I
was just minding my business walking across the floor
Looking at
everyone in their phoney clothes
The girl with the big tits and the tight jeans with her gut hanging out
The guy who's puttin' a hussle on the mexican kid
And that DJ, who really thought he was the shit
The girl with the big tits and the tight jeans with her gut hanging out
The guy who's puttin' a hussle on the mexican kid
And that DJ, who really thought he was the shit
And
then I noticed ... You staring at me
Julee
Cruise "You're staring at me"
Stojąca
za barem Rose Montoya zerknęła na zegar wiszący nad nim, po czym
ogarnęła swój lokal gospodarskim spojrzeniem. Mimo, że zbliżała
się pora lunchu "Ten Bells" świeciło pustkami. Z siedmiu
dostępnych stolików zajęte były dwa, ten pod oknem, jak zwykle,
przez Waltera, który rozłożył na nim swoje papiery i coś pilnie
notował, nie zauważając świata wokół.
Walter...
Rose pokręciła głową. Mapy, zdjęcia i luźne kartki z notatkami
i wydrukami zaściełały cały stolik, jedna zaś zwisała
niebezpiecznie nisko, najwyraźniej mając zamiar przenieść się na
podłogę, czego zajęty pisaniem mężczyzna nie dostrzegał.
Przychodził tu codziennie i poza tym, że od czasu do czasu coś
gubił, nie sprawiał najmniejszych problemów. Raz tylko Rose
musiała go delikatnie upomnieć, żeby może jednak nie przynosił
do pubu zbyt drastycznych zdjęć. Spadła mu wtedy ze stolika
fotografia zwłok Mary Jane Kelly i poleciała wprost pod nogi
jakiejś pani, która akurat jadła. Nie dokończyła posiłku, co
więcej, w toalecie damskiej pozbyła się tego co zdążyła
wcześniej spożyć.
Sumitował
się wtedy strasznie, biedaczyna, że nie może oddawać się swym
badaniom ripperologicznym w domu, ponieważ, niestety, jego mamusia
ich nie popiera. Montoya widziała ją raz, w supermarkecie. Istny
dragon, a nie kobieta, w dodatku z wąsem, musztrujący nieszczęsnego
Waltera niczym zawodowy kapral. Nie dziwota, że choć sympatyczny,
Walter Barnett nie zdołał znaleźć sobie dziewczyny, bo każda na
widok kochanej mamusi wiała aż się kurzyło.
Z
tego samego powodu Walter nie zdołał utrzymać żadnej posady,
potworna mamusia bowiem dowiedziawszy się gdzie pracuje synek,
poczynała skłądać wizyty jego szefowi, informując o wymaganiach,
jakie powinien spełniać pracodawca jej jedynego syna, jak również
o tym, co ów pracodawca robi źle, a lista grzechów z reguły była
długa. Nikt tego nie wytrzymywał, prędzej czy później każdy
zwalniał Waltera, tłumacząc przy tym, że mu bardzo przykro, ale
Walter sam rozumie, mamusia.
Walter
rozumiał.
-
Dlaczego ty jej właściwie nie zostawisz? - zapytała kiedyś Rose,
stawiając na stoliku Barnetta filiżankę czarnej kawy, jego
ulubionego napoju, surowo wzbronionego przez mamusię. - No wiesz,
twojej mamy. Przecież ma tę pensję z funduszu, ustanowionego przez
twojego ojca, ty masz swoją, mógłbyś się wyprowadzić.
Podniósł
głowę znad papierów, mrugając jak spłoszona sowa.
-
Ona, ona ma tylko mnie - rzekł. - Nikt inny z nią nie wytrzymuje.
Byłaby strasznie samotna, gdybym, gdybym, no wiesz...
Zatoczył
ręką wokół.
-
I tak mi głupio, że ją okłamuję - westchnął. - Ona, ona myśli,
że ja chodzę do biblioteki, to jedyne miejsce, którego nie
próbowałaby kontrolować. Jakbym jej powiedział, że chodzę, że
chodzę tu, od razu by ci zrobiła taką inspekcję, że strach!
W
ten sposób Walter Barnett został stałym elementem pubu "Ten
Bells".
Rose
oderwała spojrzenie od niego i przeniosła wzrok na drugi stolik,
ten w kącie. Kobieta, samotna i wyraźnie zirytowana. Kiedy to Moira
wzięła od niej zamówienie? Dobry kwadrans temu, jej kanapka
powinna być już gotowa. Westchnęła i wyszła zza baru. Moira to
była dobra dziewczyna, ale miała wiatr w mózgu.
I,
zgodnie z przewidywaniami Rose, stała przy kuchennym wyjściu, paląc
papierosa i plotkując przez telefon.
-
Moira, za co ja ci płacę? - Rose spadła na kelnerkę niczym
jastrząb. - Za jaranie, czy za pieprzenie o dupie laski od
Simmonsów?
