somewhere
watching me.
Through the wind
and the chill
and the rain
And the storm
and the flood
I can feel his approach like a fire in my blood.
Bonnie Tyler "I need a hero"
Bonnie Tyler "I need a hero"
Od samego rana Rose przeczuwała, że ten dzień nie będzie dobry.
Mogło to mieć związek z pogodą, padał bowiem rozmokły śnieg,
zmieszany z deszczem w coś w rodzaju lodowatej zupy, przenikającej
człowieka na wylot, o czym Montoya przekonała się na własnej
osobie. Jonesy postanowił sobie wyjrzeć przez uchylone okno
sypialni i zanim jego właścicielka się obejrzała już był na
parapecie, śliskim od lodu. Spróbował złapać przyczepność za
pomocą pazurów, nie wyszło.
- Miiiiiaaaaauuuu! - zawył rozpaczliwie, zjeżdżając w pustkę.
- Jonesy! - wrzasnęła Rose, nie mniej rozpaczliwie. Rzuciła się w
kierunku okna, ale było za późno.
Otworzyła je na całą szerokość i wywiesiła się przez parapet,
patrząc w dół i spodziewając się ujrzeć rozmazane szczątki na
chodniku.
Nic z tych rzeczy.
Z markizy nad wejściem do pubu patrzyła na nią wielkimi od
strachu, okrągłymi oczyma, bardzo mokra kupka nieszczęścia.
- Miaaaaauaaaaaa! - zajęczała.
Z rozwianym włosem, w samej tylko krótkiej koszuli nocnej i
majtkach, Rose popędziła na dół, wbijając po drodze na nogi
pierwsze, lepsze obuwie. Chwyciła drabinę z zaplecza, szokując
przy okazji swoim strojem Burna, przybyłego wcześniej, żeby
odebrać dostawę mięsa.
- Niezłe nogi - skwitował rzeźnik.
- Zwykle chodzi, eeee... bardziej, no wiesz, ubrana - Burn nieomal
upuścił podkładkę, z przypiętymi do niej papierami.
- Brałbym - rzeźnik zmrużył obleśnie oczy.
- Nie mów tego przy niej, bo wylądujesz na OIOMie - poradził Burn.
- Jako dawca narządów.
Nie zważając na lejącą się z nieba lodową zupę oraz spojrzenia
nielicznych przechodniów, Rose przystawiła drabię do markizy i
wygarnęła Jonesy'ego z kałuży lodowatej wody, która zebrała się
w zagłębieniu tkaniny.
- Burn, zabierz drabinę sprzed frontu - oznajmiła, wchodząc do
kuchni drzwiami od sali. - I nie gap się tak!
Chłopak kiwnął głową, jednak nie odrywając wybałuszonych oczu
od Rose i rakiem wycofał się na korytarz.
Rose tymczasem, tuląc do siebie przemoczonego rudzielca, poszła do
siebie, na górę, wysuszyła kota, wysuszyła i ubrała siebie, po
czym, upewniwszy się, że wszystkie okna w mieszkaniu są zamknięte,
wróciła do pubu, przygotować go do otwarcia.
Po czym zjawiły się dwa następne powody złego humoru Rose:
migrena i Elodie. Ta pierwsza dała o sobie znać ostrzegawczym
kłuciem w okolicach lewego oka, co skłoniło Rose do
natychmiastowego połknięcia tabletki przeciwbólowej, spłukanej
mocną czarną kawą. Migrena została ujarzmiona, ale nie pokonana,
wciąż sygnalizując gdzieś w potylicy, że jak się jej będzie
chciało, to wyrwie Rose cały dzień z życiorysu. W pakiecie z
ostrzeżeniami były także nadwrażliwość na dźwięki i zapachy
oraz zwiększona drażliwość, co zgryźliwą z natury Rose
zamieniło w chodzącą bombę zegarową.
Powód drugi wpłynął na zaplecze z właściwą sobie
punktualnością, spowity w elegancki płaszczyk przeciwdeszczowy.
Nie można się było czepiać, pomyślała Rose, patrząc jak Elodie
zdejmuje płaszczyk, a jej włosy, zwinięte w stylowy, acz prosty
kok, połyskują złociście w świetle żarówki. Jako kelnerka była
znakomita, bardzo grzeczna, zwinna i szybka, a do tgo zawsze
uśmiechnięta, nawet gdy trafił jej się wyjątkowo buraczany
klient. Dlatego właśnie Rose nie chciała jej zwalniać, o dobrą
kelnerkę nie było łatwo.
Ale to co robiła z facetami... Rose nie przyznawała się do tego
sama przed sobą, ale kiedy widziała, jak Lampard patrzy na Elodie
niczym cielę na malowane wrota, jak ona owija go sobie wokół
małego palca jednym uśmiechem, szlag ją trafiał soczysty. Cały
czwartkowy, czyli wczorajszy wieczór, Lampard spędził robiąc
maślane oczy do cholernej Elodie, prawie się z nim pogadać nie
dało, bo co Elodie przeszła, to Frank gubił wątek, zupełnie,
jakby na jej widok wyłączał mu się mózg. A może, jadowicie
pomyślała Rose, cała krew odpływała mu z głowy w zupełnie inne
rejony ciała, niekoniecznie związane z myśleniem.
Nie, żeby Elodie się narzucała, jak na przykład Moira, broń
Boże. Nie paradowała mu specjalnie pod nosem, nie podsuwała mu
cycków pod nos, wypływała tylko z zaplecza z tym swoim uśmiechem,
patrzyła na Lamparda swymi fiołkowymi oczyma i facet odpływał.
Mimo jednak braku aktywnego podrywu, Rose miała wrażenie, że ta
dziewczyna celowo uwodzi Lamparda i robi mu kisiel z mózgu.
