środa, 13 listopada 2013

Rozdział 3

Money can't buy it... baby
Sex can't buy it... baby
Drugs can't buy it... baby
You can't buy it... baby

I believe that love alone might do these things for you
I believe in love alone


"Money can't buy it" Annie Lennox




Żółta taśma drgała na wietrze niczym trącona struna. Kordon granatowo odzianych postaci otaczał ją dosyć szczelnie, zasłaniając sobą straszliwy widok tego, co jakiś czas temu było żywą, śmiejącą się, Ronette Paulson. Majka przypomniała sobie po raz kolejny szkliste spojrzenie wielkich niebieskich oczu dziewczyny i jej zmasakrowaną twarz, po czym zgięła się w pół i również po raz kolejny zwymiotowała, o centymetry mijając czubki sportowych butów słusznego rozmiaru, które nagle znalazły się w polu jej widzenia.
- Szpraszam - wymamrotała, prostując się. Otarła usta chusteczką higieniczną i łypnęła okiem na właściciela butów. - O, myślałam, że to kolejny glina.
- Nie, to ja - Wasyl uśmiechnął się, nie wiedzieć czemu, przepraszająco. - Jak się czujesz?
- A jak wyglądam?
- Jak wiosenny szczypiorek. Ten sam odcień zieleni.
Słaby uśmiech wypłynął na twarz Majki. Żadne z nich nie zauważyło, że właśnie przeszli na "ty".
- Teraz lepiej - stwierdził Wasyl, również się uśmiechając. - Chciałem od razu... No, zabrać cię stąd, ale ta baba cię pilnowała jak wściekła - wskazał ruchem głowy tęgą policjantkę w mundurze, która właśnie ruszała w ich stronę.
- Pan kto? - zapytała. - I czego pan od niej chce?
- Jestem.. - zaczął Marcin i urwał.
- Moim przyjacielem - dokończyła Majka. - Czy ja już mogę sobie stąd iść?
Policjantka otaksowała Wasyla nieufnym spojrzeniem, jakby nie dowierzała, że nie jest on seryjnym mordercą.
- No może pani - odparła. - Jak coś, to będziemy do pani dzwonić. Biedna Ronette, jakbym dorwała tego co ją tak urządził, całą twarz jej rozwalił!
Policjantka pokręciła głową w niedowierzaniu, tymczasem Majka, której znowu stanęła przed oczyma twarz nieboszczki, pobladła niczym płótno i zachwiała się. Wasyl przytrzymał ją skwapliwie i spiorunował funkcjonariuszkę wzrokiem.
- Niech pani sobie może daruje te soczyste szczegóły, co? - zaproponował.
Policjantka zmyła się jak niepyszna.
- Wszystko w porządku? - Wasyl otoczył Majkę ramieniem, nie myśląc co robi. Oparła z wdzięcznością czoło na jego piersi.
- Nic mi nie będzie - wymamrotała. - Tylko mi trochę słabo.
- No ja myślę - mruknął. - Każdemu by było. Odwiozę cię do domu, albo do Rose. Obiecała, że da ci drinka za darmo. Ja bym takiej okazji nie odpuszczał.
Majka uniosła wzrok i stwierdziła, że Wasyl mrugnął do niej jednym okiem.
- No skoro tak mówisz... Darmowy drink mnie przekonuje - oznajmiła.
Pół godziny później siedziała przy barze w Ten Bells, nad filiżanką gorącej herbaty i szklaneczką whisky. Lampard i Wasyl sączyli piwo, przed Walterem parował olbrzymi kubek kakao, Rose natomiast szalała za barem, trzaskając i waląc wszystkim co się dało.
- Wyjść na pięć minut, to burdel zostawią! - parskała gniewnie. - Moira, jak cię znowu złapię na fajce, to cię, kurwa, naprawdę wyleję! Miałaś stać za barem!
- Musiałam odebrać ważny telefon! - odwrzasnęła Moira z drugiego końca lokalu. Któryś ze stałych bywalców zachichotał.
- A co, Amy wyskoczył pryszcz na dupie? - Rose nie dawała się ugłaskać. - A ty się, Jerry nie śmiej, bo cię stąd wykopię!
- Nie strasz, nie strasz - mruknął Jerry, unosząc do ust kufel piwa.
Rose wzięła się pod boki.
- Już nie pamiętasz jak cię wywaliłam za drzwi dwa tygodnie temu? Tak ci wpierdoliłam, że mamusię wołałeś!
Jerry poczerwieniał jak cegła.
- Tobie potrzeba, żeby cię ktoś dobrze wyobracał! - wrzasnął. - Od razu byś się milsza zrobiła!
Dłoń Lamparda wystrzeliła z lakierowanej powierzchni baru i chwyciła wychodzącą zza baru, z mocnym zamiarem wpieprzenia Jerry'emu, Rose za nadgarstek.
- Jerry - rzekł Frank z morderczą łagodnością. - Czy ty masz jakiś problem?
Jerry popatrzył na Lamparda, na jego zimne jak lód oczy i na wyglądającego zza jego ramienia typa, który wyglądał, jakby na śniadanie zamiast płatków jadł gwoździe.
- Nie no, skąd - odpowiedział obronnie. - Przepraszam, Rose, trochę mnie poniosło.
