środa, 20 listopada 2013

Rozdział 4

When the night has come, and the land is dark
And the moon is the only light we will see
No, I won't be afraid, oh, I won't be afraid
Just as long as you stand, stand by me
So darlin', darlin' stand by me
Oh stand by me
Oh stand, stand by me, stand by me


Ben E. King "Stand by me"





Wąski zaułek, prowadzący na tyły Enclave był usiany pustymi plastikowymi kubkami po napojach, opakowaniami po najrozmaitszych rzeczach i zużytymi prezerwatywami. W mroku, jaki tam panował, większość z nich była słabo widzialna, bo światło stojącej u wylotu latarni nie docierało do wszystkich kątów. Kilka kubków pękło z trzaskiem pod stopami Troya, nie zwracał jednak na to zbyt wielkiej uwagi, zły, wstawiony i zajęty rozpamiętywaniem swych boleści. A miał ich sporo.
Najpierw ta dziwka, Moira, zaczęła uganiać się za jakimś typem, olewając jego, Troya, całkowicie. Latała za tym fagasem na bezczelnego, niemal wepchnęła mu swoje balony w zęby, kurwa, mało brakowało a obciągnęłaby mu druta na środku parkietu. A kiedy łaskawie postawił jej drinka, uwiesiła mu się na ramieniu. I, kurwa, nie dała się zdjąć, chociaż Troy przypomniał jej z kim tu przyszła. Dobitnie jej przypomniał.
Wtedy ten kutasina, nic wielkiego, taka ciota na jednego strzała, ale gość był tak bogaty, że praktycznie srał forsą, ten kutasina więc, popatrzył na Troya jak na gówno i kazał mu spierdalać. Troy chciał go nauczyć paru rzeczy za pomocą pięści, ale wtedy przyszli ochroniarze i wypierdolili go na zbity pysk.
A ta kurwa się śmiała.
Troy oparł się plecami o ścianę w miejscu, w którym było trochę jaśniej i wyciągnął z kieszeni fajki. Wtykając jednego między zęby przestąpił z nogi na nogę i odkrył z obrzydzeniem, że zużyta guma przylepiła mu się do podeszwy buta i ciągnęła się za nim jak czerwony, przejrzysty ogonek.
- Kurwa - zaklął, ocierając but o ścianę.
Ciekawe, pomyślał, odpalając fajka, czy ta mała dziwka będzie się tak śmiała, gdy do niej wpadnie i przemebluje jej trochę ten bezczelny ryj. A-ha-ha, co nie?
Wciągnął głęboko w płuca dym, wyobrażając sobie minę Moiry, kiedy spuści jej łomot. Nauczy się szanować prawdziwych mężczyzn, gówniara jedna.
Telefon zawibrował mu w kieszeni. Na krótką chwilę Troya zalało poczucie triumfu. Wiedział, po prostu wiedział, że to Moira. Ten bogaty pedałek na pewno się nią znudził i kazał iść w pizdu, więc teraz będzie próbowała się przeprosić z Troyem. A chuja. Teraz dostanie na co zasłużyła.
Jeden rzut oka na ekran pozbawił go złudzeń. Brad.
Przepełniony wściekłością i rozczarowaniem gwałtownie uniósł komórkę do ucha. Wyśliznęła mu się z palców, wywinęła salto w powietrzu i znikła wśród śmieci na asfalcie.
- Ja pierdolę! - ryknął Troy i padł na kolana. Przegarniał oburącz śmieci, desperacko próbując znaleźć telefon, gdy nagle zrobiło się zupełnie ciemno.
Odwrócił się.
Ktoś stał u wylotu zaułka, blokując światło latarni. Jego długi cień padał na klęczącego Troya i pogrążał go w mroku.
- Zaraz ci zajebię, dupku! - ryknął Troy, zrywając się na równe nogi. Zacisnął pięści, nie zauważając, że jedną dłoń ma śliską od cudzej spermy, która wypłynęła ze zużytej prezerwatywy.
Czarny kształt postąpił o krok do przodu z dźwięcznym tupotem.
A potem rozłożył skrzydła. Wielkie, jak u jakiegoś kondora, ale pokryte błoną, nie piórami. Troy widział wyraźnie przeświecające przez nie czerwonawo światło latarni. Widział też siatkę drobnych naczynek krwionośnych i drobne włoski, wyrastające tu i tam.
Stwór wykonał jeszcze jeden krok i wtedy Troy zrozumiał, czemu on tupał tak głośno. Nie miał butów, nie miał nawet stóp. Jego pokryte ciemną sierścią nogi kończyły się kopytami.
- Ja pierdolę - rzekł Troy słabo. - Stary, co ty... kto ty... No kurwa co jest?
To coś naprzeciw niego złożyło skrzydła i wtedy światło padło na jego twarz, o ile można to było nazwać twarzą. Pokryta pomarszczoną, żółtobrązową skórą facjata nie miała nosa, a tylko dwa otwory, zapewne służące oddychaniu, nad nimi zaś świeciło dwoje żółtych oczu.
Usta stwora rozchyliły się, prezentując zestaw ostrych jak brzytwy, szpiczastych zębów, w takim stanie, że Usta Mordoru wyglądałby w porównaniu na szczyt stomatologicznego zadbania. Ciepła fala straszliwego smrodu omiotła Troya.
- Ja nie... - wybełkotał, cofając się. - Ja nic nie zrobiłem, czy ja już mogę sobie iść?
Kreatura zasyczała w odpowiedzi i wyciągnęła ku niemu łapę. Światło zalśniło na długich, czarnych pazurach, przypominających szpony orła i jak one ostrych.
- Nie, nie, nie... - jęczał Troy, cofając się w głąb zaułka. Szpony przejechały po jego piersi, rozcinając mu koszulę i rysując na skórze cztery palące linie.
- Ratunku!!! - zawył. Odwrócił się, rzucając się do biegu, ale nogi mu się splątały i tylko runął na wilgotny asfalt, pomiędzy potrzaskane kubki i papierzyska. Wielki cień padł na niego, gdy wielkie skrzydła rozłożyły się z szumem.
- Jezu... nie... - stęknął, odgarniając od siebie łapy potwora. Stwór przekrzywił głowę i spojrzał na niego. Potem zacisnął palce na gardle Troya i uniósł go tak, że czubki butów chłopaka prawie nie dotykały asfaltu.
Teraz znaleźli się nos w nos. Troy widział, jak nozdrza stwora rozszerzają się przy każdym oddechu. Widział ślinę, ściekającą po szczękach istoty, dwoma lśniącymi szlakami i zęby, ich żółtobrązowe, popękane szkliwo i resztki jakiegoś mięsa tkwiącego między nimi.
A potem, jednym sprawnym ruchem łapy, stwór rozpruł mu brzuch. Z miękkim pacnięciem wnętrzności Troya wylądowały na asfalcie. Nogi wierzgnęły konwulsyjnie.
Stwór zaczął się posilać.
Kij do krykieta osunął się na podłogę z głośnym klekotem. Rose podskoczyła w fotelu, gwałtownie wyrwana ze snu.
Zegar na ścianie wskazywał wpół do siódmej. Trzeba się zacząć ogarniać, pomyślała. Pokręciła głową, usiłując rozluźnić zesztywniały kark.
Poczłapała do kuchni, klapiąc bosymi stopami. Jej organizm domagał się wielkim głosem kawy, prztyknęła więc czajnikiem i otworzyła szafkę, kątem oka rejestrując jakieś wielkie ptaszysko, siedzące na dachu budynku naprzeciwko. Wyjęła szklankę, nasypała kawy, po czym przeczesała palcami włosy. Zawsze o poranku stały jej pod wszystkimi możliwymi kątami, tak, że wyglądała jak strach na wróble.
Nalewała właśnie wrzątku do szklanki, gdy coś głucho łupnęło na dole. Drgnęła, ukrop pociekł jej na palce u stóp.
- Oż ty ścierwo! - odstawiła czajnik z trzaskiem na blat i pobiegła do salonu.
Po chwili, z kijem do krykieta w garści, pędziła już po schodach, do pubu. Tylne drzwi były otwarte, zamki wyłamane, podłoga w korytarzu i kuchni zaś pokryta błotnistymi śladami stóp.
Nie, nie stóp.
Rose przyjrzała się uważniej.
To były ślady końskich kopyt.
Nie dowierzając własnym oczom podążyła za śladami, które wiodły do piwnicy. Kamienne stopnie były tak zimne, że nieomal parzyły ją w stopy.
Klip-klap klip-klap.
Odgłos kopyt, kroczących po kamiennej posadzce odbijał się echem od sklepionego stropu piwnicy. Rose, wstrzymując oddech, przekręciła włącznik światła i wyjrzała zza muru, oddzielającego schody od reszty pomieszczenia. Jarzeniówki zapalały się powoli, te na drugim końcu piwnicy, tak długiej i wąskiej, że bardziej przypominała tunel, dopiero zaczynały się jarzyć. W ich słabym blasku Rose dostrzegła coś jak rąbek żółtobrązowego, skórzanego płaszcza, znikającego za regałami z winem.
- Ej! - wrzasnęła. - Wyłaź, skurwielu!
Odpowiedziało jej tylko echo, wywołane jej własnym głosem.
Przełykając ślinę, szła przez piwnicę. Stare meble. Beczki z piwem. Regały z winem, pod ścianami, z alejką pośrodku.
Wreszcie przed nią była już tylko tylna ściana piwnicy i stojący na całej jej długości rząd trzech regałów z winem. I odciski kopyt w kurzu na posadzce, urywające się przed środkowym regałem.
Obejrzała uważnie pokryte kurzem butelki i drewniane półki, jakby spodziewała się tam klamki otwierającej tajemne przejście. Nic takiego nie znalazła, za to środkowy rząd butelek, zawierających białe wino, sprawił, że gwałtownie wstrzymała dech.
Trzy butelki skrajnie po prawej, jak również część dębowego regału, wymazane były czymś czerwonym. Powąchała ostrożnie.
Słaby zapach, słonawy i metaliczny zarazem.
Krew.
Majka wylazła z łóżka o ósmej, na dłuższy sen nie pozwolił jej zapchany nos i narastający kaszel. Umyła się zatem, włożyła czystą piżamę, tę bowiem zdążyła kompletnie zapocić, a żeby nie zmarznąć włożyła różowe, wełniane skarpety i owinęła się w swój ulubiony szlafrok. Miał wprawdzie burobeżową barwę i sprawiał, że wyglądała jak mistrz Yoda, ponieważ, będąc strojem męskim, wisiał na niej prawie do samej ziemi, ale był tak mięciutki i ciepły, że nie zamieniłaby go na żaden inny.
Po godzinie cały stół kuchenny założony był pootwieranymi gazetami, na nich zaś stał laptop, w który, z wypiekami na policzkach, bębniła Majka, pijąc herbatę za herbatą. Pod ręką, prócz kubka z rzeczonym napojem, miała otwarty zeszyt, którego strony zapełniały się z wolna notatkami. Zdążyła wcześniej zadzwonić do Ariadny i uprzedzić, że jej dzisiaj nie będzie w pracy, teraz zaś oddała się w całości śledztwu.
Przeczesawszy lokalną prasę z użyciem google, przekopawszy się żmudnie przez newsy i policyjne statystyki stwierdziła niezbicie jedno: w Leicester działo się coś badzo niedobrego. Przestępczość w tym mieście nie była zbyt wysoka, krwawe morderstwa zaś nie zdarzały się za często, a tu w przeciągu dwóch miesięcy zdarzyły się dwie zbrodnie, obie popełnione na nastoletnich dziewczynach. Laura Pellegrin i Ronette Paulson, obie piątkowe uczennice z dobrych rodzin i grzeczne dziewczęta, o których nikt złego słowa nie powiedział. Jedna znaleziona 15 sierpnia pod bramą azylu pani Potts, po tym jak nie wróciła do domu z wypadu na basen. Druga zniknęła równo dwa miesiące później, a jej ciało odkryto...
Majka zamknęła oczy i potrząsnęła głową. Nie czas był na traumatyczne wpomnienia. Musiała się skupić.
Ciało Ronette odkryto koło pola golfowego, między Rothley a Thurcaston, na przedmieściach Leicester.
W tym było coś cholernie podobnego, stwierdziła Majka, w tych obu zbrodniach. Czyżby seryjny morderca?
Od rozważań i analiz oderwało ją dzwonienie do drzwi. Podniosła głowę i stwierdziła, że kuchenny zegar wskazuje wpół do pierwszej.
O rany, Wasyl!
Zerwała się od stołu, niemal wywracając krzesło, po drodze mgliście sobie przypominając, że jest kompletnie nieuczesana, do tego w burym szlafroku i z całą pewnością ma czerwony nos oraz rozpaloną gębę. Trudno, odparła bezlitośnie druga część jej mózgu. On i tak jest żonaty.
Otworzyła z impetem, nie potrafiąc powstrzymać radosnego łomotania serca.
- Cześć mała - Wasyl, bez czapki, z uszami czerwonymi od chłodu i pękatymi siatami w dłoniach, powitał ją szerokim usmiechem. - Przywiozłem ci małe co nieco. Jak dzisiaj zdrówko?
Majka ugryzła się w język, hamując się przed odpowiedzią, że na jego widok od razu zdrowieje.
- Właź! - oznajmiła zamiast tego.
- Właź - zdziwił się Wasyl, maszerując do kuchni. - To tak teraz damy witają swoich rycerzy?
