czwartek, 2 stycznia 2014

Rozdział 9

The sky is still blue
The clouds come and go
Yet something is different
Are we falling in love?

Don't let yourself be hurt this time

Julee Criuse "Falling"



 Za oknem sypał śnieg. Cały świat przykryty był grubą, białą pierzyną i ledwo widoczny zza falującej na wietrze zasłony, utworzonej z milionów opadających płatków. Na parapecie utworzyła się pokaźna zaspa, wspinająca się na szybę białymi mackami i najwyraźniej ciągle rosła.
Majka oderwała zaspane spojrzenie od arktycznego pejzażu na dworze. Wymacała komórkę na nocnej szafce i sprawdziłą godzinę. Uj, trzeba wstawać, pomyślała, bo Kepler, jak nic zaraz się zleje.
Obróciła się delikatnie na wznak, jednocześnie podnosząc obejmujące ją ramię Marcina.
- Hhuummm? - zamruczał. - Chtóra est?
- Dziewiąta - odparła, wyskakując z łóżka. - Muszę psa wyprowadzić.
Wasyl przetarł rękami twarz. Świadomość wracała mu wraz z miłym, acz jednocześnie obciążającym wspomnieniem tego, co stało się w nocy.
- Cholera - mruknął, patrząc, jak naga Majka wkłada szlafrok. - To ja może pójdę do siebie.
Zawiązała pasek i sięgnęła po kosmetyczkę stojącą na toaletce. Widział w lustrze, jak zagryzła wargi i poczuł się jak ostatnia, podła świnia.
- No może lepiej idź - powiedziała. - Co mają gadać.
- Majka ja ten... ja, no, dzięki - rzekł, plącząc się niemiłosiernie.
- Spoko - uśmiechnęła się.
Kiedy wyszła do łazienki, wylazł spod kołdry, wbił się w dżinsy, a potem pozbierał porozrzucane dookoła fragmenty swojej garderoby. Gacie leżały w popielniku kominka, wytrzepał je więc i schował do kieszeni. Wsunął bose stopy w buty, po czym podszedł do drzwi i nastawił uszu.
Z dołu słychać było brzękanie naczyń w kuchni i głos Majki, wołąjącej psa. Po chwili szczęknęły drzwi frontowe, a w jadalni Lampard zanucił jakąś kolędę.
Wstrzymując oddech i nienawidząc się za to co robił, Wasyl wyszedł na paluszkach na korytarz, po czym zamknął drzwi, starając się to zrobić jak najciszej. Był tak tym zaaferowany, że chrząknięcie za jego plecami niemal przyprawiło go o zawał. Podskoczył, gubiąc przy tym skarpetki, podniósł je, po czym odwrócił się, chociaż domyślał się kto go zdybał.
- Cześć Rose - rzekł, tuląc zmiętą w kulę odzież do obnażonego torsu.
Montoya, kompletnie odziana, stała w drzwiach swojej sypialni.
- Można wiedzieć - zapytała, punktując wypowiedź potężnym trzaśnięciem drzwiami - co ty tu, do cholery, robisz?
- Wychodzę? - zasugerował.
- Wychodzisz - rzekła. - Z damskiej sypialni, z gaciami wystającymi z kieszeni. Taaaa. Ciekawe gdzie zdążyłeś wejść.
- Pogadamy później - rzekł i czmychnął do łazienki.
Kiedy jakiś kwadrans później zszedł na dół, umyty i ubrany, kompletnie i w świeżą odzież, Lampard w jadalni nakrywał do śniadania, pogwizdując wesoło, natomiast Rose stała w salonie, z ramionami skrzyżowanymi na piersi i miną nie wróżącą nic dobrego.
Prawdę mówiąc ta mina wróżyła same złe rzeczy, zwłaszcza zaś Wasylowi.
- Co ty sobie, kurwa, myślisz? - Rose nie traciła czasu na zbędną dyplomację. - Spałeś z Majką?
- A co to, spowiedź święta? - Marcin nie zamierzał polec bez walki. - Na księdza mi nie wyglądasz.
- Słuchaj no ty, nie pyskuj mi tu! - Rose wycelowała w niego oskarzycielski palec. - Zaciągnąłeś Majkę do łóżka, a nawet, kurwa, rozwodu jeszcze nie masz!
Nie wiedzieć czemu, skojarzyła się Wasylowi z jego babcią, góralką i jej kazaniem, gdy przyłapała go na kradzieży cukierków z kredensu. Miał wtedy siedem lat i zaraz po kazaniu dostał na deser ścierą w ucho. Piekło jak diabli.
Opanował ścieżkę skojarzeń i wrócił do teraźniejszości.
- No nie mam rozwodu. No i?
- Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam! - Rose wzniosła oczy i dłonie do niebios. - Rżniesz głupa, czy naprawdę jesteś głupi, Wasyl? Nie rozumiesz co żeś narobił?
Lampard stanął w progu salonu, wyraźnie zaniepokojony.
- Rose... - rzekł ostrzegawczo.
- Przecież nie chciałem - mruknął Wasyl. - Tak wyszło...
- Samosie? - zapytała Rose jadowicie. - Majka się przeciagnęła i przypadkiem nadziała się na twojego penisa? Dziewczyna jest w tobie ślepo zakochana, a ty ją przelatujesz przy pierwszej okazji i rano wiejesz z jej sypialni jak złodziej. Na pewno się teraz cudownie czuje.
Marcin opadł na kanapę, zasłaniając dłońmi twarz.
- Kurwa... - mruknął.
Wyglądał jak kupka zmiętego nieszczęścia. Lampard, widząc to, postanowił interweniować.
- Rose, może się wtrącę, ale nie powinnaś się do tego mieszać!
- Nie wtrącaj się Lampard! Chronicie siebie nawzajem, samce jedne! Chłopy jak wy nic nie rozumiecie! Jesteście ulepieni z jednej gliny a zamiast mózgu macie te swoje jądra, którymi odnajdujecie się jak pieprzone GPS! Każde świństwo da się usprawiedliwić, bo przecież on to kurwa zrobił niechcący prawda? - wycelowała palec w Marcina. - Wykorzystałeś ją, baranie!
Wasyl poderwał się z kanapy.
- Myślisz, że tego nie wiem? - wrzasnął. - Myślisz, że nie czuję się jak ostatni chuj? Wiem, że nie powinienem był, wiem, że ją skrzywdziłem, ale to się już, kurwa, stało! I się nie odstanie! Ja przecież...
Drzwi wejściowe otworzyły się i stanęła w nich Majka, z Keplerem na smyczy, zarumieniona od zimna i obsypana śniegiem.
- Co tu się dzieje? - zapytała zdumiona, puszczając smycz. - Tak się drzecie, że w Londynie was słychać.
Rose klapnęła na fotelu i sięgnęła po wino.
- A bo musiałam coś wytłumaczyć tym dwóm debilom - mruknęła, nalewając sobie kieliszek. - Nieważne.
- Majka, możemy porozmawiać? - w oczach Wasyla odmalowało się błaganie.
- Powinniście - mruknęła zgryźliwie Rose.
Frank wzniósł oczy w stronę sufitu.
- Rose, na litość boską... - zaczął.
- Co, mam się nie mieszać? - warknęła. - Ten cymbał ma jej sporo do wyjaśnienia! Powinien ją przeprosić!
Marcin zacisnął szczęki, Majka zaś spojrzała na Rose z nieukrywanym zdumieniem.
- Ale za co? - zapytała. - Za jedną z najpiękniejszych nocy w moim życiu?
- No nie mogę... - jęknęła Rose. - Naprawdę jesteś taka głupia? Naprawdę nie widzisz co on ci...
Lamps, widząc, że zanosi się na kolejną gniewną przemowę, postanowił działać. Stanowczym krokiem podszedł do Rose, odebrał jej kieliszek i odstawił na stół.
- Lampard, czy ciebie pogięło? - zapytała Rose.
Zamiast udzielić odpowiedzi, podniósł ją z fotela jak piórko i przerzucił przez ramię. Wasyl i Majka obserwowali jego poczynania w milczeniu, Rose natomiast, wyszedłszy z pierwszego szoku, zaczęła wierzgać, wrzeszczeć i okładać Franka pięściami.
- Odstaw mnie ty palancie! Natychmiast! Zabiję cię za to, kretynie! Postaw mnie!
- Myślę - rzekł Frank z olimpijskim spokojem, maszerując na korytarz - że Wasyl i Majka potrzebują nieco prywatności.
Zamknął za sobą elegancko drzwi. Po chwili wrzaski Rose oddaliły się i ucichły, widać Lampard wyniósł ją na piętro.
Majka spojrzała na Wasyla. Gapił się na padający za okem śnieg, ogryzając paznokieć kciuka, chyba niezupełnie świadomy tego co robi.
- No, co jest? - zapytała rzeczowo.
- Majka, ja ten, ona ma rację - wbił spojrzenie w dywan. - Powinienem cię przeprosić. Za to... za ten. Za wczoraj.
- Nie masz za co - powiedziała, dziwiąc się, że jej głos jest taki spokojny. Zdjęła czapkę, rzuciła ją na kanapę i zaczęła rozpinać płaszcz. - Stało się i cześć.
Marcin spojrzał na nią i szybko przeniósł wzrok na swoje dłonie.
- Nie powinno było - powiedział. - Moja wina, jestem totalnie rozpierdolony tym wszystkim i chyba potrzebowałem kogoś blisko...
- Twoja wina, moja wina, to nie ma znaczenia - głos Majki był miękki, niemal pieszczotliwy. Rzuciła płaszcz na kanapę i podeszła do Wasyla. - Popatrz na mnie. Proszę.
Uniósł głowę.
- Ja niczego nie żałuję - powiedziała, jej oczy lśniły. - Nie obwiniaj się, bo nie masz o co. Dobrze wiesz, że tego chciałam.
- Wiem. I właśnie dlatego nie powinienem był. Wiem, że ty... - przełknął ślinę. - Co ty czujesz. I ja nie...
- Marcin, wiem, że nie - przerwała mu. - Walczysz teraz o swoją rodzinę i małżeństwo, ja to rozumiem. Nie chcę ci utrudniać życia, nie chcę cię krzywdzić. Więc przestań się, do cholery, samobiczować, bo ja się nie czuję wykorzystana. Jestem dużą dziewczynką, wiedziałam co robię. I nie oczekiwałam, że to coś zmieni między nami.
- A jak się czujesz? - zapytał cicho.
Majka uśmiechnęła się.
- Czuję się bogatsza o piękne wspomnienia - odparła. - Poza tym jestem głodna. Chodź, zobaczymy co ta dwójka zdążyła zrobić w temacie śniadania.
- W sumie - rzekł Wasyl po zastanowieniu. - Też bym coś przekąsił. Ale nie wiem, czy nie należałoby wysłać Lampsowi wojska na pomoc. Tak ze dwie dywizje zmechanizowane.
- Myślę, że Frank poradzi sobie sam - Majka uśmiechnęła się od ucha do ucha. - On wie co robić.
Człowiek, o którym mówili, zamknął właśnie za sobą drzwi sypialni Rose, po czym posadził niesioną na ramieniu wściekłą furię na łóżku i sam usiadł obok niej.
- Co ty sobie wyobrażasz, Lampard? Że co jesteś, jakiś pieprzony mucho macho? - wrzasnęła. - Tarzan w niebieskich majtkach? Odbiło ci?
Frank uśmiechnął się jednym kącikiem ust.
- Jesteś cudowną kobietą, Rose - oznajmił. - Czasami jednak stanowczo zbyt dużo gadasz.
- Ja ci zaraz pokażę cudowną kobietę! - chciała się poderwać z kanapy, ale wylądowała w objęciach Franka. - Puść m... mmm...
Lampard odebrał jej możność mówienia w najprzyjemniejszy sposób jakiego może użyć mężczyzna wobec kobiety, to jest głębokim pocałunkiem. Rose próbowała się przez chwilę wyrywać, ale skapitulowała wobec wszechogarniającej rozkoszy, wywoływanej namiętnymi ustami i zwinnym językiem przez Franka. Pozwoliła mu się całować, coraz głębiej i coraz namiętniej, ale gdy jego wargi zsunęły się z jej warg na szyję, po czym powędrowały niżej, gwałtownie oprzytomniała.
Pchnęła go w pierś, aż się zatoczył w tył. Frank poczuł się jak człowiek, któremu ktoś gwałtownie wyciągnął spod nóg obłoczek, na którym szybował właśnie przez bramy raju.
- Rosie... - zaprotestował, wyciągając ręce.
Rose bez namysłu trzasnęła go otwartą dłonią w twarz.
- Nie nazywaj mnie Rosie! - ryknęła. - Coś ty myślał, że jak Wasyl zaliczył, to ty też będziesz mógł? Wszyscy jesteście tacy sami, banda idiotów myślących fiutem!
Wybiegła z sypialni. Drzwi zatrzasnęły się z taką siłą, że wiszący na ścianie obrazek zakołysał się i przekrzywił.
- No i skończyło się rumakowanie - westchnął smętnie Frank.
Piętro niżej, w kuchni, z sufitu posypał się tynk, lądując w półmisku z wędlinami.
- O cholera - Wasyl spojrzał w górę.
- Może jednak wezwjmy to wojsko? - zaproponowała Majka.
- Czołgi - uściślił Wasyl. - Dzwoń po czołgi!
Wydłubywali właśnie spomiędzy różowych plastrów szynki białe okruchy, kwicząc i zataczając się ze śmiechu (dopadła ich bowiem okrutna głupawka), kiedy do kuchni wparowała Rose.