Rose sapnęła, potem spojrzała w szaroniebieską otchłań oczu Franka.
- No dobra, ja też przepraszam - rzekła niechętnie. - Mam niewyparzoną gębę.
Lampard cofnął swoje ciepłe palce z jej nadgarstka. Niemal pożałowała, że to się stało.
- Czemu jesteś taka wściekła? - Majka spojrzała na Rose i ostrożnie dmuchnęła w swoją herbatę.
Montoya trzasnęła ścierką o bar i zaczęła go polerować z taką zaciekłością, jakby od tego zależało jej życie.
- Bo znałam Ronette i znam jej matkę - oznajmiła. - Która, notabene, leży teraż w swojej zypialni, naszprycowana prochami, ponieważ jakis pierdolec rozwalił Ronette głowę! To chyba jest dostateczny powód do wściekłości?
- Najzupełniej - zgodziła się Majka.
- Tak na marginesie, Lampard, ja sobie nie przypominam, żebym zatrudniała cię jako swojego ochroniarza - Rose oparła się pięściami o kontuar i spojrzała Frankowi prosto w oczy.
Wytrzymał spojrzenie jej czarnych oczu bez mrugnięcia.
- Jak zaczniesz tłuc klientów za byle co, to ci interes zbankrutuje - rzekł, uśmiechając się kątem ust.
- Pilnuj swojego interesu! - warknęła Rose wściekle. - Jestem dużą dziewczynką, poradzę sobie sama!
- Rose, ja myślę, ja myślę, że powinnyście na siebie uważać - powiedział Walter poważnie. - To, to nie jest przypadek, że najpierw Laura, a teraz Ronette...
- Biedna Ronette - mruknęła Majka, zapatrzona w swoją filiżankę. Wasyl skonstatował z zadowoleniem, że zielonkawa bladość zniknęła z jej twarzy, ustępując miejsca delikatnym rumieńcom. Nie był w niej, broń Boże, zakochany, ponadto uznawał się za człowieka poważnie żonatego, a rodzina była dla niego absolutnym skarbem. Był jednak Wasyl mężczyzną z natury opiekuńczym, skłonnym do troszczenia się o istoty słabsze od niego, a ta dziewczyna do takich się niewątpliwie zaliczała. I miała w sobie coś takiego, co uderzało w struny jego naturalnej opiekuńczości bez pudła.
- Walter, co ty gadasz? - Rose zmarszczyła brwi.
- To był seryjny morderca - wyszeptał Walter w swoje kakao. - Powinnyście uważać zwłaszcza jeśli, no...
Poczerwieniał niczym pomidor.
- Jeśli któraś jest... jest...
- Jest co? - zapytała Majka.
- Dziewicą - wyszemrał Walter, teraz już purpurowy niczym koronacyjne szaty angielskich monarchów. - Rosie...
- Nie mówi do mnie Rosie! - wrzasnęła Rose, niemal tak samo czerwona jak on. - A moje dziewictwo to niczyj interes!
W pubie zapadła kompletna cisza. Spojrzenia wszystkich obecnych spoczęły na Montoyi.
- Ty jeszcze nigdy nie, eee, tego? - zapytał niezmiernie inteligentnie Wasyl.
- A w ryj chciałeś? - Rose wyglądała jak kandydatka do apopleksji.
- Nie no, sorry, tak mi się głupio zapytało - Marcin uniósł w górę ręce.
W tym momencie drzwi pubu się otwarły i do środka wtoczył się nowy gość. Był to mężczyzna młody, góra trzydziestoletni, odziany w nieprzyzwoicie drogi garnitur i takiż płaszcz. Miał pociągłą twarz w kórej dominowały wielkie, bladoniebieskie oczy o niepokojącym wejrzeniu.
- Dzień dobry - rzekł, wbijając się między Wasyla i Majkę. Krukówna z miejsca stwierdziła, że go nie lubi. - Czy mogę prosić campari?
- Prosić możesz - odparła jadowicie Rose. - Ale nie dostaniesz, bo nie ma.
- Szkoda - rzekł nieznajomy i uśmiechnął się. - To miłe miejsce, ale strasznie nietrendy. Gdyby jednak zainwestować w nie trochę kasy, można by z niego zrobić modny hot spot.
- To jest pub - powiedziała Rose z naciskiem. - A nie hot spot.
- A co jest złego w hot spotach? - facet przekrzywił głowę. - Sam bym chętnie zainwestował, a wierz mi, mała, mam co.
- Posłuchaj no - wysyczała Rose. - Nie jestem zainteresowana inwestycjami i nie lubię, gdy ktoś mówi do mnie "mała". Zrozumiano?
- Przepraszam - rzekł, szczerząc idealnie białe zęby w szerokim uśmiechu. Patrząc na ten uśmiech i na puste oczy nieznajomego, Rose odniosła wrażenie, że ogląda przygotowującego się do posiłku rekina. - Może odrobinę przesadziłem. Nazywam się Robert Grey.
Wymówiwszy swoje nazwisko teatralnie zawiesił głos, jakb oczekując reakcji obecnych. Obecni go zawiedli. Nad barem rozlała się cisza, zakłócana jedynie przez gwar płynący od stolików.
Brwi Greya ściągnęły się w wyrazie irytacji.
- Cóż, widzę, że moje nazwisko nikomu nic tu nie mówi - rzekł. - Doprawdy szkoda.
