piątek, 29 listopada 2013

Rozdział 5

Sweetheart
The sun has set
All red and primitive above our heads
Blood stained on an ageless sky
Wipe your tears and let the salt stains dry
Let them all run dry


Annie Lennox "Primitive"


Mieszkanie Rose było inne niż się spodziewał Lampard. Oczekiwał czegoś nowoczesnego i chłodnego, z rowerem wiszącym na ścianie, a ujrzał lokal, którego nie powstydziłaby się panna Marple. W salonie rozpierała się wiktoriańska kanapa, kryta kwiecistą tkaniną, a stojący przed nią stół był bez wątpienia kiedyś stołem śniadaniowym w jakiejś eleganckiej, dziewiętnastowiecznej jadalni. Stolik pod telewizor zaś w poprzednim życiu pełnił ponad wszelką wątpliwość funkcję stolika nocnego i pamiętał na pewno królową Wiktorię.
- Rozgość się - rzekła Rose nieco sarkastycznie. - To będzie twoja sypialnia. Kawy? Herbaty? Herbatników nie mam, wybacz.
- Kawa mi wystarczy - odpowiedział Frank. - Poprzedniej zdaje się nie zdążyłem wypić.
- Za to wyprałeś w niej skarpetki - rzuciła przez ramię Rose, znikając za drzwiami. Lampard poderwał się, potknął się o dużego, rudego kocura i popędził za nią.
- Słuchaj, musimy poważnie pogadać - oparł się wygodnie o futrynę, patrząc jak dziewczyna sypie kawę do dzbanka i nastawia wodę.
- Slucham cię poważnie - odpowiedziała.
- Widziałaś swoje drzwi? - zapytał. - Wyglądają, jakby velociraptor robił na nich manicure.
Klatka schodowa nie była zbyt jasna, ale żeby nie zobaczyć trzech, głębokich rys, kontastujących białością drewna z ciemną, lakierowaną powierzchnią drzwi, trzeba byłoby być zupełnie ślepym. Lampard zastanawiał się jak Rose może podchodzić do tego tak stoicko.
- Widziałam - odparła Rose. Wbrew temu, co mniemał Frank, ta cała sytuacja przejmowała ją grozą, nie miała jednak zamiaru tego okazywać. Nie była w końcu dziewiętnastowieczną heroiną, czekającą aż wielki, silny mężczyzna wybawi ją z opresji. - Mówiłam ci, że to skrzydlate cholerstwo wyłazi z mojej piwnicy.
- I co masz z tym zamiar zrobić? - Frank założył ręce na piersi.
- Zadzwonię na policję i powiem, że w mojej piwnicy mieszka błoniastoskrzydłe paskudztwo z wielkimi szponami - odparła jadowicie. - A oni zapakują mnie w kaftan i zamkną w Broadmoor. Chcesz się przyłączyć?
- Rose, do cholery, nie musisz mnie atakować, nie jestem twoim wrogiem - w jasnych oczach Lamparda odmalował się wyrzut. - Chcę ci pomóc! To kurestwo, czymkolwiek jest, wygląda na niebezpieczne!
- A skąd ten wniosek, że potrzebuję pomocy? - Rose rzuciła mu twarde spojrzenie, sponad parujących filiżanek kawy. - Potrafię sobie radzić sama. Przywykłam do tego.
- I w imię samodzielności dobrowolnie wpiszesz się do menu tego czegoś? - Frank, zirytowany, postąpił krok naprzód.
- Nie mam zamiaru - odparła chłodno. Ustawiła filiżanki na tacy, wraz ze srebrną cukiernicą i takimż dzbanuszkiem śmietanki, po czym z całym tym nabojem w rękach wyszła, mijając w drzwiach Lamparda.
Szedł za nią, zastanawiając się co robić i gapiąc się przy okazji na jej kształtne pośladki.
- Frank? - jej głos był niebezpiecznie jedwabisty.
- Tak?
- Przestań się gapić na mój tyłek.
- Ja nie... Wydaje ci się!
- Dobra, dobra - rzuciła mu wymowne spojrzenie, stawiając tacę na salonowym stole.
Usiedli grzecznie obok siebie. Jonesy natychmiast wykorzystał okazję i ułożył się na kolanach Franka, mrucząc niczym traktor.
- Powiedz mi wreszcie - rzekł Lampard, studiując wzory, wygrawerowane na lśniącej powierzchni cukiernicy. - Co zamierzasz zrobić z tym czymś?
- Zamierzam zejść jutro rano do piwnicy - rzekła, dolewając sobie do kawy śmietanki gestem, którego spokojnie mogłaby używać królowa Elżbieta. - Obejrzeć ją dokładnie i sprawdzić skąd to cholerstwo wyłazi. A potem się zastanowię.
- Dobry plan - pochwalił Frank. - Wprowadziłbym do niego tylko jedną, drobną modyfikację.
- Mianowicie? - brwi Rose uniosły się pytająco.
- Pójdziemy tam razem - rzekł, po czym upił odrobinę kawy.
Rose walnęła mlecznikiem o blat stołu niczym krasnolud kuflem, rozbryzgując śmietankę. Jonesy na kolanach Lamparda uniósł się nieco i zaczął energicznie zlizywać ściekający ze stołu biały płyn.
- Lampard, czy ktoś cię prosił, żebyś robił za błędnego rycerza? - wrzasnęła Montoya, tracąc do reszty maniery damy. - Nie potrzebuję, zeby ktoś mnie niańczył, do cholery, jestem dorosła i daję sobie radę! Nie rozumiesz tego? Wystarczy, że mi się tu wepchnąłeś na noc!
- Przepraszam zatem, że usiłuję ci zaoferować przyjacielską pomoc - rzekł Frank jadowicie.
- Przyjacielską? - warknęła Rose. - Jonesy, zostaw tę śmietanę! Gówno, a nie przyjaźń, Lampard, tobie chodzi tylko o bzykanko!
Frank odstawił filiżankę na stół i ukrył na chwilę twarz w futrze Jonesy'ego. Kiedy ją podniósł w jego oczach lśnił gniew, zmieszany z niedowierzaniem.