Ujrzawszy rozbawioną parę zmarszczyła brwi, po czym chwyciwszy ścierkę jeła wydawać komendy.
- Wasyl, bierz tę szynkę i zjeżdżaj z nią do jadalni. I pilnuj, żeby koty nie zeżarły! - oznajmiła.
- Koty siedzą pod choinką i aureolki poprawiają - odparł Marcin, przezornie z daleka, znikając już za drzwiami. Rose zamknęła je i spojrzała na Majkę.
- Przeprosił cię? - zapytała.
Majka przerwała na moment wykładanie tostów do koszyka, wysłanego białą serwetką.
- Owszem - odparła spokojnie. - Wszystko sobie wyjaśniliśmy.
- I ty go tak traktujesz jak gdyby nigdy nic? - zdziwiła się Rose. - Przeleciał cię i poleciał i jest spoko?
- Dla mnie jest - odparła Majka, wracając do układania pieczywa. - Wyjmij maselniczkę, jest w kredensie.
- Ja nic nie rozumiem - Rose otwarła kredens z rozmachem i wyjęła porcelanową miseczkę z masłem. - Uważasz, że to normalne, że żonaty facet, który cię nie kocha, używa cię jako seksualnego ekwiwalentu chusteczki do nosa, bo mu smutno?
Majka zacisnęła szczęki i zamknęła oczy. Kiedy je na powrót otwarła lśniły podejrzaną wilgocią.
- Wiem, jak wygląda sytuacja - powiedziała. - I równie dobrze można powiedzieć, że to ja wykorzystałam jego. Przecież, do cholery, wiedziałam wczoraj, że jest kompletnie rozjechany emocjonalnie i skorzystałam z tego, żeby pójść z nim do łóżka. Z tego punktu widzenia to też wygląda chujowo, nie sądzisz?
- No tak jakby, ale...
- Ale co? Oboje jesteśmy dorośli, oboje wiedzieliśmy, że to zły moment. Stało się i co ja na to poradzę? Przecież nie będę mu tym truła dupy w chwili, kiedy on ma na głowie wyjątkowo paskudny rozwód, a my wszyscy wielką misję ratowania świata. Kiepski moment, żebyśmy się na siebie wzajem obrażali.
Czajnik elektryczny prztyknął przyciskiem i zionął parą. Rose zalała wrzątkiem susz herbaciany w imbryczku, po czym spojrzała poprzez obłoki pary na Majkę.
- Mimo wszystko sądzę, że Wasyl powinien dostać po nosie - stwierdziła. - Zachował się jak idiota.
Majka westchnęła rozdzierająco.
- Ale nie wrzeszcz już na niego, dobra? Wiem, że masz dobre intencje i dziękuję ci, ale odpuść mu. Wie czym zgrzeszył, już nie będzie, a my się musimy trzymać razem.
Skończywszy tę przemowę, zabrała koszyk z tostami i wyszła. Rose patrzyła przez chwilę na drzwi, potem w brunatną otchłań herbaty w imbryczku.
- Oni seks wczoraj uprawiali - zapytała pustą kuchnię - Czy on jej lobotomię penisem zrobił?
Chwilę wcześniej w jadalni zjawił się Lamps. Minę miał rozanieloną, na policzku zaś czerwoną odbitkę dłoni.
- Przeżyłeś, gratuluję - Wasyl uniósł w górę kciuk.
- Ostra z niej dziewczyna - stwierdził Frank, osuwając się na krzesło w rozmarzeniu. - Ale jak się te kolce z wierzchu usunie, to ja ci mówię... Cudo, nie kobieta!
Wasyl rozejrzał się dookoła, podrapał po czuprynie, po czym wydobył z barku flaszkę czerwonego wina.
- I tak nikt dzisiaj nigdzie nie jedzie, więc możemy zacząć od rana - oznajmił. - Dzwoniłem do klubu, trening odwołany, drogi zasypane, generalna masakra.
Nalał szkarłatnego napoju do dwóch kieliszków.
- Za cuda, nie kobiety - wzniósł toast. - I zainwestuj w dobre obcęgi, stary.
- Obcęgi? - zdziwił się Frank, unosząc swój kieliszek. - Do czego?
- Do usuwania kolców - wyjaśnił Wasyl.
W eleganckim apartamencie, w sypialni z widokiem na imponującą, acz mocno zaśnieżoną, panoramę Leicester, dominującym kolorem był grafitowy. Tej barwy były ściany, podłoga, wyłożona włoskim marmurem, oraz wielkie łoże, zasłane pościelą w kolorze, a jakże, grafitowym. Nad łożem wisiało na ścianie gigantyczne, czarno-białe zdjęcie, przedstawiające Roberta Geya w grafitowym garniturze, na suficie zaś lustro. Pan Grey lubił oglądać sam siebie, a jego asystent, Hinten Linksarsch, lubił zakradać się do tego pokoju na chwilę prywatnej przyjemności, kiedy jego pracodawcy nie było w domu.
Tym razem jednak był i spoczywał na łożu, odziany w szlafrok w ulubionym kolorze, poddając się masażowi stóp, wykonywanemu przez młodą Tajkę.
Zaczynał się już nudzić. Nie obchodził świąt, żadnych, prócz własnych urodzin, cały ten zamęt z choinkami i tak dalej działał mu wyłącznie na nerwy. Pragnął rozrywki i pobudzenia, a jego najważniejsze interesy musiały chwilowo pójść w odstawkę. Zrobiło się za dużo szumu, to tylko szkodziło rozwojowi spraw, a teraz zdziałał już tyle, że mógł pozwolić sobie na małą przerwę.
- Zjeżdżaj - kopnął dziewczynę nogą. Pozbierała olejki i znikła za drzwiami, powiewając welonem czarnych włosów. - Hiiiiiiinteeeeeeen!
W głębinach apartamentu zabrzęczało tłuczone szkło.
- Już idę, panie Grey! - głos asystenta był stłumiony i chyba zaspany.
Grey westchnął. Dawno by zwolnił tego niezgrabnego cymbała, gdyby nie był on tak przeraźliwie lojalny i oddany. No i dawał sobą pomiatać jak nikt inny, co Greya niezmiernie bawiło.
- Nudzę się - oznajmil Grey wchodzącemu asystentowi. - Wymyśl coś!
- Ale co proszę pana? - Hinten zamrugał swoimi rybimi oczyma.
- To ja mam wiedzieć? - warknął Grey. - Coś, żebym się nie nudził!
- Moe ten nowy burdel w Rothley? Bardzo dyskrety i ekskluzywny - zasugerował Hinten.
- Idiota - orzekł zwięźle jego pryncypał.
- A wyjście do klubu...?
- Masz ograniczoną wyobraźnię. Burdele, kluby, co jeszcze, może puby? - Grey poprawił fryzurę, przegladając się w sufitowym lustrze. - A właśnie, a'propos pubów, czy złożyliśmy kolejną propozycję tej tam całej Montoyi?
- Jeszcze nie szefie - odparł pospiesznie Hinten. - Sam pan kazał poczekać.
- Zmieniłem zdanie. Przynieś mi telefon.
Grey poczuł falę rozkosznej ekscytacji. To mogło być naprawdę dobre.
Pierwsze święto toczyło się leniwie. Po śniadaniu cała czwórka, waz z psem, udała się na długi spacer. Ulepili dwa bałwany, przy czym Rose twierdziła, że jeden powinien nazywać się Wasyl, a drugi Frank, stoczyli krótką, ale zajadłą wojnę na śnieżki, potem zaś rozegrali mecz z użyciem bryły śniegu zamiast piłki. Za każdym kopnięciem Kepler usiłował łapać śniegową piłkę w zęby, przeto Wasyl uznał, że pies sędziuje.
Zmarznięci, wrócili do domu, by rozgrzać się przy filiżance kawy, lub herbaty, wedle uznania. Rose nastawiła indyka, który, upiekłszy się, okazał się wyborny. Trawili właśnie błogo, przy kieliszku czegoś mocniejszego, oglądając w telewizji stary western, gdy w świąteczną atmosferę wdarło się brzęczenie komórki.
Mamrocąc coś gniewnie Rose wydłubała aparat z kieszeni dżinsów i przyłożyła do ucha.
- Sekretarz Greya, ten jak mu tam, Zadek, Dupek... - powiedziała.
- Hinten? - podpowiedziała Majka.
- No wiedziałam, że coś z tyłem! - ucieszyła się Rose. - Zapowiedział uroczyście, że jego szef chce ze mną gadać.
- Grey? - zdziwił się Lampard. - A czego ta menda chce?
Rose przełączyła na głośnomówiący, Wasyl zaś wyciszył telewizor.
- Słucham - przemówiła tonem, sugerującym, że wcale nie ma ochoty słuchać.
- Panna Montoya? - w głosie Greya brzmiała uwodzicielska nuta.
- Nie, arcybiskup Canterbury, właśnie błogosławię fabrykę wibratorów. Czego pan chce?
Wasyl, który właśnie pił piwo, zakrztusił się. Pomocna jak zwykle Majka jęła go klepać po plecach, co zabrzmiało jak seria dudniących grzmotów.
- Ma pani tam burzę? - zdziwił się Grey.
- Aha, z piorunami - przyświadczyła Rose. - A na herbatkę o piątej wpadnie tornado. Czego pan u diabła chce?
- Niczego. Wręcz przeciwnie, to ja mam propozycję dla pani - w głosie miliardera zabrzmiała fałszywa słodycz. - Bardzo korzystną propozycję.
- Ta? A niby jaką?
- Pani pub ostatnio na siebie nie zarabia, prawda?
- Gówno prawda, tarzam się w kasie jak Scrooge.
- Uwierzyłbym, gdybym nie wiedział, że służby sanitarne zamknęły Ten Bells przed samymi Świętami. A to wszystko dlatego, że odrzuciła pani pewną bardzo korzystną ofertę...
Rose zgrzytnęła zębami.
- Mam rozumieć, że to twoja robota, ty pieprzony świrze? - warknęła. - To ty zamknąłeś mi pub?
Ze słuchawki dobiegł śmiech.
- Mam duże wpływy, panno Montoya - rzekł Grey. - Tak duże, że sanitarni otworzą pani lokal z powrotem na jedno moje skinienie.
- Ale nie za darmo, jak sądzę? - zapytała sarkastycznie Rose.
- Bystra z pani osoba. Widzi pani, uraziła mnie pani odrzuceniem propozycji wysuniętej przez moją firmę. Jestem jednak człowiekiem wielkodusznym i chętnie puszczę tę urazę w niepamięć. Musi pani tylko okazać gotowość do rozmowy ze mną.
- Mianowicie jak?
- Proszę, aby przyszła pani na prywatne spotkanie ze mną, w Sylwestra. Tylko my dwoje.
Szczęki Lamparda zacisnęły się, a jego oczy zabłysły jak stal.
- Pan mi proponuje randkę? - zapytała Rose, zdumiona.
- To pani interpretacja. Aha, o pani stroju decyduję ja. I uprzedzam, jeśli poczuję się bardziej urażony, zamknę ten pani przybytek na zawsze.To jak będzie?
Frank, Majka i Wasyl zamarli w oczekiwaniu na soczystą wiązankę pod adresem Greya. Odpowiedź Rose zaskoczyła ich.
- Muszę się zastanowić.
- Ma pani czas do trzydziestego grudnia. Do zobaczenia, panno Montoya.
W salonie zapadła głęboka cisza. Rose schowała telefon do kieszeni, Lampard natomiast poderwał się, chwycił stojącą na stole butelkę wina, nalał sobie pełny kieliszek i wychylił od razu do dna.
- Ty chyba nie zamierzasz spotykać się z tym czubkiem? - stanął nad Rose.
- A mam inne wyjście? - zapytała jadowicie. - I tak zarobki ze Świąt i Sylwka mam z głowy, a to kupa kasy.
- Al Grey to psychopata! Cholera wie co ci może zrobić, zgwałci cię, albo zamorduje i co?
- I będę nieżywa. Frank, czy ty przypadkiem trochę nie histeryzujesz?
- Nie chcę się wtrącać - rzekł ostrożnie Wasyl. - Ale ten facet na normalnego mi nie wygląda.
- Lampard? - zapytała Rose zgryźliwie.
- Nie! Grey! Lamps może trochę przesadza, ale sam na sam z tym typem faktycznie może być niebezpieczne.
- Też mi się tak wydaje - mruknęła Majka.
- A co mam zrobić? Stracić źródło utrzymania i przy okazji pozbawić pracy trzy inne osoby?
- Dwie - poprawił Lampard. - Kelnerki ostatnio masz z agencji pracy.
- No to dwie, tak się składa, że to moi przyjaciele, którzy wiele dla mnie zrobili. I co, mam patrzeć jak lądują na bruku?
Frank chwycił się za głowę.
- Rose, do cholery, ja zapłacę łapówkę sanitarnym, zatrudnię twoich kucharzy, ja ci nowy pub nawet kupię, ale odpuść sobie!
Rose wstała i spojrzała mu prosto w twarz. Przez chwilę mierzyli się oczyma, jej czarne i płonące przeciw jego morskim.
- Lampard, ja nie będę chować się za twoimi plecami - powiedziała dobitnie. - Sama załatwiam sobie sprawy.
- I sama załatwisz sobie gwałt! - wybuchnął Frank.
Rose tylko patrzyła na niego w milczeniu.
- Chrrryste... - jęknął. - Wolałbym już zakochać się w Godzilli.
- A zakochałeś się w Rose? - wyrwało się Majce.