- Mówi - rzekła zgryźliwie Majka. - Że jest pan obrzydliwie bogatym facetem, o którym piszą brukowce. Oczekuje pan, że padniemy z tego powodu na kolana?
Rose za barem prychnęła jak rozzłoszczona kotka.
- Zaszło nieporozumienie - rzekł Grey, przywołując z powrotem na twarz rekini uśmiech. - Niczego takiego nie oczekiwałem.
Na środku sali rozległ się głośny brzęk. Moira upuściła na podłogę tacę z całą zawartością i teraz stała wśród odłamków kufli i szczątków talerzy, patrząc na Greya jak urzeczona.
- Noż kurwa - wymamrotała Rose. - Moira, do jasnej cholery!
- Pan Grey... - rzekła kelnerka, rozanielona.
Pan Grey puścił do niej oko, co sprawiło, że niemal się przewróciła z wrażenia. W tym samym momencie zza baru wyleciała mokra ścierka i plasnęła Moirę prosto w czoło.
- Pobudka! - ryknęła Rose. - Tu rzeczywistość! Sprzątnij ten bajzel!
Śmiertelnie obrażona Moira zdjęła ścierkę z twarzy i pomaszerowała na zaplecze, skąd wyszła po chwili ze zmiotką i szufelką.
- Ma pani temperament - stwierdził Grey, zaglądając Rose w oczy. - Lubię takie kobiety.
- A ja nie lubię takich facetów - odpaliła bez namysłu. - Daruj sobie te flirty, leszczu.
Lampard stłumił uśmiech, cisnący mu się na usta. Marcin taki subtelny już nie był i zachichotał na głos.
- Co pana tak śmieszy, panie Vazilevsky? - Grey niemalże zasyczał. - Kiedy każę pana deportować do tego pańskiego śmierdzącego kraiku, nie będzie panu tak wesoło.
Wasyl obdarzył go morderczym spojrzeniem, jednym z najlepszych jakie miał w swoim arsenale, natomiast Majka poczuła, że zaraz trafi ją szlag. Otworzyła usta, żeby zmiażdżyć aroganta jakąś ciętą ripostą, ale, niespodziewanie, ubiegł ją Walter.
- Jest pan strasznie, strasznie niegrzeczny - rzekł z oburzeniem. - Kto panu dał, dał prawo obrażać ludzi? Pan, pan Lampard jest całkiem tak samo bogaty jak pan, a jest miły i ma nienaganne maniery!
Grey uniósł rękę w przepraszającym geście.
- Przepraszam najmocniej... - zaczął.
- Już dwa razy przepraszałeś - zauważyła Rose, jednym okiem obserwująca sprzątającą Moirę, która się cały czas ukradkiem gapiła na Greya. - Po czym wracałeś do bucery. Może daruj sobie trzecie przeprosiny i po prostu stąd zjeżdżaj?
Robert zamknął usta z głośnym kłapnięciem. Następnie zacisnął wargi i odsunął się od baru.
- Jesteś bezczelna, mała - rzekł.
- O ile mnie pamięć nie myli - powiedział Lampard z niezmąconym spokojem - Rose nie życzyła sobie, żeby się pan do niej zwracał w ten sposób.
W jego niebieskich oczach zalśniło coś, co przywiodło Rose na myśl wkurzonego Jonesy'ego.
- Frank Lampard, rycerz w lśniącej zbroi - zadrwił Grey. - Tylko zamiast dziewicy, startuje do smoka.
Frank podniósł się ze stołka i stanął pierś w pierś z Greyem.
- Drzwi są tam - wskazał palcem. - Dojście do nich zajmuje jakieś pięć sekund. Daję ci dwie.
Grey zaśmiał się drwiąco. Wtedy ze stołka podniósł się również Wasyl, jednoznacznie sugerując wyrazem twarzy, że chętnie pomoże Frankowi.
- Już - rzekł Grey, błyskając zębami, co sprawiało wrażenie jakby warczał. - Już mnie nie ma.
Zgodnie z zapowiedzią zniknął za drzwiami pubu.
- Skąd się ten palantunio urwał? - zapytał Wasyl, opadając na stołek. - Co za debil monumentalny!
- Nie wiem skąd się urwał, ale jeśli jeszcze raz tu przyjdzie, to dam mu w pysk - zapowiedziała Rose. - Nikt tak do mnie nie będzie mówił!
- Bardzo, bardzo zły człowiek! - rzekł gwałtownie Walter. - Bardzo!
- Walterze, dziękuję ci za to, że go ochrzaniłeś za to, co powiedział Wasylowi - powiedziała Majka z uczuciem.
- Nie, nie musisz, ja nie cierpię ksenofobii i arogancji - zapewnił Walter. - Poza, poza tym pan Wasilewski jest bardzo miły.
Wasyl uśmiechnął się jednym z tych swoich łobuzerskich, chłopięcych uśmiechów, które nieodmiennie roztapiały Majkę na amen.
- Ja też dziękuję - powiedział, wyciągając prawicę do Waltera. - I mów mi Wasyl.
- Walter - rzekł Walter i uścisnął solennie podaną mu dłoń.