-
No , tego, chyba nie... za to nie... - wymamrotała Moira, chowając
za siebie fajka. Tlenione sploty koloru słomy wysunęły jej się z
kucyka, opadając niesfornymi kosmykami na twarz.
-
Wobec tego wyjmij palec z dupy i obsłuż wreszcie klientkę na
szóstce - warknęła Montoya. - I żebym cię tu więcej nie
widziała w godzinach pracy!
Dziewczyna
zgasiła niechętnie papierosa, schowała telefon do kieszonki
fartuszka i kręcąc tyłkiem, ciasno opiętym przez króciutką
spódniczkę, weszła do środka.
To
był cały problem z Moirą. Była całkiem niezłą kelnerką, kiedy
się jej pilnowało, traktowała jednak tę robotę jak zło
konieczne, wierząc całym swym dwudziestoletnim jestestwem, że
pewnego dnia do pubu wkroczy jakiś sławny i obłędnie bogaty
przystojniak, po czym zakocha się w niej od pierwszego wejrzenia, by
niezwłocznie poślubić, obsypując hojnie dobrami materialnymi.
Niewiele od niej starsza Rose miała znacznie bardziej cyniczne
podejście do życia, a już zwłaszcza do facetów i w książąt z
bajki nie wierzyła z zasady.
-
Robbie! - wrzasnęła w głąb kuchni. - Jadę z Jonesym do weta!
Pilnuj interesu!
-
Ooooobra! - jej flegmatyczny szef kuchni nawet nie podniósł głowy
znad deski do krojenia.
-
Burn, tylko nic nie zjaraj, bo cię uduszę! - zagroziła stanowczo.
Kucharz
odwrócił swoją piegowatą twarz w jej stronę.
-
Ja zjarać? - zdziwił się. - Przecież ja nigdy, to się jakoś tak
samo ten!
-
Dobra dobra! Pamiętaj co mówiłam, uduszę! - zagrzmiała Rose na
odchodnym.
Pięć
minut później jechała już przez miasto swoim volkswagenem
garbusem, na którego tylnym siedzeniu spoczywała klatka z bardzo
niezadowolonym Jonesym w środku. Doktor Tennant wyniósł się
gdzieś na Wigston Lane, więc Rose skierowała się na południe,
wybierając Aylestone Road. Ruch był umiarkowany, za to mgła
gęstniała coraz bardziej, Rose jechała zatem spokojnie, śpiewając
do wtóru Annie Lennox, rozbrzmiewającej z radia. Kot od czasu do
czasu wcinał się w ich duet, pomiaukując żałośnie i gardłowo z
głębin klatki.
Była
już w okolicach Aylestone Hall, gdy nagle jadący przed nią
samochód, wielkie, lśniące nowością pudło, zahamował tak
gwałtownie, że o mało co, a wpakowałaby mu się w kufer. Cudem
tylko nie walnęła czołem w kierownicę, transporterka z Jonesym
zaś szurnęła do przodu, uderzając w oparcie jej fotela.
Tymczasem
debil z przodu wrzucił migacz w lewo i zaczął przygotowywać się
do skrętu.
-
Jak jeździsz, baranie omszały?! - Rose, mijając go, wychyliła się
z okna. - Nie wiesz, kurwa, jak się kierunkowskazów używa, boża
pierdolona krówko?!
Wasyl,
on to bowiem był kierowcą, miał ochotę odpowiedzieć sekutnicy z
garbusa równie gromko, jako że był w wyjątkowo podłym nastroju.
Ponieważ jednak wiedział, że dał ciała i o mało nie spowodował
wypadku, ponadto był człowiekiem dobrze wychowanym i nie zwykł
drzeć gęby na kobiety, ograniczył się tylko do ponurego
spojrzenia i mruknięcia.
-
Sorry.
Rose
stwierdziła, że mimo tego na zbójeckiej gębie typa nie odmalowała
się ani odrobina skruchy.
-
Ja ci kurwa dam sorry! Wytnij taki numer raz jeszcze, to pożałujesz,
że się urodziłeś! - wrzasnęła na pożegnanie, gdy skręcał do
ośrodka treningowego Leicester City. - Piłkarzyk pieprzony!
-
Zaszczep się na wściekliznę - wymamrotał Wasyl w stronę
kierownicy. Z powodu trudności przejściowych w zrozumieniu własnej
żony, płeć piękna nie usposabiała go zbyt życzliwie. - Głupie
baby...
Podczas
gdy szedł do szatni, z miną, którą jeden z kolegów skomentował
szeptem i za plecami jako wyraz twarzy zawodowego mordercy
niewiniątek, Rose zaś parkowała przed gabinetem weterynarza,
uspokajając Jonesy'ego, wyjącego już jak syrena strażacka, Majka
znajdowała się w samochodzie, prowadzonym przez nieocenioną
Ariadnę Potts, włascicielkę prywatnego azylu dla zwierząt "Glen
Parva".
