środa, 13 listopada 2013

Rozdział 3

Money can't buy it... baby
Sex can't buy it... baby
Drugs can't buy it... baby
You can't buy it... baby

I believe that love alone might do these things for you
I believe in love alone


"Money can't buy it" Annie Lennox




Żółta taśma drgała na wietrze niczym trącona struna. Kordon granatowo odzianych postaci otaczał ją dosyć szczelnie, zasłaniając sobą straszliwy widok tego, co jakiś czas temu było żywą, śmiejącą się, Ronette Paulson. Majka przypomniała sobie po raz kolejny szkliste spojrzenie wielkich niebieskich oczu dziewczyny i jej zmasakrowaną twarz, po czym zgięła się w pół i również po raz kolejny zwymiotowała, o centymetry mijając czubki sportowych butów słusznego rozmiaru, które nagle znalazły się w polu jej widzenia.
- Szpraszam - wymamrotała, prostując się. Otarła usta chusteczką higieniczną i łypnęła okiem na właściciela butów. - O, myślałam, że to kolejny glina.
- Nie, to ja - Wasyl uśmiechnął się, nie wiedzieć czemu, przepraszająco. - Jak się czujesz?
- A jak wyglądam?
- Jak wiosenny szczypiorek. Ten sam odcień zieleni.
Słaby uśmiech wypłynął na twarz Majki. Żadne z nich nie zauważyło, że właśnie przeszli na "ty".
- Teraz lepiej - stwierdził Wasyl, również się uśmiechając. - Chciałem od razu... No, zabrać cię stąd, ale ta baba cię pilnowała jak wściekła - wskazał ruchem głowy tęgą policjantkę w mundurze, która właśnie ruszała w ich stronę.
- Pan kto? - zapytała. - I czego pan od niej chce?
- Jestem.. - zaczął Marcin i urwał.
- Moim przyjacielem - dokończyła Majka. - Czy ja już mogę sobie stąd iść?
Policjantka otaksowała Wasyla nieufnym spojrzeniem, jakby nie dowierzała, że nie jest on seryjnym mordercą.
- No może pani - odparła. - Jak coś, to będziemy do pani dzwonić. Biedna Ronette, jakbym dorwała tego co ją tak urządził, całą twarz jej rozwalił!
Policjantka pokręciła głową w niedowierzaniu, tymczasem Majka, której znowu stanęła przed oczyma twarz nieboszczki, pobladła niczym płótno i zachwiała się. Wasyl przytrzymał ją skwapliwie i spiorunował funkcjonariuszkę wzrokiem.
- Niech pani sobie może daruje te soczyste szczegóły, co? - zaproponował.
Policjantka zmyła się jak niepyszna.
- Wszystko w porządku? - Wasyl otoczył Majkę ramieniem, nie myśląc co robi. Oparła z wdzięcznością czoło na jego piersi.
- Nic mi nie będzie - wymamrotała. - Tylko mi trochę słabo.
- No ja myślę - mruknął. - Każdemu by było. Odwiozę cię do domu, albo do Rose. Obiecała, że da ci drinka za darmo. Ja bym takiej okazji nie odpuszczał.
Majka uniosła wzrok i stwierdziła, że Wasyl mrugnął do niej jednym okiem.
- No skoro tak mówisz... Darmowy drink mnie przekonuje - oznajmiła.
Pół godziny później siedziała przy barze w Ten Bells, nad filiżanką gorącej herbaty i szklaneczką whisky. Lampard i Wasyl sączyli piwo, przed Walterem parował olbrzymi kubek kakao, Rose natomiast szalała za barem, trzaskając i waląc wszystkim co się dało.
- Wyjść na pięć minut, to burdel zostawią! - parskała gniewnie. - Moira, jak cię znowu złapię na fajce, to cię, kurwa, naprawdę wyleję! Miałaś stać za barem!
- Musiałam odebrać ważny telefon! - odwrzasnęła Moira z drugiego końca lokalu. Któryś ze stałych bywalców zachichotał.
- A co, Amy wyskoczył pryszcz na dupie? - Rose nie dawała się ugłaskać. - A ty się, Jerry nie śmiej, bo cię stąd wykopię!
- Nie strasz, nie strasz - mruknął Jerry, unosząc do ust kufel piwa.
Rose wzięła się pod boki.
- Już nie pamiętasz jak cię wywaliłam za drzwi dwa tygodnie temu? Tak ci wpierdoliłam, że mamusię wołałeś!
Jerry poczerwieniał jak cegła.
- Tobie potrzeba, żeby cię ktoś dobrze wyobracał! - wrzasnął. - Od razu byś się milsza zrobiła!
Dłoń Lamparda wystrzeliła z lakierowanej powierzchni baru i chwyciła wychodzącą zza baru, z mocnym zamiarem wpieprzenia Jerry'emu, Rose za nadgarstek.
- Jerry - rzekł Frank z morderczą łagodnością. - Czy ty masz jakiś problem?
Jerry popatrzył na Lamparda, na jego zimne jak lód oczy i na wyglądającego zza jego ramienia typa, który wyglądał, jakby na śniadanie zamiast płatków jadł gwoździe.
- Nie no, skąd - odpowiedział obronnie. - Przepraszam, Rose, trochę mnie poniosło.
Rose sapnęła, potem spojrzała w szaroniebieską otchłań oczu Franka.
- No dobra, ja też przepraszam - rzekła niechętnie. - Mam niewyparzoną gębę.
Lampard cofnął swoje ciepłe palce z jej nadgarstka. Niemal pożałowała, że to się stało.
- Czemu jesteś taka wściekła? - Majka spojrzała na Rose i ostrożnie dmuchnęła w swoją herbatę.
Montoya trzasnęła ścierką o bar i zaczęła go polerować z taką zaciekłością, jakby od tego zależało jej życie.
- Bo znałam Ronette i znam jej matkę - oznajmiła. - Która, notabene, leży teraż w swojej zypialni, naszprycowana prochami, ponieważ jakis pierdolec rozwalił Ronette głowę! To chyba jest dostateczny powód do wściekłości?
- Najzupełniej - zgodziła się Majka.
- Tak na marginesie, Lampard, ja sobie nie przypominam, żebym zatrudniała cię jako swojego ochroniarza - Rose oparła się pięściami o kontuar i spojrzała Frankowi prosto w oczy.
Wytrzymał spojrzenie jej czarnych oczu bez mrugnięcia.
- Jak zaczniesz tłuc klientów za byle co, to ci interes zbankrutuje - rzekł, uśmiechając się kątem ust.
- Pilnuj swojego interesu! - warknęła Rose wściekle. - Jestem dużą dziewczynką, poradzę sobie sama!
- Rose, ja myślę, ja myślę, że powinnyście na siebie uważać - powiedział Walter poważnie. - To, to nie jest przypadek, że najpierw Laura, a teraz Ronette...
- Biedna Ronette - mruknęła Majka, zapatrzona w swoją filiżankę. Wasyl skonstatował z zadowoleniem, że zielonkawa bladość zniknęła z jej twarzy, ustępując miejsca delikatnym rumieńcom. Nie był w niej, broń Boże, zakochany, ponadto uznawał się za człowieka poważnie żonatego, a rodzina była dla niego absolutnym skarbem. Był jednak Wasyl mężczyzną z natury opiekuńczym, skłonnym do troszczenia się o istoty słabsze od niego, a ta dziewczyna do takich się niewątpliwie zaliczała. I miała w sobie coś takiego, co uderzało w struny jego naturalnej opiekuńczości bez pudła.
- Walter, co ty gadasz? - Rose zmarszczyła brwi.
- To był seryjny morderca - wyszeptał Walter w swoje kakao. - Powinnyście uważać zwłaszcza jeśli, no...
Poczerwieniał niczym pomidor.
- Jeśli któraś jest... jest...
- Jest co? - zapytała Majka.
- Dziewicą - wyszemrał Walter, teraz już purpurowy niczym koronacyjne szaty angielskich monarchów. - Rosie...
- Nie mówi do mnie Rosie! - wrzasnęła Rose, niemal tak samo czerwona jak on. - A moje dziewictwo to niczyj interes!
W pubie zapadła kompletna cisza. Spojrzenia wszystkich obecnych spoczęły na Montoyi.
- Ty jeszcze nigdy nie, eee, tego? - zapytał niezmiernie inteligentnie Wasyl.
- A w ryj chciałeś? - Rose wyglądała jak kandydatka do apopleksji.
- Nie no, sorry, tak mi się głupio zapytało - Marcin uniósł w górę ręce.
W tym momencie drzwi pubu się otwarły i do środka wtoczył się nowy gość. Był to mężczyzna młody, góra trzydziestoletni, odziany w nieprzyzwoicie drogi garnitur i takiż płaszcz. Miał pociągłą twarz w kórej dominowały wielkie, bladoniebieskie oczy o niepokojącym wejrzeniu.
- Dzień dobry - rzekł, wbijając się między Wasyla i Majkę. Krukówna z miejsca stwierdziła, że go nie lubi. - Czy mogę prosić campari?