Rozwścieczony do białości Grey wpadł do swego niezmiernie luksusowego apartamentu, niemal wyrywając przy tym drzwi z zawiasów. Musiał przyznać sam przed sobą, że nigdy nie był dobry w te całe towarzyskie hocki klocki i zawsze łatwiej mu przychodziło zrażanie ludzi, niż zaprzyjaźnianie się z nimi. Był jednak na tyle bogaty przez całe swoje życie, że nie potrzebował być grzeczny, tymczasem tamci potraktowali go jak... jak zwykłego człowieka. Niedopuszczalne.
- Hinten! - ryknął na całe gardło. - Jesteś mi potrzebny!
Coś brzęknęło, zupełnie jakby ktoś nerwowy upuścił jakiś tłukący przedmiot na podłogę. Coś zaszurało, potem zaskrzypiały drzwi i w salonie pojawił się ciemnowłosy młodzian, odziany w elegancki garnitur, nieco poplamiony z przodu. Był to oddany sekretarz Greya, Hinten Linksarsch.
- Pan mnie wołał, szefie? - zapytał.
- Nie, ćwiczę płuca - odparł Grey z irytacją. - Znajdź mi wszystko o pubie Ten Bells i dwóch piłkarzach.
- Nazwiska? - zapytał Hinten, darząc pracodawcę cokolwiek szklistym spojrzeniem. O ile Grey przypominał niekiedy rekina, o tyle jego sekretarz miał twarz śniętego dorsza.
- Frank Lampard. I Marcin Wasilewski. Chcę o nich wiedzieć absolutnie wszystko, wszelkie brudy i prywatne sprawy, zrozumiano? Masz się dowiedzieć nawet jakiej marki papierem podcierają dupę! - Grey ruszył w stronę baru, zajmującego jedną ścianę salonu. - Jeszcze tu, kurwa, stoisz?
- Już wychodzę - uspokoił pryncypała Hinten.
Grey nalał sobie szczodrego drinka. Nie wiedzą z kim zadarli, pomyślał.
Rozmowa toczyła się nad barem w Ten Bells jeszcze jakiś czas, do chwili w której Wasyl zerknął na zegarek.
- Muszę już lecieć, misiaczki - zauważył. - Mam trening. To na razie i uważajcie na siebie wszyscy.
Walter również sprawdził godzinę i się zatroskał.
- Ojej, ja też już muszę iść, mamusia się będzie martwić - rzekł smętnie.
- Mogę cię podrzucić, Wally, nie ma sprawy - zaoferował się Wasyl. - Bierz tę swoją przenośną szafę i idziemy.
Walter posłusznie podniósł aktówkę, stojącą przy jego stołku.
- Do widzenia - rzekł, uśmiechając się nieśmiało.
- Narka! - zakrzyknął Wasyl i podążył sprężystym krokiem do wyjścia, za nim zaś dreptał Walter.
Majka posiedziała jeszcze jakiś czas, potem zaś wróciła do domu, podwieziona przez uczynnego Lamparda. Nad Leicester zapadła już noc, a nie miała ona być dla niektórych zbyt spokojna.
Cały pokój zaścielały ciuchy, wywleczone z szafy. Na imprezę należało się przygotować z najwyższą starannością, takie było zdanie Moiry. Troy załatwił im wjazd do Enclave, supermodnego klubu, do którego chodziły prawdziwe gwiazdy, a nie mogła przecież pojawić się tam, wyglądając jak łachmaniara. Zastanawiała się chyba ze dwie godziny co na siebie włożyć, rzuciła się do szafy zaraz po powrocie z roboty. Dobrze się w sumie złożyło, że ta głupia picza, Montoya, pozwoliła jej dzisiaj wcześniej skończyć.
Moira odęła usta ze wzgardą, na myśl o swej pracodawczyni, po czym spojrzała w lustro. Chamka z tej Rose, pomyślała, pokrywając wargi bardzo starannie grubą warstwą jasnoróżowej szminki. Wydaje jej się, że dorwała Lamparda i wszystko może, idiotka jedna. A przecież gdyby Moira chciała, okręciłaby go sobie dookoła palca.
Sięgnęła po ciemną konturówkę. Uwiedzie Franka i zostanie WAG, chociaż w sumie mogłaby też spróbować z tym Greyem, całkiem miły z niego facet i oczywiście odpowiednio bogaty. Tylko, że niestety ta głupia cipa Montoya musiała go wywalić z pubu, a Frank, głupek, jej w tym pomógł. On i ten ponury troglodyta, co gra w Leicester City, Bazyl, czy Wazyl, czy jak mu tam. Niby też całkiem dziany, chociaż nie tak, jak Lampard, czy Grey, ale nie wyobrażała sobie siebie u boku takiego małpoluda. I jeszcze te jego kudły na klacie, fuj. Gdyby była jego dziewczyną, zaraz by mu kazała to wydepilować. Obrzydlistwo.
- Moira! - wrzasnęła z dołu matka. - Ktoś dzwoni do drzwi!
- To Troy, mamo! - odwrzasnęła, przyklejając sobie jednocześnie sztuczne rzęsy.