-
O, to jest stadion Kings Power - nadawała niestrudzenie pani
Ariadna, potrząsając burzą siwych rozwianych loków, otaczających
jej głowę na kształt kuli, tak, że wyglądała niczym szalony
dmuchawiec. - Ja to się piłką nie bardzo interesuję, ale mój
świętej pamięci mąż chodził co niedziela, taki był. Ale co ja
mówię, głuptas ze mnie, pani jest kobietą, to pewnie piłka pani
nie interesuje...
-
Lubię piłkę - Majka spróbowała wbić się w potok wymowy pani
Potts.
-
A to tym lepiej, będzie mogła pani chodzić na mecze. Ja pania
zaraz zawiozę do tego mieszkania, wiem, że pani jest zmęczona
pewnie po tej całej podróży, ta Polska to gdzieś strasznie daleko
leży, ale jeszcze tutaj tylko wpadniemy na chwilkę, bo widzi pani,
jedna pani zadzwoniła, że jej się w ogrodzie okociła kotka, taka
dzika i ona gdzieś przepadła i te małe strasznie płaczą, więc
trzeba je zabrać. O, to gdzieś tu, skręcimy i ja zaraz trafię!
Mam świetną orientację w terenie!
Po
kwadransie błąkania się w labiryncie ciasnych, osiedlowych
uliczek, urozmaiconego nerwowymi okrzykami Ariadny ("O, to ta
ulica, przeczyta mi pani tabliczkę na rogu! Jak to nie ta,
niemożliwe, rękę bym sobie dała uciąć!") Majka doszła do
wniosku, że pani Potts pokłada zdecydowanie zbyt wiele ufności w
swej orientacji terenowej.
-
Nie, nie, ja wiem, pani się denerwuje, bo Charlie juz czeka z tymi
papierami od mieszkania, ja rozumiem - pani Ariadna musiała dostrzec
rzadką minę Majki. - Kochana, on poczeka, ja mu kazałam, nie ruszy
się na milimetr dopóki przyjedziemy, poza tym już prawie jesteśmy
na miejscu, to jest chyba ta ulica, tylko złapiemy te kotki i już!
W
tym momencie nastąpił cud: to istotnie była właściwa ulica.
Właściwy dom też się znalazł bez trudu i już po chwili Majka
dreptała za niestrudzoną panią Potts, która zalewała teraz
Niagarą swej wymowy właścicielkę posesji, miłą, starszą panią.
-
One gdzieś tu są - rzekła gospodyni, zafrasowana, wskazując
niewielki, porządny ogródek. - Ja bym je wcześniej sama zabrała,
ale nie bardzo mogę się schylać, poza tym mam uczulenie na koty...
-
Nic się nie martw kochana, zaraz je znajdziemy, ojej, pani Majko,
pani to musi sobie kupić jakąś roboczą kurtkę, szkoda tego
ślicznego, czerwonego płaszczyka, czekajcie, chyba je gdzieś
słyszę, są gdzieś tam, na końcu! - To wszystko pani Potts
zdołała wypowiedzieć na jednym oddechu.
Kociaki
istotnie były na samym końcu ogrodu, ukryte wśród ozdobnych
krzewów, rosnących pod samą siatką ogrodzenia. Nie miały więcej
niż trzy i pół, może cztery tygodnie, ale potrafiły poruszać
się zadziwiająco szybko, na swych pozornie chwiejnych łapkach. Z
podziwu godną zręcznością i wprawą pani Potts złapała dwa,
pakując je od razu do przyniesionej ze sobą transporterki, Majka
zdołała schwycić trzeciego, czwarty zaś, uparty tricolor z
czarnym nosem, zdołał czmychnąć w sam kąt, osłonięty przez
niski, ale rozkrzewiony na boki rododendron. Nie było innej rady,
jak wczołgać się tam za nim, a że Majka była najmłodsza w
towarzystwie, to zadanie przypadło właśnie jej.
Wlazła
na czworakach pod krzak i wyciągnęła rękę do małego uparciucha.
Kot zasyczał ostrzegawczo, szczerząc ząbki jak igiełki, po czym
uderzył ją łapą z wysuniętymi pazurkami.
-
No co ty, ja jestem miła - odezwała się Majka pojednawczo. - A w
tym krzaku będzie ci zimno. I mokro. No chodź, mały głupku.
Mały
głupek popatrzył na nią nieżyczliwie. Wyciągnęła rękę
mocniej.
-
No chodź.
Powąchał
ostrożnie jej palce, potem wszedł na otwartą dłoń, umościł się
wygodnie i zaczął mruczeć.
-
Mądry kotek - pochwaliła, zamykając ostrożnie dłoń.
W
podzięce mądry kotek ugryzł ją w palec, gdy wkładała go do
klatki.
Ssąc
skaleczenie, Majka zagapiła się przed siebie, nie dostrzegając
nawet, że patrzy właśnie na tonące we mgle boisko, na którym
odbywał się akurat trening. Wasyl usiłował wykrzesać z siebie
entuzjazm do zajęć zawodowych, ale przychodziło mu to z trudem.