I nie tylko Lamparda, bo posyłała te swoje cholerne, promienne
uśmiechy również Wasylowi. Ten nie ulegał może jej urokowi do
tego stopnia co Frank, ale nie pozostawał obojętny, odwzajemniając
się uśmiechami i wodząc za kelnerką cielęcym spojrzeniem. Rose
nie musiała nawet patrzeć, żeby wiedzieć, iż zachowująca
pozorny spokój Majka gotuje się od środka. Co było dosyć głupie,
zważywszy na fakt, że Wasyl był facetem żonatym, nawet jeśli w
trakcie rozwodu.
W pewnej chwili, kiedy Elodie zniknęła na zapleczu, a panowie
zatopili się w nader specjalistycznej rozmowie na tematy piłkarskie,
Rose nawet zwróciła na to Majce uwagę.
- Widzę, że cię szlag trafia - zagaiła niedbale.
- A ciebie nie? - parsknęła Majka gniewnie, zniżając głos. - Ta
zołza owinęła sobie Wasyla wokół palca. Twojego Lamparda zresztą
też.
- Po pierwsze, Lampard nie jest mój... - zaczęła Rose.
- I dlatego niemal zasłaniasz go własną piersią, kiedy Elodie
wyłazi z zaplecza - mruknęła Majka jadowicie.
- ...Po drugie, pamiętasz chyba, że Wasilewski jest żonaty? -
kontynuowała Rose.
Oczy Majki zabłysły w świetle barowej lampki.
- Pamiętam cholernie dobrze - odparła przez zaciśnięte szczęki.
- I co z tego? Przecież mu się nie oświadczam!
- To z tego, że nie masz powodu by się wkurwiać - Rose uniosła
czarną brew. - To już prędzej jego żona ma.
- Zważywszy na fakt, że wysłała mu pozew rozwodowy, to raczej by
się ucieszyła - odparła Majka. - Poza tym, skoro Lampard nie jest
twój, również nie masz powodu, żeby się wkurwiać, a się
wkurwiasz.
- No co ty. Zwidy jakieś masz!
- Akurat. Za każdym razem kiedy ta zaraza kląska do Lampsa masz
minę seryjnego zabójcy, obmyślającego kolejną robotę. I to taką
sadystyczną, z torturami.
- Wydaje ci się. Lamps mnie wcale nie obchodzi.
- Bujać to my, ale nie nas - Majka wzniosła w górę palec.
- Dobra, dobra, to nie ja wytresowałam psa, żeby mi chłopa
pilnował! - odcięła się Rose, wskazując Keplera, który leżał
u nóg Wasyla, opierając obleczoną w kaganiec mordę o jego but.
Majka wzruszyła ramionami.
- On tak sam z siebie - powiedziała. - To mądry pies, bardzo lubi
Marcina, a tej zarazy nie trawi. Sama widzisz, że musiałam mu
kaganiec włożyć, bo ryczał na nią jak orkiestra.
Fakt faktem, za każdym razem kiedy Elodie pojawiała się w pobliżu,
owczarek szczerzył wszystkie zęby i warczał głucho. Rose go
znakomicie rozumiała, też miała ochotę warczeć.
Ale to było dnia poprzedniego, teraz zaś "zaraza",
przyobleczona już w służbowy fartuch, krzątała się po sali,
wycierając stoliki, nieświadoma zapewne emocji, jakie wywoływała
w pracodawczyni.
Rose dopijała właśnie kawę, kiedy do głównych drzwi ktoś
zaczął się dobijać. Spojrzała na zegarek, nie było jeszcze
dziewiątej. Ten jakiś bałwan najwyraźniej nie umiał czytać,
albo nie rozumiał znaczenia słowa "zamknięte". No ale
skoro sam się podkładał, to proszę bardzo.
Wyszła za baru. Na progu stało dwóch typów, jeden w skórzanej
kurtce, drugi w szarej bluzie z kapturem, obaj zmarznięci, z racji
posiadania odzieży fatalnie nie dobranej do pogody.
- Zamknięte jest - oznajmiła Rose. - Czytać umiecie?
Wskazała tabliczkę z godzinami otwarcia.
- Szukamy niejakiego Montoyi, laleczko - odparł ten w bluzie,
ciągnąc niemiłosiernie nosem. - Właściciela tej budy.
- To ja, pajacu - Rose zaserwowała mu najlepsze ze swych morderczych
spojrzeń.
Facet w bluzie otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale jego
kompan wyrżnął go mało subtelnie łokciem pod żebra.
- Przepraszamy panią - rzekł. - Jesteśmy z policji. Inspektor
Harvey i sierżant Tribeson.
- Odznakę pokazać - zażądała Rose.
Pokazał.
- Wejdźcie - zezwoliła łaskawie. Nie czekając na ich reakcję
pomaszerowała za bar.
Usiedli na stołkach, po czym ten w bluzie wyjął z kieszeni
fotografię i przesunął ją po kontuarze w stronę Rose.
- Zna pani tę dziewczynę? - zapytał.
Rose rzuciła okiem na zdjęcie, po czym spojrzała z politowaniem na
Tribesona.
- Po co te podchody? - zapytała. - Skoro tu przyszliście, to wiecie
równie dobrze jak ja, że to Moira Brown, moja była pracownica.
- No tak - przyznał Harvey. - Wiemy. Kiedy przestała u pani
pracować?
Rose wytężyła pamięć.
- Zaraz po tym, jak zamordowano jej chłopaka, Troya jakiegoś tam -
odparła. - Czyli jakieś... dwa tygodnie temu?
Harvey notował, tymczasem Tribeson gapił się na jej piersi.
- Sama odeszła? - zapytał. - czy dostała kopa?
- Sierżancie, pan rozmawia z moimi cyckami, czy ze mną? - Rose była
na krawędzi wybuchu. - Jeśli ze mną, to oczy mam trochę wyżej.
Uśmiechnął się głupawo, przenosząc wzrok na twarz Rose.
