środa, 18 grudnia 2013

Rozdział 7

I could swear there is someone
somewhere
watching me.
Through the wind
and the chill
and the rain

And the storm
and the flood


I can feel his approach like a fire in my blood. 

Bonnie Tyler "I need a hero"




Od samego rana Rose przeczuwała, że ten dzień nie będzie dobry. Mogło to mieć związek z pogodą, padał bowiem rozmokły śnieg, zmieszany z deszczem w coś w rodzaju lodowatej zupy, przenikającej człowieka na wylot, o czym Montoya przekonała się na własnej osobie. Jonesy postanowił sobie wyjrzeć przez uchylone okno sypialni i zanim jego właścicielka się obejrzała już był na parapecie, śliskim od lodu. Spróbował złapać przyczepność za pomocą pazurów, nie wyszło.
- Miiiiiaaaaauuuu! - zawył rozpaczliwie, zjeżdżając w pustkę.
- Jonesy! - wrzasnęła Rose, nie mniej rozpaczliwie. Rzuciła się w kierunku okna, ale było za późno.
Otworzyła je na całą szerokość i wywiesiła się przez parapet, patrząc w dół i spodziewając się ujrzeć rozmazane szczątki na chodniku.
Nic z tych rzeczy.
Z markizy nad wejściem do pubu patrzyła na nią wielkimi od strachu, okrągłymi oczyma, bardzo mokra kupka nieszczęścia.
- Miaaaaauaaaaaa! - zajęczała.
Z rozwianym włosem, w samej tylko krótkiej koszuli nocnej i majtkach, Rose popędziła na dół, wbijając po drodze na nogi pierwsze, lepsze obuwie. Chwyciła drabinę z zaplecza, szokując przy okazji swoim strojem Burna, przybyłego wcześniej, żeby odebrać dostawę mięsa.
- Niezłe nogi - skwitował rzeźnik.
- Zwykle chodzi, eeee... bardziej, no wiesz, ubrana - Burn nieomal upuścił podkładkę, z przypiętymi do niej papierami.
- Brałbym - rzeźnik zmrużył obleśnie oczy.
- Nie mów tego przy niej, bo wylądujesz na OIOMie - poradził Burn. - Jako dawca narządów.
Nie zważając na lejącą się z nieba lodową zupę oraz spojrzenia nielicznych przechodniów, Rose przystawiła drabię do markizy i wygarnęła Jonesy'ego z kałuży lodowatej wody, która zebrała się w zagłębieniu tkaniny.
- Burn, zabierz drabinę sprzed frontu - oznajmiła, wchodząc do kuchni drzwiami od sali. - I nie gap się tak!
Chłopak kiwnął głową, jednak nie odrywając wybałuszonych oczu od Rose i rakiem wycofał się na korytarz.
Rose tymczasem, tuląc do siebie przemoczonego rudzielca, poszła do siebie, na górę, wysuszyła kota, wysuszyła i ubrała siebie, po czym, upewniwszy się, że wszystkie okna w mieszkaniu są zamknięte, wróciła do pubu, przygotować go do otwarcia.
Po czym zjawiły się dwa następne powody złego humoru Rose: migrena i Elodie. Ta pierwsza dała o sobie znać ostrzegawczym kłuciem w okolicach lewego oka, co skłoniło Rose do natychmiastowego połknięcia tabletki przeciwbólowej, spłukanej mocną czarną kawą. Migrena została ujarzmiona, ale nie pokonana, wciąż sygnalizując gdzieś w potylicy, że jak się jej będzie chciało, to wyrwie Rose cały dzień z życiorysu. W pakiecie z ostrzeżeniami były także nadwrażliwość na dźwięki i zapachy oraz zwiększona drażliwość, co zgryźliwą z natury Rose zamieniło w chodzącą bombę zegarową.
Powód drugi wpłynął na zaplecze z właściwą sobie punktualnością, spowity w elegancki płaszczyk przeciwdeszczowy. Nie można się było czepiać, pomyślała Rose, patrząc jak Elodie zdejmuje płaszczyk, a jej włosy, zwinięte w stylowy, acz prosty kok, połyskują złociście w świetle żarówki. Jako kelnerka była znakomita, bardzo grzeczna, zwinna i szybka, a do tgo zawsze uśmiechnięta, nawet gdy trafił jej się wyjątkowo buraczany klient. Dlatego właśnie Rose nie chciała jej zwalniać, o dobrą kelnerkę nie było łatwo.
Ale to co robiła z facetami... Rose nie przyznawała się do tego sama przed sobą, ale kiedy widziała, jak Lampard patrzy na Elodie niczym cielę na malowane wrota, jak ona owija go sobie wokół małego palca jednym uśmiechem, szlag ją trafiał soczysty. Cały czwartkowy, czyli wczorajszy wieczór, Lampard spędził robiąc maślane oczy do cholernej Elodie, prawie się z nim pogadać nie dało, bo co Elodie przeszła, to Frank gubił wątek, zupełnie, jakby na jej widok wyłączał mu się mózg. A może, jadowicie pomyślała Rose, cała krew odpływała mu z głowy w zupełnie inne rejony ciała, niekoniecznie związane z myśleniem.
Nie, żeby Elodie się narzucała, jak na przykład Moira, broń Boże. Nie paradowała mu specjalnie pod nosem, nie podsuwała mu cycków pod nos, wypływała tylko z zaplecza z tym swoim uśmiechem, patrzyła na Lamparda swymi fiołkowymi oczyma i facet odpływał. Mimo jednak braku aktywnego podrywu, Rose miała wrażenie, że ta dziewczyna celowo uwodzi Lamparda i robi mu kisiel z mózgu.
I nie tylko Lamparda, bo posyłała te swoje cholerne, promienne uśmiechy również Wasylowi. Ten nie ulegał może jej urokowi do tego stopnia co Frank, ale nie pozostawał obojętny, odwzajemniając się uśmiechami i wodząc za kelnerką cielęcym spojrzeniem. Rose nie musiała nawet patrzeć, żeby wiedzieć, iż zachowująca pozorny spokój Majka gotuje się od środka. Co było dosyć głupie, zważywszy na fakt, że Wasyl był facetem żonatym, nawet jeśli w trakcie rozwodu.
W pewnej chwili, kiedy Elodie zniknęła na zapleczu, a panowie zatopili się w nader specjalistycznej rozmowie na tematy piłkarskie, Rose nawet zwróciła na to Majce uwagę.
- Widzę, że cię szlag trafia - zagaiła niedbale.
- A ciebie nie? - parsknęła Majka gniewnie, zniżając głos. - Ta zołza owinęła sobie Wasyla wokół palca. Twojego Lamparda zresztą też.
- Po pierwsze, Lampard nie jest mój... - zaczęła Rose.
- I dlatego niemal zasłaniasz go własną piersią, kiedy Elodie wyłazi z zaplecza - mruknęła Majka jadowicie.
- ...Po drugie, pamiętasz chyba, że Wasilewski jest żonaty? - kontynuowała Rose.
Oczy Majki zabłysły w świetle barowej lampki.
- Pamiętam cholernie dobrze - odparła przez zaciśnięte szczęki. - I co z tego? Przecież mu się nie oświadczam!
- To z tego, że nie masz powodu by się wkurwiać - Rose uniosła czarną brew. - To już prędzej jego żona ma.
- Zważywszy na fakt, że wysłała mu pozew rozwodowy, to raczej by się ucieszyła - odparła Majka. - Poza tym, skoro Lampard nie jest twój, również nie masz powodu, żeby się wkurwiać, a się wkurwiasz.
- No co ty. Zwidy jakieś masz!
- Akurat. Za każdym razem kiedy ta zaraza kląska do Lampsa masz minę seryjnego zabójcy, obmyślającego kolejną robotę. I to taką sadystyczną, z torturami.
- Wydaje ci się. Lamps mnie wcale nie obchodzi.
- Bujać to my, ale nie nas - Majka wzniosła w górę palec.
- Dobra, dobra, to nie ja wytresowałam psa, żeby mi chłopa pilnował! - odcięła się Rose, wskazując Keplera, który leżał u nóg Wasyla, opierając obleczoną w kaganiec mordę o jego but.
Majka wzruszyła ramionami.
- On tak sam z siebie - powiedziała. - To mądry pies, bardzo lubi Marcina, a tej zarazy nie trawi. Sama widzisz, że musiałam mu kaganiec włożyć, bo ryczał na nią jak orkiestra.
Fakt faktem, za każdym razem kiedy Elodie pojawiała się w pobliżu, owczarek szczerzył wszystkie zęby i warczał głucho. Rose go znakomicie rozumiała, też miała ochotę warczeć.
Ale to było dnia poprzedniego, teraz zaś "zaraza", przyobleczona już w służbowy fartuch, krzątała się po sali, wycierając stoliki, nieświadoma zapewne emocji, jakie wywoływała w pracodawczyni.
Rose dopijała właśnie kawę, kiedy do głównych drzwi ktoś zaczął się dobijać. Spojrzała na zegarek, nie było jeszcze dziewiątej. Ten jakiś bałwan najwyraźniej nie umiał czytać, albo nie rozumiał znaczenia słowa "zamknięte". No ale skoro sam się podkładał, to proszę bardzo.
Wyszła za baru. Na progu stało dwóch typów, jeden w skórzanej kurtce, drugi w szarej bluzie z kapturem, obaj zmarznięci, z racji posiadania odzieży fatalnie nie dobranej do pogody.
- Zamknięte jest - oznajmiła Rose. - Czytać umiecie?
Wskazała tabliczkę z godzinami otwarcia.
- Szukamy niejakiego Montoyi, laleczko - odparł ten w bluzie, ciągnąc niemiłosiernie nosem. - Właściciela tej budy.
- To ja, pajacu - Rose zaserwowała mu najlepsze ze swych morderczych spojrzeń.
Facet w bluzie otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale jego kompan wyrżnął go mało subtelnie łokciem pod żebra.
- Przepraszamy panią - rzekł. - Jesteśmy z policji. Inspektor Harvey i sierżant Tribeson.
- Odznakę pokazać - zażądała Rose.
Pokazał.
- Wejdźcie - zezwoliła łaskawie. Nie czekając na ich reakcję pomaszerowała za bar.
Usiedli na stołkach, po czym ten w bluzie wyjął z kieszeni fotografię i przesunął ją po kontuarze w stronę Rose.
- Zna pani tę dziewczynę? - zapytał.
Rose rzuciła okiem na zdjęcie, po czym spojrzała z politowaniem na Tribesona.
- Po co te podchody? - zapytała. - Skoro tu przyszliście, to wiecie równie dobrze jak ja, że to Moira Brown, moja była pracownica.
- No tak - przyznał Harvey. - Wiemy. Kiedy przestała u pani pracować?
Rose wytężyła pamięć.
- Zaraz po tym, jak zamordowano jej chłopaka, Troya jakiegoś tam - odparła. - Czyli jakieś... dwa tygodnie temu?