Lampard klapnął na fotel i przygarnął do siebie butelkę z winem.
Rose pozostała nieprzejednana. Mimo próśb i perswazji przyjaciół, a także awantur ze strony Franka, była zdecydowana przyjąć propozycję Greya.
Trzydziestego stycznia pod Ten Bells pojawił się posłaniec z wielką paczką, zawiniętą w grafitowy papier.
- Od pana Greya. Kazał zapytać, czy pani przyjmuje jego propozycję - rzekł, podając pakunek Rose.
- Przyjmuję - odparła Rose. - Co to jest?
Spojrzał na nią wrokiem śniętego dorsza.
- W środku pan Grey załączył liścik - odparł. - Jutro o ósmej przyjedzie po panią limuzyna.
To rzekłszy rzucił jej, nie wiedzieć czemu, spojrzenie pełne urazy, odwrócił się na pięcie i poszedł.
Rozpakowywała właśnie paczkę, gdy do środka wtoczyła się nierozłączna ostatnio trójka, czyli Wasyl, Majka i pies. Od czasu wigilijnego incydentu Marcin chodził za Majką jak kwoka, pilnując jej prawie na każdym kroku, zapewne w ramach zadośćuczynienia.
- Co to jest? - zapytała Majka, wskazując dwa grafitowe pudła w zwojach grafitowego papieru, leżące na jednym ze stolików.
- Przesyłka od Greya - mruknęła Rose. Otworzyła bardziej płaskie z pudeł i wyjęła zeń krwistoczerwoną sukienkę. Dekolt tej kreacji, wycięty w szpic, sięgał, bez żadnej przenośni, pępka, podobnie rozległe wycięcie, trzymane w kupie tylko dwoma cieniusieńkimi sznureczkami, znajdowało się też na plecach, spódnica zaś musiałą kończyć się centymetry poniżej krocza nosicielki.
Wasyl gwizdnął przeciągle.
- Kiecka wystawowa - orzekł. - No wszystkie wdzięki są na wystawie, nie pozostaje nic dla wyobraźni - wyjaśnił w odpowiedzi na pytające spojrzenia dziewczyn.
W tym momencie drzwi frontowe szczękneły i w progu pojawił się Lampard.
- Rose, mam rozwiązanie! - zawołał, potrząsając trzymanym w dłoniach pudełkiem. Potem wzrok jego padł na trzymaną przez Rose sukienkę.
- Co to jest? - zapytał, blednąc i czerwieniejąc na przemian.
- Grey to przysłał - wyjaśniła Majka. - Rose ma to włożyć na spotkanie.
- To? - Lampard wskazał palcem skąpą kreację. - Ten strój służbowy prostytutki?
Rose bez słowa odłożyła kieckę i otwarła drugie pudło. W środku znajdowały się srebrne buty na niebotycznie wysokich obcasach i z platformami o rozmiarach Empire State Building.
- Pięknie. Przysłał ci ciuchy dla dziwki - rzekł jadowicie Frank.
- Nie wątpię, że o dziwkach i ich upodobaniach odzieżowych wiesz sporo, Lampard - odcięła się Rose.
- Nadal masz zamiar tam iść? - zapytał prosto z mostu.
- Owszem - odparła Rose zimno. - Mam.
- Wobec tego, będziesz pod tą kiecką nosić to - postawił obok darów od Greya swoje pudełko i wydobył z niego mały czarny przedmiot, zakończony kilkunastoma centymetrami cienkiego kabelka.
- Co to jest? - zapytała nieufnie. - Podsłuch? Zdurniałeś?
- Nie ja, ty zdurniałaś, jeśli myślisz, że puszczę cię tam bez żadnego zabezpieczenia - Frank przysunął się tak bardzo, że Rose mimo woli usiadła na stole. Dłonie mężczyzny spoczęły na blacie po obu stronach jej bioder, a twarz znalazła się o milimetry od jej twarzy. - Prędzej sam się w tę kieckę ubiorę i pójdę do Greya, niż powolę tobie rzucić się na pastwę kaprysów tego czubka. Zrozumiałaś?
- Bo co? Zatrzymasz mnie siłą? - odparowała.
- Zamknę cię w cholernym schowku na szczotki - rzekł.
Majka wyobraziła sobie Lamparda w czerwonej, wydekoltowanej kiecce i dostała głupawki, tymczasem Frank kontynuował.
- Będziesz nosiła ten mikrofon, a ja będę siedział przy odbiorniku na dole. Jeśli ten buc spróbuje czegoś głupiego, wejdę tam razem z drzwiami i tak mu sklepię mordę, że nie będzie wiedział, którędy na górę. Nie pozwolę, żebyś ryzykowała swoim bezpieczeństwem.
Rose otworzyła usta do jadowitej riposty, ale oczy Franka lśniły tak stalowym uporem, że zrezygnowała.
- No dobra - rzekła niechętnie. - Założę ten parszywy kabel, niech ci będzie.
- Grzeczna dziewczynka - pochwalił.
Natychmiast trzepnęła go lekko po głowie.
- Nie przeginaj - ostrzegła.
Chwilę później pojawił się Walter, który zdołał się wyrwać na moment ze szponów mamusi i rozmowa zeszła na tematy bardziej historyczne.
- Odkryłem w archiwum miejskim, że działka na której, na której stoi twój pub, była kiedyś częścią znacznie większej parceli, nazywanej "Black Anny's Bower Close".
- To znaczy, że te drzwi, to może być to? Wejście do jaskini Czarnej Annis i do tego tam przejścia międzywymiarowego? - zapytała Majka.
- Może, ale nie musi - odpowiedział Lampard. - Kiedy w dwudziestoleciu międzywojennym budowano tu osiedle, dawne parcele dzielono na znacznie mniejsze działki.
- Tak. Z "Black Anny's" zrobiono kilkanaście działek, nie wiemy, nie wiemy na której było wejście. Ale to bardzo, bardzo prawdopodobne.
- Babcia zbierała historyczne dokumenty na temat tego miejsca - powiedziała Rose. - Szukałam ich, po jej śmierci, ale gdzieś przepadły.
- Czekaj, a ta szkatułka, którą znaleźliście? - wtrącił się Wasyl.
- Jeszcze jej nie otworzyliście? - zgorszył się Walter.
- Zapomniałam! - wrzasnęła Rose. - Idiotycznie i na śmierć o niej zapomniałam, okej? Miałam na głowie mnóstwo innych rzeczy, a ten tu nawet mi nie przypomniał!
Wskazała Lamparda.
- Moja wina - rzekł Frank. - Masz klucz do tej szkatułki?
- Wiem gdzie jest - powiedziała z ociąganiem. - Ale nie lubię tam chodzić.
- Przepraszam, że się wetnę - rzekła grzecznie Majka. - Chciałam zapytać, czy to jest bardzo pilna kwestia. Ostatecznie wiemy, że te drzwi to prawie na pewno TE drzwi, ostatecznie potwory nie wyłażą z piwnicy Rose bez powodu. Zabezpieczyliśmy je na razie i teraz powinniśmy się skoncentrować na tym, żeby Rose nie straciła pubu, nie tylko dlatego, że stanowczo nie życzymy sobie jej ruiny, ale i dlatego, że wtedy stracimy kontrolę nad drzwiami. A wyobrażacie sobie co ten świr Grey mógłby odwinąć, gdyby je odkrył?
Wzdrygnęli się wszyscy, jak na komendę.
- Majka ma rację - powiedziała Rose.
- Dlatego na razie zajmiemy się panem Greyem, a szkatułkę otworzymy sobie w Nowy Rok, na spokojnie - orzekł Lampard. - Musimy poćwiczyć posługiwanie się tą radiostacją, żeby wszystko było sprawnie.
- Ej, ja też chcę jechać - zgłosił się Marcin. - Co cztery pięści, to nie dwie.
- Ja też jadę! - oznajmiła stanowczo Majka.
Wasyl popattrzył na jej małe dłonie i zachichotał.
- Też chcesz pięści użyczać? - zapytał.
- Nie, ale mogę poszczuć tego psychola psem, jakby co!
Rose zatoczyła oczyma.
- Jezu, cały orszak będę miała - powiedziała, wzdychając.
- Jest tylko jeden problemik - oznajmił Lampard. - Wasyl, możemy wziąć twoją furę? Za mną sie ostatnio ciągną papsy. Jeden zdaje się siedzi w tej chwili w ogródku naprzeciwko.
Marcin pokręcił głową.
- Nic z tego stary - oznajmił smutnie. - Za mną też się ciągną, jak kurwy za wojskiem. Rano sąsiadka obiła paparucha miotłą, bo jej rabatki deptał. Zimozielone.
- Weźmiecie mojego garbusa - ucięła Rose. - Jakoś się pomieścicie.
- Ja się nie wtrącam, Rose - rzekł Walter. - To twój pub. Ale ten Grey to jest zły, bardzo zły człowiek! Lepiej uważaj, nie chcę, żeby ci zrobił krzywdę.
- Niechby tylko spróbował - powiedział Lampard, takim głosem, że wszystkim ciarki po grzbiecie przeszły.
W sylwestrowy wieczór, punktualnie o godzinie dwudziestej, przed pub zajechała bezszelestnie czarna, lśniąca limuzyna.
- Przyjechał! - wrzasnęła czatująca przy oknie w salonie Majka. - Lećcie po Rose!
Wasyl popędził do sypialni, otworzył z rozmachem drzwi i zamarł, ponieważ Montoya stała przed lustrem w samej bieliźnie.
- O rany, przepraszam - wymamrotał, cofając się.
- No ja myślę - odparła, posyłając mu zabójcze spojrzenie.
- Ty, podglądaczem zostałeś? - Lampard wyrósł znienacka za plecami Wasyla. - Uważaj no...
- Gorzej ci? - Marcin postukał się palcem w czoło. - Ty lepiej idź do niej i mikrofon jej przyklej.
Lampard wszedł do sypialni, po czym pięć sekund później wyleciał za drzwi, jak wyrzucony z katapulty.
- Wywaliła mnie - powiedział. - Sama se przyklei.
Rose wyszła dziesięć minut później, odziana w kreację od Greya. Pod nią, jednakże, nosiła czarne legginsy i takiż golf z cienkiej tkaniny.
Na twarzy Lamparda odmalowała się mieszanina ulgi i rozczarowania, Wasyl zaś poddał dziewczynę dokłądnej inspekcji wizualnej, po czym uniósł brew.
- Facet nie będzie zadowolony - orzekł.
- No ja myślę - mruknęła Majka. - Nastawił się na cycki na talerzu, a dostanie zakonnicę.
- Niech się wypcha - odparła gniewnie Rose. - Nie będzie byle szmaciarz w moje cycki się gapił! Poza tym przeczytałam jego liścik trzy razy i o tym co ma być pod kiecką nic nie było. Dobra, idę.
Włożyła płaszcz, wzięła torebkę i wyszła. Majka zowu zawisła przy oknie, patrząc co się dzieje przed pubem.
- Wsiada - raportowała. - Odjeżdząją! Lecimy!
Zbiegli ze schodów, przy czym Kepler wpadał wszystkim pod nogi, i wbili się do garbusa, na którego desce rozdzielczej spoczywał już radioodbiornik.
Tymczasem limuzyna zajechała pod apartamentowiec Greya i zatrzymała się przy prywatnym wejściu. Szofer otworzył drzwi. Rose wysiadła i zgodnie z instrukcjami z liściku, podeszła do ochroniarza o rozmiarach szafy, pełniącego straż przy wejściu. Pokazała mu liścik, została wpuszczona do hallu, po czym stanęła przed drzwiami windy, nad którymi łypała ciekawsko kamera wideofonu.
Rose nacisnęła przycisk pod niewielkim ekranem. Zamigotało i na ekranie ukazała się gęba Greya, odzianego w grafitowy garnitur ("Niedługo zacznę rzygać tym kolorem" pomyślała Rose), któremu zza ramienia wyglądał Hinten.
- Miałaś włożyć to co ci kazałem!- syknął Grey.
- Grey, czy tobie czasem fortepian na łeb nie spadł i dostałeś od tego zaćmy? A co ja do cholery mam na sobie?
- Szefie, panna Montoya w istocie ma sukienkę od pana. - zająkał się Hinten.
W Greyu zagotowało się jak w czajniku.
- Kurwa a co ty masz pod spodem? Co to jest? Miałaś mieć tylko sukienkę!
- Grey ciepisz na sklerozę? Kazałeś mi założyć tę szmatę, ale słowem się nie zająkałeś, że mam pod spodem nic nie mieć - Rose wzruszyła ramionami.
Twarz milionera przybrała odcień śliwkowy.
- Hinten, kurwa, nie napisałeś, że ma przyjść z gołą dupą? - warknął.
- Ale panie Grey pan mi sam dyktował... - Hinten wyglądał jak karp na pięć sekund przed oberwaniem młotkiem.
- Spierdalaj mi stąd i żebym cię do jutra nie widział! - zawył Grey. - Bo jak cię kopnę w dupę, to do Monachium dolecisz, ty wyskrobku niedojebany!
- Cóż za kultura - zauważyła z przekąsem Rose.
- Zapraszam na górę - mruknął Grey i wyłączył interkom.
Rose westchnęła i weszła do windy. Sylwester zapowiadał się nieciekawie.

________________________________________________
Witajcie w Nowym Roku! Oto pierwszy tegoroczny odcinek, mam nadzieję, że się spodoba :)



A Hylllllwefter był... udaaany! Hik!
