środa, 18 grudnia 2013

Rozdział 7

I could swear there is someone
somewhere
watching me.
Through the wind
and the chill
and the rain

And the storm
and the flood


I can feel his approach like a fire in my blood. 

Bonnie Tyler "I need a hero"




Od samego rana Rose przeczuwała, że ten dzień nie będzie dobry. Mogło to mieć związek z pogodą, padał bowiem rozmokły śnieg, zmieszany z deszczem w coś w rodzaju lodowatej zupy, przenikającej człowieka na wylot, o czym Montoya przekonała się na własnej osobie. Jonesy postanowił sobie wyjrzeć przez uchylone okno sypialni i zanim jego właścicielka się obejrzała już był na parapecie, śliskim od lodu. Spróbował złapać przyczepność za pomocą pazurów, nie wyszło.
- Miiiiiaaaaauuuu! - zawył rozpaczliwie, zjeżdżając w pustkę.
- Jonesy! - wrzasnęła Rose, nie mniej rozpaczliwie. Rzuciła się w kierunku okna, ale było za późno.
Otworzyła je na całą szerokość i wywiesiła się przez parapet, patrząc w dół i spodziewając się ujrzeć rozmazane szczątki na chodniku.
Nic z tych rzeczy.
Z markizy nad wejściem do pubu patrzyła na nią wielkimi od strachu, okrągłymi oczyma, bardzo mokra kupka nieszczęścia.
- Miaaaaauaaaaaa! - zajęczała.
Z rozwianym włosem, w samej tylko krótkiej koszuli nocnej i majtkach, Rose popędziła na dół, wbijając po drodze na nogi pierwsze, lepsze obuwie. Chwyciła drabinę z zaplecza, szokując przy okazji swoim strojem Burna, przybyłego wcześniej, żeby odebrać dostawę mięsa.
- Niezłe nogi - skwitował rzeźnik.
- Zwykle chodzi, eeee... bardziej, no wiesz, ubrana - Burn nieomal upuścił podkładkę, z przypiętymi do niej papierami.
- Brałbym - rzeźnik zmrużył obleśnie oczy.
- Nie mów tego przy niej, bo wylądujesz na OIOMie - poradził Burn. - Jako dawca narządów.
Nie zważając na lejącą się z nieba lodową zupę oraz spojrzenia nielicznych przechodniów, Rose przystawiła drabię do markizy i wygarnęła Jonesy'ego z kałuży lodowatej wody, która zebrała się w zagłębieniu tkaniny.
- Burn, zabierz drabinę sprzed frontu - oznajmiła, wchodząc do kuchni drzwiami od sali. - I nie gap się tak!
Chłopak kiwnął głową, jednak nie odrywając wybałuszonych oczu od Rose i rakiem wycofał się na korytarz.
Rose tymczasem, tuląc do siebie przemoczonego rudzielca, poszła do siebie, na górę, wysuszyła kota, wysuszyła i ubrała siebie, po czym, upewniwszy się, że wszystkie okna w mieszkaniu są zamknięte, wróciła do pubu, przygotować go do otwarcia.
Po czym zjawiły się dwa następne powody złego humoru Rose: migrena i Elodie. Ta pierwsza dała o sobie znać ostrzegawczym kłuciem w okolicach lewego oka, co skłoniło Rose do natychmiastowego połknięcia tabletki przeciwbólowej, spłukanej mocną czarną kawą. Migrena została ujarzmiona, ale nie pokonana, wciąż sygnalizując gdzieś w potylicy, że jak się jej będzie chciało, to wyrwie Rose cały dzień z życiorysu. W pakiecie z ostrzeżeniami były także nadwrażliwość na dźwięki i zapachy oraz zwiększona drażliwość, co zgryźliwą z natury Rose zamieniło w chodzącą bombę zegarową.
Powód drugi wpłynął na zaplecze z właściwą sobie punktualnością, spowity w elegancki płaszczyk przeciwdeszczowy. Nie można się było czepiać, pomyślała Rose, patrząc jak Elodie zdejmuje płaszczyk, a jej włosy, zwinięte w stylowy, acz prosty kok, połyskują złociście w świetle żarówki. Jako kelnerka była znakomita, bardzo grzeczna, zwinna i szybka, a do tgo zawsze uśmiechnięta, nawet gdy trafił jej się wyjątkowo buraczany klient. Dlatego właśnie Rose nie chciała jej zwalniać, o dobrą kelnerkę nie było łatwo.
Ale to co robiła z facetami... Rose nie przyznawała się do tego sama przed sobą, ale kiedy widziała, jak Lampard patrzy na Elodie niczym cielę na malowane wrota, jak ona owija go sobie wokół małego palca jednym uśmiechem, szlag ją trafiał soczysty. Cały czwartkowy, czyli wczorajszy wieczór, Lampard spędził robiąc maślane oczy do cholernej Elodie, prawie się z nim pogadać nie dało, bo co Elodie przeszła, to Frank gubił wątek, zupełnie, jakby na jej widok wyłączał mu się mózg. A może, jadowicie pomyślała Rose, cała krew odpływała mu z głowy w zupełnie inne rejony ciała, niekoniecznie związane z myśleniem.
Nie, żeby Elodie się narzucała, jak na przykład Moira, broń Boże. Nie paradowała mu specjalnie pod nosem, nie podsuwała mu cycków pod nos, wypływała tylko z zaplecza z tym swoim uśmiechem, patrzyła na Lamparda swymi fiołkowymi oczyma i facet odpływał. Mimo jednak braku aktywnego podrywu, Rose miała wrażenie, że ta dziewczyna celowo uwodzi Lamparda i robi mu kisiel z mózgu.