Harvey notował, tymczasem Tribeson gapił się na jej piersi.
- Sama odeszła? - zapytał. - czy dostała kopa?
- Sierżancie, pan rozmawia z moimi cyckami, czy ze mną? - Rose była na krawędzi wybuchu. - Jeśli ze mną, to oczy mam trochę wyżej.
Uśmiechnął się głupawo, przenosząc wzrok na twarz Rose.
- No to jak? - zapytał ponownie. - Sama odeszła, czy ją pani zwolniła?
- Sama. Najpierw na chorobowe, potem rzuciła pracę - odparła Rose chłodno.
- A dlaczego? - głupawy uśmieszek nie schodził z twarzy sierżanta.
- A to musi ją pan zapytać - odparła Montoya. - Ja nie wiem.
- Trudno będzie - rzekł Tribeson. Rose zaczęła się zastanawiać, czy jego uśmieszek dałoby się usunąć, na przykład, szlifierką kątową.
- Bo? - zapytała, niezbyt grzecznie.
- Moira Brown nie żyje - wyjaśnił Harvey.
Rose nie uwierzyła własnym uszom.
- Niemożliwe - odparła.
- Możliwe - powiedział Tribeson. - Lubiłaś ją?
- Słuchaj no ćwoku, świń z tobą nie pasłam, więc daruj sobie tę poufałość - wysyczała Rose.
- Tribeson, na miłość boską! - jęknął inspektor Harvey. - Przepraszam panią. Jest trochę nieokrzesany. Wracając do pani Brown, lubiła ją pani?
Wzruszyła ramionami.
- Przyjaciółkami nie byłyśmy - odpowiedziała. - Czasami działała mi na nerwy, ale nie do tego stopnia, żebym chciała ją zabić, jeśli o to panu chodzi.
- Rozumiem - Harvey znowu zaczął notować. - A nie chodziła jakaś dziwna, zanim się nie zwolniła, smutna, czy coś?
Rose poczuła, że zaraz się załamie nerwowo.
- Z jej chłopaka ktoś zrobił puzzle dla lekarza sądowego - odparła. - Miała być pogodna i szczęśliwa?
Tribeson parsknął urywanym śmiechem. Harvey spojrzał na niego z naganą.
- Oczywiście, rozumiem - rzekł do Rose. - Jesli chodzi o panią to już wszystko. Czy możemy porozmawiać z resztą personelu?
- A rozmawiajcie - odparła Rose. - Co jej się właściwie stało?
Tribeson zatrzymał się w drzwiach na zaplecze.
- Zamordowano ją - odparł z wyraźną uciechą. - W parku Castle Hill.
Rose poczuła jak wzbiera w niej gniew.
- Co cię tak bawi, baranie? - wrzasnęła. - Martwa dziewczyna?
- Ej, ej, paniusiu, bo cię aresztuję, za obrazę funkcjonariusza! - obraził się Tribeson.
- Sierżancie! - Harvey pojawił się znienacka w drzwiach. - Zamknijcie wreszcie mordę!
Chwycił Tribesona za kark i wepchnął w głąb łącznika.
- Przepraszam panią za tego debila - rzekł do Rose. - W razie gdyby coś sobie pani przypomniała, proszę dzwonić.
Zapisał swój numer w notesie, wydarł stroniczkę i podał ją Montoyi. Przyjęła ją bez słowa.
Policjanci zrobili swoje i poszli. Rose otworzyła pub, dyskretnie przekopała internet, szukając informacji o śmierci Moiry i z niecierpliwością czekała na Waltera, pamiętając to, co mówił w środę o tych morderstwach, potworze i tak dalej. Bezapelacyjnie coś wiedział, a Rose życzyła sobie wiedzieć co.
Ktoś tu mordował ludzi. Nie podobało jej się to, szczególnie, że byli to ludzie których znała. Rose mogła sobie nie lubić Moiry, ale to nie znaczyło, że aprobowała poderżnięcie jej gardła i porzucenie ciała w parku, jak śmiecia.
No ni cholery. Rose życzyła sobie, aby ten skurwysyn, który to zrobił, został przykładnie ukarany, a zważywszy na fakt, że śledztwem zajmowali się inspektor Głupi i sierżant Głupszy, to nie wydawało się zbyt prawdopodobne.
Walter, który w czwartek wpadł tylko wieczorem i właściwie na chwilę, teraz jak na złość się spóźniał. Normalnie zjawiał się z chwilą otwarcia pubu, ale tego dnia zegar wskazywał dziesiątą, potem jedenastą i dwunastą, a Waltera wciąż nie było.
O czwartej zjawił się Lampard, wściekły i z podrapanymi dłońmi.
- Współpaca z Celeste się nie układa? - zagaiła Rose.
- Co?
Wskazała na jego ręce.
- A to, nie, nic takiego - zbagatelizował Frank. - Mieliśmy małą różnicę zdań na temat głaskania, ale poza tym układa nam się coraz lepiej. Już nawet nie sika mi do butów.
- Cudownie w rzeczy samej - mruknęła Rose.
- Daj szklaneczkę whisky, bo nie wytrzymam - poprosił.
- Tylko się nie schlej! - ostrzegła, sięgając po butelkę.
Frank uniósł brwi.
- Nie przypominam sobie, żebym się z tobą ożenił - rzekł. - A jestem pewien, że tego nie dałoby się zapomnieć. Zwłaszcza nocy poślubnej.
Rose zabiła go spojrzeniem, jednocześnie podając zamówiony napój.
- Co mianowicie usiłujesz spłukać, Lamps? - zapytała, odstawiając butelkę na półkę. - Lampard?
Odwróciła się z powrotem w stronę baru. Lampard siedział bokiem i gapił się wzrokiem tyleż ekstatycznym, co tępym, na Elodie, sprzątającą talerze ze stolika. Brakowało mu tylko strużki śliny, cieknącej z kącika ust, a wyglądąłby jak zombie.
- Frank! - Rose była bliska wyrżnięcia go ścierką w ucho. - Mówię do ciebie!
- Co? Mówiłaś coś? - wymamrotał. Elodie posłała mu uprzejmy uśmiech. - Ona jest taka śliczna... i bezbronna...
Rose wybulgotała coś niezrozumiałego, trzaskając szklankami pod ladą.
- Lampard, przestań myśleć portkami! - zażądała. - Myślisz, że nie czytałam, co twoja była wygaduje?
- Sssso? - Frank odprowadził maślanym spojrzeniem kelnerkę, znikającą właśnie na zapleczu, z tacą pełną naczyń. - O co ci właściwie chodzi?
Kiedy tylko drzwi na zaplecze się zamknęły, jego oczy przybrały na powrót właściwy sobie wyraz bystrości i humoru.
Tak jakby ktoś mu na powrót włączył osobowość, pomyślała Rose.
- O to, że twoja eks opowiada po brukowcach, że jesteś paskudnym seksoholikiem - powiedziała. - To, że masz na koncie sekstaśmę...
- Sprzed kilkunastu lat! - bronił się Frank. - Byłem wtedy głupim gówniarzem!
- Ale jednak - Rose uniosła brew i spojrzała srogo. - Poza tym przyjaźnisz się z facetem, którego ulubionym sposobem na spędzanie wolnego czasu jest ryćkanie cudzych żon. Dołóż do tego pieprzenie mojej kelnerki i nikt nie uwierzy, że nie myślisz pałą.
Lampard lekko zczerwieniał na twarzy.
- Nie wiem co w nią wstąpiło - mruknął.
- W twoją pałę? - zapytała jadowicie Rose.
- Nie, w Christine! - jęknął. - To znaczy wiem, nie chciałem jej zapłacić i się odgrywa...
- Prawnikiem poszczuj.
- To nie takie proste. Ona wie, że musiałbym udowodnić, że nie jestem uzależniony od seksu. A jak miałbym to zrobić?
- Ślubuj czystość - wyrwało się Rose. - To znaczy, przepraszam, no. Nie wiem, musiałbyś dorwać jakiegoś speca od piaru, czy coś. Gdzie ten cholerny Walter?!
Ale Walter się nie zjawiał. Przyszła Majka, lub raczej została przywleczona przez Keplera, który przywitał się entuzjastycznie z Rose i Lampsem, przyszedł Wasyl, ponury jak kondukt w deszczu pod wiatr, na co złożyły się trzy rzeczy: wymiana pism między jego adwokatem, a prawnikiem żony, zawiasy na dwa mecze, nałożone przez komisję ligi za wytrzęsienie trzymanym za odzież na piersiach rywalem, oraz suchy komunikat, wygłoszony przez trenera Pearsona po dzisiejszym treningu.
- Powiedział, że mam się nie łudzić, jestem tylko zmiennikiem - rzekł Wasyl markotnie. Pociągnął łyk piwa. - De Laet wyleczył kontuzję, więc jak się zawiasy skończą, to ląduję na ławce. Bez szans na pierwszy skład, choćbym się zesrał.
- Chujowo - ocenił Lampard.
- Jak nic możemy urządzić stypę ku czci mojej reprezentacyjnej kariery - Marcin uniósł szklankę. - Cześć jej pamięci!
- Może nie będzie tak źle - Majka próbowała pocieszać. - Trener nie krowa, może zmienić zdanie.
- Zanim zmieni zdanie, ja będę za stary na cokolwiek - mruknął Wasyl. - Kurwa, bez piłki i bez rodziny, to co ja będę miał? Gówno!
Kepler bezceremonialnie wepchnął mu łeb pod pachę i zaskomlał.
- Tak, fajny z ciebie gość, stary - Wasyl poczochrał go między uszami. - I masz zajebistą szybkość. Przydałbyś się na napastnika u nas. Co ty na to?
Pies szczeknął radośnie.
- I tanio by wam wyszedł. Te parę kilo wołowiny tygodniowo... - ocenił Lampard.
- I na dziwki by nie chodził, skandali by nie robił - dodała złośliwie Rose.
- Gdzie jest Walter? - zapytała Majka.
Wasyl rozejrzał się dookoła.
- A nie ma go? Myślałem, że zawsze tu siedzi. O rany, ona jest słodka...
Jego twarz przybrała na chwilę wyraz mętnego zachwytu. Majka nawet nie musiała się zastanawiać, żeby zgadnąć o co chodzi. Parszywa Elodie kręciła się po sali.
Krukówna spojrzała na Lamparda. On również wyglądał jak ofiara lobotomii wykonanej łyżeczką do herbaty. Co tu się działo? Trąciła Rose i wskazała jej obu panów.
Co ciekawe gdy tylko Wasyl zaczął mówić o swoich problemach rozwodowych, które widać uwierały go niemiłosiernie, wrócił do rzeczywistości i urok Elodie przestał na niego działać. Natomiast Lamps trwał w kompletnym stuporze, ku wybitnej frustracji i wzrastającej furii Rose.
- Skąd ty ją wytrzasnęłaś? - zapytała półgłosem Majka.
- Z ogłoszenia - odparła kątem ust Rose. - Internetowego.
- Ale jej, czy twojego?
- Mojego. Sprawdziłam, ma niezłe referencje od poprzednich pracodawców.
- Mogła podrobić...
- Ale po co?
- Nie wiem. Ona jest jakaś dziwna. Lepiej miej ją na oku.
- Dziwna, bo co, Wasyl głupieje na jej widok?
