The sky is still blue
The clouds come and go
Yet something is different
Are we falling in love?
The clouds come and go
Yet something is different
Are we falling in love?
Don't let yourself be hurt this time
Julee Criuse "Falling"
Za oknem sypał śnieg. Cały świat przykryty był grubą, białą
pierzyną i ledwo widoczny zza falującej na wietrze zasłony,
utworzonej z milionów opadających płatków. Na parapecie utworzyła
się pokaźna zaspa, wspinająca się na szybę białymi mackami i
najwyraźniej ciągle rosła.
Majka oderwała zaspane spojrzenie od arktycznego pejzażu na dworze.
Wymacała komórkę na nocnej szafce i sprawdziłą godzinę. Uj,
trzeba wstawać, pomyślała, bo Kepler, jak nic zaraz się zleje.
Obróciła się delikatnie na wznak, jednocześnie podnosząc
obejmujące ją ramię Marcina.
- Hhuummm? - zamruczał. - Chtóra est?
- Dziewiąta - odparła, wyskakując z łóżka. - Muszę psa
wyprowadzić.
Wasyl przetarł rękami twarz. Świadomość wracała mu wraz z
miłym, acz jednocześnie obciążającym wspomnieniem tego, co stało
się w nocy.
- Cholera - mruknął, patrząc, jak naga Majka wkłada szlafrok. -
To ja może pójdę do siebie.
Zawiązała pasek i sięgnęła po kosmetyczkę stojącą na
toaletce. Widział w lustrze, jak zagryzła wargi i poczuł się jak
ostatnia, podła świnia.
- No może lepiej idź - powiedziała. - Co mają gadać.
- Majka ja ten... ja, no, dzięki - rzekł, plącząc się
niemiłosiernie.
- Spoko - uśmiechnęła się.
Kiedy wyszła do łazienki, wylazł spod kołdry, wbił się w
dżinsy, a potem pozbierał porozrzucane dookoła fragmenty swojej
garderoby. Gacie leżały w popielniku kominka, wytrzepał je więc i
schował do kieszeni. Wsunął bose stopy w buty, po czym podszedł
do drzwi i nastawił uszu.
Z dołu słychać było brzękanie naczyń w kuchni i głos Majki,
wołąjącej psa. Po chwili szczęknęły drzwi frontowe, a w jadalni
Lampard zanucił jakąś kolędę.
Wstrzymując oddech i nienawidząc się za to co robił, Wasyl
wyszedł na paluszkach na korytarz, po czym zamknął drzwi, starając
się to zrobić jak najciszej. Był tak tym zaaferowany, że
chrząknięcie za jego plecami niemal przyprawiło go o zawał.
Podskoczył, gubiąc przy tym skarpetki, podniósł je, po czym
odwrócił się, chociaż domyślał się kto go zdybał.
- Cześć Rose - rzekł, tuląc zmiętą w kulę odzież do
obnażonego torsu.
Montoya, kompletnie odziana, stała w drzwiach swojej sypialni.
- Można wiedzieć - zapytała, punktując wypowiedź potężnym
trzaśnięciem drzwiami - co ty tu, do cholery, robisz?
- Wychodzę? - zasugerował.
- Wychodzisz - rzekła. - Z damskiej sypialni, z gaciami wystającymi
z kieszeni. Taaaa. Ciekawe gdzie zdążyłeś wejść.
- Pogadamy później - rzekł i czmychnął do łazienki.
Kiedy jakiś kwadrans później zszedł na dół, umyty i ubrany,
kompletnie i w świeżą odzież, Lampard w jadalni nakrywał do
śniadania, pogwizdując wesoło, natomiast Rose stała w salonie, z
ramionami skrzyżowanymi na piersi i miną nie wróżącą nic
dobrego.
Prawdę mówiąc ta mina wróżyła same złe rzeczy, zwłaszcza zaś
Wasylowi.
- Co ty sobie, kurwa, myślisz? - Rose nie traciła czasu na zbędną
dyplomację. - Spałeś z Majką?
- A co to, spowiedź święta? - Marcin nie zamierzał polec bez
walki. - Na księdza mi nie wyglądasz.
- Słuchaj no ty, nie pyskuj mi tu! - Rose wycelowała w niego
oskarzycielski palec. - Zaciągnąłeś Majkę do łóżka, a nawet,
kurwa, rozwodu jeszcze nie masz!
Nie wiedzieć czemu, skojarzyła się Wasylowi z jego babcią,
góralką i jej kazaniem, gdy przyłapała go na kradzieży cukierków
z kredensu. Miał wtedy siedem lat i zaraz po kazaniu dostał na
deser ścierą w ucho. Piekło jak diabli.
Opanował ścieżkę skojarzeń i wrócił do teraźniejszości.
- No nie mam rozwodu. No i?
- Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam! - Rose wzniosła oczy i dłonie
do niebios. - Rżniesz głupa, czy naprawdę jesteś głupi, Wasyl?
Nie rozumiesz co żeś narobił?
Lampard stanął w progu salonu, wyraźnie zaniepokojony.
- Rose... - rzekł ostrzegawczo.
- Przecież nie chciałem - mruknął Wasyl. - Tak wyszło...