I nie tylko Lamparda, bo posyłała te swoje cholerne, promienne uśmiechy również Wasylowi. Ten nie ulegał może jej urokowi do tego stopnia co Frank, ale nie pozostawał obojętny, odwzajemniając się uśmiechami i wodząc za kelnerką cielęcym spojrzeniem. Rose nie musiała nawet patrzeć, żeby wiedzieć, iż zachowująca pozorny spokój Majka gotuje się od środka. Co było dosyć głupie, zważywszy na fakt, że Wasyl był facetem żonatym, nawet jeśli w trakcie rozwodu.
W pewnej chwili, kiedy Elodie zniknęła na zapleczu, a panowie zatopili się w nader specjalistycznej rozmowie na tematy piłkarskie, Rose nawet zwróciła na to Majce uwagę.
- Widzę, że cię szlag trafia - zagaiła niedbale.
- A ciebie nie? - parsknęła Majka gniewnie, zniżając głos. - Ta zołza owinęła sobie Wasyla wokół palca. Twojego Lamparda zresztą też.
- Po pierwsze, Lampard nie jest mój... - zaczęła Rose.
- I dlatego niemal zasłaniasz go własną piersią, kiedy Elodie wyłazi z zaplecza - mruknęła Majka jadowicie.
- ...Po drugie, pamiętasz chyba, że Wasilewski jest żonaty? - kontynuowała Rose.
Oczy Majki zabłysły w świetle barowej lampki.
- Pamiętam cholernie dobrze - odparła przez zaciśnięte szczęki. - I co z tego? Przecież mu się nie oświadczam!
- To z tego, że nie masz powodu by się wkurwiać - Rose uniosła czarną brew. - To już prędzej jego żona ma.
- Zważywszy na fakt, że wysłała mu pozew rozwodowy, to raczej by się ucieszyła - odparła Majka. - Poza tym, skoro Lampard nie jest twój, również nie masz powodu, żeby się wkurwiać, a się wkurwiasz.
- No co ty. Zwidy jakieś masz!
- Akurat. Za każdym razem kiedy ta zaraza kląska do Lampsa masz minę seryjnego zabójcy, obmyślającego kolejną robotę. I to taką sadystyczną, z torturami.
- Wydaje ci się. Lamps mnie wcale nie obchodzi.
- Bujać to my, ale nie nas - Majka wzniosła w górę palec.
- Dobra, dobra, to nie ja wytresowałam psa, żeby mi chłopa pilnował! - odcięła się Rose, wskazując Keplera, który leżał u nóg Wasyla, opierając obleczoną w kaganiec mordę o jego but.
Majka wzruszyła ramionami.
- On tak sam z siebie - powiedziała. - To mądry pies, bardzo lubi Marcina, a tej zarazy nie trawi. Sama widzisz, że musiałam mu kaganiec włożyć, bo ryczał na nią jak orkiestra.
Fakt faktem, za każdym razem kiedy Elodie pojawiała się w pobliżu, owczarek szczerzył wszystkie zęby i warczał głucho. Rose go znakomicie rozumiała, też miała ochotę warczeć.
Ale to było dnia poprzedniego, teraz zaś "zaraza", przyobleczona już w służbowy fartuch, krzątała się po sali, wycierając stoliki, nieświadoma zapewne emocji, jakie wywoływała w pracodawczyni.
Rose dopijała właśnie kawę, kiedy do głównych drzwi ktoś zaczął się dobijać. Spojrzała na zegarek, nie było jeszcze dziewiątej. Ten jakiś bałwan najwyraźniej nie umiał czytać, albo nie rozumiał znaczenia słowa "zamknięte". No ale skoro sam się podkładał, to proszę bardzo.
Wyszła za baru. Na progu stało dwóch typów, jeden w skórzanej kurtce, drugi w szarej bluzie z kapturem, obaj zmarznięci, z racji posiadania odzieży fatalnie nie dobranej do pogody.
- Zamknięte jest - oznajmiła Rose. - Czytać umiecie?
Wskazała tabliczkę z godzinami otwarcia.
- Szukamy niejakiego Montoyi, laleczko - odparł ten w bluzie, ciągnąc niemiłosiernie nosem. - Właściciela tej budy.
- To ja, pajacu - Rose zaserwowała mu najlepsze ze swych morderczych spojrzeń.
Facet w bluzie otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale jego kompan wyrżnął go mało subtelnie łokciem pod żebra.
- Przepraszamy panią - rzekł. - Jesteśmy z policji. Inspektor Harvey i sierżant Tribeson.
- Odznakę pokazać - zażądała Rose.
Pokazał.
- Wejdźcie - zezwoliła łaskawie. Nie czekając na ich reakcję pomaszerowała za bar.
Usiedli na stołkach, po czym ten w bluzie wyjął z kieszeni fotografię i przesunął ją po kontuarze w stronę Rose.
- Zna pani tę dziewczynę? - zapytał.
Rose rzuciła okiem na zdjęcie, po czym spojrzała z politowaniem na Tribesona.
- Po co te podchody? - zapytała. - Skoro tu przyszliście, to wiecie równie dobrze jak ja, że to Moira Brown, moja była pracownica.
- No tak - przyznał Harvey. - Wiemy. Kiedy przestała u pani pracować?
Rose wytężyła pamięć.
- Zaraz po tym, jak zamordowano jej chłopaka, Troya jakiegoś tam - odparła. - Czyli jakieś... dwa tygodnie temu?
Harvey notował, tymczasem Tribeson gapił się na jej piersi.
- Sama odeszła? - zapytał. - czy dostała kopa?
- Sierżancie, pan rozmawia z moimi cyckami, czy ze mną? - Rose była na krawędzi wybuchu. - Jeśli ze mną, to oczy mam trochę wyżej.
Uśmiechnął się głupawo, przenosząc wzrok na twarz Rose.
- No to jak? - zapytał ponownie. - Sama odeszła, czy ją pani zwolniła?
- Sama. Najpierw na chorobowe, potem rzuciła pracę - odparła Rose chłodno.
- A dlaczego? - głupawy uśmieszek nie schodził z twarzy sierżanta.
- A to musi ją pan zapytać - odparła Montoya. - Ja nie wiem.