- To, że cię pocałowałem, notabene po pijaku, nie oznacza, że myślę tylko o tym jak się dobrać do twoich majtek. To po pierwsze. Po drugie, nawet gdybym miał ochotę na seks z tobą, to co z tego?
Zajrzał jej w oczy. Rose, czerwona jak cegła, odwróciła twarz.
- Jesteśmy dorośli, nie mamy partnerów - kontynuował. - Gdzie tu jest jakiś problem? Poza tym, o ile dobrze pamiętam, nie proponowałem ci seksu. Proponowałem ci pomoc w zbadaniu co tu się, kurwa, dzieje. Trójkącik z piwnicznym potworem nie wchodzi w rachubę, numerek ze mną nie jest obowiązkowy. Łapiesz?
- Łapię - rzekła Rose, wciąż płonąca wściekłą czerwienią i wypełniona po brzegi mnóstwem sprzecznych emocji. - Dobrze, pójdziemy jutro oboje do tej cholernej piwnicy a teraz koniec tematu. Po prostu zamknij się i idź spać.
- A dostanę chociaż poduszkę?
- Prędzej poduszką. Zamkniesz się wreszcie?
Frank uniósl w górę obie dłonie, w geście poddania, co wykorzystał kot, by dać mu soczystego całusa w same usta. Podczas gdy Lampard pluł dyskretnie sierścią, Rose poszła do sypialni, po koc i poduszkę.
Ku jej zdziwieniu wróciwszy salon zastała pusty.
- Lampard? - wrzasnęła. - Gdzie ty się szwendasz?
- Grzebię w twojej bieliźnie - odpowiedział Frank z głębi mieszkania.
Rose cisnęła pościel na kanapę i wyprysnęła z salonu, zderzając się na korytarzu z Lampardem, trzymającym w dłoniach coś białego.
- Co ty... - zaczęła Montoya groźnie, po czym ugryzła się w język.
Z miną niewiniątka Lamps uniósł w górę ścierkę.
- Wyniosłem naczynia i chciałem trochę posprzątać - objaśnił. - Poważnie myślałaś, że bobruję w twoich niewymownych?
- Większość śmietany wylizał Jonesy - Rose zignorowała jego pytanie. - Właściwie to prawie wszystko.
Starannie unikając spojrzenia Lamparda wparowała do salonu.
- Jonesy! Idziemy spać! - skomenderowała. Drzemiący na kanapie kot spojrzał na nią jednym okiem, a potem przeniósł się na kolana Franka, który przysiadł by wytrzeć stół.
- Futrzasty zdrajca - mruknęła Rose na odchodnym.
Jakąś godzinę później, kiedy skończyła się myć, zajrzała jednak do salonu. Frank spał, rozłozony na plecach, z rękami za głową, pochrapując z cicha, na jego piersi zaś wyciągnął się rudy kocur, wpychając łeb w przestrzeń między poduszką, a policzkiem mężczyzny. W ciemnych oczach dziewczyny błysło coś miękko i zgasło, niczym meteor.
Wycofała się na palcach i poszła do siebie.
Coś mokrego i niezbyt miło pachnącego przejechało po twarzy Wasyla, raz, drugi i trzeci. Otworzył oczy, święcie przekonany, że w jego głowie ktoś urządził kuźnię, tak w niej huczało i łupało. Pierwszym co ujrzał, był szeroki różowy jęzor, który oblizał go zamaszyście, drugim zaś paszcza, której ów jęzor był częścią, należąca do dużego owczarka niemieckiego.
- O kur...! - Wasyl poderwał się i odsunął od bestii, waląc przy tym boleśnie głową w ścianę. Pies usiadł i spojrzał na niego pytająco, jednocześnie machając ogonem.
- Nie chcesz mnie zjeść? - upewnił się Marcin. W ustach czuł paskudny posmak, kojarzący się z mocno używanym trampkiem.
Pies zamruczał i polizał Wasyla po ręce.
- Dobry piesek - wymamrotał stoper. Nadludzkim wysiłkiem woli zmienił pozycję na nieco bardziej pionową i z łatwością ustalił dwie rzeczy. Po pierwsze dochodziła dziesiąta rano, o czym informował go staroświecki budzik na stoliku przy łóżku, po drugie znajdował się w cudzej sypialni, w dodatku damskiej, na co wskazywały stojące na toaletce kosmetyki. Innych możliwości sugerowanych przez mazidła do makijażu Wasyl wolał chwilowo nie rozważać.
Wytężył pamięć, usiłując ustalić co właściwie robił poprzedniego wieczoru. Niestety, wspomnienia były tak mgliste, oderwane i niekompletne, że nie wyjaśniały niczego, a kończyły się w zasadzie na ponurej popijawie z Lampardem pod Ten Bells. Mózg piłkarza sugerował także, że nie zamierza z nim współpracować, o ile nie zostanie natychmiast nawilżony. I to solidnie.
Drapiąc się z głośnym chrzęstem po obrośniętych czarną szczeciną policzkach Wasyl wylazł z łóżka i poczłapał w kierunku drzwi, mając nadzieję, że gdziekolwiek się znajduje, jest w tym miejscu jakaś kuchnia, albo przynajmniej kran. Albo wazonik z kwiatami, Marcin chwilowo nie był wybredny w kwestii napojów. Na korytarzu jednak zamarł, rażony niczym piorunem, widokiem jaki ujrzał w dużym, wiszącym lustrze.
Ze szklanej tafli spoglądał na niego małymi, zapuchniętymi oczkami o ponurym wejrzeniu człowiek pierwotny, jakby żywcem wyjęty z filmów National Geographic. Miał ów relikt ewolucji człowieka ciemne wory pod oczyma, wysuniętą szczękę i ogólną postawę neandertalczyka, nic tylko dać maczugę i na mamuty wysłać.
- Kurwa, wyglądam jakbym się obsunął w ewolucji o parę milionów lat do tyłu - stwierdził Wasyl i odruchowo przygładził na sobie koszulkę, jakby to miało pomóc.
Po czym zamarł w pół gestu.