- Samosie? - zapytała Rose jadowicie. - Majka się przeciagnęła i
przypadkiem nadziała się na twojego penisa? Dziewczyna jest w tobie
ślepo zakochana, a ty ją przelatujesz przy pierwszej okazji i rano
wiejesz z jej sypialni jak złodziej. Na pewno się teraz cudownie
czuje.
Marcin opadł na kanapę, zasłaniając dłońmi twarz.
- Kurwa... - mruknął.
Wyglądał jak kupka zmiętego nieszczęścia. Lampard, widząc to,
postanowił interweniować.
- Rose, może się wtrącę, ale nie powinnaś się do tego mieszać!
- Nie wtrącaj się Lampard! Chronicie siebie nawzajem, samce jedne!
Chłopy jak wy nic nie rozumiecie! Jesteście ulepieni z jednej gliny
a zamiast mózgu macie te swoje jądra, którymi odnajdujecie się
jak pieprzone GPS! Każde świństwo da się usprawiedliwić, bo
przecież on to kurwa zrobił niechcący prawda? - wycelowała palec
w Marcina. - Wykorzystałeś ją, baranie!
Wasyl poderwał się z kanapy.
- Myślisz, że tego nie wiem? - wrzasnął. - Myślisz, że nie
czuję się jak ostatni chuj? Wiem, że nie powinienem był, wiem, że
ją skrzywdziłem, ale to się już, kurwa, stało! I się nie
odstanie! Ja przecież...
Drzwi wejściowe otworzyły się i stanęła w nich Majka, z Keplerem
na smyczy, zarumieniona od zimna i obsypana śniegiem.
- Co tu się dzieje? - zapytała zdumiona, puszczając smycz. - Tak
się drzecie, że w Londynie was słychać.
Rose klapnęła na fotelu i sięgnęła po wino.
- A bo musiałam coś wytłumaczyć tym dwóm debilom - mruknęła,
nalewając sobie kieliszek. - Nieważne.
- Majka, możemy porozmawiać? - w oczach Wasyla odmalowało się
błaganie.
- Powinniście - mruknęła zgryźliwie Rose.
Frank wzniósł oczy w stronę sufitu.
- Rose, na litość boską... - zaczął.
- Co, mam się nie mieszać? - warknęła. - Ten cymbał ma jej sporo
do wyjaśnienia! Powinien ją przeprosić!
Marcin zacisnął szczęki, Majka zaś spojrzała na Rose z
nieukrywanym zdumieniem.
- Ale za co? - zapytała. - Za jedną z najpiękniejszych nocy w moim
życiu?
- No nie mogę... - jęknęła Rose. - Naprawdę jesteś taka głupia?
Naprawdę nie widzisz co on ci...
Lamps, widząc, że zanosi się na kolejną gniewną przemowę,
postanowił działać. Stanowczym krokiem podszedł do Rose, odebrał
jej kieliszek i odstawił na stół.
- Lampard, czy ciebie pogięło? - zapytała Rose.
Zamiast udzielić odpowiedzi, podniósł ją z fotela jak piórko i
przerzucił przez ramię. Wasyl i Majka obserwowali jego poczynania w
milczeniu, Rose natomiast, wyszedłszy z pierwszego szoku, zaczęła
wierzgać, wrzeszczeć i okładać Franka pięściami.
- Odstaw mnie ty palancie! Natychmiast! Zabiję cię za to, kretynie!
Postaw mnie!
- Myślę - rzekł Frank z olimpijskim spokojem, maszerując na
korytarz - że Wasyl i Majka potrzebują nieco prywatności.
Zamknął za sobą elegancko drzwi. Po chwili wrzaski Rose oddaliły
się i ucichły, widać Lampard wyniósł ją na piętro.
Majka spojrzała na Wasyla. Gapił się na padający za okem śnieg,
ogryzając paznokieć kciuka, chyba niezupełnie świadomy tego co
robi.
- No, co jest? - zapytała rzeczowo.
- Majka, ja ten, ona ma rację - wbił spojrzenie w dywan. -
Powinienem cię przeprosić. Za to... za ten. Za wczoraj.
- Nie masz za co - powiedziała, dziwiąc się, że jej głos jest
taki spokojny. Zdjęła czapkę, rzuciła ją na kanapę i zaczęła
rozpinać płaszcz. - Stało się i cześć.
Marcin spojrzał na nią i szybko przeniósł wzrok na swoje dłonie.
- Nie powinno było - powiedział. - Moja wina, jestem totalnie
rozpierdolony tym wszystkim i chyba potrzebowałem kogoś blisko...
- Twoja wina, moja wina, to nie ma znaczenia - głos Majki był
miękki, niemal pieszczotliwy. Rzuciła płaszcz na kanapę i
podeszła do Wasyla. - Popatrz na mnie. Proszę.
Uniósł głowę.
- Ja niczego nie żałuję - powiedziała, jej oczy lśniły. - Nie
obwiniaj się, bo nie masz o co. Dobrze wiesz, że tego chciałam.
- Wiem. I właśnie dlatego nie powinienem był. Wiem, że ty... -
przełknął ślinę. - Co ty czujesz. I ja nie...
- Marcin, wiem, że nie - przerwała mu. - Walczysz teraz o swoją
rodzinę i małżeństwo, ja to rozumiem. Nie chcę ci utrudniać
życia, nie chcę cię krzywdzić. Więc przestań się, do cholery,
samobiczować, bo ja się nie czuję wykorzystana. Jestem dużą
dziewczynką, wiedziałam co robię. I nie oczekiwałam, że to coś
zmieni między nami.
