To everything there is a purpose
To every blade of grass and every leaf on every tree
Every livin' thing will surely come to pass
And what will be, will be, hoo
To every blade of grass and every leaf on every tree
Every livin' thing will surely come to pass
And what will be, will be, hoo
That's when the hurtin' time begins
Annie Lennox "The Hurting time"
W
najciemniejszym kącie kojca lśniła niespokojnie para bursztynowych
oczu.
-
Room service, milordzie - rzekła Majka uprzejmie, wyciągając w
stronę prętów miskę, pełną jedzenia. - Zobacz, Valdes już
wcina.
Wskazała
głową na sąsiedni kojec. Jego lokator, pies rasy bliżej nie
określonej, ostrzyżony tak krótko, że spomiędzy sierści
prześwitywała mu różowa skóra (i dlatego złośliwie ochrzczony
przez jednego z pracowników nazwiskiem bramkarza Barcelony) pożerał
zawartość swojej michy tak łapczywie, że aż oczy wychodziły mu
na wierzch.
Pozostałe
kojce stały puste, ich mieszkańcy bowiem zostali odrobaczeni,
odpchleni, wyleczeni z ewentualnych dolegliwości skórnych,
zaaklimatyzowani i dołączeni do głównej psiarni, ewentualnie
adoptowani na miejscu. Biedny Valdes wciąż jeszcze miał problemy
ze skórą, które kosztowały go utratę futra, natomiast pies,
określony przez Majkę mianem milorda był po prostu trudnym
przypadkiem. Z innymi psami nawet by się dogadał, gorzej było z
ludźmi. Tych traktował jak bezwzględnego wroga, wobec którego
jedyną obroną był natychmiastowy atak.
-
No chodź, głupolu - zachęciła Majka. - Nie mogę tu tak stać,
właśnie przyjechały dwa sfilcowane persy i trzeba je wyczesać, a
potem jeszcze zrobić obchód z lekarstwami.
Z
kąta dobiegł cichy pomruk.
-
Pyszne jedzonko, mówię ci. Wyłaź z tego kąta.
Para
lśniących oczu zmieniła nieco położenie, widać ich właściciel
przekrzywił głowę.
-
Gdybyś był prawdziwym mężczyzną, tobyś tu przyszedł, a ty
tchórzysz przede mną. Czy ja wyglądam na groźną? - zapytała
Majka retorycznie.
Czarny,
lśniący nos wysunął się z mroku, węsząc ostrożnie, za nim
pojawiła się porośnięta żółtą sierścią kufa, a za kufą
cała reszta pięknego owczarka niemieckiego.
-
Mądry chłopak - pochwaliła Majka. - No chodź.
Pies
postąpił krok na sztywnych łapach, napięty, gotowy zaatakować w
każdej chwili.
-
Proszę - Majka pochyliła się i wepchnęła miskę do kojca, przez
specjalną szparę pod zrobioną z prętów bramką. - Smacznego.
"Milord"
wahał się przez chwilę, ale głód przeważył nad strachem.
Zawartość miski była zdecydowanie zbyt kusząca, żeby zwracać
uwagę na tę dziwną osobę, która stała za kratami i nie chciała
sobie pójść.
Osoba
postała jeszcze chwilę i popatrzyła na jedzącego psa, po czym
poszła do kociarni, zająć się persami, razem z Jill, która była
głównodowodzącą w tej części azylu. Dwa biedne stworzenia,
bardziej przypominające kule filcu niż żywe istoty, siedziały w
klatkach, w sali zabiegowej, czekając na swoją kolej.
Jill
odgarnęła rudą grzywkę z oczu, po czym wyłowiła z klatki
pierwszego kota i postawiła go na stole do zabiegów.
-
Czesanie chyba sobie odpuścimy - rzekła, obmacując stworzenie. - I
zaczniemy od razu od strzyżenia. Przytrzymaj go.
Po
półgodzinie mozolnej pracy bura filcowa skorupa leżała na
podłodze, a na stole siedział krótkowłosy kot w kolorze
niezaprzeczalnie białym.
-
Eeej, słyszałyście? - Coltrane wsadził głowę przez drzwi.