Rzadko mu się to zdarzało, kochał bowiem futbol całym swym
jestestwem, jednak ostatnio miał problemy z wykrzesaniem z siebie
entuzjazmu wobecz czegokolwiek.
-
Ale trenerze, nic nie widać, może przełożymy trening? - któryś
leniwy spróbował szczęścia przed wyjściem z szatni.
Trener
Pearson spojrzał na delikwenta wzrokiem mówiącym "będzie
dodatkowe parę kółeczek wokół boiska", po czym
odpowiedział lakonicznie.
-
Nie pierdolić panowie! Ćwiczyć!
Wasyl,
zwykle rozmowny i tryskający żartami, na rozgrzewce wlókł się na
końcu stawki, z nosem tak bardzo na kwintę, że gdyby nie uważał,
mógłby go sobie przydepnąć. Koledzy znali go już na tyle, żeby
wiedzieć, że prędzej wyciągną jakieś zeznania z kamienia, niż
z Wasilewskiego w takim humorze, dali mu więc, na wszelki wypadek
spokój, tylko Moore zagadnął raz, czy dwa. Skapitulował,
usłyszawszy w odpowiedzi coś, co bardziej przypominało
niedźwiedzie pomruki, niż ludzką mowę.
Jak
zwykle, gdy Wasyl był w podłym nastroju, gra pozwoliła mu na
krótką chwilę uciec od zmartwień. Przez moment znów czuł
skrzydła u ramion, znów czuł się wolny i coraz gorsza widoczność
wcale mu w tym nie przeszkadzała. Podanie, chyba od Drinkwatera,
trafiło wprost pod jego nogi, poderwał się zatem do biegu w stronę
majaczącej we mgle bramki. Wyszedł sam na sam z bramkarzem i już
miał strzelać, a była to absolutna setka, jedna z tych sytuacji,
kiedy gol paść musi, kiedy kątem oka ujrzał coś czerwonego za
płotem.
Stracił
koncentrację, nie ułożył dobrze stopy, za to walnął z całej
siły, ile fabryka dała, a dała dużo. Piłka poszybowała w białe
niebiosa, po czym pięknym łukiem opadła wprost w konary rosnącego
przy płocie za bramką drzewa. Kumple zaczęli się śmiać, ktoś
złośliwie zaklaskał, ale Wasyl nie zwracał na to zupełnie uwagi,
gapiąc się jak cielę na malowane wrota, na dziewczynę w czerwonym
płaszczu.
To
było niemożliwe, stwierdził w duchu. Stała, zupełnie jak w jego
śnie, w ogrodzie jakiegoś domu, za siatką, nawet wyglądała tak
samo, czerwona, fosforyzująca plama w białych oparach.
-
Kurwa, odpierdala mi - stwierdził na głos i po polsku, po czym na
wszelki wypadek uszczypnął się w udo. Bolało. Znaczy się, nie
spał.
Spojrzał
ponownie w stronę tamtego domu, akurat we właściwym momencie, by
zobaczyć jak plama czerwieni cofa się i rozpływa się we mgle.
Opanowało go dojmujące poczucie, że coś się właśnie zaczęło,
a ostatnia szansa, żeby się z tego wycofać właśnie przeleciała
mu z ostrym świstem koło nosa.
-
Waaaaaaazilefffski! - przeciągły ryk trenera Pearsona przywrócił
go gwałtownie do rzeczywistości. - Na co, kurwa, czekasz, na
zaproszenie od królowej? Rusz dupę!
No
to ruszył. Pięć minut później byłby gotów przysiąc, że po
prostu coś mu się przywidziało.
Christine
nie odezwała się do Franka ani razu, przez te kilka dni od czasu
jej wyprowadzki. Odezwała się za to firma przeprowadzkowa, która
przybyła po resztę jej ciuchów, zapakowała je zgrabnie w kartony,
które nieodparcie kojarzyły się Lampsowi z trumnami i uwiozła je
w dal.
-
Tyle szczęśliwych lat i wszystko w pizdu - podsumował Lampard,
stojąc w progu swego mieszkania, z walizką w dłoni. Byłoby mu
zapewne łatwiej, gdyby się nie dowiedział, że jego była
narzeczona młóci jakiegoś pryszczersa z reality show, niestety
jednak ów pryszczers zechciał rozplakatować swoje świeże
szczęście po wszystkich serwisach społecznościowych jakie
znalazł. Nie poprawiło to humoru Frankowi.
Spędził
całkiem przyjemny dzień z dzieciakami, odmeldował się w klubie i
pojechał do Leicester. Rozlokował się w całkiem przyjemnym
lofcie, w dawnej przędzalni bawełny Cotton Mil, na King Street,
rozdał przy okazji kilkanaście autografów (cena bycia gwiazdą),
po czym stwierdził, że nie będzie siedział w mieszkaniu i patrzył
w ścianę, podczas gdy jego kumple przygotowują się do wyjazdu na
zgrupowanie reprezentacji. To go uwierało najbardziej. I stanowczo
życzył sobie o tym zapomnieć. Natychmiast.