- Prosić możesz - odparła jadowicie Rose. - Ale nie dostaniesz, bo nie ma.
- Szkoda - rzekł nieznajomy i uśmiechnął się. - To miłe miejsce, ale strasznie nietrendy. Gdyby jednak zainwestować w nie trochę kasy, można by z niego zrobić modny hot spot.
- To jest pub - powiedziała Rose z naciskiem. - A nie hot spot.
- A co jest złego w hot spotach? - facet przekrzywił głowę. - Sam bym chętnie zainwestował, a wierz mi, mała, mam co.
- Posłuchaj no - wysyczała Rose. - Nie jestem zainteresowana inwestycjami i nie lubię, gdy ktoś mówi do mnie "mała". Zrozumiano?
- Przepraszam - rzekł, szczerząc idealnie białe zęby w szerokim uśmiechu. Patrząc na ten uśmiech i na puste oczy nieznajomego, Rose odniosła wrażenie, że ogląda przygotowującego się do posiłku rekina. - Może odrobinę przesadziłem. Nazywam się Robert Grey.
Wymówiwszy swoje nazwisko teatralnie zawiesił głos, jakb oczekując reakcji obecnych. Obecni go zawiedli. Nad barem rozlała się cisza, zakłócana jedynie przez gwar płynący od stolików.
Brwi Greya ściągnęły się w wyrazie irytacji.
- Cóż, widzę, że moje nazwisko nikomu nic tu nie mówi - rzekł. - Doprawdy szkoda.
- Mówi - rzekła zgryźliwie Majka. - Że jest pan obrzydliwie bogatym facetem, o którym piszą brukowce. Oczekuje pan, że padniemy z tego powodu na kolana?
Rose za barem prychnęła jak rozzłoszczona kotka.
- Zaszło nieporozumienie - rzekł Grey, przywołując z powrotem na twarz rekini uśmiech. - Niczego takiego nie oczekiwałem.
Na środku sali rozległ się głośny brzęk. Moira upuściła na podłogę tacę z całą zawartością i teraz stała wśród odłamków kufli i szczątków talerzy, patrząc na Greya jak urzeczona.
- Noż kurwa - wymamrotała Rose. - Moira, do jasnej cholery!
- Pan Grey... - rzekła kelnerka, rozanielona.
Pan Grey puścił do niej oko, co sprawiło, że niemal się przewróciła z wrażenia. W tym samym momencie zza baru wyleciała mokra ścierka i plasnęła Moirę prosto w czoło.
- Pobudka! - ryknęła Rose. - Tu rzeczywistość! Sprzątnij ten bajzel!
Śmiertelnie obrażona Moira zdjęła ścierkę z twarzy i pomaszerowała na zaplecze, skąd wyszła po chwili ze zmiotką i szufelką.
- Ma pani temperament - stwierdził Grey, zaglądając Rose w oczy. - Lubię takie kobiety.
- A ja nie lubię takich facetów - odpaliła bez namysłu. - Daruj sobie te flirty, leszczu.
Lampard stłumił uśmiech, cisnący mu się na usta. Marcin taki subtelny już nie był i zachichotał na głos.
- Co pana tak śmieszy, panie Vazilevsky? - Grey niemalże zasyczał. - Kiedy każę pana deportować do tego pańskiego śmierdzącego kraiku, nie będzie panu tak wesoło.
Wasyl obdarzył go morderczym spojrzeniem, jednym z najlepszych jakie miał w swoim arsenale, natomiast Majka poczuła, że zaraz trafi ją szlag. Otworzyła usta, żeby zmiażdżyć aroganta jakąś ciętą ripostą, ale, niespodziewanie, ubiegł ją Walter.
- Jest pan strasznie, strasznie niegrzeczny - rzekł z oburzeniem. - Kto panu dał, dał prawo obrażać ludzi? Pan, pan Lampard jest całkiem tak samo bogaty jak pan, a jest miły i ma nienaganne maniery!
Grey uniósł rękę w przepraszającym geście.
- Przepraszam najmocniej... - zaczął.
- Już dwa razy przepraszałeś - zauważyła Rose, jednym okiem obserwująca sprzątającą Moirę, która się cały czas ukradkiem gapiła na Greya. - Po czym wracałeś do bucery. Może daruj sobie trzecie przeprosiny i po prostu stąd zjeżdżaj?
Robert zamknął usta z głośnym kłapnięciem. Następnie zacisnął wargi i odsunął się od baru.
- Jesteś bezczelna, mała - rzekł.
- O ile mnie pamięć nie myli - powiedział Lampard z niezmąconym spokojem - Rose nie życzyła sobie, żeby się pan do niej zwracał w ten sposób.
W jego niebieskich oczach zalśniło coś, co przywiodło Rose na myśl wkurzonego Jonesy'ego.
- Frank Lampard, rycerz w lśniącej zbroi - zadrwił Grey. - Tylko zamiast dziewicy, startuje do smoka.
Frank podniósł się ze stołka i stanął pierś w pierś z Greyem.
- Drzwi są tam - wskazał palcem. - Dojście do nich zajmuje jakieś pięć sekund. Daję ci dwie.
Grey zaśmiał się drwiąco. Wtedy ze stołka podniósł się również Wasyl, jednoznacznie sugerując wyrazem twarzy, że chętnie pomoże Frankowi.
- Już - rzekł Grey, błyskając zębami, co sprawiało wrażenie jakby warczał. - Już mnie nie ma.
Zgodnie z zapowiedzią zniknął za drzwiami pubu.
- Skąd się ten palantunio urwał? - zapytał Wasyl, opadając na stołek. - Co za debil monumentalny!
- Nie wiem skąd się urwał, ale jeśli jeszcze raz tu przyjdzie, to dam mu w pysk - zapowiedziała Rose. - Nikt tak do mnie nie będzie mówił!
- Bardzo, bardzo zły człowiek! - rzekł gwałtownie Walter. - Bardzo!
- Walterze, dziękuję ci za to, że go ochrzaniłeś za to, co powiedział Wasylowi - powiedziała Majka z uczuciem.
- Nie, nie musisz, ja nie cierpię ksenofobii i arogancji - zapewnił Walter. - Poza, poza tym pan Wasilewski jest bardzo miły.
Wasyl uśmiechnął się jednym z tych swoich łobuzerskich, chłopięcych uśmiechów, które nieodmiennie roztapiały Majkę na amen.
- Ja też dziękuję - powiedział, wyciągając prawicę do Waltera. - I mów mi Wasyl.
- Walter - rzekł Walter i uścisnął solennie podaną mu dłoń.
Rozwścieczony do białości Grey wpadł do swego niezmiernie luksusowego apartamentu, niemal wyrywając przy tym drzwi z zawiasów. Musiał przyznać sam przed sobą, że nigdy nie był dobry w te całe towarzyskie hocki klocki i zawsze łatwiej mu przychodziło zrażanie ludzi, niż zaprzyjaźnianie się z nimi. Był jednak na tyle bogaty przez całe swoje życie, że nie potrzebował być grzeczny, tymczasem tamci potraktowali go jak... jak zwykłego człowieka. Niedopuszczalne.
- Hinten! - ryknął na całe gardło. - Jesteś mi potrzebny!
Coś brzęknęło, zupełnie jakby ktoś nerwowy upuścił jakiś tłukący przedmiot na podłogę. Coś zaszurało, potem zaskrzypiały drzwi i w salonie pojawił się ciemnowłosy młodzian, odziany w elegancki garnitur, nieco poplamiony z przodu. Był to oddany sekretarz Greya, Hinten Linksarsch.
- Pan mnie wołał, szefie? - zapytał.
- Nie, ćwiczę płuca - odparł Grey z irytacją. - Znajdź mi wszystko o pubie Ten Bells i dwóch piłkarzach.
- Nazwiska? - zapytał Hinten, darząc pracodawcę cokolwiek szklistym spojrzeniem. O ile Grey przypominał niekiedy rekina, o tyle jego sekretarz miał twarz śniętego dorsza.
- Frank Lampard. I Marcin Wasilewski. Chcę o nich wiedzieć absolutnie wszystko, wszelkie brudy i prywatne sprawy, zrozumiano? Masz się dowiedzieć nawet jakiej marki papierem podcierają dupę! - Grey ruszył w stronę baru, zajmującego jedną ścianę salonu. - Jeszcze tu, kurwa, stoisz?
- Już wychodzę - uspokoił pryncypała Hinten.
Grey nalał sobie szczodrego drinka. Nie wiedzą z kim zadarli, pomyślał.
Rozmowa toczyła się nad barem w Ten Bells jeszcze jakiś czas, do chwili w której Wasyl zerknął na zegarek.
- Muszę już lecieć, misiaczki - zauważył. - Mam trening. To na razie i uważajcie na siebie wszyscy.
Walter również sprawdził godzinę i się zatroskał.
- Ojej, ja też już muszę iść, mamusia się będzie martwić - rzekł smętnie.