- Jaki, kurwa, Troy? - matka była wyraźnie wściekła. Dzwonek do drzwi musiał ją oderwać od kolejnego odcinka "Eastenders", albo "Coronation Street", które były sensem jej życia. To i jedzenie, chipsy, babeczki z masłem orzechowym, frytki, czekoladki, właściwie wszystko. Pochłaniała żarcie jak odkurzacz i robiła się coraz grubsza. Właściwie, stwierdziła w duchu Moira, matka wyglądała już jak pieprzony wieloryb. I dopóki lodówka była pełna, a telewizor działał, nie obchodziło jej nic, Moira mogłaby nawet podpalić dom, albo spacerować nago główną ulicą Leicester. Ojca tez nic nie obchodziło, bo przeważnie nie było go w domu, jeździł tymi swoimi ciężarówkami po całej Europie.
- No Troy! - odkrzyknęła Moira. - Mój chłopak! Powiedz mu, że oczy robię!
- Sama mu, kurwa, powiedz! - wrzasnęła matka. Telewizor ryknął dialogiem serialu ze wzmożoną siłą.
Moira skończyła makijaż, obciągnęła niebieską, aksamitną sukienkę, tak krótką, że ledwie zakrywała pośladki, włożyła sandały z cieniutkich pasków, na wysokim obcasie i platformach z przezroczystego plastiku i kontrolnie obejrzała się w lustrze.
- Wyglądasz zajebiście - rzekła i posłała całusa samej sobie.
Troy czekał na nią w samochodzie przed domem, bębniąc palcami w kierownicę. Na tylnym siedzeniurozpierał się jego najlepszy kumpel, Brad, bez skrępowania głaszczący po udzie, a właściwie prawie między nogami, swoją dziewczynę, Stacy.
- Nieźle - Troy ogarnął spojrzeniem kreację moszczącej się na siedzeniu Moiry, szczególną uwagę poświęcając głębokiemu dekoltowi. - No daj buziola.
Przechylił się w jej stronę. Łaskawie zezwoliła mu na pocałunek, chociaż zazwyczaj trzymała go krótko. Jeszcze tego by brakowało, żeby zaciążyła z takim zerem jak Troy, robol bez ambicji, też coś. I co, miałaby potem ucierać nosy dzieciom, gapić się w telewizor i zamieniać się w słonia, jak jej matka? Nie ma mowy, Moira została stworzona do lepszego życia.
Pod Enclave czekała już kolejka chętnych, przesiewanych skrupulatnie przez bramkarzy. Moira poczuła dreszcz podniecenia, na myśl, że zaraz znajdzie się w środku, ale samochód minął klub nie zatrzymując się.
- Ej, przejechałeś, dupku! - wrzasnęła.
- Zamknij się - odparł Troy. - Co ty, kurwa, myślisz, że jesteś jakąś gwiazdą? Wchodzimy tyłem.
- A żeś se wymyślił - sarknęła.
- Jak się nie podoba, możesz spierdalać i pooglądać se Enclave z wierzchu - rzekł Troy.
Moira wobec powyższego zamilkła i dała się potulnie poprowadzić przez zaplecze. Wszedłszy do sali, stanęła jak wryta. Po schodach, prowadzących do lóż, szedł Grey.
Idący kilka kroków za nią Troy potrząsnął nerwowo głową. Oświetlenie w Enclave zaliczało się wprawdzie do gatunku nastrojowo stłumionych, więc widoczność nie była zbyt dobra, ale przysiągłby, że przez chwilę zasłonił mu Moirę jakiś dziwny typ, w płaszczu i kapeluszu, który nachylał się do jej ucha i coś szeptał.
Troy był już gotów mu przywalić, ale wtedy zagadnął go Brad, a kiedy się znowu odwrócił, po gościu nie było już śladu. No przecież nie mógł po prostu sobie pójść w tym ciasnym korytarzyku!
Postanowił, że obije mordę swojemu dealerowi. Ten skurwysyn znowu musiał dodawać jakiegoś gówna do amfy.
Walter Barnett obudził się w środku nocy, zlany potem i przerażony. Wiedział co to oznaczało. Spojrzał na drzwi starej szafy, w słojach formowały się twarze, złe, przerażone, cierpiące. Krzyczące, szeroko rozwartymi ustami.
- Nie boję się ciebie - wymamrotał, przewracając się na bok i zakrywając głowę kołdrą. - Nie przestraszysz mnie. Idź, idź sobie.
Czuł jak ciemność gęstnieje wokół niego i wyciąga swoje macki. Wiedział, że gdyby teraz wyjrzał spod kołdry, zobaczyłby zapewne Czarnego Mężczyznę, z czerwonymi ognikami oczu, błyskającymi spod ronda kapelusza.
- Odejdź - powtórzył nieco głośniej. - Nie chcę cię tu. Nie boję się ciebie.
To nie była prawda, bał się i czuł wyraźnie, że Czarny Mężczyzna robi się silniejszy z dnia na dzień. Trzeba było działać, panna Waterhouse miała rację.
- Walterze? - przez otwarte drzwi sypialni usłyszał głos swojej matki z sąsiedniego pokoju. Zawsze zostawiała otwarte drzwi do siebie i do niego, chociaż on wolałby mieć zamknięte. Wolałby, ale nie chciał kłócić się z mamą, to sprawiłoby jej ból. - Walterze, dlaczego ty jeszcze nie śpisz? Jest tak późno!
- Już zasypiam, mamo - odparł.
Trzeba coś zrobić, pomyślał. Ktoś karmił ciemność krwią, dzięki czemu nabierała siły. Ktoś mógł otworzyć Drzwi. Trzeba coś z tym zrobić.