- No to jak? - zapytał ponownie. - Sama odeszła, czy ją pani
zwolniła?
- Sama. Najpierw na chorobowe, potem rzuciła pracę - odparła Rose
chłodno.
- A dlaczego? - głupawy uśmieszek nie schodził z twarzy sierżanta.
- A to musi ją pan zapytać - odparła Montoya. - Ja nie wiem.
- Trudno będzie - rzekł Tribeson. Rose zaczęła się zastanawiać,
czy jego uśmieszek dałoby się usunąć, na przykład, szlifierką
kątową.
- Bo? - zapytała, niezbyt grzecznie.
- Moira Brown nie żyje - wyjaśnił Harvey.
Rose nie uwierzyła własnym uszom.
- Niemożliwe - odparła.
- Możliwe - powiedział Tribeson. - Lubiłaś ją?
- Słuchaj no ćwoku, świń z tobą nie pasłam, więc daruj sobie
tę poufałość - wysyczała Rose.
- Tribeson, na miłość boską! - jęknął inspektor Harvey. -
Przepraszam panią. Jest trochę nieokrzesany. Wracając do pani
Brown, lubiła ją pani?
Wzruszyła ramionami.
- Przyjaciółkami nie byłyśmy - odpowiedziała. - Czasami działała
mi na nerwy, ale nie do tego stopnia, żebym chciała ją zabić,
jeśli o to panu chodzi.
- Rozumiem - Harvey znowu zaczął notować. - A nie chodziła jakaś
dziwna, zanim się nie zwolniła, smutna, czy coś?
Rose poczuła, że zaraz się załamie nerwowo.
- Z jej chłopaka ktoś zrobił puzzle dla lekarza sądowego -
odparła. - Miała być pogodna i szczęśliwa?
Tribeson parsknął urywanym śmiechem. Harvey spojrzał na niego z
naganą.
- Oczywiście, rozumiem - rzekł do Rose. - Jesli chodzi o panią to
już wszystko. Czy możemy porozmawiać z resztą personelu?
- A rozmawiajcie - odparła Rose. - Co jej się właściwie stało?
Tribeson zatrzymał się w drzwiach na zaplecze.
- Zamordowano ją - odparł z wyraźną uciechą. - W parku Castle
Hill.
Rose poczuła jak wzbiera w niej gniew.
- Co cię tak bawi, baranie? - wrzasnęła. - Martwa dziewczyna?
- Ej, ej, paniusiu, bo cię aresztuję, za obrazę funkcjonariusza! -
obraził się Tribeson.
- Sierżancie! - Harvey pojawił się znienacka w drzwiach. -
Zamknijcie wreszcie mordę!
Chwycił Tribesona za kark i wepchnął w głąb łącznika.
- Przepraszam panią za tego debila - rzekł do Rose. - W razie gdyby
coś sobie pani przypomniała, proszę dzwonić.
Zapisał swój numer w notesie, wydarł stroniczkę i podał ją
Montoyi. Przyjęła ją bez słowa.
Policjanci zrobili swoje i poszli. Rose otworzyła pub, dyskretnie
przekopała internet, szukając informacji o śmierci Moiry i z
niecierpliwością czekała na Waltera, pamiętając to, co mówił w
środę o tych morderstwach, potworze i tak dalej. Bezapelacyjnie coś
wiedział, a Rose życzyła sobie wiedzieć co.
Ktoś tu mordował ludzi. Nie podobało jej się to, szczególnie, że
byli to ludzie których znała. Rose mogła sobie nie lubić Moiry,
ale to nie znaczyło, że aprobowała poderżnięcie jej gardła i
porzucenie ciała w parku, jak śmiecia.
No ni cholery. Rose życzyła sobie, aby ten skurwysyn, który to
zrobił, został przykładnie ukarany, a zważywszy na fakt, że
śledztwem zajmowali się inspektor Głupi i sierżant Głupszy, to
nie wydawało się zbyt prawdopodobne.
Walter, który w czwartek wpadł tylko wieczorem i właściwie na
chwilę, teraz jak na złość się spóźniał. Normalnie zjawiał
się z chwilą otwarcia pubu, ale tego dnia zegar wskazywał
dziesiątą, potem jedenastą i dwunastą, a Waltera wciąż nie
było.
O czwartej zjawił się Lampard, wściekły i z podrapanymi dłońmi.
- Współpaca z Celeste się nie układa? - zagaiła Rose.
- Co?
Wskazała na jego ręce.
- A to, nie, nic takiego - zbagatelizował Frank. - Mieliśmy małą
różnicę zdań na temat głaskania, ale poza tym układa nam się
coraz lepiej. Już nawet nie sika mi do butów.
- Cudownie w rzeczy samej - mruknęła Rose.
- Daj szklaneczkę whisky, bo nie wytrzymam - poprosił.
- Tylko się nie schlej! - ostrzegła, sięgając po butelkę.
Frank uniósł brwi.
- Nie przypominam sobie, żebym się z tobą ożenił - rzekł. - A
jestem pewien, że tego nie dałoby się zapomnieć. Zwłaszcza nocy
poślubnej.
Rose zabiła go spojrzeniem, jednocześnie podając zamówiony napój.
- Co mianowicie usiłujesz spłukać, Lamps? - zapytała, odstawiając
butelkę na półkę. - Lampard?
Odwróciła się z powrotem w stronę baru. Lampard siedział bokiem
i gapił się wzrokiem tyleż ekstatycznym, co tępym, na Elodie,
sprzątającą talerze ze stolika. Brakowało mu tylko strużki
śliny, cieknącej z kącika ust, a wyglądąłby jak zombie.
- Frank! - Rose była bliska wyrżnięcia go ścierką w ucho. -
Mówię do ciebie!
- Co? Mówiłaś coś? - wymamrotał. Elodie posłała mu uprzejmy
uśmiech. - Ona jest taka śliczna... i bezbronna...
