When the night has come, and the land is dark
And the moon is the only light we will see
No, I won't be afraid, oh, I won't be afraid
Just as long as you stand, stand by me
So darlin', darlin' stand by me
Oh stand by me
Oh stand, stand by me, stand by me
Ben E. King "Stand by me"
Wąski zaułek, prowadzący na tyły Enclave był usiany pustymi plastikowymi kubkami po napojach, opakowaniami po najrozmaitszych rzeczach i zużytymi prezerwatywami. W mroku, jaki tam panował, większość z nich była słabo widzialna, bo światło stojącej u wylotu latarni nie docierało do wszystkich kątów. Kilka kubków pękło z trzaskiem pod stopami Troya, nie zwracał jednak na to zbyt wielkiej uwagi, zły, wstawiony i zajęty rozpamiętywaniem swych boleści. A miał ich sporo.
And the moon is the only light we will see
No, I won't be afraid, oh, I won't be afraid
Just as long as you stand, stand by me
So darlin', darlin' stand by me
Oh stand by me
Oh stand, stand by me, stand by me
Ben E. King "Stand by me"
Wąski zaułek, prowadzący na tyły Enclave był usiany pustymi plastikowymi kubkami po napojach, opakowaniami po najrozmaitszych rzeczach i zużytymi prezerwatywami. W mroku, jaki tam panował, większość z nich była słabo widzialna, bo światło stojącej u wylotu latarni nie docierało do wszystkich kątów. Kilka kubków pękło z trzaskiem pod stopami Troya, nie zwracał jednak na to zbyt wielkiej uwagi, zły, wstawiony i zajęty rozpamiętywaniem swych boleści. A miał ich sporo.
Najpierw
ta dziwka, Moira, zaczęła uganiać się za jakimś typem, olewając
jego, Troya, całkowicie. Latała za tym fagasem na bezczelnego,
niemal wepchnęła mu swoje balony w zęby, kurwa, mało brakowało
a obciągnęłaby mu druta na środku parkietu. A kiedy łaskawie
postawił jej drinka, uwiesiła mu się na ramieniu. I, kurwa, nie
dała się zdjąć, chociaż Troy przypomniał jej z kim tu przyszła.
Dobitnie jej przypomniał.
Wtedy
ten kutasina, nic wielkiego, taka ciota na jednego strzała, ale gość
był tak bogaty, że praktycznie srał forsą, ten kutasina więc,
popatrzył na Troya jak na gówno i kazał mu spierdalać. Troy
chciał go nauczyć paru rzeczy za pomocą pięści, ale wtedy
przyszli ochroniarze i wypierdolili go na zbity pysk.
A
ta kurwa się śmiała.
Troy
oparł się plecami o ścianę w miejscu, w którym było trochę
jaśniej i wyciągnął z kieszeni fajki. Wtykając jednego między
zęby przestąpił z nogi na nogę i odkrył z obrzydzeniem, że
zużyta guma przylepiła mu się do podeszwy buta i ciągnęła się
za nim jak czerwony, przejrzysty ogonek.
-
Kurwa - zaklął, ocierając but o ścianę.
Ciekawe,
pomyślał, odpalając fajka, czy ta mała dziwka będzie się tak
śmiała, gdy do niej wpadnie i przemebluje jej trochę ten bezczelny
ryj. A-ha-ha, co nie?
Wciągnął
głęboko w płuca dym, wyobrażając sobie minę Moiry, kiedy spuści
jej łomot. Nauczy się szanować prawdziwych mężczyzn, gówniara
jedna.
Telefon
zawibrował mu w kieszeni. Na krótką chwilę Troya zalało poczucie
triumfu. Wiedział, po prostu wiedział, że to Moira. Ten bogaty
pedałek na pewno się nią znudził i kazał iść w pizdu, więc
teraz będzie próbowała się przeprosić z Troyem. A chuja. Teraz
dostanie na co zasłużyła.
Jeden
rzut oka na ekran pozbawił go złudzeń. Brad.
Przepełniony
wściekłością i rozczarowaniem gwałtownie uniósł komórkę do
ucha. Wyśliznęła mu się z palców, wywinęła salto w powietrzu i
znikła wśród śmieci na asfalcie.
-
Ja pierdolę! - ryknął Troy i padł na kolana. Przegarniał oburącz
śmieci, desperacko próbując znaleźć telefon, gdy nagle zrobiło
się zupełnie ciemno.
Odwrócił
się.
Ktoś
stał u wylotu zaułka, blokując światło latarni. Jego długi cień
padał na klęczącego Troya i pogrążał go w mroku.
-
Zaraz ci zajebię, dupku! - ryknął Troy, zrywając się na równe
nogi. Zacisnął pięści, nie zauważając, że jedną dłoń ma
śliską od cudzej spermy, która wypłynęła ze zużytej
prezerwatywy.
Czarny
kształt postąpił o krok do przodu z dźwięcznym tupotem.
A
potem rozłożył skrzydła. Wielkie, jak u jakiegoś kondora, ale
pokryte błoną, nie piórami. Troy widział wyraźnie przeświecające
przez nie czerwonawo światło latarni. Widział też siatkę
drobnych naczynek krwionośnych i drobne włoski, wyrastające tu i
tam.
Stwór
wykonał jeszcze jeden krok i wtedy Troy zrozumiał, czemu on tupał
tak głośno. Nie miał butów, nie miał nawet stóp. Jego pokryte
ciemną sierścią nogi kończyły się kopytami.
-
Ja pierdolę - rzekł Troy słabo. - Stary, co ty... kto ty... No
kurwa co jest?
To
coś naprzeciw niego złożyło skrzydła i wtedy światło padło na
jego twarz, o ile można to było nazwać twarzą. Pokryta
pomarszczoną, żółtobrązową skórą facjata nie miała nosa, a
tylko dwa otwory, zapewne służące oddychaniu, nad nimi zaś
świeciło dwoje żółtych oczu.
Usta
stwora rozchyliły się, prezentując zestaw ostrych jak brzytwy,
szpiczastych zębów, w takim stanie, że Usta Mordoru wyglądałby w
porównaniu na szczyt stomatologicznego zadbania. Ciepła fala
straszliwego smrodu omiotła Troya.
-
Ja nie... - wybełkotał, cofając się. - Ja nic nie zrobiłem, czy
ja już mogę sobie iść?
Kreatura
zasyczała w odpowiedzi i wyciągnęła ku niemu łapę. Światło
zalśniło na długich, czarnych pazurach, przypominających szpony
orła i jak one ostrych.
-
Nie, nie, nie... - jęczał Troy, cofając się w głąb zaułka.
Szpony przejechały po jego piersi, rozcinając mu koszulę i rysując
na skórze cztery palące linie.
-
Ratunku!!! - zawył. Odwrócił się, rzucając się do biegu, ale
nogi mu się splątały i tylko runął na wilgotny asfalt, pomiędzy
potrzaskane kubki i papierzyska. Wielki cień padł na niego, gdy
wielkie skrzydła rozłożyły się z szumem.
-
Jezu... nie... - stęknął, odgarniając od siebie łapy potwora.
Stwór przekrzywił głowę i spojrzał na niego. Potem zacisnął
palce na gardle Troya i uniósł go tak, że czubki butów chłopaka
prawie nie dotykały asfaltu.
Teraz
znaleźli się nos w nos. Troy widział, jak nozdrza stwora
rozszerzają się przy każdym oddechu. Widział ślinę, ściekającą
po szczękach istoty, dwoma lśniącymi szlakami i zęby, ich
żółtobrązowe, popękane szkliwo i resztki jakiegoś mięsa
tkwiącego między nimi.
A
potem, jednym sprawnym ruchem łapy, stwór rozpruł mu brzuch. Z
miękkim pacnięciem wnętrzności Troya wylądowały na asfalcie.
Nogi wierzgnęły konwulsyjnie.
Stwór
zaczął się posilać.
Kij
do krykieta osunął się na podłogę z głośnym klekotem. Rose
podskoczyła w fotelu, gwałtownie wyrwana ze snu.
Zegar
na ścianie wskazywał wpół do siódmej. Trzeba się zacząć
ogarniać, pomyślała. Pokręciła głową, usiłując rozluźnić
zesztywniały kark.
Poczłapała
do kuchni, klapiąc bosymi stopami. Jej organizm domagał się
wielkim głosem kawy, prztyknęła więc czajnikiem i otworzyła
szafkę, kątem oka rejestrując jakieś wielkie ptaszysko, siedzące
na dachu budynku naprzeciwko. Wyjęła szklankę, nasypała kawy, po
czym przeczesała palcami włosy. Zawsze o poranku stały jej pod
wszystkimi możliwymi kątami, tak, że wyglądała jak strach na
wróble.
Nalewała
właśnie wrzątku do szklanki, gdy coś głucho łupnęło na dole.
Drgnęła, ukrop pociekł jej na palce u stóp.
