wtorek, 10 grudnia 2013

Rozdział 6

Oh well it's much too early, not right now,
How can I love you when i, I don't know how,
I don't know how, I don't know how ?
How can I trust my eyes, do they really see
What is the truth ? it's hard for me



Janis Joplin "Eazy once you know how"

Kasetka z pieniędzmi była zwykle zamknięta na klucz, który z kolei leżał zazwyczaj w kieszeni Rose. Tego dnia jednak stało się inaczej, a to przez dostawcę mięsa, który zaczął się wykłócać z Robbiem o jakieś rzekome zaległości, odmawiając dostarczenia nowej partii wołowiny i baraniny, o ile żądana przez niego suma nie zostanie uiszczona.
Szef kuchni nie dał się wziąć na te plewy, pamiętał bowiem, że wszelkie opłaty regulowane były na bieżąco. Pamiętał, bo pamiętać musiał, gdyby narobił długów u któregokolwiek z dostawców, Rose niechybnie oberwałaby mu głowę. Przestrzegała bowiem bardzo skrupulatnie zasady, by płacić, jeśli tylko ma się kasę. Długi można było sobie ewentualnie robić w jakiejś kryzysowej sytuacji.
Protesty Robbiego, człowieka z natury spokojnego, nie zdały się na nic i Rose została oderwana od wybierania drobnych z kasetki, potrzebnych jej by mieć z czego wydawać resztę. Nie zdążyła uzupełnić kasy przy barze rano i przy niedzielnym, wzmożonym ruchu bilon skończył jej się całkiem znienacka. Grzebała zatem w kasetce, gdy dobiegło ją desperackie wołanie Robbiego, a że zależało jej na utrzymaniu dobrych stosunków z dostawcą mięsa, który oferował produkty świeże i w miarę tanie, przekręciła tylko klucz w zamku kasetki i zapominając go wyjąć, skoczyła ku tylnym drzwiom.
Spacyfikowała dostawcę w trymiga, odświeżywszy mu pamięć, zdusiła spór w zarodku, umówiła się na kolejną dostawę i wróciła do środka.
Tuż przed drzwiami łącznika między kuchnią a zapleczem owionęła ją ciężka woń kiepskich perfum, niechybny znak, że w pobliżu znajdowała się Drusilla.
- Pewnie znowu napieprza w ten swój smartfon - mruknęła Rose zjadliwie i pchnęła drzwi.
I zamieniła się w słup soli, niczym żona Lota.
To, co ujrzała, było jednak, jej zdaniem całkiem blskie Sodomie i Gomorze. W łączniku znajdowała się Drusilla, i owszem, jednak nie klepała w swoją komórkę, tylko grzebała w kasetce, napychając dekolt dwudziestofuntówkami.
Furia klasy pierwszej z miejsca zalała umysł Rose i pchnęła ją do działania.
Montoya zatrzasnęła kasetkę z taką szybkością, że Drusilla ledwie zdążyła zabrać palce. W oczach dziewczyny błysnęło zaskoczenie, zastąpione szybko zwykłą arogancją.
- No co ty, ocipiałaś? - warknęła.
- No kurwa, ja? To ja kradnę cudze pieniądze? - Rose chwyciła Drusillę za nadgarstek. - Oddawaj wszystko, ale grzecznie, to może nie wezwę glin.
- Pieprz się! - dziewczyna wyrwała się z jej uścisku. - Nawet zaliczki mi nie dałaś!
- Mogę ci dać wpierdol - zaproponowała Rose. - Dawaj kasę!
- Wypad! - Drusilla pchnęła ją oburącz w pierś.
- Ach tak? - Rose odsunęła włosy z twarzy.
Złapała dziewczynę za nadgarstki, wysunęła nogę i po chwili Drusilla leżała na podłodze, wierzgając w powietrzu wysokimi jak szczudła obcasami. Rose usiadła na niej okrakiem, przyciskając jej ręce kolanami do posadzki i skrzętnie zrewidowała, wyciągając zza złotej bluzeczki całe zrabowane mienie.
- A teraz wypad - skomenderowała wstając.
- Poskarżę się Robbiemu! - zawyła Drusilla, wybuchając łzami. Jej makijaż rozmazał się, upodobniając ją do Alice Coopera. - Ty dziwko!
Jednym gestem Rose schwyciła ją za włosy i podniosła z podłogi. Bezlitośnie przewlokła wyjącą i przeklinającą brankę przez kuchnię, aż do tylnego wyjścia. Robbie na ten widok tylko uniósł brew, natomiast Burn z wrażenia zgubił łyżkę w odmętach sosu.
- Won stąd! - wrzasnęła Rose, wyrzucając byłą już pracownicę za drzwi. Pchnęła ją z takim impetem, że dziewczyna wylądowała wśród stojących pod płotem kubłów na śmieci. - Jak cię tu, kurwa, zobaczę, to ci te kudły powyrywam!
- Podła zdzira! - odwrzasnęła Drusilla. Odbiegła kilkanaście kroków i odwróciła się w stronę Rose. - Głupia kurwa! Cygańska pizda!
Powodowana krwawą furią Rose złapała leżącą na śmietniku nadgniłą główkę sałaty lodowej i cisnęła nią w Drusillę, trafiając dokładnie w przepastny dekolt. Kawałki gnijących liści rozbryzły się po piersi dziewczyny, która krzyknęła piskliwie, odwróciła się i uciekła, kolebiąc się na platformach swych kozaków.
Rose wróciła bez słowa do pubu, włożyła zmięte banknoty do kasetki, którą nastepnie bardzo starannie zamknęła na klucz, po czym włączyła komputer i na kilku serwisach internetowych zamieściła ogłoszenie, że poszukuje kelnerki. Potem zaś, upewniwszy się, że nikt jej nie widzi, po raz kolejny przeczytała wszystkie newsy na temat morderstwa Ronette Paulson.
Środa była dniem tak ponurym, że Majka ledwie się zwlokła z łóżka. Była wykończona, od dłuższego czasu bowiem koszmary przybrały na sile, przychodząc co noc. Krew, kamienie, jakieś wielkie, potworne cielska, przelewające się w ciemności, Czarny Człowiek, oraz apokaliptyczne obrazy zagłady, przy takich snach, doprawdy, nie dawało się wypocząć. Do tego coraz częściej widywała dziwne rzeczy na jawie, cienie, snujące się za ludźmi, wypełzające z kątów i czające się w mroku (jak absurdalnie by to nie zabrzmiało), oraz głosy, szepczące różne rzeczy, gdy tylko była sama. Cieszyła się, że ma Keplera, bo gdyby miała teraz spędzić sama domu bodaj pięć minut, prawdopodobnie by oszalała. Chociaż z drugiej strony, zważywszy na fakt że słyszała głosy i widziała to, czego inni nie widzieli, prawdopodobnie już była szalona.
Przed uznaniem się za kompletną wariatkę powstrzymywało ją tylko to, że Kepler również reagował na widziane przez nią zjawy. Czasem, gdy byli w domu, albo w biurze azylu, pies, nagle przebudzony ze snu, zrywał się na równe nogi i ze zjeżoną sierścią biegł w to miejsce, gdzie akurat Majka widziała zarys ciemnej, ludzkiej sylwetki, albo po prostu kłąb czegoś czarnego, przypominającego gęsty dym. Kepler węszył tam przez jakiś czas, niekiedy powarkując, a potem uspokajał się i znowu kładł się u stóp Majki.
Skoro on to też widział, to chyba jednak jej tak zupełnie nie odwalało, myślała Majka, głaszcząc jego wielki łeb.
Tego dnia znowu utknęła w biurze, odwalając papierkową robotę. Usiłowała odcyfrować bazgroły Coltrane'a, dotyczące zużycia leków w stajni i zastanawiając się, dlaczego, u licha, Hal kazał prowadzić notatki temu idiocie, zamiast robić to osobiście. Miałaby o połowę mniej roboty, gdyby zużycie leków w stajni zapisywał ktoś bardziej ogarnięty i dysponujący bardziej czytelnym pismem, niż ten niechluj Coltrane.
Patrzyła właśnie beznadziejnie na malowniczy gryzmoł i zastanawiała od kiedy Coltrane zna pismo arabskie, bo na alfabet łaciński to nie wyglądało, kiedy ktoś zapukał do drzwi.
- Prooooszsz - mruknęła, jednocześnie spoglądając jednym okiem na Keplera. Merdał leniwie ogonem, nie otwierając oczu.
- Cześć - do środka wparował Lampard, elegancki do niemożliwości w swoim długim płaszczu. - Mogę zająć chwilę?
- Możesz nawet więcej niż jedną - odparła Majka, jednocześnie wysuwając nogą spod stołu wolne krzesło. - Siadaj, rozgość się i tak dalej. Akurat odwalam papierkologię, każde urozmaicenie mile widziane. Myślałam, że jesteś w Londynie?
- Już wróciłem, jak widać - odpowiedział spokojnie. - Wpadłem tylko na badania do klubu.
- I jak wyniki?
- Podobno widać poprawę, ale grać wciąż nie mogę.
- Kiepawo. Współczuję. - w głosie Majki zabrzmiało przejęcie. - A co się tu sprowadza?
- Chciałem adoptować kota - rzekł Frank.
Majka spojrzała na niego znad papierów.
- Kota? A miałeś kiedyś jakiegoś? - zapytała.