Martina






sobota, 28 grudnia 2013

Rozdział 8

Come to me
Do and be done with me
Don't I exist for you
Don't I still live for you
Everything I possess
Given with tenderness
Wrapped in a ribbon of glass 

Annie Lennox "Cold"





To, co zapowiadało się jako mroczne spotkanie w tajemniczych okolicznościach, z początku jednak wyglądało całkiem jak podwieczorek u babci. Starsza pani, która przedstawiła się jako panna Waterhouse, błyskawicznie zapędziła wszystkich do roboty, zanim zdążyli się obejrzeć i ledwie odwiesili okrycia wierzchnie.
- Młody człowieku, wyglądasz mi na delikatnego - poklepała Wasyla po wytatuowanym, muskularnym przedramieniu. - Bądź tak dobry i wyjmij z kredensu komplet herbaciany, ten w niebieskie kwiaty, on stoi na górnej półce. To dzwonki, zawsze lubiłam dzwonki.
- Tak proszę pani - odparł Wasyl, ogłuszony ze szczętem.
Panna Waterhouse nie traciła czasu.
- Ty, drogi młodzieńcze - złapała za łokieć Lamparda - wyjmij proszę z lodówki ciasto, bo wiem, że jesteś dokładny i równo je podzielisz. Przełóż je na paterę i zanieś do jadalni.
- Robi się - Franka wyraźnie bawiła ta sytuacja.
- Kochana moja, masz dobre oko do szczegółów i chłodną głowę - spojrzenie porcelanowobłękitnych oczu spoczęło teraz na Rose. - Nakryj do stołu w jadalni, talerzyki są na dolnej półce kredensu, te z dzwonkami, żeby nam do reszty zastawy pasowały. Widelczyki i łyżeczki znajdziesz w szufladzie komody w jadalni, takie palisandrowe pudełko.
Jak wytrawna służąca Rose tylko kiwnęła głową i zniknęła bezszmerowo w czeluściach domu.
- A ty moja droga, taka rozsądna dziewczyna, zaparz herbaty - panna Waterhouse wydawała polecenia z kolei Majce. Puszka z herbatą stoi w kuchni na szafce, imbryczek niech ci ten uroczy młodzieniec przyniesie, jakże on ma na imię? Ma takie niewinne spojrzenie.
- Wasyl - odparła Majka.
- Tak, Wasyl. I poproś tego drugiego młodzieńca, Franka, prawda? Zapamiętałam go od razu, kiedy ujrzałam go po raz pierwszy w telewizji, takie ogniste oczy, naprawdę. Ale o czym to ja? Aha, powiedz mu, żeby wyjął z lodówki mlecznik, w szafce, tej wiszącej, koło kuchenki stoi cukiernica, weź to wszystko na tacę , imbryczek z herbatą oczywiście też i przynieś proszę do jadalni. Ach! Nie zapomnij sitka! Leży koło cukiernicy!
- Oczywiście - odparła Majka, panna Waterhouse jednak wsiadła już do innego pociągu myśli, dopadłszy Waltera.
- Jesteś taki silny, kochany Walterze, weź prosze węglarkę, przynieś z piwnicy brykietów, teraz już tylko tymi bezdymnymi można palić, to nie to samo co porządna kłoda drewna w palenisku, ale trudno. Rozpal, proszę, ogień na kominku w jadalni. Niby jest tutaj centralne, ale jak się nie napali w kominku, to jadalnia jest lodowata. Poza tym nie ma nic lepszego zimą, niż gorące palenisko, a mamy już prawie zimę, prawda?
- Tak, panno Waterhouse - zgodził się potulnie Walter, w którym nie zostało prawie nic z bohaterskiego pogromcy potworów.
Kiedy Rose weszła do jadalni, Wasyl stał przed kredensem i uważnie przyglądał się sobie w oszklonych drzwiczkach.
- Szukasz tej delikatności? - zapytała.
- Zgadza się - odparł. - Ale nie znajduję. Ta staruszka, ona jest aby na pewno, no wiesz... Wszyscy u niej w domu?
Wzruszyła ramionami i sięgnęła do szuflady, po palisandrowe pudełko ze sztućcami.
Pół godziny później na kominku w jadalni wesoło huczał ogień, na stole zaś parowały filiżanki gorącej herbaty, panna Waterhouse zaś nakładała na talerzyki niebiańsko pachnące brownie.
- Proszę, jedzcie kochani, czekolada jest najlepsza na troski, wiem, że wam zycie ostatnio trosk nie szczędzi, a będzie ich jeszcze więcej. Tak sobie pomyślałam, że najlepiej będzie upiec brownie na nasze spotkanie, pokrzepicie się trochę, rozchmurzycie i będziemy mogli porozmawiać.
Walter jako pierwszy zajął się swoim kawałkiem ciasta, pozostali, widząc to, sięgnęli po widelczyki i odważyli się spróbować poczęstunku. Cztery srebrne sztućce zagłębiły się w cieście, po czym cztery twarze rozpłynęły się w wyrazie błogości.
- Ależ to jest znakomite! - Rose nie kryła zaskoczenia.
- Pyszności - zamruczał Lampard, niczym kot, mrużąc oczy.
- Ummm, delikatesy... - Wasyl na odmianę mruczał jak niedźwiedź, co się dobrał do barci.
- Czy mogę panią prosić o przepis? - wyrwało się Majce.
- No właśnie, ja też! - w Rose obudziła się żyłka do interesu. - Zrobiłabym tym furorę!
Panna Waterhouse uśmiechnęła się tajemniczo.
- Dam wam, kochane, nawet drugą wersję wam dam, jestem pewna że wam się przyda - popatrzyła na swych gości, przekrzywiając głowę jak ptak. - Miałam nadzieję, że się polubiliście, ale takich więzi, jakie tu widzę, doprawdy, nie spodziewałam się. Ale może to i lepiej...
Rose znienacka oprzytomniała.
- No właśnie, my tu chyba nie przyszliśmy gadać o kulinariach - zauważyła. - To może przejdźmy do sedna?
- Zgadzam się z tobą, z tobą - rzekł Walter poważnie. - Panno Waterhouse?
- A tak, tak, powinniśmy - staruszka pokiwała głową. - Widzicie, moi kochani, ktoś tu się zaczął bawić bardzo niebezpiecznymi rzeczami. To się zaczęło pod koniec sierpnia, kiedy zamordowano Laurę Pellegrin. Walterze, wyjaśnij proszę, bo ja się na tych innych wymiarach nie bardzo wyznaję.
- No więc tak jak mówiłem, ktoś próbuje otworzyć, otworzyć Drzwi. Przejście do innego wymiaru, innego świata, dostarecznie duże, by przeszły przez nie naprawdę, naprawdę potężne istoty. Takie, które, które mogłyby zniszczyć nasz świat - oznajmił Walter, po czym gestem desperackim upił nieco herbaty.
- Po co ten ktoś miałby to robić? - zapytał Lampard. - Chce popełnić samobójstwo z wyjątkowo dużym wykopem?
- Te istoty nie są głupie, młody człowieku - zauważyła panna Waterhouse. - One pragną przejść do naszego świata, bo tu mogą znaleźć pod dostatkiem tego, czym się żywią, bólu, rozpaczy, strachu...
- Garmonbozia - mruknęła Majka.
- Nie rozumiem, kochanie? - starsza pani nadstawiła ucha.
- Garmonbozia - powtórzyła Majka głośniej.
- Po jakiemu to? - zdziwił się Wasyl.
- To z "Twin Peaks", zdaje się - Lampard z calym spokojem dolał sobie herbaty.
- Ta, duchy z czarnej chaty, w tym BOB, żywiły się bólem i cierpieniem - rzekła z niecierpliwością Rose. - Nazywały to garmonbozia.
- Tak, właśnie tak. One żywią się bólem i cierpieniem - panna Waterhouse pokiwała głową. - Jednak Drzwi mogą być otwarte tylko z naszej strony, przez człowieka. Więc aby kogoś skłonić do ich otwarcia...
- Trzeba mu coś obiecać - wpadł jej w słowo Wasyl. - Coś, na co wszystkie dupki lecą. Władzę.
- Otóż to - zgodziła się staruszka. - Walterze, kontynuuj.
- No więc - Walter pospiesznie przełknął ciasto. - Ten ktoś zabił już cztery razy...
- Czekaj, a nie pięć? - przerwała mu Rose. - Laura, Ronette, Zoe, Moira i Troy, to pięć osób.
- Troya nie zabiła ta sama osoba, co resztę - zaprotestowała Majka. - Jego praktycznie rozerwano na strzępy, poza tym nigdzie w pobliżu nie było kamieni.
- Zaraz - teraz z kolei wciął się Lampard. - W tej okolicy widziano naszego latawca. Tę ślicznotę z piwnicy Rose. Czy to możliwe, że to on posilił się Troyem?
- To prawie pewne - rzekła panna Waterhouse smutnie. - Biedny chłopiec. Zginąć w taki sposób...
- Czy możecie mi nie przerywać? - poprosił Walter. - To, co, co zjadło Troya to istota podobna to tej, która w 1888 zabiła w Londynie pięć kobiet. Ktoś tam wtedy naruszył Drzwi...
- Torsy w Tamizie! - wyrwało się Majce. - Ależ oczywiście!
- Tak, torsy w Tamizie - w głosie Waltera zabrzmiało zniecierpliwienie. - Tu mamy poważniejszy problem. Trzy z zamordowanych dziewczyn były, były dziewicami...
- Aaaa! - Rose wzniosła palec gestem odkrywcy. - To dlatego zmasakrował Ronette! Pomylił się, myślał, że ona jest dziewicą, a ona przecież miała chłopaka!
Walter spojrzał na nią wzrokiem znękanego szczeniaczka, ale nie powiedział nic.
- Przymknijcie się wszyscy na chwilę - zażądał Wasyl. - Wcinacie się Wally'emu co chwilę w słowo i nie może chłopak skończyć.
Spojrzał na Waltera zachęcająco.
- Dawaj Wally.
Walter nabrał powietrza w płuca.
- Kiedy ten ktoś zdoła zabić pięć niewinnych osób i odprawić stosowny rytuał przy pięciu kamieniach, będzie mógł otworzyć Drzwi - rzekł. - A jeśli je otworzy, nastąpi koniec świata. Apokalipsa przy, przy tym to pikuś.
- I właśnie dlatego musimy go powstrzymać - rzekła staruszka, klepiąc Waltera po ręce.
- Ale jak? - zapytała Rose. - I dlaczego my?
- Bo płynie w nas krew tych, którzy zamknęli Drzwi prawie czterysta lat temu - odparła spokojnie panna Waterhouse.
- A skąd pani to może wiedzieć? - zdziwił się Lampard.
Starsza pani spojrzała na niego tak, że wszelkie pytania zamarły mu na ustach.
- Nie pytaj synu - rzekła. - Przyjmij, że po prostu wiem.
- Chwila, moment - Rose zamachała łyżeczką. - Ja bym chciała wiedzieć jak mianowicie mamy zamknąć te całe Drzwi i czy to obejmuje urwanie łba, razem z płucami, temu skurwysynowi, co morduje.
Walter spochmurniał.
- Przypuszczam, że jeśli nie będzie inego, innego wyjścia, może będziemy musieli...
Nad stołem zapadła grobowa cisza.
- To jest ostateczność - twarz panny Waterhouse opromienił łagodny uśmiech. - Nasze zadania są znacznie mniej ponure, póki co. Trzeba odprawić rytuały przy kamieniach, to nie zniweluje wprawdzie wpływu ofiary złożonej przez tego złoczyńcę, ale go osłabi i uszczelni Drzwi.
- No właśnie. Musimy, musimy je zlokalizować - rzekł Walter. - Z moich badań wynika, że prawdopodobnie znajdują się pod Leicester, a wejściem do nich mogło być Leże Czarnej Annis.
Frank i Rose wymienili spojrzenia.
- No właśnie - powiedziała Rose. - U mnie w pubie, w piwnicy, są jakieś drzwi. Stare. A Ten Bells leży w Dane Hills, czyl na tym samym terenie, co miejscówka Annis.
- Dlatego prosiłem was, żebyście ich nie otwierali - powiedział Walter. - Zanim tam zejdziemy, musimy być pewni, że to właściwe miejsce i przygotowani. Nie wiadomo co tam możemy spotkać. Co moglibyśmy stamtąd niechcący wypuścić. A to co już wyszło, musimy, musimy odesłać Tam. Pozbawić fizycznej formy...
- Innymi słowy poukręcać potworom łebki - dokończył Wasyl. - Boże, o czym my tu gadamy?
- O pracy godnej Scoobie gangu - Lampard uśmiechnął się kątem ust. - Też bym w to nie wierzył, gdybym nie widział tego, co widziałem.
- JScoobie? Ojej, zupełnie zapomniałam o tobie! - panna Waterhouse odwróciła się do Keplera, leżącego przy krześle Majki i udającego kompletny brak zainteresowania pożywieniem na stole. - Jesteś zbyt grzeczny, mój drogi, trzeba było mi się przypomnieć!
- Tylko niec mu pani nie daje brownie - ostrzegła Majka. Pies wstał i podszedł do starej pany, kładąc jej łeb na kolanach.
- Wiem, czekolada szkodzi psom - starsza pani uśmiechnęła się i pogłaskała Keplera. - Mam dla niego coś specjalnego. Kochany chłopcze - zwróciła się do Wasyla. - W kuchennym kredensie jest taki czarny słój na ciastka, wygląda prawie jak urna pogrzebowa, przynieś go proszę!