-
Oż ty ścierwo! - odstawiła czajnik z trzaskiem na blat i pobiegła
do salonu.
Po
chwili, z kijem do krykieta w garści, pędziła już po schodach, do
pubu. Tylne drzwi były otwarte, zamki wyłamane, podłoga w
korytarzu i kuchni zaś pokryta błotnistymi śladami stóp.
Nie,
nie stóp.
Rose
przyjrzała się uważniej.
To
były ślady końskich kopyt.
Nie
dowierzając własnym oczom podążyła za śladami, które wiodły
do piwnicy. Kamienne stopnie były tak zimne, że nieomal parzyły ją
w stopy.
Klip-klap
klip-klap.
Odgłos
kopyt, kroczących po kamiennej posadzce odbijał się echem od
sklepionego stropu piwnicy. Rose, wstrzymując oddech, przekręciła
włącznik światła i wyjrzała zza muru, oddzielającego schody od
reszty pomieszczenia. Jarzeniówki zapalały się powoli, te na
drugim końcu piwnicy, tak długiej i wąskiej, że bardziej
przypominała tunel, dopiero zaczynały się jarzyć. W ich słabym
blasku Rose dostrzegła coś jak rąbek żółtobrązowego,
skórzanego płaszcza, znikającego za regałami z winem.
-
Ej! - wrzasnęła. - Wyłaź, skurwielu!
Odpowiedziało
jej tylko echo, wywołane jej własnym głosem.
Przełykając
ślinę, szła przez piwnicę. Stare meble. Beczki z piwem. Regały z
winem, pod ścianami, z alejką pośrodku.
Wreszcie
przed nią była już tylko tylna ściana piwnicy i stojący na całej
jej długości rząd trzech regałów z winem. I odciski kopyt w
kurzu na posadzce, urywające się przed środkowym regałem.
Obejrzała
uważnie pokryte kurzem butelki i drewniane półki, jakby
spodziewała się tam klamki otwierającej tajemne przejście. Nic
takiego nie znalazła, za to środkowy rząd butelek, zawierających
białe wino, sprawił, że gwałtownie wstrzymała dech.
Trzy
butelki skrajnie po prawej, jak również część dębowego regału,
wymazane były czymś czerwonym. Powąchała ostrożnie.
Słaby
zapach, słonawy i metaliczny zarazem.
Krew.
Majka
wylazła z łóżka o ósmej, na dłuższy sen nie pozwolił jej
zapchany nos i narastający kaszel. Umyła się zatem, włożyła
czystą piżamę, tę bowiem zdążyła kompletnie zapocić, a żeby
nie zmarznąć włożyła różowe, wełniane skarpety i owinęła
się w swój ulubiony szlafrok. Miał wprawdzie burobeżową barwę i
sprawiał, że wyglądała jak mistrz Yoda, ponieważ, będąc
strojem męskim, wisiał na niej prawie do samej ziemi, ale był tak
mięciutki i ciepły, że nie zamieniłaby go na żaden inny.
Po
godzinie cały stół kuchenny założony był pootwieranymi
gazetami, na nich zaś stał laptop, w który, z wypiekami na
policzkach, bębniła Majka, pijąc herbatę za herbatą. Pod ręką,
prócz kubka z rzeczonym napojem, miała otwarty zeszyt, którego
strony zapełniały się z wolna notatkami. Zdążyła wcześniej
zadzwonić do Ariadny i uprzedzić, że jej dzisiaj nie będzie w
pracy, teraz zaś oddała się w całości śledztwu.
Przeczesawszy
lokalną prasę z użyciem google, przekopawszy się żmudnie przez
newsy i policyjne statystyki stwierdziła niezbicie jedno: w
Leicester działo się coś badzo niedobrego. Przestępczość w tym
mieście nie była zbyt wysoka, krwawe morderstwa zaś nie zdarzały
się za często, a tu w przeciągu dwóch miesięcy zdarzyły się
dwie zbrodnie, obie popełnione na nastoletnich dziewczynach. Laura
Pellegrin i Ronette Paulson, obie piątkowe uczennice z dobrych
rodzin i grzeczne dziewczęta, o których nikt złego słowa nie
powiedział. Jedna znaleziona 15 sierpnia pod bramą azylu pani
Potts, po tym jak nie wróciła do domu z wypadu na basen. Druga
zniknęła równo dwa miesiące później, a jej ciało odkryto...
Majka
zamknęła oczy i potrząsnęła głową. Nie czas był na
traumatyczne wpomnienia. Musiała się skupić.
Ciało
Ronette odkryto koło pola golfowego, między Rothley a Thurcaston,
na przedmieściach Leicester.
W
tym było coś cholernie podobnego, stwierdziła Majka, w tych obu
zbrodniach. Czyżby seryjny morderca?
Od
rozważań i analiz oderwało ją dzwonienie do drzwi. Podniosła
głowę i stwierdziła, że kuchenny zegar wskazuje wpół do
pierwszej.
O
rany, Wasyl!
Zerwała
się od stołu, niemal wywracając krzesło, po drodze mgliście
sobie przypominając, że jest kompletnie nieuczesana, do tego w
burym szlafroku i z całą pewnością ma czerwony nos oraz rozpaloną
gębę. Trudno, odparła bezlitośnie druga część jej mózgu. On i
tak jest żonaty.
Otworzyła
z impetem, nie potrafiąc powstrzymać radosnego łomotania serca.
-
Cześć mała - Wasyl, bez czapki, z uszami czerwonymi od chłodu i
pękatymi siatami w dłoniach, powitał ją szerokim usmiechem. -
Przywiozłem ci małe co nieco. Jak dzisiaj zdrówko?
Majka
ugryzła się w język, hamując się przed odpowiedzią, że na jego
widok od razu zdrowieje.
-
Właź! - oznajmiła zamiast tego.
-
Właź - zdziwił się Wasyl, maszerując do kuchni. - To tak teraz
damy witają swoich rycerzy?
-
A kto ci powiedział, że jestem damą? - odparła Majka. - Masz
zdecydowanie błędne dane. Poza tym, o ile pamięć mnie nie myli,
to rycerzem możesz być najwyżej dla swojej żony.
Cień
przeleciał po twarzy Marcina, ukryty zaraz pod wielkim i nieszczerym
uśmiechem.
-
To była metafora - oznajmił wykrętnie Marcin. - Kupiłem ci trochę
jedzenia.
Majka
zajrzała do siat, które postawił na podłodze.
-
Trochę? Mistrzu, tyś chyba pół Tesco wykupił - stwierdziła z
lekkim niedowierzaniem, wyjmując produkty. - W razie zagłady
nuklearnej wytrzymam na tych zapasach jakieś pół roku, jesli nie
dłużej - oznajmiła, upychając masło i jogurty w lodówce. - To
ile ci wiszę?
Odpowiedziało
jej milczenie.
-
Wasyl?
Wyjrzała
zza drzwi lodówki. Wasyl gapił się niewidzącym spojrzeniem w okno
i ogryzał paznokcie.
-
Halo, Wasilewski, tu Ziemia, jak mnie odbierasz? - Majka pomachała
mu ręką przed oczyma. - Joł! Nie śpij!
-
Nie śpię - odparł, opuszczając dłoń. - Zamyśliłem się
trochę. Mówiłaś coś?
-
Pytałam ile ci wiszę za te skromne zakupy - przypomniała Majka.
-
Wisisz? - Wasyl się niemal zgorszył. - To jest kumpelska przysługa!
Nic mi nie wisisz, no co ty!
-
Będę się głupio czuła - oznajmiła Majka stanowczo,. Wyciągnęła
z siaty cukier i mąkę i zaczęła je pakowac do szafki. - Ratujesz
mnie przed usmarkaniem się na śmierć i zakiszeniem w kozim
smrodzie, teraz jeszcze robisz zakupy na najbliższy rok, a ja co?
-
Co? - spytał nieuważnie. - Nie no, ty nic, bo tak robią
przyjaciele. Kiedyś zrobisz coś fajnego dla mnie i będzie git.
Majka
wyjęła głowę z szafki z produktami sypkimi i ogarnęła Wasyla
spojrzeniem tyleż podejrzliwym, co uważnym. Coś zdecydowanie było
z nim nie tak, gdzieś znikła jego zwykła energia, uśmiechał się
jakoś tak... zbyt szeroko i trochę teatralnie, poza tym co chwilę
odpływał gdzieś myślami.
Teraz
zaś, szczerze mówiąc, wyglądał jak kupka nieszczęścia, ze
zgarbionymi plecami, zajęty ogryzaniem paznokcia na palcu
wskazującym prawej dłoni. Majka lubiła jego dłonie, wielkie,
mocne, o długich palcach i schludnych, zawsze przyciętych
paznokciach, lubiła zresztą chyba wszystko w nim. A teraz się
martwiła.
-
Wszystko u ciebie w porządku? - zapytała ostrożnie.