Czubek jego długiego nosa drgał z lubości. - Zaginęła
dziewczyna! Jak nic ją znajdą zamordowaną, tak jak tamtą
poprzednią!
-
Przymknij się, płoszysz mi kota - burknęła Jill, podnosząc
maszynkę znad grzbietu nie ostrzyżonego jeszcze zwierzęcia. Jego
kolega z nową fryzurą siedział już w kojcu. - On jest
wystarczająco zestresowany.
-
To ten sam zbok, mówię wam! - oczy mężczyzny zabłysły
niezdrowym podnieceniem. - Chcą organizować poszukiwania, ale
znajdą tylko jej ciało!
-
Kto je organizuje? - zapytała Majka, mechanicznie głaszcząc kota.
-
A nie mam pojęcia, ale punkt zborny jest podobno w Ten Bells -
odparł Coltrane.
Majka
sięgnęła do kieszeni i sprawdziła telefon. No tak, dwa
nieodebrane esemesy od Rose.
Zaprzyjaźniły
się w pewnym stopniu podczas leczenia Jonesy'ego i chociaż kot już
nie musiał dostawać antybiotyku, Majka wciąż wpadała codziennie
do Ten Bells, pogadać z Rose. Teraz, skończywszy pracę wpadła do
siebie tylko po to, aby wziąć prysznic i zmienić ciuchy, czego
bardzo pilnowała od tamtego momentu, gdy wyperfumowała się koniem,
i popędziła do pubu.
Prawdę
mówiąc nie lubiła zostawać sama w domu. Jeszcze przed przyjazdem
do Anglii odnowiły jej się nocne lęki, nieodmiennie kończące się
przebudzeniem z wrzaskiem i paniczną ucieczką przed siebie, a teraz
w dodatku dołączyły do nich kretyńskie przywidzenia. Najczęstszym
była czarna sylweka mężczyzny stojąca w nogach łóżka, abo
gdzieś w kącie i gapiąca się na nią, oczyma których widac nie
było, bo niknęły w ciemności, panującej pod rondem szerokiego
kapelusza, który ów cień nosił na głowie. Były jednak także
inne, na przykład topielec, stojący za jej plecami, którego przez
ułamek sekundy dostrzegła w łazienkowym lustrze, wychudzona twarz,
złowiona kątem oka w odbiciu w oszklonych drzwiczkach kredensu i
wreszcie przebój ostatniej nocy: szkieletowata jędza, z niebieską
twarzą, która wyskoczyła w środku nocy zza wezgłowia łóżka
Majki, chwyciła ją za rękę i zaczęła gdzieś ciągnąć. Majka
wrzasnęła, zamachała rękami, przewróciła szklankę herbaty,
stojącą na nocnym stoliku i wypadła z łóżka.
Resztę
nocy spędziła przy zapalonym świetle, przeklinając swoją
przerośniętą wyobraźnię, która, była tgo pewna, odpowiadała
za te wszystkie zwidy. Wyobraźnia i stres związany z pobytem w
zupełnie nowym miejscu.
Teraz
zaś maszerowała energicznie w stronę Ten Bells, bardzo zadowolona,
że nie spędzi wieczoru w domu, walcząc z tym dziwnym uczuciem, że
ktoś się na nią gapi.
Ten
Bells było pełne, takie obłożenie notowało normalnie tylko przy
meczach Chelsea i reprezentacji Anglii. Nawet Walter skrzętnie
schował swoje papiery do aktówki i przycupnął przy barze,
starając się broń Boże niczym nie zaczepiać siedzącego obok
mężczyzny, którym był, tak się składało, Lampard.
Piłkarz
siadał zwykle przy jednym ze stolików, w milczeniu sącząc swoje
piwo i przyglądając się ludziom, oraz wytrwale ignorując awanse
Moiry, która raz rozpięła nawet swój służbowy fartuszek na
piersiach tak głęboko, że Rose poczuła się zmuszona zwrócić
jej uwagę.
-
Ten Bells to nie klub topless - rzekła, wywoławszy ją na
zaplecze. - Zapnij się trochę, bo ci wszystkie skarby zaraz wylecą.