- Miałem - zełgał bez namysłu. - Uwielbiam koty! - dodał, tym razem szczerze.
- No to spadasz mi z nieba - ucieszyła się Majka. - Akurat mam jedną koteczkę do wydania, jej rodzeństwo dawno poszło w dobre ręce, a jej nikt nie chce. Poczekaj moment, pochowam tę makulaturę i pójdziemy do kociarni.
Majka zaprowadziła Lamparda do dużego, jasnego pomieszczenia, którego jedną ścianę zajmowały zbite z dykty budki dla kotów. Z sufitu zwisały grube liny, pod dwiema ścianami stały rozmaite przyrządy po kórych koty mogły się wspinać, całość zamykała ściana z siatki, odgradzająca drzwi wejściowe od pozostałej części pomieszczenia.
- Zobacz - powiedziała Majka, wskazując niedużego kota w czarne, rude i białe łaty, który właśnie skończył tluc dwa razy większego od siebie rudzielca. - To ona.
Kotka, jakby świadoma, że ją oglądają, usiadła na półeczce i przybrała wdzięczny wygląd przemiłego, puchatego koteczka.
- Prześliczna - oznajmił z zachwytem Frank. - Dlaczego nikt jej nie chce?
- Bo nie jest zbyt wylewna. Trzeba do niej podchodzić z wyczuciem. Jedna arystokratka nawet chciała ją wziąć, ale kiedy spróbowała ją pogłaskać, kota ją ugryzła. No i z adopcji nici - westchnęła Majka. - A tak chciałam znaleźć jej dom...
- A to jakieś pilne? - zainteresował się Lampard, jednocześnie próbując przywabić kotkę do siatki.
- Ona nie znosi za dobrze schroniska - zełgała Majka, nie przyznając, że mały, łaciaty upiór terroryzuje całą kociarnię. Lampard mógłby się rozmyślić, albo co, lepiej było oszczędnie gospodarować prawdą.
- Biorę ją! - zadecydował Frank. - Złapiesz ją?
Majka zaczęła się śmiać.
- Wstrzymaj konie, Frank - powiedziała. - Nie tak szybko. Masz jakąś klatkę?
- A nie, nie mam - Lampard uświadomił sobie, że wożenie kota luzem w samochodzie to średnio dobry pomysł.
- No to skocz ją kupić, przygotuj jakieś miski i karmę i wróć tutaj - poleciła Majka. - Ja w tym czasie przygotuję umowę adopcyjną i dokumenty małej.
Lampard uwinął się z tym tak szybko, że Majka ledwie zdążyła wydrukować i wypełnić odpowiedni formularz.
- Tu masz książeczkę, tam jest napisane, kiedy powinieneś iść z nią na szczepienia - pouczyła, wręczajac Frankowi dokumenty. - Tu jest umowa, trzeba tylko podpisać, ja do ciebie potem wpadnę na wizytę poadopcyjną.
Lampard pochylił się nad stołem i złożył na papierze zamaszysty gzygzoł.
- Znowu zabito jakąś dziewczynę - rzekł, prostując się. - Znaleźli jej ciało w krzakach przy kościele w Thurcaston. Wszystkie media o tym trąbią.
Majka pobladła. Kepler uniósł głowę i popatrzył na Lamparda, zupełnie, jakby wiedział, o czym mowa.
- Thurcaston, przecież myśmy się tam zbierali ostatnio... - Majka wcisnęła umowę do szafki z aktami i trzasnęła szufladą. - Masz tę transporterkę? Jezu, myślisz, że on może zacząć na nas polować?
Frank wzruszył ramionami.
- Kto go wie? Ta dziewczyna, to właściwie jeszcze dziecko, czternaście lat.
- Chryste...
Kiedy Lampard odjechał, uwożąc w transporterce czarnonosą tricolorkę, ochrzczoną wdzięcznym imieniem Celeste, Majka uruchomiła biurowy komputer i zaczęła przetrzepywać net, szukając informacji o nowej zbrodni.
- Ale dlaczego koło kościoła? - zastanawiała się na głos.
Wertowała dalej linki, wyrzucane przez google, wyławiając kąski informacji z kolejnych prasowych notek.
"...jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie cztery megalityczne głazy, stojące na łące, nieopodal miejsca zbrodni, były pokryte krwią. Nie wiadomo jeszcze, czy krew należy do ofiary."
- Głazy? - przed oczyma Majki stanął obraz, nawiedzający ją ostatnio w koszmarach, strużki krwi, ściekającej po chropowatej powierzchni kamieni. Zapominając o nie dokończonej papierkowej robocie poderwała się z krzesła, chwytając w locie kurtkę i smycz.
- Chodź, Kepler - przypięła psa i pociągnęła go za sobą.
Z duszą na ramieniu szła w stronę krzaków przy bramie. Psu tez się to nie podobało, o czym świadczyła jego zjeżona sierść i podkulony ogon.
Tym razem Majka nie zobaczyła niczego dziwnego, żadnej ciemności, żadnych latających stworów, podeszła więc bliżej i dojrzała coś w rodzaju ścieżki, czy raczej przesmyku, którym można było wejść w głąb zarośli. Podążyła tym szlakiem, za nią nieufny Kepler.
No i był tam, sterczał z pożółkłej trawy na niewielkim kawałku wolnej przestrzeni wśród krzewów, niczym poczerniały ząb jekiejś prehistorycznej bestii. Głaz, o ciemnej, chropowatej powierzchni, poznaczonej kolistymi piętnami zielonkawobiałych porostów. Na niektórych z nich widać było ślady czegoś brunatnego.
Krwi, uświadomiła sobie Majka.
Wyciągnęła dłoń, ale zanim zdążyła dotknąć kamienia w jej zmysły uderzyła fala wrażeń. Nozdrza poczuły słonawo-słodki, metaliczny zapach, uszy wypełniły się jakąś dziwaczną kakofonią, jęków, pomruków, zgrzytów i ptasich wrzasków, oczy natomiast zobaczyły ciemność, nieprzenikniony gęsty mrok w którym przewalało się coś gigantycznego. I nieopisanie, pierwotnie złego.
Może by tam stała, aż umarłaby z narastającej trwogi, gdyby nie Kepler, który podciął jej nogi. Padła na ziemię i przez chwilę leżała, wyczerpana, patrząc w burobiałe niebo i pozwalając, by pies lizał ją po twarzy. Wreszcie podniosła się z wysiłkiem, opierając się o Keplera i wyszła z krzaków, nie oglądając się za siebie.
Nie wszystkie koty są miłe. Tę prawdę Frank Lampard przyswoił sobie w ciągu kilku godzin. Jonesy, kocur należący do Rose, był niczym przytulanka, której jedynym celem w życiu było dać się głaskać, głośno przy tym mrucząc. Celeste natomiast była niczym pirania lądowa, w dodatku wredna i złośliwa. Po wypuszczeniu z klatki uwiła się na kanapie w salonie i gdy Frank spróbował ja pogłaskać, walnęła go w rękę, łapą z wysuniętymi pazurami.
- Celeste - rzekł z naganą, patrząc na swe krwawiące obrażenia. - Zachowuj się jak dama!
W odpowiedzi prychnęła. Wzgardliwie.
Kiedy zapoznała się z otoczeniem i uspokoiła, zaczęła się bawić. To znaczy zaczęła biegać, niczym małe, trójkolorowe tornado, z pokoju do pokoju, skacząc po wszystkich możliwych meblach, strącając bibeloty i wywracając wazony, huśtając się na firankach i wydając przy tym dzikie odgłosy.
Wreszcie ucichła na jakiś czas, znikłszy na korytarzu. Lampard odetchnął z ulgą, jednak po drodze do kuchni ulga przekształciła się w furię, kot bowiem postanowił załatwić potrzeby fizjologiczne. Ale nie do luksusowej kuwety z najlepszym żwirkiem i pochłaniaczem zapachów, co to, to nie. Kot, z najwyższym zadowoleniem, zabierał się do oddawania moczu w ulubione półbuty Franka.
- Nie!!! - ryknął Lampard, wyrywając obuwie spod tyłka Celeste.
Okazało się, że pomylił się w ocenie. Kotka zdążyła już nalać porządnie do jednego buta, a teraz jgo zawartość wychlupnęła na Franka.
Mamrocząc przekleństwa wyrzucił buty do śmieci, wytarł podłogę na korytarzu, umył się i przebrał. Tymczasem Celeste wróciła na kanapę, znowu wyglądając jak uosobienie niewinności.
- Będziesz teraz grzeczna? - zapytał z nadzieją.
Łypnęła na niego jednym miedzianożółtym okiem. Odłypnął niebieskozielonym.
Obserwowali się podejrzliwie przez najbliższe pół godziny, wreszcie Lamps stwierdził, że jest głodny i przypomniał sobie, że kupił polędwicę wołową, która czeka w lodówce, by ktoś przemienił ją w stek. Lampard gotował rzadko, ale steki akurat przyrządzać umiał i lubił, jeszcze bardziej zaś lubił je jeść. Zabrał się raźno do roboty i po pół godzinie siedział już nad talerzem, na którym królował średnio wysmażony stek, taki, jaki Frank lubił najbardziej. Odwrócił się jeszcze tylko, by sięgnąć do szuflady po sztućce...
