Oh well it's much too early, not right now,
How can I love you when i, I don't know how,
I don't know how, I don't know how ?
How can I trust my eyes, do they really see
What is the truth ? it's hard for me
Janis Joplin "Eazy once you know how"
Kasetka z pieniędzmi była zwykle zamknięta na klucz, który z kolei leżał zazwyczaj w kieszeni Rose. Tego dnia jednak stało się inaczej, a to przez dostawcę mięsa, który zaczął się wykłócać z Robbiem o jakieś rzekome zaległości, odmawiając dostarczenia nowej partii wołowiny i baraniny, o ile żądana przez niego suma nie zostanie uiszczona.
How can I love you when i, I don't know how,
I don't know how, I don't know how ?
How can I trust my eyes, do they really see
What is the truth ? it's hard for me
Janis Joplin "Eazy once you know how"
Kasetka z pieniędzmi była zwykle zamknięta na klucz, który z kolei leżał zazwyczaj w kieszeni Rose. Tego dnia jednak stało się inaczej, a to przez dostawcę mięsa, który zaczął się wykłócać z Robbiem o jakieś rzekome zaległości, odmawiając dostarczenia nowej partii wołowiny i baraniny, o ile żądana przez niego suma nie zostanie uiszczona.
Szef
kuchni nie dał się wziąć na te plewy, pamiętał bowiem, że
wszelkie opłaty regulowane były na bieżąco. Pamiętał, bo
pamiętać musiał, gdyby narobił długów u któregokolwiek z
dostawców, Rose niechybnie oberwałaby mu głowę. Przestrzegała
bowiem bardzo skrupulatnie zasady, by płacić, jeśli tylko ma się
kasę. Długi można było sobie ewentualnie robić w jakiejś
kryzysowej sytuacji.
Protesty
Robbiego, człowieka z natury spokojnego, nie zdały się na nic i
Rose została oderwana od wybierania drobnych z kasetki, potrzebnych
jej by mieć z czego wydawać resztę. Nie zdążyła uzupełnić
kasy przy barze rano i przy niedzielnym, wzmożonym ruchu bilon
skończył jej się całkiem znienacka. Grzebała zatem w kasetce,
gdy dobiegło ją desperackie wołanie Robbiego, a że zależało jej
na utrzymaniu dobrych stosunków z dostawcą mięsa, który oferował
produkty świeże i w miarę tanie, przekręciła tylko klucz w zamku
kasetki i zapominając go wyjąć, skoczyła ku tylnym drzwiom.
Spacyfikowała
dostawcę w trymiga, odświeżywszy mu pamięć, zdusiła spór w
zarodku, umówiła się na kolejną dostawę i wróciła do środka.
Tuż
przed drzwiami łącznika między kuchnią a zapleczem owionęła ją
ciężka woń kiepskich perfum, niechybny znak, że w pobliżu
znajdowała się Drusilla.
-
Pewnie znowu napieprza w ten swój smartfon - mruknęła Rose
zjadliwie i pchnęła drzwi.
I
zamieniła się w słup soli, niczym żona Lota.
To,
co ujrzała, było jednak, jej zdaniem całkiem blskie Sodomie i
Gomorze. W łączniku znajdowała się Drusilla, i owszem, jednak nie
klepała w swoją komórkę, tylko grzebała w kasetce, napychając
dekolt dwudziestofuntówkami.
Furia
klasy pierwszej z miejsca zalała umysł Rose i pchnęła ją do
działania.
Montoya
zatrzasnęła kasetkę z taką szybkością, że Drusilla ledwie
zdążyła zabrać palce. W oczach dziewczyny błysnęło
zaskoczenie, zastąpione szybko zwykłą arogancją.
-
No co ty, ocipiałaś? - warknęła.
-
No kurwa, ja? To ja kradnę cudze pieniądze? - Rose chwyciła
Drusillę za nadgarstek. - Oddawaj wszystko, ale grzecznie, to może
nie wezwę glin.
-
Pieprz się! - dziewczyna wyrwała się z jej uścisku. - Nawet
zaliczki mi nie dałaś!
-
Mogę ci dać wpierdol - zaproponowała Rose. - Dawaj kasę!
-
Wypad! - Drusilla pchnęła ją oburącz w pierś.
-
Ach tak? - Rose odsunęła włosy z twarzy.
Złapała
dziewczynę za nadgarstki, wysunęła nogę i po chwili Drusilla
leżała na podłodze, wierzgając w powietrzu wysokimi jak szczudła
obcasami. Rose usiadła na niej okrakiem, przyciskając jej ręce
kolanami do posadzki i skrzętnie zrewidowała, wyciągając zza
złotej bluzeczki całe zrabowane mienie.
-
A teraz wypad - skomenderowała wstając.
-
Poskarżę się Robbiemu! - zawyła Drusilla, wybuchając łzami. Jej
makijaż rozmazał się, upodobniając ją do Alice Coopera. - Ty
dziwko!
Jednym
gestem Rose schwyciła ją za włosy i podniosła z podłogi.