Rose wybulgotała coś niezrozumiałego, trzaskając szklankami pod
ladą.
- Lampard, przestań myśleć portkami! - zażądała. - Myślisz, że
nie czytałam, co twoja była wygaduje?
- Sssso? - Frank odprowadził maślanym spojrzeniem kelnerkę,
znikającą właśnie na zapleczu, z tacą pełną naczyń. - O co ci
właściwie chodzi?
Kiedy tylko drzwi na zaplecze się zamknęły, jego oczy przybrały
na powrót właściwy sobie wyraz bystrości i humoru.
Tak jakby ktoś mu na powrót włączył osobowość, pomyślała
Rose.
- O to, że twoja eks opowiada po brukowcach, że jesteś paskudnym
seksoholikiem - powiedziała. - To, że masz na koncie sekstaśmę...
- Sprzed kilkunastu lat! - bronił się Frank. - Byłem wtedy głupim
gówniarzem!
- Ale jednak - Rose uniosła brew i spojrzała srogo. - Poza tym
przyjaźnisz się z facetem, którego ulubionym sposobem na spędzanie
wolnego czasu jest ryćkanie cudzych żon. Dołóż do tego
pieprzenie mojej kelnerki i nikt nie uwierzy, że nie myślisz pałą.
Lampard lekko zczerwieniał na twarzy.
- Nie wiem co w nią wstąpiło - mruknął.
- W twoją pałę? - zapytała jadowicie Rose.
- Nie, w Christine! - jęknął. - To znaczy wiem, nie chciałem jej
zapłacić i się odgrywa...
- Prawnikiem poszczuj.
- To nie takie proste. Ona wie, że musiałbym udowodnić, że nie
jestem uzależniony od seksu. A jak miałbym to zrobić?
- Ślubuj czystość - wyrwało się Rose. - To znaczy, przepraszam,
no. Nie wiem, musiałbyś dorwać jakiegoś speca od piaru, czy coś.
Gdzie ten cholerny Walter?!
Ale Walter się nie zjawiał. Przyszła Majka, lub raczej została
przywleczona przez Keplera, który przywitał się entuzjastycznie z
Rose i Lampsem, przyszedł Wasyl, ponury jak kondukt w deszczu pod
wiatr, na co złożyły się trzy rzeczy: wymiana pism między jego
adwokatem, a prawnikiem żony, zawiasy na dwa mecze, nałożone przez
komisję ligi za wytrzęsienie trzymanym za odzież na piersiach
rywalem, oraz suchy komunikat, wygłoszony przez trenera Pearsona po
dzisiejszym treningu.
- Powiedział, że mam się nie łudzić, jestem tylko zmiennikiem -
rzekł Wasyl markotnie. Pociągnął łyk piwa. - De Laet wyleczył
kontuzję, więc jak się zawiasy skończą, to ląduję na ławce.
Bez szans na pierwszy skład, choćbym się zesrał.
- Chujowo - ocenił Lampard.
- Jak nic możemy urządzić stypę ku czci mojej reprezentacyjnej
kariery - Marcin uniósł szklankę. - Cześć jej pamięci!
- Może nie będzie tak źle - Majka próbowała pocieszać. - Trener
nie krowa, może zmienić zdanie.
- Zanim zmieni zdanie, ja będę za stary na cokolwiek - mruknął
Wasyl. - Kurwa, bez piłki i bez rodziny, to co ja będę miał?
Gówno!
Kepler bezceremonialnie wepchnął mu łeb pod pachę i zaskomlał.
- Tak, fajny z ciebie gość, stary - Wasyl poczochrał go między
uszami. - I masz zajebistą szybkość. Przydałbyś się na
napastnika u nas. Co ty na to?
Pies szczeknął radośnie.
- I tanio by wam wyszedł. Te parę kilo wołowiny tygodniowo... -
ocenił Lampard.
- I na dziwki by nie chodził, skandali by nie robił - dodała
złośliwie Rose.
- Gdzie jest Walter? - zapytała Majka.
Wasyl rozejrzał się dookoła.
- A nie ma go? Myślałem, że zawsze tu siedzi. O rany, ona jest
słodka...
Jego twarz przybrała na chwilę wyraz mętnego zachwytu. Majka nawet
nie musiała się zastanawiać, żeby zgadnąć o co chodzi. Parszywa
Elodie kręciła się po sali.
Krukówna spojrzała na Lamparda. On również wyglądał jak ofiara
lobotomii wykonanej łyżeczką do herbaty. Co tu się działo?
Trąciła Rose i wskazała jej obu panów.
Co ciekawe gdy tylko Wasyl zaczął mówić o swoich problemach
rozwodowych, które widać uwierały go niemiłosiernie, wrócił do
rzeczywistości i urok Elodie przestał na niego działać. Natomiast
Lamps trwał w kompletnym stuporze, ku wybitnej frustracji i
wzrastającej furii Rose.
- Skąd ty ją wytrzasnęłaś? - zapytała półgłosem Majka.
- Z ogłoszenia - odparła kątem ust Rose. - Internetowego.
- Ale jej, czy twojego?
- Mojego. Sprawdziłam, ma niezłe referencje od poprzednich
pracodawców.
- Mogła podrobić...
- Ale po co?
- Nie wiem. Ona jest jakaś dziwna. Lepiej miej ją na oku.
- Dziwna, bo co, Wasyl głupieje na jej widok?
- Lampard też. To nie jest normalne.
- No nie wiem... Gdzie ten cholerny Walter?
Majka zerknęła na zegar, wiszący nad barem.
- Jest już dziewiąta, raczej nie przyjdzie. Mamusia go nie puści
nigdzie tak późno - stwierdziła.