- Lampard też. To nie jest normalne.
- No nie wiem... Gdzie ten cholerny Walter?
Majka zerknęła na zegar, wiszący nad barem.
- Jest już dziewiąta, raczej nie przyjdzie. Mamusia go nie puści nigdzie tak późno - stwierdziła.
Jerry, jeden ze stałych bywalców Ten Bells, chcąc się popisać przed Elodie, zaczął coś opowiadać, wspomagając się bardzo energiczną gestykulacją. Tak energiczną, że zmiótł jedną ręką ze stołu solniczkę, która potoczyła się pod nogi kelnerki, siejąc na wszystkie strony sypką zawartością. Elodie zareagowała w sposób nader nietypowy, mianowicie odskoczyła z krzykiem, wpadając na sąsiedni stolik i wypuszczając z rąk tacę.
W ułamku sekundy Rose wyskoczyła zza baru i zanim się ktokolwiek obejrzał, była już w centrum zamieszania.
- Co ty wyprawiasz? - zapytała, wyciągając do dziewczyny rękę.
- Ja ci pomogę - odezwał się ktoś, odsuwając ją na bok.
Lampard. Pomógł dziewczynie wstać, podał jej tacę i patrząc jej w oczy cielęcym spojrzeniem, odgarnął jej z twarzy zabłąkany kosmyk włosów.
- Zabieraj od niej łapy! - ryknęła Rose, gwałtowniej niż zamierzała. - Elodie, przynieś szczotkę i szufelkę z zaplecza!
- Już idę - odparła Elodie, nie odrywając oczu od Franka. Wciąż uśmiechał się, nieobecnym uśmiechem człowieka na haju.
- Lampard, won stąd - Rose popchnęła go w stronę baru. - Idź poszukać swojego mózgu!
Stał jak zombie, póki kelnerka nie odeszła.
- Faceci - sarknęła Rose, obejmując na powrót posterunek za barem. - Wszyscy tacy sami.
- Nie wszyscy - powiedziała cicho Majka, patrząc na Marcina, który ze spuszczoną głową dłubał w swoim smartfonie.
Ależ ją wzięło, pomyślała Rose. Równie dobrze mogłaby sobie wywiesić nad głową wielki czerwony, neonowy napis "Kocham Wasyla". Ciekawe, kiedy ten kosmaty idiota się połapie, że Majka straciła dla niego głowę?
Pięć minut później sól leżała na podłodze, nietknięta, a Elodie ze szczotką nie było widać, nawet na horyzoncie. Wściekła Rose pomaszerowała na zaplecze, ze szczerym postanowieniem urwania dziewczynie głowy. Razem z płucami.
- Czy ja nie mogłabym znaleźć jednej normalnej kelnerki? - zapytała, wkraczając energicznie do łącznika. - Elodie, na co ty czekasz, na oklaski? Bierz szczotkę, szufelkę i sprzątnij ten bajzel!
- Nie! - odparła Elodie, blada jak ściana. Jej czoło i górna wargę pokrywały drobne kropelki potu. - Ja... ja nie mogę!
Rose ujęła się pod boki.
- A to czemu? - zapytała.
- Bo ja, ja, ja... bo nie, no bo tego... - plątała się Elodie niemiłosiernie. - Bo ja mam uczulenie na sól! Patrz!
Spuściła rajstopy, odsłaniając uda i łydki, trupioblade w świetle jarzeniówki.
- Widzisz? Pali mnie!
Od białej skóry na goleniach dziewczyny wyraźnie odcinały się krwawopurpurowe kropki, w tych miejscach gdzie uderzyły kryształki soli.
- Rękawiczki? - zasugerowała Rose.
- Nie! Proszę! - Elodie wyglądała jak ktoś na skraju paniki.
Międląc pod nosem przekleństwa, Rose wyjęła z kąta przybory do zamiatania i poszła na salę.
Stopniowo pub zaczął pustoszeć. Robbie i Burn zamknęli kuchnię i na sali zostali już tylko amatorzy trunków. Rose, korzystając z okazji sukcesywnie zbierała śmieci spod stolików, oznacząło to bowiem mniej roboty przy samym zamykaniu. Po którejś kolejnej rundce stwierdziła, że pojemnik na śmiecie na zapleczu jest przepełniony, wyjęła zatem worek, zawiązała i rozejrzała się za Elodie. Nigdzie jej nie było widać, Rose postanowiła więc wyrzucić śmieci własnoręcznie.
Kubły na śmieci stały pod płotem, oddzielającym niewielkie podwórko na tyłach pubu, od sąsiedniej posesji. Z podwórka tego prowadził wąski wyjazd, dość kiepsko oświetlony i zazwyczaj błotnisty. Coś tam bielało, Rose zatem, pod wpływem ostatnich wydarzeń mająca się na baczności, spojrzała uważniej. To co zobaczyła, sprawiło, że zamarła, z workiem połowicznie wepchniętym do kubła.
Tym, co przykuło jej spojrzenie był jasny fartuch kelnerki. W wyjeździe stała Elodie, ale nie była sama, obok niej ktoś stał, ktoś wysoki, jakby owinięty płaszczem.
Po chwili Rose zrozumiała, że to nie był płaszcz.
To były skrzydła.
:Potwór, zapewne ten sam, który próbował zaatakować ją i Franka, rozłożył je, pogrążając na moment Elodie w mroku. Rose była już gotowa zaszarżować na bestię z czymkolwiek, nawet z pokrywą śmietnika w ręku, kiedy kelnerka zrobiła coś dziwnego.
Uniosła dłoń i pogładziła stwora po twarzy, czy też raczej pysku. Istota poddawała się przez chwilę pieszczocie, jej skrzydła drgały, ledwie zauważalnie, odbijając swą skórzastą powierzchnią światło pobliskiej latarni. Potem Elodie wykonała ruch ręką, jakby nakazywała stworowi lecieć. Z ptasim skrzekiem potworna istota wzbiła się w czarne niebo i zakołowała nad wpatrzoną w nią kobietą.
Rose nie czekała na ciąg dalszy. Puściła po cichu worek i na łeb, na szyję popędziła do pubu. Przeleciała przez kuchnię jak torpeda, wystrzelona z u-boota, przez łącznik, wyhamowała na barze, przechylając się przezeń i schwyciła Majkę oburącz za odzież.
- Mamy problem! - wysapała. - I to, kurwa, poważny!
- Rany boskie, co się stało? - Majka miała oczy jak spodki. - Zabili kogoś?
- Gorzej! - syknęła Rose i zaczęła szeptać. - Ta cała Elodie, ja widziałam ją jak gadała z tym skrzydlatym chujostwem!
- Trzeba powiedzieć chłopakom! - Majka uczyniła gest w stronę Wasyla, pogrążonego w rozmowie z Lampardem.
- Puknij się! - Rose zatrzymała ją, łapiąc za rękę. - Przecież oni przy niej głupieją na sto dwa. Myślisz że co zrobią? W ogóle nie uwierzą!
- Kurwa mać, musimy same coś... Mówiłam ci, że ona jest jakaś dziwna! Widziała cię?
- Chyba nie, ale nie wiem. Jak ona jest w zmowie z tym czymś... - Rose urwała.
- ...to może sama nie jest człowiekiem - dokończyła Majka.
- To czym, Waltera stworem z innego wymiaru? - Rose nie czuła sie przekonana.
- A ten latawiec błoniasty z twojej piwnicy wygląda jakby był z tego? - zapytała Majka.
- No nie...
- Ej, co tak konspirujecie? - zapytał Wasyl. On i Lampard patrzyli na nie, wyraźnie ubawieni.
- Babskie pogaduszki - odparła Rose, szczerząc się w ostentacyjnym uśmiechu, co wyglądało nieco, jakby na coś warczała.
- Tak jest - przyświadczyła Majka, uśmiechając się w podobny sposób.
Chyba nie uwierzyli, ale wrócili do swojej rozmowy.
- To co robimy? - zapytała Majka.
- A czym się zwalcza potwory z innego wymiaru? - odpowiedziała pytaniem Rose.
- Cholera... Kołek to na wampiry, srebrna kula na wilkołaki, poświęcana może? - rozważała Majka.
- Nie mam broni palnej. I jestem niewierząca. Inne możliwości? Ona tu zaraz przylezie!
- Woda święcona. Albo ze świętego źródła. Czosnek, szałwia, koper włoski...
- Czy ja tu szynkę będę marynować?!
- ...jemioła, żelazo, ruta, turkus, sól...
- Sól! - Rose niemal podskoczyła. - Widziałaś, co ona zrobiła, kiedy Jerry rozsypał sól?
Majka pokiwała głową.
- Zaczęła panikować.
- No! Słuchaj, pokazała mi nogi na zapleczu! Od tej szczypty soli, co ją trafiła, porobiły jej się takie czerwone! - emocjonowała się Rose. - A jakby tak jej kubełkiem przyładować? Pełnym?
- To ma sens - zamyśliła się Majka.
- Mam plan. - oczy Rose rozbłysły demonicznie. - Zrobimy pułapkę! Ja ją zawołam, a ty...
Szeptała przez chwilę Majce na ucho, potem, jak gdyby nigdy nic, wstała i poszła na zaplecze.
Majka sprawdziła gdzie jest Kepler, molestował akurat Lampsa o głaskanie, więc spokojna, zlazła ze stołka i ostrożnie weszła za bar. Na wskazanej przez Rose półce znalazła wielką torbę soli. Chwyciwszy ją w objęcia poszła do łącznika, tam zaś znalazła małe, plastikowe wiaderko, używane czasami do mycia stołów. Nasypała do niego soli, do pełna, ujęła w obie dłonie i ostrożnie otworzyła drzwi. Kuchnia była pusta,
Wyjrzała tylnymi drzwiami. Rose stała w korytarzyku i rozmawiała z niewidoczną Elodie.
-...przyjdź za kwadransik do łącznika, zdasz fartuch i będziesz miała już dzisiaj wolne - mówiła słodko Rose.
Rany boskie, pomyślała Majka. Przecież ona zacznie coś podejrzewać, Rose nigdy tak nie mówi do personelu.
Rose skończyła rozmawiać i wróciła do kuchni. Na migi pokazała Majce, że mają schować się za wyspą. Przykucnęły, opierając się dłońmi o białe, laminowane drzwiczki i wstrzymując oddech.
Elodie była chyba jednak tępa, albo zadufana w siebie, bo zignorowała najwyraźniej nagłą słodycz Rose i zjawiła się w kuchni, zmierzając do łącznika.
- Teraz! - wrzasnęła Rose.
Wyskoczyły zza wyspy, Majka szerokim zamachem sypnęła solą z kubełka. Elodie zdążyła się jedak uchylić i większość soli wylądowała na blatach, w garnkach i na podłodze, jednak to, co obsypało twarz kobiety, jeśli to była kobieta, w zupełności wystarczyło.
W białej skórze Elodie pojawiły się dziury, zrazu czerwone, potem czerwieniejące, ziarenka soli zapadały się w nią z sykiem i wśród dymu o drażniącym, siarkowym zapachu. Jej twarz zaczęła się roztapiać i przeobrażać, nos zapadł się w trójkątny otwór, policzki poczerniały i zapadły się, oczy powiększyły i nabrały czerwonej barwy. Dłonie, uniesione w górę, w rozpaczliwym, ochronnym geście, zamieniły się w żylaste łapska, paznokcie zaś wyrosły w ostre jak brzytwa szpony.