Ta koszulka z całą pewnością nie należała do niego, nie gustował bowiem w różu, w kucykach pony też niekoniecznie. Z lekkim niepokojem spojrzał na to, co miał poniżej, obawiając się, że może wylazł z łóżka bez gaci i teraz paraduje po cudzym mieszkaniu z przyrodzeniem na wierzchu. Ku jego przeogromnej uldze okazało się, że jednak nie. Miał na sobie bokserki, z krocza tych bokserek zaś szczerzył do niego zęby Diabeł Tasmański.
Pies minął go i wszedł do pomieszczenia, które, sądząc po meblach, musiało być kuchnią. Wasyl, uradowany niczym wędrowiec na Saharze na widok oazy, zapomniał o swych garderobianych rozterkach i poszedł śladem czworonoga.
I znowu zamarł, ponieważ w kuchni, oprócz psa, ktoś był. Przy stole siedziała jakaś osoba, dmuchając w parujący kubek.
- Ja bardzo przepra... Excusez-moi, znaczy się excuse me - Marcin zaplątał się w językach.
- O, wstałeś - ucieszyła się niepewnie osoba. Kamień spadł Wasylowi z serca, stoper rozpoznał bowiem Majkę. A więc nie trafił do zupełnie cudzego domu, tylko do znajomej!
- Pewnie ci się pić chce - zauważyła Majka, co dla Wasyla zabrzmiało niczym anielskie pienia. Sięgnęła za siebie i podała mu wielką, plastikową butlę. - Przezornie wyjęłam sok pomarańczowy z lodówki.
Marcin przyjął napój bez słowa, za to z malującą się na twarzy wdzięcznością i przypiął się do butli. Przez dłuższą chwilę słychać było tylko bulgot i odgłosy przełykania.
Kiedy Wasyl odjął naczynie od ust, był już w stanie myśleć nieco składniej. Spojrzał na szlafrok Majki, na własny strój i dokonał kilku skojarzeń.
- Czy myśmy coś teges? - zapytał, tknięty podejrzeniem. - No wiesz, jakiś seks nam się nie przydarzył niechcący?
Majka westchnęła niczym miech kowalski.
- Ani niechcący, ani chcący - odpowiedziała. Siorbnęła herbaty. - Byłeś tak nawalony, że nie wiem, czy coś by z tego wyszło. A nawet gdyby wyszło, zalatywałoby nekrofilią. Nie gustuję.
Wasyl przytulił do łona butlę z sokiem, nie wiedząc co myśleć o tym wszystkim. Powinien ratować swoje małżeństwo, a nie lądować w cudzych łóżkach.
- To skąd te ciuchy? - zapytał. - To nie moje.
Kepler wystawił łeb spod stołu i podbił rękę Majki, domagając się głaskania.
- Twoje się suszą - powiedziała, drapiąc psa za uszami. - Zwiedziłeś po pijaku pół miasta, w tym jakiś śmietnik po czym ułożyłeś się do snu na parkingu za Tesco.
- Już myślałem, że coś między nami było - Wasyl odetchnął z ulgą, po czym się zreflektował. - To znaczy ten, nie to, żebyś była jakaś brzydka, czy coś, ale wiesz...
Majka wzniosła oczy do sufitu.
- Tak, wiem, jesteś żonaty i chcesz ratować swoje małżeństwo, nawet jeśli dostałeś z backhandu w mordę pozwem rozwodowym - powiedziała smętnie. - Bez obaw, to była tylko przyjacielska przysługa.
- Serio?
- Serio - zełgała bez mrugnięcia okiem. - Nie miałam cię gdzie położyć, na kanapie byś się nie zmieścił. A skoro miałeś spać w moim łóżku, musiałam cię umyć i przebrać, bo cuchnąłeś jak skunks.
- Umyć - Wasylowi na myśl o tym zrobiło się nieoczekiwanie gorąco. - Dzięki, że mnie znalazłaś i w ogóle. Poważnie.
- Bardzo proszę - odparła Majka.
Atmosfera znienacka zgęstniała i zrobiła się nie do zniesienia. Przebywanie w jednym pomieszczeniu z tą dziewczyną było krępujące, nawet jeśli między nimi nic nie zaszło. Nie miał zamiaru pakowac się w żadne związki, romase ani nawet numerki na jedną noc, było przecież jego małżeństwo, na którym mu zależało. Jego rodzina. Poza tym wciąganie Majki w to wszystko też byłoby gównianym pomysłem. Trzeba to wszystko przywrócić na właściwe tory, pomyślał. Wyszedł z kuchni, najpierw do sypialni, gdzie znalazł przeoczoną pierwotnie suszarkę ze swoją odzieżą. Dżinsy były lekko wilgotne, ale na upartego można je było włożyć, umył więc się, przebrał, po czym najzwyczajniej w świecie uciekł, bąkąjąc w przelocie podziękowania.
Z nastaniem poranka Rose urządziła Lampardowi pobudkę niczym sierżant rekrutom świeżo przyjętym do wojska.
- Wstawaj, gwiazdo futbolu! - zagrzmiała, wkraczając do salonu. - Robota czeka!
- Hura gohina? - zapytał Frank, nieco niewyraźnie, bo przeszkadzał mu leżący na jego twarzy kot.
- Szósta, czyli ta właściwa, żebyś się poderwał - Rose ściągnęła z niego koc.
Lamps zrzucił z siebie kota i usiadł, ziewając jak smok i czochrając się po sterczących we wszystkie strony włosach.
- Idź się ogarnij do łazienki, bo wyglądasz jak strach na wróble - poradziła Rose. - Ja skoczę do pubu, przygotuję wszystko do otwarcia, potem śniadanie i idziemy do piwnicy.
- Dobra - Lampard wydawał się być znacznie bardziej zainteresowany drapaniem Jonesy'ego niż tym co mówiła Rose. - Plan przyjęty.
Wzruszyła ramionami i poszła na dół. Znakomicie wytrenowana przez dziadka Jimmy'ego potrafiłaby przygotować lokal do otwarcia z zamkniętymi oczyma, a także tyłem i na czworakach. Po pół godzinie, kiedy w kuchni zjawił się Robbie, wszystko było gotowe.