-
W najlepszym - zapewnił.
Ujęła
delikatnie jego dłoń.
-
Bo ten... bo mam wrażenie, że coś cię gryzie - zaczęła
nieporadnie. - I wiesz, jak coś to... to zawsze możesz na mnie
liczyć.
Patrzył
na nią tymi swoimi oczyma, w kolorze, który zmieniał się w
zależności od światła, teraz złocistobrązowymi w przyćmionym
blasku kuchennej żarówki. Normalna siła i wesołość, zwykle
wypełniające jego spojrzenie, teraz zniknęły, odsłaniając coś
ledwie uchwytnego, coś czystego i chłopięco bezbronnego.
-
Bo ja ten, no, znaczy nie myśl, że ja cię podrywam, bo cię nie
podrywam - Majka w konfrontacji z jego spojrzeniem plątała się
coraz gorzej. - Ja tylko tego, no wiesz, ja chciałam, żebyś
wiedział, żebyś się nie czuł sam, bo jak coś to ja jestem z
tobą i w ogóle, ale zupełnie tego, ja przecież wiem, że jesteś
żonaty i ten, to ja chciałam tak po przyjacielsku...
Wasyl
spochmurniał i spuścił oczy, ku uldze, lecz i przerażeniu Majki.
-
Jestem idiotką, tak? - zapytała rozpaczliwie.
-
Nie no, skądże - zapewnił, podnosząc głowę. Przytulił ją do
siebie krótko i zaraz puścił. - Dzięki mała, za wsparcie, ja już
muszę lecieć. Uważaj na siebie. cześć! - rzucił, już prawie z
progu.
-
Jestem idiotką - powiedziała Majka do pustej kuchni, gdy drzwi się
za nim zamknęły. - I to potworną.
Przez
następne kilka dni nie widziała się z Wasylem, który nie pojawiał
się w Ten Bells. Obejrzała go jedynie w telewizji, na wyjazdowym
meczu Leicester City. Lamps też gdzies chwilowo zniknął, chyba
wyjechał do Londynu, co z kolei wprawiło w fatalny humor Rose i tak
już rozdrażnioną, bo Moira wzięła urlop, z powodu śmierci
chłopaka, więc cała obsługa stolików spadła na nią.
-
Nie mam jej za złe - wyznała Rose któregoś dnia, zatrzymując się
przy stoliku Waltera, przy którym akurat siedziała też Majka. -
Jej faceta znaleziono rozmazanego po jakimś zaułku...
-
Jego wątrobę wyjmowali z rynny - wtrącił się Jerry,
podsłuchujący od drugiego stolika. - Mój kuzyn pracuje w Enclave i
wszystko widział!
-
Tak dokładnie to z dachu - poprawił Walter, hołdujący ścisłemu
trzymaniu się faktów. - I nie wątrobę tylko jelita.
-
Wszystko jedno! - jęknęła Rose. - Jelita, czy wątroba, ja
rozumiem, że dziewczyna musi po czymś takim dojść do siebie!
Dałam jej ten urlop i się nie czepiam! Ale zapierdolu mi to
dołożyło nieziemsko...
-
To tylko chwilowe - pocieszyła nieśmiało Majka. - Ona przecież
wróci.
-
No wiem, wiem, dzięki - mruknęła Rose i pociągnęła nosem. -
Cholera. Burn, nie wiem co spaliłeś, ale każę ci to zeżreć!!!
Pomstując
i cholerując znikła na zapleczu. Rose wróciła do omawiania z
Walterem ostatnich zbrodni.
-
Ja myślę, myślę, że on był wściekły - stwierdził Walter. -
To znaczy, kiedy zabijał Ronette. Zobacz ile ciosów jej zadał i
wszystkie w twarz i głowę. To więcej, więcej niż trzeba, żeby
kogoś zabić.
-
Masz rację - mruknęła Majka. - Ale Laura została zabita inaczej,
miała poderżnięte gardło. I żadnych innych obrażeń.
Westchnęła
i zamieszała w herbacie, tymczasem Walter zaznaczał skrupulatnie na
mapie miejsca zamieszkania obu zabitych dziewczyn, gdzie były
ostatnio widziane i gdzie znaleziono ich ciała.
-
To trochę przypomina mi Kubę Rozpruwacza, wiesz? - stwierdziła
Majka. - To znaczy Marthę Tabram i Mary Ann Nichols, Martha była
cała podziabana, trzydzieści dziewięć ciosów nożem, a Mary Ann
tylko poderżnięte gardło...
-
I rozcięty brzuch - zauważył Walter, odrywając się od mapy. -
Coś się próbowało na niej, na niej pożywić. Na Mary Ann. Marthę
zabili ludzie.
-
A Mary Ann nie?
Walter
popatrzył na nią z bardzo poważną miną.
-
Nie, ja myślę, że nie - rzekł. - To było coś z innego świata.
Pewnie się teraz będziesz śmiała?
Z
herbatą w pół drogi do ust Majka popadła w głębokie zamyślenie.
-
Wiesz co... - stwierdziła. - Zawsze wierzyłam, że mogą istnieć
inne światy oprócz naszego.
-
Naprawdę? - ucieszył się Walter. - Zobacz, jest tyle dowodów, na
to, że to nie mógł być człowiek. Na przyklad Kate Eddowes.
Rozpruwacz zabił ją i wyciął jej nerkę, a to wszystko w dziesięć
minut, na kompletnie nieoświetlonym Mitre Square! Przecież człowiek
by nie dał rady...
Po
chwili Majka przekonała się, że tak naprawdę bardzo mało
wiedziała o zbrodniach Kuby Rozpruwacza. W porównaniu z Walterem to
właściwie prawie nic.
Poza
wizytami w Ten Bells, dyskusjami z Walterem i rozmowami z Rose, Majka
zajmowała się też intensywnie pracą zawodową, nawet, jeśli
oznaczało to nacieranie dwa razy dziennie koziego odbytu maścią.
Poza jednak dłubaniem w kozim tyłku miała też zajęcia bardziej
wdzięczne, na przykład opiekę nad kotami. Z większością zdołała
już zawrzeć pakt o nieagresji, a z kilkoma nawet nawiązać
przyjaźń. Między innymi, z czego była szczególnie dumna, z
małym, czarnonosym tricolorem, którego wyciągała z krzaków w
ogrodzie pierwszego dnia. I który ją wtedy ugryzł.
Wciąż
potrafił ugryźć, jeśli niebacznie go dotknęła, a on nie miał
ochoty na głaskanie, czy jakiekolwiek bliższe kontakty, ale jeśli
akurat był w łaskawym nastroju, dawał się głaskać, a nawet brać
na ręce. Przynajmniej Majce i Jill, jej towarzyszce w psiarni i
kociarni. Na Coltrane'a reagował za to wręcz alergicznie, prychając
tak mocno i długo, aż mu język siniał.
-
Mnie w ogóle zwierzaki nie lubią - śmiał się Coltrane. - Głupie
bydlaki!
Miał
rację, bo Kepler, owczarek niemiecki, przebywający w izolatce, za
każdym razem gdy Coltrane wchodził do psiarni, dostawał
regularnego szału. Rzucał się na kraty z głuchym rykiem, kłapiąc
zębami, tak długo, dopóki znienawidzony osobnik nie zniknął za
drzwiami. Z tego powodu Majka poprosiła Coltrane'a, żeby nie
wchodził tam, jeśli nie musi. Pomijając alergię na złotą rączkę
azylu pies robił coraz większe postępy, przyjmując miskę z rąk
Majki bez cienia strachu, czy agresji. Czasami witał też Majkę
krótkim, chłodnym merdnięciem ogona, jakby mówił "cieszę
się, że cię widzę, ale nie myśl sobie za wiele". Między
innymi ze względu na tego psa wróciła do pracy jak najszybciej się
dało, jeszcze niedoleczona i zasmarkana.
Korzystając
z wolnej chwili Rose siadła przy barze i złożyła głowę na
chłodnym blacie. Pub był prawie pusty, bo była sobota i Lisy grały
mecz u siebie, więc trzy czwarte miasta tkwiło na King's Power
Stadium.
-
No strzelaj!!! Czemu nie strzelasz, debilu! - od strony stolików
dobiegł ją głos zemocjonowanej Majki.
-
Nie mógł, bo mu, bo mu blokowali drogę - Walter był jak zwykle
spokojny i racjonalny.
-
Ale jakby wcześniej strzelił... no gdzie spalony, gdzie?!
Coś
trzasnęło, pewnie Majka walnęła szklaneczką o stolik. Rose nie
odrywała głowy od baru. Miała zdecydowanie wszystkiego dosyć.
Zwłaszcza zaś braku Lamparda, do czego się bardzo stanowczo nie
przyznawała, nawet sama przed sobą.
-
No nie, no nie, no nie! - zawyła Majka jak głodna hiena. - Wasyl,
coś ty narobił? Nie targaj tego palanta za bety, jak rany... No i
czerwo.