Słój, przyniesiony przez Marcina, istotnie wyglądał jak urna, ale nie zawierał w sobie prochów. Były w nim psie ciasteczka, w kształcie kości. Panna Waterhouse rzucała Keplerowi po jednym, a on łapał je z godną podziwu zręcznością.
Spotkanie skończyło się podziałem zajęć, przy czym najwięcej i najbardziej żmudnych, takic jak biblioteczne researche przypadło Walterowi i Lampardowi, który, jak twierdził, dysponuje chwilowo nadmiarem wolnego czasu.
Wychodząc, Rose pamiętała by spojrzeć na metalowy abażur lampy nad frontowymi drzwiami, na którym wypisano numer domu i nazwę ulicy. Orchard Street 4.
- Ej, wiem gdzie jesteśmy! - ucieszyła się.
- No to prowadź, bo ja nie wiem - oznajmił Wasyl. - Chyba, że Wally chce?
- Nie nie, prowadź, prowadź Rose - rzekł Walter skromnie.
Maszerowali przez dobrą chwilę, przy czym Lampard cały czas dowcipkował na temat kobiecej orientacji w terenie, co z mety podchwycił Wasyl. Przerzucali się przez chwilę dowcipami, aż wreszcie Rose zasugerowała, żeby się zamknęli, jeśli nie chcą zebrać latarką po łbach.
- A wiesz w ogóle gdzie jesteśmy? - zapytał Frank, z miną niewiniątka. Kepler, nie wiedzieć czemu zawarczał.
- Zaraz wyjdziemy na Narborough Road - odparła Rose niecierpliwie. Zdmuchnęła kosmyk włosów z czoła. - Widzisz ten kobylasty budynek tam? To Leicester College, przy nim skrę...
Cień ogromnych skrzydeł przesłonił światło latarń.
- O kurwa - wyrwało się Wasylowi. - Co to, do chuja, jest?
Błoniastoskrzydły stwór, dobrze znany Frankowi i Rose, zakołował nad zbitymi w ciasną grupkę przyjaciółmi, obnażając przy tym swoje paskudne zębiska, po czym uniósł się w ciemność ponad dachami.
- Latawiec - rzekł spokojnie Frank.
- On tu zaraz wróci - oznajmił Walter, znacznie mniej spokojnie.
Podobny do szybowca cień padł na ulicę kilkadziesiąt metrów przed nimi. Kepler zjeżył się jak szczotka i zaczął ujadać.
- Chodu! - ryknął Lampard.
- Tam! - wrzasnęła Rose, wskazując wąską, boczną uliczkę. - On się tam nie zmieści!
Ruszyli galopem, Frank i Rose na przedzie, w środku Walter, za nim Majka, na końcu zaś Wasyl i pies, który szczekał jak oszalały. Stwór zapikował, ale zgodnie z przewidywaniami Rose, nie mógłby rozłożyć skrzydeł w wąskim kanionie ulicy, więc tylko wykręcił pętlę nad domami.
Biegli tak dłuższą chwilę, z bezsilnym stworzeniem, kołującym nad ich głowami, w akompaniamencie przeraźliwego ujadania Keplera.
- Ja... już... nie... mogę - wysapała Majka.
- Ja... też - sapnął w odpowiedzi Walter.
- Zatrzymajmy się - powiedział Wasyl.
- I tak nie mamy dokąd biec - rzekła Rose dziwnym głosem.
Spojrzeli przd siebie. Ulica była ślepa, zamknięta jakąś rozgrzebaną budową. Dookoła rozpoczętego budynku poniewierały się kawałki drewna, styropianu, kule uszczelniającej pianki i rozmaite inne odpadki natury budowlanej.
- Ty wybrałaś tę ulicę - mruknął Frank, patrząc na Rose.
- Och, zamknij się - odparła.
- To usiłuje tu wylądować - zauważył Wasyl, cały czas czujnie obserwujący stwora. Istotnie, poczwara obniżyła lot, próbując zmieścić się w wolnym kawałku przestrzeni, zapewnionym prze niedokończoną budowę.
Lampard rozejrzał się dookoła, jakby czegoś szukał.
- Frank, co ty... - zaczęła Majka.
Cień wielkich skrzydeł padł na całą grupkę.
Frank podbił stopą piankową kulę, twardą jak kamień. Złapał ją w ręce, po czym starannie ułożył na ziemi. Cofnął się, spojrzał na stwora, na kulę, potem znów na stwora.
Poczwara znajdowała się już jakieś dziesięć metrów nad ziemią.
- Boże, jak to śmierdzi - jęknął Walter.
Wasyl uświadomił sobie, że tez to czuje, wwiercający się w nozdrza słodkawy odór, woń śmierci i rozkładu.
Lampard tymczasem oblizał wargi, odetchnął głęboko, po czym kopnął kulę z całych sił. Wystrzeliła w powietrze z potężną siłą, trafiając prosto w skrzydło stwora. Rozległ się suchy trzask, to napięta błona pękła jak papier. Stwór zasyczał, machając rozpaczliwie zdrowym skrzydłem, po czym runął na asfalt. Kepler szczekał, warczał i wył, tańcząc w miejscu i wyrywając się tak, że Majka ledwie mogła utrzymać smycz.
- Trafiony! - ryknął Wasyl, potrząsając uniesioną pięścią.
- Mam nadzieję, że zdechł! - oznajmił Walter, z niesłychaną, jak na niego, zaciętością.
- O stary - rzekła Rose z uznaniem. - To był strzał!
Lampard skromnie spuścił wzrok.
- To nic takiego... - rzekł. Jego słowa ginęły w psim jazgocie.
- Kepler! - ryknęła Majka straszliwie. Pies spojrzał na nią z wyrzutem, ale zamilkł. - Ej, toto się podnosi!
Faktycznie. Raniona i solidnie potłuczona bestia, zbierała się z asfaltu, powoli i niezgrabnie stając na nogi.
- I co teraz? - zapytała Majka retorycznie.
- Łapcie jakieś drągi i ruszajcie zaraz po mnie - skomenderował Marcin, nie spuszczając wzroku z poczwary.
- Drągi, Wasyl, co ty...? - zaczęła Rose, ale nie skończyła, bo przerwał jej okrzyk Lamparda.
- Uwaga, idzie!
Stwór postępował ku nim na chwiejnych nogach, wyciągając przed siebie szponiaste łapska. Z całą pewnością nie miał zamiaru ich nimi przytulać. Jego kopyta stukały o asfalt, klip-klap, klip klap.
Wpatrzeni w zbliżającą się ku nim potworę, podnosili niemal na oślep kawałki drewna, których na szczęście w okolicy nie brakowało. Wasyl tymczasem obdarzył stwora najlepszym ze swych morderczych spojrzeń, pufnął krótko przez nos, wziął rozpęd i poszedł wślizgiem, jakiego by na pewno nigdy nie zastosował na boisku. Wyprostowanymi nogami uderzył prosto w podstawną kończynę potwora. Kość pękła z obrzydliwym trzaskiem, a przed oczyma Wasyla przeleciał w błyskawicznym tempie kalejdoskop wspomnień z tamtego feralnego meczu, kiedy to jemu złamano nogę.
Bestia upadła na wznak, wywijając wargi w grymasie niewątpliwego bólu, potem jednak poderwała się i spróbowała sięgnąć napastnika zębami. Wasyl bez namysłu grzmotnął pięścią w pochylającą się nad nim obrzydliwą facjatę i wtedy ruszyła reszta grupy.
Skoczyli na potwora wszyscy naraz, okładając go czym kto miał, Kepler zaś jął tarmosić zębami jego zdrowe skrzydło. Stwór wił się, syczał, prychał i młócił łapami. Dosięgnął ramienia Lamparda i rozdarł mu płaszcz, grzmotnął wierzchem łapska w ucho Majki, przewrócił Waltera, potem przeciągnął po łydce Rose, która, wypełniona po brzegi szalejącą adrenaliną, nawet tego nie zauważyła.
Złożyła palce w Znak Księżyca i poczuła przepływającą przez jej ciało energię, tak potężną, że jej włosy i sutki stanęły dęba.
- Paszoł won mi stąd! - wrzasnęła. - Rozkazuję ci w imieniu Księżyca!
Jej ręka rozbłysła jaskrawym światłem, pod wpływem którego bestia zaczęła się wić jak węgorz, posykując i zasłaniając łapami oczy. Wierzgnęła rozpaczliwie zdrową nogą, po czym odpełzła na czworakach w ciemność, znikając gdzieś za domem w budowie.
Rose opuściła rękę i światło zgasło. Przez chwilę wszyscy stali, czekając aż ich oczy przyzwyczają się do półmroku, który po oślepiającym blasku wyemitowanym przez Rose wydawał się ciemnością.
Kiedy wreszcie zaczęli rozróżniać szczegóły, Walter policzył sylwetki dookoła niego. Trzy i on. I pies, który lizał coś ciemnego. Powinno być pięcioro ludzi, skonstatował. Rozejrzał się dookoła i zrozumiał.
Obiektem oblizywanym przez Keplera był Wasyl. Leżał na asfalcie, zwinięty w ciasny kłębek, trzymając się oburącz za brzuch.
Rzucili się ku niemu wszyscy, zwyciężczynią wyścigu jednak była Majka.
- Ja pierdolę! - jęknęła, padając na kolana. - Marcin, żyjesz?
- Ehe - wystękał Wasyl. Rozprostował się i wziął głęboki oddech, po czym znowu się skrzywił. - Kopnął mnie, sukinsyn.
Lampard nachylił się nad nim, przyglądając się.
- Ładnie cię trafił - orzekł. - Prosto w splot słoneczny.
- Nic mi nie będzie - mruknął Wasyl. - Za to laski krwawią. Obie. No pomóż mi wstać!
Frank podał mu rękę i po chwili Marcin stał już na nogach.
- Rose, twoja łydka... - powiedział drżącym głosem Walter.
Nogawka dżinsów dziewczyny wisiała w strzępach, które powoli przesiąkały krwią.
- Ma ktoś komórkę? Dzwońcie po pogotowie! - zażądał Lamps. - Rosie, ja cię poniosę!
Odskoczyła od niego niczym rączy jeleń.
- Odwal się, nic mi nie jest, sama pójdę! - wrzasnęła. - I nie mów do mnie Rosie!
Wasyl tymczasem badał krwawiącą głowę Majki, ująwszy ją w obie ręce.
- Ucho masz na miejscu - stwierdził. - Obędzie się bez szycia.
- Pokrzepiające - mruknęła Majka.
Marcin spojrzał na nią i uśmiechnął się szeroko.
- No nie? Chociaż ze szwem byłoby ci do twarzy, taka panna Frankenstein - zauważył.
Parsknęła śmiechem.
- Nie ruszaj się - poprosił, wracając do oględzin. - Nie wygląda to groźnie, ale z drugiej strony przy tym świetle mało widać.
- Dlatego mam propozycję - rzekł Walter. - Chodźmy, chodźmy wszyscy do Rose, opatrzymy się i zastanowimy co dalej.
- Zajebista propozycja! Kto jest za? - Marcin rozejrzał się po obecnych.
- Wszyscy - odparła Rose. - Jazda, idziemy.
U Rose rozsiedli się wszyscy w salonie, przy wiktoriańskim stole. Majka postawiła Keplerowi wody w jednorazowym plastikowym talerzu, Rose zaś przyniosła z zaplecza apteczkę.
- Czy mogę panią prosić o nogę? - zagaił dwornie Lampard. Walter zrobił dziwną minę, Majka i Wasyl dostali radosnej głupawki, natomiast Rose usiadła na kanapie i położyła ranioną kończynę na kolanach Franka z miną dziewiętnastowiecznej damy.
- Ależ bardzo proszę - rzekła. - Aaaaau! Ostrożnie!
- Staram się - rzekł Frank, odklejając delikatnymi ruchami strzępy dżinsu od skóry pod nimi. - Ładnie cię pochlastał. Uwaga, teraz będzie szczypać.
Sięgnął po wodę utlenioną i gazę jałową. Tymczasem za jego plecami toczyła się ożywiona dyskusja.
- Nic mi nie jest, na boisku czasami gorzej obrywam - upierał się Wasyl. - Zamiast się mnie czepiać, daj niech ci przemyję te skaleczenia.
- Nie, dopóki nie pozwolisz mi się obejrzeć - Majka okopywała się na swoich pozycjach. - Ściągaj tę katanę i podnieś koszulkę!
- Ale to jest bez sensu!
- Bo cię rozbiorę siłą!
Wasyl wyszczerzył wszystkie zębiska w krokodylim uśmiechu.
- Podoba mi się to - stwierdził radośnie. - Zaczyna się robić pikantnie!
- No, no, żadnych takich! - zagrzmiała Rose. - To jest porządny dom! Lampard, skończyłeś?
- Tak, piekielna Róziu, skończyłem - Lampard skłonił się tak, że nieomal dotknął czołem stołu.
- To bądź tak łaskaw i rozepnij koszulę, bo widzę, że masz podrapany bark.
Lampard bez szemrania obnażył barki i całkiem spory kawałek klaty.
- Wasilewski, ty też! - zażądała Majka. - Bierz przykład z Franka i rób o co cię kobieta prosi!
- Lampard, zawsze jesteś takim pantoflarzem? - podwijając koszulkę Marcin rzucił złośliwe spojrzenie Frankowi.
- Tylko przy Rose - odparł smętnie Lampard. - Normalnie jestem panem i władcą.
Majka popatrzyła, na włochaty, potężnie umęśniony tors Wasyla i gwizdnęła. Półkolisty, czerwonofioletowy odcisk wyraźnie odznaczał się na tle nieopalonej skóry Marcina.