- Ja pierdolę - wyrwało się Majce.
Stwór spojrzał na nie. Wąskie usta otwarły się, odsłaniając paszczę, pełną zębów, przypominających igły, jak u ryby głębinowej, a pazury świsnęły centymetry od twarzy Majki.
Z godną podziwu przytomnością umysłu Rose chwyciła z szafki dużą solniczkę i sypnęła jej zawartością w twarz tego czegoś, co przed chwilą było Elodie.
Zasłoniwszy oburącz dymiącą twarz istota padła na podłogę. Jej nogi wierzgały spazmatycznie, jeden pantofel zleciał z jej stopy i wylądował na blacie wyspy, drugi potoczył się po podłodze gdzieś w kąt. Stwór jęczał bezgłośnie, wijąc się, najwyraźniej w bólu.
Obie dziewczyny stały osłupiałe, patrząc na cierpiącą istotę.
- Czy ona, eee... nie żyje? - zapytała Majka z powątpiewaniem. Drgawki stwora wyraźnie osłabły i były coraz rzadsze.
- Chyba umiera - odparła Rose. - Co tu się, kurwa, dzieje?
Podeszła do stworzenia i trąciła je czubkiem buta. Nie zareagowało.
- Tego się nie spodziewałam, napraw...
Jedna z łap wydawałoby się nieprzytomnego, lub konającego stwora, skoczyła do przodu i zacisnęła sie na kostce Rose. Montoya wrzasnęła i kopnęła stwora w twarz wolną nogą. Coś trzasnęło, ale uścisk łapy nie zwalniał, Rose czuła pazury, wbijające się coraz głębiej w jej skórę.
- Sól, dawaj sól! - wrzasnęła rozpaczliwie.
Majka drżącymi dłońmi przetrząsała pojemniki na szafkach, tymczasem stwór z wolna dźwigał się na nogi.
- Dawaj tę pierdoloną sól! - zawyła Rose.
W tym momencie zakapturzona postać w pelerynie przeciwdeszczowej zjawiła się, zdaniem Majki znikąd, zdaniem Rose z niebios i chlusnęła jakąś przezroczystą cieczą na stwora-Elodie. Poczwara pisnęła, kłęby dymu i pary uniosły się z jej skóry, człowiek w pelerynie chlusnął raz jeszcze i jeszcze, stwór kołysał się, kręcił i niknął w oczach, topniejąc z bulgotem. Kiedy tajemniczy wybawca opróżnił trzymaną w ręku butelkę, na podłodze leżał już tylko stosik przemoczonej odzieży. Po Elodie, kimkolwiek lub czymkolwiek była, nie pozostał żaden ślad.
- Dzięki - sapnęła Rose.
Człowiek w pelerynie ściągnął z głowy kaptur i w świetle jarzeniówek ukazało się okrągłe, zatroskane oblicze.
- Walter! - zakrzyknęły równocześnie Rose i Majka.
- Wiedziałem, wiedziałem, że ona jest, że z nią jest coś nie tak! - powiedział wzburzony Walter Barnett. - Specjalnie, specjalnie się tu zaczaiłem, za płotem i ją obserwowałem!
- Czy ona, to... ty ją zabiłeś? - zapytała Majka.
- Nie, ona tylko wróciła Tam - powiedział.
- Tam, znaczy gdzie? - chciała wiedzieć Rose.
Odpowiedzi na swoje pytanie jednak nie otrzymała, ponieważ w tym akurat momencie drzwi kuchni otwarły się z łomotem.
- Co się tutaj dzieje?- wykrzyknął pędzący na czele stawki Frank.
- Ktoś krzyczał? Dziewczyny, wszystko w porządku? - galopujący za nim Wasyl był wyaźnie zaniepokojony. - O kurwa!
Obaj, synchronicznie, wpadli w poślizg na mokrej podłodze i przez chwilę usilnie wierzgali i wymachiwali rękami, próbując odzyskać równowagę, co wyglądało, jakby tańczyli bardzo dziwną odmianę kazaczoka. Wreszcie Lampard zdołał przytrzymać się blatu kuchennej wyspy, Wasyl zaś chwycił kurczowo w objęcia stalową rurę, na której wspierał się jeden koniec wieszaka do rondli i patelni.
- Jezu, no - mruknęła Rose z politowaniem. - Co za dzielni rycerze. Aż dech zapiera.
- Ta poczwara zdołałaby nas zeżreć ze trzy razy, czknąć, umyć zęby i zamówić następne danie, gdyby nie Walter - stwierdziła Majka. - Pogłuchliście tam, czy co?
- Przepraszam, Rose, ale ty ciągle na kogoś wrzeszczysz - wytknął Frank. - Skąd miałem wiedzieć, że tym razem wrzeszczysz ratunku?
- Ja na wszystkich wrzeszczę? - wrzasnęła Rose. - Ja? To nieprawda!
- Wrzeszczysz - wtrącił się Wasyl. - Na przykład teraz.
- No dobrze, wrzeszczę, ale demolowania kuchni nie mam w zwyczaju! - burknęła.
- Czy ja się wreszcie dowiem co tu się stało? - zagrzmiał Frank. Spojrzał na naburmuszoną Rose, poirytowaną Majkę i skubiącego brzeg peleryny Waltera. - No?
Pies Majki, widocznie zwabiony hałasami, wsunął się cicho do kuchni, przelawirował między nogami stojących ludzi i wsadził nos w mokre ciuchy, leżące na podłodze, kichając przy tym i powarkując.
- Ej, a to nie jest fartuch tej kelnerki? - Wasyl spojrzał na rozwłóczone przez Keplera łachy. - I majtki... Co wyście jej zrobiły?
- Wysłałyśmy ją w to miejsce z którego przyszła - oznajmiła gniewnie Majka. - Ona była potworem!
- Ale żeby ją od razu rozbierać...? - zdziwił się Lamps. - Nie wystarczyło wyrzucić z pracy?
- Ktoś wam mózgi łyżeczką wyjadł? - zirytowała się Rose. - Ta baba to był potwór! W konszachtach z tym błoniastym latającym czymś! Walter może zaświadczyć!
Spojrzenia wszystkich obecnych spoczęły na Walterze.
- Ona była Stamtąd - powiedział Walter. - Z innego świata. Oddzielonego od naszego. Ale ta ściana, ta przegroda, w niektórych miejscach robi się cienka i czasami pęka. Wtedy różne drobne istoty przechodzą. Poltergeisty. Demony. Dziwne stwory. A czasami ktoś otwiera Drzwi, chcąc wpuścić coś większego. Ktoś zaczął je otwierać tutaj...
- I wpuścił to skrzydlate? I ją? - Rose wcięła mu się w słowo.
- To skrzydlate tak. Ona, Elodie, ona sama przyszła. Bo te istoty Stamtąd, te wielkie i potężne, one chcą tu wejść, ale nie mogą same otworzyć Drzwi. Ktoś je musi otworzyć z tej strony. A wy im przeszkadzacie.
- To brzmi jak obłęd - zawyrokował Wasyl. - Albo powieść tego tam gościa od Cthulhu.
- Lovecrafta - rzuciła Majka machinalnie, czując jak jej uwielbienie dla Marcina wzrasta. Znał jej ulubionego autora!
- O właśnie. Nie widzę w tym sensu, wybacz Wally - Marcin rozłożył ręce w geście bezradności.
Walter uniósł głowę.
- A jak to wszystko wytłumaczysz? - zapytał. - Jak wyjaśnisz to, co widzisz w swoich snach? Jak wyjaśnisz to, że Czarny Mężczyzna staje co noc przy twoim łóżku? To, że po mieście latają potwory?
- Ja osobiście żadnego nie widziałem - Wasyl przekrzywił głowę.
- Ja widziałam - mruknęła Rose. - Nawet dwa.
- Ja też - dodał Lampard. - Wprawdzie tylko jednego, ale wyglądał całkiem realnie.
- Ja też - dodała Majka. - A Czarnego Mężczyznę widziałam razem z tobą!
- Nic nie pamiętam, byłem wtedy tak zalany, że musiałaś mnie kłaść do łóżka - wykręcił się Wasyl.
Majka wycelowała w niego oskarżycielski palec.
- I tu cię mam! - oznajmiła. - Skoro nie pamiętasz, to skąd wiedziałeś, że chodzi mi o tamtą noc?
- No dobra, masz mnie - odparł. - I co w związku z tym?
- To, że może Walter ma rację, jakkolwiek szalone by się wydawało to, co mówi - oznajmił spokojnie Lampard.
- Ja nie wiem jak wy tu możecie stać jak koły, kiedy dookoła krew się leje! - wybuchła Rose. - Ktoś zabił te dziewczyny, Ronette, Laurę, Zoe i Moirę, coś mi mówi, że te morderstwa mają coś współnego z tym całym szaleństwem i chcę wiedzieć co! A potem dopaść tego skurwysyna, który to robi i urwać mu jaja!
Lampard otworzył usta, ale Rose była rozpędzona i niepowstrzymana niczym lawina śnieżna.
- Nawet nie próbuj mi przerywać, Lamps! Mam dosyć siedzenia na dupie i patrzenia jak giną niewinni! Trzeba wreszcie coś zrobić! - zwróciła się do Waltera. - Słuchaj, mówiłeś, że znasz kogoś, kto wszystko wie, czy tam dużo wie, nieważne. Kto to jest?
Walter westchnął.
- Panna Waterhouse chce się z wami spotkać. Teraz. - oznajmił.
Szczęśliwie na sali nikogo już nie było, Rose zatem zamknęła pospiesznie pub, po czym wszyscy wyszli, tylnymi drzwiami.
- Ale tamtędy mamy iść? - Rose wskazała ciemny wyjazd z podwórza. - Walter ty tak na poważnie...?
Walter bez słowa wyciągnął spod peleryny wielką, policyjną latarkę, o długości co najmniej pół metra i włączył ją. Promień w pełni godny latarni morskiej trysnął z urządzenia, oświetlając świat dookoła. Walter skierował światło na przejście.
- Puste - zakomunikował beznamiętnie. - Idziemy.
Poprowadził ich zaułkami i podwórzami, tak, że stracili na moment orientację w terenie, dopiero majacząca we mgle wieża katedry uświadomiła im, że są w centrum. Walter poprowadził ich boczną uliczką, po której obu stronach rysowały się niewyraźnie w tumanie szeregowe domy z wykuszami i ozdobnymi elewacjami. Ich drzwi wydawały się wycięte z mroku, w świetle lamp ulicznych, z unoszącymi się na nich lśniącymi złociście prostokątami otworów na listy.
Okna tych domów były w większości ciemne, tylko w kilku, nalezących do jednego mieszkania, paliło się światło. Walter stanął przed drzwiami tego mieszkania i energicznie nacisnął guzik dzwonka.
Szczęknęło. Siwa głowa starszej pani zabłysła w świetle lamp sodowych.
- Wejdźcie, kochani - powiedziała staruszka z uśmiechem. - Czekałam na was.
Weszli całą piątką, za nimi zaś pies.