Bezlitośnie przewlokła wyjącą i przeklinającą brankę przez
kuchnię, aż do tylnego wyjścia. Robbie na ten widok tylko uniósł
brew, natomiast Burn z wrażenia zgubił łyżkę w odmętach sosu.
-
Won stąd! - wrzasnęła Rose, wyrzucając byłą już pracownicę za
drzwi. Pchnęła ją z takim impetem, że dziewczyna wylądowała
wśród stojących pod płotem kubłów na śmieci. - Jak cię tu,
kurwa, zobaczę, to ci te kudły powyrywam!
-
Podła zdzira! - odwrzasnęła Drusilla. Odbiegła kilkanaście
kroków i odwróciła się w stronę Rose. - Głupia kurwa! Cygańska
pizda!
Powodowana
krwawą furią Rose złapała leżącą na śmietniku nadgniłą
główkę sałaty lodowej i cisnęła nią w Drusillę, trafiając
dokładnie w przepastny dekolt. Kawałki gnijących liści rozbryzły
się po piersi dziewczyny, która krzyknęła piskliwie, odwróciła
się i uciekła, kolebiąc się na platformach swych kozaków.
Rose
wróciła bez słowa do pubu, włożyła zmięte banknoty do kasetki,
którą nastepnie bardzo starannie zamknęła na klucz, po czym
włączyła komputer i na kilku serwisach internetowych zamieściła
ogłoszenie, że poszukuje kelnerki. Potem zaś, upewniwszy się, że
nikt jej nie widzi, po raz kolejny przeczytała wszystkie newsy na
temat morderstwa Ronette Paulson.
Środa
była dniem tak ponurym, że Majka ledwie się zwlokła z łóżka.
Była wykończona, od dłuższego czasu bowiem koszmary przybrały na
sile, przychodząc co noc. Krew, kamienie, jakieś wielkie, potworne
cielska, przelewające się w ciemności, Czarny Człowiek, oraz
apokaliptyczne obrazy zagłady, przy takich snach, doprawdy, nie
dawało się wypocząć. Do tego coraz częściej widywała dziwne
rzeczy na jawie, cienie, snujące się za ludźmi, wypełzające z
kątów i czające się w mroku (jak absurdalnie by to nie
zabrzmiało), oraz głosy, szepczące różne rzeczy, gdy tylko była
sama. Cieszyła się, że ma Keplera, bo gdyby miała teraz spędzić
sama domu bodaj pięć minut, prawdopodobnie by oszalała. Chociaż
z drugiej strony, zważywszy na fakt że słyszała głosy i widziała
to, czego inni nie widzieli, prawdopodobnie już była szalona.
Przed
uznaniem się za kompletną wariatkę powstrzymywało ją tylko to,
że Kepler również reagował na widziane przez nią zjawy. Czasem,
gdy byli w domu, albo w biurze azylu, pies, nagle przebudzony ze snu,
zrywał się na równe nogi i ze zjeżoną sierścią biegł w to
miejsce, gdzie akurat Majka widziała zarys ciemnej, ludzkiej
sylwetki, albo po prostu kłąb czegoś czarnego, przypominającego
gęsty dym. Kepler węszył tam przez jakiś czas, niekiedy
powarkując, a potem uspokajał się i znowu kładł się u stóp
Majki.
Skoro
on to też widział, to chyba jednak jej tak zupełnie nie odwalało,
myślała Majka, głaszcząc jego wielki łeb.
Tego
dnia znowu utknęła w biurze, odwalając papierkową robotę.
Usiłowała odcyfrować bazgroły Coltrane'a, dotyczące zużycia
leków w stajni i zastanawiając się, dlaczego, u licha, Hal kazał
prowadzić notatki temu idiocie, zamiast robić to osobiście.
Miałaby o połowę mniej roboty, gdyby zużycie leków w stajni
zapisywał ktoś bardziej ogarnięty i dysponujący bardziej
czytelnym pismem, niż ten niechluj Coltrane.
Patrzyła
właśnie beznadziejnie na malowniczy gryzmoł i zastanawiała od
kiedy Coltrane zna pismo arabskie, bo na alfabet łaciński to nie
wyglądało, kiedy ktoś zapukał do drzwi.
-
Prooooszsz - mruknęła, jednocześnie spoglądając jednym okiem na
Keplera. Merdał leniwie ogonem, nie otwierając oczu.
-
Cześć - do środka wparował Lampard, elegancki do niemożliwości
w swoim długim płaszczu. - Mogę zająć chwilę?
-
Możesz nawet więcej niż jedną - odparła Majka, jednocześnie
wysuwając nogą spod stołu wolne krzesło. - Siadaj, rozgość się
i tak dalej. Akurat odwalam papierkologię, każde urozmaicenie mile
widziane. Myślałam, że jesteś w Londynie?
-
Już wróciłem, jak widać - odpowiedział spokojnie. - Wpadłem
tylko na badania do klubu.
-
I jak wyniki?
-
Podobno widać poprawę, ale grać wciąż nie mogę.
-
Kiepawo. Współczuję. - w głosie Majki zabrzmiało przejęcie. - A
co się tu sprowadza?