- Mogę cię podrzucić, Wally, nie ma sprawy - zaoferował się Wasyl. - Bierz tę swoją przenośną szafę i idziemy.
Walter posłusznie podniósł aktówkę, stojącą przy jego stołku.
- Do widzenia - rzekł, uśmiechając się nieśmiało.
- Narka! - zakrzyknął Wasyl i podążył sprężystym krokiem do wyjścia, za nim zaś dreptał Walter.
Majka posiedziała jeszcze jakiś czas, potem zaś wróciła do domu, podwieziona przez uczynnego Lamparda. Nad Leicester zapadła już noc, a nie miała ona być dla niektórych zbyt spokojna.
Cały pokój zaścielały ciuchy, wywleczone z szafy. Na imprezę należało się przygotować z najwyższą starannością, takie było zdanie Moiry. Troy załatwił im wjazd do Enclave, supermodnego klubu, do którego chodziły prawdziwe gwiazdy, a nie mogła przecież pojawić się tam, wyglądając jak łachmaniara. Zastanawiała się chyba ze dwie godziny co na siebie włożyć, rzuciła się do szafy zaraz po powrocie z roboty. Dobrze się w sumie złożyło, że ta głupia picza, Montoya, pozwoliła jej dzisiaj wcześniej skończyć.
Moira odęła usta ze wzgardą, na myśl o swej pracodawczyni, po czym spojrzała w lustro. Chamka z tej Rose, pomyślała, pokrywając wargi bardzo starannie grubą warstwą jasnoróżowej szminki. Wydaje jej się, że dorwała Lamparda i wszystko może, idiotka jedna. A przecież gdyby Moira chciała, okręciłaby go sobie dookoła palca.
Sięgnęła po ciemną konturówkę. Uwiedzie Franka i zostanie WAG, chociaż w sumie mogłaby też spróbować z tym Greyem, całkiem miły z niego facet i oczywiście odpowiednio bogaty. Tylko, że niestety ta głupia cipa Montoya musiała go wywalić z pubu, a Frank, głupek, jej w tym pomógł. On i ten ponury troglodyta, co gra w Leicester City, Bazyl, czy Wazyl, czy jak mu tam. Niby też całkiem dziany, chociaż nie tak, jak Lampard, czy Grey, ale nie wyobrażała sobie siebie u boku takiego małpoluda. I jeszcze te jego kudły na klacie, fuj. Gdyby była jego dziewczyną, zaraz by mu kazała to wydepilować. Obrzydlistwo.
- Moira! - wrzasnęła z dołu matka. - Ktoś dzwoni do drzwi!
- To Troy, mamo! - odwrzasnęła, przyklejając sobie jednocześnie sztuczne rzęsy.
- Jaki, kurwa, Troy? - matka była wyraźnie wściekła. Dzwonek do drzwi musiał ją oderwać od kolejnego odcinka "Eastenders", albo "Coronation Street", które były sensem jej życia. To i jedzenie, chipsy, babeczki z masłem orzechowym, frytki, czekoladki, właściwie wszystko. Pochłaniała żarcie jak odkurzacz i robiła się coraz grubsza. Właściwie, stwierdziła w duchu Moira, matka wyglądała już jak pieprzony wieloryb. I dopóki lodówka była pełna, a telewizor działał, nie obchodziło jej nic, Moira mogłaby nawet podpalić dom, albo spacerować nago główną ulicą Leicester. Ojca tez nic nie obchodziło, bo przeważnie nie było go w domu, jeździł tymi swoimi ciężarówkami po całej Europie.
- No Troy! - odkrzyknęła Moira. - Mój chłopak! Powiedz mu, że oczy robię!
- Sama mu, kurwa, powiedz! - wrzasnęła matka. Telewizor ryknął dialogiem serialu ze wzmożoną siłą.
Moira skończyła makijaż, obciągnęła niebieską, aksamitną sukienkę, tak krótką, że ledwie zakrywała pośladki, włożyła sandały z cieniutkich pasków, na wysokim obcasie i platformach z przezroczystego plastiku i kontrolnie obejrzała się w lustrze.
- Wyglądasz zajebiście - rzekła i posłała całusa samej sobie.
Troy czekał na nią w samochodzie przed domem, bębniąc palcami w kierownicę. Na tylnym siedzeniurozpierał się jego najlepszy kumpel, Brad, bez skrępowania głaszczący po udzie, a właściwie prawie między nogami, swoją dziewczynę, Stacy.
- Nieźle - Troy ogarnął spojrzeniem kreację moszczącej się na siedzeniu Moiry, szczególną uwagę poświęcając głębokiemu dekoltowi. - No daj buziola.
Przechylił się w jej stronę. Łaskawie zezwoliła mu na pocałunek, chociaż zazwyczaj trzymała go krótko. Jeszcze tego by brakowało, żeby zaciążyła z takim zerem jak Troy, robol bez ambicji, też coś. I co, miałaby potem ucierać nosy dzieciom, gapić się w telewizor i zamieniać się w słonia, jak jej matka? Nie ma mowy, Moira została stworzona do lepszego życia.
Pod Enclave czekała już kolejka chętnych, przesiewanych skrupulatnie przez bramkarzy. Moira poczuła dreszcz podniecenia, na myśl, że zaraz znajdzie się w środku, ale samochód minął klub nie zatrzymując się.
- Ej, przejechałeś, dupku! - wrzasnęła.
- Zamknij się - odparł Troy. - Co ty, kurwa, myślisz, że jesteś jakąś gwiazdą? Wchodzimy tyłem.
- A żeś se wymyślił - sarknęła.
- Jak się nie podoba, możesz spierdalać i pooglądać se Enclave z wierzchu - rzekł Troy.
Moira wobec powyższego zamilkła i dała się potulnie poprowadzić przez zaplecze. Wszedłszy do sali, stanęła jak wryta. Po schodach, prowadzących do lóż, szedł Grey.
Idący kilka kroków za nią Troy potrząsnął nerwowo głową. Oświetlenie w Enclave zaliczało się wprawdzie do gatunku nastrojowo stłumionych, więc widoczność nie była zbyt dobra, ale przysiągłby, że przez chwilę zasłonił mu Moirę jakiś dziwny typ, w płaszczu i kapeluszu, który nachylał się do jej ucha i coś szeptał.
Troy był już gotów mu przywalić, ale wtedy zagadnął go Brad, a kiedy się znowu odwrócił, po gościu nie było już śladu. No przecież nie mógł po prostu sobie pójść w tym ciasnym korytarzyku!
Postanowił, że obije mordę swojemu dealerowi. Ten skurwysyn znowu musiał dodawać jakiegoś gówna do amfy.
Walter Barnett obudził się w środku nocy, zlany potem i przerażony. Wiedział co to oznaczało. Spojrzał na drzwi starej szafy, w słojach formowały się twarze, złe, przerażone, cierpiące. Krzyczące, szeroko rozwartymi ustami.
- Nie boję się ciebie - wymamrotał, przewracając się na bok i zakrywając głowę kołdrą. - Nie przestraszysz mnie. Idź, idź sobie.
Czuł jak ciemność gęstnieje wokół niego i wyciąga swoje macki. Wiedział, że gdyby teraz wyjrzał spod kołdry, zobaczyłby zapewne Czarnego Mężczyznę, z czerwonymi ognikami oczu, błyskającymi spod ronda kapelusza.
- Odejdź - powtórzył nieco głośniej. - Nie chcę cię tu. Nie boję się ciebie.
To nie była prawda, bał się i czuł wyraźnie, że Czarny Mężczyzna robi się silniejszy z dnia na dzień. Trzeba było działać, panna Waterhouse miała rację.
- Walterze? - przez otwarte drzwi sypialni usłyszał głos swojej matki z sąsiedniego pokoju. Zawsze zostawiała otwarte drzwi do siebie i do niego, chociaż on wolałby mieć zamknięte. Wolałby, ale nie chciał kłócić się z mamą, to sprawiłoby jej ból. - Walterze, dlaczego ty jeszcze nie śpisz? Jest tak późno!
- Już zasypiam, mamo - odparł.
Trzeba coś zrobić, pomyślał. Ktoś karmił ciemność krwią, dzięki czemu nabierała siły. Ktoś mógł otworzyć Drzwi. Trzeba coś z tym zrobić.
Przeraźliwy wrzask wypełnił ciemną sypialnię obszernego domu, położonego kilka przecznic dalej. Coś rąbnęło zgłuchym hukiem na podłogę, zaraz potem rozległ się trzask i zgrzyt, całość zaś zwieńczyło ulubione przekleństwo Polaków.
- Kurwa - wysapał Wasyl. W nikłym, błękitnawym blasku komórki, którą sobie przyświecał, stwierdził, że chcąc włączyć nocną lampkę, wyrwał gniazdko z kontaktu, urywając przy tym przewody w środku. Ich kikuty wystawały teraz smętnie ze ściany, a stolik nocny przyprószyła cienka warstwa tynku. Gniazdko, wraz z wtyczką, zwisało sobie jak łeb przetrąconego węża na końcu kabla, ściskanego przez Marcina w garści. To, że Wasyl zdołał wcześniej zlecieć z łóżka, było już drobiazgiem.