- Trudno będzie - rzekł Tribeson. Rose zaczęła się zastanawiać, czy jego uśmieszek dałoby się usunąć, na przykład, szlifierką kątową.
- Bo? - zapytała, niezbyt grzecznie.
- Moira Brown nie żyje - wyjaśnił Harvey.
Rose nie uwierzyła własnym uszom.
- Niemożliwe - odparła.
- Możliwe - powiedział Tribeson. - Lubiłaś ją?
- Słuchaj no ćwoku, świń z tobą nie pasłam, więc daruj sobie tę poufałość - wysyczała Rose.
- Tribeson, na miłość boską! - jęknął inspektor Harvey. - Przepraszam panią. Jest trochę nieokrzesany. Wracając do pani Brown, lubiła ją pani?
Wzruszyła ramionami.
- Przyjaciółkami nie byłyśmy - odpowiedziała. - Czasami działała mi na nerwy, ale nie do tego stopnia, żebym chciała ją zabić, jeśli o to panu chodzi.
- Rozumiem - Harvey znowu zaczął notować. - A nie chodziła jakaś dziwna, zanim się nie zwolniła, smutna, czy coś?
Rose poczuła, że zaraz się załamie nerwowo.
- Z jej chłopaka ktoś zrobił puzzle dla lekarza sądowego - odparła. - Miała być pogodna i szczęśliwa?
Tribeson parsknął urywanym śmiechem. Harvey spojrzał na niego z naganą.
- Oczywiście, rozumiem - rzekł do Rose. - Jesli chodzi o panią to już wszystko. Czy możemy porozmawiać z resztą personelu?
- A rozmawiajcie - odparła Rose. - Co jej się właściwie stało?
Tribeson zatrzymał się w drzwiach na zaplecze.
- Zamordowano ją - odparł z wyraźną uciechą. - W parku Castle Hill.
Rose poczuła jak wzbiera w niej gniew.
- Co cię tak bawi, baranie? - wrzasnęła. - Martwa dziewczyna?
- Ej, ej, paniusiu, bo cię aresztuję, za obrazę funkcjonariusza! - obraził się Tribeson.
- Sierżancie! - Harvey pojawił się znienacka w drzwiach. - Zamknijcie wreszcie mordę!
Chwycił Tribesona za kark i wepchnął w głąb łącznika.
- Przepraszam panią za tego debila - rzekł do Rose. - W razie gdyby coś sobie pani przypomniała, proszę dzwonić.
Zapisał swój numer w notesie, wydarł stroniczkę i podał ją Montoyi. Przyjęła ją bez słowa.
Policjanci zrobili swoje i poszli. Rose otworzyła pub, dyskretnie przekopała internet, szukając informacji o śmierci Moiry i z niecierpliwością czekała na Waltera, pamiętając to, co mówił w środę o tych morderstwach, potworze i tak dalej. Bezapelacyjnie coś wiedział, a Rose życzyła sobie wiedzieć co.
Ktoś tu mordował ludzi. Nie podobało jej się to, szczególnie, że byli to ludzie których znała. Rose mogła sobie nie lubić Moiry, ale to nie znaczyło, że aprobowała poderżnięcie jej gardła i porzucenie ciała w parku, jak śmiecia.
No ni cholery. Rose życzyła sobie, aby ten skurwysyn, który to zrobił, został przykładnie ukarany, a zważywszy na fakt, że śledztwem zajmowali się inspektor Głupi i sierżant Głupszy, to nie wydawało się zbyt prawdopodobne.
Walter, który w czwartek wpadł tylko wieczorem i właściwie na chwilę, teraz jak na złość się spóźniał. Normalnie zjawiał się z chwilą otwarcia pubu, ale tego dnia zegar wskazywał dziesiątą, potem jedenastą i dwunastą, a Waltera wciąż nie było.
O czwartej zjawił się Lampard, wściekły i z podrapanymi dłońmi.
- Współpaca z Celeste się nie układa? - zagaiła Rose.
- Co?
Wskazała na jego ręce.
- A to, nie, nic takiego - zbagatelizował Frank. - Mieliśmy małą różnicę zdań na temat głaskania, ale poza tym układa nam się coraz lepiej. Już nawet nie sika mi do butów.
- Cudownie w rzeczy samej - mruknęła Rose.
- Daj szklaneczkę whisky, bo nie wytrzymam - poprosił.
- Tylko się nie schlej! - ostrzegła, sięgając po butelkę.
Frank uniósł brwi.
- Nie przypominam sobie, żebym się z tobą ożenił - rzekł. - A jestem pewien, że tego nie dałoby się zapomnieć. Zwłaszcza nocy poślubnej.
Rose zabiła go spojrzeniem, jednocześnie podając zamówiony napój.
- Co mianowicie usiłujesz spłukać, Lamps? - zapytała, odstawiając butelkę na półkę. - Lampard?
Odwróciła się z powrotem w stronę baru. Lampard siedział bokiem i gapił się wzrokiem tyleż ekstatycznym, co tępym, na Elodie, sprzątającą talerze ze stolika. Brakowało mu tylko strużki śliny, cieknącej z kącika ust, a wyglądąłby jak zombie.
- Frank! - Rose była bliska wyrżnięcia go ścierką w ucho. - Mówię do ciebie!
- Co? Mówiłaś coś? - wymamrotał. Elodie posłała mu uprzejmy uśmiech. - Ona jest taka śliczna... i bezbronna...
Rose wybulgotała coś niezrozumiałego, trzaskając szklankami pod ladą.
- Lampard, przestań myśleć portkami! - zażądała. - Myślisz, że nie czytałam, co twoja była wygaduje?
- Sssso? - Frank odprowadził maślanym spojrzeniem kelnerkę, znikającą właśnie na zapleczu, z tacą pełną naczyń. - O co ci właściwie chodzi?
Kiedy tylko drzwi na zaplecze się zamknęły, jego oczy przybrały na powrót właściwy sobie wyraz bystrości i humoru.