I steku już nie było na talerzu. Oddalał się właśnie na korytarz, wleczony z wysiłkiem przez kotkę.
- A niech cię! - wrzasnął Frank. Wbił nogi w pierwsze lepsze buty, szczęśliwie suche, złapał z wieszaka kurtkę i wyszedł z domu, głodny i zły.
Ponieważ Rose była jedyną znaną mu w Leicester osobą, która znała się na kotach i której nie wstydziłby się przyznać, że pomiata nim trzymiesięczna futrzana kulka, pojechał do Ten Bells.
Znalazł Rose za barem, zajętą dyskusją z dwoma facetami. Obaj nosili drogą i elegancką odzież, mieli nienaganne fryzury i lisie spojrzenia.
- Panowie w jakiej sprawie? - zapytał, opierając się o bar i posyłając Rose uśmiech.
- Panowie właśnie wychodzą - rzekła Rose z naciskiem.
- Niech pani przemyśli naszą ofertę - rzekł jeden z lisów.
- Nikt nie zaproponuje pani tak korzystnych warunków, jak firma Cervezas Internationale - dodał drugi.
- Mam to gdzieś - burknęła Rose. - Ten Bells nie jest na sprzedaż.
- Drzwi są tam - wskazał uczynnie Lampard. - Żegnam panów.
- Gdyby zmieniła pani zdanie... - lis numer jeden wyjął z eleganckiego etui elegancką wizytówkę i elegancko wypielęgnowanym palcem przesunął ja po barze w kierunku Rose. Dziewczyna wzięła kartonik w dwa palce, jakby miała do czynienia z glistą i wrzuciła ostentacyjnie do śmieci.
- Co to za jedni? - zapytał Lampard, gdy drzwi za osobnikami o lisich oczach się zamknęły. - I czy mogę prosić whisky?
Położył na ladzie odliczoną kwotę.
- Jakies pajace, które chciały kupić pub - mruknęła Rose, sięgając po butelkę. - Co ja bym robiła, jakbym go sprzedała? To jest mój cały świat.
- Słuchaj, zostałem ojcem - rąbnął Frank.
Butelka wyśliznęła się z dłoni zaszokowanej Rose i roztrzaskała się na posadzce, w promienistym rozbryzgu whisky.
- Kurwa! - warknęła Montoya. - To znaczy, co proszę?
Frank bez słowa dołożył do pieniędzy na ladzie równowartość stłuczonej butelki.
- Ojcem w przenośni - wyjaśnił. - Co cię tak wstrząsnęło?
- Nic - skłamała Rose, sięgając po szufelkę. - Jak to ojcem w przenośni?
- Adoptowałem kota. A raczej zdawało mi się, że adoptuję kota, a tymczasem adoptowałem huragan.
Opowiedział jej pokrótce swoje przypadki z Celeste.
- A na koniec ukradła mi stek - powiedział, mając nadzieję, że nie brzmi żałośnie. - Mogłabyś mi pomóc jakoś opanować tego potwora?
- Burn, jeden stek, ale pędzikiem! - wrzasnęła przez ramię w kierunku kuchni. - To nie potwór, to młody kot.
- Czy to oznacza, że to, co ona wyprawia, jest normalne? - zapytał ze zgrozą Frank. - W takim razie nie wiem, czy nie lepiej było adoptować to błoniastoskrzydłe paskudztwo.
Gadali dobrą chwilę na temat kotów i ich zachowania, gdy z zaplecza wyłoniła się blondynka, o wdzięcznej figurze i wielkich, ciemnoniebieskich oczach, niosąca tacę z zamówionym stekiem. Na jej widok na twarzy Franka odmalował się wyraz cielęcego zachwytu.
- To dla pana - rzekła głosem, który zabrzmiał w uszach Lamparda jak słodki trel.
- Dziękuję - rzekł z uczuciem. - Jak masz na imię?
- Elodie.
- Elodie - rzekł w rozmarzeniu Lampard. - To prawie jak melodia.
Rose prychnęła gniewnie i trzasnęła ostentacyjnie ścierką o bar.
- Zbaraniał do reszty.- mruknęła pod nosem.- Melodia... i co jeszcze? Melodie miłości? Naoglądał się tanich komedi romantycznych!
Rzuciła dziewczynie wymowne spojrzenie, ta zaś niemal bezszelestnie odpłynęła na zaplecze.
- Lampard! - Rose pstryknęła mu palcami przed nosem. - Wyglądasz jak zahipnotyzowana kura!
- Co? Mówiłaś coś? - Frank zamrugał oczyma.
- Faceci... - mruknęła Rose. - Jedz bo ci stygnie.
Frank był w połowie swojego steku, kiedy do pubu wpadła zdyszana Majka, ciągnąca za sobą psa. Kepler wyrwał jej się od razu za progiem i usiadł przy Franku, całym sobą oświadczając, że zaraz skona z głodu, jeśli kochany pan Lampard nie da mu kawałka tego pysznego mięska. Krukówna zlekceważyła psa i nie zdejmując płaszcza, ani czerwonej, wełnianej czapki, popędziła do stolika zajmowanego przez Waltera i jego papierzyska.
- Kamienie! - wysapała. - On morduje przy kamieniach!
Walter podniósł głowę znad opasłej, mitologicznej księgi.
- Co?
- Ten morderca! - Majka opadła na krzesło. - Wybiera takie miejsce, gdzie są kamienie!
- Kamienie są wszędzie - rzekł gruby facet, siedzący przy stoliku obok.
- Nie do pana mówiłam! - fuknęła Majka. - Walter, przy bramie azylu jest megalit. Morderca zostawił na nim krew Laury Pellegrin. Tak jak teraz w Thurcaston pomazał kamienie krwią Zoe Woodward.
- Wiem - powiedział Walter cicho.
- Ale Ronette nie zabił przy kamieniach, tylko na polu, dlaczego? - wyrzuciła z siebie Majka, z rozpędu. - Jak to wiesz?
- Bo ja, ja się interesuję megalitami. Pamiętam gdzie są wszystkie w okolicy - odparł.
- Walter, jesteś nieziemski, wiesz?
- Jestem bardzo, bardzo ziemski.
- Ale dlaczego Ronette nie zabił przy kamieniach? - Majka popadła w zadumę. - Czekaj, ona była zmasakrowana, morderca tłukł ją po twarzy i głowie, jakby był wściekły.
Walter westchnął.
- Może Ronette była, była niekompletna - zaczerwienił się lekko. - No wiesz, może jej czegoś brakowało.
- Ale czego?
- Dziewictwa - wtrąciła się Rose, podchodząc do stolika. Zniżyła głos. - Ona miała chłopaka. Wiem, że się bzykali, bo pytała mnie o antykoncepcję. Jej matka była trochę nieżyciowa w tym temacie.
- To by wiele wyjaśniało - rzekła Majka powoli.
- Ja bym chciała wiedzieć co to za skurwysyn. Seryjny morderca? - Rose z groźną miną ujęła się pod boki. Kilka twarzy z sali odwróciło się w jej stronę.
- Prawdopodobnie - mruknęła Majka. - Media też tak myślą. Nazwali go "Lotniarz", bo jedna babka widziała coś, co jej zdaniem było pterodaktylem, a zdaniem pismaków lotnią. Koło Enclave widziała, w noc kiedy zamordowano Troya jakiegoś tam, chłopaka twojej byłej kelnerki.
Rose wytrzeszczyła oczy, nie wierząc w to, co słyszy.
- Chodźcie do baru, ludzie się gapią - zarządziła. - Musimy wam coś z Lampsem powiedzieć.
Posłuchali i karnie zasiedli na stołkach przy barze, obok Lamparda, sączącego swoje piwo.
- To nie była lotnia - powiedziała ponuro Rose. - Pterodaktyl też raczej nie. To coś co latało nad Enclave, w tę noc, kiedy zamordowano tego chłopaka.
Frank zakrztusił się piwem. Byłby się udusił, gdyby nie wielkie łapsko, które usłużnie wyrżnęło go w plecy.
- Uważaj Lamps, bo się utopisz na stałym lądzie. Cześć wszystkim - Wasyl wyszczerzył zębiska w szerokim uśmiechu. Pociągnął delikatnie za pompon na czapce Majki. - Sie masz, krasnalu.
- Sie masz wielkoludzie - odpowiedziała Majka, jednocześnie ściągając czapkę z głowy, płonąc potężnym rumieńcem i promieniejąc gwałtownie wybuchłym szczęściem.
- Dzięki, Wasyl - wyzipał Lampard. Otarł załzawione oczy. - Rose, co ty powiedziałaś?
Rose wzniosła oczy do nieba.
- Że wiemy, co latało nad Enclave tamtej nocy - powiedziała. - Bo wiemy, nie Frank?
- Wiemy - odpowiedział Lamps. - Ale nikt nam chyba nie uwierzy.
Wasyl powiódł wzrokiem po twarzach przyjaciół, marszcząc przy tym brwi.
- Moment, bo ja tu nie nadążam chyba - rzekł. - O czym mowa?
- O morderstwach - objaśniła Majka uczynnie. - Zabito trzecią dziewczynę.
- O kurwa - wyrwało się Marcinowi.
Rose wzięła głęboki wdech.
- Ten pterodaktyl, to jest potwór, który mieszka w mojej piwnicy - oznajmiła półgłosem. - Widzieliśmy go z Lampardem w tę noc kiedy wy dwaj się schlaliście.
Wskazała Franka i Marcina. Na twarze obu panów wybiły lekkie rumieńce.
- Zgadza się - przyświadczył Lamps. - Ten stwór, wylądował na moim balkonie. Miał błoniaste skrzydła, więc mógł się komuś kojarzyć z pterodaktylem.
- Jak wyglądał? - zapytała Majka zachłannie.
Frank wzruszył ramionami.
