Money can't buy it... baby
Sex can't buy it... baby
Drugs can't buy it... baby
You can't buy it... baby
I believe that love alone might do these things for you
I believe in love alone
"Money can't buy it" Annie Lennox
Żółta taśma drgała na wietrze niczym trącona struna. Kordon granatowo odzianych postaci otaczał ją dosyć szczelnie, zasłaniając sobą straszliwy widok tego, co jakiś czas temu było żywą, śmiejącą się, Ronette Paulson. Majka przypomniała sobie po raz kolejny szkliste spojrzenie wielkich niebieskich oczu dziewczyny i jej zmasakrowaną twarz, po czym zgięła się w pół i również po raz kolejny zwymiotowała, o centymetry mijając czubki sportowych butów słusznego rozmiaru, które nagle znalazły się w polu jej widzenia.
Sex can't buy it... baby
Drugs can't buy it... baby
You can't buy it... baby
I believe that love alone might do these things for you
I believe in love alone
"Money can't buy it" Annie Lennox
Żółta taśma drgała na wietrze niczym trącona struna. Kordon granatowo odzianych postaci otaczał ją dosyć szczelnie, zasłaniając sobą straszliwy widok tego, co jakiś czas temu było żywą, śmiejącą się, Ronette Paulson. Majka przypomniała sobie po raz kolejny szkliste spojrzenie wielkich niebieskich oczu dziewczyny i jej zmasakrowaną twarz, po czym zgięła się w pół i również po raz kolejny zwymiotowała, o centymetry mijając czubki sportowych butów słusznego rozmiaru, które nagle znalazły się w polu jej widzenia.
-
Szpraszam - wymamrotała, prostując się. Otarła usta chusteczką
higieniczną i łypnęła okiem na właściciela butów. - O,
myślałam, że to kolejny glina.
-
Nie, to ja - Wasyl uśmiechnął się, nie wiedzieć czemu,
przepraszająco. - Jak się czujesz?
-
A jak wyglądam?
-
Jak wiosenny szczypiorek. Ten sam odcień zieleni.
Słaby
uśmiech wypłynął na twarz Majki. Żadne z nich nie zauważyło,
że właśnie przeszli na "ty".
-
Teraz lepiej - stwierdził Wasyl, również się uśmiechając. -
Chciałem od razu... No, zabrać cię stąd, ale ta baba cię
pilnowała jak wściekła - wskazał ruchem głowy tęgą policjantkę
w mundurze, która właśnie ruszała w ich stronę.
-
Pan kto? - zapytała. - I czego pan od niej chce?
-
Jestem.. - zaczął Marcin i urwał.
-
Moim przyjacielem - dokończyła Majka. - Czy ja już mogę sobie
stąd iść?
Policjantka
otaksowała Wasyla nieufnym spojrzeniem, jakby nie dowierzała, że
nie jest on seryjnym mordercą.
-
No może pani - odparła. - Jak coś, to będziemy do pani dzwonić.
Biedna Ronette, jakbym dorwała tego co ją tak urządził, całą
twarz jej rozwalił!
Policjantka
pokręciła głową w niedowierzaniu, tymczasem Majka, której znowu
stanęła przed oczyma twarz nieboszczki, pobladła niczym płótno i
zachwiała się. Wasyl przytrzymał ją skwapliwie i spiorunował
funkcjonariuszkę wzrokiem.
-
Niech pani sobie może daruje te soczyste szczegóły, co? -
zaproponował.
Policjantka
zmyła się jak niepyszna.
-
Wszystko w porządku? - Wasyl otoczył Majkę ramieniem, nie myśląc
co robi. Oparła z wdzięcznością czoło na jego piersi.
-
Nic mi nie będzie - wymamrotała. - Tylko mi trochę słabo.
-
No ja myślę - mruknął. - Każdemu by było. Odwiozę cię do
domu, albo do Rose. Obiecała, że da ci drinka za darmo. Ja bym
takiej okazji nie odpuszczał.
Majka
uniosła wzrok i stwierdziła, że Wasyl mrugnął do niej jednym
okiem.
-
No skoro tak mówisz... Darmowy drink mnie przekonuje - oznajmiła.
Pół
godziny później siedziała przy barze w Ten Bells, nad filiżanką
gorącej herbaty i szklaneczką whisky. Lampard i Wasyl sączyli
piwo, przed Walterem parował olbrzymi kubek kakao, Rose natomiast
szalała za barem, trzaskając i waląc wszystkim co się dało.
-
Wyjść na pięć minut, to burdel zostawią! - parskała gniewnie. -
Moira, jak cię znowu złapię na fajce, to cię, kurwa, naprawdę
wyleję! Miałaś stać za barem!
-
Musiałam odebrać ważny telefon! - odwrzasnęła Moira z drugiego
końca lokalu. Któryś ze stałych bywalców zachichotał.
-
A co, Amy wyskoczył pryszcz na dupie? - Rose nie dawała się
ugłaskać. - A ty się, Jerry nie śmiej, bo cię stąd wykopię!
-
Nie strasz, nie strasz - mruknął Jerry, unosząc do ust kufel piwa.
Rose
wzięła się pod boki.
-
Już nie pamiętasz jak cię wywaliłam za drzwi dwa tygodnie temu?
Tak ci wpierdoliłam, że mamusię wołałeś!
Jerry
poczerwieniał jak cegła.
-
Tobie potrzeba, żeby cię ktoś dobrze wyobracał! - wrzasnął. -
Od razu byś się milsza zrobiła!