Frank
obrzucił spojrzeniem równe stosiki ubrań na półkach, zamknął
szafę i wyszedł z sypialni. Na korytarzu, nie wiedzieć czemu,
przeleciały mu po plecach ciarki, zatrzymał się więc i rozejrzał
uważnie, aby zloalizować przyczynę tego odczucia.
Po
chwili już wiedział. To ten staroświecki wieszak na plaszcze i
kapelusze, z tych wolnostojących, tworzył iluzję kogoś wysokiego
i barczystego, stojącego w kącie. Wiszący na nim płaszcz jeszcze
to złudzenie wzmacniał.
-
Idiota ze mnie - stwierdził Lamps na głos, prychając śmiechem.
Po
drodze do windy przypomniał sobie koszmar senny, dręczący go w
dzieciństwie, sen o czarnym człowieku, wysokim i barczystym,
stojącym przy jego łóżku. Gość tylko stał i się gapił, nic
więcej nie robił, ale kto by się nie spietrał na widok faceta,
zrobionego z ciemności, czarnej, jak najczarniejsza noc?
Na
pewno nie mały chłopiec, którym Frank wtedy był. Pamiętał, że
chował się wtedy pod kołdrą i śpiewał kibicowskie przyśpiewki
West Hamu, których nauczył się od ojca. Za każdym razem działało.
No
i jak tu nie kochać futbolu?
Coś
huknęło na końcu korytarza. Oczekujący na windę Frank
podskoczył. To była doniczka, stojąca na parapecie okna. Na pewno
strącił ją przeciąg.
Na
pewno.
Majka
była wykończona. Pojechała z panią Potts do azylu, odwieźć
koty, potem podpisała wszystkie papiery, potrzebne do wynajmu
mieszkania, ale zanim zdołała się rozpakować, zadzwonił telefon.
Ze słuchawki wylał się potok bardzo przepraszającej wymowy pani
Ariadny, z którego Majka zdołała wywnioskować, że powinna
natychmiast jechać do Glen Parva, ponieważ źrebi się klacz, ktoś
musi asystować weterynarzowi, a ona, pani Potts, nie może, bo jest
na rodzinnej uroczystości, natomiast Coltrane, który w tej chwili
pilnuje azylu i karmi zwierzęta nie zna się na koniach, a one go
nie lubią. A nikt inny nie jest dostępny, więc czy Majka może by
mogła...
No
to poleciała do azylu, co miała zrobić. Nie miała zbyt daleko, na
szczęście, zdążyła zatem na zasadniczą część imprezy.
Okazało się, że rodząca klacz była kucem, a źrebię zechciało
w łonie mamusi podkurczyć nogi, co dośc skutecznie blokowało mu
możliwość wyjścia na świat.
-
Moja łapa się tam nie zmieści - sumitował się weterynarz, facet
o posturze Waligóry. - Pani jest drobna, pani da radę.
Majka
bez namysłu zdjęła płaszcz i zakasała rękawy.
-
Co mam robić? - zapytała.
Wyszła
ze stajni po kilku godzinach, przesiąknięta końskim zapachem na
amen, za to dumna i blada, bo źrebaka udało się sprowadzić na
świat szczęśliwie.
-
Tylko pani uważa na siebie - rzucił za nią na odchodnym Coltrane,
chudy, melancholijny, z pociągłą twarzą basseta. - Może doktorek
niech panią odwiezie. Tu jedną taką zabili parę miesięcy temu,
zaraz przy naszej bramie!
-
Naprawdę? - zdziwiła się Majka.
-
No, całe miasto jej szukało, a ona leżała w krzakach, o tam -
długi, kościsty palec Coltrane'a wskazał zarośla w okolicach
beznadziejnie zardzewiałej bramy. - Ładna dziewczyna była, taka
blondynka. Laura jej było. Całkiem na śmierć ktoś ją zabił.
Majkę
przeszedł dreszcz. Wydało jej się, że widzi przy bramie wysoki,
czarny cień.
-
Złe ludzie tu się ostatnio kręcą - mruknął sentencjonalnie
Coltrane.
-
Ja panią chętnie podwiozę - zgodził się doktorek. - Tu
faktycznie zabili latem dziewczynę, to niebezpiecznie tak samej. Pani
Potts pewnie nie pomyślała o tym...
Woniejąca
koniem i nieludzko zmęczona Majka wysiadła z samochodu weterynarza
prawie koło stadionu, po czym uświadomiła sobie dwie rzeczy.
Po
pierwsze, musiała kupić herbatę i cukier, bo tego w domu nie
miała, a nie potrafiła zasnąć bez dyżurnej szklanki mocno
słodzonej herbaty na szafce nocnej.
Po
drugie miała cholerną ochotę na drinka.