Przeraźliwy wrzask wypełnił ciemną sypialnię obszernego domu, położonego kilka przecznic dalej. Coś rąbnęło zgłuchym hukiem na podłogę, zaraz potem rozległ się trzask i zgrzyt, całość zaś zwieńczyło ulubione przekleństwo Polaków.
- Kurwa - wysapał Wasyl. W nikłym, błękitnawym blasku komórki, którą sobie przyświecał, stwierdził, że chcąc włączyć nocną lampkę, wyrwał gniazdko z kontaktu, urywając przy tym przewody w środku. Ich kikuty wystawały teraz smętnie ze ściany, a stolik nocny przyprószyła cienka warstwa tynku. Gniazdko, wraz z wtyczką, zwisało sobie jak łeb przetrąconego węża na końcu kabla, ściskanego przez Marcina w garści. To, że Wasyl zdołał wcześniej zlecieć z łóżka, było już drobiazgiem.
Odłożył kabel na stolik, usiadł na łóżku i sięgnął do drugiej lampki. Udało mu się ją włączyć, nie urywając niczego. Ciepły, żółty blask zalał sypialnię, dodając Wasylowi otuchy.
Marcin odetchnął głęboko i rozmasował nogę nad kostką, jakby chcąc się upewnić, że wciąż ją jeszcze ma. Namacał znajome blizny, poruszył palcami stopy. To był tylko sen. Znaczy niezupełnie, to był kurewski koszmar, gorszy niż wszystkie poprzednie. I cholernie realistyczny. Oczywiście, to znowu był Witsel, ale tym razem Marcin tracił nogę, w którą wdawała się gangrena, na skutek zanieczyszczenia rany wapnem z getrów. Żona odchodziła, zabierając ze sobą dzieci, a jego zabierano na salę operacyjną, na której jednak nie operował lekarz. Operował tam ten cholerny cień w kapeluszu, zamiast skalpela używając piły łańcuchowej. Znieczulenia, oczywiście, nie było.
"Odpuść sobie, synu" mówił czarny mężczyzna, uruchamiając piłę. "Zniknij stąd, wróć do swojej Brukseli. Jeśli nie... będzie bolało."
A potem był już tylko zgrzyt piły o kość i seria straszliwych obrazów, w których zakrwawiona twarz tamtej dziewczyny, Ronette, zmieniała się w twarze bliskich mu ludzi. I kamienie, kamienie oblane krwią.
Wasyl wzdrygnął się. Miał ochotę iść do pokoju któregoś z dzieci i tam spać, bodaj na dywanie, wsłuchany w spokojny oddech dochodzący z łóżeczka, jednak dzieci były daleko. Bardzo daleko. Wsunął się zamiast tego pod kołdrę i zwinął w ciasny kłębek. Czuł się przerażony. I cholernie samotny.
Rose nie mogła sobie znaleźć miejsca. Krążyła z kąta w kąt, po całym mieszkaniu, plaskając bosymi stopami o chłodne deski podłogi. Jej nastrój najwyraźniej udzielił się Jonesy'emu, bo kocur zachowywał się dziwnie, jak nigdy dotąd. Stał przez dłuższy czas pod drzwiami wyjściowymi z mieszkania, węsząc i nasłuchując, potem zaczął łazić za Rose, miaucząc przeraźliwie.
- Zamknij się, bo zrobię z ciebie mufkę - zagroziła.
Usiadła na kanapie, pogapiła się przez chwilę w telewizor, po czym wyłączyła go i cisnęła pilota z irytacją na siedzenie. Jonesy wytrwale miauczał, łażąc teraz po oparciu.
Rose znowu się zerwała i była właśnie w pół drogi do kuchni, gdy na dole coś rąbnęło. Jonesy zjeżył się niczym szczotka do butelek.
Ciężkie kroki rozbrzmiały na schodach.
- Co jest? - Rose cofnęła się do sypialni, niepewna jeszcze, czy wziąć stamtąd telefon, czy kij do krykieta. Jonesy stulił uszy i zawył takim głosem, jakby ktoś go obdzierał ze skóry, potem zaś, niczym ruda strzała, popędził pod łóżko.
Kroki dotarły na podest i zatrzymały się za drzwiami.
- Kto tam? - ryknęła Rose groźnie. - Właśnie dzwonię po gliny! A potem ci spuszczę wpierdol!
Zza drzwi nie dobiegło nawet jedno słowo, za to rozległo się skrobanie i zgrzytanie, przeciągłe i ostre.
Jonesy zawył desperacko pod łóżkiem.
- Odejdź! - wrzasnęła Rose. - Nie boję się ciebie!
Skrobanie ustało. Cokolwiek było za drzwiami, złaziło z powrotem na dół.
Resztę nocy Rose spędziła czuwając w salonie, z kijem do krykieta na podołku.
Frank Lampard obudził się w środku nocy z dziwnym uczuciem niepokoju. Nie spał za dobrze, śniły mu się jakies koszmary, krwawe ofiary, zbroczone posoką głazy i tym podobne przyjemności, teraz zaś wydawało mu się, że coś jest nie tak.
Coś szumiało.
Wylazł z łóżka, ubrany jedynie w majtki. Miękkie światło nocnej lampki rzeźbiło jego muskularne ciało, kiedy szedł, nasłuchując i próbując zlokalizować źródło hałasu.