- A kto ci powiedział, że jestem damą? - odparła Majka. - Masz zdecydowanie błędne dane. Poza tym, o ile pamięć mnie nie myli, to rycerzem możesz być najwyżej dla swojej żony.
Cień przeleciał po twarzy Marcina, ukryty zaraz pod wielkim i nieszczerym uśmiechem.
- To była metafora - oznajmił wykrętnie Marcin. - Kupiłem ci trochę jedzenia.
Majka zajrzała do siat, które postawił na podłodze.
- Trochę? Mistrzu, tyś chyba pół Tesco wykupił - stwierdziła z lekkim niedowierzaniem, wyjmując produkty. - W razie zagłady nuklearnej wytrzymam na tych zapasach jakieś pół roku, jesli nie dłużej - oznajmiła, upychając masło i jogurty w lodówce. - To ile ci wiszę?
Odpowiedziało jej milczenie.
- Wasyl?
Wyjrzała zza drzwi lodówki. Wasyl gapił się niewidzącym spojrzeniem w okno i ogryzał paznokcie.
- Halo, Wasilewski, tu Ziemia, jak mnie odbierasz? - Majka pomachała mu ręką przed oczyma. - Joł! Nie śpij!
- Nie śpię - odparł, opuszczając dłoń. - Zamyśliłem się trochę. Mówiłaś coś?
- Pytałam ile ci wiszę za te skromne zakupy - przypomniała Majka.
- Wisisz? - Wasyl się niemal zgorszył. - To jest kumpelska przysługa! Nic mi nie wisisz, no co ty!
- Będę się głupio czuła - oznajmiła Majka stanowczo,. Wyciągnęła z siaty cukier i mąkę i zaczęła je pakowac do szafki. - Ratujesz mnie przed usmarkaniem się na śmierć i zakiszeniem w kozim smrodzie, teraz jeszcze robisz zakupy na najbliższy rok, a ja co?
- Co? - spytał nieuważnie. - Nie no, ty nic, bo tak robią przyjaciele. Kiedyś zrobisz coś fajnego dla mnie i będzie git.
Majka wyjęła głowę z szafki z produktami sypkimi i ogarnęła Wasyla spojrzeniem tyleż podejrzliwym, co uważnym. Coś zdecydowanie było z nim nie tak, gdzieś znikła jego zwykła energia, uśmiechał się jakoś tak... zbyt szeroko i trochę teatralnie, poza tym co chwilę odpływał gdzieś myślami.
Teraz zaś, szczerze mówiąc, wyglądał jak kupka nieszczęścia, ze zgarbionymi plecami, zajęty ogryzaniem paznokcia na palcu wskazującym prawej dłoni. Majka lubiła jego dłonie, wielkie, mocne, o długich palcach i schludnych, zawsze przyciętych paznokciach, lubiła zresztą chyba wszystko w nim. A teraz się martwiła.
- Wszystko u ciebie w porządku? - zapytała ostrożnie.
- W najlepszym - zapewnił.
Ujęła delikatnie jego dłoń.
- Bo ten... bo mam wrażenie, że coś cię gryzie - zaczęła nieporadnie. - I wiesz, jak coś to... to zawsze możesz na mnie liczyć.
Patrzył na nią tymi swoimi oczyma, w kolorze, który zmieniał się w zależności od światła, teraz złocistobrązowymi w przyćmionym blasku kuchennej żarówki. Normalna siła i wesołość, zwykle wypełniające jego spojrzenie, teraz zniknęły, odsłaniając coś ledwie uchwytnego, coś czystego i chłopięco bezbronnego.
- Bo ja ten, no, znaczy nie myśl, że ja cię podrywam, bo cię nie podrywam - Majka w konfrontacji z jego spojrzeniem plątała się coraz gorzej. - Ja tylko tego, no wiesz, ja chciałam, żebyś wiedział, żebyś się nie czuł sam, bo jak coś to ja jestem z tobą i w ogóle, ale zupełnie tego, ja przecież wiem, że jesteś żonaty i ten, to ja chciałam tak po przyjacielsku...
Wasyl spochmurniał i spuścił oczy, ku uldze, lecz i przerażeniu Majki.
- Jestem idiotką, tak? - zapytała rozpaczliwie.
- Nie no, skądże - zapewnił, podnosząc głowę. Przytulił ją do siebie krótko i zaraz puścił. - Dzięki mała, za wsparcie, ja już muszę lecieć. Uważaj na siebie. cześć! - rzucił, już prawie z progu.
- Jestem idiotką - powiedziała Majka do pustej kuchni, gdy drzwi się za nim zamknęły. - I to potworną.
Przez następne kilka dni nie widziała się z Wasylem, który nie pojawiał się w Ten Bells. Obejrzała go jedynie w telewizji, na wyjazdowym meczu Leicester City. Lamps też gdzies chwilowo zniknął, chyba wyjechał do Londynu, co z kolei wprawiło w fatalny humor Rose i tak już rozdrażnioną, bo Moira wzięła urlop, z powodu śmierci chłopaka, więc cała obsługa stolików spadła na nią.
- Nie mam jej za złe - wyznała Rose któregoś dnia, zatrzymując się przy stoliku Waltera, przy którym akurat siedziała też Majka. - Jej faceta znaleziono rozmazanego po jakimś zaułku...
- Jego wątrobę wyjmowali z rynny - wtrącił się Jerry, podsłuchujący od drugiego stolika. - Mój kuzyn pracuje w Enclave i wszystko widział!
- Tak dokładnie to z dachu - poprawił Walter, hołdujący ścisłemu trzymaniu się faktów. - I nie wątrobę tylko jelita.
- Wszystko jedno! - jęknęła Rose. - Jelita, czy wątroba, ja rozumiem, że dziewczyna musi po czymś takim dojść do siebie! Dałam jej ten urlop i się nie czepiam! Ale zapierdolu mi to dołożyło nieziemsko...
- To tylko chwilowe - pocieszyła nieśmiało Majka. - Ona przecież wróci.
- No wiem, wiem, dzięki - mruknęła Rose i pociągnęła nosem. - Cholera. Burn, nie wiem co spaliłeś, ale każę ci to zeżreć!!!
Pomstując i cholerując znikła na zapleczu. Rose wróciła do omawiania z Walterem ostatnich zbrodni.
- Ja myślę, myślę, że on był wściekły - stwierdził Walter. - To znaczy, kiedy zabijał Ronette. Zobacz ile ciosów jej zadał i wszystkie w twarz i głowę. To więcej, więcej niż trzeba, żeby kogoś zabić.
- Masz rację - mruknęła Majka. - Ale Laura została zabita inaczej, miała poderżnięte gardło. I żadnych innych obrażeń.
Westchnęła i zamieszała w herbacie, tymczasem Walter zaznaczał skrupulatnie na mapie miejsca zamieszkania obu zabitych dziewczyn, gdzie były ostatnio widziane i gdzie znaleziono ich ciała.
- To trochę przypomina mi Kubę Rozpruwacza, wiesz? - stwierdziła Majka. - To znaczy Marthę Tabram i Mary Ann Nichols, Martha była cała podziabana, trzydzieści dziewięć ciosów nożem, a Mary Ann tylko poderżnięte gardło...
- I rozcięty brzuch - zauważył Walter, odrywając się od mapy. - Coś się próbowało na niej, na niej pożywić. Na Mary Ann. Marthę zabili ludzie.
- A Mary Ann nie?
Walter popatrzył na nią z bardzo poważną miną.
- Nie, ja myślę, że nie - rzekł. - To było coś z innego świata. Pewnie się teraz będziesz śmiała?
Z herbatą w pół drogi do ust Majka popadła w głębokie zamyślenie.
- Wiesz co... - stwierdziła. - Zawsze wierzyłam, że mogą istnieć inne światy oprócz naszego.
- Naprawdę? - ucieszył się Walter. - Zobacz, jest tyle dowodów, na to, że to nie mógł być człowiek. Na przyklad Kate Eddowes. Rozpruwacz zabił ją i wyciął jej nerkę, a to wszystko w dziesięć minut, na kompletnie nieoświetlonym Mitre Square! Przecież człowiek by nie dał rady...
Po chwili Majka przekonała się, że tak naprawdę bardzo mało wiedziała o zbrodniach Kuby Rozpruwacza. W porównaniu z Walterem to właściwie prawie nic.
Poza wizytami w Ten Bells, dyskusjami z Walterem i rozmowami z Rose, Majka zajmowała się też intensywnie pracą zawodową, nawet, jeśli oznaczało to nacieranie dwa razy dziennie koziego odbytu maścią. Poza jednak dłubaniem w kozim tyłku miała też zajęcia bardziej wdzięczne, na przykład opiekę nad kotami. Z większością zdołała już zawrzeć pakt o nieagresji, a z kilkoma nawet nawiązać przyjaźń. Między innymi, z czego była szczególnie dumna, z małym, czarnonosym tricolorem, którego wyciągała z krzaków w ogrodzie pierwszego dnia. I który ją wtedy ugryzł.
Wciąż potrafił ugryźć, jeśli niebacznie go dotknęła, a on nie miał ochoty na głaskanie, czy jakiekolwiek bliższe kontakty, ale jeśli akurat był w łaskawym nastroju, dawał się głaskać, a nawet brać na ręce. Przynajmniej Majce i Jill, jej towarzyszce w psiarni i kociarni. Na Coltrane'a reagował za to wręcz alergicznie, prychając tak mocno i długo, aż mu język siniał.
- Mnie w ogóle zwierzaki nie lubią - śmiał się Coltrane. - Głupie bydlaki!
Miał rację, bo Kepler, owczarek niemiecki, przebywający w izolatce, za każdym razem gdy Coltrane wchodził do psiarni, dostawał regularnego szału. Rzucał się na kraty z głuchym rykiem, kłapiąc zębami, tak długo, dopóki znienawidzony osobnik nie zniknął za drzwiami. Z tego powodu Majka poprosiła Coltrane'a, żeby nie wchodził tam, jeśli nie musi. Pomijając alergię na złotą rączkę azylu pies robił coraz większe postępy, przyjmując miskę z rąk Majki bez cienia strachu, czy agresji. Czasami witał też Majkę krótkim, chłodnym merdnięciem ogona, jakby mówił "cieszę się, że cię widzę, ale nie myśl sobie za wiele". Między innymi ze względu na tego psa wróciła do pracy jak najszybciej się dało, jeszcze niedoleczona i zasmarkana.
Korzystając z wolnej chwili Rose siadła przy barze i złożyła głowę na chłodnym blacie. Pub był prawie pusty, bo była sobota i Lisy grały mecz u siebie, więc trzy czwarte miasta tkwiło na King's Power Stadium.
- No strzelaj!!! Czemu nie strzelasz, debilu! - od strony stolików dobiegł ją głos zemocjonowanej Majki.
- Nie mógł, bo mu, bo mu blokowali drogę - Walter był jak zwykle spokojny i racjonalny.
- Ale jakby wcześniej strzelił... no gdzie spalony, gdzie?!
Coś trzasnęło, pewnie Majka walnęła szklaneczką o stolik. Rose nie odrywała głowy od baru. Miała zdecydowanie wszystkiego dosyć. Zwłaszcza zaś braku Lamparda, do czego się bardzo stanowczo nie przyznawała, nawet sama przed sobą.
- No nie, no nie, no nie! - zawyła Majka jak głodna hiena. - Wasyl, coś ty narobił? Nie targaj tego palanta za bety, jak rany... No i czerwo.
- On cały mecz grał taki jakiś wściekły - zauważył Walter.
Drzwi zaskrzypiały, a zaraz potem podłoga. Ktoś przyszedł, trzeba się podnieść, pomyślała Rose.
- Ja wszystko rozumiem, ale żeby o tej porze szefowa była pijana? - zapytał znajomy głos.
Poderwała się jak na sprężynie.
- Jestem trzeźwa! - oznajmiła, uciekając za bar. - Tylko mam wszystkiego dość.
- Znam to uczucie - mruknął Lampard, sadowiąc się na stołku. - I podzielam. Czy mogę poprosić o whisky?
Rose wyjęła szklankę spod baru i sięgnęła po właściwą butelkę, rumieniąc się z lekka pod spojrzeniem Lampsa.
- Długo cię tu nie było - zagaiła.
- Musiałem załatwić parę spraw w Londynie - rzekł przyjmując drinka z jej rąk. - Tak zwane życie osobiste.
Ostatnie słowa ociekały sarkazmem oraz gryzącą ironią w takim stężeniu, że wygadaną Rose zwyczajnie zatkało.
Wypił whisky jednym haustem, odstawił szklankę i spojrzał na Montoyę, która właśnie zajęła się polerowaniem szklanek i kieliszków, chociaż wyglądały na idealnie czyste.
- A co u ciebie? - zapytał. - Czemu właściwie leżałaś na barze?
- Bo godzinę temu dzwoniła do mnie Moira, kelnerka - odparła. - Powiedziała, że rzuca pracę, nazwała głupią bździągwą i oznajmiła, że jeszcze będę całować jej buty.
- I co jej odpowiedziałaś? - zapytał, jednocześnie prosząc gestem o dolewkę.
- Kazałam jej spierdalać - mruknęła Rose. Nalała bursztynowego płynu do szklaneczki i przesunęła ją w stronę Franka.
- Gol, gol, GOL! - ryknęła znienacka Majka. - Kurwa, tylko teraz to dowieźcie!
Lampard obejrzał się w jej stronę z niejakim rozbawieniem.