____________________________________________-_______
Oddaję w wasze ręce rozdział 7, który udało mi się przestać pisać, a już zaistniała groźba, że przekroczy objętością Harry'ego Pottera w całości ;) W ramach bonusu...



...ilustracja do któregoś z poprzedich rozdziałów, czyli jak wyglądął Frank, jedzący u Rose śniadanko. Miłego czytania, kochane! :)
Martina





wtorek, 10 grudnia 2013

Rozdział 6

Oh well it's much too early, not right now,
How can I love you when i, I don't know how,
I don't know how, I don't know how ?
How can I trust my eyes, do they really see
What is the truth ? it's hard for me



Janis Joplin "Eazy once you know how"

Kasetka z pieniędzmi była zwykle zamknięta na klucz, który z kolei leżał zazwyczaj w kieszeni Rose. Tego dnia jednak stało się inaczej, a to przez dostawcę mięsa, który zaczął się wykłócać z Robbiem o jakieś rzekome zaległości, odmawiając dostarczenia nowej partii wołowiny i baraniny, o ile żądana przez niego suma nie zostanie uiszczona.
Szef kuchni nie dał się wziąć na te plewy, pamiętał bowiem, że wszelkie opłaty regulowane były na bieżąco. Pamiętał, bo pamiętać musiał, gdyby narobił długów u któregokolwiek z dostawców, Rose niechybnie oberwałaby mu głowę. Przestrzegała bowiem bardzo skrupulatnie zasady, by płacić, jeśli tylko ma się kasę. Długi można było sobie ewentualnie robić w jakiejś kryzysowej sytuacji.
Protesty Robbiego, człowieka z natury spokojnego, nie zdały się na nic i Rose została oderwana od wybierania drobnych z kasetki, potrzebnych jej by mieć z czego wydawać resztę. Nie zdążyła uzupełnić kasy przy barze rano i przy niedzielnym, wzmożonym ruchu bilon skończył jej się całkiem znienacka. Grzebała zatem w kasetce, gdy dobiegło ją desperackie wołanie Robbiego, a że zależało jej na utrzymaniu dobrych stosunków z dostawcą mięsa, który oferował produkty świeże i w miarę tanie, przekręciła tylko klucz w zamku kasetki i zapominając go wyjąć, skoczyła ku tylnym drzwiom.
Spacyfikowała dostawcę w trymiga, odświeżywszy mu pamięć, zdusiła spór w zarodku, umówiła się na kolejną dostawę i wróciła do środka.
Tuż przed drzwiami łącznika między kuchnią a zapleczem owionęła ją ciężka woń kiepskich perfum, niechybny znak, że w pobliżu znajdowała się Drusilla.
- Pewnie znowu napieprza w ten swój smartfon - mruknęła Rose zjadliwie i pchnęła drzwi.
I zamieniła się w słup soli, niczym żona Lota.
To, co ujrzała, było jednak, jej zdaniem całkiem blskie Sodomie i Gomorze. W łączniku znajdowała się Drusilla, i owszem, jednak nie klepała w swoją komórkę, tylko grzebała w kasetce, napychając dekolt dwudziestofuntówkami.
Furia klasy pierwszej z miejsca zalała umysł Rose i pchnęła ją do działania.
Montoya zatrzasnęła kasetkę z taką szybkością, że Drusilla ledwie zdążyła zabrać palce. W oczach dziewczyny błysnęło zaskoczenie, zastąpione szybko zwykłą arogancją.
- No co ty, ocipiałaś? - warknęła.
- No kurwa, ja? To ja kradnę cudze pieniądze? - Rose chwyciła Drusillę za nadgarstek. - Oddawaj wszystko, ale grzecznie, to może nie wezwę glin.
- Pieprz się! - dziewczyna wyrwała się z jej uścisku. - Nawet zaliczki mi nie dałaś!
- Mogę ci dać wpierdol - zaproponowała Rose. - Dawaj kasę!
- Wypad! - Drusilla pchnęła ją oburącz w pierś.
- Ach tak? - Rose odsunęła włosy z twarzy.
Złapała dziewczynę za nadgarstki, wysunęła nogę i po chwili Drusilla leżała na podłodze, wierzgając w powietrzu wysokimi jak szczudła obcasami. Rose usiadła na niej okrakiem, przyciskając jej ręce kolanami do posadzki i skrzętnie zrewidowała, wyciągając zza złotej bluzeczki całe zrabowane mienie.
- A teraz wypad - skomenderowała wstając.
- Poskarżę się Robbiemu! - zawyła Drusilla, wybuchając łzami. Jej makijaż rozmazał się, upodobniając ją do Alice Coopera. - Ty dziwko!
Jednym gestem Rose schwyciła ją za włosy i podniosła z podłogi. Bezlitośnie przewlokła wyjącą i przeklinającą brankę przez kuchnię, aż do tylnego wyjścia. Robbie na ten widok tylko uniósł brew, natomiast Burn z wrażenia zgubił łyżkę w odmętach sosu.
- Won stąd! - wrzasnęła Rose, wyrzucając byłą już pracownicę za drzwi. Pchnęła ją z takim impetem, że dziewczyna wylądowała wśród stojących pod płotem kubłów na śmieci. - Jak cię tu, kurwa, zobaczę, to ci te kudły powyrywam!
- Podła zdzira! - odwrzasnęła Drusilla. Odbiegła kilkanaście kroków i odwróciła się w stronę Rose. - Głupia kurwa! Cygańska pizda!
Powodowana krwawą furią Rose złapała leżącą na śmietniku nadgniłą główkę sałaty lodowej i cisnęła nią w Drusillę, trafiając dokładnie w przepastny dekolt. Kawałki gnijących liści rozbryzły się po piersi dziewczyny, która krzyknęła piskliwie, odwróciła się i uciekła, kolebiąc się na platformach swych kozaków.
Rose wróciła bez słowa do pubu, włożyła zmięte banknoty do kasetki, którą nastepnie bardzo starannie zamknęła na klucz, po czym włączyła komputer i na kilku serwisach internetowych zamieściła ogłoszenie, że poszukuje kelnerki. Potem zaś, upewniwszy się, że nikt jej nie widzi, po raz kolejny przeczytała wszystkie newsy na temat morderstwa Ronette Paulson.
Środa była dniem tak ponurym, że Majka ledwie się zwlokła z łóżka. Była wykończona, od dłuższego czasu bowiem koszmary przybrały na sile, przychodząc co noc. Krew, kamienie, jakieś wielkie, potworne cielska, przelewające się w ciemności, Czarny Człowiek, oraz apokaliptyczne obrazy zagłady, przy takich snach, doprawdy, nie dawało się wypocząć. Do tego coraz częściej widywała dziwne rzeczy na jawie, cienie, snujące się za ludźmi, wypełzające z kątów i czające się w mroku (jak absurdalnie by to nie zabrzmiało), oraz głosy, szepczące różne rzeczy, gdy tylko była sama. Cieszyła się, że ma Keplera, bo gdyby miała teraz spędzić sama domu bodaj pięć minut, prawdopodobnie by oszalała. Chociaż z drugiej strony, zważywszy na fakt że słyszała głosy i widziała to, czego inni nie widzieli, prawdopodobnie już była szalona.
Przed uznaniem się za kompletną wariatkę powstrzymywało ją tylko to, że Kepler również reagował na widziane przez nią zjawy. Czasem, gdy byli w domu, albo w biurze azylu, pies, nagle przebudzony ze snu, zrywał się na równe nogi i ze zjeżoną sierścią biegł w to miejsce, gdzie akurat Majka widziała zarys ciemnej, ludzkiej sylwetki, albo po prostu kłąb czegoś czarnego, przypominającego gęsty dym. Kepler węszył tam przez jakiś czas, niekiedy powarkując, a potem uspokajał się i znowu kładł się u stóp Majki.
Skoro on to też widział, to chyba jednak jej tak zupełnie nie odwalało, myślała Majka, głaszcząc jego wielki łeb.
Tego dnia znowu utknęła w biurze, odwalając papierkową robotę. Usiłowała odcyfrować bazgroły Coltrane'a, dotyczące zużycia leków w stajni i zastanawiając się, dlaczego, u licha, Hal kazał prowadzić notatki temu idiocie, zamiast robić to osobiście. Miałaby o połowę mniej roboty, gdyby zużycie leków w stajni zapisywał ktoś bardziej ogarnięty i dysponujący bardziej czytelnym pismem, niż ten niechluj Coltrane.
Patrzyła właśnie beznadziejnie na malowniczy gryzmoł i zastanawiała od kiedy Coltrane zna pismo arabskie, bo na alfabet łaciński to nie wyglądało, kiedy ktoś zapukał do drzwi.
- Prooooszsz - mruknęła, jednocześnie spoglądając jednym okiem na Keplera. Merdał leniwie ogonem, nie otwierając oczu.
- Cześć - do środka wparował Lampard, elegancki do niemożliwości w swoim długim płaszczu. - Mogę zająć chwilę?
- Możesz nawet więcej niż jedną - odparła Majka, jednocześnie wysuwając nogą spod stołu wolne krzesło. - Siadaj, rozgość się i tak dalej. Akurat odwalam papierkologię, każde urozmaicenie mile widziane. Myślałam, że jesteś w Londynie?
- Już wróciłem, jak widać - odpowiedział spokojnie. - Wpadłem tylko na badania do klubu.
- I jak wyniki?