Celem
spełnienia potrzeby numer jeden weszła do pobliskiego Tesco, po
czym w dziale z herbatą niemal zupełnie odpadła ze szczęścia,
bobrując wśród mnóstwa rodzajów czarnej herbaty. Indyjską?
Chińską? Może turecką? Albo kenijską? Ten gatunek, czy tamten? A
może jeszcze kupić imbryczek? Albo, o bogowie, turecki zestaw
czajniczków do parzenia herbaty na ichnią modłę?
Po
namyśle wybrała sobie dwie paczki różnych herbat i starym
zwyczajem ruszyła sprawdzić ich cenę w czytniku kodów kreskowych.
Zerwała się, czytajac informacje na etykietach i nie patrząc gdzie
idzie i z wielkim impetem wpadła na coś twardego. Przeszkoda była
na tyle nieustępliwa, że Majka odbiła się od niej, tłukąc sobie
nos, z rozmachem siadając na podłodze i gubiąc obie paczki
herbaty.
W
pierwszej chwili myślała, że wpadła na ścianę, zaraz potem
jednak, rozmasowując stłuczony organ powonienia, doszła do
wniosku, że ściany jednak nie bywają ciepłe, nie pachną tak
ładnie i męsko, oraz z całą pewnością nie bywają włochate.
-
Nic się pani nie stało? - zapytała ściana po angielsku, z
wyraźnym polskim akcentem.
Majka
podniosła wzrok.
O
rany.
Nad
nią stał Marcin Wasilewski we własnej osobie, odziany w koszulkę
z całkiem sporym dekoltem, odsłaniającym parę hektarów jego
imponującej, owłosionej i muskularnej klaty, oraz rozpięta
dżinsową katanę. Patrzył na Majkę tymi swoimi niesamowitymi
bursztynowozielonymi oczyma z wyraźną troską.
-
A, to pan - stwierdziła Majka nieco bez sensu i po polsku. - A to
wiele wyjaśnia.
-
Co ja? - zdębiał Wasyl, zauważając dopiero, że dziewczyna, która
na niego wpadła, miała na sobie czerwony płaszcz. - Co wyjaśnia?
Przepraszam, ale nie rozumiem.
-
Na przykład to, czemu czuję się, jakbym zderzyła się ze ścianą
- objaśniła Majka. - Pomoże mi pan wstać?
-
Jasne - Wasyl podał jej rękę. Drobna dłoń dziewczyny zniknęła
w jego wielkiej łapie ze szczętem. - Przepraszam panią za to.
-
To ja przepraszam - zreflektowała się. - Moja wina, nie patrzyłam
gdzie idę.
-
Nic się nie stało - zapewnił uroczyście, zastanawiając się, czy
to ta sama kobieta, którą widział na treningu.
Schylili
się równocześnie, żeby pozbierać leżące na podłodze paczki
herbaty i walnęli się głowami, aż echo po sklepie poszło.
-
O kurrrrrrrrrrrrrr... - warknęła Majka. Przed oczyma zatańczyły
jej gwiazdy. - Ale pan ma zakuty łeb! Znaczy nie to chciałam...
twardy pan jest. Znaczy głowę ma pan twardą!
-
Pani też - odparł Marcin, trąc czoło. - Wali pani z bańki
lepiej, niż niejeden stoper.
-
Mam to uznać za komplement? - parsknęła śmiechem.
-
Może pani - odparł uśmiechając się szeroko.
Mańka
zagapiła się na niego, patrząc, jak uśmiech zapala łobuzerskie
błyski w jego oczach i zmiękcza całą jego twarz. Cholera,
pomyślała, żonaci faceci nie powinni być tak atrakcyjni.
Nagle
Wasyl pociągnął nosem.
-
Coś tu śmierdzi - stwierdził. - Czuje pani?
Majce
zrobiło się gorąco.
-
O rany boskie, to koń! - wykrzyknęła. - Znaczy to ja koniem!
-
Często się pani perfumuje koniem? - Marcin nie mógł powstrzymać
się od śmiechu.
Majka
zasłoniła twarz dlońmi.
-
Boże! - jęknęła. - Nie, nie często, tylko wtedy, kiedy spędzam
pół dnia w stajni.
-
Pani jeździ?
-
Nie, pracuję w azylu dla zwierząt.
-
Dobra, to ja oddaję pani herbatę - podał jej trzymaną w dłoni
paczkę. - Życzę miłego wieczoru bez koni i znikam.
-
Miłego wieczoru - odparła Majka machinalnie.
Wyszła
z Tesco, wlokąc nos niemal po ziemi. Tacy faceci jak Wasyl istnieli
chyba wyłącznie po to, żeby jej uświadamiać jak bardzo jest
samotna. Westchnęła rozdzierająco, po czym powąchała ukradkiem
paczkę herbaty, którą wcześniej trzymał Marcin. Trochę jeszcze
nim pachniała.
-
To miły chłopiec, prawda? - odezwał się po angielsku jakiś głos
obok niej.
Majka
podskoczyła, niemal gubiąc zakupy.