Dłoń
Lamparda wystrzeliła z lakierowanej powierzchni baru i chwyciła
wychodzącą zza baru, z mocnym zamiarem wpieprzenia Jerry'emu, Rose
za nadgarstek.
-
Jerry - rzekł Frank z morderczą łagodnością. - Czy ty masz jakiś
problem?
Jerry
popatrzył na Lamparda, na jego zimne jak lód oczy i na
wyglądającego zza jego ramienia typa, który wyglądał, jakby na
śniadanie zamiast płatków jadł gwoździe.
-
Nie no, skąd - odpowiedział obronnie. - Przepraszam, Rose, trochę
mnie poniosło.
Rose
sapnęła, potem spojrzała w szaroniebieską otchłań oczu Franka.
-
No dobra, ja też przepraszam - rzekła niechętnie. - Mam
niewyparzoną gębę.
Lampard
cofnął swoje ciepłe palce z jej nadgarstka. Niemal pożałowała,
że to się stało.
-
Czemu jesteś taka wściekła? - Majka spojrzała na Rose i ostrożnie
dmuchnęła w swoją herbatę.
Montoya
trzasnęła ścierką o bar i zaczęła go polerować z taką
zaciekłością, jakby od tego zależało jej życie.
-
Bo znałam Ronette i znam jej matkę - oznajmiła. - Która,
notabene, leży teraż w swojej zypialni, naszprycowana prochami,
ponieważ jakis pierdolec rozwalił Ronette głowę! To chyba jest
dostateczny powód do wściekłości?
-
Najzupełniej - zgodziła się Majka.
-
Tak na marginesie, Lampard, ja sobie nie przypominam, żebym
zatrudniała cię jako swojego ochroniarza - Rose oparła się
pięściami o kontuar i spojrzała Frankowi prosto w oczy.
Wytrzymał
spojrzenie jej czarnych oczu bez mrugnięcia.
-
Jak zaczniesz tłuc klientów za byle co, to ci interes zbankrutuje -
rzekł, uśmiechając się kątem ust.
-
Pilnuj swojego interesu! - warknęła Rose wściekle. - Jestem dużą
dziewczynką, poradzę sobie sama!
-
Rose, ja myślę, ja myślę, że powinnyście na siebie uważać -
powiedział Walter poważnie. - To, to nie jest przypadek, że
najpierw Laura, a teraz Ronette...
-
Biedna Ronette - mruknęła Majka, zapatrzona w swoją filiżankę.
Wasyl skonstatował z zadowoleniem, że zielonkawa bladość zniknęła
z jej twarzy, ustępując miejsca delikatnym rumieńcom. Nie był w
niej, broń Boże, zakochany, ponadto uznawał się za człowieka
poważnie żonatego, a rodzina była dla niego absolutnym skarbem.
Był jednak Wasyl mężczyzną z natury opiekuńczym, skłonnym do
troszczenia się o istoty słabsze od niego, a ta dziewczyna do
takich się niewątpliwie zaliczała. I miała w sobie coś takiego,
co uderzało w struny jego naturalnej opiekuńczości bez pudła.
-
Walter, co ty gadasz? - Rose zmarszczyła brwi.
-
To był seryjny morderca - wyszeptał Walter w swoje kakao. -
Powinnyście uważać zwłaszcza jeśli, no...
Poczerwieniał
niczym pomidor.
-
Jeśli któraś jest... jest...
-
Jest co? - zapytała Majka.
-
Dziewicą - wyszemrał Walter, teraz już purpurowy niczym
koronacyjne szaty angielskich monarchów. - Rosie...
-
Nie mówi do mnie Rosie! - wrzasnęła Rose, niemal tak samo czerwona
jak on. - A moje dziewictwo to niczyj interes!
W
pubie zapadła kompletna cisza. Spojrzenia wszystkich obecnych
spoczęły na Montoyi.
-
Ty jeszcze nigdy nie, eee, tego? - zapytał niezmiernie inteligentnie
Wasyl.
-
A w ryj chciałeś? - Rose wyglądała jak kandydatka do apopleksji.
-
Nie no, sorry, tak mi się głupio zapytało - Marcin uniósł w górę
ręce.
W
tym momencie drzwi pubu się otwarły i do środka wtoczył się nowy
gość. Był to mężczyzna młody, góra trzydziestoletni, odziany w
nieprzyzwoicie drogi garnitur i takiż płaszcz. Miał pociągłą
twarz w kórej dominowały wielkie, bladoniebieskie oczy o
niepokojącym wejrzeniu.
-
Dzień dobry - rzekł, wbijając się między Wasyla i Majkę.
Krukówna z miejsca stwierdziła, że go nie lubi. - Czy mogę prosić
campari?
-
Prosić możesz - odparła jadowicie Rose. - Ale nie dostaniesz, bo
nie ma.
-
Szkoda - rzekł nieznajomy i uśmiechnął się. - To miłe miejsce,
ale strasznie nietrendy. Gdyby jednak zainwestować w nie trochę
kasy, można by z niego zrobić modny hot spot.
-
To jest pub - powiedziała Rose z naciskiem. - A nie hot spot.
-
A co jest złego w hot spotach? - facet przekrzywił głowę. - Sam
bym chętnie zainwestował, a wierz mi, mała, mam co.
-
Posłuchaj no - wysyczała Rose. - Nie jestem zainteresowana
inwestycjami i nie lubię, gdy ktoś mówi do mnie "mała".