- Masz prześlicznego sińca w kształcie kopyta - odpowiedziała na jego pytające spojrzenie. - Delikatnie powiodła palcami po purpurowym śladzie. - Ale chyba tylko sińca.
- Mówiłem, że nic mi nie jest. - odparł Marcin, opuszczając koszulkę.
Majka spojrzała na siedzącego jak mysz pod miotłą Waltera.
- Walter, a tobie nic nie jest? - zapytała.
- Nie, nic, absolutnie, absolutnie nic - zapewnił gorliwie. - Tylko chyba sobie ręce trochę starłem.
Wasyl zręcznym ruchem wyłowił z apteczki wodę utlenioną.
- Spoko, zaraz oblecę was oboje - rzekł. sięgając po płatki jałowej gazy. - Wally, wyciągnij łapki.
Zręcznymi ruchami przemył poobcierane dłonie Waltera, z zadziwiającą delikatnością usuwając tkwiące w skórze kamyczki. Walter zniósł całą operację bardzo dzielnie, nie pisnąwszy nawet słówkiem.
Tymczasem Rose kończyła naklejać plaster na bark Franka, udając starannie, że nie widzi jego nagiej, muskularnej piersi, ani tego jak się na niej poruszają mięśnie pod owłosioną skórą. Cholera, czy on musiał być tak atrakcyjny?
Uniosła wzrok nieco wyżej, ale było jeszcze gorzej, bo spojrzała wprost w duże, zielonkawoniebieskie oczy Franka. Piękne oczy, okolone długimi, ciemnymi rzęsami. Jasny gwint. Niedobrze. Przykleiła plaster, nieco krzywo i czym prędzej się odwróciła, szukając wzrokiem czegoś neutralnego. O, kominek, rozłożysty, angielski, poczciwy kominek. Prozaiczny i wcale nie podniecający. A nawet, można powiedzieć, aseksualny.
- Ubieraj się Lampard - zażądała. - Na pewno ci zimno.
- Zimno? - zdziwił się Frank. - Ja to bym się jeszcze rozebrał!
- To ja może wyjdę? - zaproponował taktownie Walter.
Wasyl zaczął rżeć jak sołtysowa kobyła w koniczynie, a Majka, którą właśnie opatrywał, ukryła mu twarz na piersi, kwicząc z uciechy.
- To my może wszyscy wyjdziemy? - zaproponował Marcin, rechocząc w głos. - Widzę, że Rose i Frank potrzebują odrobiny prywatności - znacząco poruszył brwiami.
- Wasyl, zamknij się, bo dostaniesz zaraz w cymbał - Rose płonęła rumieńcem jak pochodnia. - A ty, Lampard ubierz się natychmiast!
Lampard wywrócił oczyma.
- Już możesz patrzeć - rzekł. - Zakryłem moją nieprzystojną nagość.
Majka kwiknęła z uciechy jeszcze głośniej.
- Ty tam przestań Wasyla macać pod niewinnym pretekstem - burknęła Rose.
Majka podniosła głowę i odskoczyła od ubawionego Marcina.
- Ja go wcale nie macam! - zaprotestowała ogniście.
- Dobra, dobra, już ja tam swoje wiem - oznajmiła Rose. - A teraz zacznijcie wszyscy myśleć głowami i zastanówcie się co teraz mamy robić. To kurestwo na pewno jeszcze żyje.
- Na pewno, na pewno będzie usiłowało wrócić Tam, żeby się wyleczyć - oznajmił Walter.
- Słuchajcie, mam pomysł - rzekł Frank powoli. - Zakładając, że za tymi drzwiami w piwnicy faktycznie kryje się przejście do innego świata... moglibyśmy je zablokować. Wiecie, sól i co tam jeszcze na te stwory działa.
Wasyl popatrzył na niego z błyskiem w oku.
- Wtedy ta pokraka zostanie tutaj, a my ją będziemy mogli wytropić - podchwycił.
- I ubić cholerę - Rose postawiła kropkę nad i.
Majka poderwała się jak na sprężynie.
- Rose, masz szałwię? - zapytała.
- Chyba mam gdzieś w kuchni - odparła Rose zdziwiona. - A co, gardło cię boli?
- Nie, ale przecież szałwia odstrasza złe duchy! - Majka wzięła się pod boki. - Okadzimy pomieszczenie z drzwiami, na wypadek, gdyby się tam coś snuło.
- Aaaaa! A to może powiesimy na drzwiach wianek z rozmarynu? - zaproponowała Rose.
- I krzyżyk, krzyżyk z jarzębiny - dodał Walter. - Ja zrobię, zrobię i jutro przyniosę.
- To ja proponuję cynamon - rzekł Lamps. - Obetka się patykami szpary w drzwiach.
- On też odstrasza? Skąd ty to wiesz? - zdziwiła się Majka.
- Od Davida Luiza - uśmiechnął się Frank. - Jego babcia jest mae de santo.
- Czym proszę? - zapytała zdziwiona Rose.
- Kapłanką Umbandy, takiej brazylijskiej religii - mruknął Wasyl. - Czymś w rodzaju czarownicy.
- A skąd ty to wiesz? - zapytała Rose.
- Nie tylko Lamps miewał Brazylijczyków w drużynie - odparł Marcin. - Ja bym proponował rojnik, ale nie wiem skąd to wziąć.
- Z supermarketu - odparła Rose niecierpliwie. - Nawet w Tesco toto mają. Dobra, plan na dzisiaj: bierzemy z kuchni sól, szałwię i cynamon i idziemy uszczelniać drzwi. Resztę zrobimy jutro.
- Jest tam świeca? - zapytała Majka niespokojnie. - Musimy mieć ogień.
- Jest - odparła Rose. - No ruszcie tyłki!
Zeszli do piwnicy i otwarli sekretne drzwi za półkami z winem. Walter uruchomił swoją latarkę, która oświetliła niewielkie pomieszczenie, wyławiając z mroku sekretarzyk i stojący na nim lichtarz ze świecą.
- Pusto - stwierdził Wasyl.
- A czego się spodziewałeś, Saurona z zastępami? - Rose wzruszyła ramionami. - Niech ktoś zapali tę świecę.
Uczynił to Lampard. Potem podpalił również suszoną szałwię w fajansowej miseczce, trzymanej przez Majkę. Wonny dym rozszedł się dookoła.
- Skoncentrujcie się! - zażądała Krukówna. - Myślcie o tym, że nie chcecie tu nic złego.
Stanęła w rogu pomieszczenia i uniosła miseczkę w górę.
- Złe duchy, stworzenia ciemności, nakazuję wam odejść! - zagrzmiała z nieoczekiwaną siłą. - Matka Ziemia wam nakazuje!
Mrok, przyczajony w kątach, jakby zadrgał. Pomieszczenie wypełniła moc, podobna do tej, która przepełnia świat wiosną, wibrująca moc życia.
Majka tymczasem przeszła w drugi kąt i tam powtórzyła to, co zrobiła wcześniej.
- Złe duchy, stworzenia ciemności, nakazuję wam odejść! Matka Ziemia wam nakazuje!
Ciemność uniosła się pod sufit i skupiła w coś w rodzaju czarnej ameby gigantycznych rozmiarów.
- Złe duchy, stworzenia ciemności, nakazuję wam ODEJŚĆ! - zagrzmiała Majka w trzecim kącie. - Precz! Precz w imieniu Matki Ziemi!
Ameba falowała i pulsowała, kołysząc sie pod sufitem. Majka przeszła w czwarty kąt.
- Złe duchy, stworzenia ciemności, nakazuję wam odejść! Wasze miejsce jest TAM! - wskazała dłonią żelazne drzwi. - Słuchajcie Wielkiej Matki!
Przez chwilę pozostali mieli wrażenie, że ta drobna dziewczyna wypełnia sobą całe pomieszczenie, wielka niczym góra. Utkana z mroku ameba oderwała się od sufitu i uderzyła w drzwi, z taką siłą, że z sufitu posypał się tynk. Rozpłaszczyła się na nich, po czym wsiąkła w głąb jak woda w piasek.
- Wasyl, Frank, sól! - rozkazała Majka, gdy ostatnia plama czerni znikła z zardzewiałej powierzchni.
Usypali gruby wałek pod drzwiami, tymczasem Rose i Walter jęli obtykać wszystkie szpary cynamonem.
Następnego dnia Walter powiesił nad drzwiami własnoręcznie wykonany krzyżyk z jarzębinowych gałązek, przewiązanych czerwoną nitką, a Rose i Wasyl umieścili na nich gruby wieniec z rozmarynu, przetykanego rojnikiem.
Błoniastoskrzydłą poczwarę wytropili jakieś półtora tygodnia później. Kepler doprowadził ich do opuszczonego domu na przedmieściach Leicester, zwanych Thorpe Astley. Domisko owo miało mnóstwo wykuszów, wieżyczkę i generalnie wyglądało jak żywcem wyjęte ze starych hollywoodzkich horrorów. Albo z "Rodziny Addamsów".
Nie weszli od razu, po części dlatego, że nie byli w komplecie, jako że tropicielstwu oddawali się tylko Lampard i Majka. Walter musiał dotrzymać towarzystwa bardzo niezadowolonej mamusi, Rose zaś miała w pubie kontrolę, już którąś z kolei w ostatnim czasie. Tym razem napatoczyli się strażacy, żądni sprawdzenia bezpieczeństwa pożarowego lokalu. Wasyl natomiast pojechał do Belgii, jak to określił, szarpać się z najmimordami, czyli prawnikami.
Wrócił następnego dnia. Walterowi nie udało się oderwać od mamusi, więc po popołudniowym treningu Wasyla stawili się w miejscu zbiórki, czyli w Ten Bells, w sile czterech osób, nie licząc psa. Każdy wyposażony był w torbę, lub plecak, w nich zaś znajdowały się takie niezbędne utensylia, jak butelka wody ze świętego źródła w kościele św. Małgorzaty, torba soli i latarka.
Rose spojrzała z powątpiewaniem na masywne drzwi.
- Ma ktoś łom? Bo z kopa tego raczej nie otworzymy - stwierdziła.
Z szatańskim uśmiechem Lampard sięgnął do kieszeni.
- Ty byś od razu chciała używać brutalnej siły - rzekł. - A ja mam lepszy sposób.
Zademonstrował wszystkim z dumą pęk kluczy, z których następnie wybrał jeden i wetknął do zamka.
- Skąd wytrzasnąłeś klucze? - zapytała z zachłanną ciekawością Majka.
- Znam kogoś, kto zna kogoś, kto zna właściciela tej chałupy - odparł Frank. - Wcisnąłem im bajeczkę, że szukam domu w Leicester i ten mi się akurat spodobał, tak bardzo, że zapragnąłem go obejrzeć.
- Zdolniacha - orzekł Wasyl. - Rozumiem, że mamy nie zdemolować za bardzo wnętrza?
- Postarajcie się.
Otworzył drzwi. Zaskrzypiały przeciągle, jak przystało na dom z horroru i odsłoniły wysłany purpurowym chodnikiem hall, tonący w ciemnościach. Wasyl wydobył latarkę ze swojego plecaczka, który na jego rozłożystych plecach wydawał się śmiesznie mały. Snop światła wydobył z mroku zakurzony chodnik, ściany z odłażącą tapetą w kolorze różowym i opleciony pajęczynami kryształowy żyrandol. Przy ścianie po prawej biegły schody, prowadzące na piętro, pokryte tą samą, liniejącą, purpurową wykładziną.
- To jakiś burdel jest? - wyrwało się Majce.
- Też chciałem o to zapytać - zachichotał Wasyl.
- Nie, rezydencja prywatna. No właźcie, nie przyszliśmy tu podziwiać wystroju! - Lampard zaczął ich zaganiać do środka jak kura kurczęta.
Kepler powęszył po chodniku, wzbijając obłoczki kurzu i zaczął kichać.
- Rozdzielamy się! - oznajmił dziarsko Frank. - Rose i ja weźmiemy parter...
- ...a Kudłaty, ja i Scooby piętro - wpadła mu w słowo Majka.
- Zgadza się, Velmo - uśmiechnął się Lampard.
- Zaraz, to ja mam być tą idiotką Daphne? - zdenerwowała się Rose. - Nie ma mowy!
- Możesz być Fredem - wyszczerzył się Wasyl. - Lamps, jak wyglądasz we fioletach?
- Spadaj! - Lampard machnął ręką, jakby oganiał się od muchy. - Idźcie na to piętro, spotykamy się przy drzwiach do piwnicy.
- Świetna fucha, akurat na Halloween - mruknęła Majka.
- Halloween był miesiąc temu - zwrócił uwagę Wasyl. - Nie pamiętasz mojego zajebistego kostiumu na klubową imprę?
- Jak mogłabym zapomnieć? - Majka westchnęła teatralnie. - Ten watowany sześciopak po nocach mi się śni!
Przeszukanie parteru i piętra nie przyniosło żadnego ciekawego rezultatu, jesli nie liczyć mnóstwa kurzu, imponującego zestawu lateksowych strojów, znalezionego w szafie jednej z sypialni przez Wasyla (który, ku utrapieniu Rose, nie mógł przestać komentować znaleziska przez długi czas, prowokując Lamparda do snucia głośnych rozważań na temat tego jak w lateksie wyglądałaby ona), pewnej ilości śmieci oraz kilku pustych butelek po alkoholu, z których jedna nosiła znajomy napis "Żytnia".
- Nasi tu byli! - ucieszyła się Majka.