-
Jesteś zazdrosna, ot co! - prychnęła Moira. Mimo wszystko sięgnęła
jednak do dekoltu i zaczęła się zapinać.
-
Zazdrosna? Niby o co? - zdziwiła się Rose.
-
O Lamparda, oczywiście - odburknęła kelnerka, starannie
poprawiając na sobie odzież, tak, by układała się możliwie
najbardziej kusząco. - Boisz się, że ci go odbiję.
Montoya
spojrzała na swą podwładną z niedowierzaniem.
-
Sufit ci na głowę zleciał? - zapytała. - Bo pierdzielisz jak
potłuczona.
-
Dobra dobra, nie udawaj niewiniątka - Moira ujęła się pod boki. -
Mylisz, że nie widzę, jak się na niego gapisz? I jak on się gapi
na ciebie? Już mi tu kitu nie wciskaj, lecisz na niego jak pershing!
-
Spadaj - burknęła Rose.
Teraz
Frank, razem ze swoimi szaroniebieskimi oczyma i długimi rzęsami
siedział przy barze, a to wytrącało Rose z równowagi. Dwadzieścia
trzy lata swojego życia obywała się bez randek, chłopaków i
innych takich głupot i nie zamierzała teraz dopuszczać, żeby
jakiś rozpuszczony, bogaty paniczyk futbolista mącił jej w głowie,
nawet jeśli był to Frank Lampard, jej idol z dzieciństwa i jeden z
ulubionych piłkarzy jej dziadka.
Kiedy
siedział gdzieś przy stoliku, Rose potrafiła nad sobą zapanować,
jednak teraz jej organizm zaczynał wyczyniać jakieś dziwne sztuki.
Za każdym razem kiedy Lampard podnosił oczy znad kufla i spoglądał
na nią, czuła, wyraźnie czuła, że się rumieni, jak jakaś durna
pensjonarka. Cholera, nie mógłby siedzieć gdzie indziej, razem z
tym dyskretnym zapachem dobrych męskich perfum, zgrabnymi dłoniami
i tym tajemniczym spojrzeniem?
O
tak, Rose była zła, bardzo zła.
Na
szczęście zawsze mogła wyskoczyć na chwilę zza baru, żeby
zajrzeć do kuchni, albo pogonić Moirę, która w tej chwili
mizdrzyła się właśnie do grupki zawodników Leicester City,
okupujących jeden ze stolików w głębi i świętujących wygrany
mecz.
-
Moira! - ryknęła Rose, głosem walkirii. - Ludzie czekają!
Kelnerka
podskoczyła, niemal wypuszczając z rąk tacę. Jej usta, pomalowane
grubą warstwą szminki w odcieniu strażackim, ułożyły się przez
chwilę w idealne, czerwone kółeczko, wyrażające zaskoczenie.
-
Lecę, lecę! - zapiszczała, posyłając ubawionym piłkarzom
pożegnalne spojrzenie spod rzęs.
Wszystkich
trzeba pilnować, wszystko na jej głowie, pomyślała. Dorośli, a
zachowują się jak dzieci.
Majka
wpadła do pubu niczym tajfun, niezupełnie zamierzenie. Po prostu
ciężkie drzwi wejściowe wymagały solidnego pchnięcia, a tym
razem wyszło ono zbyt solidne, odrzwia poddały się zadziwiająco
łatwo i Krukówna poleciała naprzód, puszczając po drodze klamkę.
Uwolnione drzwi zatrzasnęły się z hukiem, Majka zaś wbiła się
jak klin między Waltera i Lamparda, zatrzymując się z impetem na
barze.
-
Najmocniej panów przepraszam, cześć Rose - wyrzuciła z siebie na
jednym oddechu.
-
Wejście smoka - oceniła Montoya, z uśmiechem.
-
A bo te wasze drzwi to się tak jakoś lekko otwierają dzisiaj -
poskarżyła się Majka.
-
Naoliwiłam dzisiaj zawiasy - odparła Rose, nie przestając się
uśmiechać. - Słuchaj, jest sprawa, zaginęła dziewczyna, córka
moich znajomych. Wyszła ze szkoły, do domu nie wróciła. Wszystkie
ręce do wieszania plakatów potrzebne. I jest ściepa na kolorowe
ksero.