Odłożył kabel na stolik, usiadł na łóżku i sięgnął do drugiej lampki. Udało mu się ją włączyć, nie urywając niczego. Ciepły, żółty blask zalał sypialnię, dodając Wasylowi otuchy.
Marcin odetchnął głęboko i rozmasował nogę nad kostką, jakby chcąc się upewnić, że wciąż ją jeszcze ma. Namacał znajome blizny, poruszył palcami stopy. To był tylko sen. Znaczy niezupełnie, to był kurewski koszmar, gorszy niż wszystkie poprzednie. I cholernie realistyczny. Oczywiście, to znowu był Witsel, ale tym razem Marcin tracił nogę, w którą wdawała się gangrena, na skutek zanieczyszczenia rany wapnem z getrów. Żona odchodziła, zabierając ze sobą dzieci, a jego zabierano na salę operacyjną, na której jednak nie operował lekarz. Operował tam ten cholerny cień w kapeluszu, zamiast skalpela używając piły łańcuchowej. Znieczulenia, oczywiście, nie było.
"Odpuść sobie, synu" mówił czarny mężczyzna, uruchamiając piłę. "Zniknij stąd, wróć do swojej Brukseli. Jeśli nie... będzie bolało."
A potem był już tylko zgrzyt piły o kość i seria straszliwych obrazów, w których zakrwawiona twarz tamtej dziewczyny, Ronette, zmieniała się w twarze bliskich mu ludzi. I kamienie, kamienie oblane krwią.
Wasyl wzdrygnął się. Miał ochotę iść do pokoju któregoś z dzieci i tam spać, bodaj na dywanie, wsłuchany w spokojny oddech dochodzący z łóżeczka, jednak dzieci były daleko. Bardzo daleko. Wsunął się zamiast tego pod kołdrę i zwinął w ciasny kłębek. Czuł się przerażony. I cholernie samotny.
Rose nie mogła sobie znaleźć miejsca. Krążyła z kąta w kąt, po całym mieszkaniu, plaskając bosymi stopami o chłodne deski podłogi. Jej nastrój najwyraźniej udzielił się Jonesy'emu, bo kocur zachowywał się dziwnie, jak nigdy dotąd. Stał przez dłuższy czas pod drzwiami wyjściowymi z mieszkania, węsząc i nasłuchując, potem zaczął łazić za Rose, miaucząc przeraźliwie.
- Zamknij się, bo zrobię z ciebie mufkę - zagroziła.
Usiadła na kanapie, pogapiła się przez chwilę w telewizor, po czym wyłączyła go i cisnęła pilota z irytacją na siedzenie. Jonesy wytrwale miauczał, łażąc teraz po oparciu.
Rose znowu się zerwała i była właśnie w pół drogi do kuchni, gdy na dole coś rąbnęło. Jonesy zjeżył się niczym szczotka do butelek.
Ciężkie kroki rozbrzmiały na schodach.
- Co jest? - Rose cofnęła się do sypialni, niepewna jeszcze, czy wziąć stamtąd telefon, czy kij do krykieta. Jonesy stulił uszy i zawył takim głosem, jakby ktoś go obdzierał ze skóry, potem zaś, niczym ruda strzała, popędził pod łóżko.
Kroki dotarły na podest i zatrzymały się za drzwiami.
- Kto tam? - ryknęła Rose groźnie. - Właśnie dzwonię po gliny! A potem ci spuszczę wpierdol!
Zza drzwi nie dobiegło nawet jedno słowo, za to rozległo się skrobanie i zgrzytanie, przeciągłe i ostre.
Jonesy zawył desperacko pod łóżkiem.
- Odejdź! - wrzasnęła Rose. - Nie boję się ciebie!
Skrobanie ustało. Cokolwiek było za drzwiami, złaziło z powrotem na dół.
Resztę nocy Rose spędziła czuwając w salonie, z kijem do krykieta na podołku.
Frank Lampard obudził się w środku nocy z dziwnym uczuciem niepokoju. Nie spał za dobrze, śniły mu się jakies koszmary, krwawe ofiary, zbroczone posoką głazy i tym podobne przyjemności, teraz zaś wydawało mu się, że coś jest nie tak.
Coś szumiało.
Wylazł z łóżka, ubrany jedynie w majtki. Miękkie światło nocnej lampki rzeźbiło jego muskularne ciało, kiedy szedł, nasłuchując i próbując zlokalizować źródło hałasu.
Znajdowało się w łazience, która zionęła parą, gdy otworzył drzwi. Ktoś odkręcił krany, ten przy umywalce i ten nad wanną, tryskające teraz gorącą wodą. Wannie do wypełnienia jeszcze brakowało, za to z umywalki spływał całkiem niezły wodospad.
Lampard rzucił się zakręcać krany, zastanawiając się, czy przypadkiem nie ma do czynienia z włamywaczem - maniakiem czystości. Kończył właśnie działalność umywalkowej Niagary, gdy na zaparowanym lustrze przed jego nosem, przy wtórze cichego pisku pojawiła się kreska.
Potem druga.
Frank patrzył z lekkim niedowierzaniem, na formujący się na lustrzanej tafli napis, złożony z wielkich, koślawych liter.
WRÓĆ DO DOMU, FRANK
Mimo, że w łazience było bardzo gorąco i parno, Lamparda ogarnęło nagle zimno, zupełnie, jakby ktoś przesuwał lodowatym palcem po jego nagiej skórze.
- Wróć do domu? - przeczytał na głos, ignorując te dziwne doznania. - Wal się na swój ektoplazmatyczny ryj.
Szklanka do mycia zębów uniosła się, wysuwając z chromowanego uchwytu, przeleciała nad głową Lamparda i roztrzaskała się o ścianę.
Wrócił, ale do łóżka. Wyciągnąwszy się wygodnie, z rękami pod głową, zadumał się nad tym co właśnie zobaczył. Coś tu się działo, niewątpliwie, i zamierzał się dowiedzieć co.
Po nocy pełnej koszmarów Majka powlokła się do pracy czując się i wyglądając jak z krzyża zdjęta. W autobusie śmierdziało potwornie spalinami, co obudziło drzemiący gdzieś pod potylicą Majki ból głowy. Na przystanku wzięła kilka głębokich wdechów, mając nadzieję, że świeże powietrze jej pomoże, po czym pomaszerowała do azylu.
To musiały być spaliny, albo halucynacje wywołane migreną, bowiem kiedy mijała bramę, zdało jej się, że nad krzakami po jednej stronie, tam, gdzie według Coltrane'a znaleziono ciało dziewczyny imieniem Laura, unosi się czarny kłąb, czy raczej wir. Kotłowało się w nim jak w burzowej chmurze, a z wnętrza wylatywały jakby nietoperze, albo może ptaki, stworzone z cienia.
Majka zamknęła oczy, po czym otworzyła je ponownie, pewna, że teraz zobaczy nad krzakami tylko szare, pochmurne niebo. Zamiast tego spojrzała prosto w pulsującą czerń wiru, w której coś się poruszało, przewalało, niczym jakiś monstrualny mroczny wieloryb.
Cofnęła się z cichym okrzykiem, potem pobiegła przed siebie, uderzając po drodze udem w skrzydło bramy, które zabrzęczało niespokojnie. Wyhamowała dopiero na dziedzińcu, niemal wpadając na Hala, pracownika stajni. Szczęśliwie nie prowadził żadnego konia, trzymał tylko ogłowie.
- Uważaj! - zganił ją.
- Przepraszam, spieszyłam się - zełgała Majka.
Przez resztę dnia usiłowała unikać spoglądania w stronę bramy, o chodzeniu tamtędy nie mówiąc. Kupić gazety w przerwie na lunch wyszła przez dziurę w płocie, używaną na ogół przez miejscowe dzieciaki i tak też wróciła, prasę upchnąwszy w swej przepastnej torebce. Z jakiegos powodu czuła, że powinna zebrać jak najwięcej wiadomości o zbrodni popełnionej na Ronette.
Czuła się coraz gorzej, łamało ją w kościach, kłuło w gardle i funkcjonowała generalnie na autopilocie. Pewnie udałoby jej się dotrwać bezszkodowo do końca pracy, gdyby nie lewatywa, którą należało w trybie pilnym wykonać kozie. Przy której to lewatywie oczywiście musiała asystować, a nikt jej nie powiedział, że po zaaplikowaniu lewatywy należy się jak najszybciej odsunąć od zadka pacjenta. Z koziego odbytu bryznęła fontanna łajna i rozbryzgała się malowniczo na spodniach i butach Majki, która musiała potem przetrwać jeszcze dwie godziny z tą dekoracją (i aromatem) oraz dojechać do domu.