- Nie wiedziałem, że ona tak klnie - powiedział.
- Jak ogląda mecze, to owszem - odparła Rose. - Zwłaszcza Lisów. Tam gra Wasyl, rozumiesz.
Frank pokiwał głową i pokrzepił się solidnym łykiem alkoholu.
- A ty? - Spojrzał na koszulkę Rose i uniósł jedną brew. - Czyżby fanka Chelsea?
- Brawo za spostrzegawczość - odparła Rose zgryźliwie. - Znamy się od miesiąca i noszę ją prawie każdego dnia. Na boisku też masz taki refleks?
- Kolczasta z ciebie Różyczka - Frank odchylił się na barowym stołku.
- Tylko nie różyczka, Lampard, tylko nie różyczka - pogroziła mu palcem. - Nie jestem niczyją różyczką.
Frank oparł się wygodnie o bar. Wypita whisky rozgrzewała go od środka i szumiała mu lekko w głowie.
- A właściwie dlaczego? - zapytał.
- Co dlaczego? - Rose tarła kolejny kieliszek tak, że groziło mu przetarcie na wylot.
- Dlaczego nie jesteś niczyją różyczką - uściślił Frank. - Piękna, inteligentna kobieta, wprawdzie z językiem jak piła łańcuchowa, ale niektórzy to lubią. Więc?
Patrzył na nią z rozbawieniem w tych swoich niebieskich oczach, lekko wstawiony, a zarazem cholernie pociągający.
- A co to cię obchodzi? - odparła szorstko. - Poprzednia laska cię rzuciła i szukasz wkładu do łóżka?
- Po prostu pytam - rzekł, lekko zdziwiony gwałtownością jej odpowiedzi. - Z czystej ciekawości. Nie wolno?
- Nie.
- Okej. To dolej jeszcze.
Dolała. A potem zniknęła na zapleczu, Frank zaś sączył swoją szklaneczkę, pogadując luźno z Majką i Walterem.
Jakoś przed szóstą zjawił się Wasyl, ponury jak noc listopadowa. Przyjechał taksówką i wparował do pubu z trzaskiem, ledwie odpowiadając na pozdrowienia.
- Ja mam jakieś halucynacje, czy on jest na lekkiej bani? - Majka nachyliła się do Rose, którą hałasy wywabiły z kuchni.
- Nie masz halucynacji - odparła Rose. - Od jego oddechu pewnie mi powiędły kwiatki przed drzwiami.
- Whisky - zażądał stanowczo Wasyl, dokując na stołku obok Lamparda.
- Łączy nas dzisiaj zgodność upodobań - zauważył Frank.
- No - odparł Wasyl. Przyjął od Rose szklaneczkę i pochłonął jej zawartość jednym haustem.
- Również poproszę - rzekł Frank.
- Wiecie co, macie tu butelkę i sami se lejcie - rzekła Rose, wystawiając flaszkę na bar.
- Urżną się w drebiezgi - ostrzegła Majka półgłosem.
Rose wzruszyła ramionami.
- Duzi są. Ich problem.
Majka tylko westchnęła i wróciła do stolika Waltera. Nie chciała zagadywać Wasyla gdy był w takim nastroju, zwłaszcza nie po tym jak się wygłupiła, gdy widzieli się poprzednio.
- Świat jest do dupy - stwierdził Wasyl, wypiwszy kolejną porcję alkoholu.
- Jest - zgodził się uprzejmie Frank. - A co tak konkretnie jest do dupy w twoim świecie?
- Moje małżeństwo - mruknął Marcin. - Dostałem pozew o rozwód.
- Moje kondolencje - Frank dopełnił obie szklaneczki, po czym skwapliwie się wzmocnił. - Może dlatego się nigdy nie ożeniłem.
- O, stary, to jest dopiero początek historii. - Wasyl prychnął jak sfrustrowany mors. Wydzwaniałem do niej przez cały tydzień, nie odbierała. Jak gadałem z dzieciakami przez skype nie podchodziła. Zajęta była. Aż wreszcie wczoraj cud, odezwała się.
- Za ten cud - Lampard wzniósł szklaneczkę. - I co?
Marcin przepłukał gardło alkoholem i kontynuował.
- No i pytam, kurwa, dlaczego. Wiesz co mi odpowiedziała? - łypnął na Franka przekrwionym okiem.
- Co takiego?
- Że zmarnowałem jej życie. Że jestem tępym kołkiem, kóry jej nie rozumiał. Że zawsze się mnie brzydziła. Czaisz to?
Majka, która słyszała całą konwersację, a trudno było nie słyszeć, bo obdarzony donośnym głosem Wasyl nie troszczył się zbytnio by mówić cicho, musiała użyć wszystkich sił, żeby nie podejść do Wasyla i go nie przytulić.
Tymczasem Marcin kontynuował.
- A, jeszcze coś było, że jestem bydlakiem i prymitywem, a ona już rzyga piłką. I że nigdy mnie tak naprawdę, kurwa, nie kochała. Uroczo. Co ja powiem dzieciakom? Że ich mamusia jest debilką?
Lampard popatrzył na niego przez dno szklaneczki.
- Witaj w życiu - rzekł. - Ja byłem w Londynie, przyjacielu. Wiesz dlaczego?
- Nie mam pojęcia.
- Moja droga była partnerka, która notabene rzuciła mnie, gdy się dowiedziała, że mam problemy z sercem, poinformowała mnie, że pragnie napisać książkę na temat naszego związku. Ze wszystkimi pikantnymi szczegółami.
- Nie ma to jak analiza twojego pożycia w brukowcach, co? - mruknął Wasyl. Teraz to on z kolei dolał.
- Otóż to. Jednak powiedziała, że może zrezygnować z tej książki - kontynuował Frank jadowicie. - Ale nie tak z dobrego serduszka. Jej dobroczynność, uważasz, wymaga opłaty i to nie byle jakiej. Opłaty mierzonej w milionach funtów.
- Kurwa, jaki świat uroczy...
- Oglądany przez dno szklaneczi do whisky wygląda znacznie lepiej...
Majka przestała słuchać rozmowy panów, ponieważ rozbrzęczał się jej telefon. Dzwoniła Ariadna Potts.
- ....przepraszam, że tak późno, ale widzisz kochana, mamy taki jakby problem, bo ktoś nie zamknął dobrze kojców i czy ty otwierałaś je dzisiaj, kochana, może czyściłaś, czy zmieniałaś posłania, bo dostaliśmy nowe koce i są takie cudowne i miękkie, że sama bym ich używała, ale co to ja mówiłam, aha, czy ty otwierałaś kojce?
- Ale jakie kojce? - Majka jak zwykle czuła się ogłuszona rzeką słów, wypływającą z Ariadny. - Kocie tak, otwierałyśmy razem z Jill i psie też, w głównej psiarni, ale sama sprawdzałam, były zamknięte jak wychodziłam.
- Nie, kochana, nie te, izolatki dla psów, ktoś nie domknął i widzisz, mamy teraz taki problem, no...
- Co się stało? - zapytała Majka, zdjęta niedobrym przeczuciem.
- Kepler uciekł, wyszedł drzwiami na główny dziedziniec, a potem przez tę dziurę w płocie i wiesz, trzeba go poszukać, więc jakbyś nie była zajęta, to, no wiesz, mogłabyś przyjechać i...
- O Boże już jadę! - jęknęła Majka i rozłączyła się. - Walter, muszę lecieć, na razie!
Wypadła z pubu jak wicher i pobiegła na przystanek.
Pół godziny później obszukiwała już razem z Ariadną krzaki i chaszcze dookoła azylu, wołając psa aż do zachrypnięcia. Było ciemno, więc świeciły sobie latarkami, od strony bramy jednak bił czerwonawy poblask.
Sprawdzała właśnie pole, schodzące ku rzece, gdy pani Potts ją zawołała.
- Gdzie pani jest?
- Przy bramie, ale chodź szybko, musimy jechać pod stadion, tam ktoś widział psa z naszym tagiem przy obroży!
Majka wydłubała się z pola, po czym na chodniku puściła się sprintem aż do bramy. Tu ją wryło. Obie latarnie przy bramie świeciły niebieskawym światłem. Znowu ma omamy?
Ze stuporu wyrwała ją Ariadna, niemal wlekąc do samochodu.
Pod stadionem rozdzieliły się. Ariadna poszła na wschód, Majka, ściskając w dłoni sfatygowaną smycz, kierowała się w stronę Dane Hills.
Zagłębiła się właśnie w cichą uliczkę szeregowych domów, gdy usłyszała dźwięk, od którego serce podskoczyło jej w piersi.
Szczekanie.
- Kepler? Kepler!
Wielki ciemny kształt przeleciał gdzieś nad domami i nad głową Majki. Szczekanie przybliżyło się. Pobrzmiewały w nim akcenty świetnie znanej Majce furii.
- Kepler! Do nogi! Kepler!
To coś znowu zakołowało na ciemnym niebie, szczekanie zaś coraz bardziej się zbiżało.
- Kepler!
Pies wyskoczył z ciemności, zwinnym susem przesadzając murek ogrodu i zatrzymał się na środku jezdni. Uniósł głowę i zaszczekał na niebo.
- Kepler, ty łosiu jeden! - wrzasnęła Majka.
Owczarek spojrzał na nią, nieruchomy przez chwilę niczym posąg. Potem wystartował sprintem i skoczył.
Przewrócił Majkę i popiskując z radości, wylizał ją bardzo starannie po twarzy i rękach.
- Zleź ze mnie, czereśniaku jeden - chichotała. - Też się cieszę, że cię widzę, ale już starczy! Kepler, siad! Siad mówię!
Usiadł, pozwalając jej się pozbierać. Zapinała go właśnie na smyczy, gdy telefon znowu się rozdzwonił.
- Tak?
- Majka, słuchaj, oni się urżnęli totalnie - odezwała się Rose.
- No przecież mówiłam - zdziwiła się Majka.
- Franka mi się udało wsadzić do taksy i wysłać do domu, ale Wasyl gdzieś polazł - Rose nie kryła irytacji. - A jest nawalony jak marsjańskie UFO. Masz jego numer telefonu, czy coś?
- Mam - odparła Majka. - Czy on nie zostawił czegoś u ciebie? Czapki, szalika, gaci, czegokolwiek?
- Zostawił. Wypadła mu rękawiczka z kieszeni. A co?
- Już jadę! - rozłączyła się i spojrzała na bardzo zadowolonego z siebie Keplera. - Masz szansę zadebiutować jako Komisarz Rex.
Tymczasem Frank Lampard wytoczył się właśnie z taksówki pod budynkiem w którym mieszkał. Był zdecydowanie pijany, chociaż nie tak bardzo, jak Wasyl, ten lał w siebie alkohol strugami. Frank wprawdzie abstynentem nie był i wypić potrafił, ale dotrzymanie kroku desperackiemu opilstwu Marcina było cokolwiek poza jego możliwościami.
Halsując w pół wiatru dotarł do windy, tam zaś trafił we właściwy przycisk już za trzecim podejściem. Nieco gorzej było z ulokowaniem klucza w zamku, dziurka bowiem tańczyła po drzwiach radosnego walca wiedeńskiego, niekiedy się nawet rozdwajając. No i skąd miał wiedzieć która jest właściwa?
W końcu jednak udało mu się pokonać i tę trudność, a drzwi stanęły otworem. Wszedł do środka, siadł na kanapie, by zdjąć obuwie i zasnął. Na siedząco, z szeroko otwartymi ustami i chrapiąc wniebogłosy. Obudził go głośny hałas. Przewrócił się mianowicie, całkiem bez powodu, stojak z pogrzebaczami przy kominku.
- Głupi duch - mruknął Frank, ściągając buty. - Głupszy nawet niż Ribery!
Wysupłał się z płaszcza, kóry został na kanapie, po czym jął się rozbierać, ciskając odzież gdzie popadnie. Całkiem nagi poczłapał do łazienki, gdzie wziął prysznic. Zalał wprawdzie przy tym prawie całe pomieszczenie, upuścił mydło, a potem gonił je długo po podłodze, ale zdołał się w końcu umyć i trochę przy tym przetrzeźwieć.
Owinąwszy biodra nonszalancko ręcznikiem pomaszerował do kuchni, zrobić sobie kawy.
- Bo nic tak nie działa na serce - oznajmił.
Zabrzdąkała komórka. Wrócił do salonu i wyłowił aparat z kieszeni portek, zwisających z dużego kaktusa w donicy. Esemes. Od Terry'ego.
Już chciał wracać do kuchni, gdy coś stuknęło w drzwi.
- Ja ci pokażę, ty glutoplazmo, ty! - rzekł bojowo. Z komórką w dłoni pomaszerował ku drzwiom, otworzył je szeroko i wyskoczył na korytarz. Nie zauważył jednak, że zaczepił ręcznikiem o ramę wiszącego na ścianie lustra, w ozdobnej, metalowej ramie, kutej w esy-floresy, poczuł tylko jak w momencie skoku frotowa tkanina odwija mu się z bioder i zostaje z tyłu.
Spojrzał na siebie, stwierdził, że jest kompletnie nagi i usłyszał trzaśnięcie drzwi za sobą. Uśiwadomił sobie, że mają one zamek zatrzaskowy. Zrobiło mu się gorąco. Szarpnął za klamkę, ale na próżno.
- No kurwa nie - jęknął.