- A jak się czujesz? - zapytał cicho.
Majka uśmiechnęła się.
- Czuję się bogatsza o piękne wspomnienia - odparła. - Poza tym
jestem głodna. Chodź, zobaczymy co ta dwójka zdążyła zrobić w
temacie śniadania.
- W sumie - rzekł Wasyl po zastanowieniu. - Też bym coś przekąsił.
Ale nie wiem, czy nie należałoby wysłać Lampsowi wojska na pomoc.
Tak ze dwie dywizje zmechanizowane.
- Myślę, że Frank poradzi sobie sam - Majka uśmiechnęła się od
ucha do ucha. - On wie co robić.
Człowiek, o którym mówili, zamknął właśnie za sobą drzwi
sypialni Rose, po czym posadził niesioną na ramieniu wściekłą
furię na łóżku i sam usiadł obok niej.
- Co ty sobie wyobrażasz, Lampard? Że co jesteś, jakiś pieprzony
mucho macho? - wrzasnęła. - Tarzan w niebieskich majtkach? Odbiło
ci?
Frank uśmiechnął się jednym kącikiem ust.
- Jesteś cudowną kobietą, Rose - oznajmił. - Czasami jednak
stanowczo zbyt dużo gadasz.
- Ja ci zaraz pokażę cudowną kobietę! - chciała się poderwać z
kanapy, ale wylądowała w objęciach Franka. - Puść m... mmm...
Lampard odebrał jej możność mówienia w najprzyjemniejszy sposób
jakiego może użyć mężczyzna wobec kobiety, to jest głębokim
pocałunkiem. Rose próbowała się przez chwilę wyrywać, ale
skapitulowała wobec wszechogarniającej rozkoszy, wywoływanej
namiętnymi ustami i zwinnym językiem przez Franka. Pozwoliła mu
się całować, coraz głębiej i coraz namiętniej, ale gdy jego
wargi zsunęły się z jej warg na szyję, po czym powędrowały
niżej, gwałtownie oprzytomniała.
Pchnęła go w pierś, aż się zatoczył w tył. Frank poczuł się
jak człowiek, któremu ktoś gwałtownie wyciągnął spod nóg
obłoczek, na którym szybował właśnie przez bramy raju.
- Rosie... - zaprotestował, wyciągając ręce.
Rose bez namysłu trzasnęła go otwartą dłonią w twarz.
- Nie nazywaj mnie Rosie! - ryknęła. - Coś ty myślał, że jak
Wasyl zaliczył, to ty też będziesz mógł? Wszyscy jesteście
tacy sami, banda idiotów myślących fiutem!
Wybiegła z sypialni. Drzwi zatrzasnęły się z taką siłą, że
wiszący na ścianie obrazek zakołysał się i przekrzywił.
- No i skończyło się rumakowanie - westchnął smętnie Frank.
Piętro niżej, w kuchni, z sufitu posypał się tynk, lądując w
półmisku z wędlinami.
- O cholera - Wasyl spojrzał w górę.
- Może jednak wezwjmy to wojsko? - zaproponowała Majka.
- Czołgi - uściślił Wasyl. - Dzwoń po czołgi!
Wydłubywali właśnie spomiędzy różowych plastrów szynki białe
okruchy, kwicząc i zataczając się ze śmiechu (dopadła ich bowiem
okrutna głupawka), kiedy do kuchni wparowała Rose.
Ujrzawszy rozbawioną parę zmarszczyła brwi, po czym chwyciwszy
ścierkę jeła wydawać komendy.
- Wasyl, bierz tę szynkę i zjeżdżaj z nią do jadalni. I pilnuj,
żeby koty nie zeżarły! - oznajmiła.
- Koty siedzą pod choinką i aureolki poprawiają - odparł Marcin,
przezornie z daleka, znikając już za drzwiami. Rose zamknęła je i
spojrzała na Majkę.
- Przeprosił cię? - zapytała.
Majka przerwała na moment wykładanie tostów do koszyka, wysłanego
białą serwetką.
- Owszem - odparła spokojnie. - Wszystko sobie wyjaśniliśmy.
- I ty go tak traktujesz jak gdyby nigdy nic? - zdziwiła się Rose.
- Przeleciał cię i poleciał i jest spoko?
- Dla mnie jest - odparła Majka, wracając do układania pieczywa. -
Wyjmij maselniczkę, jest w kredensie.
- Ja nic nie rozumiem - Rose otwarła kredens z rozmachem i wyjęła
porcelanową miseczkę z masłem. - Uważasz, że to normalne, że
żonaty facet, który cię nie kocha, używa cię jako seksualnego
ekwiwalentu chusteczki do nosa, bo mu smutno?
Majka zacisnęła szczęki i zamknęła oczy. Kiedy je na powrót
otwarła lśniły podejrzaną wilgocią.
- Wiem, jak wygląda sytuacja - powiedziała. - I równie dobrze
można powiedzieć, że to ja wykorzystałam jego. Przecież, do
cholery, wiedziałam wczoraj, że jest kompletnie rozjechany
emocjonalnie i skorzystałam z tego, żeby pójść z nim do łóżka.