-
Przepraszam, że podsłuchuję - usprawiedliwił się elegancko
Lampard. - Chciałbym pomóc. Ile potrzeba tych plakatów?
-
Słusznie pan przeprasza - fuknęła Rose. - Podsłuchiwanie jest
cholernie niegrzeczne. Nie uczą tego w Chelsea?
-
Uczą - odparł Frank, uśmiechając się lekko. - Ale pozwoliłem
sobie na niegrzeczność w słusznej sprawie.
-
Nawet sławnym piłkarzom nie wszystko wolno! - odpaliła Rose,
nastawiona konfrontacyjnie.
-
Sław... - Majka spojrzała na faceta, któremu wbijała łokieć w
żebra. Wydawał się jej przedtem jakiś taki znajomy, jednak
dopiero teraz jej umysł zajarzył. - O rany, pan to pan! - wyrwało
jej się.
-
Na ogół bywam sobą - odparł Lampard uprzejmie. - I zgadzam się,
że sławnym piłkarzom nie wszystko wolno, ale pomóc w
poszukiwaniach zaginionej dziewczynki chyba tak?
Gotowa
do dalszej batalii słownej Rose nagle uświadomiła sobie co robi.
Facet ma dobre checi, a ona go beszta. Idiotyczne.
-
Oczywiście, że wolno. Przepraszam, trochę chyba się zapędziłam
- powiedziała, czując, że się idiotycznie czerwieni. Do licha,
Rose Montoya się nie czerwieniła jak jakaś pensjonarka!
-
Nie szkodzi. To ile tych plakatów potrzeba? - zapytał Frank.
Podobała mu się ta złośnica. W innych okolicznościach może by
się nawet koło niej zakręcił.
-
Ile się da - odparła zwięźle Rose.
-
W porządku, zamówię je z samego rana i przywiozę je tutaj. Może
być?
-
Jak najbardziej. Zaraz dam panu adres strony na facebooku, tam pan
znajdzie wzór.
Zapisała
adres na karteczce wyrwanej z bloczka trzymanego pod barem i podała
mu ją, starannie unikając patrzenia w jego oczy. Wytrącały ją z
równowagi. Potem wyszła zza baru, stanęła na środku pubu i
nabrała tchu.
-
Proszę o ciszę! - zagrzmiała. Gwar głosów cichł powoli. -
Cisza, mówię!
Teraz
wszystkie oczy patrzyły na nią.
-
Jak wiecie dzisiaj po południu zaginęła dziewczyna, Ronette
Paulson. Ma szesnaście lat, chodzi do Stonehill High School i tam ją
ostatnio widziano. Kto chce pomóc, niech się zgłasza jutro rano
tutaj, po plakaty. O pierwszej po południu zaplanowane jest
przeszukanie terenu koło klubu golfowego Rothley Park, zbiórka
przed kościołem w Thurcaston!
-
A dlaczego akurat tam chcą szukać? - zapytał krępy jegomość,
siedzący przy najbliższym stoliku.
-
Bo tam znaleziono jej komórkę i parę innych drobiazgów - odparła
Rose.
W
grupie piłkarzy z Leicester City zaszemrało. Jeden z nich, potężny
typ ze szczęką, którą dziadek Rose określał mianem
"sparringowej" i podgoloną, ciemną czupryną,
najwyraźniej intensywnie do czegoś przekonywał kolegów.
-
...przekonamy szefa, żeby nam pozwolił zawiesić plakaty na
stadionie - mówił. - Poza tym nic wam się nie stanie, jak ruszycie
jutro dupska.
-
A co mnie jakaś dziewucha... - zaczął któryś, ale nie skończył,
bo oberwał od wlaściciela podgolonej głowy z plaskacza w potylicę.
- Au! Wasilewski, gorzej ci?
-
Richie, weź ty nie pierdol, bo mnie osłabiasz - odparł Wasyl. - A
jakby to twoja córka była? Już byś, kurwa, całe miasto
rozbierał, żeby ją znaleźć.