Zrozumiano?
-
Przepraszam - rzekł, szczerząc idealnie białe zęby w szerokim
uśmiechu. Patrząc na ten uśmiech i na puste oczy nieznajomego,
Rose odniosła wrażenie, że ogląda przygotowującego się do
posiłku rekina. - Może odrobinę przesadziłem. Nazywam się Robert
Grey.
Wymówiwszy
swoje nazwisko teatralnie zawiesił głos, jakb oczekując reakcji
obecnych. Obecni go zawiedli. Nad barem rozlała się cisza,
zakłócana jedynie przez gwar płynący od stolików.
Brwi
Greya ściągnęły się w wyrazie irytacji.
-
Cóż, widzę, że moje nazwisko nikomu nic tu nie mówi - rzekł. -
Doprawdy szkoda.
-
Mówi - rzekła zgryźliwie Majka. - Że jest pan obrzydliwie
bogatym facetem, o którym piszą brukowce. Oczekuje pan, że
padniemy z tego powodu na kolana?
Rose
za barem prychnęła jak rozzłoszczona kotka.
-
Zaszło nieporozumienie - rzekł Grey, przywołując z powrotem na
twarz rekini uśmiech. - Niczego takiego nie oczekiwałem.
Na
środku sali rozległ się głośny brzęk. Moira upuściła na
podłogę tacę z całą zawartością i teraz stała wśród
odłamków kufli i szczątków talerzy, patrząc na Greya jak
urzeczona.
-
Noż kurwa - wymamrotała Rose. - Moira, do jasnej cholery!
-
Pan Grey... - rzekła kelnerka, rozanielona.
Pan
Grey puścił do niej oko, co sprawiło, że niemal się przewróciła
z wrażenia. W tym samym momencie zza baru wyleciała mokra ścierka
i plasnęła Moirę prosto w czoło.
-
Pobudka! - ryknęła Rose. - Tu rzeczywistość! Sprzątnij ten
bajzel!
Śmiertelnie
obrażona Moira zdjęła ścierkę z twarzy i pomaszerowała na
zaplecze, skąd wyszła po chwili ze zmiotką i szufelką.
-
Ma pani temperament - stwierdził Grey, zaglądając Rose w oczy. -
Lubię takie kobiety.
-
A ja nie lubię takich facetów - odpaliła bez namysłu. - Daruj
sobie te flirty, leszczu.
Lampard
stłumił uśmiech, cisnący mu się na usta. Marcin taki subtelny
już nie był i zachichotał na głos.
-
Co pana tak śmieszy, panie Vazilevsky? - Grey niemalże zasyczał. -
Kiedy każę pana deportować do tego pańskiego śmierdzącego
kraiku, nie będzie panu tak wesoło.
Wasyl
obdarzył go morderczym spojrzeniem, jednym z najlepszych jakie miał
w swoim arsenale, natomiast Majka poczuła, że zaraz trafi ją
szlag. Otworzyła usta, żeby zmiażdżyć aroganta jakąś ciętą
ripostą, ale, niespodziewanie, ubiegł ją Walter.
-
Jest pan strasznie, strasznie niegrzeczny - rzekł z oburzeniem. -
Kto panu dał, dał prawo obrażać ludzi? Pan, pan Lampard jest
całkiem tak samo bogaty jak pan, a jest miły i ma nienaganne
maniery!
Grey
uniósł rękę w przepraszającym geście.
-
Przepraszam najmocniej... - zaczął.
-
Już dwa razy przepraszałeś - zauważyła Rose, jednym okiem
obserwująca sprzątającą Moirę, która się cały czas ukradkiem
gapiła na Greya. - Po czym wracałeś do bucery. Może daruj sobie
trzecie przeprosiny i po prostu stąd zjeżdżaj?
Robert
zamknął usta z głośnym kłapnięciem. Następnie zacisnął wargi
i odsunął się od baru.
-
Jesteś bezczelna, mała - rzekł.
-
O ile mnie pamięć nie myli - powiedział Lampard z niezmąconym
spokojem - Rose nie życzyła sobie, żeby się pan do niej zwracał
w ten sposób.
W
jego niebieskich oczach zalśniło coś, co przywiodło Rose na myśl
wkurzonego Jonesy'ego.
-
Frank Lampard, rycerz w lśniącej zbroi - zadrwił Grey. - Tylko
zamiast dziewicy, startuje do smoka.
Frank
podniósł się ze stołka i stanął pierś w pierś z Greyem.
-
Drzwi są tam - wskazał palcem. - Dojście do nich zajmuje jakieś
pięć sekund. Daję ci dwie.
Grey
zaśmiał się drwiąco. Wtedy ze stołka podniósł się również
Wasyl, jednoznacznie sugerując wyrazem twarzy, że chętnie pomoże
Frankowi.
-
Już - rzekł Grey, błyskając zębami, co sprawiało wrażenie
jakby warczał. - Już mnie nie ma.
Zgodnie
z zapowiedzią zniknął za drzwiami pubu.
-
Skąd się ten palantunio urwał? - zapytał Wasyl, opadając na
stołek. - Co za debil monumentalny!
-
Nie wiem skąd się urwał, ale jeśli jeszcze raz tu przyjdzie, to
dam mu w pysk - zapowiedziała Rose. - Nikt tak do mnie nie będzie
mówił!
-
Bardzo, bardzo zły człowiek! - rzekł gwałtownie Walter. - Bardzo!
