właściwie została obrócona, postawiona na nogi, a potem wygięła
się tak, że czubek jej głowy dotykał pięt.
- Booooooooooooooooooliii! - teraz
krzyczała prawdziwa Rose. - Kurwa, jak to boli, Frankie, pomóż!
- W imię Ojca i Syna i Ducha
Świętego nakazuję ci puścić tę dziewczynę! - ryczał
Ghiottone, kropiąc zaciekle wodą święconą. Frank spróbował
rozprostować Rose, ale była napięta niczym stalowa lina i bał
się, że mógłby zrobić jej krzywdę.
Nagle rozlużniła mu się w
dłoniach i spłynęła na łóżko.
- Frankie... - jęknęła. - Przytul
mnie!
- Synu, stój! - zagrzmiał ksiądz,
jednak na próżno. Frank już trzymał Rose w objęciach. Jej skóra
była zimna i wilgotna, jej oddech tak lodowaty, że niemal parzył
mu szyję.
- Rose? - Frank odsunął od siebie
dziewczynę i spojrzał jej w twarz.
Ujrzał gładką, białą maskę i
parę kwarcowych oczu.
Dłonie dziewczyny wystrzeliły
błyskawicznie i chwyciły go za szyję, ściskając z potworną
siłą. Przed oczyma Lamparda zatańczyły czarne płatki, pierś
przeszył palący ból. Wasyl próbował oderwać ręce Rose od szyi
Lamparda, jednak mimo, że włożył w to całą swoją niebagatelną
siłę, nie dał rady. Wtedy ksiądz chwycił garnek z wodą święconą
i po prostu wylał zawartość na głowę Rose.
Wrzasnęła strzaszliwie, uwalniając
Lamparda, kłęby pary wzniosły się w powietrze, świece przygasły
na moment tak, że widać było tylko czerwono żarzące się knoty.
Wasyl przysiągłby, że przez chwilę widział w kącie pokoju
Czarnego Mężczyznę, z drwiącym uśmiechem pod rondem utkanej z
ciemności fedory. Potem płomienie wystrzeliły na powrót, a Wasyl
spojrzał na Rose akurat we właściwym momencie, żeby zobaczyć
nadlatującą w jego stronę pięść. Przed oczyma wykwitły mu
gwiazdy, gdy lądował z brzękiem i łomotem na jakiejś szafce,
potem zaś przez pokój przeleciało coś, co wydało się Marcinowi
w pierwszej chwili manekinem. Dopiero gdy ten manekin wyrżnął
potężnie głową i plecami o ścianę, Wasyl zorientował się, że
to był Lampard.
Potem wszystko ucichło.
Marcin zerwał się na równe nogi.
Rose leżała na łózku nieprzytomna i bezwładna jak zmieta szmata,
nad nią pochylał się ksiądz. Molly grzebała w torbie z lekami,
Walter jej asystował, Majka zas, potykając sie na zaściełających
podłoge odłamkach i przedmiotach, szła w stronę Franka.
- O Jezu, Marcin... - jęknęła. -
On w ogóle żyje?
Frank leżał przy ścianie w
dziwnej pozycji, wyglądał zupełnie jak połamana lalka. Strużka
czerwieni ciekła z kącika jego ust, znacznie większa ilość
czerwieni zaś znaczyła ścianę za jego głową.
Był nieprzytomny.
___________________________________________________________________________
Wreszcie skończyłam rozdział piętnasty. Poszłam w zupełnie dziwnym kierunku, nie mam pojęcia gdzie skonczę, ale dobra, mam nadzieję, że wam się spodoba :D
A to Pan Seksowny jako bonus :)
Martina

Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.
OdpowiedzUsuńZuooo 666 jak mi się to podoba! Widzę, że udzielił Ci się mój nastrój na dokumenty i książki o opętaniu, to taki "radosny temat". Podoba mi się ksiądz egzorcysta nie przypomina księży, którzy zajmują się takimi zadaniami.
OdpowiedzUsuńWspółczuje Rose, bo myślała że uwolniła się od koleżki swojego dziadka, ale jak widać znalazł na nią sposób z zaświatów. Krwawa Alix jest przerażająca i ten mężczyzna w kapeluszu z początku opowiadania brrrrr.... Biedny Franio i Wasyl, demony nieźle ich poturbowały mam nadzieję że Lamps się jednak ocknie!
Czekam z zapartym tchem na kolejną część. Pozdrawiam :)
To jest genialne. Właśnie to uwielbiam w tym opowiadaniu - że wkraczamy tu w sfery, które w normalnym życiu zazwyczaj omijamy szerokim łukiem. A Ty to genialnie po prostu opisujesz.
OdpowiedzUsuńJa od początku tego rozdziało czułam, że coś jest nie w porządku. Rose zawsze lubiła kąsać, ale nie w ten sposób. No i się wszystko zgadza.
Fajny ksiądz xd
pozdrawiam ;)
Kochana, co ja mogę powiedzieć oprócz tego, że to opowiadanie jest jednym z najlepszych, które czytałam:) Serio, sama chciałabym tak super pisać:) Zaszalałaś i to ostro w tym rozdziale, trochę się wszystko pokomplikowało, całe szczęście nasi piłkarze potrafią w ciężkich przypadkach okazać dużo zdrowego rozsądku. Lampard jest mega zakochany i czuły dla Rosie, dobrze, że nie wystraszył się, dzięki temu dziewczynie było dużo łatwiej przezwyciężyć złego ducha. No to nieźle potraktowałaś Wasyla, facet ma teraz mega ciężko, no weź go tak nie męcz:) Cudowne opko, oby tak dalej:) Pozdrawiam ciepło, lemoniada^^
OdpowiedzUsuńo cholercia ^^ co Ci powiem, to Ci powiem, ale Ty umiesz trafić w to, co lubię. nigdy wcześniej bym nie pomyślała, że w jakimś opowiadaniu o piłkarzach natknę się na wątek z egzorcyzmami, a tu proszę, taka niespodzianka! ten temat naprawdę wydaje mi się bardzo ciekawy i już od gimbazy się w nim zagłębiam, w ogóle zresztą parapsychologia potrafi wciągnąć, mimo wszystko ale nie o tym. :D
OdpowiedzUsuńfaktycznie, było widać, że z Rose jest coś nie tak. trochę szkoda mi Majki i Marcina, że wieść o ich dziecku ujrzała światło dzienne akurat w w takiej chwili i że Majka musiała usłyszeć tyle niemiłych rzeczy.
ale dobra, bo ja najbardziej chciałam Cię zapytać JAK MOGŁAŚ NAM TO ZROBIĆ I ZAKOŃCZYĆ W TAKIM MOMENCIE?! biedny Frank. mam nadzieję, że wyjdzie z tego.
do kolejnego! <3