Szef kuchni jednakże nie przybył sam.
- To jest Drusilla, siostrzenica mojej żony - oznajmił, wypychając przed siebie chudą dziewczynę. - Chce być kelnerką u ciebie.
Rose zlustrowała kandydatkę do pracy tyleż uważnie, co nieufnie. Dziewczyna skojarzyła jej się z marchewką o czarnej naci, była bowiem bardzo szczupła, pomarańczowa od samoopalacza, włosy zaś, długie i suche jak pieprz, farbowała na kolor atramentowej czerni. Tego wstrząsającego image'u dopełniały usteczka, pomalowane bardzo jasną pomadką i brwi, w zasadzie narysowane na czole za pomocą czarnej kredki. Całość była opakowana w obcisłą, złotą bluzeczkę, odkrywającą prawie wszystko i czarne getry, ustawiona zaś na chwiejnym postumencie kozaków na gigantycznych platformach i niebotycznych obcasach. W rękach dziewczę zaś trzymało białą kurteczkę z gatunku tych, kończących się powyżej nerek.
- No co? - zapytała Drusilla.
Rose wzięła Robbiego na stronę.
- Ty jesteś pewien, że ona chce w pubie pracować? - zapytała półgłosem.
- No - Robbie zwykle był oszczędny w słowach. - A co?
- Ubrała się jak na casting do pornola - odparła Rose. - Nie mówiąc tym, że w tych butach nogi jej siądą najdalej po godzinach.
- Weź ją chociaż na próbę - w głosie kucharza pojawiła się błagalna nuta. - Potem ją wylejesz.
Rose ujęła się pod boki.
- Po co? - zapytała krótko.
- No rozumiesz, żona - mruknął Robbie. - Wylejesz po próbie, nie będzie się mnie czepiać.
Zastanawiała się bardzo krótko. Robbie był filarem jej kuchni, w dodatku filarem, który w latach chudych, po śmierci dziadka, potrafił dobrowolnie zrezygnować z części swojego wynagrodzenia, by uratować finanse Ten Bells. Odmówić mu byłoby nieprzyzwoitością.
- No dobra - rzuciła głośno do dziewczyny, gapiącej się ze znudzeniem na swoje paznokcie. - Łap fartuch, jest tam.
Wskazała na drzwi pomieszczenia łączącego kuchnię z główną salą.
- Znaczy jestem przyjęta? - zapytało dziewczę leniwie.
- Na okres próbny. Wieczorem podpiszemy umowę - zaznaczyła Rose. - Zwiąż włosy. I zmień te buty, bo wieczorem będziesz wyła z bólu.
- Też coś - burknęła Drusilla, krocząc godnie w stronę drzwi. - Żebym wyglądała jak wieśniara?
- Ja pierrrrdolę - Rose zawarczała pod nosem, maszerując do swego mieszkania. - Jeśli nie zatłukę jej do końca dnia, to będzie sukces.
Otworzyła z rozmachem drzwi.
- Lamps, ja zrobiłam co miałam. Jeśli skończyłeś się uśliczniać, to lecimy na śniada... - słowa zamarły jej na ustach.
Na stole w salonie stało nienagannie podane śniadanie. Złociste grzanki na porcelanowym talerzyku, masło, dżem pomarańczowy w srebrnym pojemniczku, będącym, podobnie jak cukiernica i dzbanuszek do śmietanki, dziedzictwem po arystokratycznych przodkach babci Myrtle, do tego kawa z wszelkimi niezbędnymi akcesoriami i dwa nakrycia. Za stołem siedział elegancko uczesany Lampard, w najwyraźniej świeżo przeprasowanej koszuli i z miną trzeciego lorda Oareford popijał kawę. Na widok Rose rozpromienił się i szarmanckim gestem zaprosił ją do stołu.
- Pozwoliłem sobie przygotować pod twoją nieobecność śniadanie - rzekł wyjaśniająco. - Siadaj, proszę.
- Ale... jak ty to... Kto ci pozwolił grzebać w mojej kuchni? - Rose opadła na kanapę obok niego.
- Przecież mówię - odparł, uśmiechając się kątem ust. - JA sobie pozwoliłem.
Rose wzięła kilka głębokich wdechów i z miejsca tgo pożałowałą, jej nos bowiem wypełnił się zapachem Franka. Czy ten facet musiał tak obłędnie pachnieć? Niezwłocznie zapchała sobie usta grzanką z dżemem pomarańczowym.
- Chciałem podać w jadalni - kontynuował Lamps. - Ale zmieniłem zdanie. Strasznie dużo tam kurzu.
- Bo nikt tam nie wchodził od śmierci mojej babci - wyjaśniła Rose, przełykając grzankę. - Czyli od jakichś dziesięciu lat.
- Przepraszam - rzekł Frank. - Chyba byłem trochę nietaktowny.
- Nie szkodzi. W końcu skąd mogłeś wiedzieć, że babcia Myrtle umarła w jadalni?
Lampard odstawił filiżankę, spoglądając na dziewczynę ze współczuciem. Rose wyraźnie przybladła i zmroczniała, zmagając się ze strasznymi wspomnieniami.
- Nie mogłem - przyznał. Położył dłoń na jej dłoni.
- Tętniak - odparła Rose, nawet tego nie zauważywszy. - Wróciła z dołu z obiadem i nakrywała do stołu. Przewróciła się z talerzem i tak ją znalazłam, leżącą w jego szczątkach.
Wzdrygnęła się.
- Przepraszam - mruknął Lampard. - Nie chciałem przywoływać takich wspomnień.
- Spoko, nic się nie stało - odparła Rose. - To i tak zaledwie czubek bardzo paskudnej góry lodowej.
Lamps pogładził delikatnie palcem wskazującym wnętrze jej dłoni.
- Wygląda na to - rzekł miękko - że dużo przeszłaś.
Siedzieli przez chwilę w milczeniu. Cisza, która zapadła nad stołem była głęboka, ale nie nieprzyjemna.
