niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział 20

Nagle w jaskini zapadł mrok, znacznie gęstszy niż dotychczas. Latarka w ręku Molly przygasła, zupełnie jakby narastająca ciemność połknęła jej blask, a pląsające dotąd po jaskini i wokół Greya światełka, ściemniały i rozpierzchły się jak stadko wróbli.
Czarny Mężczyzna stanął nad Rose, czerwone ogniki jego oczu zajrzały w jej oczy. Dziewczyna miała uczucie, jakby to spojrzenie sięgało w najdalsze zakątki jej duszy i umysłu.
- Myślisz, że możesz mi się przeciwstawić? - głos jak grzmot zatrząsł jaskinią w posadach. - Ty, zwykły cygański bękart, którego nie chciał nawet własny ojciec? Ty, zwykła, mała kurewka?
Pod naporem ciemności Rose zaczęła się cofać.
- Kłamiesz - powiedziała przez zaciśnięte zęby. - Kłamiesz jak zwykle. On musiał wyjechać! Zmusili go!
Rekini uśmiech wykwitł pod rondem czarnej fedory.
- Wierzysz w to, prawda? Och, tak bardzo chcesz w to wierzyć - naigrywał się Mężczyzna. Wciąż na nią napierał, zmuszając się do cofania.
- Rose! - jęknęła słabo Molly z ciemności.
- Nie zostawię was! - krzyknęła Rose. - Pilnuj Franka!
- Frankowi już nic nie pomoże - prychnął Mężczyzna. - Frank jest trupem, serdeńko. A ty niebawem do niego dołączysz.
Rose trafiła plecami na skałę. Nie mogąc już dalej iśc do tyłu, zaczęła przesuwać się w bok, byle tylko nie dac się dotknąć ciemności otaczającej Czarnego Mężczyznę.
- Nie powstrzymasz mnie, za długo na to czekałem - Mężczyzna postanowił popełnic błąd wszystkich filmowych czarnych charakterów i zatonął w długiej, triumfalnej przemowie. - Tak długo, że wy, śmiertelnicy, nazwalibyście to wiecznością. Na tę chwilę, kiedy świat będzie mój, spowity mrokiem...
Rose przestała słuchać, koncentrując się na pozostałych dźwiękach, dobiegających jej uszu. Rzadki, chrapliwy oddech Franka, przyspieszony Molly. Głuchy pomruk ze studni, dalej pojękiwanie sponiewieranego Greya. Przesunęła się jeszcze trochę w bok, coś zaplątało jej się między nogami. Czaszka. Postąpiła jeszcze jeden krok i skała za jej plecami raptownie się urwała. Rose odwróciła się, odkopnęła kolejną czaszkę i pobiegła wąskim korytarzykiem przed siebie, świecąc sobie komórką, dobytą z kieszeni. Miała nadzieję, że Czarny Człowiek będzie ją ścigał, dając Frankowi i Molly chwilę oddechu.
Kości chrzęściły pod jej stopami, gdy wpadła do niewielkiego pomieszczenia, o ścianach pomalowanych na czerwono. Obejrzała się, by ujrzeć wyszczerzonego w okropnym usmiechu Czarnego Mężczyznę, sunącego w jej stronę jakieś pół metra nad ziemią. Krzyknęła, uderzyła goleniami w coś twardego, przewróciła się i krzyknęła jeszcze raz.
Siedziała teraz w czymś w rodzaju brodzika, którego granice wyznaczał murek z głazów, z grubsza ociosanych i dopasowanych o siebie, murek, w który przed chwilą wyrżnęła nogami, uciekając w popłochu. W ścianie, zamykającej jeden z konców brodzika, ział trójkątny otwór, stworzony siłami natury, poniżej otworu zaś skała była gładka, jakby glazurowana.
- No i dokąd teraz uiekniesz? - zapytał Mężczyzna.
- Anu! - głos Molly dobiegał jak z bardzo daleka. - Anu!
Przez głowę Rose przeleciał ekspresowy pociąg skojarzeń. Czarna Annis, Drzwi, wyschnięte źródło, w którym siedziała. Anu.
Annan. Ana. Morrigan.
Strażniczka Światów.
Hekate.
Rose uderzyła obiema dłońmi w ziemię.
- Anu! Pomóż mi go pokonać! Przybądź Anu!
Strugi srebrnego światła wytrysnęły spod dłoni Rose. Moc przeszyła ją od stóp do głów, stawiając wszystkie włosy na ciele dęba, a blask spowił ją jak srebrny kokon.
Mężczyzna cofnął się, Rose słyszała jego wrzaski, w swojej glowie i w swoich uszach.
- Nie! Nie! NIE!
Srebrne światło uformowało postać kobiety, stojącej ramię w ramię z Rose.
- Nie pozwolimy ci ich zabić - oznajmiła Montoya. - Nie zabijesz już nikogo więcej.
Srebrna bogini rozpostarła ramiona, rzucając blask na czerwone ściany pomieszczenia.