Z tego punktu widzenia to też wygląda chujowo, nie sądzisz?
- No tak jakby, ale...
- Ale co? Oboje jesteśmy dorośli, oboje wiedzieliśmy, że to zły
moment. Stało się i co ja na to poradzę? Przecież nie będę mu
tym truła dupy w chwili, kiedy on ma na głowie wyjątkowo paskudny
rozwód, a my wszyscy wielką misję ratowania świata. Kiepski
moment, żebyśmy się na siebie wzajem obrażali.
Czajnik elektryczny prztyknął przyciskiem i zionął parą. Rose
zalała wrzątkiem susz herbaciany w imbryczku, po czym spojrzała
poprzez obłoki pary na Majkę.
- Mimo wszystko sądzę, że Wasyl powinien dostać po nosie -
stwierdziła. - Zachował się jak idiota.
Majka westchnęła rozdzierająco.
- Ale nie wrzeszcz już na niego, dobra? Wiem, że masz dobre
intencje i dziękuję ci, ale odpuść mu. Wie czym zgrzeszył, już
nie będzie, a my się musimy trzymać razem.
Skończywszy tę przemowę, zabrała koszyk z tostami i wyszła. Rose
patrzyła przez chwilę na drzwi, potem w brunatną otchłań herbaty
w imbryczku.
- Oni seks wczoraj uprawiali - zapytała pustą kuchnię - Czy on jej
lobotomię penisem zrobił?
Chwilę wcześniej w jadalni zjawił się Lamps. Minę miał
rozanieloną, na policzku zaś czerwoną odbitkę dłoni.
- Przeżyłeś, gratuluję - Wasyl uniósł w górę kciuk.
- Ostra z niej dziewczyna - stwierdził Frank, osuwając się na
krzesło w rozmarzeniu. - Ale jak się te kolce z wierzchu usunie, to
ja ci mówię... Cudo, nie kobieta!
Wasyl rozejrzał się dookoła, podrapał po czuprynie, po czym
wydobył z barku flaszkę czerwonego wina.
- I tak nikt dzisiaj nigdzie nie jedzie, więc możemy zacząć od
rana - oznajmił. - Dzwoniłem do klubu, trening odwołany, drogi
zasypane, generalna masakra.
Nalał szkarłatnego napoju do dwóch kieliszków.
- Za cuda, nie kobiety - wzniósł toast. - I zainwestuj w dobre
obcęgi, stary.
- Obcęgi? - zdziwił się Frank, unosząc swój kieliszek. - Do
czego?
- Do usuwania kolców - wyjaśnił Wasyl.
W eleganckim apartamencie, w sypialni z widokiem na imponującą, acz
mocno zaśnieżoną, panoramę Leicester, dominującym kolorem był
grafitowy. Tej barwy były ściany, podłoga, wyłożona włoskim
marmurem, oraz wielkie łoże, zasłane pościelą w kolorze, a
jakże, grafitowym. Nad łożem wisiało na ścianie gigantyczne,
czarno-białe zdjęcie, przedstawiające Roberta Geya w grafitowym
garniturze, na suficie zaś lustro. Pan Grey lubił oglądać sam
siebie, a jego asystent, Hinten Linksarsch, lubił zakradać się do
tego pokoju na chwilę prywatnej przyjemności, kiedy jego pracodawcy
nie było w domu.
Tym razem jednak był i spoczywał na łożu, odziany w szlafrok w
ulubionym kolorze, poddając się masażowi stóp, wykonywanemu przez
młodą Tajkę.
Zaczynał się już nudzić. Nie obchodził świąt, żadnych, prócz
własnych urodzin, cały ten zamęt z choinkami i tak dalej działał
mu wyłącznie na nerwy. Pragnął rozrywki i pobudzenia, a jego
najważniejsze interesy musiały chwilowo pójść w odstawkę.
Zrobiło się za dużo szumu, to tylko szkodziło rozwojowi spraw, a
teraz zdziałał już tyle, że mógł pozwolić sobie na małą
przerwę.
- Zjeżdżaj - kopnął dziewczynę nogą. Pozbierała olejki i
znikła za drzwiami, powiewając welonem czarnych włosów. -
Hiiiiiiinteeeeeeen!
W głębinach apartamentu zabrzęczało tłuczone szkło.
- Już idę, panie Grey! - głos asystenta był stłumiony i chyba
zaspany.
Grey westchnął. Dawno by zwolnił tego niezgrabnego cymbała, gdyby
nie był on tak przeraźliwie lojalny i oddany. No i dawał sobą
pomiatać jak nikt inny, co Greya niezmiernie bawiło.
- Nudzę się - oznajmil Grey wchodzącemu asystentowi. - Wymyśl
coś!
- Ale co proszę pana? - Hinten zamrugał swoimi rybimi oczyma.
- To ja mam wiedzieć? - warknął Grey. - Coś, żebym się nie
nudził!
- Moe ten nowy burdel w Rothley? Bardzo dyskrety i ekskluzywny -
zasugerował Hinten.
- Idiota - orzekł zwięźle jego pryncypał.
- A wyjście do klubu...?
- Masz ograniczoną wyobraźnię. Burdele, kluby, co jeszcze, może
puby? - Grey poprawił fryzurę, przegladając się w sufitowym
lustrze. - A właśnie, a'propos pubów, czy złożyliśmy kolejną
propozycję tej tam całej Montoyi?