Kiedy wychodziła z pracy dzwoniło jej w uszach, a świat znacznie stracił na ostrości, ba, nawet bywał moentami podwójny. Ostatkiem sił dowlokła się z przystanku do domu, ale na to, żeby iść się od razu umyć i przebrać już ich nie starczyło. Majka klapnęła na kanapie i wyjeła gazety, obiecując sobie, że chwilkę poczyta, odpocznie, a potem doprowadzi się do porządku, jednak po pięciu minutach zwinęła się w kłębek i odpłynęła w sen, czy też malignę.
Obudziło ją uporczywe dzwonienie do drzwi. Miała wrażenie, że jej głowa jest wielka, niczym dynia, a dźwięk dzwonka wwiercał jej się w uszy jak świder. Poszła do drzwi z mglistym zamiarem dania w mordę temu, kto ją obudził i otworzyła.
Za drzwiami znajdował się Wasyl.
- Cześć - rzekł, uśmiechając się szeroko. - Tak wpadłem, zobaczyć jak się trzymasz po wczorajszym.
- Zajedwabiście - wyszemrała Majka. - Wchodź.
Wszedł do środka, ogarnał wzrokiem gazeciane pobojowisko, po czym pociągnął nosem.
- Oryginalny zapach - rzekł. - Znowu perfumujesz się koniem?
- Nie, kozą - odparła niemrawo.
- Nietypowa z ciebie kobieta - oznajmił ze śmiechem.
- Chyba zapomniałam się przebrać - Majka popatrzyła na swe obfajdane spodnie.
Wasyl również popatrzył, potem na wypieki na twarzy dziewczyny i na jej szkliste oczy.
- Ty się dobrze czujesz? - zapytał. Dotknął jej czoła.
- Nie tylko pachnąca, ale i gorąca - zawyrokował. - Dobra, plan jest taki, ty się pójdziesz teraz umyć i przebrać, a ja sprawdzę, czy masz coś na gorączkę. Dawaj tę kurtkę.
- Szafka w kuchni - Majka udzieliła wskazówki, wyplątując się jednoczesnie z okrycia wierzchniego. - Tam są leki.
- Git - rzekł Wasyl wieszając kurtkę na wieszaku. - Buty też dawaj, ale resztę będziesz musiała zdjąć sama.
- Że co? - zapytała Majka mętnie. Usiadła na kanapie, a Marcin rozwiązał jej buty.
- No ja cię rozbierał i mył nie będę - wyszczerzył zębiska w uśmiechu. - Tego nie ma w karcie.
- Szkoduchna - wymamrotała.
- Dobra, dobra. Zasuwaj się myć, potem w piżamę i do wyra, a wujek Marcin przygotuje lekarstwa. Jadłaś kolację?
Pokręciła głową.
- Nie jestem głodna - wyszemrała. - Dzięki.
- Ale napić się musisz, więc zrobimy herbatę - oznajmił stanowczo, znikając w kuchni.
Pół godziny później Majka leżała w łóżku, wsparta na poduszkach, popijając małymi łykami gorącą herbatę. Gorączka powoli spadała, znokautowana wygrzebaną przez Wasyla z czeluści apteczki pyralginą.
- Ty kobieto w ogóle coś jadasz? - zagrzmiał Wasyl z kuchni. - Masz w lodówce głównie światło i przeciąg.
- Nie zrobiłam zakupów - uzmysłowiła sobie Majka.
- Ja zrobię - Wasyl wszedł do pokoju. Wpadnę do ciebie koło południa, może być?
- Jesteś herosem - oznajmiła Majka z niekłamaną wdzięcznością.
- Żaden heros, po prostu: Wasyl - odparł skromnie, rumieniąc się przy tym nieco.
- Dzięki - rzekła. - Naprawdę.
- Nie ma za co - odparł. - To ja lecę. Jak coś to dzwoń do mnie.
Zapisał swój numer na ulotce pyralginy, którą Majka natychmiast przytuliła do łona.
- Do jutra - rzekł, stając w drzwiach. - Trzymaj się, mała.
- Trzymaj się, wielkoludzie - odparła.
Nucąc radiu do wtóru dotarł do domu. Tam zaś czekała go niespodzianka.
Na wycieraczce, pod szparą na listy, leżała świeża korespondencja, której jeszcze nie zdążył zebrać, jako że przez cały dzien nie było go w domu. Schylił się i zebrał koperty.
Rachunek, rachunek, reklama, rachunek.
Przy kolejnej kopercie się zatrzymał. Stempel był belgijski, nadawcą zaś była jakaś kancelaria adwokacka.
Marszcząc brwi rozerwał kopertę i zaniemiał. To był pozew.
Pozew o rozwód.
__________________________________________________-
Oddaję w wasze ręce trzeci już rozdział tego opowiadania, dziękując jednocześnie za wszystkie komentarze. Dają kopa do dalszego pisania ;)

Sexy Lampi i jego bidon mówią dobranoc ;) 
M.


czwartek, 31 października 2013

Rozdział 2

To everything there is a purpose
To every blade of grass and every leaf on every tree
Every livin' thing will surely come to pass
And what will be, will be, hoo
That's when the hurtin' time begins

Annie Lennox "The Hurting time"

W najciemniejszym kącie kojca lśniła niespokojnie para bursztynowych oczu.
- Room service, milordzie - rzekła Majka uprzejmie, wyciągając w stronę prętów miskę, pełną jedzenia. - Zobacz, Valdes już wcina.
Wskazała głową na sąsiedni kojec. Jego lokator, pies rasy bliżej nie określonej, ostrzyżony tak krótko, że spomiędzy sierści prześwitywała mu różowa skóra (i dlatego złośliwie ochrzczony przez jednego z pracowników nazwiskiem bramkarza Barcelony) pożerał zawartość swojej michy tak łapczywie, że aż oczy wychodziły mu na wierzch.
Pozostałe kojce stały puste, ich mieszkańcy bowiem zostali odrobaczeni, odpchleni, wyleczeni z ewentualnych dolegliwości skórnych, zaaklimatyzowani i dołączeni do głównej psiarni, ewentualnie adoptowani na miejscu. Biedny Valdes wciąż jeszcze miał problemy ze skórą, które kosztowały go utratę futra, natomiast pies, określony przez Majkę mianem milorda był po prostu trudnym przypadkiem. Z innymi psami nawet by się dogadał, gorzej było z ludźmi. Tych traktował jak bezwzględnego wroga, wobec którego jedyną obroną był natychmiastowy atak.
- No chodź, głupolu - zachęciła Majka. - Nie mogę tu tak stać, właśnie przyjechały dwa sfilcowane persy i trzeba je wyczesać, a potem jeszcze zrobić obchód z lekarstwami.
Z kąta dobiegł cichy pomruk.
- Pyszne jedzonko, mówię ci. Wyłaź z tego kąta.
Para lśniących oczu zmieniła nieco położenie, widać ich właściciel przekrzywił głowę.
- Gdybyś był prawdziwym mężczyzną, tobyś tu przyszedł, a ty tchórzysz przede mną. Czy ja wyglądam na groźną? - zapytała Majka retorycznie.
Czarny, lśniący nos wysunął się z mroku, węsząc ostrożnie, za nim pojawiła się porośnięta żółtą sierścią kufa, a za kufą cała reszta pięknego owczarka niemieckiego.
- Mądry chłopak - pochwaliła Majka. - No chodź.
Pies postąpił krok na sztywnych łapach, napięty, gotowy zaatakować w każdej chwili.
- Proszę - Majka pochyliła się i wepchnęła miskę do kojca, przez specjalną szparę pod zrobioną z prętów bramką. - Smacznego.
"Milord" wahał się przez chwilę, ale głód przeważył nad strachem. Zawartość miski była zdecydowanie zbyt kusząca, żeby zwracać uwagę na tę dziwną osobę, która stała za kratami i nie chciała sobie pójść.
Osoba postała jeszcze chwilę i popatrzyła na jedzącego psa, po czym poszła do kociarni, zająć się persami, razem z Jill, która była głównodowodzącą w tej części azylu. Dwa biedne stworzenia, bardziej przypominające kule filcu niż żywe istoty, siedziały w klatkach, w sali zabiegowej, czekając na swoją kolej.
Jill odgarnęła rudą grzywkę z oczu, po czym wyłowiła z klatki pierwszego kota i postawiła go na stole do zabiegów.
- Czesanie chyba sobie odpuścimy - rzekła, obmacując stworzenie. - I zaczniemy od razu od strzyżenia. Przytrzymaj go.
Po półgodzinie mozolnej pracy bura filcowa skorupa leżała na podłodze, a na stole siedział krótkowłosy kot w kolorze niezaprzeczalnie białym.
- Eeej, słyszałyście? - Coltrane wsadził głowę przez drzwi. Czubek jego długiego nosa drgał z lubości. - Zaginęła dziewczyna! Jak nic ją znajdą zamordowaną, tak jak tamtą poprzednią!
- Przymknij się, płoszysz mi kota - burknęła Jill, podnosząc maszynkę znad grzbietu nie ostrzyżonego jeszcze zwierzęcia. Jego kolega z nową fryzurą siedział już w kojcu. - On jest wystarczająco zestresowany.