- Jak potwór - odparł. - Miał błoniaste skrzydła, paskudną gębę, mnóstwo ostrych zębów i końskie kopyta.
- I zółtawobrązową skórę - dodała Rose. - I z całą pewnością nie miał szczoteczki do zębów.
- Diabeł z Jersey - wyrwała się Majka, odwracając uwagę od Waltera, który usiłował coś powiedzieć. - Tylko on miał łeb jak wielbłąd.
- Co to jest diabeł z Jersey? - chciała wiedzieć Rose.
- Stwór zamieszkujący lasy południowego New Jersey w USA - odparła Majka. - Według legendy było to trzynaste dziecko Mateczki Leeds, spłodzone z diabłem.
- Po tym co widziałam, nic mnie nie zdziwi - rzekła Rose. - A to co widziałam, całkiem wyglądało jak pomiot diabła.
Wasyl uniósł w górę dłoń.
- Czekajcie, Wally chce coś powiedzieć - oznajmił.
Walter rzucił mu pełne wdzięczności spojrzenie.
- Ten stwór był różnie nazywany w mitach, mitach różnych ludów. Ahool, kongamato, orang -bati, harpia. ekek, olitiau...
-... Camazotz - wpadła mu Majka w słowo.
- Tak, on też. Ja wam o nim powiem, o tym co się z nim wiąże też, ale nie tu, nie tu - twarz Waltera była blada i poważna.
- Czemu nie tu? - zapytał Lampard.
- Bo tu inni słuchają - rzekł Walter ze zniecierpliwieniem. - Przecież to bar.
- Dalej nie rozumiem - stwierdził Wasyl, drapiąc się za uchem. - Wy serio mówicie, że widzieliście jakiegoś mitycznego stwora?
- Bardzo serio - odpowiedzieli chórem Rose i Frank.
- Czy wy nie możecie mnie posłuchać przez chwilę? - zirytował się Walter. - To ważne!
- No, słuchamy - rzekła Majka.
- Musicie kogoś poznać - rzekł Walter, z naciskiem prasy hydraulicznej. - Koniecznie. To jest związane z tym co się dzieje, dzieje w mieście. Z morderstwami. I tymi dziwnymi rzeczami które widujecie.
Zniżył głos do szeptu.
- Ten stwór z twojej, twojej piwnicy, Rose, zjawy, wszelkie zjawiska paranormalne, jeśli widzieliście coś takiego, albo Czarnego Mężczyznę...
- Czarnego Mężczyznę? - Wasyl wjechał mu w słowo. W jego oczach zabłysły iskierki niepokoju.
Majka przypomniała sobie tamtą noc i cień w jej pokoju. A także słowa Marcina, które jej wtedy pomogły. I ciepło jego potężnego ciała.
- Tak - odparł Walter poważnie. - Musicie, musicie mi obiecać, że zrobicie o co proszę i spotkacie się z nią.
- Obiecujemy - Rose uniosła w górę dłoń.
Pozostała trójka pokiwała zgodnie głowami.
- Ej, to jest pub, czy biblioteka? - nowo przybyła grupka klientów stała nad stolikiem, zawalonym papierami Waltera. - Może by ktoś zabrał tę makulaturę?
- Już, już! - właściciel makulatury poderwał się rączo.
- A może by ktoś zainwestował w kulturę? - Wasyl łypnął okiem w kierunku grupki. - Takie wiecie, proszę, przepraszam i te sprawy?
- Nie, nic się nie stało - zapewnił Walter, pospiesznie upychając papiery w aktówce.
Marcin tylko westchnął, robiąc fale na piwie w szklance, trzymanej przez Lamparda.
- Jakieś problemy? - zapytała Rose. - Wyglądasz, jakbyś miał ochotę komuś przylutować.
- Bo mam - odparł Wasyl zwięźle.
- A dlaczego? - indagowała Rose.
Kepler, porzuciszy nadzieję na stek (po którym nie pozostało nawet wspomnienie) podbił łbem dłoń Marcina.
- Kieliszek wina poproszę - zadysponował Wasyl, drapiąc psa za uszami. - Długo by gadać. W Brukseli byłem, poleciałem w niedzielę, zaraz po tym jak.. eeee...
- Jak zwiałeś ode mnie - wypomniała Majka.
Rose, tłumiąc chichot, podsunęła zawstydzonemu Marcinowi zamówione wino. Wziął kieliszek i upił łyk, po czym zerknął na Majkę z miną bernardyna, który zjadł pańskie kapcie.
- No tak jakby - rzekł, a koniuszki uszu zapłonęły mu czerwienią.
- No i co dalej? - zapytał Lampard.
- Nic dalej, pogadałem z dzieciakami, odbiłem się od adwokata żony i tyle - Wasyl wzruszył ramionami. - Nie wiem co ja takiego jej zrobiłem, ale nie daje mi żadnej szansy.
- Ona już nie jest twoją żoną, ona jest twoim najgorszym wrogiem - rzekł Lampard. - Sam lepiej zasuwaj do adwokata.
- Już to zrobiłem - rzekł Marcin ponuro. - Ale wciąż w to wszystko nie wierzę...
Urwał nagle, patrząc na wychodzącą z zaplecza Elodie. Jego twarz przybrała wyraz lekkiego rozmarzenia.
- Kto to? - zapytał. Kelnerka posłała mu uśmiech w przelocie, po czym odwróciła się do klientów, siedzących przy stoliku zwolnionym wcześniej przez Waltera.
- Nowa kelnerka - powiedziała Rose, głosem jak Spitsbergen.
- Urocza, nie? - zapytał równie rozmarzony Lampard.
- Nooo - zgodził się Wasyl.
Majka poczuła gwałtowną chęć kopnięcia uroczej Elodie prosto w jej uroczy tyłek tak mocno, żeby rozbiła się o księżyc, uroczo się przy tym rozbryzgując.
- Nie lubię jej - stwierdził nagle Walter. Obie dziewczyny wyglądały tak, jakby miały ochotę go uściskać, za to panowie spojrzeli na niego ze zdziwieniem.
- Ale dlaczego? - zapytał Wasyl, wciąż dziwnie rozmarzony.
Walter wydawał się zdenerwowany i niepewny.
- Po prostu jej nie lubię - odpowiedział. - I przepraszam, muszę już iść.
Chwycił pod pachę swoją aktówkę i wyszedł tak szybko, że nieomal biegł.
Człowiek stojący w parku Castle Hill uśmiechał się pod nosem, choć w panujących ciemnościach nie było tego widać.
Był zadowolony, bardzo zadowolony.
Wszystko układało się tak, jak zamierzał, a nawet lepiej, zupełnie tak, jakby ktoś próbował wynagrodzić mu poprzednią porażkę z tą małą dziwką, Ronette.
Och, on wiedział kto.
Miał przecież potężnych sprzymierzeńców.
To oni, albo ich Wysłannik, zadbali, by szybko znalazł następną ofiarę. I aby między tymi, którzy mogli popsuć jego Dzieło znalazł się cichy sprzymierzeniec. Musiał przyznać sam przed sobą, podziwiał mądrość swoich sojuszników, która kazała im rozbić jedność wśród wrogów, zanim się jeszcze na dobre zjednoczyli. Błyskotliwe.
I skuteczne.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej, jego idealnie białe zęby zabłysły w mdłym świetle, rzucanym przez odległą latarnię.
A trzecia ofiara niemalże władowała mu się do łóżka. Pomyśleć, że mało brakowało, a by ją przeleciał, na szczęście dowiedział się, że ta napalona suka jest dziewicą. Po ostatniej wtopie nie był już frajerem i zbajerował ją, żeby poszła do ginekologa.
Poszła. I przyniosła mu wyrok swojej śmierci.
Mężczyzna roześmiał się, zimnym, martwym śmiechem.
Dwa komplety koronkowej bielizny leżały rozłożone na łóżku, kompletnie naga Moira zaś, stała obok, nachylając się nad nimi i zastanawiając który będzie lepszy. Różowy był taki uroczy, ale kurde, Anastazja Steele przecież nigdy by takiego nie założyła. Czarny, zdaniem Moiry, emanował mroczną seksualnością i komunikował, że nosząca go kobieta była gotowa na wszystko. Tak, czarny był zdecydowanie lepszy.
Chwyciła skąpe majteczki i głęboko wycięty stanik, obserwując kątem oka swoje odbicie w lustrze. Wydała na tę bieliznę oraz na solarkę i depilację brazylijską, dzięki której jej wzgórek łonowy był idealnie gładki, kupę kasy, ale było warto. Tej nocy miało się dla niej zacząć nowe życie, takie, na jakie zasługiwała. W luksusie i bez trosk.
Ubierając się w bieliznę, a potem sukienkę, wyobrażała sobie swoją twarz na okładkach gazet. Pani Grey, nowa celebrytka, na punkcie której oszalał świat. Kim była kobieta, która zawładnęła sercem Roberta Greya, człowieka, o którego względy zabiegały największe gwiazdy? Kim była ta fascynująca istota?
Kiedy zbiegała po schodach, do oczekującej na nią taksówki, miała wrażenie, że ma skrzydła u ramion.
Życie było takie piękne.
_______________________________________________________________________________
Zapraszam na rozdział 6, kończony w dzikim pośpiechu, żeby mi jutrzejsza Liga Mistrzów nie właziła w paradę. Akcja sie zagęszcza (mam nadzieję) ja się jeszcze w niej nie pogubiłam, więc może da się to czytać bez bólu ;)