Tak jakby ktoś mu na powrót włączył osobowość, pomyślała Rose.
- O to, że twoja eks opowiada po brukowcach, że jesteś paskudnym seksoholikiem - powiedziała. - To, że masz na koncie sekstaśmę...
- Sprzed kilkunastu lat! - bronił się Frank. - Byłem wtedy głupim gówniarzem!
- Ale jednak - Rose uniosła brew i spojrzała srogo. - Poza tym przyjaźnisz się z facetem, którego ulubionym sposobem na spędzanie wolnego czasu jest ryćkanie cudzych żon. Dołóż do tego pieprzenie mojej kelnerki i nikt nie uwierzy, że nie myślisz pałą.
Lampard lekko zczerwieniał na twarzy.
- Nie wiem co w nią wstąpiło - mruknął.
- W twoją pałę? - zapytała jadowicie Rose.
- Nie, w Christine! - jęknął. - To znaczy wiem, nie chciałem jej zapłacić i się odgrywa...
- Prawnikiem poszczuj.
- To nie takie proste. Ona wie, że musiałbym udowodnić, że nie jestem uzależniony od seksu. A jak miałbym to zrobić?
- Ślubuj czystość - wyrwało się Rose. - To znaczy, przepraszam, no. Nie wiem, musiałbyś dorwać jakiegoś speca od piaru, czy coś. Gdzie ten cholerny Walter?!
Ale Walter się nie zjawiał. Przyszła Majka, lub raczej została przywleczona przez Keplera, który przywitał się entuzjastycznie z Rose i Lampsem, przyszedł Wasyl, ponury jak kondukt w deszczu pod wiatr, na co złożyły się trzy rzeczy: wymiana pism między jego adwokatem, a prawnikiem żony, zawiasy na dwa mecze, nałożone przez komisję ligi za wytrzęsienie trzymanym za odzież na piersiach rywalem, oraz suchy komunikat, wygłoszony przez trenera Pearsona po dzisiejszym treningu.
- Powiedział, że mam się nie łudzić, jestem tylko zmiennikiem - rzekł Wasyl markotnie. Pociągnął łyk piwa. - De Laet wyleczył kontuzję, więc jak się zawiasy skończą, to ląduję na ławce. Bez szans na pierwszy skład, choćbym się zesrał.
- Chujowo - ocenił Lampard.
- Jak nic możemy urządzić stypę ku czci mojej reprezentacyjnej kariery - Marcin uniósł szklankę. - Cześć jej pamięci!
- Może nie będzie tak źle - Majka próbowała pocieszać. - Trener nie krowa, może zmienić zdanie.
- Zanim zmieni zdanie, ja będę za stary na cokolwiek - mruknął Wasyl. - Kurwa, bez piłki i bez rodziny, to co ja będę miał? Gówno!
Kepler bezceremonialnie wepchnął mu łeb pod pachę i zaskomlał.
- Tak, fajny z ciebie gość, stary - Wasyl poczochrał go między uszami. - I masz zajebistą szybkość. Przydałbyś się na napastnika u nas. Co ty na to?
Pies szczeknął radośnie.
- I tanio by wam wyszedł. Te parę kilo wołowiny tygodniowo... - ocenił Lampard.
- I na dziwki by nie chodził, skandali by nie robił - dodała złośliwie Rose.
- Gdzie jest Walter? - zapytała Majka.
Wasyl rozejrzał się dookoła.
- A nie ma go? Myślałem, że zawsze tu siedzi. O rany, ona jest słodka...
Jego twarz przybrała na chwilę wyraz mętnego zachwytu. Majka nawet nie musiała się zastanawiać, żeby zgadnąć o co chodzi. Parszywa Elodie kręciła się po sali.
Krukówna spojrzała na Lamparda. On również wyglądał jak ofiara lobotomii wykonanej łyżeczką do herbaty. Co tu się działo? Trąciła Rose i wskazała jej obu panów.
Co ciekawe gdy tylko Wasyl zaczął mówić o swoich problemach rozwodowych, które widać uwierały go niemiłosiernie, wrócił do rzeczywistości i urok Elodie przestał na niego działać. Natomiast Lamps trwał w kompletnym stuporze, ku wybitnej frustracji i wzrastającej furii Rose.
- Skąd ty ją wytrzasnęłaś? - zapytała półgłosem Majka.
- Z ogłoszenia - odparła kątem ust Rose. - Internetowego.
- Ale jej, czy twojego?
- Mojego. Sprawdziłam, ma niezłe referencje od poprzednich pracodawców.
- Mogła podrobić...
- Ale po co?
- Nie wiem. Ona jest jakaś dziwna. Lepiej miej ją na oku.
- Dziwna, bo co, Wasyl głupieje na jej widok?
- Lampard też. To nie jest normalne.
- No nie wiem... Gdzie ten cholerny Walter?
Majka zerknęła na zegar, wiszący nad barem.
- Jest już dziewiąta, raczej nie przyjdzie. Mamusia go nie puści nigdzie tak późno - stwierdziła.
Jerry, jeden ze stałych bywalców Ten Bells, chcąc się popisać przed Elodie, zaczął coś opowiadać, wspomagając się bardzo energiczną gestykulacją. Tak energiczną, że zmiótł jedną ręką ze stołu solniczkę, która potoczyła się pod nogi kelnerki, siejąc na wszystkie strony sypką zawartością. Elodie zareagowała w sposób nader nietypowy, mianowicie odskoczyła z krzykiem, wpadając na sąsiedni stolik i wypuszczając z rąk tacę.
W ułamku sekundy Rose wyskoczyła zza baru i zanim się ktokolwiek obejrzał, była już w centrum zamieszania.
- Co ty wyprawiasz? - zapytała, wyciągając do dziewczyny rękę.
- Ja ci pomogę - odezwał się ktoś, odsuwając ją na bok.