-
On cały mecz grał taki jakiś wściekły - zauważył Walter.
Drzwi
zaskrzypiały, a zaraz potem podłoga. Ktoś przyszedł, trzeba się
podnieść, pomyślała Rose.
-
Ja wszystko rozumiem, ale żeby o tej porze szefowa była pijana? -
zapytał znajomy głos.
Poderwała
się jak na sprężynie.
-
Jestem trzeźwa! - oznajmiła, uciekając za bar. - Tylko mam
wszystkiego dość.
-
Znam to uczucie - mruknął Lampard, sadowiąc się na stołku. - I
podzielam. Czy mogę poprosić o whisky?
Rose
wyjęła szklankę spod baru i sięgnęła po właściwą butelkę,
rumieniąc się z lekka pod spojrzeniem Lampsa.
-
Długo cię tu nie było - zagaiła.
-
Musiałem załatwić parę spraw w Londynie - rzekł przyjmując
drinka z jej rąk. - Tak zwane życie osobiste.
Ostatnie
słowa ociekały sarkazmem oraz gryzącą ironią w takim stężeniu,
że wygadaną Rose zwyczajnie zatkało.
Wypił
whisky jednym haustem, odstawił szklankę i spojrzał na Montoyę,
która właśnie zajęła się polerowaniem szklanek i kieliszków,
chociaż wyglądały na idealnie czyste.
-
A co u ciebie? - zapytał. - Czemu właściwie leżałaś na barze?
-
Bo godzinę temu dzwoniła do mnie Moira, kelnerka - odparła. -
Powiedziała, że rzuca pracę, nazwała głupią bździągwą i
oznajmiła, że jeszcze będę całować jej buty.
-
I co jej odpowiedziałaś? - zapytał, jednocześnie prosząc gestem
o dolewkę.
-
Kazałam jej spierdalać - mruknęła Rose. Nalała bursztynowego
płynu do szklaneczki i przesunęła ją w stronę Franka.
-
Gol, gol, GOL! - ryknęła znienacka Majka. - Kurwa, tylko teraz to
dowieźcie!
Lampard
obejrzał się w jej stronę z niejakim rozbawieniem.
-
Nie wiedziałem, że ona tak klnie - powiedział.
-
Jak ogląda mecze, to owszem - odparła Rose. - Zwłaszcza Lisów.
Tam gra Wasyl, rozumiesz.
Frank
pokiwał głową i pokrzepił się solidnym łykiem alkoholu.
-
A ty? - Spojrzał na koszulkę Rose i uniósł jedną brew. - Czyżby
fanka Chelsea?
-
Brawo za spostrzegawczość - odparła Rose zgryźliwie. - Znamy się
od miesiąca i noszę ją prawie każdego dnia. Na boisku też masz
taki refleks?
-
Kolczasta z ciebie Różyczka - Frank odchylił się na barowym
stołku.
-
Tylko nie różyczka, Lampard, tylko nie różyczka - pogroziła mu
palcem. - Nie jestem niczyją różyczką.
Frank
oparł się wygodnie o bar. Wypita whisky rozgrzewała go od środka
i szumiała mu lekko w głowie.
-
A właściwie dlaczego? - zapytał.
-
Co dlaczego? - Rose tarła kolejny kieliszek tak, że groziło mu
przetarcie na wylot.
-
Dlaczego nie jesteś niczyją różyczką - uściślił Frank. -
Piękna, inteligentna kobieta, wprawdzie z językiem jak piła
łańcuchowa, ale niektórzy to lubią. Więc?
Patrzył
na nią z rozbawieniem w tych swoich niebieskich oczach, lekko
wstawiony, a zarazem cholernie pociągający.
-
A co to cię obchodzi? - odparła szorstko. - Poprzednia laska cię
rzuciła i szukasz wkładu do łóżka?
-
Po prostu pytam - rzekł, lekko zdziwiony gwałtownością jej
odpowiedzi. - Z czystej ciekawości. Nie wolno?
-
Nie.
-
Okej. To dolej jeszcze.
Dolała.
A potem zniknęła na zapleczu, Frank zaś sączył swoją
szklaneczkę, pogadując luźno z Majką i Walterem.
Jakoś
przed szóstą zjawił się Wasyl, ponury jak noc listopadowa.
Przyjechał taksówką i wparował do pubu z trzaskiem, ledwie
odpowiadając na pozdrowienia.
-
Ja mam jakieś halucynacje, czy on jest na lekkiej bani? - Majka
nachyliła się do Rose, którą hałasy wywabiły z kuchni.
-
Nie masz halucynacji - odparła Rose. - Od jego oddechu pewnie mi
powiędły kwiatki przed drzwiami.
-
Whisky - zażądał stanowczo Wasyl, dokując na stołku obok
Lamparda.
-
Łączy nas dzisiaj zgodność upodobań - zauważył Frank.
-
No - odparł Wasyl. Przyjął od Rose szklaneczkę i pochłonął jej
zawartość jednym haustem.
-
Również poproszę - rzekł Frank.
-
Wiecie co, macie tu butelkę i sami se lejcie - rzekła Rose,
wystawiając flaszkę na bar.
-
Urżną się w drebiezgi - ostrzegła Majka półgłosem.
Rose
wzruszyła ramionami.
-
Duzi są. Ich problem.
Majka
tylko westchnęła i wróciła do stolika Waltera. Nie chciała
zagadywać Wasyla gdy był w takim nastroju, zwłaszcza nie po tym
jak się wygłupiła, gdy widzieli się poprzednio.
-
Świat jest do dupy - stwierdził Wasyl, wypiwszy kolejną porcję
alkoholu.
-
Jest - zgodził się uprzejmie Frank. - A co tak konkretnie jest do
dupy w twoim świecie?
-
Moje małżeństwo - mruknął Marcin. - Dostałem pozew o rozwód.
-
Moje kondolencje - Frank dopełnił obie szklaneczki, po czym
skwapliwie się wzmocnił. - Może dlatego się nigdy nie ożeniłem.
-
O, stary, to jest dopiero początek historii. - Wasyl prychnął jak
sfrustrowany mors. Wydzwaniałem do niej przez cały tydzień, nie
odbierała. Jak gadałem z dzieciakami przez skype nie podchodziła.
Zajęta była. Aż wreszcie wczoraj cud, odezwała się.
-
Za ten cud - Lampard wzniósł szklaneczkę. - I co?
Marcin
przepłukał gardło alkoholem i kontynuował.
-
No i pytam, kurwa, dlaczego. Wiesz co mi odpowiedziała? - łypnął
na Franka przekrwionym okiem.
-
Co takiego?
-
Że zmarnowałem jej życie. Że jestem tępym kołkiem, kóry jej
nie rozumiał. Że zawsze się mnie brzydziła. Czaisz to?
Majka,
która słyszała całą konwersację, a trudno było nie słyszeć,
bo obdarzony donośnym głosem Wasyl nie troszczył się zbytnio by
mówić cicho, musiała użyć wszystkich sił, żeby nie podejść
do Wasyla i go nie przytulić.
Tymczasem
Marcin kontynuował.
-
A, jeszcze coś było, że jestem bydlakiem i prymitywem, a ona już
rzyga piłką. I że nigdy mnie tak naprawdę, kurwa, nie kochała.
Uroczo. Co ja powiem dzieciakom? Że ich mamusia jest debilką?
Lampard
popatrzył na niego przez dno szklaneczki.
-
Witaj w życiu - rzekł. - Ja byłem w Londynie, przyjacielu. Wiesz
dlaczego?
-
Nie mam pojęcia.
-
Moja droga była partnerka, która notabene rzuciła mnie, gdy się
dowiedziała, że mam problemy z sercem, poinformowała mnie, że
pragnie napisać książkę na temat naszego związku. Ze wszystkimi
pikantnymi szczegółami.
-
Nie ma to jak analiza twojego pożycia w brukowcach, co? - mruknął
Wasyl. Teraz to on z kolei dolał.
-
Otóż to. Jednak powiedziała, że może zrezygnować z tej książki
- kontynuował Frank jadowicie. - Ale nie tak z dobrego serduszka.
Jej dobroczynność, uważasz, wymaga opłaty i to nie byle jakiej.
Opłaty mierzonej w milionach funtów.
-
Kurwa, jaki świat uroczy...
-
Oglądany przez dno szklaneczi do whisky wygląda znacznie lepiej...
Majka
przestała słuchać rozmowy panów, ponieważ rozbrzęczał się jej
telefon. Dzwoniła Ariadna Potts.
-
....przepraszam, że tak późno, ale widzisz kochana, mamy taki
jakby problem, bo ktoś nie zamknął dobrze kojców i czy ty
otwierałaś je dzisiaj, kochana, może czyściłaś, czy zmieniałaś
posłania, bo dostaliśmy nowe koce i są takie cudowne i miękkie,
że sama bym ich używała, ale co to ja mówiłam, aha, czy ty
otwierałaś kojce?