Jerry, jeden ze stałych bywalców Ten Bells, chcąc się popisać
przed Elodie, zaczął coś opowiadać, wspomagając się bardzo
energiczną gestykulacją. Tak energiczną, że zmiótł jedną ręką
ze stołu solniczkę, która potoczyła się pod nogi kelnerki,
siejąc na wszystkie strony sypką zawartością. Elodie zareagowała
w sposób nader nietypowy, mianowicie odskoczyła z krzykiem,
wpadając na sąsiedni stolik i wypuszczając z rąk tacę.
W ułamku sekundy Rose wyskoczyła zza baru i zanim się ktokolwiek
obejrzał, była już w centrum zamieszania.
- Co ty wyprawiasz? - zapytała, wyciągając do dziewczyny rękę.
- Ja ci pomogę - odezwał się ktoś, odsuwając ją na bok.
Lampard. Pomógł dziewczynie wstać, podał jej tacę i patrząc jej
w oczy cielęcym spojrzeniem, odgarnął jej z twarzy zabłąkany
kosmyk włosów.
- Zabieraj od niej łapy! - ryknęła Rose, gwałtowniej niż
zamierzała. - Elodie, przynieś szczotkę i szufelkę z zaplecza!
- Już idę - odparła Elodie, nie odrywając oczu od Franka. Wciąż
uśmiechał się, nieobecnym uśmiechem człowieka na haju.
- Lampard, won stąd - Rose popchnęła go w stronę baru. - Idź
poszukać swojego mózgu!
Stał jak zombie, póki kelnerka nie odeszła.
- Faceci - sarknęła Rose, obejmując na powrót posterunek za
barem. - Wszyscy tacy sami.
- Nie wszyscy - powiedziała cicho Majka, patrząc na Marcina, który
ze spuszczoną głową dłubał w swoim smartfonie.
Ależ ją wzięło, pomyślała Rose. Równie dobrze mogłaby sobie
wywiesić nad głową wielki czerwony, neonowy napis "Kocham
Wasyla". Ciekawe, kiedy ten kosmaty idiota się połapie, że
Majka straciła dla niego głowę?
Pięć minut później sól leżała na podłodze, nietknięta, a
Elodie ze szczotką nie było widać, nawet na horyzoncie. Wściekła
Rose pomaszerowała na zaplecze, ze szczerym postanowieniem urwania
dziewczynie głowy. Razem z płucami.
- Czy ja nie mogłabym znaleźć jednej normalnej kelnerki? -
zapytała, wkraczając energicznie do łącznika. - Elodie, na co ty
czekasz, na oklaski? Bierz szczotkę, szufelkę i sprzątnij ten
bajzel!
- Nie! - odparła Elodie, blada jak ściana. Jej czoło i górna
wargę pokrywały drobne kropelki potu. - Ja... ja nie mogę!
Rose ujęła się pod boki.
- A to czemu? - zapytała.
- Bo ja, ja, ja... bo nie, no bo tego... - plątała się Elodie
niemiłosiernie. - Bo ja mam uczulenie na sól! Patrz!
Spuściła rajstopy, odsłaniając uda i łydki, trupioblade w
świetle jarzeniówki.
- Widzisz? Pali mnie!
Od białej skóry na goleniach dziewczyny wyraźnie odcinały się
krwawopurpurowe kropki, w tych miejscach gdzie uderzyły kryształki
soli.
- Rękawiczki? - zasugerowała Rose.
- Nie! Proszę! - Elodie wyglądała jak ktoś na skraju paniki.
Międląc pod nosem przekleństwa, Rose wyjęła z kąta przybory do
zamiatania i poszła na salę.
Stopniowo pub zaczął pustoszeć. Robbie i Burn zamknęli kuchnię i
na sali zostali już tylko amatorzy trunków. Rose, korzystając z
okazji sukcesywnie zbierała śmieci spod stolików, oznacząło to
bowiem mniej roboty przy samym zamykaniu. Po którejś kolejnej
rundce stwierdziła, że pojemnik na śmiecie na zapleczu jest
przepełniony, wyjęła zatem worek, zawiązała i rozejrzała się
za Elodie. Nigdzie jej nie było widać, Rose postanowiła więc
wyrzucić śmieci własnoręcznie.
Kubły na śmieci stały pod płotem, oddzielającym niewielkie
podwórko na tyłach pubu, od sąsiedniej posesji. Z podwórka tego
prowadził wąski wyjazd, dość kiepsko oświetlony i zazwyczaj
błotnisty. Coś tam bielało, Rose zatem, pod wpływem ostatnich
wydarzeń mająca się na baczności, spojrzała uważniej. To co
zobaczyła, sprawiło, że zamarła, z workiem połowicznie
wepchniętym do kubła.
Tym, co przykuło jej spojrzenie był jasny fartuch kelnerki. W
wyjeździe stała Elodie, ale nie była sama, obok niej ktoś stał,
ktoś wysoki, jakby owinięty płaszczem.
Po chwili Rose zrozumiała, że to nie był płaszcz.
To były skrzydła.
:Potwór, zapewne ten sam, który próbował zaatakować ją i
Franka, rozłożył je, pogrążając na moment Elodie w mroku. Rose
była już gotowa zaszarżować na bestię z czymkolwiek, nawet z
pokrywą śmietnika w ręku, kiedy kelnerka zrobiła coś dziwnego.
Uniosła dłoń i pogładziła stwora po twarzy, czy też raczej
pysku. Istota poddawała się przez chwilę pieszczocie, jej skrzydła
drgały, ledwie zauważalnie, odbijając swą skórzastą
powierzchnią światło pobliskiej latarni. Potem Elodie wykonała
ruch ręką, jakby nakazywała stworowi lecieć. Z ptasim skrzekiem
potworna istota wzbiła się w czarne niebo i zakołowała nad
wpatrzoną w nią kobietą.
Rose nie czekała na ciąg dalszy. Puściła po cichu worek i na łeb,
na szyję popędziła do pubu. Przeleciała przez kuchnię jak
torpeda, wystrzelona z u-boota, przez łącznik, wyhamowała na
barze, przechylając się przezeń i schwyciła Majkę oburącz za
odzież.