-
Chciałem adoptować kota - rzekł Frank.
Majka
spojrzała na niego znad papierów.
-
Kota? A miałeś kiedyś jakiegoś? - zapytała.
-
Miałem - zełgał bez namysłu. - Uwielbiam koty! - dodał, tym
razem szczerze.
-
No to spadasz mi z nieba - ucieszyła się Majka. - Akurat mam jedną
koteczkę do wydania, jej rodzeństwo dawno poszło w dobre ręce, a
jej nikt nie chce. Poczekaj moment, pochowam tę makulaturę i
pójdziemy do kociarni.
Majka
zaprowadziła Lamparda do dużego, jasnego pomieszczenia, którego
jedną ścianę zajmowały zbite z dykty budki dla kotów. Z sufitu
zwisały grube liny, pod dwiema ścianami stały rozmaite przyrządy
po kórych koty mogły się wspinać, całość zamykała ściana z
siatki, odgradzająca drzwi wejściowe od pozostałej części
pomieszczenia.
-
Zobacz - powiedziała Majka, wskazując niedużego kota w czarne,
rude i białe łaty, który właśnie skończył tluc dwa razy
większego od siebie rudzielca. - To ona.
Kotka,
jakby świadoma, że ją oglądają, usiadła na półeczce i
przybrała wdzięczny wygląd przemiłego, puchatego koteczka.
-
Prześliczna - oznajmił z zachwytem Frank. - Dlaczego nikt jej nie
chce?
-
Bo nie jest zbyt wylewna. Trzeba do niej podchodzić z wyczuciem.
Jedna arystokratka nawet chciała ją wziąć, ale kiedy spróbowała
ją pogłaskać, kota ją ugryzła. No i z adopcji nici - westchnęła
Majka. - A tak chciałam znaleźć jej dom...
-
A to jakieś pilne? - zainteresował się Lampard, jednocześnie
próbując przywabić kotkę do siatki.
-
Ona nie znosi za dobrze schroniska - zełgała Majka, nie przyznając,
że mały, łaciaty upiór terroryzuje całą kociarnię. Lampard
mógłby się rozmyślić, albo co, lepiej było oszczędnie
gospodarować prawdą.
-
Biorę ją! - zadecydował Frank. - Złapiesz ją?
Majka
zaczęła się śmiać.
-
Wstrzymaj konie, Frank - powiedziała. - Nie tak szybko. Masz jakąś
klatkę?
-
A nie, nie mam - Lampard uświadomił sobie, że wożenie kota luzem
w samochodzie to średnio dobry pomysł.
-
No to skocz ją kupić, przygotuj jakieś miski i karmę i wróć
tutaj - poleciła Majka. - Ja w tym czasie przygotuję umowę
adopcyjną i dokumenty małej.
Lampard
uwinął się z tym tak szybko, że Majka ledwie zdążyła
wydrukować i wypełnić odpowiedni formularz.
-
Tu masz książeczkę, tam jest napisane, kiedy powinieneś iść z
nią na szczepienia - pouczyła, wręczajac Frankowi dokumenty. - Tu
jest umowa, trzeba tylko podpisać, ja do ciebie potem wpadnę na
wizytę poadopcyjną.
Lampard
pochylił się nad stołem i złożył na papierze zamaszysty
gzygzoł.
-
Znowu zabito jakąś dziewczynę - rzekł, prostując się. -
Znaleźli jej ciało w krzakach przy kościele w Thurcaston.
Wszystkie media o tym trąbią.
Majka
pobladła. Kepler uniósł głowę i popatrzył na Lamparda,
zupełnie, jakby wiedział, o czym mowa.
-
Thurcaston, przecież myśmy się tam zbierali ostatnio... - Majka
wcisnęła umowę do szafki z aktami i trzasnęła szufladą. - Masz
tę transporterkę? Jezu, myślisz, że on może zacząć na nas
polować?
Frank
wzruszył ramionami.
-
Kto go wie? Ta dziewczyna, to właściwie jeszcze dziecko,
czternaście lat.
-
Chryste...
Kiedy
Lampard odjechał, uwożąc w transporterce czarnonosą tricolorkę,
ochrzczoną wdzięcznym imieniem Celeste, Majka uruchomiła biurowy
komputer i zaczęła przetrzepywać net, szukając informacji o nowej
zbrodni.
-
Ale dlaczego koło kościoła? - zastanawiała się na głos.
Wertowała
dalej linki, wyrzucane przez google, wyławiając kąski informacji z
kolejnych prasowych notek.
"...jak
dowiedzieliśmy się nieoficjalnie cztery megalityczne głazy,
stojące na łące, nieopodal miejsca zbrodni, były pokryte krwią.
Nie wiadomo jeszcze, czy krew należy do ofiary."
-
Głazy? - przed oczyma Majki stanął obraz, nawiedzający ją
ostatnio w koszmarach, strużki krwi, ściekającej po chropowatej
powierzchni kamieni. Zapominając o nie dokończonej papierkowej
robocie poderwała się z krzesła, chwytając w locie kurtkę i
smycz.