- To ten sam zbok, mówię wam! - oczy mężczyzny zabłysły niezdrowym podnieceniem. - Chcą organizować poszukiwania, ale znajdą tylko jej ciało!
- Kto je organizuje? - zapytała Majka, mechanicznie głaszcząc kota.
- A nie mam pojęcia, ale punkt zborny jest podobno w Ten Bells - odparł Coltrane.
Majka sięgnęła do kieszeni i sprawdziła telefon. No tak, dwa nieodebrane esemesy od Rose.
Zaprzyjaźniły się w pewnym stopniu podczas leczenia Jonesy'ego i chociaż kot już nie musiał dostawać antybiotyku, Majka wciąż wpadała codziennie do Ten Bells, pogadać z Rose. Teraz, skończywszy pracę wpadła do siebie tylko po to, aby wziąć prysznic i zmienić ciuchy, czego bardzo pilnowała od tamtego momentu, gdy wyperfumowała się koniem, i popędziła do pubu.
Prawdę mówiąc nie lubiła zostawać sama w domu. Jeszcze przed przyjazdem do Anglii odnowiły jej się nocne lęki, nieodmiennie kończące się przebudzeniem z wrzaskiem i paniczną ucieczką przed siebie, a teraz w dodatku dołączyły do nich kretyńskie przywidzenia. Najczęstszym była czarna sylweka mężczyzny stojąca w nogach łóżka, abo gdzieś w kącie i gapiąca się na nią, oczyma których widac nie było, bo niknęły w ciemności, panującej pod rondem szerokiego kapelusza, który ów cień nosił na głowie. Były jednak także inne, na przykład topielec, stojący za jej plecami, którego przez ułamek sekundy dostrzegła w łazienkowym lustrze, wychudzona twarz, złowiona kątem oka w odbiciu w oszklonych drzwiczkach kredensu i wreszcie przebój ostatniej nocy: szkieletowata jędza, z niebieską twarzą, która wyskoczyła w środku nocy zza wezgłowia łóżka Majki, chwyciła ją za rękę i zaczęła gdzieś ciągnąć. Majka wrzasnęła, zamachała rękami, przewróciła szklankę herbaty, stojącą na nocnym stoliku i wypadła z łóżka.
Resztę nocy spędziła przy zapalonym świetle, przeklinając swoją przerośniętą wyobraźnię, która, była tgo pewna, odpowiadała za te wszystkie zwidy. Wyobraźnia i stres związany z pobytem w zupełnie nowym miejscu.
Teraz zaś maszerowała energicznie w stronę Ten Bells, bardzo zadowolona, że nie spędzi wieczoru w domu, walcząc z tym dziwnym uczuciem, że ktoś się na nią gapi.
Ten Bells było pełne, takie obłożenie notowało normalnie tylko przy meczach Chelsea i reprezentacji Anglii. Nawet Walter skrzętnie schował swoje papiery do aktówki i przycupnął przy barze, starając się broń Boże niczym nie zaczepiać siedzącego obok mężczyzny, którym był, tak się składało, Lampard.
Piłkarz siadał zwykle przy jednym ze stolików, w milczeniu sącząc swoje piwo i przyglądając się ludziom, oraz wytrwale ignorując awanse Moiry, która raz rozpięła nawet swój służbowy fartuszek na piersiach tak głęboko, że Rose poczuła się zmuszona zwrócić jej uwagę.
- Ten Bells to nie klub topless - rzekła, wywoławszy ją na zaplecze. - Zapnij się trochę, bo ci wszystkie skarby zaraz wylecą.
- Jesteś zazdrosna, ot co! - prychnęła Moira. Mimo wszystko sięgnęła jednak do dekoltu i zaczęła się zapinać.
- Zazdrosna? Niby o co? - zdziwiła się Rose.
- O Lamparda, oczywiście - odburknęła kelnerka, starannie poprawiając na sobie odzież, tak, by układała się możliwie najbardziej kusząco. - Boisz się, że ci go odbiję.
Montoya spojrzała na swą podwładną z niedowierzaniem.
- Sufit ci na głowę zleciał? - zapytała. - Bo pierdzielisz jak potłuczona.
- Dobra dobra, nie udawaj niewiniątka - Moira ujęła się pod boki. - Mylisz, że nie widzę, jak się na niego gapisz? I jak on się gapi na ciebie? Już mi tu kitu nie wciskaj, lecisz na niego jak pershing!
- Spadaj - burknęła Rose.
Teraz Frank, razem ze swoimi szaroniebieskimi oczyma i długimi rzęsami siedział przy barze, a to wytrącało Rose z równowagi. Dwadzieścia trzy lata swojego życia obywała się bez randek, chłopaków i innych takich głupot i nie zamierzała teraz dopuszczać, żeby jakiś rozpuszczony, bogaty paniczyk futbolista mącił jej w głowie, nawet jeśli był to Frank Lampard, jej idol z dzieciństwa i jeden z ulubionych piłkarzy jej dziadka.
Kiedy siedział gdzieś przy stoliku, Rose potrafiła nad sobą zapanować, jednak teraz jej organizm zaczynał wyczyniać jakieś dziwne sztuki. Za każdym razem kiedy Lampard podnosił oczy znad kufla i spoglądał na nią, czuła, wyraźnie czuła, że się rumieni, jak jakaś durna pensjonarka. Cholera, nie mógłby siedzieć gdzie indziej, razem z tym dyskretnym zapachem dobrych męskich perfum, zgrabnymi dłoniami i tym tajemniczym spojrzeniem?
O tak, Rose była zła, bardzo zła.
Na szczęście zawsze mogła wyskoczyć na chwilę zza baru, żeby zajrzeć do kuchni, albo pogonić Moirę, która w tej chwili mizdrzyła się właśnie do grupki zawodników Leicester City, okupujących jeden ze stolików w głębi i świętujących wygrany mecz.
- Moira! - ryknęła Rose, głosem walkirii. - Ludzie czekają!
Kelnerka podskoczyła, niemal wypuszczając z rąk tacę. Jej usta, pomalowane grubą warstwą szminki w odcieniu strażackim, ułożyły się przez chwilę w idealne, czerwone kółeczko, wyrażające zaskoczenie.
- Lecę, lecę! - zapiszczała, posyłając ubawionym piłkarzom pożegnalne spojrzenie spod rzęs.

Wszystkich trzeba pilnować, wszystko na jej głowie, pomyślała. Dorośli, a zachowują się jak dzieci.

Majka wpadła do pubu niczym tajfun, niezupełnie zamierzenie. Po prostu ciężkie drzwi wejściowe wymagały solidnego pchnięcia, a tym razem wyszło ono zbyt solidne, odrzwia poddały się zadziwiająco łatwo i Krukówna poleciała naprzód, puszczając po drodze klamkę. Uwolnione drzwi zatrzasnęły się z hukiem, Majka zaś wbiła się jak klin między Waltera i Lamparda, zatrzymując się z impetem na barze.

- Najmocniej panów przepraszam, cześć Rose - wyrzuciła z siebie na jednym oddechu.
- Wejście smoka - oceniła Montoya, z uśmiechem.
- A bo te wasze drzwi to się tak jakoś lekko otwierają dzisiaj - poskarżyła się Majka.
- Naoliwiłam dzisiaj zawiasy - odparła Rose, nie przestając się uśmiechać. - Słuchaj, jest sprawa, zaginęła dziewczyna, córka moich znajomych. Wyszła ze szkoły, do domu nie wróciła. Wszystkie ręce do wieszania plakatów potrzebne. I jest ściepa na kolorowe ksero.
- Przepraszam, że podsłuchuję - usprawiedliwił się elegancko Lampard. - Chciałbym pomóc. Ile potrzeba tych plakatów?
- Słusznie pan przeprasza - fuknęła Rose. - Podsłuchiwanie jest cholernie niegrzeczne. Nie uczą tego w Chelsea?
- Uczą - odparł Frank, uśmiechając się lekko. - Ale pozwoliłem sobie na niegrzeczność w słusznej sprawie.
- Nawet sławnym piłkarzom nie wszystko wolno! - odpaliła Rose, nastawiona konfrontacyjnie.
- Sław... - Majka spojrzała na faceta, któremu wbijała łokieć w żebra. Wydawał się jej przedtem jakiś taki znajomy, jednak dopiero teraz jej umysł zajarzył. - O rany, pan to pan! - wyrwało jej się.
- Na ogół bywam sobą - odparł Lampard uprzejmie. - I zgadzam się, że sławnym piłkarzom nie wszystko wolno, ale pomóc w poszukiwaniach zaginionej dziewczynki chyba tak?
Gotowa do dalszej batalii słownej Rose nagle uświadomiła sobie co robi. Facet ma dobre checi, a ona go beszta. Idiotyczne.