-
Walterze, dziękuję ci za to, że go ochrzaniłeś za to, co
powiedział Wasylowi - powiedziała Majka z uczuciem.
-
Nie, nie musisz, ja nie cierpię ksenofobii i arogancji - zapewnił
Walter. - Poza, poza tym pan Wasilewski jest bardzo miły.
Wasyl
uśmiechnął się jednym z tych swoich łobuzerskich, chłopięcych
uśmiechów, które nieodmiennie roztapiały Majkę na amen.
-
Ja też dziękuję - powiedział, wyciągając prawicę do Waltera. -
I mów mi Wasyl.
-
Walter - rzekł Walter i uścisnął solennie podaną mu dłoń.
Rozwścieczony
do białości Grey wpadł do swego niezmiernie luksusowego
apartamentu, niemal wyrywając przy tym drzwi z zawiasów. Musiał
przyznać sam przed sobą, że nigdy nie był dobry w te całe
towarzyskie hocki klocki i zawsze łatwiej mu przychodziło zrażanie
ludzi, niż zaprzyjaźnianie się z nimi. Był jednak na tyle bogaty
przez całe swoje życie, że nie potrzebował być grzeczny,
tymczasem tamci potraktowali go jak... jak zwykłego człowieka.
Niedopuszczalne.
-
Hinten! - ryknął na całe gardło. - Jesteś mi potrzebny!
Coś
brzęknęło, zupełnie jakby ktoś nerwowy upuścił jakiś tłukący
przedmiot na podłogę. Coś zaszurało, potem zaskrzypiały drzwi i
w salonie pojawił się ciemnowłosy młodzian, odziany w elegancki
garnitur, nieco poplamiony z przodu. Był to oddany sekretarz Greya,
Hinten Linksarsch.
-
Pan mnie wołał, szefie? - zapytał.
-
Nie, ćwiczę płuca - odparł Grey z irytacją. - Znajdź mi
wszystko o pubie Ten Bells i dwóch piłkarzach.
-
Nazwiska? - zapytał Hinten, darząc pracodawcę cokolwiek szklistym
spojrzeniem. O ile Grey przypominał niekiedy rekina, o tyle jego
sekretarz miał twarz śniętego dorsza.
-
Frank Lampard. I Marcin Wasilewski. Chcę o nich wiedzieć absolutnie
wszystko, wszelkie brudy i prywatne sprawy, zrozumiano? Masz się
dowiedzieć nawet jakiej marki papierem podcierają dupę! - Grey
ruszył w stronę baru, zajmującego jedną ścianę salonu. -
Jeszcze tu, kurwa, stoisz?
-
Już wychodzę - uspokoił pryncypała Hinten.
Grey
nalał sobie szczodrego drinka. Nie wiedzą z kim zadarli, pomyślał.
Rozmowa
toczyła się nad barem w Ten Bells jeszcze jakiś czas, do chwili w
której Wasyl zerknął na zegarek.
-
Muszę już lecieć, misiaczki - zauważył. - Mam trening. To na
razie i uważajcie na siebie wszyscy.
Walter
również sprawdził godzinę i się zatroskał.
-
Ojej, ja też już muszę iść, mamusia się będzie martwić -
rzekł smętnie.
-
Mogę cię podrzucić, Wally, nie ma sprawy - zaoferował się Wasyl.
- Bierz tę swoją przenośną szafę i idziemy.
Walter
posłusznie podniósł aktówkę, stojącą przy jego stołku.
-
Do widzenia - rzekł, uśmiechając się nieśmiało.
-
Narka! - zakrzyknął Wasyl i podążył sprężystym krokiem do
wyjścia, za nim zaś dreptał Walter.
Majka
posiedziała jeszcze jakiś czas, potem zaś wróciła do domu,
podwieziona przez uczynnego Lamparda. Nad Leicester zapadła już
noc, a nie miała ona być dla niektórych zbyt spokojna.
Cały
pokój zaścielały ciuchy, wywleczone z szafy. Na imprezę należało
się przygotować z najwyższą starannością, takie było zdanie
Moiry. Troy załatwił im wjazd do Enclave, supermodnego klubu, do
którego chodziły prawdziwe gwiazdy, a nie mogła przecież pojawić
się tam, wyglądając jak łachmaniara. Zastanawiała się chyba ze
dwie godziny co na siebie włożyć, rzuciła się do szafy zaraz po
powrocie z roboty. Dobrze się w sumie złożyło, że ta głupia
picza, Montoya, pozwoliła jej dzisiaj wcześniej skończyć.
Moira
odęła usta ze wzgardą, na myśl o swej pracodawczyni, po czym
spojrzała w lustro. Chamka z tej Rose, pomyślała, pokrywając
wargi bardzo starannie grubą warstwą jasnoróżowej szminki. Wydaje
jej się, że dorwała Lamparda i wszystko może, idiotka jedna. A
przecież gdyby Moira chciała, okręciłaby go sobie dookoła palca.
Sięgnęła
po ciemną konturówkę. Uwiedzie Franka i zostanie WAG, chociaż w
sumie mogłaby też spróbować z tym Greyem, całkiem miły z niego
facet i oczywiście odpowiednio bogaty. Tylko, że niestety ta głupia
cipa Montoya musiała go wywalić z pubu, a Frank, głupek, jej w tym
pomógł. On i ten ponury troglodyta, co gra w Leicester City, Bazyl,
czy Wazyl, czy jak mu tam. Niby też całkiem dziany, chociaż nie
tak, jak Lampard, czy Grey, ale nie wyobrażała sobie siebie u boku
takiego małpoluda. I jeszcze te jego kudły na klacie, fuj. Gdyby
była jego dziewczyną, zaraz by mu kazała to wydepilować.