-
Chodź, Kepler - przypięła psa i pociągnęła go za sobą.
Z
duszą na ramieniu szła w stronę krzaków przy bramie. Psu tez się
to nie podobało, o czym świadczyła jego zjeżona sierść i
podkulony ogon.
Tym
razem Majka nie zobaczyła niczego dziwnego, żadnej ciemności,
żadnych latających stworów, podeszła więc bliżej i dojrzała
coś w rodzaju ścieżki, czy raczej przesmyku, którym można było
wejść w głąb zarośli. Podążyła tym szlakiem, za nią nieufny
Kepler.
No
i był tam, sterczał z pożółkłej trawy na niewielkim kawałku
wolnej przestrzeni wśród krzewów, niczym poczerniały ząb jekiejś
prehistorycznej bestii. Głaz, o ciemnej, chropowatej powierzchni,
poznaczonej kolistymi piętnami zielonkawobiałych porostów. Na
niektórych z nich widać było ślady czegoś brunatnego.
Krwi,
uświadomiła sobie Majka.
Wyciągnęła
dłoń, ale zanim zdążyła dotknąć kamienia w jej zmysły
uderzyła fala wrażeń. Nozdrza poczuły słonawo-słodki,
metaliczny zapach, uszy wypełniły się jakąś dziwaczną
kakofonią, jęków, pomruków, zgrzytów i ptasich wrzasków, oczy
natomiast zobaczyły ciemność, nieprzenikniony gęsty mrok w którym
przewalało się coś gigantycznego. I nieopisanie, pierwotnie złego.
Może
by tam stała, aż umarłaby z narastającej trwogi, gdyby nie
Kepler, który podciął jej nogi. Padła na ziemię i przez chwilę
leżała, wyczerpana, patrząc w burobiałe niebo i pozwalając, by
pies lizał ją po twarzy. Wreszcie podniosła się z wysiłkiem,
opierając się o Keplera i wyszła z krzaków, nie oglądając się
za siebie.
Nie
wszystkie koty są miłe. Tę prawdę Frank Lampard przyswoił sobie
w ciągu kilku godzin. Jonesy, kocur należący do Rose, był niczym
przytulanka, której jedynym celem w życiu było dać się głaskać,
głośno przy tym mrucząc. Celeste natomiast była niczym pirania
lądowa, w dodatku wredna i złośliwa. Po wypuszczeniu z klatki
uwiła się na kanapie w salonie i gdy Frank spróbował ja
pogłaskać, walnęła go w rękę, łapą z wysuniętymi pazurami.
-
Celeste - rzekł z naganą, patrząc na swe krwawiące obrażenia. -
Zachowuj się jak dama!
W
odpowiedzi prychnęła. Wzgardliwie.
Kiedy
zapoznała się z otoczeniem i uspokoiła, zaczęła się bawić. To
znaczy zaczęła biegać, niczym małe, trójkolorowe tornado, z
pokoju do pokoju, skacząc po wszystkich możliwych meblach,
strącając bibeloty i wywracając wazony, huśtając się na
firankach i wydając przy tym dzikie odgłosy.
Wreszcie
ucichła na jakiś czas, znikłszy na korytarzu. Lampard odetchnął
z ulgą, jednak po drodze do kuchni ulga przekształciła się w
furię, kot bowiem postanowił załatwić potrzeby fizjologiczne. Ale
nie do luksusowej kuwety z najlepszym żwirkiem i pochłaniaczem
zapachów, co to, to nie. Kot, z najwyższym zadowoleniem, zabierał
się do oddawania moczu w ulubione półbuty Franka.
-
Nie!!! - ryknął Lampard, wyrywając obuwie spod tyłka Celeste.
Okazało
się, że pomylił się w ocenie. Kotka zdążyła już nalać
porządnie do jednego buta, a teraz jgo zawartość wychlupnęła na
Franka.
Mamrocząc
przekleństwa wyrzucił buty do śmieci, wytarł podłogę na
korytarzu, umył się i przebrał. Tymczasem Celeste wróciła na
kanapę, znowu wyglądając jak uosobienie niewinności.
-
Będziesz teraz grzeczna? - zapytał z nadzieją.
Łypnęła
na niego jednym miedzianożółtym okiem. Odłypnął
niebieskozielonym.
Obserwowali
się podejrzliwie przez najbliższe pół godziny, wreszcie Lamps
stwierdził, że jest głodny i przypomniał sobie, że kupił
polędwicę wołową, która czeka w lodówce, by ktoś przemienił
ją w stek. Lampard gotował rzadko, ale steki akurat przyrządzać
umiał i lubił, jeszcze bardziej zaś lubił je jeść. Zabrał się
raźno do roboty i po pół godzinie siedział już nad talerzem, na
którym królował średnio wysmażony stek, taki, jaki Frank lubił
najbardziej. Odwrócił się jeszcze tylko, by sięgnąć do szuflady
po sztućce...
I
steku już nie było na talerzu. Oddalał się właśnie na korytarz,
wleczony z wysiłkiem przez kotkę.