-
No fakt - zgodził się De Laet, rozmasowując tył głowy. - To
jednak przyjdę.
-
Nnno - podsumował Marcin.
Zastanawiał
się po meczu, czy by nie podjechać do Londynu i nie złapać
Eurostara albo samolotu do Brukseli, ale po namyśle zrezygnował.
Wprawdzie następnego dnia była niedziela, którą mógłby spędzić
z dziećmi, ale wcześniej musiałby spędzić noc w towarzystwie
żony, a jak się przekonał, wpadłszy do domu bez zapowiedzi po
zgrupowaniu repry, samo spoglądanie na Aśkę było jak zaglądanie
do wnętrza przemysłowej zamrażarki. Waliło od niej takim
chłodem, że aż oczy zaczynały mu łzawić. Zdecydowanie nie była
zadowolona, kiedy ich odwiedzał i dobitnie dawała mu to odczuć.
Wasyl miał chwilami wrażenie, że najbardziej by się cieszyła,
gdyby w ogóle się nie fatygował z Anglii i ograniczył do rozmów
z dziećmi na skype.
A
zatem czekałaby go noc z zamrażarką, i pół dnia z dziećmi, bo o
osiemnastej był trening. Lekki bo lekki, ale jednak być należało,
więc wyjazd w niedzielę byłby w ogóle bez sensu, bo więcej czasu
spędziłby w środkach komunikacji niż z własnymi dzieciakami, a w
dodatku i tak musiałby stawić czoła lodowcowi, w który zamieniła
się jego żona. Odpuścił więc sobie, postanawiając trzymać się
wcześniej ustalonego grafiku.
Trudno.
Pogada jutro z dzieciakami na skype i tyle, postanowił, wstając od
stolika. A skoro ma trochę wolnego, to może zająć się
poszukiwaniami tej zaginionej dziewczynki. Nie wyobrażał sobie, co
by się stało, gdyby zaginęło któreś z jego dzieci. Chyba by
oszalał ze strachu.
Snując
takie rozważania przepchnął się w kierunku baru.
-
...musimy sobie jakoś podzielić teren, żeby to wszystko było
systematyczne. - mówiła barmanka do kogoś przy barze. Ładna,
bestia, ale sroga, ocenił Wasyl. - Skąd zaczniemy?
-
Ja, ja, ja chętnie pomogę - powiedział nieduży facecik z kąta,
ściskający oburącz pękatą aktówkę. - Pójdę, pójdę z wami.
-
A mamusia? - zapytała barmanka. - Pozwoli ci?
-
Jest, jest w sanatorium i wraca dopieo za tydzień - odparł facecik.
-
No to jest nas troje! Więcej rak do pracy!- ucieszyła się zwrócona
tyłem do Wasyla dziewczyna, ubrana na czerwono. Zaraz, czerwony
płaszcz? To chyba nie ona? Nie znowu?
-
Czworo - sprostował facet, siedzący obok niej. - Chętnie służę
moimi rękami. Samochodem też.
Tu
Wasyla wcięło na amen. Gościa rozpoznał bez pudła od razu, bo
nie tylko miał przyjemność oglądać go w akcji na boisku, ale też
zdarzyło mu się nieco przetrzeć nim murawę. Frank Lampard. Co on
tu robił?
-
No to mamy dwa samochody do dyspozycji - stwierdziła bestyjka zza
baru.
-
Będzie więcej niż dwa - orzekł stanowczo Wasyl. - Przyjdę tu
jutro rano z wszystkimi chłopakami z drużyny. Nawet trenera
przywlekę.
Na
dźwięk jego głosu Majka podskoczyła i przewróciła swoją
szklankę z guinnesem, wylewając część napoju Frankowi na kolana.
-
Czy wszyscy piłkarze podsłuchują? - zapytała cierpko Rose. - To
jakieś schorzenie zawodowe?
Lampard
parsknął śmiechem, Wasyl osłupiał.
-
Ale o co cho...? - nie dokończył, bo przerwały mu nerwowe okrzyki
Majki.