- Jeszcze nie szefie - odparł pospiesznie Hinten. - Sam pan kazał
poczekać.
- Zmieniłem zdanie. Przynieś mi telefon.
Grey poczuł falę rozkosznej ekscytacji. To mogło być naprawdę
dobre.
Pierwsze święto toczyło się leniwie. Po śniadaniu cała czwórka,
waz z psem, udała się na długi spacer. Ulepili dwa bałwany, przy
czym Rose twierdziła, że jeden powinien nazywać się Wasyl, a
drugi Frank, stoczyli krótką, ale zajadłą wojnę na śnieżki,
potem zaś rozegrali mecz z użyciem bryły śniegu zamiast piłki.
Za każdym kopnięciem Kepler usiłował łapać śniegową piłkę w
zęby, przeto Wasyl uznał, że pies sędziuje.
Zmarznięci, wrócili do domu, by rozgrzać się przy filiżance
kawy, lub herbaty, wedle uznania. Rose nastawiła indyka, który,
upiekłszy się, okazał się wyborny. Trawili właśnie błogo, przy
kieliszku czegoś mocniejszego, oglądając w telewizji stary
western, gdy w świąteczną atmosferę wdarło się brzęczenie
komórki.
Mamrocąc coś gniewnie Rose wydłubała aparat z kieszeni dżinsów
i przyłożyła do ucha.
- Sekretarz Greya, ten jak mu tam, Zadek, Dupek... - powiedziała.
- Hinten? - podpowiedziała Majka.
- No wiedziałam, że coś z tyłem! - ucieszyła się Rose. -
Zapowiedział uroczyście, że jego szef chce ze mną gadać.
- Grey? - zdziwił się Lampard. - A czego ta menda chce?
Rose przełączyła na głośnomówiący, Wasyl zaś wyciszył
telewizor.
- Słucham - przemówiła tonem, sugerującym, że wcale nie ma
ochoty słuchać.
- Panna Montoya? - w głosie Greya brzmiała uwodzicielska nuta.
- Nie, arcybiskup Canterbury, właśnie błogosławię fabrykę
wibratorów. Czego pan chce?
Wasyl, który właśnie pił piwo, zakrztusił się. Pomocna jak
zwykle Majka jęła go klepać po plecach, co zabrzmiało jak seria
dudniących grzmotów.
- Ma pani tam burzę? - zdziwił się Grey.
- Aha, z piorunami - przyświadczyła Rose. - A na herbatkę o piątej
wpadnie tornado. Czego pan u diabła chce?
- Niczego. Wręcz przeciwnie, to ja mam propozycję dla pani - w
głosie miliardera zabrzmiała fałszywa słodycz. - Bardzo korzystną
propozycję.
- Ta? A niby jaką?
- Pani pub ostatnio na siebie nie zarabia, prawda?
- Gówno prawda, tarzam się w kasie jak Scrooge.
- Uwierzyłbym, gdybym nie wiedział, że służby sanitarne zamknęły
Ten Bells przed samymi Świętami. A to wszystko dlatego, że
odrzuciła pani pewną bardzo korzystną ofertę...
Rose zgrzytnęła zębami.
- Mam rozumieć, że to twoja robota, ty pieprzony świrze? -
warknęła. - To ty zamknąłeś mi pub?
Ze słuchawki dobiegł śmiech.
- Mam duże wpływy, panno Montoya - rzekł Grey. - Tak duże, że
sanitarni otworzą pani lokal z powrotem na jedno moje skinienie.
- Ale nie za darmo, jak sądzę? - zapytała sarkastycznie Rose.
- Bystra z pani osoba. Widzi pani, uraziła mnie pani odrzuceniem
propozycji wysuniętej przez moją firmę. Jestem jednak człowiekiem
wielkodusznym i chętnie puszczę tę urazę w niepamięć. Musi pani
tylko okazać gotowość do rozmowy ze mną.
- Mianowicie jak?
- Proszę, aby przyszła pani na prywatne spotkanie ze mną, w
Sylwestra. Tylko my dwoje.
Szczęki Lamparda zacisnęły się, a jego oczy zabłysły jak stal.
- Pan mi proponuje randkę? - zapytała Rose, zdumiona.
- To pani interpretacja. Aha, o pani stroju decyduję ja. I
uprzedzam, jeśli poczuję się bardziej urażony, zamknę ten pani
przybytek na zawsze.To jak będzie?
Frank, Majka i Wasyl zamarli w oczekiwaniu na soczystą wiązankę
pod adresem Greya. Odpowiedź Rose zaskoczyła ich.
- Muszę się zastanowić.
- Ma pani czas do trzydziestego grudnia. Do zobaczenia, panno
Montoya.
W salonie zapadła głęboka cisza. Rose schowała telefon do
kieszeni, Lampard natomiast poderwał się, chwycił stojącą na
stole butelkę wina, nalał sobie pełny kieliszek i wychylił od
razu do dna.
- Ty chyba nie zamierzasz spotykać się z tym czubkiem? - stanął
nad Rose.
- A mam inne wyjście? - zapytała jadowicie. - I tak zarobki ze
Świąt i Sylwka mam z głowy, a to kupa kasy.
- Al Grey to psychopata! Cholera wie co ci może zrobić, zgwałci
cię, albo zamorduje i co?