-
Ojej, nie chciałam cię przestraszyć, moja droga - srebrnowłosa
staruszka w brązowym kapelusiku zamrugała przepraszająco. - Ale
pamiętaj, pilnuj go. Jego i pozostałych!
-
Co? - Majka wytrzeszczyła oczy. - Nie rozumiem.
-
Zrozumiesz, dziecinko - staruszka uśmiechnęła się. - Zrozumiesz
kiedy przyjdzie czas.
To
rzekłszy oddaliła się drobnym krokiem, Majka zas patrzyła za nią,
zastanawiając się, czy aby u starszej pani wszystkie klepki są na
swoim miejscu. Co to miało znaczyć i dlaczego niby miała pilnować
Wasilewskiego?
Tak
dumając szła w stronę domu. Miała w planach umyć się i
przebrać, żeby już nie roztaczać tej czarownej, stajennej woni
wokół siebie, ale wyszło inaczej. Jej nogi bowiem, mając wyraźnie
inny pogląd na temat spędzania wieczoru, zaniosły ją prosto pod
pub "Ten Bells".
-
No dobrze - powiedziała sama do siebie. - Jeden drink i do domu.
Weszła
do środka. Wszystkie stoliki były zajęte, więc siadła przy
barze, za którym królowała czarnowłosa i czarnooka piękność,
wyglądająca jakby ją kto teleportował z Hiszpanii. No dobrze,
Hiszpanka nosiłaby pewnie koszulkę Barcy, Atletico albo Realu,a nie
trykot Chelsea z numerem 8, ale to było jedyne, co nie pasowało.
-
Co podać?- zapytała piękność najczystszym leicesterskim
akcentem.
-
Whisky - zadysponowała Majka.
-
Z wodą? Z lodem? - indagowała barmanka.
-
Z whisky - odparła Majka.
Czarnowłosa
piękność parsknęła śmiechem.
-
Dobry wybór - rzekła, stawiając szklankę na barze i nalewając do
niej złocistego napoju bogów.
Jasnowłosa
kelnerka wysunęła się z zaplecza, z tacą załadowaną talerzami i
kręcąc pośladkami niczym holenderski wiatrak przepłynęła między
stolikami serwując klientom zamówione dania. Jeden facet, przy
stoliku numer sześć, poczuł się znacznie bardziej zainteresowany
jej wdziękami niz obiadem, na tyle, że spróbował złapać ją za
tyłek. Kelnerka kwiknęła rozpaczliwie, zachwiała się, taca
zlądowała z hukiem na stoliku. Zadowolony z siebie facet rozciągnął
swa rumianą, nalaną gębę w szerokim uśmiechu i pociągnął
dziewczynę na swoje kolana, jednoczesnie pakując łapę prosto w
jej obszerny dekolt.
-
Puszczaj! - wrzasnęła, szamocząc się.
Czarnowłosa
seniorita wyskoczyła zza baru jak na sprężynie i ruszyła w
kierunku stolika numer sześć.
-
Puść ją - zażądała. W pubie zapadła cisza. Wszystkie oczy
śledziły uważnie zajście, z nadzieją na jakąś rozróbę. Albo,
jak w wypadku Majki, z nadzieją na to, że rozróby nie będzie.
-
O, jeszcze jedna dupeczka! - zarechotał czerwonolicy. - Chodź mała,
będzie trójkącik!'
Wepchnął
łapsko pod spódnicę kelnerki.
-
Jak ci się to podoba, suczko?
-
Prosiłam, żebyś ją puścił, prawda? - w głosie seniority zza
baru zgrzytnęła stal.
Mężczyzna
spojrzał na barmankę zaszklonymi alkoholem oczyma. Roześmiał się.
Czarnowłosa
w mgnieniu oka oderwała jego ręce od kelnerki, która uciekła z
piskiem na zaplecze.
-
Eeejże! - wrzasnął, niezadowolony, zrywając się z krzesła.
Więcej
powiedzieć nie zdążył.
Zanim
się bowiem obejrzał, seniorita powaliła go jednym, sprawnym
chwytem na ziemię, po czym ścisnęła z całych sił jego jądra.
Gość wrzasnął tak głośno, że aż szkło za barem zabrzęczało.
Martina
-
Dotknij jakiejkolwiek kobiety wbrew jej woli jeszcze raz - wysyczała
barmanka, a jej oczy zwęziły się w szparki. - - A urwę ci jaja i
przybiję nad barem. Zrozumiałeś?
-
T... tak.
-
Doskonale. A teraz spierdalaj stąd i żebym cię więcej nie
widziała.
Puściła
jego klejnoty i otarła rekę z obrzydzeniem o ubranie.
-
Wyjazd! - rozkazała.
-
Ja ci jeszcze pokażę! Ja ci... - wrzasnął pokonany macant.
-
Masz problemy z rozumieniem co się do ciebie mówi? - zapytał ktoś
od strony drzwi. - Pani kazała ci wyjść.