- Podobno widać poprawę, ale grać wciąż nie mogę.
- Kiepawo. Współczuję. - w głosie Majki zabrzmiało przejęcie. - A co się tu sprowadza?
- Chciałem adoptować kota - rzekł Frank.
Majka spojrzała na niego znad papierów.
- Kota? A miałeś kiedyś jakiegoś? - zapytała.
- Miałem - zełgał bez namysłu. - Uwielbiam koty! - dodał, tym razem szczerze.
- No to spadasz mi z nieba - ucieszyła się Majka. - Akurat mam jedną koteczkę do wydania, jej rodzeństwo dawno poszło w dobre ręce, a jej nikt nie chce. Poczekaj moment, pochowam tę makulaturę i pójdziemy do kociarni.
Majka zaprowadziła Lamparda do dużego, jasnego pomieszczenia, którego jedną ścianę zajmowały zbite z dykty budki dla kotów. Z sufitu zwisały grube liny, pod dwiema ścianami stały rozmaite przyrządy po kórych koty mogły się wspinać, całość zamykała ściana z siatki, odgradzająca drzwi wejściowe od pozostałej części pomieszczenia.
- Zobacz - powiedziała Majka, wskazując niedużego kota w czarne, rude i białe łaty, który właśnie skończył tluc dwa razy większego od siebie rudzielca. - To ona.
Kotka, jakby świadoma, że ją oglądają, usiadła na półeczce i przybrała wdzięczny wygląd przemiłego, puchatego koteczka.
- Prześliczna - oznajmił z zachwytem Frank. - Dlaczego nikt jej nie chce?
- Bo nie jest zbyt wylewna. Trzeba do niej podchodzić z wyczuciem. Jedna arystokratka nawet chciała ją wziąć, ale kiedy spróbowała ją pogłaskać, kota ją ugryzła. No i z adopcji nici - westchnęła Majka. - A tak chciałam znaleźć jej dom...
- A to jakieś pilne? - zainteresował się Lampard, jednocześnie próbując przywabić kotkę do siatki.
- Ona nie znosi za dobrze schroniska - zełgała Majka, nie przyznając, że mały, łaciaty upiór terroryzuje całą kociarnię. Lampard mógłby się rozmyślić, albo co, lepiej było oszczędnie gospodarować prawdą.
- Biorę ją! - zadecydował Frank. - Złapiesz ją?
Majka zaczęła się śmiać.
- Wstrzymaj konie, Frank - powiedziała. - Nie tak szybko. Masz jakąś klatkę?
- A nie, nie mam - Lampard uświadomił sobie, że wożenie kota luzem w samochodzie to średnio dobry pomysł.
- No to skocz ją kupić, przygotuj jakieś miski i karmę i wróć tutaj - poleciła Majka. - Ja w tym czasie przygotuję umowę adopcyjną i dokumenty małej.
Lampard uwinął się z tym tak szybko, że Majka ledwie zdążyła wydrukować i wypełnić odpowiedni formularz.
- Tu masz książeczkę, tam jest napisane, kiedy powinieneś iść z nią na szczepienia - pouczyła, wręczajac Frankowi dokumenty. - Tu jest umowa, trzeba tylko podpisać, ja do ciebie potem wpadnę na wizytę poadopcyjną.
Lampard pochylił się nad stołem i złożył na papierze zamaszysty gzygzoł.
- Znowu zabito jakąś dziewczynę - rzekł, prostując się. - Znaleźli jej ciało w krzakach przy kościele w Thurcaston. Wszystkie media o tym trąbią.
Majka pobladła. Kepler uniósł głowę i popatrzył na Lamparda, zupełnie, jakby wiedział, o czym mowa.
- Thurcaston, przecież myśmy się tam zbierali ostatnio... - Majka wcisnęła umowę do szafki z aktami i trzasnęła szufladą. - Masz tę transporterkę? Jezu, myślisz, że on może zacząć na nas polować?
Frank wzruszył ramionami.
- Kto go wie? Ta dziewczyna, to właściwie jeszcze dziecko, czternaście lat.
- Chryste...
Kiedy Lampard odjechał, uwożąc w transporterce czarnonosą tricolorkę, ochrzczoną wdzięcznym imieniem Celeste, Majka uruchomiła biurowy komputer i zaczęła przetrzepywać net, szukając informacji o nowej zbrodni.
- Ale dlaczego koło kościoła? - zastanawiała się na głos.
Wertowała dalej linki, wyrzucane przez google, wyławiając kąski informacji z kolejnych prasowych notek.
"...jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie cztery megalityczne głazy, stojące na łące, nieopodal miejsca zbrodni, były pokryte krwią. Nie wiadomo jeszcze, czy krew należy do ofiary."
- Głazy? - przed oczyma Majki stanął obraz, nawiedzający ją ostatnio w koszmarach, strużki krwi, ściekającej po chropowatej powierzchni kamieni. Zapominając o nie dokończonej papierkowej robocie poderwała się z krzesła, chwytając w locie kurtkę i smycz.
- Chodź, Kepler - przypięła psa i pociągnęła go za sobą.
Z duszą na ramieniu szła w stronę krzaków przy bramie. Psu tez się to nie podobało, o czym świadczyła jego zjeżona sierść i podkulony ogon.
Tym razem Majka nie zobaczyła niczego dziwnego, żadnej ciemności, żadnych latających stworów, podeszła więc bliżej i dojrzała coś w rodzaju ścieżki, czy raczej przesmyku, którym można było wejść w głąb zarośli. Podążyła tym szlakiem, za nią nieufny Kepler.
No i był tam, sterczał z pożółkłej trawy na niewielkim kawałku wolnej przestrzeni wśród krzewów, niczym poczerniały ząb jekiejś prehistorycznej bestii. Głaz, o ciemnej, chropowatej powierzchni, poznaczonej kolistymi piętnami zielonkawobiałych porostów. Na niektórych z nich widać było ślady czegoś brunatnego.
Krwi, uświadomiła sobie Majka.
Wyciągnęła dłoń, ale zanim zdążyła dotknąć kamienia w jej zmysły uderzyła fala wrażeń. Nozdrza poczuły słonawo-słodki, metaliczny zapach, uszy wypełniły się jakąś dziwaczną kakofonią, jęków, pomruków, zgrzytów i ptasich wrzasków, oczy natomiast zobaczyły ciemność, nieprzenikniony gęsty mrok w którym przewalało się coś gigantycznego. I nieopisanie, pierwotnie złego.
Może by tam stała, aż umarłaby z narastającej trwogi, gdyby nie Kepler, który podciął jej nogi. Padła na ziemię i przez chwilę leżała, wyczerpana, patrząc w burobiałe niebo i pozwalając, by pies lizał ją po twarzy. Wreszcie podniosła się z wysiłkiem, opierając się o Keplera i wyszła z krzaków, nie oglądając się za siebie.
Nie wszystkie koty są miłe. Tę prawdę Frank Lampard przyswoił sobie w ciągu kilku godzin. Jonesy, kocur należący do Rose, był niczym przytulanka, której jedynym celem w życiu było dać się głaskać, głośno przy tym mrucząc. Celeste natomiast była niczym pirania lądowa, w dodatku wredna i złośliwa. Po wypuszczeniu z klatki uwiła się na kanapie w salonie i gdy Frank spróbował ja pogłaskać, walnęła go w rękę, łapą z wysuniętymi pazurami.
- Celeste - rzekł z naganą, patrząc na swe krwawiące obrażenia. - Zachowuj się jak dama!
W odpowiedzi prychnęła. Wzgardliwie.
Kiedy zapoznała się z otoczeniem i uspokoiła, zaczęła się bawić. To znaczy zaczęła biegać, niczym małe, trójkolorowe tornado, z pokoju do pokoju, skacząc po wszystkich możliwych meblach, strącając bibeloty i wywracając wazony, huśtając się na firankach i wydając przy tym dzikie odgłosy.
Wreszcie ucichła na jakiś czas, znikłszy na korytarzu. Lampard odetchnął z ulgą, jednak po drodze do kuchni ulga przekształciła się w furię, kot bowiem postanowił załatwić potrzeby fizjologiczne. Ale nie do luksusowej kuwety z najlepszym żwirkiem i pochłaniaczem zapachów, co to, to nie. Kot, z najwyższym zadowoleniem, zabierał się do oddawania moczu w ulubione półbuty Franka.
- Nie!!! - ryknął Lampard, wyrywając obuwie spod tyłka Celeste.
Okazało się, że pomylił się w ocenie. Kotka zdążyła już nalać porządnie do jednego buta, a teraz jgo zawartość wychlupnęła na Franka.
Mamrocząc przekleństwa wyrzucił buty do śmieci, wytarł podłogę na korytarzu, umył się i przebrał. Tymczasem Celeste wróciła na kanapę, znowu wyglądając jak uosobienie niewinności.
- Będziesz teraz grzeczna? - zapytał z nadzieją.
Łypnęła na niego jednym miedzianożółtym okiem. Odłypnął niebieskozielonym.
Obserwowali się podejrzliwie przez najbliższe pół godziny, wreszcie Lamps stwierdził, że jest głodny i przypomniał sobie, że kupił polędwicę wołową, która czeka w lodówce, by ktoś przemienił ją w stek. Lampard gotował rzadko, ale steki akurat przyrządzać umiał i lubił, jeszcze bardziej zaś lubił je jeść. Zabrał się raźno do roboty i po pół godzinie siedział już nad talerzem, na którym królował średnio wysmażony stek, taki, jaki Frank lubił najbardziej. Odwrócił się jeszcze tylko, by sięgnąć do szuflady po sztućce...