-
A niech cię! - wrzasnął Frank. Wbił nogi w pierwsze lepsze buty,
szczęśliwie suche, złapał z wieszaka kurtkę i wyszedł z domu,
głodny i zły.
Ponieważ
Rose była jedyną znaną mu w Leicester osobą, która znała się
na kotach i której nie wstydziłby się przyznać, że pomiata nim
trzymiesięczna futrzana kulka, pojechał do Ten Bells.
Znalazł
Rose za barem, zajętą dyskusją z dwoma facetami. Obaj nosili drogą
i elegancką odzież, mieli nienaganne fryzury i lisie spojrzenia.
-
Panowie w jakiej sprawie? - zapytał, opierając się o bar i
posyłając Rose uśmiech.
-
Panowie właśnie wychodzą - rzekła Rose z naciskiem.
-
Niech pani przemyśli naszą ofertę - rzekł jeden z lisów.
-
Nikt nie zaproponuje pani tak korzystnych warunków, jak firma
Cervezas Internationale - dodał drugi.
-
Mam to gdzieś - burknęła Rose. - Ten Bells nie jest na sprzedaż.
-
Drzwi są tam - wskazał uczynnie Lampard. - Żegnam panów.
-
Gdyby zmieniła pani zdanie... - lis numer jeden wyjął z
eleganckiego etui elegancką wizytówkę i elegancko wypielęgnowanym
palcem przesunął ja po barze w kierunku Rose. Dziewczyna wzięła
kartonik w dwa palce, jakby miała do czynienia z glistą i wrzuciła
ostentacyjnie do śmieci.
-
Co to za jedni? - zapytał Lampard, gdy drzwi za osobnikami o lisich
oczach się zamknęły. - I czy mogę prosić whisky?
Położył
na ladzie odliczoną kwotę.
-
Jakies pajace, które chciały kupić pub - mruknęła Rose, sięgając
po butelkę. - Co ja bym robiła, jakbym go sprzedała? To jest mój
cały świat.
-
Słuchaj, zostałem ojcem - rąbnął Frank.
Butelka
wyśliznęła się z dłoni zaszokowanej Rose i roztrzaskała się na
posadzce, w promienistym rozbryzgu whisky.
-
Kurwa! - warknęła Montoya. - To znaczy, co proszę?
Frank
bez słowa dołożył do pieniędzy na ladzie równowartość
stłuczonej butelki.
-
Ojcem w przenośni - wyjaśnił. - Co cię tak wstrząsnęło?
-
Nic - skłamała Rose, sięgając po szufelkę. - Jak to ojcem w
przenośni?
-
Adoptowałem kota. A raczej zdawało mi się, że adoptuję kota, a
tymczasem adoptowałem huragan.
Opowiedział
jej pokrótce swoje przypadki z Celeste.
-
A na koniec ukradła mi stek - powiedział, mając nadzieję, że nie
brzmi żałośnie. - Mogłabyś mi pomóc jakoś opanować tego
potwora?
-
Burn, jeden stek, ale pędzikiem! - wrzasnęła przez ramię w
kierunku kuchni. - To nie potwór, to młody kot.
-
Czy to oznacza, że to, co ona wyprawia, jest normalne? - zapytał ze
zgrozą Frank. - W takim razie nie wiem, czy nie lepiej było
adoptować to błoniastoskrzydłe paskudztwo.
Gadali
dobrą chwilę na temat kotów i ich zachowania, gdy z zaplecza
wyłoniła się blondynka, o wdzięcznej figurze i wielkich,
ciemnoniebieskich oczach, niosąca tacę z zamówionym stekiem. Na
jej widok na twarzy Franka odmalował się wyraz cielęcego zachwytu.
-
To dla pana - rzekła głosem, który zabrzmiał w uszach Lamparda
jak słodki trel.
-
Dziękuję - rzekł z uczuciem. - Jak masz na imię?
-
Elodie.
- Elodie - rzekł w rozmarzeniu Lampard. - To prawie jak melodia.
Rose prychnęła gniewnie i trzasnęła ostentacyjnie ścierką o
bar.
-
Zbaraniał do reszty.- mruknęła pod nosem.- Melodia... i co
jeszcze? Melodie miłości? Naoglądał się tanich komedi
romantycznych!
Rzuciła
dziewczynie wymowne spojrzenie, ta zaś niemal bezszelestnie
odpłynęła na zaplecze.
-
Lampard! - Rose pstryknęła mu palcami przed nosem. - Wyglądasz jak
zahipnotyzowana kura!
-
Co? Mówiłaś coś? - Frank zamrugał oczyma.
-
Faceci... - mruknęła Rose. - Jedz bo ci stygnie.
Frank
był w połowie swojego steku, kiedy do pubu wpadła zdyszana Majka,
ciągnąca za sobą psa. Kepler wyrwał jej się od razu za progiem
i usiadł przy Franku, całym sobą oświadczając, że zaraz skona z
głodu, jeśli kochany pan Lampard nie da mu kawałka tego pysznego
mięska. Krukówna zlekceważyła psa i nie zdejmując płaszcza, ani
czerwonej, wełnianej czapki, popędziła do stolika zajmowanego
przez Waltera i jego papierzyska.