- I będę nieżywa. Frank, czy ty przypadkiem trochę nie
histeryzujesz?
- Nie chcę się wtrącać - rzekł ostrożnie Wasyl. - Ale ten facet
na normalnego mi nie wygląda.
- Lampard? - zapytała Rose zgryźliwie.
- Nie! Grey! Lamps może trochę przesadza, ale sam na sam z tym
typem faktycznie może być niebezpieczne.
- Też mi się tak wydaje - mruknęła Majka.
- A co mam zrobić? Stracić źródło utrzymania i przy okazji
pozbawić pracy trzy inne osoby?
- Dwie - poprawił Lampard. - Kelnerki ostatnio masz z agencji pracy.
- No to dwie, tak się składa, że to moi przyjaciele, którzy wiele
dla mnie zrobili. I co, mam patrzeć jak lądują na bruku?
Frank chwycił się za głowę.
- Rose, do cholery, ja zapłacę łapówkę sanitarnym, zatrudnię
twoich kucharzy, ja ci nowy pub nawet kupię, ale odpuść sobie!
Rose wstała i spojrzała mu prosto w twarz. Przez chwilę mierzyli
się oczyma, jej czarne i płonące przeciw jego morskim.
- Lampard, ja nie będę chować się za twoimi plecami - powiedziała
dobitnie. - Sama załatwiam sobie sprawy.
- I sama załatwisz sobie gwałt! - wybuchnął Frank.
Rose tylko patrzyła na niego w milczeniu.
- Chrrryste... - jęknął. - Wolałbym już zakochać się w
Godzilli.
- A zakochałeś się w Rose? - wyrwało się Majce.
Lampard klapnął na fotel i przygarnął do siebie butelkę z winem.
Rose pozostała nieprzejednana. Mimo próśb i perswazji przyjaciół,
a także awantur ze strony Franka, była zdecydowana przyjąć
propozycję Greya.
Trzydziestego stycznia pod Ten Bells pojawił się posłaniec z
wielką paczką, zawiniętą w grafitowy papier.
- Od pana Greya. Kazał zapytać, czy pani przyjmuje jego propozycję
- rzekł, podając pakunek Rose.
- Przyjmuję - odparła Rose. - Co to jest?
Spojrzał na nią wrokiem śniętego dorsza.
- W środku pan Grey załączył liścik - odparł. - Jutro o ósmej
przyjedzie po panią limuzyna.
To rzekłszy rzucił jej, nie wiedzieć czemu, spojrzenie pełne
urazy, odwrócił się na pięcie i poszedł.
Rozpakowywała właśnie paczkę, gdy do środka wtoczyła się
nierozłączna ostatnio trójka, czyli Wasyl, Majka i pies. Od czasu
wigilijnego incydentu Marcin chodził za Majką jak kwoka, pilnując
jej prawie na każdym kroku, zapewne w ramach zadośćuczynienia.
- Co to jest? - zapytała Majka, wskazując dwa grafitowe pudła w
zwojach grafitowego papieru, leżące na jednym ze stolików.
- Przesyłka od Greya - mruknęła Rose. Otworzyła bardziej płaskie
z pudeł i wyjęła zeń krwistoczerwoną sukienkę. Dekolt tej
kreacji, wycięty w szpic, sięgał, bez żadnej przenośni, pępka,
podobnie rozległe wycięcie, trzymane w kupie tylko dwoma
cieniusieńkimi sznureczkami, znajdowało się też na plecach,
spódnica zaś musiałą kończyć się centymetry poniżej krocza
nosicielki.
Wasyl gwizdnął przeciągle.
- Kiecka wystawowa - orzekł. - No wszystkie wdzięki są na
wystawie, nie pozostaje nic dla wyobraźni - wyjaśnił w odpowiedzi
na pytające spojrzenia dziewczyn.
W tym momencie drzwi frontowe szczękneły i w progu pojawił się
Lampard.
- Rose, mam rozwiązanie! - zawołał, potrząsając trzymanym w
dłoniach pudełkiem. Potem wzrok jego padł na trzymaną przez Rose
sukienkę.
- Co to jest? - zapytał, blednąc i czerwieniejąc na przemian.
- Grey to przysłał - wyjaśniła Majka. - Rose ma to włożyć na
spotkanie.
- To? - Lampard wskazał palcem skąpą kreację. - Ten strój
służbowy prostytutki?
Rose bez słowa odłożyła kieckę i otwarła drugie pudło. W
środku znajdowały się srebrne buty na niebotycznie wysokich
obcasach i z platformami o rozmiarach Empire State Building.
- Pięknie. Przysłał ci ciuchy dla dziwki - rzekł jadowicie Frank.
- Nie wątpię, że o dziwkach i ich upodobaniach odzieżowych wiesz
sporo, Lampard - odcięła się Rose.
- Nadal masz zamiar tam iść? - zapytał prosto z mostu.
- Owszem - odparła Rose zimno. - Mam.
- Wobec tego, będziesz pod tą kiecką nosić to - postawił obok
darów od Greya swoje pudełko i wydobył z niego mały czarny
przedmiot, zakończony kilkunastoma centymetrami cienkiego kabelka.
- Co to jest? - zapytała nieufnie. - Podsłuch? Zdurniałeś?