Wtedy usłyszał głosy, ale nie w swojej głowie, tylko na schodach. Ktoś szedł, kobiety, wesołe i rozgadane. Jeszcze by tego brakowało, żeby go tak zobaczyły, tabloidy rozerwałyby go na strzępy. Rozejrzał się, desperacko myśląc co robić.
Na jednym z końców korytarza stało bujnie rozkrzewione drzewko pomarańczowe w dużej donicy. Wspaniałym sprintem, jakiego pozazdrościliby mu Kuba Błaszczykowski i Cristiano Ronaldo, rzucił się w jego stronę. Zdołał się wepchnąć za nie w ostatniej chwili, dziewczyny bowiem właśnie wchodziły na korytarz.
Zatrzymał oddech, kiedy przechodziły obok i zamarł w kompletnym bezruchu.
- ...oj bo wiesz, Josh mówi, że ja oglądam mecze tylko po to, zeby się ślinić do piłkarzy. -mówiła jedna. - A co ja mogę, że taki na przykład Lampard ma słodki tyłeczek? Gdyby tak teraz zjawił się tu nagi, tobym go chyba zjadła...
'Stawiam dolary przeciw orzechom, że wrzeszczałabyś jak opętana" pomyślał Frank. "A potem wezwałabyś policję".
Kiedy wreszcie znikły w jednym z mieszkań, kłócąc się, czy Frank powinien depilować klatę, czy nie, Lampard wypuścił powietrze z płuc i uświadomił sobie, że ściska w dłoni komórkę.
Stronę Ten Bells znalazł w internecie bez problemu, razem z numerem telefonu.
Zadzwonił bez namysłu.
- Ten Bells, słucham - głos Rose, twardy jak zwykle, rozległ się w jego uszach niczym pienia anielskie.
- Rose, to ja, Frank! - zaszeptał konspiracyjnie. - Pomóż mi!
- Coś odwinąłeś po pijaku? - zapytała surowo.
- No tak jakby. Przyjedź do mnie, mieszkam w Cotton Mill, będę na ciebie czekał na korytarzu!
- To jest jakiś wyrafinowany podryw, czy coś? Do łóżka z tobą nie pójdę, Lampard, nie ma mowy.
- Nie chodzi o łóżko, nie rozumiesz, ja jestem nagi...
- Nie chodzi o łózko, ale jesteś nagi. Znaczy się planujesz numerek na podłodze, albo stole kuchennym?
- Nie planuję numerka! - Frank niemal zawył. - Proszę cię o pomoc! Zatrzasnąłem drzwi mieszkania, nie mam kluczy, siedzę na korytarzu i jestem goły!
Ze słuchawki dobiegł go serdeczny śmiech.
- Dobra, pijaczyno, już jadę. Tylko nie rozrabiaj póki mnie nie ma.
Rose pozostawiła bar, kóry i tak już się zamykał, pod pieczą Robbiego i pojechała Frankowi z odsieczą. Bez trudu dotarła na właściwe piętro, ale kiedy wysiadła z windy, korytarz wydawał się pusty.
- Lamps? Gdzie ty jesteś? - zapytała.
- Tutaj - odparło ponurym głosem drzewko pomarańczowe w kącie.
Rose obróciła się i zobaczyła wyłaniającą się z zieleni głowę Lamparda, jego szerokie bary oraz owłosioną pierś. Bez ubrania, stwierdziła, wyglądał jeszcze lepiej niż odziany.
- Te cholerne drzwi mają zamek zatrzaskowy - oznajmił ponuro. Włosy sterczały mu na czubku głowy niczym czub jakiegoś egzotycznego ptaka, a zdobił je dodatkowo zabłąkany liść z pomarańczowego drzewka.
- A dlaczego właściwie nie masz na sobie gaci? - zapytała Rose, bardzo usiłując się nie śmiać.
- Bo wyszedłem spod prysznica - odpowiedział, drapiąc się za uchem. Mięśnie na jego piersi napięły się i rozluźniły. Montoyi zrobiło się zdecydowanie gorąco. - Miałem na sobie ręcznik, ale gdzieś zniknął.
- Porzucił cię w dramatycznych okolicznościach - wyszczerzyła zęby Rose.
- No chyba tak - przyznał potulnie Frank. - Słuchaj, tam na dole, na samym końcu korytarza, przy tylnym wyjściu jest dyżurka, w dyżurce siedzi cieć, on powinien mieć klucze. Weź od niego zapasowy, co?
- A jak mi nie da? Przecież tu nie mieszkam - Rose uniosła brew.
- Zadzwonię do ciebie, a ty mu dasz telefon, okej? - Lampard spojrzał na nią wzrokiem zagubionego szczeniaczka.
Dyżurka okazała się niezmiernie elegancką ladą, za nią zaś prezydował osobnik, którego Rose nigdy w życiu by nie nazwała cieciem. Nieduży, w średnim wieku, miał szpakowate włosy ułożone w kunsztowne fale i garnitur, na oko droższy niż samochód Rose. Plakietka, stojąca na lśniącej ladzie głosiła, że jest to konsjerż.
Na widok Rose zmarszczył brwi i zaplótł przed sobą małe, wypielęgnowane dłonie, gestem godnym Napoleona.
- Czym mogę pani służyć? - zapytał z zawodową uprzejmością, nacechowaną jednak pewnym chłodem. Rose najwyraźniej nie wyglądała na milionerkę.
- Kluczem do pokoju pana Lamparda - odparła prosto z mostu. - Nastąpił drobny wypadek, skutkiem którego pan Lampard zatrzasnął swoje klucze w mieszkaniu.
- Dlaczego więc sam nie przyszedł? - zapytał podejrzliwie konsjerż.
- Ponieważ jest nagi - odparła Rose. - Chce pan mieć tu skandal obyczajowy? Goły piłkarz biegający po korytarzach, wyobraża pan sobie, jakie by tu się stata paparazzi zleciały?
Superelegancki cieć wzdrygnął się ledwie zauważalnie.
- Wolałbym tego uniknąć - odparł. - To budynek cieszący się nieskazitelną reputacją. Jednak...
- Jednak?
- Byłoby dobrze, gdybym mógł porozmawiać z panem Lampardem.
Rose sięgnęła po telefon, konsjerż jednak potrząsnął głową.
- Nie, to na nic - rzekł. - Jaką miałbym pewność, że naprawdę rozmawiam z panem Lampardem? Pozwoli pani, że wezmę klucz i pójdę z panią.
Konsjerż nie ociągał się, widać gnany wizją ewentualnego skandalu, wkrótce więc jechali już windą na właściwe piętro. Kiedy stanęła, drzwi otworzyły się bezszelestnie i ukazały pusty korytarz.
- No i gdzie jest pan Lampard? - zapytał konsjerż nieufnie. Wyszedł z windy, jego wyglansowane półbuty lśniły słabo w stłumionym świetle lamp. - Nigdzie go nie widzę.
- Tony! - uradowany Lamps wyskoczył z pomarańczowego drzewka, po czym przypomniał sobie, że jest nagi i oburącz zasłonił klejnoty rodowe. - Masz klucz?
Rose westchnęła głęboko, zdjęła kurtkę i podała ją Frankowi.
- Przyokryj się trochę - poleciła.
Frank, który nigdy nie był człowiekiem zbyt pruderyjnym, ani wyczulonym na własną nagość, zapłonął krwistym rumieńcem na myśl o tym, że ta dziewczyna miałaby go teraz, w takich okolicznościach ujrzeć na golasa.
- Odwróć się - rzekł. - Proszę.
- Oczywiście, proszę pana - konsjerż posłusznie odwrócił się do ściany.
- Nie ty! - jęknął Lamps. - Rose!
Odwróciła się, chociaż prawdę mówiąc nie miała na to zbyt wielkiej ochoty.
- Tony, przestań się gapić w ścianę i otwórz drzwi - zażądał Frank. - Rose, już możesz patrzeć.
Owinięty w pasie kurtką Frank i gryząca wargi Rose weszli do apartamentu, odprowadzani zgorszonym spojrzeniem konsjerża Tony'ego.
- Na pewno zrobią jakąś orgietkę - mruknął, gdy drzwi się zamknęły.
Wnętrze apartamentu przedstawiało sobą obraz co najmniej oryginalny. Z lustra w kutej ramie przy wejściu zwisał ręcznik, ciągnąc się po podłodze, niczym brzoskwiniowa strzała, wskazująca na leżące dokładnie w progu salonu majtki z nowej linii, firmowanej przez Cristiano Ronaldo. Na stoliku do kawy, ze szkła i metalu, leżały niedbale ciśnięte skarpetki, przy czym jedna moczyła się częściowo w niedopitej filiżance kawy. Spodnie zwieszały się festonami z wielkiego kaktusa, jeden but stał na siedzeniu eleganckiego, beżowego fotela, drugi zaś leżał sobie na środku salonu. Na kanapie siedział sobie płaszcz, całość zaś wieńczyła niebieska koszula, rozpięta na telewizorze.
- Robiłeś striptis? - zainteresowała się Rose.
- Nie, ja tego, po prostu się rozbierałem - Frank zaczął pospiesznie sprzątać rozrzuconą garderobę. - Chyba byłem trochę zawiany.
Pochylił się, żeby zebrać ze stołu skarpetki, a wtedy kurtka zsunęła się, odsłaniając jego biały, muskularny tyłek, porośnięty ciemnymi włoskami.
- Eeeee, Frank - Rose czuła, że się czerwieni. - Twoje słoneczko wzeszło.
- Co? - wyprostował się i kurtka zjechała mu do stóp. Teraz on się zaczerwienił, pospiesznie się zakrywając.
- Idź, włóż jakieś gacie, ja to pozbieram - rozkazała Rose. Miała chwilowo dosyć wrażeń.
- Dzięki - bąknął i popędził do łazienki, trzymając kurtkę oburącz w okolicy bioder i rumieniąc się jak indyk w piekarniku.
Rose wyjęła skarpetkę z kawy, wyżymając ją dyskretnie. Lamps na pewno pijał dobrą kawę, o ile tylko nie moczył w niej skarpet, pomyślała. Rzuciła ciuchy na kupę i sięgnęła po leżący na kanapie płaszcz.
Coś wielkiego wylądowało na barierce balkonu, za podwójnymi, oszklonymi drzwiami. Rose przez chwilę myślała, że to cierpiąca na bezsenność wrona, ale to było zbyt wielkie. Jeśli to wrona, to chyba jechała na sterydach.
Stworzenie zeskoczyło na balkon, ze znajomym klip-klop. Serce Rose zaczęło walić jak młot, a drobne włoski na ciele zjeżyły się niczym szczotka.
W świetle padającym z salonu ukazała się pomarszczona, żółtobrązowa twarz, wykrzywiona w uśmiechu, odsłaniającym ohydne, ostre zęby. Dwie szponiaste łapy oparły się z cichym zgrzytnięciem o szybę w drzwiach.
Rose wrzasnęła przeraźliwie i rzuciła się w stronę kominka. Tam były pogrzebacze, może przyleje temu czemuś w razie czego, myślała, nie spuszczając oka ze stwora, który przyglądał jej się żółtymi oczyma.
Równocześnie z łazienki wypadł zaalarmowany jej krzykiem Frank, który zdołał założyć jedynie świeże majtki. Nieubłagane prawa fizyki sprawiły że, ponieważ ich trajektorie przecinały się, zderzyli się z impetem w połowie drogi. Rose wylądowała na półgołym Lampardzie, waląc twarzą prosto w jego pierś. Pachniał obłędnie, czymś iglastym, cytryną, piżmem i do tego sobą. Gdyby nie stwór za szybą, Rose uznałaby to wszystko za niemożliwie erotyczne.
- A myślałem, że nie jesteś zainteresowana? - uśmiechnął się szelmowsko. Z bliska jego tęczówki nie były już takie niebieskie, nabierały raczej odcienia morskiej wody.
- Popatrz za okno! - machnęła ręką za siebie i rzuciła się w kierunku pogrzebaczy. Nastrojony figlarnie Lamps chwycił ją mocno w pasie i zatrzymał, po czym, z nią w objęciach, usiadł.
I zamarł.
- Co to, kurwa, jest? - zapytał nieswoim głosem.
TOMP!
Błoniaste skrzydła uderzyły w okno.
- Nie wiem, ale nie wygląda na milusie - odparła Rose, mając nadzieję, że głos jej nie drży.
Ohydna paszcza wyszczerzyła się jeszcze szerzej.
- Daj ten pogrzebacz - poprosił Frank, zwalniając uścisk.
Rose wyciągnęła ze stojaka dwa, jeden podając od razu Lampsowi.
Lampard podniósł się powoli, Rose za nim.
- Wejdź, a dam ci po mordzie - zasugerował bestii na balkonie.
W odpowiedzi stwór szarpnął drzwiami, aż z sufitu posypał się tynk.
Sama nie wiedząc do końca co czyni, Rose wysforowała się przed Franka i wyciągnęła przed siebie dłoń.
- Odejdź! - wrzasnęła, zaciskając trzy środkowe palce, tak, że wyprostowany pozostał tylko kciuk i mały palec. - Księżyc ci każe odejść!
Dłoń Rose rozbłysła na moment zimnym, srebrnobłękitnym blaskiem, tak intensywnym, że Frank odruchowo zasłonił ręką twarz. Stwór za szybą skrzeknął i cofnął się rozpaczliwie, tak jakby światło go parzyło.
- No zjeżdżaj! - krzyknęła ponownie. Blask zaczął słabnąć i zanikać, jednak stwór nie usiłował tego wykorzystać. Prychnął tylko z odrazą, wspiął się na barierkę i rzucił się w mrok, łopocząc skrzydłami.