Obrzydlistwo.
-
Moira! - wrzasnęła z dołu matka. - Ktoś dzwoni do drzwi!
-
To Troy, mamo! - odwrzasnęła, przyklejając sobie jednocześnie
sztuczne rzęsy.
-
Jaki, kurwa, Troy? - matka była wyraźnie wściekła. Dzwonek do
drzwi musiał ją oderwać od kolejnego odcinka "Eastenders",
albo "Coronation Street", które były sensem jej życia.
To i jedzenie, chipsy, babeczki z masłem orzechowym, frytki,
czekoladki, właściwie wszystko. Pochłaniała żarcie jak odkurzacz
i robiła się coraz grubsza. Właściwie, stwierdziła w duchu
Moira, matka wyglądała już jak pieprzony wieloryb. I dopóki
lodówka była pełna, a telewizor działał, nie obchodziło jej
nic, Moira mogłaby nawet podpalić dom, albo spacerować nago główną
ulicą Leicester. Ojca tez nic nie obchodziło, bo przeważnie nie
było go w domu, jeździł tymi swoimi ciężarówkami po całej
Europie.
-
No Troy! - odkrzyknęła Moira. - Mój chłopak! Powiedz mu, że oczy
robię!
-
Sama mu, kurwa, powiedz! - wrzasnęła matka. Telewizor ryknął
dialogiem serialu ze wzmożoną siłą.
Moira
skończyła makijaż, obciągnęła niebieską, aksamitną sukienkę,
tak krótką, że ledwie zakrywała pośladki, włożyła sandały z
cieniutkich pasków, na wysokim obcasie i platformach z
przezroczystego plastiku i kontrolnie obejrzała się w lustrze.
-
Wyglądasz zajebiście - rzekła i posłała całusa samej sobie.
Troy
czekał na nią w samochodzie przed domem, bębniąc palcami w
kierownicę. Na tylnym siedzeniurozpierał się jego najlepszy
kumpel, Brad, bez skrępowania głaszczący po udzie, a właściwie
prawie między nogami, swoją dziewczynę, Stacy.
-
Nieźle - Troy ogarnął spojrzeniem kreację moszczącej się na
siedzeniu Moiry, szczególną uwagę poświęcając głębokiemu
dekoltowi. - No daj buziola.
Przechylił
się w jej stronę. Łaskawie zezwoliła mu na pocałunek, chociaż
zazwyczaj trzymała go krótko. Jeszcze tego by brakowało, żeby
zaciążyła z takim zerem jak Troy, robol bez ambicji, też coś. I
co, miałaby potem ucierać nosy dzieciom, gapić się w telewizor i
zamieniać się w słonia, jak jej matka? Nie ma mowy, Moira została
stworzona do lepszego życia.
Pod
Enclave czekała już kolejka chętnych, przesiewanych skrupulatnie
przez bramkarzy. Moira poczuła dreszcz podniecenia, na myśl, że
zaraz znajdzie się w środku, ale samochód minął klub nie
zatrzymując się.
-
Ej, przejechałeś, dupku! - wrzasnęła.
-
Zamknij się - odparł Troy. - Co ty, kurwa, myślisz, że jesteś
jakąś gwiazdą? Wchodzimy tyłem.
-
A żeś se wymyślił - sarknęła.
-
Jak się nie podoba, możesz spierdalać i pooglądać se Enclave z
wierzchu - rzekł Troy.
Moira
wobec powyższego zamilkła i dała się potulnie poprowadzić przez
zaplecze. Wszedłszy do sali, stanęła jak wryta. Po schodach,
prowadzących do lóż, szedł Grey.
Idący
kilka kroków za nią Troy potrząsnął nerwowo głową. Oświetlenie
w Enclave zaliczało się wprawdzie do gatunku nastrojowo
stłumionych, więc widoczność nie była zbyt dobra, ale
przysiągłby, że przez chwilę zasłonił mu Moirę jakiś dziwny
typ, w płaszczu i kapeluszu, który nachylał się do jej ucha i coś
szeptał.
Troy
był już gotów mu przywalić, ale wtedy zagadnął go Brad, a kiedy
się znowu odwrócił, po gościu nie było już śladu. No przecież
nie mógł po prostu sobie pójść w tym ciasnym korytarzyku!
Postanowił,
że obije mordę swojemu dealerowi. Ten skurwysyn znowu musiał
dodawać jakiegoś gówna do amfy.
Walter
Barnett obudził się w środku nocy, zlany potem i przerażony.
Wiedział co to oznaczało. Spojrzał na drzwi starej szafy, w
słojach formowały się twarze, złe, przerażone, cierpiące.
Krzyczące, szeroko rozwartymi ustami.
-
Nie boję się ciebie - wymamrotał, przewracając się na bok i
zakrywając głowę kołdrą. - Nie przestraszysz mnie. Idź, idź
sobie.
Czuł
jak ciemność gęstnieje wokół niego i wyciąga swoje macki.
Wiedział, że gdyby teraz wyjrzał spod kołdry, zobaczyłby zapewne
Czarnego Mężczyznę, z czerwonymi ognikami oczu, błyskającymi
spod ronda kapelusza.