-
Ale jakie kojce? - Majka jak zwykle czuła się ogłuszona rzeką
słów, wypływającą z Ariadny. - Kocie tak, otwierałyśmy razem z
Jill i psie też, w głównej psiarni, ale sama sprawdzałam, były
zamknięte jak wychodziłam.
-
Nie, kochana, nie te, izolatki dla psów, ktoś nie domknął i
widzisz, mamy teraz taki problem, no...
-
Co się stało? - zapytała Majka, zdjęta niedobrym przeczuciem.
-
Kepler uciekł, wyszedł drzwiami na główny dziedziniec, a potem
przez tę dziurę w płocie i wiesz, trzeba go poszukać, więc
jakbyś nie była zajęta, to, no wiesz, mogłabyś przyjechać i...
-
O Boże już jadę! - jęknęła Majka i rozłączyła się. -
Walter, muszę lecieć, na razie!
Wypadła
z pubu jak wicher i pobiegła na przystanek.
Pół
godziny później obszukiwała już razem z Ariadną krzaki i
chaszcze dookoła azylu, wołając psa aż do zachrypnięcia. Było
ciemno, więc świeciły sobie latarkami, od strony bramy jednak bił
czerwonawy poblask.
Sprawdzała
właśnie pole, schodzące ku rzece, gdy pani Potts ją zawołała.
-
Gdzie pani jest?
-
Przy bramie, ale chodź szybko, musimy jechać pod stadion, tam ktoś
widział psa z naszym tagiem przy obroży!
Majka
wydłubała się z pola, po czym na chodniku puściła się sprintem
aż do bramy. Tu ją wryło. Obie latarnie przy bramie świeciły
niebieskawym światłem. Znowu ma omamy?
Ze
stuporu wyrwała ją Ariadna, niemal wlekąc do samochodu.
Pod
stadionem rozdzieliły się. Ariadna poszła na wschód, Majka,
ściskając w dłoni sfatygowaną smycz, kierowała się w stronę
Dane Hills.
Zagłębiła
się właśnie w cichą uliczkę szeregowych domów, gdy usłyszała
dźwięk, od którego serce podskoczyło jej w piersi.
Szczekanie.
-
Kepler? Kepler!
Wielki
ciemny kształt przeleciał gdzieś nad domami i nad głową Majki.
Szczekanie przybliżyło się. Pobrzmiewały w nim akcenty świetnie
znanej Majce furii.
-
Kepler! Do nogi! Kepler!
To
coś znowu zakołowało na ciemnym niebie, szczekanie zaś coraz
bardziej się zbiżało.
-
Kepler!
Pies
wyskoczył z ciemności, zwinnym susem przesadzając murek ogrodu i
zatrzymał się na środku jezdni. Uniósł głowę i zaszczekał na
niebo.
-
Kepler, ty łosiu jeden! - wrzasnęła Majka.
Owczarek
spojrzał na nią, nieruchomy przez chwilę niczym posąg. Potem
wystartował sprintem i skoczył.
Przewrócił
Majkę i popiskując z radości, wylizał ją bardzo starannie po
twarzy i rękach.
-
Zleź ze mnie, czereśniaku jeden - chichotała. - Też się cieszę,
że cię widzę, ale już starczy! Kepler, siad! Siad mówię!
Usiadł,
pozwalając jej się pozbierać. Zapinała go właśnie na smyczy,
gdy telefon znowu się rozdzwonił.
-
Tak?
-
Majka, słuchaj, oni się urżnęli totalnie - odezwała się Rose.
-
No przecież mówiłam - zdziwiła się Majka.
-
Franka mi się udało wsadzić do taksy i wysłać do domu, ale Wasyl
gdzieś polazł - Rose nie kryła irytacji. - A jest nawalony jak
marsjańskie UFO. Masz jego numer telefonu, czy coś?
-
Mam - odparła Majka. - Czy on nie zostawił czegoś u ciebie?
Czapki, szalika, gaci, czegokolwiek?
-
Zostawił. Wypadła mu rękawiczka z kieszeni. A co?
-
Już jadę! - rozłączyła się i spojrzała na bardzo zadowolonego
z siebie Keplera. - Masz szansę zadebiutować jako Komisarz Rex.
Tymczasem
Frank Lampard wytoczył się właśnie z taksówki pod budynkiem w
którym mieszkał. Był zdecydowanie pijany, chociaż nie tak bardzo,
jak Wasyl, ten lał w siebie alkohol strugami. Frank wprawdzie
abstynentem nie był i wypić potrafił, ale dotrzymanie kroku
desperackiemu opilstwu Marcina było cokolwiek poza jego
możliwościami.
Halsując
w pół wiatru dotarł do windy, tam zaś trafił we właściwy
przycisk już za trzecim podejściem. Nieco gorzej było z
ulokowaniem klucza w zamku, dziurka bowiem tańczyła po drzwiach
radosnego walca wiedeńskiego, niekiedy się nawet rozdwajając. No i
skąd miał wiedzieć która jest właściwa?
W
końcu jednak udało mu się pokonać i tę trudność, a drzwi
stanęły otworem. Wszedł do środka, siadł na kanapie, by zdjąć
obuwie i zasnął. Na siedząco, z szeroko otwartymi ustami i
chrapiąc wniebogłosy. Obudził go głośny hałas. Przewrócił się
mianowicie, całkiem bez powodu, stojak z pogrzebaczami przy kominku.
-
Głupi duch - mruknął Frank, ściągając buty. - Głupszy nawet
niż Ribery!
Wysupłał
się z płaszcza, kóry został na kanapie, po czym jął się
rozbierać, ciskając odzież gdzie popadnie. Całkiem nagi poczłapał
do łazienki, gdzie wziął prysznic. Zalał wprawdzie przy tym
prawie całe pomieszczenie, upuścił mydło, a potem gonił je długo
po podłodze, ale zdołał się w końcu umyć i trochę przy tym
przetrzeźwieć.
Owinąwszy
biodra nonszalancko ręcznikiem pomaszerował do kuchni, zrobić
sobie kawy.
-
Bo nic tak nie działa na serce - oznajmił.
Zabrzdąkała
komórka. Wrócił do salonu i wyłowił aparat z kieszeni portek,
zwisających z dużego kaktusa w donicy. Esemes. Od Terry'ego.
Już
chciał wracać do kuchni, gdy coś stuknęło w drzwi.
-
Ja ci pokażę, ty glutoplazmo, ty! - rzekł bojowo. Z komórką w
dłoni pomaszerował ku drzwiom, otworzył je szeroko i wyskoczył na
korytarz. Nie zauważył jednak, że zaczepił ręcznikiem o ramę
wiszącego na ścianie lustra, w ozdobnej, metalowej ramie, kutej w
esy-floresy, poczuł tylko jak w momencie skoku frotowa tkanina
odwija mu się z bioder i zostaje z tyłu.
Spojrzał
na siebie, stwierdził, że jest kompletnie nagi i usłyszał
trzaśnięcie drzwi za sobą. Uśiwadomił sobie, że mają one zamek
zatrzaskowy. Zrobiło mu się gorąco. Szarpnął za klamkę, ale na
próżno.
-
No kurwa nie - jęknął.
Wtedy
usłyszał głosy, ale nie w swojej głowie, tylko na schodach. Ktoś
szedł, kobiety, wesołe i rozgadane. Jeszcze by tego brakowało,
żeby go tak zobaczyły, tabloidy rozerwałyby go na strzępy.
Rozejrzał się, desperacko myśląc co robić.
Na
jednym z końców korytarza stało bujnie rozkrzewione drzewko
pomarańczowe w dużej donicy. Wspaniałym sprintem, jakiego
pozazdrościliby mu Kuba Błaszczykowski i Cristiano Ronaldo, rzucił
się w jego stronę. Zdołał się wepchnąć za nie w ostatniej
chwili, dziewczyny bowiem właśnie wchodziły na korytarz.
Zatrzymał
oddech, kiedy przechodziły obok i zamarł w kompletnym bezruchu.
-
...oj bo wiesz, Josh mówi, że ja oglądam mecze tylko po to, zeby
się ślinić do piłkarzy. -mówiła jedna. - A co ja mogę, że
taki na przykład Lampard ma słodki tyłeczek? Gdyby tak teraz
zjawił się tu nagi, tobym go chyba zjadła...
'Stawiam
dolary przeciw orzechom, że wrzeszczałabyś jak opętana"
pomyślał Frank. "A potem wezwałabyś policję".
Kiedy
wreszcie znikły w jednym z mieszkań, kłócąc się, czy Frank
powinien depilować klatę, czy nie, Lampard wypuścił powietrze z
płuc i uświadomił sobie, że ściska w dłoni komórkę.
Stronę
Ten Bells znalazł w internecie bez problemu, razem z numerem
telefonu.