Frank, który z wrażenia wytrzeźwiał niemal zupełnie, teraz przyglądał się Rose z niedowierzaniem.
- Pracujesz po godzinach jako Sailor Moon? - zapytał.
Montoya obejrzała z równym niedowierzaniem własną dłoń, która wyglądała już najzupełniej zwyczajnie.
- Tata mnie tego nauczył - powiedziała cicho. - Jak byłam mała.
- Tata cię nauczył świecić? - Frank nie ogarniał.
- Nie, nauczył mnie Znaku Księżyca - odparła. - Ale nic nie mówił o efektach specjalnych.
- Co to w ogóle było? - Lampard podszedł do drzwi balkonowych i obejrzał smugi na szybie, zostawione przez stwora.
- Nie wiem, ale wiem skąd przyszło - odparła ponuro Rose. - Z mojego pubu.
Lampard poniechał na moment studiowania drzwi.
- Jak to?
- No tak - odparła. - Podrapało mi drzwi niedawno.
- Jezu, dziewczyno, masz w pubie potwora i mówisz o tym tak zwyczajnie?
- A jak mam mówić? Rwać włosy z głowy?
Dwoma zamaszystym krokami znalazł się przy niej. Zajrzał jej w oczy.
- Nie boisz się? - zapytał.
- Boję się jak cholera - uniosła wyzywająco podbródek. - Ale nie będę się przecież trzęsła w kącie. Wnuczkę Jimmy'ego Abneya stać na więcej.
- Rose, zostań na noc - poprosił. - Nie chcę, żebyś tam spała sama, skoro ten... to coś łazi pod twoimi drzwiami.
- Poradzę sobie - odparła. - Wiesz, że ciągle masz liść we włosach? Z drzewka pomarańczowego.
Sięgnęła do jego sterczącej czupryny, unosząc się lekko na palcach. Wyjęła delikatnie listek, zachwiała się i oparła na nagiej piersi Franka.
- Rose - zamruczał. Jego usta znalazły się nagle milimetry od jej twarzy, tak, że czuła jego ciepły oddech.
Pierwszy raz w swoim życiu Rose Montoya straciła kontrolę nad sobą. Ciepło płynące od ciała Franka, jego zapach, to wszystko sprawiło, że na moment straciła głowę i pozwoliła, by jego miękkie wargi musnęły na moment jej usta.
Wtedy jednak spanikowała.
- Ej, nie pozwalaj sobie - wyszarpnęła się gwałtownie z jego uścisku. Jej ciało zalewał strach, zmieszany z czymś zupełnie innym.
Z pożądaniem.
- Poniosło mnie - Frank wyciągnął rękę. - Słuchaj, nie będę cię dotykał, ale zostań.
- Nie ma mowy - odparła Rose. - Oddawaj moją kurtkę, Lamps.
Zastawił sobą drzwi do łazienki.
- Pod warunkiem, że będę mógł pojechać z tobą.
- Nie.
- I tak pojadę. Będę spał na wycieraczce, wybuchnie skandal i nie opędzisz się od prasy przez lata.
- Jesteś podły szantażysta!
- Jestem Frank Lampard.
- Idiota. Ubieraj się, chyba, że chcesz jechać w samych gaciach.
- Już się ubieram.
- Ale pamiętaj, śpisz na kanapie. Jak cię zobaczę w mojej sypialni, to dostaniesz w zęby.
- Założymy się?
- Zastawię drzwi komodą.
Poza centrum ulice Leicester były ciche, puste i spokojne. Kepler złapał trop bez trudu, wystarczyło tylko, że obwąchał rękawiczkę, przekazaną Majce przez Robbiego (bo Rose musiała gdzieś jechać, kucharz tłumaczył to bardzo mgliście) i ruszył przed siebie węsząc dookoła. Przeciągnął Majkę koło stadionu, obleciał kilka śmietników, zszedł nad rzekę i ruszył z powrotem w kierunku Dane Hills. Tam spenetrował kilka osiedlowych uliczek, spłoszył jednego kota i obudził śpiącego pod murkiem pijaczka, który odpowiedział jakże swojskim "A spierdalaj, kurwa!", wygłoszonym w bezbłędnej polszczyźnie.
- Boże, Wasilewski - sapnęła Majka po oględzinach, a raczej obwęszynach, w kolejnej ślepej uliczce. - Czy ty musisz tyle łazić, jak jesteś nawalony? No szukaj, piesku, szukaj, musimy znaleźć tego głąba.
Przelecieli przez park i znowu zagłębili się w osiedla szeregówek, by wyjść na jedną z główniejszych ulic. Majka z niejakim zaskoczeniem stwierdziła, że znajduje się pod Tesco, tym samym, w którym wpadła swego czasu na Wasyla. Pies, coraz bardziej ożywiony, przeciągnął ją przez parking, potem ciemnym przejściem przy ogrodzeniu na tyły, aż do paarkingu dla pracowników. Na jego środku leżał rozwalony jakiś człowiek.
Kepler rzucił się do sprintu, wyrywając Majce smycz z dłoni. Dopadł leżącego i merdając ogonem jak wiatrakiem zaczął go radośnie lizać po twarzy.
-...wal się - wymamrotał facet, głosem znajomym.
- No, znalazłam cię - stwierdziła Majka, stając nad nim. - Wstawaj Wasyl. Już!
- Nie ce - odparł i przewrócił się na bok. Kepler zaczął wylizywać mu ucho. - Ićsobie.
- Wstawaj, łosiu - zakomenderowała Majka. Pochyliła się i chwyciła go za rękę. - O stary, jak ty śmierdzisz...
Pogładziła go po zarośniętym policzku.
- No już, chodź - poprosiła. Kepler szczeknął, jakby się z nią zgadzał.
- Jide - oznajmił Wasyl, skrabiąc się niezgrabnie z asfaltu. - Jiiiiiiiiide!
- No idziesz, idziesz - stęknęła Krukówna, podpierając go, żeby się znowu nie położył.
- Jide! Chrystusie Niebieski! - Wasyl stanął chwiejnie na nogach. - Abo nie jide!
- Idziesz - Majka pociągnęła go za rękę. - Pamiętasz jak to szło? Najpierw prawa noga, potem lewa.
Pamiętał. Chwiał się wprawdzie jak osika na wietrze, ale dał się poprowadzić, asekurowany z boku przez Majkę i trącany w tyłek nosem przez psa.
- Tylko się na mnie nie wywal, bo mnie będą łopatką z asfaltu zeskrobywać - poprosiła Majka.
- Ja jide! Dopszodu! - ogłosił Wasyl.
- Idziesz, idziesz, nie musisz o tym zawiadamiać całego miasta.
Jakimś cudem udało im się dotrzeć do mieszkania Majki w zasadzie bez wypadków, jeśli nie liczyć jednej wywrotki na złośliwym krawężniku.
- On namje skoczył! - upierał się Wasyl.
- Tak, rzucił ci się do gardła - mamrotała Majka, opływając potem. - Z dzikim charkotem i szczerząc kły.
Otworzyła drzwi i wepchnęła Marcina do środka. Kepler przecisnął się przy ścianie, ciągnąc za sobą smycz. Majka uświadomiła sobie, że nie zadzwoniła do Ariadny.
Jednakże smród bijący od Wasyla i jego niemiłosiernie brudnej, wypaćkanej w czymś brązowym odzieży, okazał się na tyle silny, że postanowiła zacząć od czynności higienicznych. Dopilotowała więc Marcina do łazienki, posadziła na sedesie i rozebrała do bielizny.
Bielizna jednak, a dokładniej majtki, też przesiąkła tym brązowozielonkawym, cuchnącym czymś.
- Może urażę twą wstydliwość - rzekła Majka, ściągając mu gatki. - Niestety jednak muszę to zrobić.
Do wanny wpadł właściwie sam, na szczęście nie poobijał się przy tym za bardzo. Jedną ręką operując prysznicem i polewając Wasyla, drugą wyciągnęła komórkę i przedzwoniła do pani Potts. Ariadna była tak ucieszona z odnalezienia psa, że nawet ograniczyła swój zwykły słowotok.
- No dobra, myju myju - Majka sięgnęła po żel pod prysznic. Namydliła Wasylowi jego włochatą, potężną pierś i równie potężne barki, po czym przystąpiła do szorowania jego krótkiej czupryny. Leżał w wannie i wydawało się, że spał. Krople wody spływały z jego gęstych, ciemnych rzęs na policzki, a cała twarz tchnęła zadziwiającym spokojem.
I pięknem, stwierdziła Majka.
Ucałowała delikatnie jego szerokie, ciepłe czoło. Otworzył oczy i spojrzał na nią zamglonym, rozmarzonym wzrokiem.
- Jesteś łosiem, wiesz o tym? - zapytała, wzdychając. - A ja się w tobie głupio zakochałam.
- Wiem - odpowiedział zadziwiająco wyraźnie.
Majka patrzyła na niego przez chwilę, czując jak krew szumi w jej uszach.
- Znowu zrobiłam z siebie kretynkę - mruknęła. - Dobra, nie słyszałeś tego.
Umyła mu brzuch i nogi, udając przed sobą, że to piękne, mocne ciało wcale nie wzbudza w niej pożądania. Potem spłukała go solidnie letnią wodą i poszła poszukać czegoś, w czego można byłoby go ubrać.
- To żeby nie było, że cię molestuję - oznajmiła, odziewając go w różową koszulkę, tak się składało największą jaką posiadała. Koszulka była niezaprzeczalnie damska i miała na froncie radosnego kucyponka, brykającego wśród tęcz, jednak była w ogromnym rozmiarze, co gwarantowało, że Wasyl się w nią zmieści.
Całości kreacji dopełniły bokserki z Diabłem Tasmańskim, normalnie służące Majce jako spodnie od piżamy.
Tak przystrojony Wasyl, jakby nieco otrzeźwiony kąpielą, dał się wyprowadzić z łazienki. Na korytarzu Majka się zawahała. Chciała go ułożyć na kanapie w salonie, ale mebel ten, kryty czarnym skajem, miał miniaturowe rozmiary i siedzisko zaledwie na dwie osoby. Nie było mowy, żeby Marcin się na tym zmieścił.
Z lekkim wahaniem, pomieszanym z radością, zapakowała go do swojego łóżka, szczęśliwie będącego rozmiarowo łożem małżeńskim. Przykryła go kołdrą, odpięła smycz Keplerowi, który, bardzo zadowolony, ułożył się przy łóżku i sama poszła się umyć. Oraz wrzucić odzież Marcina do pralki.
Kiedy się kładła, on już spał, pochrapując cichutko.
Obudziła się jakiś czas później, z sercem walącym jak młot. Miała wrażenie, jakby ktoś położył jej kamień na piersi. Otworzyła oczy, szukając wzrokiem okna, ale wszędzie panowała ciemność, coraz gęstsza, coraz głębsza i jakby żywa, pulsująca i gniewna.
Ona miała kły.
I ktoś w niej stał. Widziała wyraźnie dwie czerwone iskry oczu w nogach łóżka i sama nie wiedziała jak, ale przysięgłaby, że w tym wszechogarniającym mroku dostrzega jednak zarys szerokich ramion i kapelusza.
Ciemność zwarła się wokół niej. Majka chciała krzyknąć, ale żaden głos nie wyszedł z jej ust, chciała się poruszyć, ale jej ciało nie słuchało. Pies zawarczał głucho, gdzieś blisko niej.
- Majka - ciepła dłoń dotknęła jej ramienia. - Nie bój się. Jak go nie wpuścisz do swojej głowy, to pójdzie.
Czuła w oddechu Wasyla alkohol, ale jego głos był zupełnie wyraźny. Tak jakby Marcin był trzeźwy. Ciepło bijące od jego dłoni sprawiało, że ciemność wydawała się znacznie mniej straszna.
Zamknęła oczy i pomyślała "Idź stąd cieniu. Zmiataj. To moja sypialnia i wcale cię tu nie chcę."
Ucisk na piersi zelżał, serce wyrównało rytm.
Otworzyła ostrożnie oczy. Pokój był znowu całkiem zwyczajny. Ten gęsty, pulsujący mrok zniknął, światło latarni wpadające przez okno wyławiało z ciemności różne sprzęty.
I twarz Wasyla, leżącego obok niej.
- On mi się często śni, najgorzej gdy jestem sam - powiedział. - Pokazuje mi różne straszne rzeczy, Witsela i inne takie. Chyba chce mnie zastraszyć. Teraz też mi się śnił.
- Mnie też się śni - odpowiedziała.
- A przychodził do ciebie jak byłaś mała?
- Stał zawsze w drzwiach do mojego pokoju. I patrzył. Tak jak teraz. - Majka się wzdrygnęła.
Przysunął się do niej i objął ramieniem.
- On lubi strach. - powiedział. - I samotność.
Majka wtuliła się w Wasyla z całych sił.
_____________________________________________________
Oto rozdział czwarty, którego długość zaskoczyla także mnie ;) Mam nadzieję, że wam się spodoba. Dałabym wcześniej, ale wczoraj mi trochę przeszkodziły boje Ronaldo ze Zlatanem. Straszna szkoda, że Ibry nie będzie na mundialu, ale Cris jest w takim gazie, że nie da się go zatrzymać.