- Oczywiście, że wolno. Przepraszam, trochę chyba się zapędziłam - powiedziała, czując, że się idiotycznie czerwieni. Do licha, Rose Montoya się nie czerwieniła jak jakaś pensjonarka!
- Nie szkodzi. To ile tych plakatów potrzeba? - zapytał Frank. Podobała mu się ta złośnica. W innych okolicznościach może by się nawet koło niej zakręcił.
- Ile się da - odparła zwięźle Rose.
- W porządku, zamówię je z samego rana i przywiozę je tutaj. Może być?
- Jak najbardziej. Zaraz dam panu adres strony na facebooku, tam pan znajdzie wzór.
Zapisała adres na karteczce wyrwanej z bloczka trzymanego pod barem i podała mu ją, starannie unikając patrzenia w jego oczy. Wytrącały ją z równowagi. Potem wyszła zza baru, stanęła na środku pubu i nabrała tchu.
- Proszę o ciszę! - zagrzmiała. Gwar głosów cichł powoli. - Cisza, mówię!
Teraz wszystkie oczy patrzyły na nią.
- Jak wiecie dzisiaj po południu zaginęła dziewczyna, Ronette Paulson. Ma szesnaście lat, chodzi do Stonehill High School i tam ją ostatnio widziano. Kto chce pomóc, niech się zgłasza jutro rano tutaj, po plakaty. O pierwszej po południu zaplanowane jest przeszukanie terenu koło klubu golfowego Rothley Park, zbiórka przed kościołem w Thurcaston!
- A dlaczego akurat tam chcą szukać? - zapytał krępy jegomość, siedzący przy najbliższym stoliku.
- Bo tam znaleziono jej komórkę i parę innych drobiazgów - odparła Rose.
W grupie piłkarzy z Leicester City zaszemrało. Jeden z nich, potężny typ ze szczęką, którą dziadek Rose określał mianem "sparringowej" i podgoloną, ciemną czupryną, najwyraźniej intensywnie do czegoś przekonywał kolegów.
- ...przekonamy szefa, żeby nam pozwolił zawiesić plakaty na stadionie - mówił. - Poza tym nic wam się nie stanie, jak ruszycie jutro dupska.
- A co mnie jakaś dziewucha... - zaczął któryś, ale nie skończył, bo oberwał od wlaściciela podgolonej głowy z plaskacza w potylicę. - Au! Wasilewski, gorzej ci?
- Richie, weź ty nie pierdol, bo mnie osłabiasz - odparł Wasyl. - A jakby to twoja córka była? Już byś, kurwa, całe miasto rozbierał, żeby ją znaleźć.
- No fakt - zgodził się De Laet, rozmasowując tył głowy. - To jednak przyjdę.
- Nnno - podsumował Marcin.
Zastanawiał się po meczu, czy by nie podjechać do Londynu i nie złapać Eurostara albo samolotu do Brukseli, ale po namyśle zrezygnował. Wprawdzie następnego dnia była niedziela, którą mógłby spędzić z dziećmi, ale wcześniej musiałby spędzić noc w towarzystwie żony, a jak się przekonał, wpadłszy do domu bez zapowiedzi po zgrupowaniu repry, samo spoglądanie na Aśkę było jak zaglądanie do wnętrza przemysłowej zamrażarki. Waliło od niej takim chłodem, że aż oczy zaczynały mu łzawić. Zdecydowanie nie była zadowolona, kiedy ich odwiedzał i dobitnie dawała mu to odczuć. Wasyl miał chwilami wrażenie, że najbardziej by się cieszyła, gdyby w ogóle się nie fatygował z Anglii i ograniczył do rozmów z dziećmi na skype.
A zatem czekałaby go noc z zamrażarką, i pół dnia z dziećmi, bo o osiemnastej był trening. Lekki bo lekki, ale jednak być należało, więc wyjazd w niedzielę byłby w ogóle bez sensu, bo więcej czasu spędziłby w środkach komunikacji niż z własnymi dzieciakami, a w dodatku i tak musiałby stawić czoła lodowcowi, w który zamieniła się jego żona. Odpuścił więc sobie, postanawiając trzymać się wcześniej ustalonego grafiku.
Trudno. Pogada jutro z dzieciakami na skype i tyle, postanowił, wstając od stolika. A skoro ma trochę wolnego, to może zająć się poszukiwaniami tej zaginionej dziewczynki. Nie wyobrażał sobie, co by się stało, gdyby zaginęło któreś z jego dzieci. Chyba by oszalał ze strachu.
Snując takie rozważania przepchnął się w kierunku baru.
- ...musimy sobie jakoś podzielić teren, żeby to wszystko było systematyczne. - mówiła barmanka do kogoś przy barze. Ładna, bestia, ale sroga, ocenił Wasyl. - Skąd zaczniemy?
- Ja, ja, ja chętnie pomogę - powiedział nieduży facecik z kąta, ściskający oburącz pękatą aktówkę. - Pójdę, pójdę z wami.
- A mamusia? - zapytała barmanka. - Pozwoli ci?
- Jest, jest w sanatorium i wraca dopieo za tydzień - odparł facecik.
- No to jest nas troje! Więcej rak do pracy!- ucieszyła się zwrócona tyłem do Wasyla dziewczyna, ubrana na czerwono. Zaraz, czerwony płaszcz? To chyba nie ona? Nie znowu?
- Czworo - sprostował facet, siedzący obok niej. - Chętnie służę moimi rękami. Samochodem też.
Tu Wasyla wcięło na amen. Gościa rozpoznał bez pudła od razu, bo nie tylko miał przyjemność oglądać go w akcji na boisku, ale też zdarzyło mu się nieco przetrzeć nim murawę. Frank Lampard. Co on tu robił?
- No to mamy dwa samochody do dyspozycji - stwierdziła bestyjka zza baru.
- Będzie więcej niż dwa - orzekł stanowczo Wasyl. - Przyjdę tu jutro rano z wszystkimi chłopakami z drużyny. Nawet trenera przywlekę.
Na dźwięk jego głosu Majka podskoczyła i przewróciła swoją szklankę z guinnesem, wylewając część napoju Frankowi na kolana.
- Czy wszyscy piłkarze podsłuchują? - zapytała cierpko Rose. - To jakieś schorzenie zawodowe?
Lampard parsknął śmiechem, Wasyl osłupiał.
- Ale o co cho...? - nie dokończył, bo przerwały mu nerwowe okrzyki Majki.
- Rose, ścierkę, leci mi tu, zalałam pana Lamparda! - Krukówna odsunęła się gwałtownie od baru, z którego kapał guinness i wpakowała się prosto na Wasyla. Rose zanurkowała za barem po ścierkę, uczynny Walter zaś wygrzebał ze swej aktówki chusteczki i podał je Frankowi, który przyjął je z wdzięcznością i osuszył mokrą plamę na swoich spodniach.
- Rany! - jęknęła Majka, usiłując odsunąć się od Wasyla. - Znaczy przepraszam, znowu na pana wpadam jak głupia, ale przysięgam, nie robię tego celowo! To się samo się!
- Spoko, nic się nie stało - zapewnił rozbawiony Marcin. - Poza tym to dopiero drugi raz.
- I cały guinness w... tego - westchnęła smętnie Majka, patrząc jak Rose osusza kałużę na blacie i zabiera pustą już szklankę. - Nie zalałam pana za bardzo? - zapytała Lamparda z troską.
- Zaledwie trochę, ale nic mi nie będzie - odparł Frank, demonstrując w uśmiechu imponujący garnitur białych, równych zębów.
- Guinnessa dla tej pani - zażądał równocześnie Wasyl, kładąc na barze pieniądze. - Nie chcę być przyczyną strat.
Majka prychnęła śmiechem.
- Dziękuję - odparła, usiłując się nie zarumienić.
- Poza tym, ten, ja nie podsłuchiwałem - rzekł Marcin obronnie. - Chciałem pogadać z panią - wskazał Rose - i tak mi wpadło w ucho o czym mówicie. To jak, mogę pomóc?
- Jasne - odparła Rose, stawiając świeżego guinnessa przed Majką, bardzo się powstrzymującą od gapienia się na Wasyla jak sroka w gnat. - I dziękuję panu bardzo w imieniu rodziców Ronette.
- Nie ma za co. To widzimy się jutro - Wasyl położył dłoń na ramieniu Majki, która akurat piła i z wrażenia niemalże zdołała się utopić w swoim napoju. - Smacznego.
- Hękuję - odparła słabo.
Wasyl wrócił do kolegów, Lampard zaś zerwał się ze stołka.
- Muszę się już pożegnać - rzekł.
- Tak wcześnie? - wyrwało się Rose.
- Obowiązki rodzicielskie - odpowiedział, uśmiechając się.
Rose, zła na siebie, uciekła na zaplecze. Tam opieprzyła Burna, zupełnie bez powodu, zrobiła awanturę Robbiemu o brudne graty w zlewie, wyszła przez tylne drzwi, głęboko odetchnęła chłodnym, nocnym powietrzem i wróciła za bar.