- Mamy problem! - wysapała. - I to, kurwa, poważny!
- Rany boskie, co się stało? - Majka miała oczy jak spodki. -
Zabili kogoś?
- Gorzej! - syknęła Rose i zaczęła szeptać. - Ta cała Elodie,
ja widziałam ją jak gadała z tym skrzydlatym chujostwem!
- Trzeba powiedzieć chłopakom! - Majka uczyniła gest w stronę
Wasyla, pogrążonego w rozmowie z Lampardem.
- Puknij się! - Rose zatrzymała ją, łapiąc za rękę. - Przecież
oni przy niej głupieją na sto dwa. Myślisz że co zrobią? W ogóle
nie uwierzą!
- Kurwa mać, musimy same coś... Mówiłam ci, że ona jest jakaś
dziwna! Widziała cię?
- Chyba nie, ale nie wiem. Jak ona jest w zmowie z tym czymś... -
Rose urwała.
- ...to może sama nie jest człowiekiem - dokończyła Majka.
- To czym, Waltera stworem z innego wymiaru? - Rose nie czuła sie
przekonana.
- A ten latawiec błoniasty z twojej piwnicy wygląda jakby był z
tego? - zapytała Majka.
- No nie...
- Ej, co tak konspirujecie? - zapytał Wasyl. On i Lampard patrzyli
na nie, wyraźnie ubawieni.
- Babskie pogaduszki - odparła Rose, szczerząc się w ostentacyjnym
uśmiechu, co wyglądało nieco, jakby na coś warczała.
- Tak jest - przyświadczyła Majka, uśmiechając się w podobny
sposób.
Chyba nie uwierzyli, ale wrócili do swojej rozmowy.
- To co robimy? - zapytała Majka.
- A czym się zwalcza potwory z innego wymiaru? - odpowiedziała
pytaniem Rose.
- Cholera... Kołek to na wampiry, srebrna kula na wilkołaki,
poświęcana może? - rozważała Majka.
- Nie mam broni palnej. I jestem niewierząca. Inne możliwości? Ona
tu zaraz przylezie!
- Woda święcona. Albo ze świętego źródła. Czosnek, szałwia,
koper włoski...
- Czy ja tu szynkę będę marynować?!
- ...jemioła, żelazo, ruta, turkus, sól...
- Sól! - Rose niemal podskoczyła. - Widziałaś, co ona zrobiła,
kiedy Jerry rozsypał sól?
Majka pokiwała głową.
- Zaczęła panikować.
- No! Słuchaj, pokazała mi nogi na zapleczu! Od tej szczypty soli,
co ją trafiła, porobiły jej się takie czerwone! - emocjonowała
się Rose. - A jakby tak jej kubełkiem przyładować? Pełnym?
- To ma sens - zamyśliła się Majka.
- Mam plan. - oczy Rose rozbłysły demonicznie. - Zrobimy pułapkę!
Ja ją zawołam, a ty...
Szeptała przez chwilę Majce na ucho, potem, jak gdyby nigdy nic,
wstała i poszła na zaplecze.
Majka sprawdziła gdzie jest Kepler, molestował akurat Lampsa o
głaskanie, więc spokojna, zlazła ze stołka i ostrożnie weszła
za bar. Na wskazanej przez Rose półce znalazła wielką torbę
soli. Chwyciwszy ją w objęcia poszła do łącznika, tam zaś
znalazła małe, plastikowe wiaderko, używane czasami do mycia
stołów. Nasypała do niego soli, do pełna, ujęła w obie dłonie
i ostrożnie otworzyła drzwi. Kuchnia była pusta,
Wyjrzała tylnymi drzwiami. Rose stała w korytarzyku i rozmawiała z
niewidoczną Elodie.
-...przyjdź za kwadransik do łącznika, zdasz fartuch i będziesz
miała już dzisiaj wolne - mówiła słodko Rose.
Rany boskie, pomyślała Majka. Przecież ona zacznie coś
podejrzewać, Rose nigdy tak nie mówi do personelu.
Rose skończyła rozmawiać i wróciła do kuchni. Na migi pokazała
Majce, że mają schować się za wyspą. Przykucnęły, opierając
się dłońmi o białe, laminowane drzwiczki i wstrzymując oddech.
Elodie była chyba jednak tępa, albo zadufana w siebie, bo
zignorowała najwyraźniej nagłą słodycz Rose i zjawiła się w
kuchni, zmierzając do łącznika.
- Teraz! - wrzasnęła Rose.
Wyskoczyły zza wyspy, Majka szerokim zamachem sypnęła solą z
kubełka. Elodie zdążyła się jedak uchylić i większość soli
wylądowała na blatach, w garnkach i na podłodze, jednak to, co
obsypało twarz kobiety, jeśli to była kobieta, w zupełności
wystarczyło.
W białej skórze Elodie pojawiły się dziury, zrazu czerwone, potem
czerwieniejące, ziarenka soli zapadały się w nią z sykiem i wśród
dymu o drażniącym, siarkowym zapachu. Jej twarz zaczęła się
roztapiać i przeobrażać, nos zapadł się w trójkątny otwór,
policzki poczerniały i zapadły się, oczy powiększyły i nabrały
czerwonej barwy. Dłonie, uniesione w górę, w rozpaczliwym,
ochronnym geście, zamieniły się w żylaste łapska, paznokcie zaś
wyrosły w ostre jak brzytwa szpony.
- Ja pierdolę - wyrwało się Majce.
Stwór spojrzał na nie. Wąskie usta otwarły się, odsłaniając
paszczę, pełną zębów, przypominających igły, jak u ryby
głębinowej, a pazury świsnęły centymetry od twarzy Majki.