I wtedy siedzący pod stołem Jonesy postanowił o sobie przypomnieć donośnym miauczeniem.
Rose podskoczyła jak oparzona, zabierając przy tym rękę z dłoni Lamparda.
- Ty cholero, rękawiczki z ciebie zrobię! - wrzasnęła.
Spojrzeli na nią z wyrzutem, kot i Frank.
- On też chce śniadanie - powiedział Lampard. Odłamał kawałek swojej grzanki i podał Jonesy'emu. Ten przyjął jedzenie z miną arystokraty.
- Nieźle się dobraliście - mruknęła Rose. - Dobra, zwijamy ten majdan...
Dziesięć minut później naczynia stały w zlewie, a Rose i Frank przygotowywali się do ekspedycji badawczej.
- Ja wezmę to - Rose wyciągnęła zza kanapy kij do krykieta. - A ty... Czekaj. Albo chodź.
Wyszli na korytarz. Tam Rose zatrzymała się przed zamkniętymi drzwiami, medytując na głos.
- Miałam kiedyś pałę do baseballa, od jakiegoś kumpla dziadka - mruczała. - Ale musi być tam...
- A co tam jest? - zapytał Frank.
- Mój pokój dziecinny - odparła Rose. - Który zamknęłam na klucz dawno temu. I jednak jeszcze nie otworzę.
Zdecydowanym krokiem udała się do kuchni, a minę miała taką, że Frank wolał nie zadawać żadnych pytań.
- Proszę - wyjęła z szuflady mordercze narzędzie, które było z jednej strony toporkiem, a z drugiej tłuczkiem do mięsa. - Nie wiem do czego to było babci, bo nie gotowała, ale na broń się nada.
- Może trzymała to na wypadek nagłych przypadków? - zasugerował Lampard.
- Takich jak potwór w piwnicy?
- W przypadku potwora stłuc szybkę...
Oryginalnie uzbrojona ekspedycja badawcza zeszła do piwnicy, przyciągając po drodze spojrzenia kucharzy.
- Rose, co wy wyprawiacie? - zapytał Burn, młodszy od Robbiego, a zatem mniej doświadczony i jeszcze nie odróżniający za dobrze tych chwil, w których należy się zamknąć i zająć swoją robotą.
- Zajmij się swoją robotą - pouczyła Rose.
- Polujemy na szczura - pospieszył równocześnie z wyjaśnieniem Frank.
- Ten szczur to jakiś hardkorowy koksu jest? - zdziwił się Burn.
- Burrrrrrrrn - ostrzegł Robbie. - Zamknij gębę, synek.
Rose obejrzała starannie wszystkie zasuwki na drzwiach piwnicy. Były całe. Powoli otworzyła drzwi, odsłaniając znajdującą się za nimi czarną czeluść.
Coś stuknęło.
Cofnęła się, niemal nadeptując na palce stojącemu za nią Lampardowi, potem gwałtownym ruchem zapaliła światło.
Schodzili powoli, właściwie to się skradali, jedno za drugim, obok na ścianie zaś skradały się ich wielkie cienie.
"Czuję się, jakbym trafił do kreskówki o Scoobym" pomyślał z rozbawieniem Frank. "Brakuje tylko jeszcze jednej pary i psa."
Piwnica była cicha i wyglądała tak zwyczajnie, że przez chwilę Lamps był gotów uwierzyć, że nic nadnaturalnego się tu zdarzyć nie mogło.
A potem Rose się odezwała.
- Patrz tutaj - wskazała palcem wyraźne ślady na posadzce. Nie były one ludzkie.
Właściwie były to odciski kopyt.
- Zaczynają się znienacka przy samych schodach - stwierdził Frank, studiując trop w skupieniu. - Jakby się tam po prostu zmaterializował.
- To dlaczego się nie zmaterializował u mnie w mieszkaniu, tylko drapał po drzwiach? - zapytała Rose. - Albo u ciebie?
Lampard wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia.
Podążyli za śladami. Urywały się w tym samym miejscu co poprzednio, przed regałem z winem, przy tylnej ścianie.
- Ki diabeł? - zdziwił się Frank. - Zmaterializował się, a potem się zdematerializował?
Odłożył tłuczek i zaczął obmacywać regał od góry do dołu, centymetr po centymetrze.
- Ta piwnica nie ma jakiegoś ukrytego pomieszczenia? - zapytał, sięgając za butelki z winem na najniższej półce.
- Nic o tym nie wiem - odparła. - Dziadek nie pozwalał mi wchodzić do piwnicy, dopóki żył, więc mógłby tu spokojnie zamurować słonia i też bym nie wiedziała.
Nawet jeśli były tam jakieś ukryte drzwi, to regał ich najwyraźniej nie otwierał, bo szarpanie i naciskanie nic nie dało. Frank przystąpił zatem do ciągnięcia za butelki.
- Zaraz mi coś stłuczesz - zaprotestowała Rose. - Lamps odpuść so...
Regał zaskrzypiał, zazgrzytał i pomału odsunął się od ściany, odsłaniając ciemny prostokąt otworu drzwiowego.
- Mamy latarkę? - zapytał Frank.
- Czekaj, gdzieś tu mam świece i zapałki - Rose rozejrzała się dookoła. Ostatniej zimy jak posypało śniegiem, to prąd siadł na jakiś czas. Gdzie ja je... - zajrzała do szuflady starego kredensu, potem otworzyła oszklone drzwiczki. - A są! Prrrosz.
Wydłubała z paczki dwie świece, jedną podała Lampardowi, potem sięgnęła po zapałki. Świece zapłonęły równym jasnym płomieniem.
Z bronią w jednym ręku i świecą w drugiej każde wkroczyli do sekretnego pomieszczenia. Stał w nim tylko jeden mebel, mianowicie wiktoriańskie damskie biureczko, odrapane i podniszczone, a z jednej strony nawet przypalone. Stało na środku izby, samotne, jak cieć na nocnej zmianie, za nim zaś widać było drzwi.
Nie, nie drzwi. Wrota.