Zadzwonił
bez namysłu.
-
Ten Bells, słucham - głos Rose, twardy jak zwykle, rozległ się w
jego uszach niczym pienia anielskie.
-
Rose, to ja, Frank! - zaszeptał konspiracyjnie. - Pomóż mi!
-
Coś odwinąłeś po pijaku? - zapytała surowo.
-
No tak jakby. Przyjedź do mnie, mieszkam w Cotton Mill, będę na
ciebie czekał na korytarzu!
-
To jest jakiś wyrafinowany podryw, czy coś? Do łóżka z tobą nie
pójdę, Lampard, nie ma mowy.
-
Nie chodzi o łóżko, nie rozumiesz, ja jestem nagi...
-
Nie chodzi o łózko, ale jesteś nagi. Znaczy się planujesz numerek
na podłodze, albo stole kuchennym?
-
Nie planuję numerka! - Frank niemal zawył. - Proszę cię o pomoc!
Zatrzasnąłem drzwi mieszkania, nie mam kluczy, siedzę na korytarzu
i jestem goły!
Ze
słuchawki dobiegł go serdeczny śmiech.
-
Dobra, pijaczyno, już jadę. Tylko nie rozrabiaj póki mnie nie ma.
Rose
pozostawiła bar, kóry i tak już się zamykał, pod pieczą
Robbiego i pojechała Frankowi z odsieczą. Bez trudu dotarła na
właściwe piętro, ale kiedy wysiadła z windy, korytarz wydawał
się pusty.
-
Lamps? Gdzie ty jesteś? - zapytała.
-
Tutaj - odparło ponurym głosem drzewko pomarańczowe w kącie.
Rose
obróciła się i zobaczyła wyłaniającą się z zieleni głowę
Lamparda, jego szerokie bary oraz owłosioną pierś. Bez ubrania,
stwierdziła, wyglądał jeszcze lepiej niż odziany.
-
Te cholerne drzwi mają zamek zatrzaskowy - oznajmił ponuro. Włosy
sterczały mu na czubku głowy niczym czub jakiegoś egzotycznego
ptaka, a zdobił je dodatkowo zabłąkany liść z pomarańczowego
drzewka.
-
A dlaczego właściwie nie masz na sobie gaci? - zapytała Rose,
bardzo usiłując się nie śmiać.
-
Bo wyszedłem spod prysznica - odpowiedział, drapiąc się za uchem.
Mięśnie na jego piersi napięły się i rozluźniły. Montoyi
zrobiło się zdecydowanie gorąco. - Miałem na sobie ręcznik, ale
gdzieś zniknął.
-
Porzucił cię w dramatycznych okolicznościach - wyszczerzyła zęby
Rose.
-
No chyba tak - przyznał potulnie Frank. - Słuchaj, tam na dole, na
samym końcu korytarza, przy tylnym wyjściu jest dyżurka, w dyżurce
siedzi cieć, on powinien mieć klucze. Weź od niego zapasowy, co?
-
A jak mi nie da? Przecież tu nie mieszkam - Rose uniosła brew.
-
Zadzwonię do ciebie, a ty mu dasz telefon, okej? - Lampard spojrzał
na nią wzrokiem zagubionego szczeniaczka.
Dyżurka
okazała się niezmiernie elegancką ladą, za nią zaś prezydował
osobnik, którego Rose nigdy w życiu by nie nazwała cieciem.
Nieduży, w średnim wieku, miał szpakowate włosy ułożone w
kunsztowne fale i garnitur, na oko droższy niż samochód Rose.
Plakietka, stojąca na lśniącej ladzie głosiła, że jest to
konsjerż.
Na
widok Rose zmarszczył brwi i zaplótł przed sobą małe,
wypielęgnowane dłonie, gestem godnym Napoleona.
-
Czym mogę pani służyć? - zapytał z zawodową uprzejmością,
nacechowaną jednak pewnym chłodem. Rose najwyraźniej nie wyglądała
na milionerkę.
-
Kluczem do pokoju pana Lamparda - odparła prosto z mostu. - Nastąpił
drobny wypadek, skutkiem którego pan Lampard zatrzasnął swoje
klucze w mieszkaniu.
-
Dlaczego więc sam nie przyszedł? - zapytał podejrzliwie konsjerż.
-
Ponieważ jest nagi - odparła Rose. - Chce pan mieć tu skandal
obyczajowy? Goły piłkarz biegający po korytarzach, wyobraża pan
sobie, jakie by tu się stata paparazzi zleciały?
Superelegancki
cieć wzdrygnął się ledwie zauważalnie.
-
Wolałbym tego uniknąć - odparł. - To budynek cieszący się
nieskazitelną reputacją. Jednak...
-
Jednak?
-
Byłoby dobrze, gdybym mógł porozmawiać z panem Lampardem.
Rose
sięgnęła po telefon, konsjerż jednak potrząsnął głową.
-
Nie, to na nic - rzekł. - Jaką miałbym pewność, że naprawdę
rozmawiam z panem Lampardem? Pozwoli pani, że wezmę klucz i pójdę
z panią.
Konsjerż
nie ociągał się, widać gnany wizją ewentualnego skandalu,
wkrótce więc jechali już windą na właściwe piętro. Kiedy
stanęła, drzwi otworzyły się bezszelestnie i ukazały pusty
korytarz.
-
No i gdzie jest pan Lampard? - zapytał konsjerż nieufnie. Wyszedł
z windy, jego wyglansowane półbuty lśniły słabo w stłumionym
świetle lamp. - Nigdzie go nie widzę.
-
Tony! - uradowany Lamps wyskoczył z pomarańczowego drzewka, po czym
przypomniał sobie, że jest nagi i oburącz zasłonił klejnoty
rodowe. - Masz klucz?
Rose
westchnęła głęboko, zdjęła kurtkę i podała ją Frankowi.
-
Przyokryj się trochę - poleciła.
Frank,
który nigdy nie był człowiekiem zbyt pruderyjnym, ani wyczulonym
na własną nagość, zapłonął krwistym rumieńcem na myśl o tym,
że ta dziewczyna miałaby go teraz, w takich okolicznościach ujrzeć
na golasa.
-
Odwróć się - rzekł. - Proszę.
-
Oczywiście, proszę pana - konsjerż posłusznie odwrócił się do
ściany.
-
Nie ty! - jęknął Lamps. - Rose!
Odwróciła
się, chociaż prawdę mówiąc nie miała na to zbyt wielkiej
ochoty.
-
Tony, przestań się gapić w ścianę i otwórz drzwi - zażądał
Frank. - Rose, już możesz patrzeć.
Owinięty
w pasie kurtką Frank i gryząca wargi Rose weszli do apartamentu,
odprowadzani zgorszonym spojrzeniem konsjerża Tony'ego.
-
Na pewno zrobią jakąś orgietkę - mruknął, gdy drzwi się
zamknęły.
Wnętrze
apartamentu przedstawiało sobą obraz co najmniej oryginalny. Z
lustra w kutej ramie przy wejściu zwisał ręcznik, ciągnąc się
po podłodze, niczym brzoskwiniowa strzała, wskazująca na leżące
dokładnie w progu salonu majtki z nowej linii, firmowanej przez
Cristiano Ronaldo. Na stoliku do kawy, ze szkła i metalu, leżały
niedbale ciśnięte skarpetki, przy czym jedna moczyła się
częściowo w niedopitej filiżance kawy. Spodnie zwieszały się
festonami z wielkiego kaktusa, jeden but stał na siedzeniu
eleganckiego, beżowego fotela, drugi zaś leżał sobie na środku
salonu. Na kanapie siedział sobie płaszcz, całość zaś wieńczyła
niebieska koszula, rozpięta na telewizorze.
-
Robiłeś striptis? - zainteresowała się Rose.
-
Nie, ja tego, po prostu się rozbierałem - Frank zaczął
pospiesznie sprzątać rozrzuconą garderobę. - Chyba byłem trochę
zawiany.
Pochylił
się, żeby zebrać ze stołu skarpetki, a wtedy kurtka zsunęła
się, odsłaniając jego biały, muskularny tyłek, porośnięty
ciemnymi włoskami.
-
Eeeee, Frank - Rose czuła, że się czerwieni. - Twoje słoneczko
wzeszło.
-
Co? - wyprostował się i kurtka zjechała mu do stóp. Teraz on się
zaczerwienił, pospiesznie się zakrywając.
-
Idź, włóż jakieś gacie, ja to pozbieram - rozkazała Rose. Miała
chwilowo dosyć wrażeń.
-
Dzięki - bąknął i popędził do łazienki, trzymając kurtkę
oburącz w okolicy bioder i rumieniąc się jak indyk w piekarniku.
Rose
wyjęła skarpetkę z kawy, wyżymając ją dyskretnie. Lamps na
pewno pijał dobrą kawę, o ile tylko nie moczył w niej skarpet,
pomyślała. Rzuciła ciuchy na kupę i sięgnęła po leżący na
kanapie płaszcz.