Z godną podziwu przytomnością umysłu Rose chwyciła z szafki dużą
solniczkę i sypnęła jej zawartością w twarz tego czegoś, co
przed chwilą było Elodie.
Zasłoniwszy oburącz dymiącą twarz istota padła na podłogę. Jej
nogi wierzgały spazmatycznie, jeden pantofel zleciał z jej stopy i
wylądował na blacie wyspy, drugi potoczył się po podłodze gdzieś
w kąt. Stwór jęczał bezgłośnie, wijąc się, najwyraźniej w
bólu.
Obie dziewczyny stały osłupiałe, patrząc na cierpiącą istotę.
- Czy ona, eee... nie żyje? - zapytała Majka z powątpiewaniem.
Drgawki stwora wyraźnie osłabły i były coraz rzadsze.
- Chyba umiera - odparła Rose. - Co tu się, kurwa, dzieje?
Podeszła do stworzenia i trąciła je czubkiem buta. Nie
zareagowało.
- Tego się nie spodziewałam, napraw...
Jedna z łap wydawałoby się nieprzytomnego, lub konającego stwora,
skoczyła do przodu i zacisnęła sie na kostce Rose. Montoya
wrzasnęła i kopnęła stwora w twarz wolną nogą. Coś trzasnęło,
ale uścisk łapy nie zwalniał, Rose czuła pazury, wbijające się
coraz głębiej w jej skórę.
- Sól, dawaj sól! - wrzasnęła rozpaczliwie.
Majka drżącymi dłońmi przetrząsała pojemniki na szafkach,
tymczasem stwór z wolna dźwigał się na nogi.
- Dawaj tę pierdoloną sól! - zawyła Rose.
W tym momencie zakapturzona postać w pelerynie przeciwdeszczowej
zjawiła się, zdaniem Majki znikąd, zdaniem Rose z niebios i
chlusnęła jakąś przezroczystą cieczą na stwora-Elodie. Poczwara
pisnęła, kłęby dymu i pary uniosły się z jej skóry, człowiek
w pelerynie chlusnął raz jeszcze i jeszcze, stwór kołysał się,
kręcił i niknął w oczach, topniejąc z bulgotem. Kiedy tajemniczy
wybawca opróżnił trzymaną w ręku butelkę, na podłodze leżał
już tylko stosik przemoczonej odzieży. Po Elodie, kimkolwiek lub
czymkolwiek była, nie pozostał żaden ślad.
- Dzięki - sapnęła Rose.
Człowiek w pelerynie ściągnął z głowy kaptur i w świetle
jarzeniówek ukazało się okrągłe, zatroskane oblicze.
- Walter! - zakrzyknęły równocześnie Rose i Majka.
- Wiedziałem, wiedziałem, że ona jest, że z nią jest coś nie
tak! - powiedział wzburzony Walter Barnett. - Specjalnie, specjalnie
się tu zaczaiłem, za płotem i ją obserwowałem!
- Czy ona, to... ty ją zabiłeś? - zapytała Majka.
- Nie, ona tylko wróciła Tam - powiedział.
- Tam, znaczy gdzie? - chciała wiedzieć Rose.
Odpowiedzi na swoje pytanie jednak nie otrzymała, ponieważ w tym
akurat momencie drzwi kuchni otwarły się z łomotem.
- Co się tutaj dzieje?- wykrzyknął pędzący na czele stawki
Frank.
- Ktoś krzyczał? Dziewczyny, wszystko w porządku? - galopujący za
nim Wasyl był wyaźnie zaniepokojony. - O kurwa!
Obaj, synchronicznie, wpadli w poślizg na mokrej podłodze i przez
chwilę usilnie wierzgali i wymachiwali rękami, próbując odzyskać
równowagę, co wyglądało, jakby tańczyli bardzo dziwną odmianę
kazaczoka. Wreszcie Lampard zdołał przytrzymać się blatu
kuchennej wyspy, Wasyl zaś chwycił kurczowo w objęcia stalową
rurę, na której wspierał się jeden koniec wieszaka do rondli i
patelni.
- Jezu, no - mruknęła Rose z politowaniem. - Co za dzielni rycerze.
Aż dech zapiera.
- Ta poczwara zdołałaby nas zeżreć ze trzy razy, czknąć, umyć
zęby i zamówić następne danie, gdyby nie Walter - stwierdziła
Majka. - Pogłuchliście tam, czy co?
- Przepraszam, Rose, ale ty ciągle na kogoś wrzeszczysz - wytknął
Frank. - Skąd miałem wiedzieć, że tym razem wrzeszczysz ratunku?
- Ja na wszystkich wrzeszczę? - wrzasnęła Rose. - Ja? To
nieprawda!
- Wrzeszczysz - wtrącił się Wasyl. - Na przykład teraz.
- No dobrze, wrzeszczę, ale demolowania kuchni nie mam w zwyczaju! -
burknęła.
- Czy ja się wreszcie dowiem co tu się stało? - zagrzmiał Frank.
Spojrzał na naburmuszoną Rose, poirytowaną Majkę i skubiącego
brzeg peleryny Waltera. - No?
Pies Majki, widocznie zwabiony hałasami, wsunął się cicho do
kuchni, przelawirował między nogami stojących ludzi i wsadził nos
w mokre ciuchy, leżące na podłodze, kichając przy tym i
powarkując.
- Ej, a to nie jest fartuch tej kelnerki? - Wasyl spojrzał na
rozwłóczone przez Keplera łachy. - I majtki... Co wyście jej
zrobiły?
- Wysłałyśmy ją w to miejsce z którego przyszła - oznajmiła
gniewnie Majka. - Ona była potworem!
- Ale żeby ją od razu rozbierać...? - zdziwił się Lamps. - Nie
wystarczyło wyrzucić z pracy?
- Ktoś wam mózgi łyżeczką wyjadł? - zirytowała się Rose. - Ta
baba to był potwór! W konszachtach z tym błoniastym latającym
czymś! Walter może zaświadczyć!