-
Kamienie! - wysapała. - On morduje przy kamieniach!
Walter
podniósł głowę znad opasłej, mitologicznej księgi.
-
Co?
-
Ten morderca! - Majka opadła na krzesło. - Wybiera takie miejsce,
gdzie są kamienie!
-
Kamienie są wszędzie - rzekł gruby facet, siedzący przy stoliku
obok.
-
Nie do pana mówiłam! - fuknęła Majka. - Walter, przy bramie azylu
jest megalit. Morderca zostawił na nim krew Laury Pellegrin. Tak jak
teraz w Thurcaston pomazał kamienie krwią Zoe Woodward.
-
Wiem - powiedział Walter cicho.
-
Ale Ronette nie zabił przy kamieniach, tylko na polu, dlaczego? -
wyrzuciła z siebie Majka, z rozpędu. - Jak to wiesz?
-
Bo ja, ja się interesuję megalitami. Pamiętam gdzie są wszystkie
w okolicy - odparł.
-
Walter, jesteś nieziemski, wiesz?
-
Jestem bardzo, bardzo ziemski.
-
Ale dlaczego Ronette nie zabił przy kamieniach? - Majka popadła w
zadumę. - Czekaj, ona była zmasakrowana, morderca tłukł ją po
twarzy i głowie, jakby był wściekły.
Walter
westchnął.
-
Może Ronette była, była niekompletna - zaczerwienił się lekko. -
No wiesz, może jej czegoś brakowało.
-
Ale czego?
-
Dziewictwa - wtrąciła się Rose, podchodząc do stolika. Zniżyła
głos. - Ona miała chłopaka. Wiem, że się bzykali, bo pytała
mnie o antykoncepcję. Jej matka była trochę nieżyciowa w tym
temacie.
-
To by wiele wyjaśniało - rzekła Majka powoli.
-
Ja bym chciała wiedzieć co to za skurwysyn. Seryjny morderca? -
Rose z groźną miną ujęła się pod boki. Kilka twarzy z sali
odwróciło się w jej stronę.
-
Prawdopodobnie - mruknęła Majka. - Media też tak myślą. Nazwali
go "Lotniarz", bo jedna babka widziała coś, co jej
zdaniem było pterodaktylem, a zdaniem pismaków lotnią. Koło
Enclave widziała, w noc kiedy zamordowano Troya jakiegoś tam,
chłopaka twojej byłej kelnerki.
Rose
wytrzeszczyła oczy, nie wierząc w to, co słyszy.
-
Chodźcie do baru, ludzie się gapią - zarządziła. - Musimy wam
coś z Lampsem powiedzieć.
Posłuchali
i karnie zasiedli na stołkach przy barze, obok Lamparda, sączącego
swoje piwo.
-
To nie była lotnia - powiedziała ponuro Rose. - Pterodaktyl też
raczej nie. To coś co latało nad Enclave, w tę noc, kiedy
zamordowano tego chłopaka.
Frank
zakrztusił się piwem. Byłby się udusił, gdyby nie wielkie
łapsko, które usłużnie wyrżnęło go w plecy.
-
Uważaj Lamps, bo się utopisz na stałym lądzie. Cześć wszystkim
- Wasyl wyszczerzył zębiska w szerokim uśmiechu. Pociągnął
delikatnie za pompon na czapce Majki. - Sie masz, krasnalu.
-
Sie masz wielkoludzie - odpowiedziała Majka, jednocześnie ściągając
czapkę z głowy, płonąc potężnym rumieńcem i promieniejąc
gwałtownie wybuchłym szczęściem.
-
Dzięki, Wasyl - wyzipał Lampard. Otarł załzawione oczy. - Rose,
co ty powiedziałaś?
Rose
wzniosła oczy do nieba.
-
Że wiemy, co latało nad Enclave tamtej nocy - powiedziała. - Bo
wiemy, nie Frank?
-
Wiemy - odpowiedział Lamps. - Ale nikt nam chyba nie uwierzy.
Wasyl
powiódł wzrokiem po twarzach przyjaciół, marszcząc przy tym
brwi.
-
Moment, bo ja tu nie nadążam chyba - rzekł. - O czym mowa?
-
O morderstwach - objaśniła Majka uczynnie. - Zabito trzecią
dziewczynę.
-
O kurwa - wyrwało się Marcinowi.
Rose
wzięła głęboki wdech.
-
Ten pterodaktyl, to jest potwór, który mieszka w mojej piwnicy -
oznajmiła półgłosem. - Widzieliśmy go z Lampardem w tę noc
kiedy wy dwaj się schlaliście.
Wskazała
Franka i Marcina. Na twarze obu panów wybiły lekkie rumieńce.
-
Zgadza się - przyświadczył Lamps. - Ten stwór, wylądował na
moim balkonie. Miał błoniaste skrzydła, więc mógł się komuś
kojarzyć z pterodaktylem.
-
Jak wyglądał? - zapytała Majka zachłannie.
Frank
wzruszył ramionami.