Znajdowało się w łazience, która zionęła parą, gdy otworzył drzwi. Ktoś odkręcił krany, ten przy umywalce i ten nad wanną, tryskające teraz gorącą wodą. Wannie do wypełnienia jeszcze brakowało, za to z umywalki spływał całkiem niezły wodospad.
Lampard rzucił się zakręcać krany, zastanawiając się, czy przypadkiem nie ma do czynienia z włamywaczem - maniakiem czystości. Kończył właśnie działalność umywalkowej Niagary, gdy na zaparowanym lustrze przed jego nosem, przy wtórze cichego pisku pojawiła się kreska.
Potem druga.
Frank patrzył z lekkim niedowierzaniem, na formujący się na lustrzanej tafli napis, złożony z wielkich, koślawych liter.
WRÓĆ DO DOMU, FRANK
Mimo, że w łazience było bardzo gorąco i parno, Lamparda ogarnęło nagle zimno, zupełnie, jakby ktoś przesuwał lodowatym palcem po jego nagiej skórze.
- Wróć do domu? - przeczytał na głos, ignorując te dziwne doznania. - Wal się na swój ektoplazmatyczny ryj.
Szklanka do mycia zębów uniosła się, wysuwając z chromowanego uchwytu, przeleciała nad głową Lamparda i roztrzaskała się o ścianę.
Wrócił, ale do łóżka. Wyciągnąwszy się wygodnie, z rękami pod głową, zadumał się nad tym co właśnie zobaczył. Coś tu się działo, niewątpliwie, i zamierzał się dowiedzieć co.
Po nocy pełnej koszmarów Majka powlokła się do pracy czując się i wyglądając jak z krzyża zdjęta. W autobusie śmierdziało potwornie spalinami, co obudziło drzemiący gdzieś pod potylicą Majki ból głowy. Na przystanku wzięła kilka głębokich wdechów, mając nadzieję, że świeże powietrze jej pomoże, po czym pomaszerowała do azylu.
To musiały być spaliny, albo halucynacje wywołane migreną, bowiem kiedy mijała bramę, zdało jej się, że nad krzakami po jednej stronie, tam, gdzie według Coltrane'a znaleziono ciało dziewczyny imieniem Laura, unosi się czarny kłąb, czy raczej wir. Kotłowało się w nim jak w burzowej chmurze, a z wnętrza wylatywały jakby nietoperze, albo może ptaki, stworzone z cienia.
Majka zamknęła oczy, po czym otworzyła je ponownie, pewna, że teraz zobaczy nad krzakami tylko szare, pochmurne niebo. Zamiast tego spojrzała prosto w pulsującą czerń wiru, w której coś się poruszało, przewalało, niczym jakiś monstrualny mroczny wieloryb.
Cofnęła się z cichym okrzykiem, potem pobiegła przed siebie, uderzając po drodze udem w skrzydło bramy, które zabrzęczało niespokojnie. Wyhamowała dopiero na dziedzińcu, niemal wpadając na Hala, pracownika stajni. Szczęśliwie nie prowadził żadnego konia, trzymał tylko ogłowie.
- Uważaj! - zganił ją.
- Przepraszam, spieszyłam się - zełgała Majka.
Przez resztę dnia usiłowała unikać spoglądania w stronę bramy, o chodzeniu tamtędy nie mówiąc. Kupić gazety w przerwie na lunch wyszła przez dziurę w płocie, używaną na ogół przez miejscowe dzieciaki i tak też wróciła, prasę upchnąwszy w swej przepastnej torebce. Z jakiegos powodu czuła, że powinna zebrać jak najwięcej wiadomości o zbrodni popełnionej na Ronette.
Czuła się coraz gorzej, łamało ją w kościach, kłuło w gardle i funkcjonowała generalnie na autopilocie. Pewnie udałoby jej się dotrwać bezszkodowo do końca pracy, gdyby nie lewatywa, którą należało w trybie pilnym wykonać kozie. Przy której to lewatywie oczywiście musiała asystować, a nikt jej nie powiedział, że po zaaplikowaniu lewatywy należy się jak najszybciej odsunąć od zadka pacjenta. Z koziego odbytu bryznęła fontanna łajna i rozbryzgała się malowniczo na spodniach i butach Majki, która musiała potem przetrwać jeszcze dwie godziny z tą dekoracją (i aromatem) oraz dojechać do domu.
Kiedy wychodziła z pracy dzwoniło jej w uszach, a świat znacznie stracił na ostrości, ba, nawet bywał moentami podwójny. Ostatkiem sił dowlokła się z przystanku do domu, ale na to, żeby iść się od razu umyć i przebrać już ich nie starczyło. Majka klapnęła na kanapie i wyjeła gazety, obiecując sobie, że chwilkę poczyta, odpocznie, a potem doprowadzi się do porządku, jednak po pięciu minutach zwinęła się w kłębek i odpłynęła w sen, czy też malignę.
Obudziło ją uporczywe dzwonienie do drzwi. Miała wrażenie, że jej głowa jest wielka, niczym dynia, a dźwięk dzwonka wwiercał jej się w uszy jak świder. Poszła do drzwi z mglistym zamiarem dania w mordę temu, kto ją obudził i otworzyła.
Za drzwiami znajdował się Wasyl.