- Nie ja, ty zdurniałaś, jeśli myślisz, że puszczę cię tam bez
żadnego zabezpieczenia - Frank przysunął się tak bardzo, że Rose
mimo woli usiadła na stole. Dłonie mężczyzny spoczęły na blacie
po obu stronach jej bioder, a twarz znalazła się o milimetry od jej
twarzy. - Prędzej sam się w tę kieckę ubiorę i pójdę do Greya,
niż powolę tobie rzucić się na pastwę kaprysów tego czubka.
Zrozumiałaś?
- Bo co? Zatrzymasz mnie siłą? - odparowała.
- Zamknę cię w cholernym schowku na szczotki - rzekł.
Majka wyobraziła sobie Lamparda w czerwonej, wydekoltowanej kiecce i
dostała głupawki, tymczasem Frank kontynuował.
- Będziesz nosiła ten mikrofon, a ja będę siedział przy
odbiorniku na dole. Jeśli ten buc spróbuje czegoś głupiego, wejdę
tam razem z drzwiami i tak mu sklepię mordę, że nie będzie
wiedział, którędy na górę. Nie pozwolę, żebyś ryzykowała
swoim bezpieczeństwem.
Rose otworzyła usta do jadowitej riposty, ale oczy Franka lśniły
tak stalowym uporem, że zrezygnowała.
- No dobra - rzekła niechętnie. - Założę ten parszywy kabel,
niech ci będzie.
- Grzeczna dziewczynka - pochwalił.
Natychmiast trzepnęła go lekko po głowie.
- Nie przeginaj - ostrzegła.
Chwilę później pojawił się Walter, który zdołał się wyrwać
na moment ze szponów mamusi i rozmowa zeszła na tematy bardziej
historyczne.
- Odkryłem w archiwum miejskim, że
działka na której, na której stoi twój pub, była kiedyś częścią
znacznie większej parceli, nazywanej "Black Anny's Bower
Close".
- To znaczy, że te drzwi, to może
być to? Wejście do jaskini Czarnej Annis i do tego tam przejścia
międzywymiarowego? - zapytała Majka.
- Może, ale nie musi -
odpowiedział Lampard. - Kiedy w dwudziestoleciu międzywojennym
budowano tu osiedle, dawne parcele dzielono na znacznie mniejsze
działki.
- Tak. Z "Black Anny's"
zrobiono kilkanaście działek, nie wiemy, nie wiemy na której było
wejście. Ale to bardzo, bardzo prawdopodobne.
- Babcia zbierała historyczne
dokumenty na temat tego miejsca - powiedziała Rose. - Szukałam ich,
po jej śmierci, ale gdzieś przepadły.
- Czekaj, a ta szkatułka, którą
znaleźliście? - wtrącił się Wasyl.
- Jeszcze jej nie otworzyliście? -
zgorszył się Walter.
- Zapomniałam! - wrzasnęła Rose.
- Idiotycznie i na śmierć o niej zapomniałam, okej? Miałam na
głowie mnóstwo innych rzeczy, a ten tu nawet mi nie przypomniał!
Wskazała Lamparda.
- Moja wina - rzekł Frank. - Masz
klucz do tej szkatułki?
- Wiem gdzie jest - powiedziała z
ociąganiem. - Ale nie lubię tam chodzić.
- Przepraszam, że się wetnę -
rzekła grzecznie Majka. - Chciałam zapytać, czy to jest bardzo
pilna kwestia. Ostatecznie wiemy, że te drzwi to prawie na pewno TE
drzwi, ostatecznie potwory nie wyłażą z piwnicy Rose bez powodu.
Zabezpieczyliśmy je na razie i teraz powinniśmy się skoncentrować
na tym, żeby Rose nie straciła pubu, nie tylko dlatego, że
stanowczo nie życzymy sobie jej ruiny, ale i dlatego, że wtedy
stracimy kontrolę nad drzwiami. A wyobrażacie sobie co ten świr
Grey mógłby odwinąć, gdyby je odkrył?
Wzdrygnęli się wszyscy, jak na
komendę.
- Majka ma rację - powiedziała
Rose.
-
Dlatego na razie zajmiemy się panem Greyem, a szkatułkę otworzymy
sobie w Nowy Rok, na spokojnie - orzekł Lampard. - Musimy poćwiczyć
posługiwanie się tą radiostacją, żeby wszystko było sprawnie.
-
Ej, ja też chcę jechać - zgłosił się Marcin. - Co cztery
pięści, to nie dwie.
-
Ja też jadę! - oznajmiła stanowczo Majka.
Wasyl
popattrzył na jej małe dłonie i zachichotał.
-
Też chcesz pięści użyczać? - zapytał.
-
Nie, ale mogę poszczuć tego psychola psem, jakby co!
Rose
zatoczyła oczyma.
-
Jezu, cały orszak będę miała - powiedziała, wzdychając.
-
Jest tylko jeden problemik - oznajmił Lampard. - Wasyl, możemy
wziąć twoją furę? Za mną sie ostatnio ciągną papsy. Jeden
zdaje się siedzi w tej chwili w ogródku naprzeciwko.
Marcin
pokręcił głową.
-
Nic z tego stary - oznajmił smutnie. - Za mną też się ciągną,
jak kurwy za wojskiem. Rano sąsiadka obiła paparucha miotłą, bo
jej rabatki deptał. Zimozielone.