W ramach bonusa piękne oczy i długie rzęsy Lampsa...




...oraz klata Wasyla.



Miłych wrażeń! ;) 
Martina



piątek, 29 listopada 2013

Rozdział 5

Sweetheart
The sun has set
All red and primitive above our heads
Blood stained on an ageless sky
Wipe your tears and let the salt stains dry
Let them all run dry


Annie Lennox "Primitive"


Mieszkanie Rose było inne niż się spodziewał Lampard. Oczekiwał czegoś nowoczesnego i chłodnego, z rowerem wiszącym na ścianie, a ujrzał lokal, którego nie powstydziłaby się panna Marple. W salonie rozpierała się wiktoriańska kanapa, kryta kwiecistą tkaniną, a stojący przed nią stół był bez wątpienia kiedyś stołem śniadaniowym w jakiejś eleganckiej, dziewiętnastowiecznej jadalni. Stolik pod telewizor zaś w poprzednim życiu pełnił ponad wszelką wątpliwość funkcję stolika nocnego i pamiętał na pewno królową Wiktorię.
- Rozgość się - rzekła Rose nieco sarkastycznie. - To będzie twoja sypialnia. Kawy? Herbaty? Herbatników nie mam, wybacz.
- Kawa mi wystarczy - odpowiedział Frank. - Poprzedniej zdaje się nie zdążyłem wypić.
- Za to wyprałeś w niej skarpetki - rzuciła przez ramię Rose, znikając za drzwiami. Lampard poderwał się, potknął się o dużego, rudego kocura i popędził za nią.
- Słuchaj, musimy poważnie pogadać - oparł się wygodnie o futrynę, patrząc jak dziewczyna sypie kawę do dzbanka i nastawia wodę.
- Slucham cię poważnie - odpowiedziała.
- Widziałaś swoje drzwi? - zapytał. - Wyglądają, jakby velociraptor robił na nich manicure.
Klatka schodowa nie była zbyt jasna, ale żeby nie zobaczyć trzech, głębokich rys, kontastujących białością drewna z ciemną, lakierowaną powierzchnią drzwi, trzeba byłoby być zupełnie ślepym. Lampard zastanawiał się jak Rose może podchodzić do tego tak stoicko.
- Widziałam - odparła Rose. Wbrew temu, co mniemał Frank, ta cała sytuacja przejmowała ją grozą, nie miała jednak zamiaru tego okazywać. Nie była w końcu dziewiętnastowieczną heroiną, czekającą aż wielki, silny mężczyzna wybawi ją z opresji. - Mówiłam ci, że to skrzydlate cholerstwo wyłazi z mojej piwnicy.
- I co masz z tym zamiar zrobić? - Frank założył ręce na piersi.
- Zadzwonię na policję i powiem, że w mojej piwnicy mieszka błoniastoskrzydłe paskudztwo z wielkimi szponami - odparła jadowicie. - A oni zapakują mnie w kaftan i zamkną w Broadmoor. Chcesz się przyłączyć?
- Rose, do cholery, nie musisz mnie atakować, nie jestem twoim wrogiem - w jasnych oczach Lamparda odmalował się wyrzut. - Chcę ci pomóc! To kurestwo, czymkolwiek jest, wygląda na niebezpieczne!
- A skąd ten wniosek, że potrzebuję pomocy? - Rose rzuciła mu twarde spojrzenie, sponad parujących filiżanek kawy. - Potrafię sobie radzić sama. Przywykłam do tego.
- I w imię samodzielności dobrowolnie wpiszesz się do menu tego czegoś? - Frank, zirytowany, postąpił krok naprzód.
- Nie mam zamiaru - odparła chłodno. Ustawiła filiżanki na tacy, wraz ze srebrną cukiernicą i takimż dzbanuszkiem śmietanki, po czym z całym tym nabojem w rękach wyszła, mijając w drzwiach Lamparda.
Szedł za nią, zastanawiając się co robić i gapiąc się przy okazji na jej kształtne pośladki.
- Frank? - jej głos był niebezpiecznie jedwabisty.
- Tak?
- Przestań się gapić na mój tyłek.
- Ja nie... Wydaje ci się!
- Dobra, dobra - rzuciła mu wymowne spojrzenie, stawiając tacę na salonowym stole.
Usiedli grzecznie obok siebie. Jonesy natychmiast wykorzystał okazję i ułożył się na kolanach Franka, mrucząc niczym traktor.
- Powiedz mi wreszcie - rzekł Lampard, studiując wzory, wygrawerowane na lśniącej powierzchni cukiernicy. - Co zamierzasz zrobić z tym czymś?
- Zamierzam zejść jutro rano do piwnicy - rzekła, dolewając sobie do kawy śmietanki gestem, którego spokojnie mogłaby używać królowa Elżbieta. - Obejrzeć ją dokładnie i sprawdzić skąd to cholerstwo wyłazi. A potem się zastanowię.
- Dobry plan - pochwalił Frank. - Wprowadziłbym do niego tylko jedną, drobną modyfikację.
- Mianowicie? - brwi Rose uniosły się pytająco.
- Pójdziemy tam razem - rzekł, po czym upił odrobinę kawy.
Rose walnęła mlecznikiem o blat stołu niczym krasnolud kuflem, rozbryzgując śmietankę. Jonesy na kolanach Lamparda uniósł się nieco i zaczął energicznie zlizywać ściekający ze stołu biały płyn.
- Lampard, czy ktoś cię prosił, żebyś robił za błędnego rycerza? - wrzasnęła Montoya, tracąc do reszty maniery damy. - Nie potrzebuję, zeby ktoś mnie niańczył, do cholery, jestem dorosła i daję sobie radę! Nie rozumiesz tego? Wystarczy, że mi się tu wepchnąłeś na noc!
- Przepraszam zatem, że usiłuję ci zaoferować przyjacielską pomoc - rzekł Frank jadowicie.
- Przyjacielską? - warknęła Rose. - Jonesy, zostaw tę śmietanę! Gówno, a nie przyjaźń, Lampard, tobie chodzi tylko o bzykanko!
Frank odstawił filiżankę na stół i ukrył na chwilę twarz w futrze Jonesy'ego. Kiedy ją podniósł w jego oczach lśnił gniew, zmieszany z niedowierzaniem.
- To, że cię pocałowałem, notabene po pijaku, nie oznacza, że myślę tylko o tym jak się dobrać do twoich majtek. To po pierwsze. Po drugie, nawet gdybym miał ochotę na seks z tobą, to co z tego?
Zajrzał jej w oczy. Rose, czerwona jak cegła, odwróciła twarz.
- Jesteśmy dorośli, nie mamy partnerów - kontynuował. - Gdzie tu jest jakiś problem? Poza tym, o ile dobrze pamiętam, nie proponowałem ci seksu. Proponowałem ci pomoc w zbadaniu co tu się, kurwa, dzieje. Trójkącik z piwnicznym potworem nie wchodzi w rachubę, numerek ze mną nie jest obowiązkowy. Łapiesz?
- Łapię - rzekła Rose, wciąż płonąca wściekłą czerwienią i wypełniona po brzegi mnóstwem sprzecznych emocji. - Dobrze, pójdziemy jutro oboje do tej cholernej piwnicy a teraz koniec tematu. Po prostu zamknij się i idź spać.
- A dostanę chociaż poduszkę?
- Prędzej poduszką. Zamkniesz się wreszcie?
Frank uniósl w górę obie dłonie, w geście poddania, co wykorzystał kot, by dać mu soczystego całusa w same usta. Podczas gdy Lampard pluł dyskretnie sierścią, Rose poszła do sypialni, po koc i poduszkę.
Ku jej zdziwieniu wróciwszy salon zastała pusty.
- Lampard? - wrzasnęła. - Gdzie ty się szwendasz?
- Grzebię w twojej bieliźnie - odpowiedział Frank z głębi mieszkania.
Rose cisnęła pościel na kanapę i wyprysnęła z salonu, zderzając się na korytarzu z Lampardem, trzymającym w dłoniach coś białego.
- Co ty... - zaczęła Montoya groźnie, po czym ugryzła się w język.
Z miną niewiniątka Lamps uniósł w górę ścierkę.
- Wyniosłem naczynia i chciałem trochę posprzątać - objaśnił. - Poważnie myślałaś, że bobruję w twoich niewymownych?
- Większość śmietany wylizał Jonesy - Rose zignorowała jego pytanie. - Właściwie to prawie wszystko.
Starannie unikając spojrzenia Lamparda wparowała do salonu.
- Jonesy! Idziemy spać! - skomenderowała. Drzemiący na kanapie kot spojrzał na nią jednym okiem, a potem przeniósł się na kolana Franka, który przysiadł by wytrzeć stół.
- Futrzasty zdrajca - mruknęła Rose na odchodnym.
Jakąś godzinę później, kiedy skończyła się myć, zajrzała jednak do salonu. Frank spał, rozłozony na plecach, z rękami za głową, pochrapując z cicha, na jego piersi zaś wyciągnął się rudy kocur, wpychając łeb w przestrzeń między poduszką, a policzkiem mężczyzny. W ciemnych oczach dziewczyny błysło coś miękko i zgasło, niczym meteor.
Wycofała się na palcach i poszła do siebie.
Coś mokrego i niezbyt miło pachnącego przejechało po twarzy Wasyla, raz, drugi i trzeci. Otworzył oczy, święcie przekonany, że w jego głowie ktoś urządził kuźnię, tak w niej huczało i łupało. Pierwszym co ujrzał, był szeroki różowy jęzor, który oblizał go zamaszyście, drugim zaś paszcza, której ów jęzor był częścią, należąca do dużego owczarka niemieckiego.
- O kur...! - Wasyl poderwał się i odsunął od bestii, waląc przy tym boleśnie głową w ścianę. Pies usiadł i spojrzał na niego pytająco, jednocześnie machając ogonem.
- Nie chcesz mnie zjeść? - upewnił się Marcin. W ustach czuł paskudny posmak, kojarzący się z mocno używanym trampkiem.
Pies zamruczał i polizał Wasyla po ręce.
- Dobry piesek - wymamrotał stoper. Nadludzkim wysiłkiem woli zmienił pozycję na nieco bardziej pionową i z łatwością ustalił dwie rzeczy. Po pierwsze dochodziła dziesiąta rano, o czym informował go staroświecki budzik na stoliku przy łóżku, po drugie znajdował się w cudzej sypialni, w dodatku damskiej, na co wskazywały stojące na toaletce kosmetyki. Innych możliwości sugerowanych przez mazidła do makijażu Wasyl wolał chwilowo nie rozważać.
Wytężył pamięć, usiłując ustalić co właściwie robił poprzedniego wieczoru. Niestety, wspomnienia były tak mgliste, oderwane i niekompletne, że nie wyjaśniały niczego, a kończyły się w zasadzie na ponurej popijawie z Lampardem pod Ten Bells. Mózg piłkarza sugerował także, że nie zamierza z nim współpracować, o ile nie zostanie natychmiast nawilżony. I to solidnie.
Drapiąc się z głośnym chrzęstem po obrośniętych czarną szczeciną policzkach Wasyl wylazł z łóżka i poczłapał w kierunku drzwi, mając nadzieję, że gdziekolwiek się znajduje, jest w tym miejscu jakaś kuchnia, albo przynajmniej kran. Albo wazonik z kwiatami, Marcin chwilowo nie był wybredny w kwestii napojów. Na korytarzu jednak zamarł, rażony niczym piorunem, widokiem jaki ujrzał w dużym, wiszącym lustrze.