A teraz bonus, bo jakby to było bez bonusa? :D

Możecie sobie wyobrazić, że zamiast spodenek ma na sobie ręcznik ;)
Martina

środa, 13 listopada 2013

Rozdział 3

Money can't buy it... baby
Sex can't buy it... baby
Drugs can't buy it... baby
You can't buy it... baby

I believe that love alone might do these things for you
I believe in love alone


"Money can't buy it" Annie Lennox




Żółta taśma drgała na wietrze niczym trącona struna. Kordon granatowo odzianych postaci otaczał ją dosyć szczelnie, zasłaniając sobą straszliwy widok tego, co jakiś czas temu było żywą, śmiejącą się, Ronette Paulson. Majka przypomniała sobie po raz kolejny szkliste spojrzenie wielkich niebieskich oczu dziewczyny i jej zmasakrowaną twarz, po czym zgięła się w pół i również po raz kolejny zwymiotowała, o centymetry mijając czubki sportowych butów słusznego rozmiaru, które nagle znalazły się w polu jej widzenia.
- Szpraszam - wymamrotała, prostując się. Otarła usta chusteczką higieniczną i łypnęła okiem na właściciela butów. - O, myślałam, że to kolejny glina.
- Nie, to ja - Wasyl uśmiechnął się, nie wiedzieć czemu, przepraszająco. - Jak się czujesz?
- A jak wyglądam?
- Jak wiosenny szczypiorek. Ten sam odcień zieleni.
Słaby uśmiech wypłynął na twarz Majki. Żadne z nich nie zauważyło, że właśnie przeszli na "ty".
- Teraz lepiej - stwierdził Wasyl, również się uśmiechając. - Chciałem od razu... No, zabrać cię stąd, ale ta baba cię pilnowała jak wściekła - wskazał ruchem głowy tęgą policjantkę w mundurze, która właśnie ruszała w ich stronę.
- Pan kto? - zapytała. - I czego pan od niej chce?
- Jestem.. - zaczął Marcin i urwał.
- Moim przyjacielem - dokończyła Majka. - Czy ja już mogę sobie stąd iść?
Policjantka otaksowała Wasyla nieufnym spojrzeniem, jakby nie dowierzała, że nie jest on seryjnym mordercą.
- No może pani - odparła. - Jak coś, to będziemy do pani dzwonić. Biedna Ronette, jakbym dorwała tego co ją tak urządził, całą twarz jej rozwalił!
Policjantka pokręciła głową w niedowierzaniu, tymczasem Majka, której znowu stanęła przed oczyma twarz nieboszczki, pobladła niczym płótno i zachwiała się. Wasyl przytrzymał ją skwapliwie i spiorunował funkcjonariuszkę wzrokiem.
- Niech pani sobie może daruje te soczyste szczegóły, co? - zaproponował.
Policjantka zmyła się jak niepyszna.
- Wszystko w porządku? - Wasyl otoczył Majkę ramieniem, nie myśląc co robi. Oparła z wdzięcznością czoło na jego piersi.
- Nic mi nie będzie - wymamrotała. - Tylko mi trochę słabo.
- No ja myślę - mruknął. - Każdemu by było. Odwiozę cię do domu, albo do Rose. Obiecała, że da ci drinka za darmo. Ja bym takiej okazji nie odpuszczał.
Majka uniosła wzrok i stwierdziła, że Wasyl mrugnął do niej jednym okiem.
- No skoro tak mówisz... Darmowy drink mnie przekonuje - oznajmiła.
Pół godziny później siedziała przy barze w Ten Bells, nad filiżanką gorącej herbaty i szklaneczką whisky. Lampard i Wasyl sączyli piwo, przed Walterem parował olbrzymi kubek kakao, Rose natomiast szalała za barem, trzaskając i waląc wszystkim co się dało.
- Wyjść na pięć minut, to burdel zostawią! - parskała gniewnie. - Moira, jak cię znowu złapię na fajce, to cię, kurwa, naprawdę wyleję! Miałaś stać za barem!
- Musiałam odebrać ważny telefon! - odwrzasnęła Moira z drugiego końca lokalu. Któryś ze stałych bywalców zachichotał.
- A co, Amy wyskoczył pryszcz na dupie? - Rose nie dawała się ugłaskać. - A ty się, Jerry nie śmiej, bo cię stąd wykopię!
- Nie strasz, nie strasz - mruknął Jerry, unosząc do ust kufel piwa.
Rose wzięła się pod boki.
- Już nie pamiętasz jak cię wywaliłam za drzwi dwa tygodnie temu? Tak ci wpierdoliłam, że mamusię wołałeś!
Jerry poczerwieniał jak cegła.
- Tobie potrzeba, żeby cię ktoś dobrze wyobracał! - wrzasnął. - Od razu byś się milsza zrobiła!
Dłoń Lamparda wystrzeliła z lakierowanej powierzchni baru i chwyciła wychodzącą zza baru, z mocnym zamiarem wpieprzenia Jerry'emu, Rose za nadgarstek.
- Jerry - rzekł Frank z morderczą łagodnością. - Czy ty masz jakiś problem?
Jerry popatrzył na Lamparda, na jego zimne jak lód oczy i na wyglądającego zza jego ramienia typa, który wyglądał, jakby na śniadanie zamiast płatków jadł gwoździe.
- Nie no, skąd - odpowiedział obronnie. - Przepraszam, Rose, trochę mnie poniosło.
Rose sapnęła, potem spojrzała w szaroniebieską otchłań oczu Franka.
- No dobra, ja też przepraszam - rzekła niechętnie. - Mam niewyparzoną gębę.
Lampard cofnął swoje ciepłe palce z jej nadgarstka. Niemal pożałowała, że to się stało.
- Czemu jesteś taka wściekła? - Majka spojrzała na Rose i ostrożnie dmuchnęła w swoją herbatę.
Montoya trzasnęła ścierką o bar i zaczęła go polerować z taką zaciekłością, jakby od tego zależało jej życie.
- Bo znałam Ronette i znam jej matkę - oznajmiła. - Która, notabene, leży teraż w swojej zypialni, naszprycowana prochami, ponieważ jakis pierdolec rozwalił Ronette głowę! To chyba jest dostateczny powód do wściekłości?
- Najzupełniej - zgodziła się Majka.
- Tak na marginesie, Lampard, ja sobie nie przypominam, żebym zatrudniała cię jako swojego ochroniarza - Rose oparła się pięściami o kontuar i spojrzała Frankowi prosto w oczy.
Wytrzymał spojrzenie jej czarnych oczu bez mrugnięcia.
- Jak zaczniesz tłuc klientów za byle co, to ci interes zbankrutuje - rzekł, uśmiechając się kątem ust.
- Pilnuj swojego interesu! - warknęła Rose wściekle. - Jestem dużą dziewczynką, poradzę sobie sama!
- Rose, ja myślę, ja myślę, że powinnyście na siebie uważać - powiedział Walter poważnie. - To, to nie jest przypadek, że najpierw Laura, a teraz Ronette...
- Biedna Ronette - mruknęła Majka, zapatrzona w swoją filiżankę. Wasyl skonstatował z zadowoleniem, że zielonkawa bladość zniknęła z jej twarzy, ustępując miejsca delikatnym rumieńcom. Nie był w niej, broń Boże, zakochany, ponadto uznawał się za człowieka poważnie żonatego, a rodzina była dla niego absolutnym skarbem. Był jednak Wasyl mężczyzną z natury opiekuńczym, skłonnym do troszczenia się o istoty słabsze od niego, a ta dziewczyna do takich się niewątpliwie zaliczała. I miała w sobie coś takiego, co uderzało w struny jego naturalnej opiekuńczości bez pudła.
- Walter, co ty gadasz? - Rose zmarszczyła brwi.
- To był seryjny morderca - wyszeptał Walter w swoje kakao. - Powinnyście uważać zwłaszcza jeśli, no...
Poczerwieniał niczym pomidor.
- Jeśli któraś jest... jest...
- Jest co? - zapytała Majka.
- Dziewicą - wyszemrał Walter, teraz już purpurowy niczym koronacyjne szaty angielskich monarchów. - Rosie...
- Nie mówi do mnie Rosie! - wrzasnęła Rose, niemal tak samo czerwona jak on. - A moje dziewictwo to niczyj interes!
W pubie zapadła kompletna cisza. Spojrzenia wszystkich obecnych spoczęły na Montoyi.
- Ty jeszcze nigdy nie, eee, tego? - zapytał niezmiernie inteligentnie Wasyl.
- A w ryj chciałeś? - Rose wyglądała jak kandydatka do apopleksji.
- Nie no, sorry, tak mi się głupio zapytało - Marcin uniósł w górę ręce.
W tym momencie drzwi pubu się otwarły i do środka wtoczył się nowy gość. Był to mężczyzna młody, góra trzydziestoletni, odziany w nieprzyzwoicie drogi garnitur i takiż płaszcz. Miał pociągłą twarz w kórej dominowały wielkie, bladoniebieskie oczy o niepokojącym wejrzeniu.
- Dzień dobry - rzekł, wbijając się między Wasyla i Majkę. Krukówna z miejsca stwierdziła, że go nie lubi. - Czy mogę prosić campari?
- Prosić możesz - odparła jadowicie Rose. - Ale nie dostaniesz, bo nie ma.
- Szkoda - rzekł nieznajomy i uśmiechnął się. - To miłe miejsce, ale strasznie nietrendy. Gdyby jednak zainwestować w nie trochę kasy, można by z niego zrobić modny hot spot.
- To jest pub - powiedziała Rose z naciskiem. - A nie hot spot.
- A co jest złego w hot spotach? - facet przekrzywił głowę. - Sam bym chętnie zainwestował, a wierz mi, mała, mam co.
- Posłuchaj no - wysyczała Rose. - Nie jestem zainteresowana inwestycjami i nie lubię, gdy ktoś mówi do mnie "mała". Zrozumiano?
- Przepraszam - rzekł, szczerząc idealnie białe zęby w szerokim uśmiechu. Patrząc na ten uśmiech i na puste oczy nieznajomego, Rose odniosła wrażenie, że ogląda przygotowującego się do posiłku rekina. - Może odrobinę przesadziłem. Nazywam się Robert Grey.
Wymówiwszy swoje nazwisko teatralnie zawiesił głos, jakb oczekując reakcji obecnych. Obecni go zawiedli. Nad barem rozlała się cisza, zakłócana jedynie przez gwar płynący od stolików.
Brwi Greya ściągnęły się w wyrazie irytacji.
- Cóż, widzę, że moje nazwisko nikomu nic tu nie mówi - rzekł. - Doprawdy szkoda.
- Mówi - rzekła zgryźliwie Majka. - Że jest pan obrzydliwie bogatym facetem, o którym piszą brukowce. Oczekuje pan, że padniemy z tego powodu na kolana?
Rose za barem prychnęła jak rozzłoszczona kotka.
- Zaszło nieporozumienie - rzekł Grey, przywołując z powrotem na twarz rekini uśmiech. - Niczego takiego nie oczekiwałem.
Na środku sali rozległ się głośny brzęk. Moira upuściła na podłogę tacę z całą zawartością i teraz stała wśród odłamków kufli i szczątków talerzy, patrząc na Greya jak urzeczona.
- Noż kurwa - wymamrotała Rose. - Moira, do jasnej cholery!
- Pan Grey... - rzekła kelnerka, rozanielona.
Pan Grey puścił do niej oko, co sprawiło, że niemal się przewróciła z wrażenia. W tym samym momencie zza baru wyleciała mokra ścierka i plasnęła Moirę prosto w czoło.
- Pobudka! - ryknęła Rose. - Tu rzeczywistość! Sprzątnij ten bajzel!
Śmiertelnie obrażona Moira zdjęła ścierkę z twarzy i pomaszerowała na zaplecze, skąd wyszła po chwili ze zmiotką i szufelką.
- Ma pani temperament - stwierdził Grey, zaglądając Rose w oczy. - Lubię takie kobiety.
- A ja nie lubię takich facetów - odpaliła bez namysłu. - Daruj sobie te flirty, leszczu.
Lampard stłumił uśmiech, cisnący mu się na usta. Marcin taki subtelny już nie był i zachichotał na głos.
- Co pana tak śmieszy, panie Vazilevsky? - Grey niemalże zasyczał. - Kiedy każę pana deportować do tego pańskiego śmierdzącego kraiku, nie będzie panu tak wesoło.
Wasyl obdarzył go morderczym spojrzeniem, jednym z najlepszych jakie miał w swoim arsenale, natomiast Majka poczuła, że zaraz trafi ją szlag. Otworzyła usta, żeby zmiażdżyć aroganta jakąś ciętą ripostą, ale, niespodziewanie, ubiegł ją Walter.
- Jest pan strasznie, strasznie niegrzeczny - rzekł z oburzeniem. - Kto panu dał, dał prawo obrażać ludzi? Pan, pan Lampard jest całkiem tak samo bogaty jak pan, a jest miły i ma nienaganne maniery!
Grey uniósł rękę w przepraszającym geście.
- Przepraszam najmocniej... - zaczął.
- Już dwa razy przepraszałeś - zauważyła Rose, jednym okiem obserwująca sprzątającą Moirę, która się cały czas ukradkiem gapiła na Greya. - Po czym wracałeś do bucery. Może daruj sobie trzecie przeprosiny i po prostu stąd zjeżdżaj?
Robert zamknął usta z głośnym kłapnięciem. Następnie zacisnął wargi i odsunął się od baru.
- Jesteś bezczelna, mała - rzekł.