Masywne wrzeciądze z kutego żelaza, pokryte grubą warstwą rdzy, pod którą widać było galimatias rzeźbionych w metalu, dziwacznych znaków.
- Ja cie kręcę - skomentowała inteligentnie Rose.
Brwi Lamparda podjechały niemal do połowy czoła.
- To jakaś izba Sinobrodego? Dziadziuś miał hobby, tajne i krwiste? - zapytał.
- Jedynym hobby dziadka był futbol - odparła Rose, podchodząc do wrót. - Nie patroszenie dziewic.
- Myślisz, że gdyby patroszył dziewice w piwnicy, to by się tym chwalił? - Lampard przyjrzał się podejrzliwie biureczku, po czym również podszedł do wrót. - Gdzie tu jest klamka?
- No właśnie się zastanawiam - mruknęła Rose. - Zamka też nie widać.
Lampard spróbował pchnąć wrota, potem pociągnąć, wczepiając się palcami w ledwie widoczną szczelinę między drzwiami a futryną. Zyskał tylko tyle, że zadarł sobie paznokieć.
- Zamknięte - oznajmił odkrywczo, ssąc palec.
- Jakoś się muszą otwierać - stwierdziła Rose. - Po co dziadek je ukrywał?
Oderwała się od kontemplacji wrót i zaczęła przeszukiwać biureczko. Wszystkie szuflady, z wyjątkiem jednej, były puste. W tej jednej, bocznej i dosyć głębokiej, spoczywała sporych rozmiarów szkatułka, ozdobiona misterną, arabeskową intarsją na wieku. Mosiężny zameczek, również arabeskowy i ozdobny, bronił dostępu do wewnątrz.
Lodowaty podmuch niemal zgasił obie świece i na moment w pomieszczeniu zrobiło się ciemno. Rose poczuła delikatny dotyk czyjejś dłoni na swoim karku.
- Lampard, przestań macać mnie po szyi! - zirytowała się. - Zaraz oberwiesz!
- To nie ja! - głos Franka rozległ się gdzieś przed nią.
Gwałtowna fala paniki zalała ciało Rose. Dziewczyna rzuciła się w przód, boleśnie tłukac sobie biodro o róg biureczka i wpadając na kogoś. Nie zdążyła wrzasnąć, gdy ledwie jarzące się knoty świec na nowo rozbłysły płomieniami, wydobywając z mroku tuż przed nią znajomą facjatę Lamparda.
- Mam propozycję nie do odrzucenia - zamruczał, patrząc jej głęboko w oczy. Rose nabrała tchu, gotowa go opieprzyć, ale zanim zdążyła otworzyć usta, dokończył swą wypowiedź. - Zwijajmy się stąd.
Propozycja została przyjęta przez aklamację.
Obszerna kuchnia w apartamencie Greya nie była zbyt intensywnie używana, właściwie służyła tylko parzeniu kawy i czasami herbaty. Robert Grey wolał stołować się w modnych restauracjach, posiadających więcej gwiazdek (i zer w cenach potraw) niż galaktyka Drogi Mlecznej. Jeśli zaś miał ochotę na posiłek prywatny, tylko we dwoje, zawsze mógł zamówić posiłek prosto do apartamentu, gotowy i bez kłopotu. Kuchnia to dobre miejsce dla plebsu, nie dla multimilionera.
Hinten Linksarsch nie podzielał jednak tego poglądu szefa. Wygodna, jasna kuchnia z dużym stołem i czajnikiem w zasięgu ręki była jego prywatnym azylem, w którym zaszywał się na rzadkie chwile samotnej lektury. Tak jak dzisiaj. Siedział oparty plecami o szafkę, z nogami na stole, krawat poluzował i zaopatrzony w kubek pienistego cappucino zatopił się bez reszty w pikantnych momentach ukochanej powieści.
- Hinten! - głos szefa dobiegał doń niczym z oddali.
Linksarsch poderwał się gwałtownie, wylewając sobie kawę na koszulę. Książka wypadła mu z ręki i pojechała po lśniących płytkach podłogi w okolice lodówki.
- Tak, szefie! Słucham szefie! - wybełkotał, bardziej niż kiedykolwiek przypominając wyrzuconą na brzeg rybę.
- Po co ja zatrudniam takiego jełopa, przypomnij mi? - zapytał Grey drwiąco.
- Nie wiem, szefie.
- Właśnie, ja też nie wiem - Grey pochylił się i podniósł upuszczoną przez Hintena książkę. - Znowu "50 twarzy Greya"? I pewnie wyobrażasz sobie, że jesteś Anastazją, co?
Hinten gwałtownie poczerwieniał. Miał nadzieję, że szef nie zajrzy do środka, mógłby bowiem zauważyć, że imię "Christian" było wszędzie starannie poprawione na "Robert".
- Dobra, nieważne - Grey rzucił powieść na pobliską szafkę. - Masz to, o co cię prosiłem?
- Leży na pańskim biurku szefie - odparł służbiście Hinten, wciąż jeszcze płonąc czerwienią.
- To idź się przebrać, bo wyglądasz jak fleja, a potem przyjdź do mnie po dyspozycje.
- Tak jest, szefie!
Kwadrans później zameldował się w gabinecie Greya, odziany w świeżutką, niebieską koszulę, starannie dobraną pod kolor oczu.
Grey siedział za biurkiem, niewiele mniejszym od Katedry Westminsterskiej, przeglądając dostarczone przez Hintena dokumenty.
- No proszę, tyle haków - mruczał. - Nawet nie będzie trzeba za bardzo się wysilać.
- Jestem, szefie - Hinten ośmielił się przypomnieć o sobie konspiracyjnym szeptem.
- Nie szepcz, na miłość boską! - zirytował się Grey. - Złóż tej całej Montoyi ofertę na Ten Bells, przez podstawioną firmę. Jak najszybciej, najpóźniej jutro.
- Tak, szefie. Coś jeszcze?