Ze szklanej tafli spoglądał na niego małymi, zapuchniętymi oczkami o ponurym wejrzeniu człowiek pierwotny, jakby żywcem wyjęty z filmów National Geographic. Miał ów relikt ewolucji człowieka ciemne wory pod oczyma, wysuniętą szczękę i ogólną postawę neandertalczyka, nic tylko dać maczugę i na mamuty wysłać.
- Kurwa, wyglądam jakbym się obsunął w ewolucji o parę milionów lat do tyłu - stwierdził Wasyl i odruchowo przygładził na sobie koszulkę, jakby to miało pomóc.
Po czym zamarł w pół gestu.
Ta koszulka z całą pewnością nie należała do niego, nie gustował bowiem w różu, w kucykach pony też niekoniecznie. Z lekkim niepokojem spojrzał na to, co miał poniżej, obawiając się, że może wylazł z łóżka bez gaci i teraz paraduje po cudzym mieszkaniu z przyrodzeniem na wierzchu. Ku jego przeogromnej uldze okazało się, że jednak nie. Miał na sobie bokserki, z krocza tych bokserek zaś szczerzył do niego zęby Diabeł Tasmański.
Pies minął go i wszedł do pomieszczenia, które, sądząc po meblach, musiało być kuchnią. Wasyl, uradowany niczym wędrowiec na Saharze na widok oazy, zapomniał o swych garderobianych rozterkach i poszedł śladem czworonoga.
I znowu zamarł, ponieważ w kuchni, oprócz psa, ktoś był. Przy stole siedziała jakaś osoba, dmuchając w parujący kubek.
- Ja bardzo przepra... Excusez-moi, znaczy się excuse me - Marcin zaplątał się w językach.
- O, wstałeś - ucieszyła się niepewnie osoba. Kamień spadł Wasylowi z serca, stoper rozpoznał bowiem Majkę. A więc nie trafił do zupełnie cudzego domu, tylko do znajomej!
- Pewnie ci się pić chce - zauważyła Majka, co dla Wasyla zabrzmiało niczym anielskie pienia. Sięgnęła za siebie i podała mu wielką, plastikową butlę. - Przezornie wyjęłam sok pomarańczowy z lodówki.
Marcin przyjął napój bez słowa, za to z malującą się na twarzy wdzięcznością i przypiął się do butli. Przez dłuższą chwilę słychać było tylko bulgot i odgłosy przełykania.
Kiedy Wasyl odjął naczynie od ust, był już w stanie myśleć nieco składniej. Spojrzał na szlafrok Majki, na własny strój i dokonał kilku skojarzeń.
- Czy myśmy coś teges? - zapytał, tknięty podejrzeniem. - No wiesz, jakiś seks nam się nie przydarzył niechcący?
Majka westchnęła niczym miech kowalski.
- Ani niechcący, ani chcący - odpowiedziała. Siorbnęła herbaty. - Byłeś tak nawalony, że nie wiem, czy coś by z tego wyszło. A nawet gdyby wyszło, zalatywałoby nekrofilią. Nie gustuję.
Wasyl przytulił do łona butlę z sokiem, nie wiedząc co myśleć o tym wszystkim. Powinien ratować swoje małżeństwo, a nie lądować w cudzych łóżkach.
- To skąd te ciuchy? - zapytał. - To nie moje.
Kepler wystawił łeb spod stołu i podbił rękę Majki, domagając się głaskania.
- Twoje się suszą - powiedziała, drapiąc psa za uszami. - Zwiedziłeś po pijaku pół miasta, w tym jakiś śmietnik po czym ułożyłeś się do snu na parkingu za Tesco.
- Już myślałem, że coś między nami było - Wasyl odetchnął z ulgą, po czym się zreflektował. - To znaczy ten, nie to, żebyś była jakaś brzydka, czy coś, ale wiesz...
Majka wzniosła oczy do sufitu.
- Tak, wiem, jesteś żonaty i chcesz ratować swoje małżeństwo, nawet jeśli dostałeś z backhandu w mordę pozwem rozwodowym - powiedziała smętnie. - Bez obaw, to była tylko przyjacielska przysługa.
- Serio?
- Serio - zełgała bez mrugnięcia okiem. - Nie miałam cię gdzie położyć, na kanapie byś się nie zmieścił. A skoro miałeś spać w moim łóżku, musiałam cię umyć i przebrać, bo cuchnąłeś jak skunks.
- Umyć - Wasylowi na myśl o tym zrobiło się nieoczekiwanie gorąco. - Dzięki, że mnie znalazłaś i w ogóle. Poważnie.
- Bardzo proszę - odparła Majka.
Atmosfera znienacka zgęstniała i zrobiła się nie do zniesienia. Przebywanie w jednym pomieszczeniu z tą dziewczyną było krępujące, nawet jeśli między nimi nic nie zaszło. Nie miał zamiaru pakowac się w żadne związki, romase ani nawet numerki na jedną noc, było przecież jego małżeństwo, na którym mu zależało. Jego rodzina. Poza tym wciąganie Majki w to wszystko też byłoby gównianym pomysłem. Trzeba to wszystko przywrócić na właściwe tory, pomyślał. Wyszedł z kuchni, najpierw do sypialni, gdzie znalazł przeoczoną pierwotnie suszarkę ze swoją odzieżą. Dżinsy były lekko wilgotne, ale na upartego można je było włożyć, umył więc się, przebrał, po czym najzwyczajniej w świecie uciekł, bąkąjąc w przelocie podziękowania.
Z nastaniem poranka Rose urządziła Lampardowi pobudkę niczym sierżant rekrutom świeżo przyjętym do wojska.
- Wstawaj, gwiazdo futbolu! - zagrzmiała, wkraczając do salonu. - Robota czeka!
- Hura gohina? - zapytał Frank, nieco niewyraźnie, bo przeszkadzał mu leżący na jego twarzy kot.
- Szósta, czyli ta właściwa, żebyś się poderwał - Rose ściągnęła z niego koc.
Lamps zrzucił z siebie kota i usiadł, ziewając jak smok i czochrając się po sterczących we wszystkie strony włosach.
- Idź się ogarnij do łazienki, bo wyglądasz jak strach na wróble - poradziła Rose. - Ja skoczę do pubu, przygotuję wszystko do otwarcia, potem śniadanie i idziemy do piwnicy.
- Dobra - Lampard wydawał się być znacznie bardziej zainteresowany drapaniem Jonesy'ego niż tym co mówiła Rose. - Plan przyjęty.
Wzruszyła ramionami i poszła na dół. Znakomicie wytrenowana przez dziadka Jimmy'ego potrafiłaby przygotować lokal do otwarcia z zamkniętymi oczyma, a także tyłem i na czworakach. Po pół godzinie, kiedy w kuchni zjawił się Robbie, wszystko było gotowe.
Szef kuchni jednakże nie przybył sam.
- To jest Drusilla, siostrzenica mojej żony - oznajmił, wypychając przed siebie chudą dziewczynę. - Chce być kelnerką u ciebie.
Rose zlustrowała kandydatkę do pracy tyleż uważnie, co nieufnie. Dziewczyna skojarzyła jej się z marchewką o czarnej naci, była bowiem bardzo szczupła, pomarańczowa od samoopalacza, włosy zaś, długie i suche jak pieprz, farbowała na kolor atramentowej czerni. Tego wstrząsającego image'u dopełniały usteczka, pomalowane bardzo jasną pomadką i brwi, w zasadzie narysowane na czole za pomocą czarnej kredki. Całość była opakowana w obcisłą, złotą bluzeczkę, odkrywającą prawie wszystko i czarne getry, ustawiona zaś na chwiejnym postumencie kozaków na gigantycznych platformach i niebotycznych obcasach. W rękach dziewczę zaś trzymało białą kurteczkę z gatunku tych, kończących się powyżej nerek.
- No co? - zapytała Drusilla.
Rose wzięła Robbiego na stronę.
- Ty jesteś pewien, że ona chce w pubie pracować? - zapytała półgłosem.
- No - Robbie zwykle był oszczędny w słowach. - A co?
- Ubrała się jak na casting do pornola - odparła Rose. - Nie mówiąc tym, że w tych butach nogi jej siądą najdalej po godzinach.
- Weź ją chociaż na próbę - w głosie kucharza pojawiła się błagalna nuta. - Potem ją wylejesz.
Rose ujęła się pod boki.
- Po co? - zapytała krótko.
- No rozumiesz, żona - mruknął Robbie. - Wylejesz po próbie, nie będzie się mnie czepiać.
Zastanawiała się bardzo krótko. Robbie był filarem jej kuchni, w dodatku filarem, który w latach chudych, po śmierci dziadka, potrafił dobrowolnie zrezygnować z części swojego wynagrodzenia, by uratować finanse Ten Bells. Odmówić mu byłoby nieprzyzwoitością.
- No dobra - rzuciła głośno do dziewczyny, gapiącej się ze znudzeniem na swoje paznokcie. - Łap fartuch, jest tam.
Wskazała na drzwi pomieszczenia łączącego kuchnię z główną salą.
- Znaczy jestem przyjęta? - zapytało dziewczę leniwie.
- Na okres próbny. Wieczorem podpiszemy umowę - zaznaczyła Rose. - Zwiąż włosy. I zmień te buty, bo wieczorem będziesz wyła z bólu.
- Też coś - burknęła Drusilla, krocząc godnie w stronę drzwi. - Żebym wyglądała jak wieśniara?
- Ja pierrrrdolę - Rose zawarczała pod nosem, maszerując do swego mieszkania. - Jeśli nie zatłukę jej do końca dnia, to będzie sukces.
Otworzyła z rozmachem drzwi.
- Lamps, ja zrobiłam co miałam. Jeśli skończyłeś się uśliczniać, to lecimy na śniada... - słowa zamarły jej na ustach.
Na stole w salonie stało nienagannie podane śniadanie. Złociste grzanki na porcelanowym talerzyku, masło, dżem pomarańczowy w srebrnym pojemniczku, będącym, podobnie jak cukiernica i dzbanuszek do śmietanki, dziedzictwem po arystokratycznych przodkach babci Myrtle, do tego kawa z wszelkimi niezbędnymi akcesoriami i dwa nakrycia. Za stołem siedział elegancko uczesany Lampard, w najwyraźniej świeżo przeprasowanej koszuli i z miną trzeciego lorda Oareford popijał kawę. Na widok Rose rozpromienił się i szarmanckim gestem zaprosił ją do stołu.
- Pozwoliłem sobie przygotować pod twoją nieobecność śniadanie - rzekł wyjaśniająco. - Siadaj, proszę.
- Ale... jak ty to... Kto ci pozwolił grzebać w mojej kuchni? - Rose opadła na kanapę obok niego.
- Przecież mówię - odparł, uśmiechając się kątem ust. - JA sobie pozwoliłem.
Rose wzięła kilka głębokich wdechów i z miejsca tgo pożałowałą, jej nos bowiem wypełnił się zapachem Franka. Czy ten facet musiał tak obłędnie pachnieć? Niezwłocznie zapchała sobie usta grzanką z dżemem pomarańczowym.
- Chciałem podać w jadalni - kontynuował Lamps. - Ale zmieniłem zdanie. Strasznie dużo tam kurzu.
- Bo nikt tam nie wchodził od śmierci mojej babci - wyjaśniła Rose, przełykając grzankę. - Czyli od jakichś dziesięciu lat.
- Przepraszam - rzekł Frank. - Chyba byłem trochę nietaktowny.
- Nie szkodzi. W końcu skąd mogłeś wiedzieć, że babcia Myrtle umarła w jadalni?
Lampard odstawił filiżankę, spoglądając na dziewczynę ze współczuciem. Rose wyraźnie przybladła i zmroczniała, zmagając się ze strasznymi wspomnieniami.
- Nie mogłem - przyznał. Położył dłoń na jej dłoni.