Lampard. Pomógł dziewczynie wstać, podał jej tacę i patrząc jej w oczy cielęcym spojrzeniem, odgarnął jej z twarzy zabłąkany kosmyk włosów.
- Zabieraj od niej łapy! - ryknęła Rose, gwałtowniej niż zamierzała. - Elodie, przynieś szczotkę i szufelkę z zaplecza!
- Już idę - odparła Elodie, nie odrywając oczu od Franka. Wciąż uśmiechał się, nieobecnym uśmiechem człowieka na haju.
- Lampard, won stąd - Rose popchnęła go w stronę baru. - Idź poszukać swojego mózgu!
Stał jak zombie, póki kelnerka nie odeszła.
- Faceci - sarknęła Rose, obejmując na powrót posterunek za barem. - Wszyscy tacy sami.
- Nie wszyscy - powiedziała cicho Majka, patrząc na Marcina, który ze spuszczoną głową dłubał w swoim smartfonie.
Ależ ją wzięło, pomyślała Rose. Równie dobrze mogłaby sobie wywiesić nad głową wielki czerwony, neonowy napis "Kocham Wasyla". Ciekawe, kiedy ten kosmaty idiota się połapie, że Majka straciła dla niego głowę?
Pięć minut później sól leżała na podłodze, nietknięta, a Elodie ze szczotką nie było widać, nawet na horyzoncie. Wściekła Rose pomaszerowała na zaplecze, ze szczerym postanowieniem urwania dziewczynie głowy. Razem z płucami.
- Czy ja nie mogłabym znaleźć jednej normalnej kelnerki? - zapytała, wkraczając energicznie do łącznika. - Elodie, na co ty czekasz, na oklaski? Bierz szczotkę, szufelkę i sprzątnij ten bajzel!
- Nie! - odparła Elodie, blada jak ściana. Jej czoło i górna wargę pokrywały drobne kropelki potu. - Ja... ja nie mogę!
Rose ujęła się pod boki.
- A to czemu? - zapytała.
- Bo ja, ja, ja... bo nie, no bo tego... - plątała się Elodie niemiłosiernie. - Bo ja mam uczulenie na sól! Patrz!
Spuściła rajstopy, odsłaniając uda i łydki, trupioblade w świetle jarzeniówki.
- Widzisz? Pali mnie!
Od białej skóry na goleniach dziewczyny wyraźnie odcinały się krwawopurpurowe kropki, w tych miejscach gdzie uderzyły kryształki soli.
- Rękawiczki? - zasugerowała Rose.
- Nie! Proszę! - Elodie wyglądała jak ktoś na skraju paniki.
Międląc pod nosem przekleństwa, Rose wyjęła z kąta przybory do zamiatania i poszła na salę.
Stopniowo pub zaczął pustoszeć. Robbie i Burn zamknęli kuchnię i na sali zostali już tylko amatorzy trunków. Rose, korzystając z okazji sukcesywnie zbierała śmieci spod stolików, oznacząło to bowiem mniej roboty przy samym zamykaniu. Po którejś kolejnej rundce stwierdziła, że pojemnik na śmiecie na zapleczu jest przepełniony, wyjęła zatem worek, zawiązała i rozejrzała się za Elodie. Nigdzie jej nie było widać, Rose postanowiła więc wyrzucić śmieci własnoręcznie.
Kubły na śmieci stały pod płotem, oddzielającym niewielkie podwórko na tyłach pubu, od sąsiedniej posesji. Z podwórka tego prowadził wąski wyjazd, dość kiepsko oświetlony i zazwyczaj błotnisty. Coś tam bielało, Rose zatem, pod wpływem ostatnich wydarzeń mająca się na baczności, spojrzała uważniej. To co zobaczyła, sprawiło, że zamarła, z workiem połowicznie wepchniętym do kubła.
Tym, co przykuło jej spojrzenie był jasny fartuch kelnerki. W wyjeździe stała Elodie, ale nie była sama, obok niej ktoś stał, ktoś wysoki, jakby owinięty płaszczem.
Po chwili Rose zrozumiała, że to nie był płaszcz.
To były skrzydła.
:Potwór, zapewne ten sam, który próbował zaatakować ją i Franka, rozłożył je, pogrążając na moment Elodie w mroku. Rose była już gotowa zaszarżować na bestię z czymkolwiek, nawet z pokrywą śmietnika w ręku, kiedy kelnerka zrobiła coś dziwnego.
Uniosła dłoń i pogładziła stwora po twarzy, czy też raczej pysku. Istota poddawała się przez chwilę pieszczocie, jej skrzydła drgały, ledwie zauważalnie, odbijając swą skórzastą powierzchnią światło pobliskiej latarni. Potem Elodie wykonała ruch ręką, jakby nakazywała stworowi lecieć. Z ptasim skrzekiem potworna istota wzbiła się w czarne niebo i zakołowała nad wpatrzoną w nią kobietą.
Rose nie czekała na ciąg dalszy. Puściła po cichu worek i na łeb, na szyję popędziła do pubu. Przeleciała przez kuchnię jak torpeda, wystrzelona z u-boota, przez łącznik, wyhamowała na barze, przechylając się przezeń i schwyciła Majkę oburącz za odzież.
- Mamy problem! - wysapała. - I to, kurwa, poważny!
- Rany boskie, co się stało? - Majka miała oczy jak spodki. - Zabili kogoś?
- Gorzej! - syknęła Rose i zaczęła szeptać. - Ta cała Elodie, ja widziałam ją jak gadała z tym skrzydlatym chujostwem!
- Trzeba powiedzieć chłopakom! - Majka uczyniła gest w stronę Wasyla, pogrążonego w rozmowie z Lampardem.
- Puknij się! - Rose zatrzymała ją, łapiąc za rękę. - Przecież oni przy niej głupieją na sto dwa. Myślisz że co zrobią? W ogóle nie uwierzą!
- Kurwa mać, musimy same coś... Mówiłam ci, że ona jest jakaś dziwna! Widziała cię?