- Prosiłem, żebyś się odzywał? Wasilewski się rozwodzi, podrzuć jego żonie parę sposobów na oskubanie go z kasy i pozbawienie praw do bachorów. Tylko dyskretnie i przez zaufanych ludzi. Co do Lamparda, zapłaćcie tej Bleakley i niech zrobi tournee po mediach, mówiąc to, co trzeba. Facet ma zostać skompromitowany. - Grey złożył dokumenty i wyrównał plik kartek, stukając jego krawędzią o biurko. - Zjeżdżaj Hinten, do roboty.
Sekretarz posłusznie i cicho wyszedł z gabinetu.
Odzianie Keplera w kaganiec, pospiesznie nabyty w supermarkecie, nie było prostą sprawą, pies bowiem tego sprzętu nie lubił i wił się jak węgorz, usiłując uniknąć z nim kontaktu. Majka jednak nie mogła jechać do azylu komunikacją zbiorową, z psem bez kagańca, a nawet gdyby mogła, nie ryzykowałaby tego, jako że Keplerowi nie wszyscy ludzie się podobali, co wyrażał cichszym lub głośniejszym powarkiwaniem.
Zniecierpliwiona unikami, położyła się na Keplerze niemal plackiem, mając cichą nadzieję, że nie zechce jej ugryźć, i dopiero wtedy zdołała wbić kaganiec na jego pysk. Pies zamruczał, po czym spróbował ściągnąć sobie obrzydlistwo łapą.
- Kepler, nie wolno! - skarciła go Majka, dopinając paski.
Spojrzał na nią z bolesny wyrzutem, ale grzebać łapą przestał.
Przy bramie azylu czekała na nich Ariadna Potts, która oczywiście natychmiast wybuchła falą wyrzutów pod adresem psa.
- Och ty niedobry, a ja się tak martwiłam, jak mogłeś mi to zrobić, kto to widział uciekać, przecież tu masz wszystko, dach nad głową i jedzenie, no chodźmy, chodźmy, trzeba go zamknąć dobrze, że sobie nic nie zrobiłeś, podły, ty, no daj się pogłaskać, co zabierasz tę łepetynę, nie to nie, idziemy, czy nie sprawił problemów, jak wam noc minęła, powiedz mi, kochana...
Z rzadka przebijając się przez nieustającą rzekę wymowy pani Potts, Majka odpowiadała na jej pytania, cały czas przyglądając się psu. Kepler szedł smutny, z nosem na kwintę, opuszczonym ogonem i obwisłymi uszami.
W drzwiach do psiarni zaparł się wszystkimi czterema łapami i skomląc odmówił kategorycznie dalszego marszu.
- No wchodź, wchodź, piesku - Ariadna pociągnęła go za obrożę. Nawet nie drgnął, wbity w podłoże, z szeroko rozstawionymi łapami i opuszczonym łbem, za to zaczął wyć.
- Kepler, no chodź - zachęciła Majka. Spojrzał na nią. W jego bursztynowych ślepiach malowały się przerażenie i smutek. - No proszę.
Zaskomlał i zaczął lizać Majkę po rękach. Poczuła, że serce jej pęka na kawałki.
Pani Potts podrapała się po siwych lokach.
- Słuchaj, kochana, skoro on tak bardzo nie chce, a się dogadujecie i w ogóle, to ja może pogadam z Charliem, on naprawdę nie będzie miał nic przeciwko, a jak będzie miał, to już ja mu wyperswaduję i może byś go adoptowała, znaczy Keplera, nie Charliego, mogłabyś zabierać go tutaj do pracy i w ogóle, co o tym myślisz, bo ja...
Majka zamachała rękami jak startujący łabędź skrzydłami.
- Tak, pani Potts, ja się zgadzam! - krzyknęła. - Jeśli pani nie ma nic przeciwko, to ja go chętnie wezmę!
Pies, zupełnie jakby rozumiał o co chodzi, zamachał ogonem i szczeknął radośnie.
- Ale ja nie jestem głucha, nie krzycz kochana, no to dobrze, to chodźcie do biura, to przygotujemy umowę, a potem jeszcze do kociarni skoczymy, zastrzyk trzeba zrobić, a ty to robisz najlepiej...
Monolog pani Potts ścichł nieco, gdy zniknęła za głównymi drzwiami azylu.
Pub z wolna zapełniał się ludźmi. Walter zdażył już zająć swój stolik i obłożyć go papierami. Teraz nanosił coś na mapę, pomrukując z cicha. Szkatułka, znaleziona w piwnicy, stała na barze, w takim miejscu, które Rose mogła mieć cały czas na oku.
- Otworzę wieczorem - wyjaśniła Montoya. - Teraz nie mam czasu.
Lampard kiwnął aprobująco głową, pociągnął kawy z filiżanki, po czym zadumał się głęboko.
- Co właściwie wiesz tym miejscu? - zapytał.- Jak bardzo stare ono jest?
- Nie bardzo - odparła Rose. - Właściwie to prawie nówka. To osiedle, a razem z nim mój pub, wybudowano po pierwszej wojnie, budowa skończyła się chyba w 1925. Dziadek kupił Ten Bells w, czekaj... to był sześćdziesiąty drugi, albo trzeci, nie pamiętam dokładnie.
- A co tu było przedtem? - drążył Lamps. - Zanim wybudowali osiedle?
- Krzaki - odparła Rose. - I nieużytki. I ziemianka Czarnej Annis, jeśli wierzyć legendzie.
- To już coś. Dokładnie tutaj? Pod pubem?
- Tego nikt nie wie - Walter oderwał się od swoich papierów. - Kedyś, kiedyś przy jej ziemiance stał wielki dąb, ale już go od dawna nie ma.
- Zgadza się - powiedziała Rose. - Podobno wieszała na nim skóry zabitych przez siebie dzieci.
- Przyjemna osóbka... - mruknął Frank.
- A dlaczego, dlaczego właściwie cię to interesuje? - zapytał Walter. Stal, tuląc do piersi plik papierów, w jego oczach lśnił niepokój.
Frank i Rose spojrzeli na siebie, potem na Waltera.
- Bo znaleźliśmy coś w piwnicy - powiedziała Rose powoli. - Dodatkowe pomieszczenie.
Walter odłożył papiery na stół i podszedł do baru.