- Tętniak - odparła Rose, nawet tego nie zauważywszy. - Wróciła z dołu z obiadem i nakrywała do stołu. Przewróciła się z talerzem i tak ją znalazłam, leżącą w jego szczątkach.
Wzdrygnęła się.
- Przepraszam - mruknął Lampard. - Nie chciałem przywoływać takich wspomnień.
- Spoko, nic się nie stało - odparła Rose. - To i tak zaledwie czubek bardzo paskudnej góry lodowej.
Lamps pogładził delikatnie palcem wskazującym wnętrze jej dłoni.
- Wygląda na to - rzekł miękko - że dużo przeszłaś.
Siedzieli przez chwilę w milczeniu. Cisza, która zapadła nad stołem była głęboka, ale nie nieprzyjemna.
I wtedy siedzący pod stołem Jonesy postanowił o sobie przypomnieć donośnym miauczeniem.
Rose podskoczyła jak oparzona, zabierając przy tym rękę z dłoni Lamparda.
- Ty cholero, rękawiczki z ciebie zrobię! - wrzasnęła.
Spojrzeli na nią z wyrzutem, kot i Frank.
- On też chce śniadanie - powiedział Lampard. Odłamał kawałek swojej grzanki i podał Jonesy'emu. Ten przyjął jedzenie z miną arystokraty.
- Nieźle się dobraliście - mruknęła Rose. - Dobra, zwijamy ten majdan...
Dziesięć minut później naczynia stały w zlewie, a Rose i Frank przygotowywali się do ekspedycji badawczej.
- Ja wezmę to - Rose wyciągnęła zza kanapy kij do krykieta. - A ty... Czekaj. Albo chodź.
Wyszli na korytarz. Tam Rose zatrzymała się przed zamkniętymi drzwiami, medytując na głos.
- Miałam kiedyś pałę do baseballa, od jakiegoś kumpla dziadka - mruczała. - Ale musi być tam...
- A co tam jest? - zapytał Frank.
- Mój pokój dziecinny - odparła Rose. - Który zamknęłam na klucz dawno temu. I jednak jeszcze nie otworzę.
Zdecydowanym krokiem udała się do kuchni, a minę miała taką, że Frank wolał nie zadawać żadnych pytań.
- Proszę - wyjęła z szuflady mordercze narzędzie, które było z jednej strony toporkiem, a z drugiej tłuczkiem do mięsa. - Nie wiem do czego to było babci, bo nie gotowała, ale na broń się nada.
- Może trzymała to na wypadek nagłych przypadków? - zasugerował Lampard.
- Takich jak potwór w piwnicy?
- W przypadku potwora stłuc szybkę...
Oryginalnie uzbrojona ekspedycja badawcza zeszła do piwnicy, przyciągając po drodze spojrzenia kucharzy.
- Rose, co wy wyprawiacie? - zapytał Burn, młodszy od Robbiego, a zatem mniej doświadczony i jeszcze nie odróżniający za dobrze tych chwil, w których należy się zamknąć i zająć swoją robotą.
- Zajmij się swoją robotą - pouczyła Rose.
- Polujemy na szczura - pospieszył równocześnie z wyjaśnieniem Frank.
- Ten szczur to jakiś hardkorowy koksu jest? - zdziwił się Burn.
- Burrrrrrrrn - ostrzegł Robbie. - Zamknij gębę, synek.
Rose obejrzała starannie wszystkie zasuwki na drzwiach piwnicy. Były całe. Powoli otworzyła drzwi, odsłaniając znajdującą się za nimi czarną czeluść.
Coś stuknęło.
Cofnęła się, niemal nadeptując na palce stojącemu za nią Lampardowi, potem gwałtownym ruchem zapaliła światło.
Schodzili powoli, właściwie to się skradali, jedno za drugim, obok na ścianie zaś skradały się ich wielkie cienie.
"Czuję się, jakbym trafił do kreskówki o Scoobym" pomyślał z rozbawieniem Frank. "Brakuje tylko jeszcze jednej pary i psa."
Piwnica była cicha i wyglądała tak zwyczajnie, że przez chwilę Lamps był gotów uwierzyć, że nic nadnaturalnego się tu zdarzyć nie mogło.
A potem Rose się odezwała.
- Patrz tutaj - wskazała palcem wyraźne ślady na posadzce. Nie były one ludzkie.
Właściwie były to odciski kopyt.
- Zaczynają się znienacka przy samych schodach - stwierdził Frank, studiując trop w skupieniu. - Jakby się tam po prostu zmaterializował.
- To dlaczego się nie zmaterializował u mnie w mieszkaniu, tylko drapał po drzwiach? - zapytała Rose. - Albo u ciebie?
Lampard wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia.
Podążyli za śladami. Urywały się w tym samym miejscu co poprzednio, przed regałem z winem, przy tylnej ścianie.
- Ki diabeł? - zdziwił się Frank. - Zmaterializował się, a potem się zdematerializował?
Odłożył tłuczek i zaczął obmacywać regał od góry do dołu, centymetr po centymetrze.
- Ta piwnica nie ma jakiegoś ukrytego pomieszczenia? - zapytał, sięgając za butelki z winem na najniższej półce.
- Nic o tym nie wiem - odparła. - Dziadek nie pozwalał mi wchodzić do piwnicy, dopóki żył, więc mógłby tu spokojnie zamurować słonia i też bym nie wiedziała.
Nawet jeśli były tam jakieś ukryte drzwi, to regał ich najwyraźniej nie otwierał, bo szarpanie i naciskanie nic nie dało. Frank przystąpił zatem do ciągnięcia za butelki.
- Zaraz mi coś stłuczesz - zaprotestowała Rose. - Lamps odpuść so...
Regał zaskrzypiał, zazgrzytał i pomału odsunął się od ściany, odsłaniając ciemny prostokąt otworu drzwiowego.
- Mamy latarkę? - zapytał Frank.
- Czekaj, gdzieś tu mam świece i zapałki - Rose rozejrzała się dookoła. Ostatniej zimy jak posypało śniegiem, to prąd siadł na jakiś czas. Gdzie ja je... - zajrzała do szuflady starego kredensu, potem otworzyła oszklone drzwiczki. - A są! Prrrosz.
Wydłubała z paczki dwie świece, jedną podała Lampardowi, potem sięgnęła po zapałki. Świece zapłonęły równym jasnym płomieniem.
Z bronią w jednym ręku i świecą w drugiej każde wkroczyli do sekretnego pomieszczenia. Stał w nim tylko jeden mebel, mianowicie wiktoriańskie damskie biureczko, odrapane i podniszczone, a z jednej strony nawet przypalone. Stało na środku izby, samotne, jak cieć na nocnej zmianie, za nim zaś widać było drzwi.
Nie, nie drzwi. Wrota.
Masywne wrzeciądze z kutego żelaza, pokryte grubą warstwą rdzy, pod którą widać było galimatias rzeźbionych w metalu, dziwacznych znaków.
- Ja cie kręcę - skomentowała inteligentnie Rose.
Brwi Lamparda podjechały niemal do połowy czoła.
- To jakaś izba Sinobrodego? Dziadziuś miał hobby, tajne i krwiste? - zapytał.
- Jedynym hobby dziadka był futbol - odparła Rose, podchodząc do wrót. - Nie patroszenie dziewic.
- Myślisz, że gdyby patroszył dziewice w piwnicy, to by się tym chwalił? - Lampard przyjrzał się podejrzliwie biureczku, po czym również podszedł do wrót. - Gdzie tu jest klamka?
- No właśnie się zastanawiam - mruknęła Rose. - Zamka też nie widać.
Lampard spróbował pchnąć wrota, potem pociągnąć, wczepiając się palcami w ledwie widoczną szczelinę między drzwiami a futryną. Zyskał tylko tyle, że zadarł sobie paznokieć.
- Zamknięte - oznajmił odkrywczo, ssąc palec.
- Jakoś się muszą otwierać - stwierdziła Rose. - Po co dziadek je ukrywał?
Oderwała się od kontemplacji wrót i zaczęła przeszukiwać biureczko. Wszystkie szuflady, z wyjątkiem jednej, były puste. W tej jednej, bocznej i dosyć głębokiej, spoczywała sporych rozmiarów szkatułka, ozdobiona misterną, arabeskową intarsją na wieku. Mosiężny zameczek, również arabeskowy i ozdobny, bronił dostępu do wewnątrz.
Lodowaty podmuch niemal zgasił obie świece i na moment w pomieszczeniu zrobiło się ciemno. Rose poczuła delikatny dotyk czyjejś dłoni na swoim karku.
- Lampard, przestań macać mnie po szyi! - zirytowała się. - Zaraz oberwiesz!
- To nie ja! - głos Franka rozległ się gdzieś przed nią.
Gwałtowna fala paniki zalała ciało Rose. Dziewczyna rzuciła się w przód, boleśnie tłukac sobie biodro o róg biureczka i wpadając na kogoś. Nie zdążyła wrzasnąć, gdy ledwie jarzące się knoty świec na nowo rozbłysły płomieniami, wydobywając z mroku tuż przed nią znajomą facjatę Lamparda.
- Mam propozycję nie do odrzucenia - zamruczał, patrząc jej głęboko w oczy. Rose nabrała tchu, gotowa go opieprzyć, ale zanim zdążyła otworzyć usta, dokończył swą wypowiedź. - Zwijajmy się stąd.
Propozycja została przyjęta przez aklamację.
Obszerna kuchnia w apartamencie Greya nie była zbyt intensywnie używana, właściwie służyła tylko parzeniu kawy i czasami herbaty. Robert Grey wolał stołować się w modnych restauracjach, posiadających więcej gwiazdek (i zer w cenach potraw) niż galaktyka Drogi Mlecznej. Jeśli zaś miał ochotę na posiłek prywatny, tylko we dwoje, zawsze mógł zamówić posiłek prosto do apartamentu, gotowy i bez kłopotu. Kuchnia to dobre miejsce dla plebsu, nie dla multimilionera.
Hinten Linksarsch nie podzielał jednak tego poglądu szefa. Wygodna, jasna kuchnia z dużym stołem i czajnikiem w zasięgu ręki była jego prywatnym azylem, w którym zaszywał się na rzadkie chwile samotnej lektury. Tak jak dzisiaj. Siedział oparty plecami o szafkę, z nogami na stole, krawat poluzował i zaopatrzony w kubek pienistego cappucino zatopił się bez reszty w pikantnych momentach ukochanej powieści.
- Hinten! - głos szefa dobiegał doń niczym z oddali.
Linksarsch poderwał się gwałtownie, wylewając sobie kawę na koszulę. Książka wypadła mu z ręki i pojechała po lśniących płytkach podłogi w okolice lodówki.
- Tak, szefie! Słucham szefie! - wybełkotał, bardziej niż kiedykolwiek przypominając wyrzuconą na brzeg rybę.
- Po co ja zatrudniam takiego jełopa, przypomnij mi? - zapytał Grey drwiąco.
- Nie wiem, szefie.
- Właśnie, ja też nie wiem - Grey pochylił się i podniósł upuszczoną przez Hintena książkę. - Znowu "50 twarzy Greya"? I pewnie wyobrażasz sobie, że jesteś Anastazją, co?
Hinten gwałtownie poczerwieniał. Miał nadzieję, że szef nie zajrzy do środka, mógłby bowiem zauważyć, że imię "Christian" było wszędzie starannie poprawione na "Robert".
- Dobra, nieważne - Grey rzucił powieść na pobliską szafkę. - Masz to, o co cię prosiłem?
- Leży na pańskim biurku szefie - odparł służbiście Hinten, wciąż jeszcze płonąc czerwienią.
- To idź się przebrać, bo wyglądasz jak fleja, a potem przyjdź do mnie po dyspozycje.