- Idźmy na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja - zripostował Wasyl.
Frank i Rose patrzyli jak ta dwójka zanosi się śmiechem, z takimi minami, jakby właśnie oglądali lądowanie UFO, pies zaś czekał ze spokojem filozofa na kontynuację tego niecodziennego spaceru.
- Idziemy? - zapytał uprzejmie Lampard, wskazując dłonią drzwi piwnicy.
- Idziemy - odparł Wasyl, ocierając łzy z oczu.
Rose otworzyła drzwi. Za nimi, niczym rasowy potwór z kreskówki o Scoobym, stała błoniastoskrzydła poczwara, pokryta zaschłą krwią i przepełniona żądzą mordu w stopniu większym niż zwykle.
- Chodu! - wrzasnął Frank, gdy jedno pazurzaste łapsko świsnęło koło ucha Rose.
Przelecieli przez kuchnię i wpadli do hallu, po czym skręcili do jadalni, zatrzaskując za sobą drzwi. Potwór, mimo kulawizny zaskakujaco szybki, dotarł do hallu, zawahał się, po czym wskoczył do gabinetu, też trzaskając drzwiami. Wtedy otworzyły się drzwi salonu i cała grupa przeleciała z łomotem do kuchni. Zaalarmowany tym potwór wyskoczył z biblioteki, leżącej obok gabinetu i popędził do jadalni.
- Co my robimy? - wyziajała Rose. - Niech go ktoś tu ściągnie i skończmy z tym.
Wasyl wystawił głowę na korytarz, podczas gdy inni sięgali do toreb.
- Hej, śliczności! - zawołał. - Jesteśmy w kuchni! Wstąpisz na herbatkę?
Cofnął się. Przez chwilę panowała cisza, potem drzwi łączące kuchnię z jadalnią wyleciały z hukiem z zawiasów. Kepler zaczął szczekać.
Bestia wkroczyła do kuchni i w tym momencie sypnęła się na nią sól i chlusnęła woda z dwóch butelek.
Dwie kolejne butelki wody i dwie torby soli później było już po wszystkim. Kuchnię wypełniały kłęby pary, a po poczwarze została tylko brudna kałuża na posadzce.
Nastepne tygodnie upłynęły grupie pogromców istot z Tamtej Strony bardzo pracowicie. Oprócz bowiem wypełniania obowiązków zawodowych, oraz użerania się z życiem prywatnym, zbierali się kilka razy w tygodniu, dzieląc się zdobytymi informacjami, likwidując pomniejsze stwory, które zdołały się jakoś przecisnąć do naszego świata, mimo zabezpieczenia drzwi w piwnicy pubu (zdaniem Waltera wylazły przez ruiny zamku, ponieważ tam miał się kończyć tunel, zaczynający się w leżu Czarnej Annis), jak również odprawiając oczyszczające ceremonie przy głazach, splamionych krwią przez mordercę. Sam zbrodniarz przepadł gdzieś najwyraźniej, jako, że kolejne mordy póki co nie nastąpiły.
Do pracy zawodowej i zmagań natury paranormalnej doszły pogłębiające się kłopoty natury prywatnej. Matka Waltera, zwęszywszy, że miast chodzić do biblioteki, jak zapewniał, syn przesiadywał pod Ten Bells, przybyła do pubu i urządziła potworną awanturę Rose.
- Sprowadzasz mje dziecko na złą drogę! - grzmiała, falując łonem, obleczonym w kwiecistą sukienkę i płaszcz z futrzanym kołnierzem. - Nie pozwolę, żeby siedział tu całymi dniami, w towarzystwie dziwek i pijaków!
- Mamo! - jęknął Walter, czerwony jak piwonia.
Pani Barnett spiorunowała syna spojrzeniem.
- Nie przerywaj mi kiedy mówię! - odwróciła się do Rose. - Sprowadzasz go na złą drogę, moja panno! Ale czego się spodziewać po cudzoziemcach!
- Urodziłam się i spędziłam całe życie w Anglii - odparła Rose. Powstrzymywała się od walnięcia tego babiszona w nos tylko ze względu na Waltera. - Taka ze mnie cudzoziemka jak z pani.
- Moja rodzina jest w Domesday Book! - wrzasnęła pani Barnett, purpurowiejąc. - Nie porównuj się do mnie!
- Mamo, przestań! - Walter stanął między matką a Rose. - Rose jest moją przyjaciółką i nie pozwolę, nie pozwolę ci mówić tak do niej!
- Ładna mi przyjaciółka, co prowadzi spelunę! Moja noga, ani mojego syna więcej tu nie postanie! Idziemy, Walter!
- Nie możesz, nie możesz mi zabronić tu przychodzić - tłumaczył Walter, truchtając za matką. - Tu mam spokój.
- Jestem twoją matką, wiem lepiej... - reszta perory pani Barnett nie dotarła do uszu Rose, bo odcięły ją zamykające się drzwi pubu.
Od tej pory Walter przychodził do pubu bardzo rzadko, usprawiedliwiając się koniecznością załagodzenia humorów mamusi.
Lampard z kolei przemykał pod ścianami, naciągając na głowę czapkę, szalik, lub kaptur, jego była bowiem odbyła całe tournee po brukowcach, zanim prawnicy Lampsa zdołali zatkać jej gębę, opowiadając o tym, jaki to Frank prowadził rozrywkowy tryb życia, nie stroniąc od dziwek i używek i jak to ją podle traktował. Od tego momentu ulubionym zajęciem tabloidów stała się sekcja zwłok związku Franka i Christine, a za samym Lampardem ustawicznie ciągnął się ogon paparuchów, żądnych dowodów na rozwiązłość znanego piłkarza.
Najgorzej jednak cierpiał Wasyl. Żona poszła na pełną wojnę, chcąc rozwodu z winy męża i uznała, że wszelke ciosy są dozwolone. Sypały się zatem na kędzierzawą głowę nieszczęsnego Wasilewskiego oskarżenia o wszelkie możliwe grzechy. Dopóki chodziło o majątek, Wasyl znosił to ze względnym spokojem, ale w przeddzień Wigilii wymierzono mu cios w znacznie bardziej wrażliwy punkt.
Kiedy wychodził z treningu, wywołano go do gabinetu prezesa. Oprócz posępnego szefa szefów byli tam dwaj smutni panowie. Jeden wylegitymował się jako przedstawiciel policji angielskiej, drugi zaś był Belgiem.
- Pańska żona - rzekł grobowo Belg - wytoczyła poważne zarzuty.
Marcin tylko uniósł w milczeniu brwi. Nie chciał otwierać gęby, bojąc się, że mogłoby mu się wymknąć coś, czego by potem żałował.
- Oskarżyła pana o znęcanie się nad dziećmi i gwałty małżeńskie - głos Belga teraz brzmiał wręcz jak z katakumb.
- Co? - Marcin nie wierzył własnym uszom.
- Pański prawnik się z panem jeszcze nie skontaktował? - zapytał Anglik. - Ma pan sądowy zakaz zbliżenia się do rodziny.
Pierwszy raz w życiu Wasyl miał wrażenie, że zaraz zemdleje jak ścięta lilija. Świat rozmazał się i zawirował mu przed oczyma.
- Kurwa, to niemożliwe - wyszeptał.
- A jednak - rzekł Belg. - Przyjechałem tu odebrać pańskie zeznania. - spojrzał na prezesa. - Proszę zostawić nas samych.
Wasyl wyszedł z gabinetu wyżęty jak szmata i tak nieszczęśliwy, że chciało mu się wyć. Zadzwonił natychmiast do swojego prawnika, ale ten tylko potwierdził straszliwą prawdę. Zakaz zbliżania. Do jego własnych dzieci, najdroższego, co miał na świecie.
W bezsilnym gniewie kopnął jakieś nieszczęsne krzesło, które napatoczyło się na korytarzu, przerabiając je na kupkę połamanego drewna. Gorszego prezentu na Święta spodziewać się nie mógł. Wkurwiony do białości pojechał do Ten Bells, tam jednak czekała go kolejna paskudna niespodzianka.
Pub był zamknięty.
W środku jednak paliło się światło, przez okno zaś dawało się dostrzec siedzące przy barze Majkę i Rose, oraz królującego za barem Lamparda, zastukał więc do drzwi.
Otworzyła mu Rose, wściekła jak stado rozjuszonych os.
- Co jest? - zapytał prosto z mostu.
- Kontrola sanitarna - odpowiedziała. - Zamknęli mnie do odwołania. Akurat na Święta. Przecież ja kurwa zbankrutuję!
- Siadaj Wasyl - zachęcił gestem Lamps zza baru. - Robimy stypę, ku czci naszych porozpierdalanych żyć.
- Co jej, to wiem - rzekł Wasyl, wskazując Rose. - Ale reszcie?
- Mnie też wiesz - Lampard wyciągnął spod baru szklaneczkę. - paparuchy, przez które nie mogę spędzić Świąt z dzieciakami, bo przecież nie ściągnę im na głowy tego gówna.
- A tobie, krasnalu, co dojadło? - Marcin trącił delikatnie Majkę, siedzącą nad porcyjką whisky. Kepler spał u jej stóp, pochrapując jak sterany życiem chłop.
- Rodzina - mruknęła Majka. Jej oczy były nieco szkliste, widać już sporo wypiła. - Zadzwoniłam do mamusi, pogadać, a dowiedziałam się, że jestem wyrodną córką, z którą by się opłatkiem nie przełamała. Cudownie, nie?
Wypiła do dna i trzasnęła szklanką o bar.
- Franiu, jeszcze jedną podwójną whisky dla mnie - zażądała. - I przestań się obcyndalać, polej też Wasylowi.
Frank przerzucił przez ramię białą ściereczkę i przybrał poważny wyraz twarzy.
- Jak pani sobie życzy - rzekł sięgając po butelkę. Nalał kolejno Majce, Wasylowi i sobie.
- A ciebie co gryzie? - zapytała Majka, patrząc na Wasyla. - Tylko nie mów, że nic, widzę to w twoich oczach, że coś jest na rzeczy.
- Jasnowidza do tego nie trzeba - mruknęła Rose, po czym wlała w siebie zawartość swojego kieliszka. Jako jedyna z towarzystwa preferowała wódkę. - Facet ma minę jakby spalił sześć wsi, a siódmą miał w robocie.
- Mam zakaz zbliżania się do rodziny - rzekł Marcin ponuro, po czym wlał w siebie całą porcję jednym haustem. - Robota Aśki.
Majka pociągnęła solidny łyk whisky, po czym zadumała się głęboko.
- Chce rozwodu z twojej winy? - zapytała. - Żeby dostać alimenty na siebie?
- Jakbyś wiedziała. Lamps, polej - Wasyl pchnął szklaneczkę w stronę Franka.
Lamps dopełnił obowiązków barmana, dolewając do pustych naczyń whisky i wódki, tymczasem Majka, obracając w palcach szklankę, przyglądała się Marcinowi.
- Twoja żona to najgłupsza kobieta w tej części galaktyki - mruknęła.
Wasyl, któremu zaczęło już nieco szumieć w czubie, spojrzał na nią zdziwiony.
- Dlaczego tak mówisz?
Majka odpowiedziała mu takim spojrzeniem, że go zatkało, pełnym czułości i oddania aż po brzegi.
- Bo ma ciebie i chce się rozwieść - odparła. Chlupnęła sobie whisky. - Kurde, nigdy nie pojmę , jak można krzywdzić takiego faceta, jak ty. Niedowiarek jestem, ale Panu Bogu bym rano i wieczór dziękowała, że mi ciebie dał...
Zreflektowała się i przygryzła wargę, spuszczając wzrok.
- Cholera, chyba się uchlałam - mruknęła. - Za dużo gadam. Nieważne.
- Okej, nic nie kumam - rzekł skołowany Wasyl, dopijając swoją porcję whisky. Wzrastająca zawartość alkoholu we krwi zapewne nie pomagała mu w ogarnięciu sytuacji.
- Bo jesteś tępy, jak każdy facet - rzekła zgryźliwie Rose. - Najgłupsza baba, by zauważyła...
- Ale że co? - poinformował się Lampard.
- Nico. Nalej mi, nie widzisz, że mam pusto?
- Już, królowo, już leję.
Wasyl odwrócił się od tej dwójki, która pogrążyła się w kolejnej słownej przepychance i spojrzał na Majkę. Siedziała z oczyma utkwionymi w pustej już szklaneczce, a uszy płonęły jej podejrzaną czerwienią.
- Krasnal, ty tak poważnie? - pytanie samo wybiegło z ust Marcina.
- Nie, dla jaj i pierza - mruknęła. - Zapomnij co mówiłam, pijana jestem.
Lampard usiadł okrakiem na barze, jak na koniu.
- Słuchajcie, ja mam kurwa dość - oznajmił. - Zarządzam Święta!
- Jak to Święta? - Rose wytrzeszczyła oczy.
- Normalnie. Mam od jakiegoś czasu na oku taką fajną chałupkę w Ashby Magna, prawdziwy wiejski dom do wynajęcia. Na Święta będzie idealny, w Littlethorpe kupimy choinkę, ustroimy drzewka przed domem, będzie zajebiście!
- Mówisz? - Wasyl podrapał się po głowie.
- Należą nam się Święta jak psu buda! - przekonywał Frank. - Zbawiamy świat, obrywamy po dupie, czas się zrelaksować. Chcecie się przez najbliższe dni kiwać nad kieliszkiem? Jedźmy na wieś, potarzajmy się w śniegu, obdarujmy się paskudnymi sweterkami!