- Co w nim było? - zapytał, z niezwykłą jak na siebie gwałtownością.
- Nic, tylko stare biurko - odpowiedział Lampard.
- I zamknięte drzwi - dodała Rose.
Trupia bladość powlokła twarz Waltera.
- Nie otwierajcie ich! - zażądał. - Nie teraz! Otworzą się, kiedy przyjdzie czas!
- Walter, co ty do licha mówisz? - Rose miała dwa wielkie znaki zapytania w oczach.
- Nie otwierajcie ich - Walter uspokoił się nieco. - To ma związek z moimi badaniami i Rose, ja wiem, że wszyscy, wszyscy uważają mnie za dziwaka i nieszkodliwego wariata, ale ja wiem co mówię i nie jestem, nie jestem szalony! Nie otwierajcie ich!
- Dobrze, nie będziemy - Lampard poklepał go uspokajająco po plecach.
Nie zwracając na niego większej uwagi, Walter odszedł od baru i drżącymi z emocji dłońmi wydobył z kieszeni komórkę, po czym jął wypukiwać na niej długiego esemesa.
- Co mu odbiło? - zdziwił się Lampard.
- Nie mam pojęcia - mruknęła Rose. - Pierwszy raz widzę go tak zdenerwowanego.
Z zaplecza wykuśtykała Drusilla, kołysząc się na swych niebotycznych obcasach tak mocno, że talerz na tacy, którą niosła, przesuwał się w te i we wte, chociaż był pełen. Na drodze do właściwego stolika stał jednak Walter, którego minięcie wymagałoby wykonania kilku dodatkowych kroków, zbyt wielki wysiłek jak dla Drusilli.
- Te, może byś się sunął? - zaproponowała.
Walter, bez reszty zajęty esemesem, nie dosłyszał.
- Zjeżdżaj mi z drogi, cieniasie! - warknęła, trącając go łokciem. Walter odsunął się, nie podnosząc nawet głowy.
Zachowanie kelnerki nie umknęło jednak sokolim oczom Rose.
- Jeszcze raz odezwij się tak do klienta, a wylecisz stąd na kopach! - ryknęła zza baru. - Walter, przepraszam cię za nią.
- Nie szkodzi - odparł mechanicznie Walter.
Lampard obejrzał kelnerkę wzrokiem podejrzliwym.
- Zatrudniasz teraz odpady z "Jersey Shore"? - zapytał.
- A daj spokój - Rose wywróciła oczyma. - To przysługa dla Robbiego, jakaś siostrzenica jego żony. Potrzymam ją kilka dni i wywalę.
- Jest jeszcze lepsza niż ta poprzednia - zaśmiał się Lampard.
W przytulnym mieszkaniu, gdzieś niedaleko katedry, w przepastnym, obitym pluszem fotelu, siedziała starsza pani. Gdyby pokazać ją Majce, rozpoznałaby w niej staruszkę, którą spotkała kiedyś w Tesco, a która kazała jej pilnować Wasyla. Lampard mógłby spobie przypomnieć, że spotkał tę panią kiedyś w centrum i pomógł jej nieść zakupy. Wasyl zaś zapewne zidentyfikowałby ją jako tę miłą staruszkę, której rozsypała się zawartość torebki, a on pomógł ją pozbierać. Rose powiedziałaby, że widziała tę panią koło gabinetu doktora Tennanta, wszyscy zaś zgodziliby się, że staruszka plotła jakieś dziwne rzeczy, o konieczności pilnowania innych, trzymania się razem i czasie który nadchodzi.
Starsza pani patrzyła w okno, na ciemniejącą, spowitą mgłą ulicę, na której zaczynały zapalać się latarnie i myślała. Myślała bardzo intensywnie.
- Wszystko dzieje się szybciej, niż myślałam - stwierdziła na głos. Spojrzała na leżącą na stoliku gazetę. Wielkie, czerwone litery nagłówka krzyczały o brutalnym morderstwie pod klubem Enclave. - Coś już zdołało przejść. Trzeba ich wtajemniczyć.
Westchnęła głęboko i potarła skronie, sękatymi, pomarszczonymi palcami.
- Tylko jak to zrobić? - powiedziała. - Przecież wezmą mnie za wariatkę.

Westchnęła jeszcze raz i zapaliła lampkę, rozpraszając gęstniejący mrok.
___________________________________________________________
Oto kolejny rozdział i znowu wyszedł mi strasznie, strasznie długi. Mam nadzieję, że to wam nie przeszkadza. Aha, dziękuję za wszystkie komentarze, których ostatnio było mnóstwo, dziękuję także Fioli za te wszystkie pomysły, jakie mi podsuwa :*
Aha, a bonus dzisiaj podwójny.

Lamps...


...i boski Xabier, z dedykacją dla Fiolki.

Martina




3 komentarze:

  1. Ciekawy rozdział. Mam wrażenie, że pomiędzy Lampsem i Rose zaczyna się coś dziać, przecież kto się czubi, ten się lubi. Zaniepokoiła mnie ta staruszka. Ogólnie opowiadanie jest mroczne i po części owiane tajemnicą, w ten sposób chce się je czytać i czytać bez końca.
    Czekam na kolejny!
    Zapraszam do siebie na nowość:
    http://betweenourhearts.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie, pięknie i specjalnie dla mnie Xabi <3
    Uwielbiam to opowiadanie i chcę więcej!
    Hinten jako Anastazja...wiedziałam, że to wykorzystasz! ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. To jest fantastyczne, wiesz? A te sceny między Rose i Lampardem, każda ich rozmowa są po prostu genialne. Zaczynam się coraz bardziej niepokoić tym, co wie - lub czego domyśla się - Walter. I ta staruszka na końcu. To pewnie ma jakieś powiązanie, tylko że ja oczywiście nie jestem w stanie go ogarnąć :P Ja zmysłu dedukcji po prostu nie posiadam za grosz. No trudno.
    Ubolewam natomiast nad faktem, że tym razem Lampard był z pełni ubrany. To się zdecyowanie powinno zmienić XD
    buziaki :**

    OdpowiedzUsuń