- Cześć - rzekł, uśmiechając się szeroko. - Tak wpadłem, zobaczyć jak się trzymasz po wczorajszym.
- Zajedwabiście - wyszemrała Majka. - Wchodź.
Wszedł do środka, ogarnał wzrokiem gazeciane pobojowisko, po czym pociągnął nosem.
- Oryginalny zapach - rzekł. - Znowu perfumujesz się koniem?
- Nie, kozą - odparła niemrawo.
- Nietypowa z ciebie kobieta - oznajmił ze śmiechem.
- Chyba zapomniałam się przebrać - Majka popatrzyła na swe obfajdane spodnie.
Wasyl również popatrzył, potem na wypieki na twarzy dziewczyny i na jej szkliste oczy.
- Ty się dobrze czujesz? - zapytał. Dotknął jej czoła.
- Nie tylko pachnąca, ale i gorąca - zawyrokował. - Dobra, plan jest taki, ty się pójdziesz teraz umyć i przebrać, a ja sprawdzę, czy masz coś na gorączkę. Dawaj tę kurtkę.
- Szafka w kuchni - Majka udzieliła wskazówki, wyplątując się jednoczesnie z okrycia wierzchniego. - Tam są leki.
- Git - rzekł Wasyl wieszając kurtkę na wieszaku. - Buty też dawaj, ale resztę będziesz musiała zdjąć sama.
- Że co? - zapytała Majka mętnie. Usiadła na kanapie, a Marcin rozwiązał jej buty.
- No ja cię rozbierał i mył nie będę - wyszczerzył zębiska w uśmiechu. - Tego nie ma w karcie.
- Szkoduchna - wymamrotała.
- Dobra, dobra. Zasuwaj się myć, potem w piżamę i do wyra, a wujek Marcin przygotuje lekarstwa. Jadłaś kolację?
Pokręciła głową.
- Nie jestem głodna - wyszemrała. - Dzięki.
- Ale napić się musisz, więc zrobimy herbatę - oznajmił stanowczo, znikając w kuchni.
Pół godziny później Majka leżała w łóżku, wsparta na poduszkach, popijając małymi łykami gorącą herbatę. Gorączka powoli spadała, znokautowana wygrzebaną przez Wasyla z czeluści apteczki pyralginą.
- Ty kobieto w ogóle coś jadasz? - zagrzmiał Wasyl z kuchni. - Masz w lodówce głównie światło i przeciąg.
- Nie zrobiłam zakupów - uzmysłowiła sobie Majka.
- Ja zrobię - Wasyl wszedł do pokoju. Wpadnę do ciebie koło południa, może być?
- Jesteś herosem - oznajmiła Majka z niekłamaną wdzięcznością.
- Żaden heros, po prostu: Wasyl - odparł skromnie, rumieniąc się przy tym nieco.
- Dzięki - rzekła. - Naprawdę.
- Nie ma za co - odparł. - To ja lecę. Jak coś to dzwoń do mnie.
Zapisał swój numer na ulotce pyralginy, którą Majka natychmiast przytuliła do łona.
- Do jutra - rzekł, stając w drzwiach. - Trzymaj się, mała.
- Trzymaj się, wielkoludzie - odparła.
Nucąc radiu do wtóru dotarł do domu. Tam zaś czekała go niespodzianka.
Na wycieraczce, pod szparą na listy, leżała świeża korespondencja, której jeszcze nie zdążył zebrać, jako że przez cały dzien nie było go w domu. Schylił się i zebrał koperty.
Rachunek, rachunek, reklama, rachunek.
Przy kolejnej kopercie się zatrzymał. Stempel był belgijski, nadawcą zaś była jakaś kancelaria adwokacka.
Marszcząc brwi rozerwał kopertę i zaniemiał. To był pozew.
Pozew o rozwód.
__________________________________________________-
Oddaję w wasze ręce trzeci już rozdział tego opowiadania, dziękując jednocześnie za wszystkie komentarze. Dają kopa do dalszego pisania ;)

Sexy Lampi i jego bidon mówią dobranoc ;) 
M.


2 komentarze:

  1. Czytałam ten rozdział o 2 w nocy i wtedy mój koteczek,postanowił zeskoczyć z hukiem na podłogę. Miałam wrażenie,że zuo czai się pod łóżkiem. Akcja trzyma w napięciu i budzi coraz to nowe pytania. Najbardziej podoba mi się Rose i Lampard,ale Majka i Wasyl również są wspaniale nakreśleni. Walter i jegk tajemnicza,przenośna szafa,głupawa Moira i Grey. Ten facet na pewno nieźle namiesza. Natomiast przydupas Hinten Lewodupski kogoś mi przypomina :3 Pisz szybciutko nowy rozdział!!!:-D PS. Lamps i nego bidon awwwwwww <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak mi będziesz wyskakiwać z takimi zdjęciami to ja tu normalnie zejdę na zawał.
    Tak w ogóle to zaczyna mnie przerażać Leicester - a nocą to już całkiem... I te wszystkie sny i jakieś dziwne, jakby nadprzyrodzone zjawiska. Rany boskie.
    Moira to jest taka tępa dzida, że ja normalnie nie wiem, skąd się tacy ludzie biorą.
    Za to Rose po tym rozdziale lubię jeszcze bardziej. Przegenialna kobita.
    buziaki :***

    OdpowiedzUsuń