-
Co się wpierda... - zaczął facet, ale gdy spojrzał na gościa
zmiękł niczym wosk. - O, przepraszam, panie Lampard, już wychodzę,
już mnie tu wcale nie ma!
Znikł,
jakby go wywiało, kłaniając się nowo przybyłemu w pas.
-
Czy jest wolny stolik? - Lamps spojrzał na czarnowłosą walkirię.
Ostra, ale ładna, stwierdził.
-
Właśnie się zwolnił - walkiria wskazała mu miejsce.
-
Poproszę piwo - zadysponował.
-
Rose! - chudy facet o oczach jak jagody wystawił głowę z zaplecza.
- Jonesy siedzi w kuchni za lodówką! Zrób z nim coś!
-
Kelnerka zaraz panu przyniesie - rzuciła Rose, biegnąc na zaplecze.
Kiedy
stanęła w progu kuchni coś rudego, mknącego jak pocisk minęło
ją i popędziło na salę.
-
Moira, piwo na szóstkę! - krzyknęła.
-
O mój Booooooooooooże! - kwiknęła Moira. - To jest Frank Lampard,
Rose, czy ty wiesz kto to jest, to jest Lampard! Lampsio! O mój
Boże!
-
Tylko się czasem tak do niego nie odezwij, bo cie wyleję -
ostrzegła Rose, szukając wzrokiem kota.
Kot
tymczasem siedział pod stołkiem Majki i udawał, że go nie ma.
-
Cześć mały - odezwała się życzliwie Majka. - Zły dzień?
-
Miau! - odparł Jonesy nierozważnie.
-
Aaa, tu jesteś! - Rose zakleszczyła kota w żelaznym chwycie za
kark. - Chodź, muszę ci w końcu dać ten zastrzyk.
Wyciągnęła
strzykawkę z kieszeni, zdjęła nakładkę z igły i zamierzyła się
na Jonesy'ego.
-
No cholera, nie mogę - jęknęła.
-
Daj - Majka wyciągnęła rękę. - Podskórnie?
Rose
skinęła głową. Majka zebrała skórę kota w fałd i
błyskawicznym ruchem zrobiła zastrzyk.
-
Już!
-
Kobieto, jak ty to robisz? - Rose nie kryła zachwytu. - Ja się pół
wieczora z tym zastrzykiem woziłam, bo nie mogę się przemóc!
-
Kwestia wprawy - odparła skromnie Majka. - Pracuję w azylu u pani
Potts.
-
U Ariadny? Równa babka, tylko strasznie dużo gada - uśmiechnęła
się Rose.
-
Też to zauważyłam - Majka odpowiedziała uśmiechem.
-
Słuchaj, a mogłabyś tu wpadać raz dziennie wieczorem i robić
zastrzyki Jonesy'emu? Przeziębił się, wet mu dostał antybiotyk,
ja nie mam czasu robić codziennie, a sama widziałaś, że się
przemóc nie mogę. - Rose przetarła twarz dłonią. - No widzisz,
jaka ze mnie chamka, dziadek by się spalił ze wstydu. Jestem Rose
Montoya, właścicielka tego całego bajzlu.
-
Majka Krukówna. Jasne, że mogę wpadać, nie ma sprawy. A w ogóle
to tego, pięknie załatwilas tego typa, no wiesz, tego co macał
kelnerkę.
-
A, nic takiego...
Lamps
siedział przy stoliku, sączył zamówione piwo i przyglądał się
barmance, rozmawiającej z dziewczyną w czerwonym płaszczu, którą
dziwnie było czuć końmi.
"To
już prawie wszyscy" pomyślał. "Jestesmy tu prawie
wszyscy".
Wzdrygnął
się, zdjęty nagłą obawą.
____________________________________________________
Po długim prologu mamy wcale niekrótki rozdział pierwszy. Mam nadzieję, że to opowiadanie spodoba wam się równie mocno jak moje poprzednie dzieło i że ilość produkowanego przeze mnie tekstu was nie zniechęci ^_^ Martina
Umieram! Kocham to opko, zwłaszcza zaś Rose...która kogoś mi przypomina ^^
OdpowiedzUsuńOraz Frank Lampard...Czy ja ci już pisałam, że to moja młodzieńcza miłość? Miałam zeszyt z jego fotkami :D
Pisz szybko kolejną część, bo mnie ściska w środku z emocji :D
Rose jest fantastyczna - bez dwóch zdań!
OdpowiedzUsuńgenialnie wypadło spotkanie Majki z Wasylem haha :D
A Lamps - czy on ma jakieś dziwne, prorocze myśli? Niby nic dziwnego się nie dzieje, ale takie pojedyncze sprawy, jakieś sny, wizje tworzą taką atmosferę tajemniczości.
Nie mogę się już doczekać następnego rozdziału!
Rose to konkretna babka, już zaczynam ją lubić. Spotkanie Majki z Wasylem dość nietypowe.
OdpowiedzUsuńCzekam na kolejny!