-
Rose, ścierkę, leci mi tu, zalałam pana Lamparda! - Krukówna
odsunęła się gwałtownie od baru, z którego kapał guinness i
wpakowała się prosto na Wasyla. Rose zanurkowała za barem po
ścierkę, uczynny Walter zaś wygrzebał ze swej aktówki chusteczki
i podał je Frankowi, który przyjął je z wdzięcznością i
osuszył mokrą plamę na swoich spodniach.
-
Rany! - jęknęła Majka, usiłując odsunąć się od Wasyla. -
Znaczy przepraszam, znowu na pana wpadam jak głupia, ale przysięgam,
nie robię tego celowo! To się samo się!
-
Spoko, nic się nie stało - zapewnił rozbawiony Marcin. - Poza tym
to dopiero drugi raz.
-
I cały guinness w... tego - westchnęła smętnie Majka, patrząc
jak Rose osusza kałużę na blacie i zabiera pustą już szklankę.
- Nie zalałam pana za bardzo? - zapytała Lamparda z troską.
-
Zaledwie trochę, ale nic mi nie będzie - odparł Frank,
demonstrując w uśmiechu imponujący garnitur białych, równych
zębów.
-
Guinnessa dla tej pani - zażądał równocześnie Wasyl, kładąc na
barze pieniądze. - Nie chcę być przyczyną strat.
Majka
prychnęła śmiechem.
-
Dziękuję - odparła, usiłując się nie zarumienić.
-
Poza tym, ten, ja nie podsłuchiwałem - rzekł Marcin obronnie. -
Chciałem pogadać z panią - wskazał Rose - i tak mi wpadło w ucho
o czym mówicie. To jak, mogę pomóc?
-
Jasne - odparła Rose, stawiając świeżego guinnessa przed Majką,
bardzo się powstrzymującą od gapienia się na Wasyla jak sroka w
gnat. - I dziękuję panu bardzo w imieniu rodziców Ronette.
-
Nie ma za co. To widzimy się jutro - Wasyl położył dłoń na
ramieniu Majki, która akurat piła i z wrażenia niemalże zdołała
się utopić w swoim napoju. - Smacznego.
-
Hękuję - odparła słabo.
Wasyl
wrócił do kolegów, Lampard zaś zerwał się ze stołka.
-
Muszę się już pożegnać - rzekł.
-
Tak wcześnie? - wyrwało się Rose.
-
Obowiązki rodzicielskie - odpowiedział, uśmiechając się.
Rose,
zła na siebie, uciekła na zaplecze. Tam opieprzyła Burna, zupełnie
bez powodu, zrobiła awanturę Robbiemu o brudne graty w zlewie,
wyszła przez tylne drzwi, głęboko odetchnęła chłodnym, nocnym
powietrzem i wróciła za bar.
Franka
już nie było, na jego stołku siedziała Majka i w bardzo dziwny
sposób, starając się w ogóle nie odwracać głowy, obserwowała
stolik piłkarzy Leicester.
-
Ty się zakochałaś w tym typie, czy coś? - zapytała Rose
zgryźliwie.
-
Jakim typie? - zapytała Majka z roztargnieniem.
-
No tym - Rose wskazała głową rozbawioną gupę zawodników. - Tym
gościu z gębą zawodowego mordercy.
-
To jest Wasyl - pouczyła Majka. - I wcale się w nim nie zakochałam!
Ja mu tylko kibicuję!
-
I dlatego reagujesz na niego jakby cię ktoś prądem w tyłek raził?
- zakpiła Rose.
-
Czy ja się ciepie czepiam, że się czerwienisz jak burak, za każdym
razem jak się Lampard uśmiechnie? - warknęła Krukówna. - Albo że
się na niego glebisz, jak myślisz, że nikt nie widzi?
-
A co wyście się z tym Lampardem uwzięli? - wrzasnęła Rose. -
Powariowali wszyscy, a weźcie się ode mnie odwalcie! Nie mam co
robić, tylko za jakimś rozwydrzonym bogaczem ganiać! Pogięło
was!
-
Nas? - zainteresowała się jadowicie Majka.
Rose
spiekła raka, po czym udała, że szuka czegoś pod barem.
Następnego
dnia o poranku Frank Lampard, zgodnie z obietnicą, zajechał pod Ten
Bells, samochodem wyładowanym plakatami informującymi o zaginięciu
Ronette Paulson.