Coś
wielkiego wylądowało na barierce balkonu, za podwójnymi,
oszklonymi drzwiami. Rose przez chwilę myślała, że to cierpiąca
na bezsenność wrona, ale to było zbyt wielkie. Jeśli to wrona, to
chyba jechała na sterydach.
Stworzenie
zeskoczyło na balkon, ze znajomym klip-klop. Serce Rose zaczęło
walić jak młot, a drobne włoski na ciele zjeżyły się niczym
szczotka.
W
świetle padającym z salonu ukazała się pomarszczona, żółtobrązowa
twarz, wykrzywiona w uśmiechu, odsłaniającym ohydne, ostre zęby.
Dwie szponiaste łapy oparły się z cichym zgrzytnięciem o szybę w
drzwiach.
Rose
wrzasnęła przeraźliwie i rzuciła się w stronę kominka. Tam były
pogrzebacze, może przyleje temu czemuś w razie czego, myślała,
nie spuszczając oka ze stwora, który przyglądał jej się żółtymi
oczyma.
Równocześnie
z łazienki wypadł zaalarmowany jej krzykiem Frank, który zdołał
założyć jedynie świeże majtki. Nieubłagane prawa fizyki
sprawiły że, ponieważ ich trajektorie przecinały się, zderzyli
się z impetem w połowie drogi. Rose wylądowała na półgołym
Lampardzie, waląc twarzą prosto w jego pierś. Pachniał obłędnie,
czymś iglastym, cytryną, piżmem i do tego sobą. Gdyby nie stwór
za szybą, Rose uznałaby to wszystko za niemożliwie erotyczne.
-
A myślałem, że nie jesteś zainteresowana? - uśmiechnął się
szelmowsko. Z bliska jego tęczówki nie były już takie niebieskie,
nabierały raczej odcienia morskiej wody.
-
Popatrz za okno! - machnęła ręką za siebie i rzuciła się w
kierunku pogrzebaczy. Nastrojony figlarnie Lamps chwycił ją mocno w
pasie i zatrzymał, po czym, z nią w objęciach, usiadł.
I
zamarł.
-
Co to, kurwa, jest? - zapytał nieswoim głosem.
TOMP!
Błoniaste
skrzydła uderzyły w okno.
-
Nie wiem, ale nie wygląda na milusie - odparła Rose, mając
nadzieję, że głos jej nie drży.
Ohydna
paszcza wyszczerzyła się jeszcze szerzej.
-
Daj ten pogrzebacz - poprosił Frank, zwalniając uścisk.
Rose
wyciągnęła ze stojaka dwa, jeden podając od razu Lampsowi.
Lampard
podniósł się powoli, Rose za nim.
-
Wejdź, a dam ci po mordzie - zasugerował bestii na balkonie.
W
odpowiedzi stwór szarpnął drzwiami, aż z sufitu posypał się
tynk.
Sama
nie wiedząc do końca co czyni, Rose wysforowała się przed Franka
i wyciągnęła przed siebie dłoń.
-
Odejdź! - wrzasnęła, zaciskając trzy środkowe palce, tak, że
wyprostowany pozostał tylko kciuk i mały palec. - Księżyc ci każe
odejść!
Dłoń
Rose rozbłysła na moment zimnym, srebrnobłękitnym blaskiem, tak
intensywnym, że Frank odruchowo zasłonił ręką twarz. Stwór za
szybą skrzeknął i cofnął się rozpaczliwie, tak jakby światło
go parzyło.
-
No zjeżdżaj! - krzyknęła ponownie. Blask zaczął słabnąć i
zanikać, jednak stwór nie usiłował tego wykorzystać. Prychnął
tylko z odrazą, wspiął się na barierkę i rzucił się w mrok,
łopocząc skrzydłami.
Frank,
który z wrażenia wytrzeźwiał niemal zupełnie, teraz przyglądał
się Rose z niedowierzaniem.
-
Pracujesz po godzinach jako Sailor Moon? - zapytał.
Montoya
obejrzała z równym niedowierzaniem własną dłoń, która
wyglądała już najzupełniej zwyczajnie.
-
Tata mnie tego nauczył - powiedziała cicho. - Jak byłam mała.
-
Tata cię nauczył świecić? - Frank nie ogarniał.
-
Nie, nauczył mnie Znaku Księżyca - odparła. - Ale nic nie mówił
o efektach specjalnych.
-
Co to w ogóle było? - Lampard podszedł do drzwi balkonowych i
obejrzał smugi na szybie, zostawione przez stwora.
-
Nie wiem, ale wiem skąd przyszło - odparła ponuro Rose. - Z mojego
pubu.
Lampard
poniechał na moment studiowania drzwi.
-
Jak to?
-
No tak - odparła. - Podrapało mi drzwi niedawno.
-
Jezu, dziewczyno, masz w pubie potwora i mówisz o tym tak
zwyczajnie?
-
A jak mam mówić? Rwać włosy z głowy?
Dwoma
zamaszystym krokami znalazł się przy niej. Zajrzał jej w oczy.
-
Nie boisz się? - zapytał.
-
Boję się jak cholera - uniosła wyzywająco podbródek. - Ale nie
będę się przecież trzęsła w kącie. Wnuczkę Jimmy'ego Abneya
stać na więcej.
-
Rose, zostań na noc - poprosił. - Nie chcę, żebyś tam spała
sama, skoro ten... to coś łazi pod twoimi drzwiami.
-
Poradzę sobie - odparła. - Wiesz, że ciągle masz liść we
włosach? Z drzewka pomarańczowego.
Sięgnęła
do jego sterczącej czupryny, unosząc się lekko na palcach. Wyjęła
delikatnie listek, zachwiała się i oparła na nagiej piersi Franka.
-
Rose - zamruczał. Jego usta znalazły się nagle milimetry od jej
twarzy, tak, że czuła jego ciepły oddech.
Pierwszy
raz w swoim życiu Rose Montoya straciła kontrolę nad sobą. Ciepło
płynące od ciała Franka, jego zapach, to wszystko sprawiło, że
na moment straciła głowę i pozwoliła, by jego miękkie wargi
musnęły na moment jej usta.
Wtedy
jednak spanikowała.
-
Ej, nie pozwalaj sobie - wyszarpnęła się gwałtownie z jego
uścisku. Jej ciało zalewał strach, zmieszany z czymś zupełnie
innym.
Z
pożądaniem.
-
Poniosło mnie - Frank wyciągnął rękę. - Słuchaj, nie będę
cię dotykał, ale zostań.
-
Nie ma mowy - odparła Rose. - Oddawaj moją kurtkę, Lamps.
Zastawił
sobą drzwi do łazienki.
-
Pod warunkiem, że będę mógł pojechać z tobą.
-
Nie.
-
I tak pojadę. Będę spał na wycieraczce, wybuchnie skandal i nie
opędzisz się od prasy przez lata.
-
Jesteś podły szantażysta!
-
Jestem Frank Lampard.
-
Idiota. Ubieraj się, chyba, że chcesz jechać w samych gaciach.
-
Już się ubieram.
-
Ale pamiętaj, śpisz na kanapie. Jak cię zobaczę w mojej sypialni,
to dostaniesz w zęby.
-
Założymy się?
-
Zastawię drzwi komodą.
Poza
centrum ulice Leicester były ciche, puste i spokojne. Kepler złapał
trop bez trudu, wystarczyło tylko, że obwąchał rękawiczkę,
przekazaną Majce przez Robbiego (bo Rose musiała gdzieś jechać,
kucharz tłumaczył to bardzo mgliście) i ruszył przed siebie
węsząc dookoła. Przeciągnął Majkę koło stadionu, obleciał
kilka śmietników, zszedł nad rzekę i ruszył z powrotem w
kierunku Dane Hills. Tam spenetrował kilka osiedlowych uliczek,
spłoszył jednego kota i obudził śpiącego pod murkiem pijaczka,
który odpowiedział jakże swojskim "A spierdalaj, kurwa!",
wygłoszonym w bezbłędnej polszczyźnie.
-
Boże, Wasilewski - sapnęła Majka po oględzinach, a raczej
obwęszynach, w kolejnej ślepej uliczce. - Czy ty musisz tyle łazić,
jak jesteś nawalony? No szukaj, piesku, szukaj, musimy znaleźć
tego głąba.
Przelecieli
przez park i znowu zagłębili się w osiedla szeregówek, by wyjść
na jedną z główniejszych ulic. Majka z niejakim zaskoczeniem
stwierdziła, że znajduje się pod Tesco, tym samym, w którym
wpadła swego czasu na Wasyla. Pies, coraz bardziej ożywiony,
przeciągnął ją przez parking, potem ciemnym przejściem przy
ogrodzeniu na tyły, aż do paarkingu dla pracowników. Na jego
środku leżał rozwalony jakiś człowiek.