-
Weźmiecie mojego garbusa - ucięła Rose. - Jakoś się pomieścicie.
-
Ja się nie wtrącam, Rose - rzekł Walter. - To twój pub. Ale ten
Grey to jest zły, bardzo zły człowiek! Lepiej uważaj, nie chcę,
żeby ci zrobił krzywdę.
-
Niechby tylko spróbował - powiedział Lampard, takim głosem, że
wszystkim ciarki po grzbiecie przeszły.
W
sylwestrowy wieczór, punktualnie o godzinie dwudziestej, przed pub
zajechała bezszelestnie czarna, lśniąca limuzyna.
-
Przyjechał! - wrzasnęła czatująca przy oknie w salonie Majka. -
Lećcie po Rose!
Wasyl
popędził do sypialni, otworzył z rozmachem drzwi i zamarł,
ponieważ Montoya stała przed lustrem w samej bieliźnie.
-
O rany, przepraszam - wymamrotał, cofając się.
-
No ja myślę - odparła, posyłając mu zabójcze spojrzenie.
-
Ty, podglądaczem zostałeś? - Lampard wyrósł znienacka za plecami
Wasyla. - Uważaj no...
-
Gorzej ci? - Marcin postukał się palcem w czoło. - Ty lepiej idź
do niej i mikrofon jej przyklej.
Lampard
wszedł do sypialni, po czym pięć sekund później wyleciał za
drzwi, jak wyrzucony z katapulty.
-
Wywaliła mnie - powiedział. - Sama se przyklei.
Rose
wyszła dziesięć minut później, odziana w kreację od Greya. Pod
nią, jednakże, nosiła czarne legginsy i takiż golf z cienkiej
tkaniny.
Na
twarzy Lamparda odmalowała się mieszanina ulgi i rozczarowania,
Wasyl zaś poddał dziewczynę dokłądnej inspekcji wizualnej, po
czym uniósł brew.
-
Facet nie będzie zadowolony - orzekł.
-
No ja myślę - mruknęła Majka. - Nastawił się na cycki na
talerzu, a dostanie zakonnicę.
-
Niech się wypcha - odparła gniewnie Rose. - Nie będzie byle
szmaciarz w moje cycki się gapił! Poza tym przeczytałam jego
liścik trzy razy i o tym co ma być pod kiecką nic nie było.
Dobra, idę.
Włożyła
płaszcz, wzięła torebkę i wyszła. Majka zowu zawisła przy
oknie, patrząc co się dzieje przed pubem.
-
Wsiada - raportowała. - Odjeżdząją! Lecimy!
Zbiegli
ze schodów, przy czym Kepler wpadał wszystkim pod nogi, i wbili się
do garbusa, na którego desce rozdzielczej spoczywał już
radioodbiornik.
Tymczasem
limuzyna zajechała pod apartamentowiec Greya i zatrzymała się przy
prywatnym wejściu. Szofer otworzył drzwi. Rose wysiadła i zgodnie
z instrukcjami z liściku, podeszła do ochroniarza o rozmiarach
szafy, pełniącego straż przy wejściu. Pokazała mu liścik,
została wpuszczona do hallu, po czym stanęła przed drzwiami windy,
nad którymi łypała ciekawsko kamera wideofonu.
Rose
nacisnęła przycisk pod niewielkim ekranem. Zamigotało i na ekranie
ukazała się gęba Greya, odzianego w grafitowy garnitur ("Niedługo
zacznę rzygać tym kolorem" pomyślała Rose), któremu zza
ramienia wyglądał Hinten.
- Miałaś włożyć to co ci kazałem!- syknął Grey.
- Grey, czy tobie czasem fortepian na łeb nie spadł i dostałeś
od tego zaćmy? A co ja do cholery mam na sobie?
- Szefie, panna Montoya w istocie ma sukienkę od pana. - zająkał
się Hinten.
W Greyu zagotowało się jak w czajniku.
- Kurwa a co ty masz pod spodem? Co to jest? Miałaś mieć tylko
sukienkę!
- Grey ciepisz na sklerozę? Kazałeś mi założyć tę szmatę, ale
słowem się nie zająkałeś, że mam pod spodem nic nie mieć -
Rose wzruszyła ramionami.
Twarz milionera przybrała odcień śliwkowy.
- Hinten, kurwa, nie napisałeś, że ma przyjść z gołą dupą? -
warknął.
- Ale panie Grey pan mi sam dyktował... - Hinten wyglądał jak karp
na pięć sekund przed oberwaniem młotkiem.
- Spierdalaj mi stąd i żebym cię do jutra nie widział! - zawył
Grey. - Bo jak cię kopnę w dupę, to do Monachium dolecisz, ty
wyskrobku niedojebany!
- Cóż za kultura - zauważyła z przekąsem Rose.
- Zapraszam na górę - mruknął Grey i wyłączył interkom.
Rose westchnęła i weszła do windy. Sylwester zapowiadał się
nieciekawie.
________________________________________________
Witajcie w Nowym Roku! Oto pierwszy tegoroczny odcinek, mam nadzieję, że się spodoba :)
________________________________________________
Witajcie w Nowym Roku! Oto pierwszy tegoroczny odcinek, mam nadzieję, że się spodoba :)
A Hylllllwefter był... udaaany! Hik!
Martina