- O ile mnie pamięć nie myli - powiedział Lampard z niezmąconym spokojem - Rose nie życzyła sobie, żeby się pan do niej zwracał w ten sposób.
W jego niebieskich oczach zalśniło coś, co przywiodło Rose na myśl wkurzonego Jonesy'ego.
- Frank Lampard, rycerz w lśniącej zbroi - zadrwił Grey. - Tylko zamiast dziewicy, startuje do smoka.
Frank podniósł się ze stołka i stanął pierś w pierś z Greyem.
- Drzwi są tam - wskazał palcem. - Dojście do nich zajmuje jakieś pięć sekund. Daję ci dwie.
Grey zaśmiał się drwiąco. Wtedy ze stołka podniósł się również Wasyl, jednoznacznie sugerując wyrazem twarzy, że chętnie pomoże Frankowi.
- Już - rzekł Grey, błyskając zębami, co sprawiało wrażenie jakby warczał. - Już mnie nie ma.
Zgodnie z zapowiedzią zniknął za drzwiami pubu.
- Skąd się ten palantunio urwał? - zapytał Wasyl, opadając na stołek. - Co za debil monumentalny!
- Nie wiem skąd się urwał, ale jeśli jeszcze raz tu przyjdzie, to dam mu w pysk - zapowiedziała Rose. - Nikt tak do mnie nie będzie mówił!
- Bardzo, bardzo zły człowiek! - rzekł gwałtownie Walter. - Bardzo!
- Walterze, dziękuję ci za to, że go ochrzaniłeś za to, co powiedział Wasylowi - powiedziała Majka z uczuciem.
- Nie, nie musisz, ja nie cierpię ksenofobii i arogancji - zapewnił Walter. - Poza, poza tym pan Wasilewski jest bardzo miły.
Wasyl uśmiechnął się jednym z tych swoich łobuzerskich, chłopięcych uśmiechów, które nieodmiennie roztapiały Majkę na amen.
- Ja też dziękuję - powiedział, wyciągając prawicę do Waltera. - I mów mi Wasyl.
- Walter - rzekł Walter i uścisnął solennie podaną mu dłoń.
Rozwścieczony do białości Grey wpadł do swego niezmiernie luksusowego apartamentu, niemal wyrywając przy tym drzwi z zawiasów. Musiał przyznać sam przed sobą, że nigdy nie był dobry w te całe towarzyskie hocki klocki i zawsze łatwiej mu przychodziło zrażanie ludzi, niż zaprzyjaźnianie się z nimi. Był jednak na tyle bogaty przez całe swoje życie, że nie potrzebował być grzeczny, tymczasem tamci potraktowali go jak... jak zwykłego człowieka. Niedopuszczalne.
- Hinten! - ryknął na całe gardło. - Jesteś mi potrzebny!
Coś brzęknęło, zupełnie jakby ktoś nerwowy upuścił jakiś tłukący przedmiot na podłogę. Coś zaszurało, potem zaskrzypiały drzwi i w salonie pojawił się ciemnowłosy młodzian, odziany w elegancki garnitur, nieco poplamiony z przodu. Był to oddany sekretarz Greya, Hinten Linksarsch.
- Pan mnie wołał, szefie? - zapytał.
- Nie, ćwiczę płuca - odparł Grey z irytacją. - Znajdź mi wszystko o pubie Ten Bells i dwóch piłkarzach.
- Nazwiska? - zapytał Hinten, darząc pracodawcę cokolwiek szklistym spojrzeniem. O ile Grey przypominał niekiedy rekina, o tyle jego sekretarz miał twarz śniętego dorsza.
- Frank Lampard. I Marcin Wasilewski. Chcę o nich wiedzieć absolutnie wszystko, wszelkie brudy i prywatne sprawy, zrozumiano? Masz się dowiedzieć nawet jakiej marki papierem podcierają dupę! - Grey ruszył w stronę baru, zajmującego jedną ścianę salonu. - Jeszcze tu, kurwa, stoisz?
- Już wychodzę - uspokoił pryncypała Hinten.
Grey nalał sobie szczodrego drinka. Nie wiedzą z kim zadarli, pomyślał.
Rozmowa toczyła się nad barem w Ten Bells jeszcze jakiś czas, do chwili w której Wasyl zerknął na zegarek.
- Muszę już lecieć, misiaczki - zauważył. - Mam trening. To na razie i uważajcie na siebie wszyscy.
Walter również sprawdził godzinę i się zatroskał.
- Ojej, ja też już muszę iść, mamusia się będzie martwić - rzekł smętnie.
- Mogę cię podrzucić, Wally, nie ma sprawy - zaoferował się Wasyl. - Bierz tę swoją przenośną szafę i idziemy.
Walter posłusznie podniósł aktówkę, stojącą przy jego stołku.
- Do widzenia - rzekł, uśmiechając się nieśmiało.
- Narka! - zakrzyknął Wasyl i podążył sprężystym krokiem do wyjścia, za nim zaś dreptał Walter.
Majka posiedziała jeszcze jakiś czas, potem zaś wróciła do domu, podwieziona przez uczynnego Lamparda. Nad Leicester zapadła już noc, a nie miała ona być dla niektórych zbyt spokojna.
Cały pokój zaścielały ciuchy, wywleczone z szafy. Na imprezę należało się przygotować z najwyższą starannością, takie było zdanie Moiry. Troy załatwił im wjazd do Enclave, supermodnego klubu, do którego chodziły prawdziwe gwiazdy, a nie mogła przecież pojawić się tam, wyglądając jak łachmaniara. Zastanawiała się chyba ze dwie godziny co na siebie włożyć, rzuciła się do szafy zaraz po powrocie z roboty. Dobrze się w sumie złożyło, że ta głupia picza, Montoya, pozwoliła jej dzisiaj wcześniej skończyć.
Moira odęła usta ze wzgardą, na myśl o swej pracodawczyni, po czym spojrzała w lustro. Chamka z tej Rose, pomyślała, pokrywając wargi bardzo starannie grubą warstwą jasnoróżowej szminki. Wydaje jej się, że dorwała Lamparda i wszystko może, idiotka jedna. A przecież gdyby Moira chciała, okręciłaby go sobie dookoła palca.
Sięgnęła po ciemną konturówkę. Uwiedzie Franka i zostanie WAG, chociaż w sumie mogłaby też spróbować z tym Greyem, całkiem miły z niego facet i oczywiście odpowiednio bogaty. Tylko, że niestety ta głupia cipa Montoya musiała go wywalić z pubu, a Frank, głupek, jej w tym pomógł. On i ten ponury troglodyta, co gra w Leicester City, Bazyl, czy Wazyl, czy jak mu tam. Niby też całkiem dziany, chociaż nie tak, jak Lampard, czy Grey, ale nie wyobrażała sobie siebie u boku takiego małpoluda. I jeszcze te jego kudły na klacie, fuj. Gdyby była jego dziewczyną, zaraz by mu kazała to wydepilować. Obrzydlistwo.
- Moira! - wrzasnęła z dołu matka. - Ktoś dzwoni do drzwi!
- To Troy, mamo! - odwrzasnęła, przyklejając sobie jednocześnie sztuczne rzęsy.
- Jaki, kurwa, Troy? - matka była wyraźnie wściekła. Dzwonek do drzwi musiał ją oderwać od kolejnego odcinka "Eastenders", albo "Coronation Street", które były sensem jej życia. To i jedzenie, chipsy, babeczki z masłem orzechowym, frytki, czekoladki, właściwie wszystko. Pochłaniała żarcie jak odkurzacz i robiła się coraz grubsza. Właściwie, stwierdziła w duchu Moira, matka wyglądała już jak pieprzony wieloryb. I dopóki lodówka była pełna, a telewizor działał, nie obchodziło jej nic, Moira mogłaby nawet podpalić dom, albo spacerować nago główną ulicą Leicester. Ojca tez nic nie obchodziło, bo przeważnie nie było go w domu, jeździł tymi swoimi ciężarówkami po całej Europie.
- No Troy! - odkrzyknęła Moira. - Mój chłopak! Powiedz mu, że oczy robię!
- Sama mu, kurwa, powiedz! - wrzasnęła matka. Telewizor ryknął dialogiem serialu ze wzmożoną siłą.
Moira skończyła makijaż, obciągnęła niebieską, aksamitną sukienkę, tak krótką, że ledwie zakrywała pośladki, włożyła sandały z cieniutkich pasków, na wysokim obcasie i platformach z przezroczystego plastiku i kontrolnie obejrzała się w lustrze.
- Wyglądasz zajebiście - rzekła i posłała całusa samej sobie.
Troy czekał na nią w samochodzie przed domem, bębniąc palcami w kierownicę. Na tylnym siedzeniurozpierał się jego najlepszy kumpel, Brad, bez skrępowania głaszczący po udzie, a właściwie prawie między nogami, swoją dziewczynę, Stacy.
- Nieźle - Troy ogarnął spojrzeniem kreację moszczącej się na siedzeniu Moiry, szczególną uwagę poświęcając głębokiemu dekoltowi. - No daj buziola.
Przechylił się w jej stronę. Łaskawie zezwoliła mu na pocałunek, chociaż zazwyczaj trzymała go krótko. Jeszcze tego by brakowało, żeby zaciążyła z takim zerem jak Troy, robol bez ambicji, też coś. I co, miałaby potem ucierać nosy dzieciom, gapić się w telewizor i zamieniać się w słonia, jak jej matka? Nie ma mowy, Moira została stworzona do lepszego życia.
Pod Enclave czekała już kolejka chętnych, przesiewanych skrupulatnie przez bramkarzy. Moira poczuła dreszcz podniecenia, na myśl, że zaraz znajdzie się w środku, ale samochód minął klub nie zatrzymując się.
- Ej, przejechałeś, dupku! - wrzasnęła.
- Zamknij się - odparł Troy. - Co ty, kurwa, myślisz, że jesteś jakąś gwiazdą? Wchodzimy tyłem.
- A żeś se wymyślił - sarknęła.
- Jak się nie podoba, możesz spierdalać i pooglądać se Enclave z wierzchu - rzekł Troy.
Moira wobec powyższego zamilkła i dała się potulnie poprowadzić przez zaplecze. Wszedłszy do sali, stanęła jak wryta. Po schodach, prowadzących do lóż, szedł Grey.
Idący kilka kroków za nią Troy potrząsnął nerwowo głową. Oświetlenie w Enclave zaliczało się wprawdzie do gatunku nastrojowo stłumionych, więc widoczność nie była zbyt dobra, ale przysiągłby, że przez chwilę zasłonił mu Moirę jakiś dziwny typ, w płaszczu i kapeluszu, który nachylał się do jej ucha i coś szeptał.
Troy był już gotów mu przywalić, ale wtedy zagadnął go Brad, a kiedy się znowu odwrócił, po gościu nie było już śladu. No przecież nie mógł po prostu sobie pójść w tym ciasnym korytarzyku!
Postanowił, że obije mordę swojemu dealerowi. Ten skurwysyn znowu musiał dodawać jakiegoś gówna do amfy.
Walter Barnett obudził się w środku nocy, zlany potem i przerażony. Wiedział co to oznaczało. Spojrzał na drzwi starej szafy, w słojach formowały się twarze, złe, przerażone, cierpiące. Krzyczące, szeroko rozwartymi ustami.
- Nie boję się ciebie - wymamrotał, przewracając się na bok i zakrywając głowę kołdrą. - Nie przestraszysz mnie. Idź, idź sobie.
Czuł jak ciemność gęstnieje wokół niego i wyciąga swoje macki. Wiedział, że gdyby teraz wyjrzał spod kołdry, zobaczyłby zapewne Czarnego Mężczyznę, z czerwonymi ognikami oczu, błyskającymi spod ronda kapelusza.
- Odejdź - powtórzył nieco głośniej. - Nie chcę cię tu. Nie boję się ciebie.
To nie była prawda, bał się i czuł wyraźnie, że Czarny Mężczyzna robi się silniejszy z dnia na dzień. Trzeba było działać, panna Waterhouse miała rację.
- Walterze? - przez otwarte drzwi sypialni usłyszał głos swojej matki z sąsiedniego pokoju. Zawsze zostawiała otwarte drzwi do siebie i do niego, chociaż on wolałby mieć zamknięte. Wolałby, ale nie chciał kłócić się z mamą, to sprawiłoby jej ból. - Walterze, dlaczego ty jeszcze nie śpisz? Jest tak późno!
- Już zasypiam, mamo - odparł.
Trzeba coś zrobić, pomyślał. Ktoś karmił ciemność krwią, dzięki czemu nabierała siły. Ktoś mógł otworzyć Drzwi. Trzeba coś z tym zrobić.
Przeraźliwy wrzask wypełnił ciemną sypialnię obszernego domu, położonego kilka przecznic dalej. Coś rąbnęło zgłuchym hukiem na podłogę, zaraz potem rozległ się trzask i zgrzyt, całość zaś zwieńczyło ulubione przekleństwo Polaków.
- Kurwa - wysapał Wasyl. W nikłym, błękitnawym blasku komórki, którą sobie przyświecał, stwierdził, że chcąc włączyć nocną lampkę, wyrwał gniazdko z kontaktu, urywając przy tym przewody w środku. Ich kikuty wystawały teraz smętnie ze ściany, a stolik nocny przyprószyła cienka warstwa tynku. Gniazdko, wraz z wtyczką, zwisało sobie jak łeb przetrąconego węża na końcu kabla, ściskanego przez Marcina w garści. To, że Wasyl zdołał wcześniej zlecieć z łóżka, było już drobiazgiem.