-
Odejdź - powtórzył nieco głośniej. - Nie chcę cię tu. Nie boję
się ciebie.
To
nie była prawda, bał się i czuł wyraźnie, że Czarny Mężczyzna
robi się silniejszy z dnia na dzień. Trzeba było działać, panna
Waterhouse miała rację.
-
Walterze? - przez otwarte drzwi sypialni usłyszał głos swojej
matki z sąsiedniego pokoju. Zawsze zostawiała otwarte drzwi do
siebie i do niego, chociaż on wolałby mieć zamknięte. Wolałby,
ale nie chciał kłócić się z mamą, to sprawiłoby jej ból. -
Walterze, dlaczego ty jeszcze nie śpisz? Jest tak późno!
-
Już zasypiam, mamo - odparł.
Trzeba
coś zrobić, pomyślał. Ktoś karmił ciemność krwią, dzięki
czemu nabierała siły. Ktoś mógł otworzyć Drzwi. Trzeba coś z
tym zrobić.
Przeraźliwy
wrzask wypełnił ciemną sypialnię obszernego domu, położonego
kilka przecznic dalej. Coś rąbnęło zgłuchym hukiem na podłogę,
zaraz potem rozległ się trzask i zgrzyt, całość zaś zwieńczyło
ulubione przekleństwo Polaków.
-
Kurwa - wysapał Wasyl. W nikłym, błękitnawym blasku komórki,
którą sobie przyświecał, stwierdził, że chcąc włączyć nocną
lampkę, wyrwał gniazdko z kontaktu, urywając przy tym przewody w
środku. Ich kikuty wystawały teraz smętnie ze ściany, a stolik
nocny przyprószyła cienka warstwa tynku. Gniazdko, wraz z wtyczką,
zwisało sobie jak łeb przetrąconego węża na końcu kabla,
ściskanego przez Marcina w garści. To, że Wasyl zdołał wcześniej
zlecieć z łóżka, było już drobiazgiem.
Odłożył
kabel na stolik, usiadł na łóżku i sięgnął do drugiej lampki.
Udało mu się ją włączyć, nie urywając niczego. Ciepły, żółty
blask zalał sypialnię, dodając Wasylowi otuchy.
Marcin
odetchnął głęboko i rozmasował nogę nad kostką, jakby chcąc
się upewnić, że wciąż ją jeszcze ma. Namacał znajome blizny,
poruszył palcami stopy. To był tylko sen. Znaczy niezupełnie, to
był kurewski koszmar, gorszy niż wszystkie poprzednie. I cholernie
realistyczny. Oczywiście, to znowu był Witsel, ale tym razem Marcin
tracił nogę, w którą wdawała się gangrena, na skutek
zanieczyszczenia rany wapnem z getrów. Żona odchodziła, zabierając
ze sobą dzieci, a jego zabierano na salę operacyjną, na której
jednak nie operował lekarz. Operował tam ten cholerny cień w
kapeluszu, zamiast skalpela używając piły łańcuchowej.
Znieczulenia, oczywiście, nie było.
"Odpuść
sobie, synu" mówił czarny mężczyzna, uruchamiając piłę.
"Zniknij stąd, wróć do swojej Brukseli. Jeśli nie... będzie
bolało."
A
potem był już tylko zgrzyt piły o kość i seria straszliwych
obrazów, w których zakrwawiona twarz tamtej dziewczyny, Ronette,
zmieniała się w twarze bliskich mu ludzi. I kamienie, kamienie
oblane krwią.
Wasyl
wzdrygnął się. Miał ochotę iść do pokoju któregoś z dzieci i
tam spać, bodaj na dywanie, wsłuchany w spokojny oddech dochodzący
z łóżeczka, jednak dzieci były daleko. Bardzo daleko. Wsunął
się zamiast tego pod kołdrę i zwinął w ciasny kłębek. Czuł
się przerażony. I cholernie samotny.
Rose
nie mogła sobie znaleźć miejsca. Krążyła z kąta w kąt, po
całym mieszkaniu, plaskając bosymi stopami o chłodne deski
podłogi. Jej nastrój najwyraźniej udzielił się Jonesy'emu, bo
kocur zachowywał się dziwnie, jak nigdy dotąd. Stał przez dłuższy
czas pod drzwiami wyjściowymi z mieszkania, węsząc i nasłuchując,
potem zaczął łazić za Rose, miaucząc przeraźliwie.
-
Zamknij się, bo zrobię z ciebie mufkę - zagroziła.
Usiadła
na kanapie, pogapiła się przez chwilę w telewizor, po czym
wyłączyła go i cisnęła pilota z irytacją na siedzenie. Jonesy
wytrwale miauczał, łażąc teraz po oparciu.
Rose
znowu się zerwała i była właśnie w pół drogi do kuchni, gdy na
dole coś rąbnęło. Jonesy zjeżył się niczym szczotka do
butelek.
Ciężkie
kroki rozbrzmiały na schodach.
-
Co jest? - Rose cofnęła się do sypialni, niepewna jeszcze, czy
wziąć stamtąd telefon, czy kij do krykieta. Jonesy stulił uszy i
zawył takim głosem, jakby ktoś go obdzierał ze skóry, potem zaś,
niczym ruda strzała, popędził pod łóżko.
Kroki
dotarły na podest i zatrzymały się za drzwiami.
-
Kto tam? - ryknęła Rose groźnie. - Właśnie dzwonię po gliny! A
potem ci spuszczę wpierdol!