-
Jak potwór - odparł. - Miał błoniaste skrzydła, paskudną gębę,
mnóstwo ostrych zębów i końskie kopyta.
-
I zółtawobrązową skórę - dodała Rose. - I z całą pewnością
nie miał szczoteczki do zębów.
-
Diabeł z Jersey - wyrwała się Majka, odwracając uwagę od
Waltera, który usiłował coś powiedzieć. - Tylko on miał łeb
jak wielbłąd.
-
Co to jest diabeł z Jersey? - chciała wiedzieć Rose.
-
Stwór zamieszkujący lasy południowego New Jersey w USA - odparła
Majka. - Według legendy było to trzynaste dziecko Mateczki Leeds,
spłodzone z diabłem.
-
Po tym co widziałam, nic mnie nie zdziwi - rzekła Rose. - A to co
widziałam, całkiem wyglądało jak pomiot diabła.
Wasyl
uniósł w górę dłoń.
-
Czekajcie, Wally chce coś powiedzieć - oznajmił.
Walter
rzucił mu pełne wdzięczności spojrzenie.
-
Ten stwór był różnie nazywany w mitach, mitach różnych ludów.
Ahool, kongamato, orang -bati, harpia. ekek, olitiau...
-...
Camazotz - wpadła mu Majka w słowo.
-
Tak, on też. Ja wam o nim powiem, o tym co się z nim wiąże też,
ale nie tu, nie tu - twarz Waltera była blada i poważna.
-
Czemu nie tu? - zapytał Lampard.
-
Bo tu inni słuchają - rzekł Walter ze zniecierpliwieniem. -
Przecież to bar.
-
Dalej nie rozumiem - stwierdził Wasyl, drapiąc się za uchem. - Wy
serio mówicie, że widzieliście jakiegoś mitycznego stwora?
-
Bardzo serio - odpowiedzieli chórem Rose i Frank.
-
Czy wy nie możecie mnie posłuchać przez chwilę? - zirytował się
Walter. - To ważne!
-
No, słuchamy - rzekła Majka.
-
Musicie kogoś poznać - rzekł Walter, z naciskiem prasy
hydraulicznej. - Koniecznie. To jest związane z tym co się dzieje,
dzieje w mieście. Z morderstwami. I tymi dziwnymi rzeczami które
widujecie.
Zniżył
głos do szeptu.
-
Ten stwór z twojej, twojej piwnicy, Rose, zjawy, wszelkie zjawiska
paranormalne, jeśli widzieliście coś takiego, albo Czarnego
Mężczyznę...
-
Czarnego Mężczyznę? - Wasyl wjechał mu w słowo. W jego oczach
zabłysły iskierki niepokoju.
Majka
przypomniała sobie tamtą noc i cień w jej pokoju. A także słowa
Marcina, które jej wtedy pomogły. I ciepło jego potężnego ciała.
-
Tak - odparł Walter poważnie. - Musicie, musicie mi obiecać, że
zrobicie o co proszę i spotkacie się z nią.
-
Obiecujemy - Rose uniosła w górę dłoń.
Pozostała
trójka pokiwała zgodnie głowami.
-
Ej, to jest pub, czy biblioteka? - nowo przybyła grupka klientów
stała nad stolikiem, zawalonym papierami Waltera. - Może by ktoś
zabrał tę makulaturę?
-
Już, już! - właściciel makulatury poderwał się rączo.
-
A może by ktoś zainwestował w kulturę? - Wasyl łypnął okiem w
kierunku grupki. - Takie wiecie, proszę, przepraszam i te sprawy?
-
Nie, nic się nie stało - zapewnił Walter, pospiesznie upychając
papiery w aktówce.
Marcin
tylko westchnął, robiąc fale na piwie w szklance, trzymanej przez
Lamparda.
-
Jakieś problemy? - zapytała Rose. - Wyglądasz, jakbyś miał
ochotę komuś przylutować.
-
Bo mam - odparł Wasyl zwięźle.
-
A dlaczego? - indagowała Rose.
Kepler,
porzuciszy nadzieję na stek (po którym nie pozostało nawet
wspomnienie) podbił łbem dłoń Marcina.
-
Kieliszek wina poproszę - zadysponował Wasyl, drapiąc psa za
uszami. - Długo by gadać. W Brukseli byłem, poleciałem w
niedzielę, zaraz po tym jak.. eeee...
-
Jak zwiałeś ode mnie - wypomniała Majka.
Rose,
tłumiąc chichot, podsunęła zawstydzonemu Marcinowi zamówione
wino. Wziął kieliszek i upił łyk, po czym zerknął na Majkę z
miną bernardyna, który zjadł pańskie kapcie.
-
No tak jakby - rzekł, a koniuszki uszu zapłonęły mu czerwienią.
-
No i co dalej? - zapytał Lampard.
-
Nic dalej, pogadałem z dzieciakami, odbiłem się od adwokata żony
i tyle - Wasyl wzruszył ramionami. - Nie wiem co ja takiego jej
zrobiłem, ale nie daje mi żadnej szansy.