Odłożył kabel na stolik, usiadł na łóżku i sięgnął do drugiej lampki. Udało mu się ją włączyć, nie urywając niczego. Ciepły, żółty blask zalał sypialnię, dodając Wasylowi otuchy.
Marcin odetchnął głęboko i rozmasował nogę nad kostką, jakby chcąc się upewnić, że wciąż ją jeszcze ma. Namacał znajome blizny, poruszył palcami stopy. To był tylko sen. Znaczy niezupełnie, to był kurewski koszmar, gorszy niż wszystkie poprzednie. I cholernie realistyczny. Oczywiście, to znowu był Witsel, ale tym razem Marcin tracił nogę, w którą wdawała się gangrena, na skutek zanieczyszczenia rany wapnem z getrów. Żona odchodziła, zabierając ze sobą dzieci, a jego zabierano na salę operacyjną, na której jednak nie operował lekarz. Operował tam ten cholerny cień w kapeluszu, zamiast skalpela używając piły łańcuchowej. Znieczulenia, oczywiście, nie było.
"Odpuść sobie, synu" mówił czarny mężczyzna, uruchamiając piłę. "Zniknij stąd, wróć do swojej Brukseli. Jeśli nie... będzie bolało."
A potem był już tylko zgrzyt piły o kość i seria straszliwych obrazów, w których zakrwawiona twarz tamtej dziewczyny, Ronette, zmieniała się w twarze bliskich mu ludzi. I kamienie, kamienie oblane krwią.
Wasyl wzdrygnął się. Miał ochotę iść do pokoju któregoś z dzieci i tam spać, bodaj na dywanie, wsłuchany w spokojny oddech dochodzący z łóżeczka, jednak dzieci były daleko. Bardzo daleko. Wsunął się zamiast tego pod kołdrę i zwinął w ciasny kłębek. Czuł się przerażony. I cholernie samotny.
Rose nie mogła sobie znaleźć miejsca. Krążyła z kąta w kąt, po całym mieszkaniu, plaskając bosymi stopami o chłodne deski podłogi. Jej nastrój najwyraźniej udzielił się Jonesy'emu, bo kocur zachowywał się dziwnie, jak nigdy dotąd. Stał przez dłuższy czas pod drzwiami wyjściowymi z mieszkania, węsząc i nasłuchując, potem zaczął łazić za Rose, miaucząc przeraźliwie.
- Zamknij się, bo zrobię z ciebie mufkę - zagroziła.
Usiadła na kanapie, pogapiła się przez chwilę w telewizor, po czym wyłączyła go i cisnęła pilota z irytacją na siedzenie. Jonesy wytrwale miauczał, łażąc teraz po oparciu.
Rose znowu się zerwała i była właśnie w pół drogi do kuchni, gdy na dole coś rąbnęło. Jonesy zjeżył się niczym szczotka do butelek.
Ciężkie kroki rozbrzmiały na schodach.
- Co jest? - Rose cofnęła się do sypialni, niepewna jeszcze, czy wziąć stamtąd telefon, czy kij do krykieta. Jonesy stulił uszy i zawył takim głosem, jakby ktoś go obdzierał ze skóry, potem zaś, niczym ruda strzała, popędził pod łóżko.
Kroki dotarły na podest i zatrzymały się za drzwiami.
- Kto tam? - ryknęła Rose groźnie. - Właśnie dzwonię po gliny! A potem ci spuszczę wpierdol!
Zza drzwi nie dobiegło nawet jedno słowo, za to rozległo się skrobanie i zgrzytanie, przeciągłe i ostre.
Jonesy zawył desperacko pod łóżkiem.
- Odejdź! - wrzasnęła Rose. - Nie boję się ciebie!
Skrobanie ustało. Cokolwiek było za drzwiami, złaziło z powrotem na dół.
Resztę nocy Rose spędziła czuwając w salonie, z kijem do krykieta na podołku.
Frank Lampard obudził się w środku nocy z dziwnym uczuciem niepokoju. Nie spał za dobrze, śniły mu się jakies koszmary, krwawe ofiary, zbroczone posoką głazy i tym podobne przyjemności, teraz zaś wydawało mu się, że coś jest nie tak.
Coś szumiało.
Wylazł z łóżka, ubrany jedynie w majtki. Miękkie światło nocnej lampki rzeźbiło jego muskularne ciało, kiedy szedł, nasłuchując i próbując zlokalizować źródło hałasu.
Znajdowało się w łazience, która zionęła parą, gdy otworzył drzwi. Ktoś odkręcił krany, ten przy umywalce i ten nad wanną, tryskające teraz gorącą wodą. Wannie do wypełnienia jeszcze brakowało, za to z umywalki spływał całkiem niezły wodospad.
Lampard rzucił się zakręcać krany, zastanawiając się, czy przypadkiem nie ma do czynienia z włamywaczem - maniakiem czystości. Kończył właśnie działalność umywalkowej Niagary, gdy na zaparowanym lustrze przed jego nosem, przy wtórze cichego pisku pojawiła się kreska.
Potem druga.
Frank patrzył z lekkim niedowierzaniem, na formujący się na lustrzanej tafli napis, złożony z wielkich, koślawych liter.
WRÓĆ DO DOMU, FRANK
Mimo, że w łazience było bardzo gorąco i parno, Lamparda ogarnęło nagle zimno, zupełnie, jakby ktoś przesuwał lodowatym palcem po jego nagiej skórze.
- Wróć do domu? - przeczytał na głos, ignorując te dziwne doznania. - Wal się na swój ektoplazmatyczny ryj.
Szklanka do mycia zębów uniosła się, wysuwając z chromowanego uchwytu, przeleciała nad głową Lamparda i roztrzaskała się o ścianę.
Wrócił, ale do łóżka. Wyciągnąwszy się wygodnie, z rękami pod głową, zadumał się nad tym co właśnie zobaczył. Coś tu się działo, niewątpliwie, i zamierzał się dowiedzieć co.
Po nocy pełnej koszmarów Majka powlokła się do pracy czując się i wyglądając jak z krzyża zdjęta. W autobusie śmierdziało potwornie spalinami, co obudziło drzemiący gdzieś pod potylicą Majki ból głowy. Na przystanku wzięła kilka głębokich wdechów, mając nadzieję, że świeże powietrze jej pomoże, po czym pomaszerowała do azylu.
To musiały być spaliny, albo halucynacje wywołane migreną, bowiem kiedy mijała bramę, zdało jej się, że nad krzakami po jednej stronie, tam, gdzie według Coltrane'a znaleziono ciało dziewczyny imieniem Laura, unosi się czarny kłąb, czy raczej wir. Kotłowało się w nim jak w burzowej chmurze, a z wnętrza wylatywały jakby nietoperze, albo może ptaki, stworzone z cienia.
Majka zamknęła oczy, po czym otworzyła je ponownie, pewna, że teraz zobaczy nad krzakami tylko szare, pochmurne niebo. Zamiast tego spojrzała prosto w pulsującą czerń wiru, w której coś się poruszało, przewalało, niczym jakiś monstrualny mroczny wieloryb.
Cofnęła się z cichym okrzykiem, potem pobiegła przed siebie, uderzając po drodze udem w skrzydło bramy, które zabrzęczało niespokojnie. Wyhamowała dopiero na dziedzińcu, niemal wpadając na Hala, pracownika stajni. Szczęśliwie nie prowadził żadnego konia, trzymał tylko ogłowie.
- Uważaj! - zganił ją.
- Przepraszam, spieszyłam się - zełgała Majka.
Przez resztę dnia usiłowała unikać spoglądania w stronę bramy, o chodzeniu tamtędy nie mówiąc. Kupić gazety w przerwie na lunch wyszła przez dziurę w płocie, używaną na ogół przez miejscowe dzieciaki i tak też wróciła, prasę upchnąwszy w swej przepastnej torebce. Z jakiegos powodu czuła, że powinna zebrać jak najwięcej wiadomości o zbrodni popełnionej na Ronette.
Czuła się coraz gorzej, łamało ją w kościach, kłuło w gardle i funkcjonowała generalnie na autopilocie. Pewnie udałoby jej się dotrwać bezszkodowo do końca pracy, gdyby nie lewatywa, którą należało w trybie pilnym wykonać kozie. Przy której to lewatywie oczywiście musiała asystować, a nikt jej nie powiedział, że po zaaplikowaniu lewatywy należy się jak najszybciej odsunąć od zadka pacjenta. Z koziego odbytu bryznęła fontanna łajna i rozbryzgała się malowniczo na spodniach i butach Majki, która musiała potem przetrwać jeszcze dwie godziny z tą dekoracją (i aromatem) oraz dojechać do domu.
Kiedy wychodziła z pracy dzwoniło jej w uszach, a świat znacznie stracił na ostrości, ba, nawet bywał moentami podwójny. Ostatkiem sił dowlokła się z przystanku do domu, ale na to, żeby iść się od razu umyć i przebrać już ich nie starczyło. Majka klapnęła na kanapie i wyjeła gazety, obiecując sobie, że chwilkę poczyta, odpocznie, a potem doprowadzi się do porządku, jednak po pięciu minutach zwinęła się w kłębek i odpłynęła w sen, czy też malignę.
Obudziło ją uporczywe dzwonienie do drzwi. Miała wrażenie, że jej głowa jest wielka, niczym dynia, a dźwięk dzwonka wwiercał jej się w uszy jak świder. Poszła do drzwi z mglistym zamiarem dania w mordę temu, kto ją obudził i otworzyła.
Za drzwiami znajdował się Wasyl.
- Cześć - rzekł, uśmiechając się szeroko. - Tak wpadłem, zobaczyć jak się trzymasz po wczorajszym.
- Zajedwabiście - wyszemrała Majka. - Wchodź.
Wszedł do środka, ogarnał wzrokiem gazeciane pobojowisko, po czym pociągnął nosem.
- Oryginalny zapach - rzekł. - Znowu perfumujesz się koniem?
- Nie, kozą - odparła niemrawo.
- Nietypowa z ciebie kobieta - oznajmił ze śmiechem.
- Chyba zapomniałam się przebrać - Majka popatrzyła na swe obfajdane spodnie.
Wasyl również popatrzył, potem na wypieki na twarzy dziewczyny i na jej szkliste oczy.
- Ty się dobrze czujesz? - zapytał. Dotknął jej czoła.
- Nie tylko pachnąca, ale i gorąca - zawyrokował. - Dobra, plan jest taki, ty się pójdziesz teraz umyć i przebrać, a ja sprawdzę, czy masz coś na gorączkę. Dawaj tę kurtkę.
- Szafka w kuchni - Majka udzieliła wskazówki, wyplątując się jednoczesnie z okrycia wierzchniego. - Tam są leki.
- Git - rzekł Wasyl wieszając kurtkę na wieszaku. - Buty też dawaj, ale resztę będziesz musiała zdjąć sama.
- Że co? - zapytała Majka mętnie. Usiadła na kanapie, a Marcin rozwiązał jej buty.
- No ja cię rozbierał i mył nie będę - wyszczerzył zębiska w uśmiechu. - Tego nie ma w karcie.
- Szkoduchna - wymamrotała.
- Dobra, dobra. Zasuwaj się myć, potem w piżamę i do wyra, a wujek Marcin przygotuje lekarstwa. Jadłaś kolację?
Pokręciła głową.
- Nie jestem głodna - wyszemrała. - Dzięki.
- Ale napić się musisz, więc zrobimy herbatę - oznajmił stanowczo, znikając w kuchni.
Pół godziny później Majka leżała w łóżku, wsparta na poduszkach, popijając małymi łykami gorącą herbatę. Gorączka powoli spadała, znokautowana wygrzebaną przez Wasyla z czeluści apteczki pyralginą.
- Ty kobieto w ogóle coś jadasz? - zagrzmiał Wasyl z kuchni. - Masz w lodówce głównie światło i przeciąg.
- Nie zrobiłam zakupów - uzmysłowiła sobie Majka.
- Ja zrobię - Wasyl wszedł do pokoju. Wpadnę do ciebie koło południa, może być?
- Jesteś herosem - oznajmiła Majka z niekłamaną wdzięcznością.
- Żaden heros, po prostu: Wasyl - odparł skromnie, rumieniąc się przy tym nieco.
- Dzięki - rzekła. - Naprawdę.
- Nie ma za co - odparł. - To ja lecę. Jak coś to dzwoń do mnie.
Zapisał swój numer na ulotce pyralginy, którą Majka natychmiast przytuliła do łona.
- Do jutra - rzekł, stając w drzwiach. - Trzymaj się, mała.
- Trzymaj się, wielkoludzie - odparła.
Nucąc radiu do wtóru dotarł do domu. Tam zaś czekała go niespodzianka.
Na wycieraczce, pod szparą na listy, leżała świeża korespondencja, której jeszcze nie zdążył zebrać, jako że przez cały dzien nie było go w domu. Schylił się i zebrał koperty.
Rachunek, rachunek, reklama, rachunek.
Przy kolejnej kopercie się zatrzymał. Stempel był belgijski, nadawcą zaś była jakaś kancelaria adwokacka.
Marszcząc brwi rozerwał kopertę i zaniemiał. To był pozew.
Pozew o rozwód.
__________________________________________________-
Oddaję w wasze ręce trzeci już rozdział tego opowiadania, dziękując jednocześnie za wszystkie komentarze. Dają kopa do dalszego pisania ;)

Sexy Lampi i jego bidon mówią dobranoc ;) 
M.