- Chyba nie, ale nie wiem. Jak ona jest w zmowie z tym czymś... - Rose urwała.
- ...to może sama nie jest człowiekiem - dokończyła Majka.
- To czym, Waltera stworem z innego wymiaru? - Rose nie czuła sie przekonana.
- A ten latawiec błoniasty z twojej piwnicy wygląda jakby był z tego? - zapytała Majka.
- No nie...
- Ej, co tak konspirujecie? - zapytał Wasyl. On i Lampard patrzyli na nie, wyraźnie ubawieni.
- Babskie pogaduszki - odparła Rose, szczerząc się w ostentacyjnym uśmiechu, co wyglądało nieco, jakby na coś warczała.
- Tak jest - przyświadczyła Majka, uśmiechając się w podobny sposób.
Chyba nie uwierzyli, ale wrócili do swojej rozmowy.
- To co robimy? - zapytała Majka.
- A czym się zwalcza potwory z innego wymiaru? - odpowiedziała pytaniem Rose.
- Cholera... Kołek to na wampiry, srebrna kula na wilkołaki, poświęcana może? - rozważała Majka.
- Nie mam broni palnej. I jestem niewierząca. Inne możliwości? Ona tu zaraz przylezie!
- Woda święcona. Albo ze świętego źródła. Czosnek, szałwia, koper włoski...
- Czy ja tu szynkę będę marynować?!
- ...jemioła, żelazo, ruta, turkus, sól...
- Sól! - Rose niemal podskoczyła. - Widziałaś, co ona zrobiła, kiedy Jerry rozsypał sól?
Majka pokiwała głową.
- Zaczęła panikować.
- No! Słuchaj, pokazała mi nogi na zapleczu! Od tej szczypty soli, co ją trafiła, porobiły jej się takie czerwone! - emocjonowała się Rose. - A jakby tak jej kubełkiem przyładować? Pełnym?
- To ma sens - zamyśliła się Majka.
- Mam plan. - oczy Rose rozbłysły demonicznie. - Zrobimy pułapkę! Ja ją zawołam, a ty...
Szeptała przez chwilę Majce na ucho, potem, jak gdyby nigdy nic, wstała i poszła na zaplecze.
Majka sprawdziła gdzie jest Kepler, molestował akurat Lampsa o głaskanie, więc spokojna, zlazła ze stołka i ostrożnie weszła za bar. Na wskazanej przez Rose półce znalazła wielką torbę soli. Chwyciwszy ją w objęcia poszła do łącznika, tam zaś znalazła małe, plastikowe wiaderko, używane czasami do mycia stołów. Nasypała do niego soli, do pełna, ujęła w obie dłonie i ostrożnie otworzyła drzwi. Kuchnia była pusta,
Wyjrzała tylnymi drzwiami. Rose stała w korytarzyku i rozmawiała z niewidoczną Elodie.
-...przyjdź za kwadransik do łącznika, zdasz fartuch i będziesz miała już dzisiaj wolne - mówiła słodko Rose.
Rany boskie, pomyślała Majka. Przecież ona zacznie coś podejrzewać, Rose nigdy tak nie mówi do personelu.
Rose skończyła rozmawiać i wróciła do kuchni. Na migi pokazała Majce, że mają schować się za wyspą. Przykucnęły, opierając się dłońmi o białe, laminowane drzwiczki i wstrzymując oddech.
Elodie była chyba jednak tępa, albo zadufana w siebie, bo zignorowała najwyraźniej nagłą słodycz Rose i zjawiła się w kuchni, zmierzając do łącznika.
- Teraz! - wrzasnęła Rose.
Wyskoczyły zza wyspy, Majka szerokim zamachem sypnęła solą z kubełka. Elodie zdążyła się jedak uchylić i większość soli wylądowała na blatach, w garnkach i na podłodze, jednak to, co obsypało twarz kobiety, jeśli to była kobieta, w zupełności wystarczyło.
W białej skórze Elodie pojawiły się dziury, zrazu czerwone, potem czerwieniejące, ziarenka soli zapadały się w nią z sykiem i wśród dymu o drażniącym, siarkowym zapachu. Jej twarz zaczęła się roztapiać i przeobrażać, nos zapadł się w trójkątny otwór, policzki poczerniały i zapadły się, oczy powiększyły i nabrały czerwonej barwy. Dłonie, uniesione w górę, w rozpaczliwym, ochronnym geście, zamieniły się w żylaste łapska, paznokcie zaś wyrosły w ostre jak brzytwa szpony.
- Ja pierdolę - wyrwało się Majce.
Stwór spojrzał na nie. Wąskie usta otwarły się, odsłaniając paszczę, pełną zębów, przypominających igły, jak u ryby głębinowej, a pazury świsnęły centymetry od twarzy Majki.
Z godną podziwu przytomnością umysłu Rose chwyciła z szafki dużą solniczkę i sypnęła jej zawartością w twarz tego czegoś, co przed chwilą było Elodie.
Zasłoniwszy oburącz dymiącą twarz istota padła na podłogę. Jej nogi wierzgały spazmatycznie, jeden pantofel zleciał z jej stopy i wylądował na blacie wyspy, drugi potoczył się po podłodze gdzieś w kąt. Stwór jęczał bezgłośnie, wijąc się, najwyraźniej w bólu.
Obie dziewczyny stały osłupiałe, patrząc na cierpiącą istotę.
- Czy ona, eee... nie żyje? - zapytała Majka z powątpiewaniem. Drgawki stwora wyraźnie osłabły i były coraz rzadsze.
- Chyba umiera - odparła Rose. - Co tu się, kurwa, dzieje?
Podeszła do stworzenia i trąciła je czubkiem buta. Nie zareagowało.
- Tego się nie spodziewałam, napraw...