- Zróbmy barszcz z uszkami... - rozmarzyła się Majka.
- Uszka mogę zrobić, ale barszcz niech gotuje kto inny - oznajmił stanowczo Wasyl. - Ostatnio wyszedł mi całkiem ni w pizdu ni w oko.
- Ty umiesz gotować? O stary... - Majka wpatrywała się w niego rozmaślonymi oczyma.
- Nie chcę ci szczać na paradę, Lamps, ale skąd weźmiesz ten śmieg do tarzania? - zapytała Rose z niemiłosiernym rozsądkiem. - Póki co nie spadł ani jeden płatek.
- Jutro na pewno zacznie padać - odparł Frank z niezłomną pewnością człowieka pijanego.
- W sumie... - mruknęła Rose. - To umiem piec zajebistego indyka.
Lampard zsunął się z baru i padł przed nią na kolana.
- Jedźmy na wieś, Rose, proooooszę! - rzekł, składając ręce jak do modlitwy. - Spakuj swojego tygrysa, ja wezmę ten mój futrzasty huragan, będzie zabawa!
- Krasnal - Wasyl nachylił się do Majki. - Umiesz robić sernik?
- Bba - Majka dumnie wyprężyła pierś. - Takiego wiedeńskiego jak ja nikt nie robi!
- Jutro mam trening na rano. Ariadna by cię puściła tak o jedenastej na zakupy?
- Obiecała mi, że da mi wolną Wigilię, bo kiblowałam parę weekendów na dyżurze, o zajęciach ekstra już nie wspomnę.
- To co, Rose, pojedziesz? - Frank objął Rose za kolana. - Kobieto, zrobię ci takiego łososia, że ci kapcie spadną z wrażenia. Orgazm na języku!
- Dobra, masz mnie - zachichotała Rose, której wypita wódka nieźle już szumiała w krwiobiegu. - Jadę, kulinarny Casanovo.
- Ssssuper - ucieszył się Frank. - Świę-tu-je-my!
Zgodnie z wszelkimi przewidywaniami Lamparda, nocą nad Anglię nadciągnęły zastępy chmur, rano zaś padął już gęsty śnieg, okrywając białą pierzyną trawniki, dachy i wszelkie białe płaszczyzny. Świat wyglądał czysto, niewinnie i do obłędu świątecznie.
Kiedy Wasyl przyjechał po Majkę, była już spakowana na wyjazd, do zrobienia zostały tylko zakupy. Bagaże spoczęły w bagażniku, pies umościł się na tylnym siedzeniu i wesoła karawana potoczyła się przez Leicester, zawadzając po drodze o supermarket.
Zakupy zajęły im nieco czasu, poza tym śnieg padał nieprzerwanie i coraz gęściej, tak, że kiedy dojechali do Ashby Magna, zaczynało się już zmierzchać. "Chałupka" o której mówił Lampard była kamiennym domkiem z łupkowym dachem, skrytym w niewielkim ogrodzie. Rose i Frank, którzy zdążyli dojechać wcześniej, udekorowali świerki, rosnące przy furtce lampkami, tak, że migotały teraz feerią kolorowych światełek.
- Ho, ho, ho - mruknął Wasyl, wjeżdżając na podwórko.
Otworzył im Lampard w fartuszku kuchennym.
- Przepraszam, że tak długo, rybę oprawiałem - wyjaśnił. - Rose jemiołę wiesza.
Władowali się do środka, złożyli zakupy żywnościowe w kuchni, po czym poszli obejrzeć swoje sypialnie, które mieściły się na poddaszu. Było ich cztery, po dwie z każdego końca korytarzyka, przedzielone posrodku staroświecką łazienką z wanną w drewnianej obudowie. Wschodnie wybrały panie, zachodnie zaś panowie.
Na parterze mieściły się salon i jadalnia, między którymi biegła sień, oraz kuchnia, dobudowana z boku, pod płaskim dachem. Wkrótce w salonie, dzięki wspólnemu wysiłkowi Wasyla i Lampsa stanęła choinka, ubrana następnie przez Rose i Franka, bo Wasyl i Majka przepadli w kuchni, z której wkrótce zaczęły się rozchodzić upojne aromaty piekącego się sernika. Kepler w jadalni zawarł coś w rodzaju pokoju z kotami, dostawszy za zbytnią ciekawość po nosie od Celeste.
Niedługo potem na kuchence bulgotał rosół, mający posłużyć za fundament wigilijnego barszczu, w piekarniku piekł się słynny łosoś Lamparda, a sernik, wbrew wszelkim obawom Wasyla, został wyeksmitowany na werandę, by mógł ostygnąć.
- Ale on nie opadnie? - dopytywał się z troską Marcin.
- Opadnie - odparła Majka z zimną krwią. - Bo to taki sernik. Opadalski. Ty się nie obcyndalaj, tylko ciasto na uszka gnieć, bo się nie tylko na pierwszą gwiazdkę spóźnimy, ale i na ostatnią.
- Nie poganiaj mnie, bo się w sobie zamknę! - Wasyl uniósł w górę dlonie. - Jak uszko!
I tak im płynął czas, na gotowaniu, przygotowaniach do kolacji i żartach. Rose przez chwilę patrzyła, z lekkim piknięciem zazdrości w duszy, jak Wasyl i Majka dokazują w kuchni, obsypując się wzajem mąką i śpiewając piosenki świąteczne.
- Gdyby Dzieciątko go usłyszało, zwiałoby z powrotem do nieba - mruknął Lampard, prosto do ucha Rose, obejmując ją od tyłu. - Poczciwy facet, ale słuchu nie ma za grosz.
- Nie da się ukryć - odmruknęła Rose, wyjątkowo nie protestując przeciw bliskości Franka.
- Chodź, to wybierzemy wino - mruknął Frank. - Nakryjemy do stołu i powiesimy skarpety. A gołąbki niech gruchają.
Wreszcie zasiedli do wieczerzy, przy czym Wasyl wytrzasnął skądś czapkę Mikołaja, którą oczywiście włożył na głowę i tak spędził prawie cały wieczór.
- No misiaczki - rzekł unosząc kieliszek z winem. - Żeby nam szczęście dopisywało cały rok. I obyśmy zdrowi byli. Wesołych świąt!
- Wesołych świąt! - powtórzyła pozostała trójka.
Przez całą kolację Marcin tryskał humorem za trzech, wodząc rej przy stole, sypiąc żartami jak z rękawa i rozbawiając wszystkich soczystymi anegdotkami z szatni. Frank podłączył się i sam opowiedział kilka zabawnych historii boiskowych, natomiast kiedy przyszło do śpiewania kolęd i innych utworów o tematyce świątecznej, Wasylowi stanowczo doradzono milczącą kontemplację występów pozostałych.
- Ej no, nie podoba się wam mój słowiczy głos? - zapytał, udając obrażonego.
- Taaa, słowiczy, takiego Słowika, co konie dusił - odparowała Majka.
- No wiecie...
- To miały być przyjemne święta, kosmaty, dlatego już nie śpiewaj - rzekła Rose. - Bez obrazy.
Po śpiewach i przewietrzeniu Keplera, obżartego jak bąk resztkami ze stołu, impreza przeniosła się do salonu. Trochę poskakano pilotem po kanałach, popito kawy, wreszcie Majka uroczyście zezwoliła na skosztowanie sernika, stwierdziwszy, że czekolada już na pewno stwardniała. Sernik został pożarty z zachwytem i rozmowa na dłuższy czas przestała się kleić. Majka zapadła się miło w fotel i zapatrzona w światła na choince (w której spały obydwa koty), grzejąc stopy o leżącego na podłodze psa, odpłynęła w głęboką zadumę.
Kiedy się z niej ocknęła, Lampard, z rozchichotaną i nieco wstawioną winem Rose, grali na playstation w FIFA, natomiast Wasyla nigdzie nie było. Majka spojrzała na zegar i uświadomiła sobie, że po pierwsze, jest po północy, a po drugie od dłuższej chwili nie słyszała głosu Marcina, ani tym bardziej jego śmiechu.
Poszła na piętro, za nią jak cień bezszelestnie podążył owczarek.
Światło na górze się nie paliło, tylko przez okno na jednym z końców korytarza wpadał słaby, wielobarwny poblask lampek z jednej z choinek w ogrodzie. Majka ostatnio zdecydowanie przestała lubić ciemność, ucieszyła się więc, gdy skonstatowała, że jest to ten koniec, w którym znajdują się drzwi do jej pokoju. Przeszła kilka kroków z duszą na ramieniu i psem następującym na pięty, macając po ścianie w poszukiwaniu kontaktu, kiedy coś dużego i czarnego poruszyło się na tle okna.
- O kurwa - wymamrotała, czując jak jeżą się jej wszystkie włosy na głowie.
- Majka? - odezwał się złowrogi cień znajomym głosem. Kepler zamerdał radośnie ogonem, waląc nim Majkę po nogach.
- Jezus, Maria, Marcin - jęknęła z ulgą. Otworzyła drzwi sypialni i włączyła stojącą przy łóżku lampkę nocną. - Ale mnie wystraszyłeś...
- Przepraszam - odparł Wasyl. Siedział na niskim parapecie okna, zapatrzony w padający śnieg za szybą. Jego oczy lśniły podejrzanie i bynajmniej nie szczęściem. Majce ścisnęło się serce.
Marcin, ten wielki twardziel, płakał.
- Wszystko w porządku? - zapytała niezgrabnie i cokolwiek bezsensownie.
- Tęsknię za nimi - mruknął. - Są wszystkim co mam.
Pogłaskała go po głowie.
- Wszystko będzie dobrze - powiedziała cicho. - Odzyskasz dzieci. Ja to wiem. Przecież ty nie mógłbyś nikogo skrzywdzić.
- Zrobię wszystko, żeby je odzyskać - odparł. - Ale to jest, kurwa, tak popierdolone... W jednej chwili miałem normalne życie, w drugiej mam kupę gówna. Nie ogariam chwilami.
- Ogarniesz - odparła. Położyła dłonie na jego barkach. - Jesteś tak zajebistym facetem, że dasz radę.
- Tak myślisz? - popatrzył na nią, unosząc głowę. - Wcale się taki nie czuję.
- Pewnie, że tak - musnęła pieszczotliwie dłonią jego policzek. - Poza tym nie jesteś sam. Masz przyjaciół i to nie tylko nas. Masz pół świata przyjaciół, taki z ciebie typ.
- Aaa tam... - mruknął.
- Nie a tam, tylko tak - Majka nie mogła się powstrzymać. Jego bliskość działała na nią jak magnes, nachyliła się więc i pocałowała go w czoło. - Jesteś cholernie wyjątkowy i wcale nie zdajesz sobie tego sprawy.
Ku jej zaskoczeniu Marcin objął ją w pasie, jednocześnie szukając ustami jej ust. Całowali się przez chwilę, jej chłodne wargi i jego gorące, pełne zapamiętania.
Potem Wasyl przerwał pocałunek i położył głowę na ramieniu Majki. Czuła szorstki zarost na jego brodzie, ocierający się o jej szyję.
- Majka - szepnął. - Ja nie chcę dzisiaj być sam.
- Nie będziesz - odpowiedziała, wdychając mocną woń jego skóry.
Uniósł ją jak piórko i zaniósł do sypialni, zatrzaskując zdumionemu psu drzwi przed samym nosem. Staroświeckie łóżko zaskrzypiało z lekka pod ciężarem ich ciał.
Ściagnięta jednym gestem koszulka Marcina wylądowała gdzieś w okolicach kominka, po chwili dołączyła do niej bluzka Majki. Dziewczyna całowała i pieściła jego muskularną pierś, gdy on walczył mężnie z zapięciem stanika na jej plecach. Wrodzony upór Wasyla wygrał i tym razem. Po chwili wargi stopera objęły sutek Majki, która wyprężyła się i jęknęła cichutko. Marcin nie ustawał, liżąc, ssąc i całując, potem jego usta podążyły niżej i niżej, palce zaś rozpięły zwinnie spodnie Majki.
Po chwili spletli się, nadzy w miłosnym uścisku. Jęknęła znów, gdy w nią wszedł i objęła mocniej ramionami. Kochali się w zapamiętaniu, jakby chcieli odpędzić od siebie demony rzeczywistości, dźwięk ich oddechów, coraz szybszych i płytszych mieszał się z tykaniem zegara na kominku i odległymi głosami i śmiechami, dobiegającymi z parteru.
- Marcin - jęknęła Majka, jej biodra zaczęły poruszać się urywanym rytmem. - Marcin.
Wasyl przyspieszył i po chwili doszli oboje, zjednoczeni na moment we wspólnym momencie szczytowej rozkoszy.
Kochali się jeszcze drugi raz tej nocy, teraz już powoli i łagodnie, smakując się niespiesznie i kołysząc wzajemnie na falach zmysłowej przyjemności, tak jakby seks stanowił wstęp do snu. I rzeczywiście, wkrótce po tym gdy skończyli, Majka zasnęła, wtulona w pierś Wasyla.
Marcin patrzył na nią przez chwilę, na jej twarz, na której kładły się kolorowe plamy świateł choinki przed domem. Wyglądała tak ufnie, do cholery, była ufna. Wierzyła w niego, wierzyła, że on jest dobrym człowiekiem.
Stłumił pospiesznie narastające gdzieś w głębi jego duszy wyrzuty sumienia i objął mocniej rozgrzane snem ciało Majki.
Tej nocy spał mocno, po raz pierwszy od dłuższego czasu bezpieczny i wolny od koszmarów.
___________________________________________________

Ho, ho ho!
M.