-
O rany, przecież tym można by wytapetować całe miasto - zdumiała
się Rose.
-
Im więcej, tym lepiej - rzekł zwięźle Frank, przystępując do
wyładunku. Montoya udawała sama przed sobą, że wcale nie imponuje
jej łatwość, z jaką nosił ciężkie ryzy plakatów. Nic a nic i
wcale a wcale jej nie imponuje. Dla podkreślenia tegoż sama
zatargała kilka ryz do pubu, po czym zaczęła udzielać instrukcji
Moirze, która przeżywała ciężki dylemat, nie bardzo wiedząc
kogo lepiej podrywać, Lamparda, czy chłopaków z Leicester, którzy,
zgodnie z zapowiedzią Wasyla, przybyli całą drużyną, z trenerem
na czele.
-
Dobra - Lampard otarł pot z czoła. - Rozładowane. To kto jedzie ze
mną?
-
Ona! - Rose wypchnęła przed siebie Majkę.
-
Ja nie... - zgrzytnęła Majka, oglądając się na znikającą za
rogiem ekipą Lisów, obładowaną plakatami. - No dobra...
-
Walter, ty ze mną! - skomenderowała Rose. - Zaczniemy od Rowley
Fields!
-
Tam plakatuje Wasyl z chłopakami - objaśniła Majka.
-
To my bierzemy Western Park, a wy Dane Hills - zarządziła Rose.
-
Tak jest, pani komendant - rzekł Frank.
Rozlepianie
poszło bardzo sprawnie, tak, że do dwunastej oba duety wyczerpały
posiadane zapasy plakatów i równocześnie postanowiły wrócić do
Ten Bells na lunch.
-
Buuuuuuuurrrn! - wrzasnęła Rose w kierunku kuchni, bo Moiry nie
było nigdzie widać. - Cztery hamburgery plus frytki! Biegiem! I nie
sfajcz, bo usmażę ci uszy na grillu!
-
Czy ja też mogę prosić jednego? - Wasyl zmaterializował się z
cienia.
-
Burn! Dawaj pięć! - ryknęła Rose.
-
A gdzie ma pan kolegów? - zapytała Majka.
-
Koledzy poszli na lunch do swoich domów - odparł Wasyl. - Mnie się
dzisiaj nie chce pichcić.
Lampard
rzucił okiem na prawą dłoń Wasyla, na której lśniła obrączka.
-
A żona? - zapytał.
-
A żona została w Belgii.
-
No to, no to, skoro już jesteśmy tutaj wszyscy... - zaczął
Walter.
Cztery
pary oczu spojrzały na niego. Przez cztery umysły przeleciała ta
sama myśl.
Jesteśmy
wszyscy.
Faktycznie.
Czy
to nie wspaniałe?
I
czy to nie straszne?
<div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify; text-indent: 0.5cm;">
Na
dzwonnicy kościoła w Thurcaston stał mężczyzna. Opierał się
łokciami o kamienny parapet i przyglądał się ludziom, malutkim
jak mrówki, kręcącym się na dziedzińcu, kilkadziesiąt metrów
niżej.
Jacy
oni śmieszni. Myślą, że mogą coś zmienić. Myślą, że jeśli
się skrzykną i wyjdą na poszukiwania tej małej dziwki, to coś
się zmieni. Stawią czoła złu. Zmienią świat. doprawdy, byli jak
ślepe robaki.
Ta
mała dziwka...
Myśli
mężczyzny pobiegły w stronę tego, co stało się nocą.
Zawalił,
nie da się ukryć, ale czy to była jego wina? Sprawdził tę
dziewuchę, miał takie możliwości i wykorzystał je w pełni.
Grzeczna dziewczynka, wzorowa uczennica, z pobożnej rodziny, żadnych
imprez, żadnych późnych powrotów do domu, zawsze zapięta
grzecznie po szyję.
I
kiedy był już gotów zabrać ją na miejsce i dokonać rytuału,
wszystko się zawaliło. Potknął sie o plecak tej małej dziwki.