Jedna z łap wydawałoby się nieprzytomnego, lub konającego stwora, skoczyła do przodu i zacisnęła sie na kostce Rose. Montoya wrzasnęła i kopnęła stwora w twarz wolną nogą. Coś trzasnęło, ale uścisk łapy nie zwalniał, Rose czuła pazury, wbijające się coraz głębiej w jej skórę.
- Sól, dawaj sól! - wrzasnęła rozpaczliwie.
Majka drżącymi dłońmi przetrząsała pojemniki na szafkach, tymczasem stwór z wolna dźwigał się na nogi.
- Dawaj tę pierdoloną sól! - zawyła Rose.
W tym momencie zakapturzona postać w pelerynie przeciwdeszczowej zjawiła się, zdaniem Majki znikąd, zdaniem Rose z niebios i chlusnęła jakąś przezroczystą cieczą na stwora-Elodie. Poczwara pisnęła, kłęby dymu i pary uniosły się z jej skóry, człowiek w pelerynie chlusnął raz jeszcze i jeszcze, stwór kołysał się, kręcił i niknął w oczach, topniejąc z bulgotem. Kiedy tajemniczy wybawca opróżnił trzymaną w ręku butelkę, na podłodze leżał już tylko stosik przemoczonej odzieży. Po Elodie, kimkolwiek lub czymkolwiek była, nie pozostał żaden ślad.
- Dzięki - sapnęła Rose.
Człowiek w pelerynie ściągnął z głowy kaptur i w świetle jarzeniówek ukazało się okrągłe, zatroskane oblicze.
- Walter! - zakrzyknęły równocześnie Rose i Majka.
- Wiedziałem, wiedziałem, że ona jest, że z nią jest coś nie tak! - powiedział wzburzony Walter Barnett. - Specjalnie, specjalnie się tu zaczaiłem, za płotem i ją obserwowałem!
- Czy ona, to... ty ją zabiłeś? - zapytała Majka.
- Nie, ona tylko wróciła Tam - powiedział.
- Tam, znaczy gdzie? - chciała wiedzieć Rose.
Odpowiedzi na swoje pytanie jednak nie otrzymała, ponieważ w tym akurat momencie drzwi kuchni otwarły się z łomotem.
- Co się tutaj dzieje?- wykrzyknął pędzący na czele stawki Frank.
- Ktoś krzyczał? Dziewczyny, wszystko w porządku? - galopujący za nim Wasyl był wyaźnie zaniepokojony. - O kurwa!
Obaj, synchronicznie, wpadli w poślizg na mokrej podłodze i przez chwilę usilnie wierzgali i wymachiwali rękami, próbując odzyskać równowagę, co wyglądało, jakby tańczyli bardzo dziwną odmianę kazaczoka. Wreszcie Lampard zdołał przytrzymać się blatu kuchennej wyspy, Wasyl zaś chwycił kurczowo w objęcia stalową rurę, na której wspierał się jeden koniec wieszaka do rondli i patelni.
- Jezu, no - mruknęła Rose z politowaniem. - Co za dzielni rycerze. Aż dech zapiera.
- Ta poczwara zdołałaby nas zeżreć ze trzy razy, czknąć, umyć zęby i zamówić następne danie, gdyby nie Walter - stwierdziła Majka. - Pogłuchliście tam, czy co?
- Przepraszam, Rose, ale ty ciągle na kogoś wrzeszczysz - wytknął Frank. - Skąd miałem wiedzieć, że tym razem wrzeszczysz ratunku?
- Ja na wszystkich wrzeszczę? - wrzasnęła Rose. - Ja? To nieprawda!
- Wrzeszczysz - wtrącił się Wasyl. - Na przykład teraz.
- No dobrze, wrzeszczę, ale demolowania kuchni nie mam w zwyczaju! - burknęła.
- Czy ja się wreszcie dowiem co tu się stało? - zagrzmiał Frank. Spojrzał na naburmuszoną Rose, poirytowaną Majkę i skubiącego brzeg peleryny Waltera. - No?
Pies Majki, widocznie zwabiony hałasami, wsunął się cicho do kuchni, przelawirował między nogami stojących ludzi i wsadził nos w mokre ciuchy, leżące na podłodze, kichając przy tym i powarkując.
- Ej, a to nie jest fartuch tej kelnerki? - Wasyl spojrzał na rozwłóczone przez Keplera łachy. - I majtki... Co wyście jej zrobiły?
- Wysłałyśmy ją w to miejsce z którego przyszła - oznajmiła gniewnie Majka. - Ona była potworem!
- Ale żeby ją od razu rozbierać...? - zdziwił się Lamps. - Nie wystarczyło wyrzucić z pracy?
- Ktoś wam mózgi łyżeczką wyjadł? - zirytowała się Rose. - Ta baba to był potwór! W konszachtach z tym błoniastym latającym czymś! Walter może zaświadczyć!
Spojrzenia wszystkich obecnych spoczęły na Walterze.
- Ona była Stamtąd - powiedział Walter. - Z innego świata. Oddzielonego od naszego. Ale ta ściana, ta przegroda, w niektórych miejscach robi się cienka i czasami pęka. Wtedy różne drobne istoty przechodzą. Poltergeisty. Demony. Dziwne stwory. A czasami ktoś otwiera Drzwi, chcąc wpuścić coś większego. Ktoś zaczął je otwierać tutaj...
- I wpuścił to skrzydlate? I ją? - Rose wcięła mu się w słowo.
- To skrzydlate tak. Ona, Elodie, ona sama przyszła. Bo te istoty Stamtąd, te wielkie i potężne, one chcą tu wejść, ale nie mogą same otworzyć Drzwi. Ktoś je musi otworzyć z tej strony. A wy im przeszkadzacie.
- To brzmi jak obłęd - zawyrokował Wasyl. - Albo powieść tego tam gościa od Cthulhu.
- Lovecrafta - rzuciła Majka machinalnie, czując jak jej uwielbienie dla Marcina wzrasta. Znał jej ulubionego autora!