Spojrzenia wszystkich obecnych spoczęły na Walterze.
- Ona była Stamtąd - powiedział Walter. - Z innego świata.
Oddzielonego od naszego. Ale ta ściana, ta przegroda, w niektórych
miejscach robi się cienka i czasami pęka. Wtedy różne drobne
istoty przechodzą. Poltergeisty. Demony. Dziwne stwory. A czasami
ktoś otwiera Drzwi, chcąc wpuścić coś większego. Ktoś zaczął
je otwierać tutaj...
- I wpuścił to skrzydlate? I ją? - Rose wcięła mu się w słowo.
- To skrzydlate tak. Ona, Elodie, ona sama przyszła. Bo te istoty
Stamtąd, te wielkie i potężne, one chcą tu wejść, ale nie mogą
same otworzyć Drzwi. Ktoś je musi otworzyć z tej strony. A wy im
przeszkadzacie.
- To brzmi jak obłęd - zawyrokował Wasyl. - Albo powieść tego
tam gościa od Cthulhu.
- Lovecrafta - rzuciła Majka machinalnie, czując jak jej
uwielbienie dla Marcina wzrasta. Znał jej ulubionego autora!
- O właśnie. Nie widzę w tym sensu, wybacz Wally - Marcin rozłożył
ręce w geście bezradności.
Walter uniósł głowę.
- A jak to wszystko wytłumaczysz? - zapytał. - Jak wyjaśnisz to,
co widzisz w swoich snach? Jak wyjaśnisz to, że Czarny Mężczyzna
staje co noc przy twoim łóżku? To, że po mieście latają
potwory?
- Ja osobiście żadnego nie widziałem - Wasyl przekrzywił głowę.
- Ja widziałam - mruknęła Rose. - Nawet dwa.
- Ja też - dodał Lampard. - Wprawdzie tylko jednego, ale wyglądał
całkiem realnie.
- Ja też - dodała Majka. - A Czarnego Mężczyznę widziałam razem
z tobą!
- Nic nie pamiętam, byłem wtedy tak zalany, że musiałaś mnie
kłaść do łóżka - wykręcił się Wasyl.
Majka wycelowała w niego oskarżycielski palec.
- I tu cię mam! - oznajmiła. - Skoro nie pamiętasz, to skąd
wiedziałeś, że chodzi mi o tamtą noc?
- No dobra, masz mnie - odparł. - I co w związku z tym?
- To, że może Walter ma rację, jakkolwiek szalone by się wydawało
to, co mówi - oznajmił spokojnie Lampard.
- Ja nie wiem jak wy tu możecie stać jak koły, kiedy dookoła krew
się leje! - wybuchła Rose. - Ktoś zabił te dziewczyny, Ronette,
Laurę, Zoe i Moirę, coś mi mówi, że te morderstwa mają coś
współnego z tym całym szaleństwem i chcę wiedzieć co! A potem
dopaść tego skurwysyna, który to robi i urwać mu jaja!
Lampard otworzył usta, ale Rose była rozpędzona i niepowstrzymana
niczym lawina śnieżna.
- Nawet nie próbuj mi przerywać, Lamps! Mam dosyć siedzenia na
dupie i patrzenia jak giną niewinni! Trzeba wreszcie coś zrobić! -
zwróciła się do Waltera. - Słuchaj, mówiłeś, że znasz kogoś,
kto wszystko wie, czy tam dużo wie, nieważne. Kto to jest?
Walter westchnął.
- Panna Waterhouse chce się z wami spotkać. Teraz. - oznajmił.
Szczęśliwie na sali nikogo już nie było, Rose zatem zamknęła
pospiesznie pub, po czym wszyscy wyszli, tylnymi drzwiami.
- Ale tamtędy mamy iść? - Rose wskazała ciemny wyjazd z podwórza.
- Walter ty tak na poważnie...?
Walter bez słowa wyciągnął spod peleryny wielką, policyjną
latarkę, o długości co najmniej pół metra i włączył ją.
Promień w pełni godny latarni morskiej trysnął z urządzenia,
oświetlając świat dookoła. Walter skierował światło na
przejście.
- Puste - zakomunikował beznamiętnie. - Idziemy.
Poprowadził ich zaułkami i podwórzami, tak, że stracili na moment
orientację w terenie, dopiero majacząca we mgle wieża katedry
uświadomiła im, że są w centrum. Walter poprowadził ich boczną
uliczką, po której obu stronach rysowały się niewyraźnie w
tumanie szeregowe domy z wykuszami i ozdobnymi elewacjami. Ich drzwi
wydawały się wycięte z mroku, w świetle lamp ulicznych, z
unoszącymi się na nich lśniącymi złociście prostokątami
otworów na listy.
Okna tych domów były w większości ciemne, tylko w kilku,
nalezących do jednego mieszkania, paliło się światło. Walter
stanął przed drzwiami tego mieszkania i energicznie nacisnął
guzik dzwonka.
Szczęknęło. Siwa głowa starszej pani zabłysła w świetle lamp
sodowych.
- Wejdźcie, kochani - powiedziała staruszka z uśmiechem. -
Czekałam na was.
Weszli całą piątką, za nimi zaś pies.
____________________________________________-_______
Oddaję w wasze ręce rozdział 7, który udało mi się przestać pisać, a już zaistniała groźba, że przekroczy objętością Harry'ego Pottera w całości ;) W ramach bonusu...
____________________________________________-_______
Oddaję w wasze ręce rozdział 7, który udało mi się przestać pisać, a już zaistniała groźba, że przekroczy objętością Harry'ego Pottera w całości ;) W ramach bonusu...
...ilustracja do któregoś z poprzedich rozdziałów, czyli jak wyglądął Frank, jedzący u Rose śniadanko. Miłego czytania, kochane! :)
Martina


825.jpg)