Zza
drzwi nie dobiegło nawet jedno słowo, za to rozległo się
skrobanie i zgrzytanie, przeciągłe i ostre.
Jonesy
zawył desperacko pod łóżkiem.
-
Odejdź! - wrzasnęła Rose. - Nie boję się ciebie!
Skrobanie
ustało. Cokolwiek było za drzwiami, złaziło z powrotem na dół.
Resztę
nocy Rose spędziła czuwając w salonie, z kijem do krykieta na
podołku.
Frank
Lampard obudził się w środku nocy z dziwnym uczuciem niepokoju.
Nie spał za dobrze, śniły mu się jakies koszmary, krwawe ofiary,
zbroczone posoką głazy i tym podobne przyjemności, teraz zaś
wydawało mu się, że coś jest nie tak.
Coś
szumiało.
Wylazł
z łóżka, ubrany jedynie w majtki. Miękkie światło nocnej lampki
rzeźbiło jego muskularne ciało, kiedy szedł, nasłuchując i
próbując zlokalizować źródło hałasu.
Znajdowało
się w łazience, która zionęła parą, gdy otworzył drzwi. Ktoś
odkręcił krany, ten przy umywalce i ten nad wanną, tryskające
teraz gorącą wodą. Wannie do wypełnienia jeszcze brakowało, za
to z umywalki spływał całkiem niezły wodospad.
Lampard
rzucił się zakręcać krany, zastanawiając się, czy przypadkiem
nie ma do czynienia z włamywaczem - maniakiem czystości. Kończył
właśnie działalność umywalkowej Niagary, gdy na zaparowanym
lustrze przed jego nosem, przy wtórze cichego pisku pojawiła się
kreska.
Potem
druga.
Frank
patrzył z lekkim niedowierzaniem, na formujący się na lustrzanej
tafli napis, złożony z wielkich, koślawych liter.
WRÓĆ
DO DOMU, FRANK
Mimo,
że w łazience było bardzo gorąco i parno, Lamparda ogarnęło
nagle zimno, zupełnie, jakby ktoś przesuwał lodowatym palcem po
jego nagiej skórze.
-
Wróć do domu? - przeczytał na głos, ignorując te dziwne
doznania. - Wal się na swój ektoplazmatyczny ryj.
Szklanka
do mycia zębów uniosła się, wysuwając z chromowanego uchwytu,
przeleciała nad głową Lamparda i roztrzaskała się o ścianę.
Wrócił,
ale do łóżka. Wyciągnąwszy się wygodnie, z rękami pod głową,
zadumał się nad tym co właśnie zobaczył. Coś tu się działo,
niewątpliwie, i zamierzał się dowiedzieć co.
Po
nocy pełnej koszmarów Majka powlokła się do pracy czując się i
wyglądając jak z krzyża zdjęta. W autobusie śmierdziało
potwornie spalinami, co obudziło drzemiący gdzieś pod potylicą
Majki ból głowy. Na przystanku wzięła kilka głębokich wdechów,
mając nadzieję, że świeże powietrze jej pomoże, po czym
pomaszerowała do azylu.
To
musiały być spaliny, albo halucynacje wywołane migreną, bowiem
kiedy mijała bramę, zdało jej się, że nad krzakami po jednej
stronie, tam, gdzie według Coltrane'a znaleziono ciało dziewczyny
imieniem Laura, unosi się czarny kłąb, czy raczej wir. Kotłowało
się w nim jak w burzowej chmurze, a z wnętrza wylatywały jakby
nietoperze, albo może ptaki, stworzone z cienia.
Majka
zamknęła oczy, po czym otworzyła je ponownie, pewna, że teraz
zobaczy nad krzakami tylko szare, pochmurne niebo. Zamiast tego
spojrzała prosto w pulsującą czerń wiru, w której coś się
poruszało, przewalało, niczym jakiś monstrualny mroczny wieloryb.
Cofnęła
się z cichym okrzykiem, potem pobiegła przed siebie, uderzając po
drodze udem w skrzydło bramy, które zabrzęczało niespokojnie.
Wyhamowała dopiero na dziedzińcu, niemal wpadając na Hala,
pracownika stajni. Szczęśliwie nie prowadził żadnego konia,
trzymał tylko ogłowie.
-
Uważaj! - zganił ją.
-
Przepraszam, spieszyłam się - zełgała Majka.
Przez
resztę dnia usiłowała unikać spoglądania w stronę bramy, o
chodzeniu tamtędy nie mówiąc. Kupić gazety w przerwie na lunch
wyszła przez dziurę w płocie, używaną na ogół przez miejscowe
dzieciaki i tak też wróciła, prasę upchnąwszy w swej przepastnej
torebce. Z jakiegos powodu czuła, że powinna zebrać jak najwięcej
wiadomości o zbrodni popełnionej na Ronette.
Czuła
się coraz gorzej, łamało ją w kościach, kłuło w gardle i
funkcjonowała generalnie na autopilocie. Pewnie udałoby jej się
dotrwać bezszkodowo do końca pracy, gdyby nie lewatywa, którą
należało w trybie pilnym wykonać kozie. Przy której to lewatywie
oczywiście musiała asystować, a nikt jej nie powiedział, że po
zaaplikowaniu lewatywy należy się jak najszybciej odsunąć od
zadka pacjenta. Z koziego odbytu bryznęła fontanna łajna i
rozbryzgała się malowniczo na spodniach i butach Majki, która
musiała potem przetrwać jeszcze dwie godziny z tą dekoracją (i
aromatem) oraz dojechać do domu.