- O właśnie. Nie widzę w tym sensu, wybacz Wally - Marcin rozłożył ręce w geście bezradności.
Walter uniósł głowę.
- A jak to wszystko wytłumaczysz? - zapytał. - Jak wyjaśnisz to, co widzisz w swoich snach? Jak wyjaśnisz to, że Czarny Mężczyzna staje co noc przy twoim łóżku? To, że po mieście latają potwory?
- Ja osobiście żadnego nie widziałem - Wasyl przekrzywił głowę.
- Ja widziałam - mruknęła Rose. - Nawet dwa.
- Ja też - dodał Lampard. - Wprawdzie tylko jednego, ale wyglądał całkiem realnie.
- Ja też - dodała Majka. - A Czarnego Mężczyznę widziałam razem z tobą!
- Nic nie pamiętam, byłem wtedy tak zalany, że musiałaś mnie kłaść do łóżka - wykręcił się Wasyl.
Majka wycelowała w niego oskarżycielski palec.
- I tu cię mam! - oznajmiła. - Skoro nie pamiętasz, to skąd wiedziałeś, że chodzi mi o tamtą noc?
- No dobra, masz mnie - odparł. - I co w związku z tym?
- To, że może Walter ma rację, jakkolwiek szalone by się wydawało to, co mówi - oznajmił spokojnie Lampard.
- Ja nie wiem jak wy tu możecie stać jak koły, kiedy dookoła krew się leje! - wybuchła Rose. - Ktoś zabił te dziewczyny, Ronette, Laurę, Zoe i Moirę, coś mi mówi, że te morderstwa mają coś współnego z tym całym szaleństwem i chcę wiedzieć co! A potem dopaść tego skurwysyna, który to robi i urwać mu jaja!
Lampard otworzył usta, ale Rose była rozpędzona i niepowstrzymana niczym lawina śnieżna.
- Nawet nie próbuj mi przerywać, Lamps! Mam dosyć siedzenia na dupie i patrzenia jak giną niewinni! Trzeba wreszcie coś zrobić! - zwróciła się do Waltera. - Słuchaj, mówiłeś, że znasz kogoś, kto wszystko wie, czy tam dużo wie, nieważne. Kto to jest?
Walter westchnął.
- Panna Waterhouse chce się z wami spotkać. Teraz. - oznajmił.
Szczęśliwie na sali nikogo już nie było, Rose zatem zamknęła pospiesznie pub, po czym wszyscy wyszli, tylnymi drzwiami.
- Ale tamtędy mamy iść? - Rose wskazała ciemny wyjazd z podwórza. - Walter ty tak na poważnie...?
Walter bez słowa wyciągnął spod peleryny wielką, policyjną latarkę, o długości co najmniej pół metra i włączył ją. Promień w pełni godny latarni morskiej trysnął z urządzenia, oświetlając świat dookoła. Walter skierował światło na przejście.
- Puste - zakomunikował beznamiętnie. - Idziemy.
Poprowadził ich zaułkami i podwórzami, tak, że stracili na moment orientację w terenie, dopiero majacząca we mgle wieża katedry uświadomiła im, że są w centrum. Walter poprowadził ich boczną uliczką, po której obu stronach rysowały się niewyraźnie w tumanie szeregowe domy z wykuszami i ozdobnymi elewacjami. Ich drzwi wydawały się wycięte z mroku, w świetle lamp ulicznych, z unoszącymi się na nich lśniącymi złociście prostokątami otworów na listy.
Okna tych domów były w większości ciemne, tylko w kilku, nalezących do jednego mieszkania, paliło się światło. Walter stanął przed drzwiami tego mieszkania i energicznie nacisnął guzik dzwonka.
Szczęknęło. Siwa głowa starszej pani zabłysła w świetle lamp sodowych.
- Wejdźcie, kochani - powiedziała staruszka z uśmiechem. - Czekałam na was.
Weszli całą piątką, za nimi zaś pies.

____________________________________________-_______
Oddaję w wasze ręce rozdział 7, który udało mi się przestać pisać, a już zaistniała groźba, że przekroczy objętością Harry'ego Pottera w całości ;) W ramach bonusu...



...ilustracja do któregoś z poprzedich rozdziałów, czyli jak wyglądął Frank, jedzący u Rose śniadanko. Miłego czytania, kochane! :)
Martina





3 komentarze:

  1. Święty Jeżu na bananie! Wiedziałam, że ta cała Elodie to jakaś psycholka i miałam rację. Ona wywoływała w facetach obłęd i ślinotok, jedyny Walter się jej nie oparł. Ogólnie w tej części Lamps i Wasyl zachowywali się jak po ciężkiej lobotomii i heroizm z nich całkowicie uleciał. No, ale nadrobił Walter co bardzo mnie cieszy bo poczwara coś by zrobiła Rose. A skoro o niej mowa, to panna Rózia zaczyna topnieć, chociaż nie chce się do tego przyznać. Obie były zazdrosne o wytwarzaną przez Elodie hipnozę, która ogłupiała Wasyla i Franka :P Nie mogę się doczekać tego, co powie im panna Waterhouse. Na pewno jakieś istotne rzeczy, które doprowadzą ich do rozwikłania zagadek śmierci dziewczyn. Czekam na kolejny z niecierpliwością! <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiedziałam, że ta cała Elodie to jakaś dziwna osoba ;) Zawracała facetom w głowie, eh...
    Jestem jednak ciekawa co ta panna Waterhouse ma coś ciekawego do powiedzenia!
    Czekam na nn ;3
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurcze, nieźle wciągający był ten rozdział. Ta Elodie od samego początku wydawała się jakaś dziwna.
    Jestem cholernie ciekawa co ma do powiedzenia staruszka. Wydaje mi się, że to jeszcze nie jest koniec morderstw i ktoś jeszcze zginie, mam tylko nadzieję, że nikt z "fantastycznej czwórki".
    Czekam z niecierpliwością na następny!

    OdpowiedzUsuń