I steku już nie było na talerzu. Oddalał się właśnie na korytarz, wleczony z wysiłkiem przez kotkę.
- A niech cię! - wrzasnął Frank. Wbił nogi w pierwsze lepsze buty, szczęśliwie suche, złapał z wieszaka kurtkę i wyszedł z domu, głodny i zły.
Ponieważ Rose była jedyną znaną mu w Leicester osobą, która znała się na kotach i której nie wstydziłby się przyznać, że pomiata nim trzymiesięczna futrzana kulka, pojechał do Ten Bells.
Znalazł Rose za barem, zajętą dyskusją z dwoma facetami. Obaj nosili drogą i elegancką odzież, mieli nienaganne fryzury i lisie spojrzenia.
- Panowie w jakiej sprawie? - zapytał, opierając się o bar i posyłając Rose uśmiech.
- Panowie właśnie wychodzą - rzekła Rose z naciskiem.
- Niech pani przemyśli naszą ofertę - rzekł jeden z lisów.
- Nikt nie zaproponuje pani tak korzystnych warunków, jak firma Cervezas Internationale - dodał drugi.
- Mam to gdzieś - burknęła Rose. - Ten Bells nie jest na sprzedaż.
- Drzwi są tam - wskazał uczynnie Lampard. - Żegnam panów.
- Gdyby zmieniła pani zdanie... - lis numer jeden wyjął z eleganckiego etui elegancką wizytówkę i elegancko wypielęgnowanym palcem przesunął ja po barze w kierunku Rose. Dziewczyna wzięła kartonik w dwa palce, jakby miała do czynienia z glistą i wrzuciła ostentacyjnie do śmieci.
- Co to za jedni? - zapytał Lampard, gdy drzwi za osobnikami o lisich oczach się zamknęły. - I czy mogę prosić whisky?
Położył na ladzie odliczoną kwotę.
- Jakies pajace, które chciały kupić pub - mruknęła Rose, sięgając po butelkę. - Co ja bym robiła, jakbym go sprzedała? To jest mój cały świat.
- Słuchaj, zostałem ojcem - rąbnął Frank.
Butelka wyśliznęła się z dłoni zaszokowanej Rose i roztrzaskała się na posadzce, w promienistym rozbryzgu whisky.
- Kurwa! - warknęła Montoya. - To znaczy, co proszę?
Frank bez słowa dołożył do pieniędzy na ladzie równowartość stłuczonej butelki.
- Ojcem w przenośni - wyjaśnił. - Co cię tak wstrząsnęło?
- Nic - skłamała Rose, sięgając po szufelkę. - Jak to ojcem w przenośni?
- Adoptowałem kota. A raczej zdawało mi się, że adoptuję kota, a tymczasem adoptowałem huragan.
Opowiedział jej pokrótce swoje przypadki z Celeste.
- A na koniec ukradła mi stek - powiedział, mając nadzieję, że nie brzmi żałośnie. - Mogłabyś mi pomóc jakoś opanować tego potwora?
- Burn, jeden stek, ale pędzikiem! - wrzasnęła przez ramię w kierunku kuchni. - To nie potwór, to młody kot.
- Czy to oznacza, że to, co ona wyprawia, jest normalne? - zapytał ze zgrozą Frank. - W takim razie nie wiem, czy nie lepiej było adoptować to błoniastoskrzydłe paskudztwo.
Gadali dobrą chwilę na temat kotów i ich zachowania, gdy z zaplecza wyłoniła się blondynka, o wdzięcznej figurze i wielkich, ciemnoniebieskich oczach, niosąca tacę z zamówionym stekiem. Na jej widok na twarzy Franka odmalował się wyraz cielęcego zachwytu.
- To dla pana - rzekła głosem, który zabrzmiał w uszach Lamparda jak słodki trel.
- Dziękuję - rzekł z uczuciem. - Jak masz na imię?
- Elodie.
- Elodie - rzekł w rozmarzeniu Lampard. - To prawie jak melodia.
Rose prychnęła gniewnie i trzasnęła ostentacyjnie ścierką o bar.
- Zbaraniał do reszty.- mruknęła pod nosem.- Melodia... i co jeszcze? Melodie miłości? Naoglądał się tanich komedi romantycznych!
Rzuciła dziewczynie wymowne spojrzenie, ta zaś niemal bezszelestnie odpłynęła na zaplecze.
- Lampard! - Rose pstryknęła mu palcami przed nosem. - Wyglądasz jak zahipnotyzowana kura!
- Co? Mówiłaś coś? - Frank zamrugał oczyma.
- Faceci... - mruknęła Rose. - Jedz bo ci stygnie.
Frank był w połowie swojego steku, kiedy do pubu wpadła zdyszana Majka, ciągnąca za sobą psa. Kepler wyrwał jej się od razu za progiem i usiadł przy Franku, całym sobą oświadczając, że zaraz skona z głodu, jeśli kochany pan Lampard nie da mu kawałka tego pysznego mięska. Krukówna zlekceważyła psa i nie zdejmując płaszcza, ani czerwonej, wełnianej czapki, popędziła do stolika zajmowanego przez Waltera i jego papierzyska.
- Kamienie! - wysapała. - On morduje przy kamieniach!
Walter podniósł głowę znad opasłej, mitologicznej księgi.
- Co?
- Ten morderca! - Majka opadła na krzesło. - Wybiera takie miejsce, gdzie są kamienie!
- Kamienie są wszędzie - rzekł gruby facet, siedzący przy stoliku obok.
- Nie do pana mówiłam! - fuknęła Majka. - Walter, przy bramie azylu jest megalit. Morderca zostawił na nim krew Laury Pellegrin. Tak jak teraz w Thurcaston pomazał kamienie krwią Zoe Woodward.
- Wiem - powiedział Walter cicho.
- Ale Ronette nie zabił przy kamieniach, tylko na polu, dlaczego? - wyrzuciła z siebie Majka, z rozpędu. - Jak to wiesz?
- Bo ja, ja się interesuję megalitami. Pamiętam gdzie są wszystkie w okolicy - odparł.
- Walter, jesteś nieziemski, wiesz?
- Jestem bardzo, bardzo ziemski.
- Ale dlaczego Ronette nie zabił przy kamieniach? - Majka popadła w zadumę. - Czekaj, ona była zmasakrowana, morderca tłukł ją po twarzy i głowie, jakby był wściekły.
Walter westchnął.
- Może Ronette była, była niekompletna - zaczerwienił się lekko. - No wiesz, może jej czegoś brakowało.
- Ale czego?
- Dziewictwa - wtrąciła się Rose, podchodząc do stolika. Zniżyła głos. - Ona miała chłopaka. Wiem, że się bzykali, bo pytała mnie o antykoncepcję. Jej matka była trochę nieżyciowa w tym temacie.
- To by wiele wyjaśniało - rzekła Majka powoli.
- Ja bym chciała wiedzieć co to za skurwysyn. Seryjny morderca? - Rose z groźną miną ujęła się pod boki. Kilka twarzy z sali odwróciło się w jej stronę.
- Prawdopodobnie - mruknęła Majka. - Media też tak myślą. Nazwali go "Lotniarz", bo jedna babka widziała coś, co jej zdaniem było pterodaktylem, a zdaniem pismaków lotnią. Koło Enclave widziała, w noc kiedy zamordowano Troya jakiegoś tam, chłopaka twojej byłej kelnerki.
Rose wytrzeszczyła oczy, nie wierząc w to, co słyszy.
- Chodźcie do baru, ludzie się gapią - zarządziła. - Musimy wam coś z Lampsem powiedzieć.
Posłuchali i karnie zasiedli na stołkach przy barze, obok Lamparda, sączącego swoje piwo.
- To nie była lotnia - powiedziała ponuro Rose. - Pterodaktyl też raczej nie. To coś co latało nad Enclave, w tę noc, kiedy zamordowano tego chłopaka.
Frank zakrztusił się piwem. Byłby się udusił, gdyby nie wielkie łapsko, które usłużnie wyrżnęło go w plecy.
- Uważaj Lamps, bo się utopisz na stałym lądzie. Cześć wszystkim - Wasyl wyszczerzył zębiska w szerokim uśmiechu. Pociągnął delikatnie za pompon na czapce Majki. - Sie masz, krasnalu.
- Sie masz wielkoludzie - odpowiedziała Majka, jednocześnie ściągając czapkę z głowy, płonąc potężnym rumieńcem i promieniejąc gwałtownie wybuchłym szczęściem.
- Dzięki, Wasyl - wyzipał Lampard. Otarł załzawione oczy. - Rose, co ty powiedziałaś?
Rose wzniosła oczy do nieba.
- Że wiemy, co latało nad Enclave tamtej nocy - powiedziała. - Bo wiemy, nie Frank?
- Wiemy - odpowiedział Lamps. - Ale nikt nam chyba nie uwierzy.
Wasyl powiódł wzrokiem po twarzach przyjaciół, marszcząc przy tym brwi.
- Moment, bo ja tu nie nadążam chyba - rzekł. - O czym mowa?
- O morderstwach - objaśniła Majka uczynnie. - Zabito trzecią dziewczynę.
- O kurwa - wyrwało się Marcinowi.
Rose wzięła głęboki wdech.
- Ten pterodaktyl, to jest potwór, który mieszka w mojej piwnicy - oznajmiła półgłosem. - Widzieliśmy go z Lampardem w tę noc kiedy wy dwaj się schlaliście.
Wskazała Franka i Marcina. Na twarze obu panów wybiły lekkie rumieńce.
- Zgadza się - przyświadczył Lamps. - Ten stwór, wylądował na moim balkonie. Miał błoniaste skrzydła, więc mógł się komuś kojarzyć z pterodaktylem.
- Jak wyglądał? - zapytała Majka zachłannie.
Frank wzruszył ramionami.