Franka już nie było, na jego stołku siedziała Majka i w bardzo dziwny sposób, starając się w ogóle nie odwracać głowy, obserwowała stolik piłkarzy Leicester.
- Ty się zakochałaś w tym typie, czy coś? - zapytała Rose zgryźliwie.
- Jakim typie? - zapytała Majka z roztargnieniem.
- No tym - Rose wskazała głową rozbawioną gupę zawodników. - Tym gościu z gębą zawodowego mordercy.
- To jest Wasyl - pouczyła Majka. - I wcale się w nim nie zakochałam! Ja mu tylko kibicuję!
- I dlatego reagujesz na niego jakby cię ktoś prądem w tyłek raził? - zakpiła Rose.
- Czy ja się ciepie czepiam, że się czerwienisz jak burak, za każdym razem jak się Lampard uśmiechnie? - warknęła Krukówna. - Albo że się na niego glebisz, jak myślisz, że nikt nie widzi?
- A co wyście się z tym Lampardem uwzięli? - wrzasnęła Rose. - Powariowali wszyscy, a weźcie się ode mnie odwalcie! Nie mam co robić, tylko za jakimś rozwydrzonym bogaczem ganiać! Pogięło was!
- Nas? - zainteresowała się jadowicie Majka.
Rose spiekła raka, po czym udała, że szuka czegoś pod barem.
Następnego dnia o poranku Frank Lampard, zgodnie z obietnicą, zajechał pod Ten Bells, samochodem wyładowanym plakatami informującymi o zaginięciu Ronette Paulson.
- O rany, przecież tym można by wytapetować całe miasto - zdumiała się Rose.
- Im więcej, tym lepiej - rzekł zwięźle Frank, przystępując do wyładunku. Montoya udawała sama przed sobą, że wcale nie imponuje jej łatwość, z jaką nosił ciężkie ryzy plakatów. Nic a nic i wcale a wcale jej nie imponuje. Dla podkreślenia tegoż sama zatargała kilka ryz do pubu, po czym zaczęła udzielać instrukcji Moirze, która przeżywała ciężki dylemat, nie bardzo wiedząc kogo lepiej podrywać, Lamparda, czy chłopaków z Leicester, którzy, zgodnie z zapowiedzią Wasyla, przybyli całą drużyną, z trenerem na czele.
- Dobra - Lampard otarł pot z czoła. - Rozładowane. To kto jedzie ze mną?
- Ona! - Rose wypchnęła przed siebie Majkę.
- Ja nie... - zgrzytnęła Majka, oglądając się na znikającą za rogiem ekipą Lisów, obładowaną plakatami. - No dobra...
- Walter, ty ze mną! - skomenderowała Rose. - Zaczniemy od Rowley Fields!
- Tam plakatuje Wasyl z chłopakami - objaśniła Majka.
- To my bierzemy Western Park, a wy Dane Hills - zarządziła Rose.
- Tak jest, pani komendant - rzekł Frank.
Rozlepianie poszło bardzo sprawnie, tak, że do dwunastej oba duety wyczerpały posiadane zapasy plakatów i równocześnie postanowiły wrócić do Ten Bells na lunch.
- Buuuuuuuurrrn! - wrzasnęła Rose w kierunku kuchni, bo Moiry nie było nigdzie widać. - Cztery hamburgery plus frytki! Biegiem! I nie sfajcz, bo usmażę ci uszy na grillu!
- Czy ja też mogę prosić jednego? - Wasyl zmaterializował się z cienia.
- Burn! Dawaj pięć! - ryknęła Rose.
- A gdzie ma pan kolegów? - zapytała Majka.
- Koledzy poszli na lunch do swoich domów - odparł Wasyl. - Mnie się dzisiaj nie chce pichcić.
Lampard rzucił okiem na prawą dłoń Wasyla, na której lśniła obrączka.
- A żona? - zapytał.
- A żona została w Belgii.
- No to, no to, skoro już jesteśmy tutaj wszyscy... - zaczął Walter.
Cztery pary oczu spojrzały na niego. Przez cztery umysły przeleciała ta sama myśl.
Jesteśmy wszyscy.
Faktycznie.
Czy to nie wspaniałe?
I czy to nie straszne?
<div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify; text-indent: 0.5cm;"> Na dzwonnicy kościoła w Thurcaston stał mężczyzna. Opierał się łokciami o kamienny parapet i przyglądał się ludziom, malutkim jak mrówki, kręcącym się na dziedzińcu, kilkadziesiąt metrów niżej.
Jacy oni śmieszni. Myślą, że mogą coś zmienić. Myślą, że jeśli się skrzykną i wyjdą na poszukiwania tej małej dziwki, to coś się zmieni. Stawią czoła złu. Zmienią świat. doprawdy, byli jak ślepe robaki.
Ta mała dziwka...
Myśli mężczyzny pobiegły w stronę tego, co stało się nocą.
Zawalił, nie da się ukryć, ale czy to była jego wina? Sprawdził tę dziewuchę, miał takie możliwości i wykorzystał je w pełni. Grzeczna dziewczynka, wzorowa uczennica, z pobożnej rodziny, żadnych imprez, żadnych późnych powrotów do domu, zawsze zapięta grzecznie po szyję.
I kiedy był już gotów zabrać ją na miejsce i dokonać rytuału, wszystko się zawaliło. Potknął sie o plecak tej małej dziwki. Wszystko się rozsypało. I co takiego ta wzorowa uczennica, ta posłuszna córeczka, nosiła w plecaku?
Test ciążowy.
Pieprzyła się z tym swoim pryszczatym chłopakiem, wyznała to wszystko we łzach. Bała się, że jest w ciąży.
Tyle w temacie dziewictwa.
Teraz musiał szukać następnej i to szybko, żeby nie zmarnować tego co zaczął.
Ta dzisiejsza młodzież...
Będzie chyba musiał rozglądać się w przedszkolach.
Tymczasem ludzie na placu przed kościołem przegrupowali się podług wzkazówek policjantki w mundurze. Niech jej szukają, zanim dojdzie do prawdy i tak będzie za późno.
Nagle coś przyciągnęło uwagę mężczyzny na wieży. Spojrzał w dół, marszcząc brew i przyglądając się zebranym.
Coś poczuł, coś jakby drgnęło w powietrzu.
To była moc, ale nie ta, której służył.
Inna moc.
Wyciągnął lornetkę, ogarnął powtórnym spojrzeniem tłum na dole i wyodrębnił małą grupkę.
Pięć osób. Czarnowłosa kobieta, poruszająca się zamaszyście i stanowczo. Na pewno wredna dziwka. Obok niej druga, nieśmiała i jakby spłoszona, w czerwonym płaszczu. Wpatrzona jak w tęczę w bykowatego typa, mimo chłodu ubranego tylko w cienką bluzę z kapturem i dżinsową katanę. Dalej spłoszony gość w typie urzędnika, ściskający pod pachą teczkę i... Zaraz zaraz.
Tego człowieka zna.
Frank Lampard.
No coś takiego.
Ciekawe kto ich tu wszystkich zgromadził. Trzeba o tym powiedzieć Panu.
Koniecznie.
Chętni na poszukiwania, których zebrało się tak koło setki, przeszli zwartą kolumną spod kościoła w Thurcaston, po czym rozstawili się ławą na pastwisku, sąsiadującym z polem golfowym. Po raz kolejny wysłuchali pouczenia policjantki (jeśli coś znajdziecie, zasygnalizujcie policjantowi! Nie dotykajcie niczego!), po czym ruszyli przed siebie, miarowym krokiem.
- Tuutaj! - krzyknęła kobieta idąca po lewej stronie Majki. - Szalik!
Podbiegł do niej policjant i skrzętnie oznaczył miejsce chorągiewką.
Majka szła powoli dalej, patrząc pod nogi i rozglądając się uważnie.
- Tutaj! - teraz krzyczała Rose. - Czapka i plecak!
Kolejna chorągiewka rozbłysła czerwienią wśród wypłowiałej trawy.
- Cholera - mruknęła Majka, spoglądając przed siebie. Coś błyskało brązami i rudością w dołku, kilkanaście metrów przed nią.
Paskudne przeczucie ścisnęło serce Majki. Tylko nie to, proszę, pomyślała podchodząc.
Dostrzegła sweter, wełniany z kapturem, potem szeroko rozrzucone ręce i alabastrowo białe dłonie.
- Tutaj! - wrzasnęła. - Tu ktoś leży!
Podeszła jeszcze bliżej i dostrzegła coś jeszcze. Głowę, rozbitą na miazgę. I wielkie niebieskie oczy, spoglądające na nią martwo z opuchniętej, pokrwawionej twarzy.
Świat gwałtownie zszarzał a zawartość żołądka podeszła Majce do gardła.
___________________________________________________
Z lekkim poślizgiem zapodaję rozdział trzeci, życzę wszystkim miłej lektury (a sobie dużo komentarzy :3 ), a dla cierpliwych czytelniczek jest halloweenowy bonus. Szalony Lampilusznik pozdrawia! 
M.