- Tak jest, szefie!
Kwadrans później zameldował się w gabinecie Greya, odziany w świeżutką, niebieską koszulę, starannie dobraną pod kolor oczu.
Grey siedział za biurkiem, niewiele mniejszym od Katedry Westminsterskiej, przeglądając dostarczone przez Hintena dokumenty.
- No proszę, tyle haków - mruczał. - Nawet nie będzie trzeba za bardzo się wysilać.
- Jestem, szefie - Hinten ośmielił się przypomnieć o sobie konspiracyjnym szeptem.
- Nie szepcz, na miłość boską! - zirytował się Grey. - Złóż tej całej Montoyi ofertę na Ten Bells, przez podstawioną firmę. Jak najszybciej, najpóźniej jutro.
- Tak, szefie. Coś jeszcze?
- Prosiłem, żebyś się odzywał? Wasilewski się rozwodzi, podrzuć jego żonie parę sposobów na oskubanie go z kasy i pozbawienie praw do bachorów. Tylko dyskretnie i przez zaufanych ludzi. Co do Lamparda, zapłaćcie tej Bleakley i niech zrobi tournee po mediach, mówiąc to, co trzeba. Facet ma zostać skompromitowany. - Grey złożył dokumenty i wyrównał plik kartek, stukając jego krawędzią o biurko. - Zjeżdżaj Hinten, do roboty.
Sekretarz posłusznie i cicho wyszedł z gabinetu.
Odzianie Keplera w kaganiec, pospiesznie nabyty w supermarkecie, nie było prostą sprawą, pies bowiem tego sprzętu nie lubił i wił się jak węgorz, usiłując uniknąć z nim kontaktu. Majka jednak nie mogła jechać do azylu komunikacją zbiorową, z psem bez kagańca, a nawet gdyby mogła, nie ryzykowałaby tego, jako że Keplerowi nie wszyscy ludzie się podobali, co wyrażał cichszym lub głośniejszym powarkiwaniem.
Zniecierpliwiona unikami, położyła się na Keplerze niemal plackiem, mając cichą nadzieję, że nie zechce jej ugryźć, i dopiero wtedy zdołała wbić kaganiec na jego pysk. Pies zamruczał, po czym spróbował ściągnąć sobie obrzydlistwo łapą.
- Kepler, nie wolno! - skarciła go Majka, dopinając paski.
Spojrzał na nią z bolesny wyrzutem, ale grzebać łapą przestał.
Przy bramie azylu czekała na nich Ariadna Potts, która oczywiście natychmiast wybuchła falą wyrzutów pod adresem psa.
- Och ty niedobry, a ja się tak martwiłam, jak mogłeś mi to zrobić, kto to widział uciekać, przecież tu masz wszystko, dach nad głową i jedzenie, no chodźmy, chodźmy, trzeba go zamknąć dobrze, że sobie nic nie zrobiłeś, podły, ty, no daj się pogłaskać, co zabierasz tę łepetynę, nie to nie, idziemy, czy nie sprawił problemów, jak wam noc minęła, powiedz mi, kochana...
Z rzadka przebijając się przez nieustającą rzekę wymowy pani Potts, Majka odpowiadała na jej pytania, cały czas przyglądając się psu. Kepler szedł smutny, z nosem na kwintę, opuszczonym ogonem i obwisłymi uszami.
W drzwiach do psiarni zaparł się wszystkimi czterema łapami i skomląc odmówił kategorycznie dalszego marszu.
- No wchodź, wchodź, piesku - Ariadna pociągnęła go za obrożę. Nawet nie drgnął, wbity w podłoże, z szeroko rozstawionymi łapami i opuszczonym łbem, za to zaczął wyć.
- Kepler, no chodź - zachęciła Majka. Spojrzał na nią. W jego bursztynowych ślepiach malowały się przerażenie i smutek. - No proszę.
Zaskomlał i zaczął lizać Majkę po rękach. Poczuła, że serce jej pęka na kawałki.
Pani Potts podrapała się po siwych lokach.
- Słuchaj, kochana, skoro on tak bardzo nie chce, a się dogadujecie i w ogóle, to ja może pogadam z Charliem, on naprawdę nie będzie miał nic przeciwko, a jak będzie miał, to już ja mu wyperswaduję i może byś go adoptowała, znaczy Keplera, nie Charliego, mogłabyś zabierać go tutaj do pracy i w ogóle, co o tym myślisz, bo ja...
Majka zamachała rękami jak startujący łabędź skrzydłami.
- Tak, pani Potts, ja się zgadzam! - krzyknęła. - Jeśli pani nie ma nic przeciwko, to ja go chętnie wezmę!
Pies, zupełnie jakby rozumiał o co chodzi, zamachał ogonem i szczeknął radośnie.
- Ale ja nie jestem głucha, nie krzycz kochana, no to dobrze, to chodźcie do biura, to przygotujemy umowę, a potem jeszcze do kociarni skoczymy, zastrzyk trzeba zrobić, a ty to robisz najlepiej...
Monolog pani Potts ścichł nieco, gdy zniknęła za głównymi drzwiami azylu.
Pub z wolna zapełniał się ludźmi. Walter zdażył już zająć swój stolik i obłożyć go papierami. Teraz nanosił coś na mapę, pomrukując z cicha. Szkatułka, znaleziona w piwnicy, stała na barze, w takim miejscu, które Rose mogła mieć cały czas na oku.
- Otworzę wieczorem - wyjaśniła Montoya. - Teraz nie mam czasu.
Lampard kiwnął aprobująco głową, pociągnął kawy z filiżanki, po czym zadumał się głęboko.
- Co właściwie wiesz tym miejscu? - zapytał.- Jak bardzo stare ono jest?
- Nie bardzo - odparła Rose. - Właściwie to prawie nówka. To osiedle, a razem z nim mój pub, wybudowano po pierwszej wojnie, budowa skończyła się chyba w 1925. Dziadek kupił Ten Bells w, czekaj... to był sześćdziesiąty drugi, albo trzeci, nie pamiętam dokładnie.
- A co tu było przedtem? - drążył Lamps. - Zanim wybudowali osiedle?
- Krzaki - odparła Rose. - I nieużytki. I ziemianka Czarnej Annis, jeśli wierzyć legendzie.
- To już coś. Dokładnie tutaj? Pod pubem?
- Tego nikt nie wie - Walter oderwał się od swoich papierów. - Kedyś, kiedyś przy jej ziemiance stał wielki dąb, ale już go od dawna nie ma.
- Zgadza się - powiedziała Rose. - Podobno wieszała na nim skóry zabitych przez siebie dzieci.
- Przyjemna osóbka... - mruknął Frank.
- A dlaczego, dlaczego właściwie cię to interesuje? - zapytał Walter. Stal, tuląc do piersi plik papierów, w jego oczach lśnił niepokój.
Frank i Rose spojrzeli na siebie, potem na Waltera.
- Bo znaleźliśmy coś w piwnicy - powiedziała Rose powoli. - Dodatkowe pomieszczenie.
Walter odłożył papiery na stół i podszedł do baru.
- Co w nim było? - zapytał, z niezwykłą jak na siebie gwałtownością.
- Nic, tylko stare biurko - odpowiedział Lampard.
- I zamknięte drzwi - dodała Rose.
Trupia bladość powlokła twarz Waltera.
- Nie otwierajcie ich! - zażądał. - Nie teraz! Otworzą się, kiedy przyjdzie czas!
- Walter, co ty do licha mówisz? - Rose miała dwa wielkie znaki zapytania w oczach.
- Nie otwierajcie ich - Walter uspokoił się nieco. - To ma związek z moimi badaniami i Rose, ja wiem, że wszyscy, wszyscy uważają mnie za dziwaka i nieszkodliwego wariata, ale ja wiem co mówię i nie jestem, nie jestem szalony! Nie otwierajcie ich!
- Dobrze, nie będziemy - Lampard poklepał go uspokajająco po plecach.
Nie zwracając na niego większej uwagi, Walter odszedł od baru i drżącymi z emocji dłońmi wydobył z kieszeni komórkę, po czym jął wypukiwać na niej długiego esemesa.
- Co mu odbiło? - zdziwił się Lampard.
- Nie mam pojęcia - mruknęła Rose. - Pierwszy raz widzę go tak zdenerwowanego.
Z zaplecza wykuśtykała Drusilla, kołysząc się na swych niebotycznych obcasach tak mocno, że talerz na tacy, którą niosła, przesuwał się w te i we wte, chociaż był pełen. Na drodze do właściwego stolika stał jednak Walter, którego minięcie wymagałoby wykonania kilku dodatkowych kroków, zbyt wielki wysiłek jak dla Drusilli.
- Te, może byś się sunął? - zaproponowała.
Walter, bez reszty zajęty esemesem, nie dosłyszał.
- Zjeżdżaj mi z drogi, cieniasie! - warknęła, trącając go łokciem. Walter odsunął się, nie podnosząc nawet głowy.
Zachowanie kelnerki nie umknęło jednak sokolim oczom Rose.
- Jeszcze raz odezwij się tak do klienta, a wylecisz stąd na kopach! - ryknęła zza baru. - Walter, przepraszam cię za nią.
- Nie szkodzi - odparł mechanicznie Walter.
Lampard obejrzał kelnerkę wzrokiem podejrzliwym.
- Zatrudniasz teraz odpady z "Jersey Shore"? - zapytał.
- A daj spokój - Rose wywróciła oczyma. - To przysługa dla Robbiego, jakaś siostrzenica jego żony. Potrzymam ją kilka dni i wywalę.
- Jest jeszcze lepsza niż ta poprzednia - zaśmiał się Lampard.
W przytulnym mieszkaniu, gdzieś niedaleko katedry, w przepastnym, obitym pluszem fotelu, siedziała starsza pani. Gdyby pokazać ją Majce, rozpoznałaby w niej staruszkę, którą spotkała kiedyś w Tesco, a która kazała jej pilnować Wasyla. Lampard mógłby spobie przypomnieć, że spotkał tę panią kiedyś w centrum i pomógł jej nieść zakupy. Wasyl zaś zapewne zidentyfikowałby ją jako tę miłą staruszkę, której rozsypała się zawartość torebki, a on pomógł ją pozbierać. Rose powiedziałaby, że widziała tę panią koło gabinetu doktora Tennanta, wszyscy zaś zgodziliby się, że staruszka plotła jakieś dziwne rzeczy, o konieczności pilnowania innych, trzymania się razem i czasie który nadchodzi.
Starsza pani patrzyła w okno, na ciemniejącą, spowitą mgłą ulicę, na której zaczynały zapalać się latarnie i myślała. Myślała bardzo intensywnie.
- Wszystko dzieje się szybciej, niż myślałam - stwierdziła na głos. Spojrzała na leżącą na stoliku gazetę. Wielkie, czerwone litery nagłówka krzyczały o brutalnym morderstwie pod klubem Enclave. - Coś już zdołało przejść. Trzeba ich wtajemniczyć.
Westchnęła głęboko i potarła skronie, sękatymi, pomarszczonymi palcami.
- Tylko jak to zrobić? - powiedziała. - Przecież wezmą mnie za wariatkę.

Westchnęła jeszcze raz i zapaliła lampkę, rozpraszając gęstniejący mrok.
___________________________________________________________
Oto kolejny rozdział i znowu wyszedł mi strasznie, strasznie długi. Mam nadzieję, że to wam nie przeszkadza. Aha, dziękuję za wszystkie komentarze, których ostatnio było mnóstwo, dziękuję także Fioli za te wszystkie pomysły, jakie mi podsuwa :*
Aha, a bonus dzisiaj podwójny.

Lamps...


...i boski Xabier, z dedykacją dla Fiolki.

Martina