Kepler
rzucił się do sprintu, wyrywając Majce smycz z dłoni. Dopadł
leżącego i merdając ogonem jak wiatrakiem zaczął go radośnie
lizać po twarzy.
-...wal
się - wymamrotał facet, głosem znajomym.
-
No, znalazłam cię - stwierdziła Majka, stając nad nim. - Wstawaj
Wasyl. Już!
-
Nie ce - odparł i przewrócił się na bok. Kepler zaczął
wylizywać mu ucho. - Ićsobie.
-
Wstawaj, łosiu - zakomenderowała Majka. Pochyliła się i chwyciła
go za rękę. - O stary, jak ty śmierdzisz...
Pogładziła
go po zarośniętym policzku.
-
No już, chodź - poprosiła. Kepler szczeknął, jakby się z nią
zgadzał.
-
Jide - oznajmił Wasyl, skrabiąc się niezgrabnie z asfaltu. -
Jiiiiiiiiide!
-
No idziesz, idziesz - stęknęła Krukówna, podpierając go, żeby
się znowu nie położył.
-
Jide! Chrystusie Niebieski! - Wasyl stanął chwiejnie na nogach. -
Abo nie jide!
-
Idziesz - Majka pociągnęła go za rękę. - Pamiętasz jak to szło?
Najpierw prawa noga, potem lewa.
Pamiętał.
Chwiał się wprawdzie jak osika na wietrze, ale dał się
poprowadzić, asekurowany z boku przez Majkę i trącany w tyłek
nosem przez psa.
-
Tylko się na mnie nie wywal, bo mnie będą łopatką z asfaltu
zeskrobywać - poprosiła Majka.
-
Ja jide! Dopszodu! - ogłosił Wasyl.
-
Idziesz, idziesz, nie musisz o tym zawiadamiać całego miasta.
Jakimś
cudem udało im się dotrzeć do mieszkania Majki w zasadzie bez
wypadków, jeśli nie liczyć jednej wywrotki na złośliwym
krawężniku.
-
On namje skoczył! - upierał się Wasyl.
-
Tak, rzucił ci się do gardła - mamrotała Majka, opływając
potem. - Z dzikim charkotem i szczerząc kły.
Otworzyła
drzwi i wepchnęła Marcina do środka. Kepler przecisnął się przy
ścianie, ciągnąc za sobą smycz. Majka uświadomiła sobie, że
nie zadzwoniła do Ariadny.
Jednakże
smród bijący od Wasyla i jego niemiłosiernie brudnej, wypaćkanej
w czymś brązowym odzieży, okazał się na tyle silny, że
postanowiła zacząć od czynności higienicznych. Dopilotowała więc
Marcina do łazienki, posadziła na sedesie i rozebrała do bielizny.
Bielizna
jednak, a dokładniej majtki, też przesiąkła tym
brązowozielonkawym, cuchnącym czymś.
-
Może urażę twą wstydliwość - rzekła Majka, ściągając mu
gatki. - Niestety jednak muszę to zrobić.
Do
wanny wpadł właściwie sam, na szczęście nie poobijał się przy
tym za bardzo. Jedną ręką operując prysznicem i polewając
Wasyla, drugą wyciągnęła komórkę i przedzwoniła do pani Potts.
Ariadna była tak ucieszona z odnalezienia psa, że nawet ograniczyła
swój zwykły słowotok.
-
No dobra, myju myju - Majka sięgnęła po żel pod prysznic.
Namydliła Wasylowi jego włochatą, potężną pierś i równie
potężne barki, po czym przystąpiła do szorowania jego krótkiej
czupryny. Leżał w wannie i wydawało się, że spał. Krople wody
spływały z jego gęstych, ciemnych rzęs na policzki, a cała twarz
tchnęła zadziwiającym spokojem.
I
pięknem, stwierdziła Majka.
Ucałowała
delikatnie jego szerokie, ciepłe czoło. Otworzył oczy i spojrzał
na nią zamglonym, rozmarzonym wzrokiem.
-
Jesteś łosiem, wiesz o tym? - zapytała, wzdychając. - A ja się w
tobie głupio zakochałam.
-
Wiem - odpowiedział zadziwiająco wyraźnie.
Majka
patrzyła na niego przez chwilę, czując jak krew szumi w jej
uszach.
-
Znowu zrobiłam z siebie kretynkę - mruknęła. - Dobra, nie
słyszałeś tego.
Umyła
mu brzuch i nogi, udając przed sobą, że to piękne, mocne ciało
wcale nie wzbudza w niej pożądania. Potem spłukała go solidnie
letnią wodą i poszła poszukać czegoś, w czego można byłoby go
ubrać.
-
To żeby nie było, że cię molestuję - oznajmiła, odziewając go
w różową koszulkę, tak się składało największą jaką
posiadała. Koszulka była niezaprzeczalnie damska i miała na
froncie radosnego kucyponka, brykającego wśród tęcz, jednak była
w ogromnym rozmiarze, co gwarantowało, że Wasyl się w nią
zmieści.
Całości
kreacji dopełniły bokserki z Diabłem Tasmańskim, normalnie
służące Majce jako spodnie od piżamy.
Tak
przystrojony Wasyl, jakby nieco otrzeźwiony kąpielą, dał się
wyprowadzić z łazienki. Na korytarzu Majka się zawahała. Chciała
go ułożyć na kanapie w salonie, ale mebel ten, kryty czarnym
skajem, miał miniaturowe rozmiary i siedzisko zaledwie na dwie
osoby. Nie było mowy, żeby Marcin się na tym zmieścił.
Z
lekkim wahaniem, pomieszanym z radością, zapakowała go do swojego
łóżka, szczęśliwie będącego rozmiarowo łożem małżeńskim.
Przykryła go kołdrą, odpięła smycz Keplerowi, który, bardzo
zadowolony, ułożył się przy łóżku i sama poszła się umyć.
Oraz wrzucić odzież Marcina do pralki.
Kiedy
się kładła, on już spał, pochrapując cichutko.
Obudziła
się jakiś czas później, z sercem walącym jak młot. Miała
wrażenie, jakby ktoś położył jej kamień na piersi. Otworzyła
oczy, szukając wzrokiem okna, ale wszędzie panowała ciemność,
coraz gęstsza, coraz głębsza i jakby żywa, pulsująca i gniewna.
Ona
miała kły.
I
ktoś w niej stał. Widziała wyraźnie dwie czerwone iskry oczu w
nogach łóżka i sama nie wiedziała jak, ale przysięgłaby, że w
tym wszechogarniającym mroku dostrzega jednak zarys szerokich ramion
i kapelusza.
Ciemność
zwarła się wokół niej. Majka chciała krzyknąć, ale żaden głos
nie wyszedł z jej ust, chciała się poruszyć, ale jej ciało nie
słuchało. Pies zawarczał głucho, gdzieś blisko niej.
-
Majka - ciepła dłoń dotknęła jej ramienia. - Nie bój się. Jak
go nie wpuścisz do swojej głowy, to pójdzie.
Czuła
w oddechu Wasyla alkohol, ale jego głos był zupełnie wyraźny. Tak
jakby Marcin był trzeźwy. Ciepło bijące od jego dłoni sprawiało,
że ciemność wydawała się znacznie mniej straszna.
Zamknęła
oczy i pomyślała "Idź stąd cieniu. Zmiataj. To moja
sypialnia i wcale cię tu nie chcę."
Ucisk
na piersi zelżał, serce wyrównało rytm.
Otworzyła
ostrożnie oczy. Pokój był znowu całkiem zwyczajny. Ten gęsty,
pulsujący mrok zniknął, światło latarni wpadające przez okno
wyławiało z ciemności różne sprzęty.
I
twarz Wasyla, leżącego obok niej.
-
On mi się często śni, najgorzej gdy jestem sam - powiedział. -
Pokazuje mi różne straszne rzeczy, Witsela i inne takie. Chyba chce
mnie zastraszyć. Teraz też mi się śnił.
-
Mnie też się śni - odpowiedziała.
-
A przychodził do ciebie jak byłaś mała?
-
Stał zawsze w drzwiach do mojego pokoju. I patrzył. Tak jak teraz.
- Majka się wzdrygnęła.
Przysunął
się do niej i objął ramieniem.
-
On lubi strach. - powiedział. - I samotność.
Majka
wtuliła się w Wasyla z całych sił.
_____________________________________________________
Oto rozdział czwarty, którego długość zaskoczyla także mnie ;) Mam nadzieję, że wam się spodoba. Dałabym wcześniej, ale wczoraj mi trochę przeszkodziły boje Ronaldo ze Zlatanem. Straszna szkoda, że Ibry nie będzie na mundialu, ale Cris jest w takim gazie, że nie da się go zatrzymać.
A teraz bonus, bo jakby to było bez bonusa? :D
Możecie sobie wyobrazić, że zamiast spodenek ma na sobie ręcznik ;)
Martina