Kiedy
wychodziła z pracy dzwoniło jej w uszach, a świat znacznie stracił
na ostrości, ba, nawet bywał moentami podwójny. Ostatkiem sił
dowlokła się z przystanku do domu, ale na to, żeby iść się od
razu umyć i przebrać już ich nie starczyło. Majka klapnęła na
kanapie i wyjeła gazety, obiecując sobie, że chwilkę poczyta,
odpocznie, a potem doprowadzi się do porządku, jednak po pięciu
minutach zwinęła się w kłębek i odpłynęła w sen, czy też
malignę.
Obudziło
ją uporczywe dzwonienie do drzwi. Miała wrażenie, że jej głowa
jest wielka, niczym dynia, a dźwięk dzwonka wwiercał jej się w
uszy jak świder. Poszła do drzwi z mglistym zamiarem dania w mordę
temu, kto ją obudził i otworzyła.
Za
drzwiami znajdował się Wasyl.
-
Cześć - rzekł, uśmiechając się szeroko. - Tak wpadłem,
zobaczyć jak się trzymasz po wczorajszym.
-
Zajedwabiście - wyszemrała Majka. - Wchodź.
Wszedł
do środka, ogarnał wzrokiem gazeciane pobojowisko, po czym
pociągnął nosem.
-
Oryginalny zapach - rzekł. - Znowu perfumujesz się koniem?
-
Nie, kozą - odparła niemrawo.
-
Nietypowa z ciebie kobieta - oznajmił ze śmiechem.
-
Chyba zapomniałam się przebrać - Majka popatrzyła na swe
obfajdane spodnie.
Wasyl
również popatrzył, potem na wypieki na twarzy dziewczyny i na jej
szkliste oczy.
-
Ty się dobrze czujesz? - zapytał. Dotknął jej czoła.
-
Nie tylko pachnąca, ale i gorąca - zawyrokował. - Dobra, plan jest
taki, ty się pójdziesz teraz umyć i przebrać, a ja sprawdzę, czy
masz coś na gorączkę. Dawaj tę kurtkę.
-
Szafka w kuchni - Majka udzieliła wskazówki, wyplątując się
jednoczesnie z okrycia wierzchniego. - Tam są leki.
-
Git - rzekł Wasyl wieszając kurtkę na wieszaku. - Buty też dawaj,
ale resztę będziesz musiała zdjąć sama.
-
Że co? - zapytała Majka mętnie. Usiadła na kanapie, a Marcin
rozwiązał jej buty.
-
No ja cię rozbierał i mył nie będę - wyszczerzył zębiska w
uśmiechu. - Tego nie ma w karcie.
-
Szkoduchna - wymamrotała.
-
Dobra, dobra. Zasuwaj się myć, potem w piżamę i do wyra, a wujek
Marcin przygotuje lekarstwa. Jadłaś kolację?
Pokręciła
głową.
-
Nie jestem głodna - wyszemrała. - Dzięki.
-
Ale napić się musisz, więc zrobimy herbatę - oznajmił stanowczo,
znikając w kuchni.
Pół
godziny później Majka leżała w łóżku, wsparta na poduszkach,
popijając małymi łykami gorącą herbatę. Gorączka powoli
spadała, znokautowana wygrzebaną przez Wasyla z czeluści apteczki
pyralginą.
-
Ty kobieto w ogóle coś jadasz? - zagrzmiał Wasyl z kuchni. - Masz
w lodówce głównie światło i przeciąg.
-
Nie zrobiłam zakupów - uzmysłowiła sobie Majka.
-
Ja zrobię - Wasyl wszedł do pokoju. Wpadnę do ciebie koło
południa, może być?
-
Jesteś herosem - oznajmiła Majka z niekłamaną wdzięcznością.
-
Żaden heros, po prostu: Wasyl - odparł skromnie, rumieniąc się
przy tym nieco.
-
Dzięki - rzekła. - Naprawdę.
-
Nie ma za co - odparł. - To ja lecę. Jak coś to dzwoń do mnie.
Zapisał
swój numer na ulotce pyralginy, którą Majka natychmiast przytuliła
do łona.
-
Do jutra - rzekł, stając w drzwiach. - Trzymaj się, mała.
-
Trzymaj się, wielkoludzie - odparła.
Nucąc
radiu do wtóru dotarł do domu. Tam zaś czekała go niespodzianka.
Na
wycieraczce, pod szparą na listy, leżała świeża korespondencja,
której jeszcze nie zdążył zebrać, jako że przez cały dzien nie
było go w domu. Schylił się i zebrał koperty.
Rachunek,
rachunek, reklama, rachunek.
Przy
kolejnej kopercie się zatrzymał. Stempel był belgijski, nadawcą
zaś była jakaś kancelaria adwokacka.
Marszcząc
brwi rozerwał kopertę i zaniemiał. To był pozew.
Pozew
o rozwód.
__________________________________________________-
Oddaję w wasze ręce trzeci już rozdział tego opowiadania, dziękując jednocześnie za wszystkie komentarze. Dają kopa do dalszego pisania ;)
Sexy Lampi i jego bidon mówią dobranoc ;)
M.
Oddaję w wasze ręce trzeci już rozdział tego opowiadania, dziękując jednocześnie za wszystkie komentarze. Dają kopa do dalszego pisania ;)
Sexy Lampi i jego bidon mówią dobranoc ;)
M.