- Jak potwór - odparł. - Miał błoniaste skrzydła, paskudną gębę, mnóstwo ostrych zębów i końskie kopyta.
- I zółtawobrązową skórę - dodała Rose. - I z całą pewnością nie miał szczoteczki do zębów.
- Diabeł z Jersey - wyrwała się Majka, odwracając uwagę od Waltera, który usiłował coś powiedzieć. - Tylko on miał łeb jak wielbłąd.
- Co to jest diabeł z Jersey? - chciała wiedzieć Rose.
- Stwór zamieszkujący lasy południowego New Jersey w USA - odparła Majka. - Według legendy było to trzynaste dziecko Mateczki Leeds, spłodzone z diabłem.
- Po tym co widziałam, nic mnie nie zdziwi - rzekła Rose. - A to co widziałam, całkiem wyglądało jak pomiot diabła.
Wasyl uniósł w górę dłoń.
- Czekajcie, Wally chce coś powiedzieć - oznajmił.
Walter rzucił mu pełne wdzięczności spojrzenie.
- Ten stwór był różnie nazywany w mitach, mitach różnych ludów. Ahool, kongamato, orang -bati, harpia. ekek, olitiau...
-... Camazotz - wpadła mu Majka w słowo.
- Tak, on też. Ja wam o nim powiem, o tym co się z nim wiąże też, ale nie tu, nie tu - twarz Waltera była blada i poważna.
- Czemu nie tu? - zapytał Lampard.
- Bo tu inni słuchają - rzekł Walter ze zniecierpliwieniem. - Przecież to bar.
- Dalej nie rozumiem - stwierdził Wasyl, drapiąc się za uchem. - Wy serio mówicie, że widzieliście jakiegoś mitycznego stwora?
- Bardzo serio - odpowiedzieli chórem Rose i Frank.
- Czy wy nie możecie mnie posłuchać przez chwilę? - zirytował się Walter. - To ważne!
- No, słuchamy - rzekła Majka.
- Musicie kogoś poznać - rzekł Walter, z naciskiem prasy hydraulicznej. - Koniecznie. To jest związane z tym co się dzieje, dzieje w mieście. Z morderstwami. I tymi dziwnymi rzeczami które widujecie.
Zniżył głos do szeptu.
- Ten stwór z twojej, twojej piwnicy, Rose, zjawy, wszelkie zjawiska paranormalne, jeśli widzieliście coś takiego, albo Czarnego Mężczyznę...
- Czarnego Mężczyznę? - Wasyl wjechał mu w słowo. W jego oczach zabłysły iskierki niepokoju.
Majka przypomniała sobie tamtą noc i cień w jej pokoju. A także słowa Marcina, które jej wtedy pomogły. I ciepło jego potężnego ciała.
- Tak - odparł Walter poważnie. - Musicie, musicie mi obiecać, że zrobicie o co proszę i spotkacie się z nią.
- Obiecujemy - Rose uniosła w górę dłoń.
Pozostała trójka pokiwała zgodnie głowami.
- Ej, to jest pub, czy biblioteka? - nowo przybyła grupka klientów stała nad stolikiem, zawalonym papierami Waltera. - Może by ktoś zabrał tę makulaturę?
- Już, już! - właściciel makulatury poderwał się rączo.
- A może by ktoś zainwestował w kulturę? - Wasyl łypnął okiem w kierunku grupki. - Takie wiecie, proszę, przepraszam i te sprawy?
- Nie, nic się nie stało - zapewnił Walter, pospiesznie upychając papiery w aktówce.
Marcin tylko westchnął, robiąc fale na piwie w szklance, trzymanej przez Lamparda.
- Jakieś problemy? - zapytała Rose. - Wyglądasz, jakbyś miał ochotę komuś przylutować.
- Bo mam - odparł Wasyl zwięźle.
- A dlaczego? - indagowała Rose.
Kepler, porzuciszy nadzieję na stek (po którym nie pozostało nawet wspomnienie) podbił łbem dłoń Marcina.
- Kieliszek wina poproszę - zadysponował Wasyl, drapiąc psa za uszami. - Długo by gadać. W Brukseli byłem, poleciałem w niedzielę, zaraz po tym jak.. eeee...
- Jak zwiałeś ode mnie - wypomniała Majka.
Rose, tłumiąc chichot, podsunęła zawstydzonemu Marcinowi zamówione wino. Wziął kieliszek i upił łyk, po czym zerknął na Majkę z miną bernardyna, który zjadł pańskie kapcie.
- No tak jakby - rzekł, a koniuszki uszu zapłonęły mu czerwienią.
- No i co dalej? - zapytał Lampard.
- Nic dalej, pogadałem z dzieciakami, odbiłem się od adwokata żony i tyle - Wasyl wzruszył ramionami. - Nie wiem co ja takiego jej zrobiłem, ale nie daje mi żadnej szansy.
- Ona już nie jest twoją żoną, ona jest twoim najgorszym wrogiem - rzekł Lampard. - Sam lepiej zasuwaj do adwokata.
- Już to zrobiłem - rzekł Marcin ponuro. - Ale wciąż w to wszystko nie wierzę...
Urwał nagle, patrząc na wychodzącą z zaplecza Elodie. Jego twarz przybrała wyraz lekkiego rozmarzenia.
- Kto to? - zapytał. Kelnerka posłała mu uśmiech w przelocie, po czym odwróciła się do klientów, siedzących przy stoliku zwolnionym wcześniej przez Waltera.
- Nowa kelnerka - powiedziała Rose, głosem jak Spitsbergen.
- Urocza, nie? - zapytał równie rozmarzony Lampard.
- Nooo - zgodził się Wasyl.
Majka poczuła gwałtowną chęć kopnięcia uroczej Elodie prosto w jej uroczy tyłek tak mocno, żeby rozbiła się o księżyc, uroczo się przy tym rozbryzgując.
- Nie lubię jej - stwierdził nagle Walter. Obie dziewczyny wyglądały tak, jakby miały ochotę go uściskać, za to panowie spojrzeli na niego ze zdziwieniem.
- Ale dlaczego? - zapytał Wasyl, wciąż dziwnie rozmarzony.
Walter wydawał się zdenerwowany i niepewny.
- Po prostu jej nie lubię - odpowiedział. - I przepraszam, muszę już iść.
Chwycił pod pachę swoją aktówkę i wyszedł tak szybko, że nieomal biegł.
Człowiek stojący w parku Castle Hill uśmiechał się pod nosem, choć w panujących ciemnościach nie było tego widać.
Był zadowolony, bardzo zadowolony.
Wszystko układało się tak, jak zamierzał, a nawet lepiej, zupełnie tak, jakby ktoś próbował wynagrodzić mu poprzednią porażkę z tą małą dziwką, Ronette.
Och, on wiedział kto.
Miał przecież potężnych sprzymierzeńców.
To oni, albo ich Wysłannik, zadbali, by szybko znalazł następną ofiarę. I aby między tymi, którzy mogli popsuć jego Dzieło znalazł się cichy sprzymierzeniec. Musiał przyznać sam przed sobą, podziwiał mądrość swoich sojuszników, która kazała im rozbić jedność wśród wrogów, zanim się jeszcze na dobre zjednoczyli. Błyskotliwe.
I skuteczne.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej, jego idealnie białe zęby zabłysły w mdłym świetle, rzucanym przez odległą latarnię.
A trzecia ofiara niemalże władowała mu się do łóżka. Pomyśleć, że mało brakowało, a by ją przeleciał, na szczęście dowiedział się, że ta napalona suka jest dziewicą. Po ostatniej wtopie nie był już frajerem i zbajerował ją, żeby poszła do ginekologa.
Poszła. I przyniosła mu wyrok swojej śmierci.
Mężczyzna roześmiał się, zimnym, martwym śmiechem.
Dwa komplety koronkowej bielizny leżały rozłożone na łóżku, kompletnie naga Moira zaś, stała obok, nachylając się nad nimi i zastanawiając który będzie lepszy. Różowy był taki uroczy, ale kurde, Anastazja Steele przecież nigdy by takiego nie założyła. Czarny, zdaniem Moiry, emanował mroczną seksualnością i komunikował, że nosząca go kobieta była gotowa na wszystko. Tak, czarny był zdecydowanie lepszy.
Chwyciła skąpe majteczki i głęboko wycięty stanik, obserwując kątem oka swoje odbicie w lustrze. Wydała na tę bieliznę oraz na solarkę i depilację brazylijską, dzięki której jej wzgórek łonowy był idealnie gładki, kupę kasy, ale było warto. Tej nocy miało się dla niej zacząć nowe życie, takie, na jakie zasługiwała. W luksusie i bez trosk.
Ubierając się w bieliznę, a potem sukienkę, wyobrażała sobie swoją twarz na okładkach gazet. Pani Grey, nowa celebrytka, na punkcie której oszalał świat. Kim była kobieta, która zawładnęła sercem Roberta Greya, człowieka, o którego względy zabiegały największe gwiazdy? Kim była ta fascynująca istota?
Kiedy zbiegała po schodach, do oczekującej na nią taksówki, miała wrażenie, że ma skrzydła u ramion.
Życie było takie piękne.
_______________________________________________________________________________
Zapraszam na rozdział 6, kończony w dzikim pośpiechu, żeby mi jutrzejsza Liga Mistrzów nie właziła w paradę. Akcja sie zagęszcza (mam nadzieję) ja się jeszcze w niej nie pogubiłam, więc może da się to czytać bez bólu ;)

W ramach bonusa piękne oczy i długie rzęsy Lampsa...




...oraz klata Wasyla.



Miłych wrażeń! ;) 
Martina