-
Ona już nie jest twoją żoną, ona jest twoim najgorszym wrogiem -
rzekł Lampard. - Sam lepiej zasuwaj do adwokata.
-
Już to zrobiłem - rzekł Marcin ponuro. - Ale wciąż w to wszystko
nie wierzę...
Urwał
nagle, patrząc na wychodzącą z zaplecza Elodie. Jego twarz
przybrała wyraz lekkiego rozmarzenia.
-
Kto to? - zapytał. Kelnerka posłała mu uśmiech w przelocie, po
czym odwróciła się do klientów, siedzących przy stoliku
zwolnionym wcześniej przez Waltera.
-
Nowa kelnerka - powiedziała Rose, głosem jak Spitsbergen.
-
Urocza, nie? - zapytał równie rozmarzony Lampard.
-
Nooo - zgodził się Wasyl.
Majka
poczuła gwałtowną chęć kopnięcia uroczej Elodie prosto w jej
uroczy tyłek tak mocno, żeby rozbiła się o księżyc, uroczo się
przy tym rozbryzgując.
-
Nie lubię jej - stwierdził nagle Walter. Obie dziewczyny wyglądały
tak, jakby miały ochotę go uściskać, za to panowie spojrzeli na
niego ze zdziwieniem.
-
Ale dlaczego? - zapytał Wasyl, wciąż dziwnie rozmarzony.
Walter
wydawał się zdenerwowany i niepewny.
-
Po prostu jej nie lubię - odpowiedział. - I przepraszam, muszę już
iść.
Chwycił
pod pachę swoją aktówkę i wyszedł tak szybko, że nieomal biegł.
Człowiek
stojący w parku Castle Hill uśmiechał się pod nosem, choć w
panujących ciemnościach nie było tego widać.
Był
zadowolony, bardzo zadowolony.
Wszystko
układało się tak, jak zamierzał, a nawet lepiej, zupełnie tak,
jakby ktoś próbował wynagrodzić mu poprzednią porażkę z tą
małą dziwką, Ronette.
Och,
on wiedział kto.
Miał
przecież potężnych sprzymierzeńców.
To
oni, albo ich Wysłannik, zadbali, by szybko znalazł następną
ofiarę. I aby między tymi, którzy mogli popsuć jego Dzieło
znalazł się cichy sprzymierzeniec. Musiał przyznać sam przed
sobą, podziwiał mądrość swoich sojuszników, która kazała im
rozbić jedność wśród wrogów, zanim się jeszcze na dobre
zjednoczyli. Błyskotliwe.
I
skuteczne.
Uśmiechnął
się jeszcze szerzej, jego idealnie białe zęby zabłysły w mdłym
świetle, rzucanym przez odległą latarnię.
A
trzecia ofiara niemalże władowała mu się do łóżka. Pomyśleć,
że mało brakowało, a by ją przeleciał, na szczęście dowiedział
się, że ta napalona suka jest dziewicą. Po ostatniej wtopie nie
był już frajerem i zbajerował ją, żeby poszła do ginekologa.
Poszła.
I przyniosła mu wyrok swojej śmierci.
Mężczyzna
roześmiał się, zimnym, martwym śmiechem.
Dwa
komplety koronkowej bielizny leżały rozłożone na łóżku,
kompletnie naga Moira zaś, stała obok, nachylając się nad nimi i
zastanawiając który będzie lepszy. Różowy był taki uroczy, ale
kurde, Anastazja Steele przecież nigdy by takiego nie założyła.
Czarny, zdaniem Moiry, emanował mroczną seksualnością i
komunikował, że nosząca go kobieta była gotowa na wszystko. Tak,
czarny był zdecydowanie lepszy.
Chwyciła
skąpe majteczki i głęboko wycięty stanik, obserwując kątem oka
swoje odbicie w lustrze. Wydała na tę bieliznę oraz na solarkę i
depilację brazylijską, dzięki której jej wzgórek łonowy był
idealnie gładki, kupę kasy, ale było warto. Tej nocy miało się
dla niej zacząć nowe życie, takie, na jakie zasługiwała. W
luksusie i bez trosk.
Ubierając
się w bieliznę, a potem sukienkę, wyobrażała sobie swoją twarz
na okładkach gazet. Pani Grey, nowa celebrytka, na punkcie której
oszalał świat. Kim była kobieta, która zawładnęła sercem
Roberta Greya, człowieka, o którego względy zabiegały największe
gwiazdy? Kim była ta fascynująca istota?
Kiedy
zbiegała po schodach, do oczekującej na nią taksówki, miała
wrażenie, że ma skrzydła u ramion.
Życie
było takie piękne.
_______________________________________________________________________________
Zapraszam na rozdział 6, kończony w dzikim pośpiechu, żeby mi jutrzejsza Liga Mistrzów nie właziła w paradę. Akcja sie zagęszcza (mam nadzieję) ja się jeszcze w niej nie pogubiłam, więc może da się to czytać bez bólu ;)
W ramach bonusa piękne oczy i długie rzęsy Lampsa...
...oraz klata Wasyla.
Miłych wrażeń! ;)
Martina

825.jpg)