Wszystko się rozsypało. I co takiego ta wzorowa uczennica, ta
posłuszna córeczka, nosiła w plecaku?
Test
ciążowy.
Pieprzyła
się z tym swoim pryszczatym chłopakiem, wyznała to wszystko we
łzach. Bała się, że jest w ciąży.
Tyle
w temacie dziewictwa.
Teraz
musiał szukać następnej i to szybko, żeby nie zmarnować tego co
zaczął.
Ta
dzisiejsza młodzież...
Będzie
chyba musiał rozglądać się w przedszkolach.
Tymczasem
ludzie na placu przed kościołem przegrupowali się podług
wzkazówek policjantki w mundurze. Niech jej szukają, zanim dojdzie
do prawdy i tak będzie za późno.
Nagle
coś przyciągnęło uwagę mężczyzny na wieży. Spojrzał w dół,
marszcząc brew i przyglądając się zebranym.
Coś
poczuł, coś jakby drgnęło w powietrzu.
To
była moc, ale nie ta, której służył.
Inna
moc.
Wyciągnął
lornetkę, ogarnął powtórnym spojrzeniem tłum na dole i
wyodrębnił małą grupkę.
Pięć
osób. Czarnowłosa kobieta, poruszająca się zamaszyście i
stanowczo. Na pewno wredna dziwka. Obok niej druga, nieśmiała i
jakby spłoszona, w czerwonym płaszczu. Wpatrzona jak w tęczę w
bykowatego typa, mimo chłodu ubranego tylko w cienką bluzę z
kapturem i dżinsową katanę. Dalej spłoszony gość w typie
urzędnika, ściskający pod pachą teczkę i... Zaraz zaraz.
Tego
człowieka zna.
Frank
Lampard.
No
coś takiego.
Ciekawe
kto ich tu wszystkich zgromadził. Trzeba o tym powiedzieć Panu.
Koniecznie.
Chętni
na poszukiwania, których zebrało się tak koło setki, przeszli
zwartą kolumną spod kościoła w Thurcaston, po czym rozstawili się
ławą na pastwisku, sąsiadującym z polem golfowym. Po raz kolejny
wysłuchali pouczenia policjantki (jeśli coś znajdziecie,
zasygnalizujcie policjantowi! Nie dotykajcie niczego!), po czym
ruszyli przed siebie, miarowym krokiem.
-
Tuutaj! - krzyknęła kobieta idąca po lewej stronie Majki. -
Szalik!
Podbiegł
do niej policjant i skrzętnie oznaczył miejsce chorągiewką.
Majka
szła powoli dalej, patrząc pod nogi i rozglądając się uważnie.
-
Tutaj! - teraz krzyczała Rose. - Czapka i plecak!
Kolejna
chorągiewka rozbłysła czerwienią wśród wypłowiałej trawy.
-
Cholera - mruknęła Majka, spoglądając przed siebie. Coś błyskało
brązami i rudością w dołku, kilkanaście metrów przed nią.
Paskudne
przeczucie ścisnęło serce Majki. Tylko nie to, proszę, pomyślała
podchodząc.
Dostrzegła
sweter, wełniany z kapturem, potem szeroko rozrzucone ręce i
alabastrowo białe dłonie.
-
Tutaj! - wrzasnęła. - Tu ktoś leży!
Podeszła
jeszcze bliżej i dostrzegła coś jeszcze. Głowę, rozbitą na
miazgę. I wielkie niebieskie oczy, spoglądające na nią martwo z
opuchniętej, pokrwawionej twarzy.
Świat
gwałtownie zszarzał a zawartość żołądka podeszła Majce do
gardła.
___________________________________________________
Z lekkim poślizgiem zapodaję rozdział trzeci, życzę wszystkim miłej lektury (a sobie dużo komentarzy :3 ), a dla cierpliwych czytelniczek jest halloweenowy bonus. Szalony Lampilusznik pozdrawia!
M.
___________________________________________________
Z lekkim poślizgiem zapodaję rozdział trzeci, życzę wszystkim miłej lektury (a sobie dużo komentarzy :3 ), a dla cierpliwych czytelniczek jest halloweenowy bonus. Szalony Lampilusznik pozdrawia!
M.