A potem światło zwarło się z ciemnością.
Rose sama nie wiedziała jak znalazła się z powrotem w głównej jaskini. Skała wokół studni zaczynała już pękać, pod wpływem szturmujących macek, wokół zaś pląsał na nowo rozradowany Grey. Pod sklepieniem przewalały się z rykiem światło i ciemność w odwiecznej walce.
Wyciągnęła dłonie i stwierdziła, że tryska z nich srebrzysty blask, a moc wciąż płynie jej żyłami.
- Do piekła! - wrzasnęła, uderzając w macki światłem. - Paszły!
Zwinęły się natychmiast, ale gdy tylko blask przygasł, wystrzeliły z powrotem.
- Paszły won! - ryknęła Rose, zadając następny cios.
- Nie dasz rady! - wrzasnął Grey. - Nie dasz rady! Nie da...! Aaaaa!
Porażone kolejną świetlną bombą macki zadrgały i zwinęły się kurczowo, jedna zaś owinęła się wokół kostki milionera.
- Nie, puszczaj! - wrzasnąl rozpaczliwie. - To nie tak miało być!
Rose posłała kolejną porcję blasku wprost w czarny otwór studni. Z głębin kwiknęło i macki jęły się chować z zawrotną prędkością, ciągnąc za sobią Greya. W ostatniej chwili zdołał uchwycić cembrowinę i to zatrzymało go na powierzchni.
- Pomóż mi - jęknął błagalnie, patrząc na Rose. - Pomóż... Daj mi rękę!
W tym momencie ciemność poddała się światłości. Potworny ryk zatrząsł, zdawało się, całym światem. a drgania ziemi dawało się odczuć nie tylko w Leicester, ale i w przyległych miejscowościach. Czarny wir oderwał się od sklepienia i niczym rozpędzone wiertło wbił się w otwór studni, pchając przed sobą Greya.
Podłoga jaskini wciąż drgała, tak samo jej ściany.
- Chyba musimy stąd iść - Rose rozejrzala się z obawą. - Molly, dasz radę mi pomóc? Trzeba zabrać stąd Franka.
- Rose, ja nie wiem... - Molly przyłożyła dwa palce do szyi Lamparda. - Nie czuję tętna...
Srebrny blask spłynął miękko spod sufitu i uformował się w postać kobiecą. Mógłby uformować się równie dobrze w pałac Windsor, Rose bowiem nie zwracała na niego żadnej uwagi. Jedyne co ją teraz interesowało to Frank, leżący na kamieniach, z kredowobiałą twarzą. Usiadła przy nim, gładząc go po włosach i policzku.
- No i skrewiłam - powiedziała. - Chciałam ci pomóc, naprawdę chciałam. Kocham cię, Frankie...
Położyła głowę na jego piersi, nie mając siły powstrzymywać łez, cisnących jej się do oczu.
- Tak mi przykro, Rose - usta Molly wygięły się w podkówkę.
- Ojejej, a czemuż ci przykro, moja droga? Jeszcze zatańczysz na ich weselu! - odpowiedział znajomy głos.
Rose poderwała głowę. Tam, gdzie przed chwilą stała świetlista postac, teraz znajdowała się starsza pani, jak zwykle odziana w beżowy kostium, z torebką przewieszoną przez ramię i w nieodłącznym brązowym kapelusiku na głowie.
- Panna Waterhouse? - zdziwiła się Rose.
- Co pani tu robi? - zapytała oszołomiona Molly.
- No przecież, moje kochane, jak to co? - staruszka się roześmiała. - Pomagam wam sprzątać ten cały bałagan! Ale, ale, my tu gadu gadu, a tu trzeba Franka przenieść w inne miejsce, o tam będzie dobrze, tam jest wysoko. Porządne sprzątanie, moje drogie, to tylko na mokro.
Przeniosły posłusznie ciało Lamparda we wskazane miejsce , gdzie podłoga jaskini wyraźnie wybrzuszała się w górę.
- A teraz uwaga, trzymajcie się mocno, bo będzie trochę chlapać! - oznajmiła panna Waterhouse.
Klasnęła w dłonie. Zaszumiało, potem szum przeszedł w stłumiony ryk.
- Źródło... - domyśliła się Rose.
Potężna fala wody chlusnęła z korytarzyka, wiodącego do czerwonego pokoju, wymywając wszystkie kości i zalewając na chwilę jaskinię, obmywając jej wszystkie ściany, a potem spienionym strumieniem odpływając do studni. Rose w ostatniej chwili złapała swoją płócienną torbę, dryfującą na wodzie, a potem osłoniła sobą Franka.
Woda kotłowała się i bulgotała na podłodze groty przez chwilę, potem spłynęła, pozostawiając wilgotne ściany i świeży, rześki zapach w powietrzu.
- No i już - oznajmiła z zadowoleniem panna Waterhouse. - Posprzątane. A studnia pełniutka wody.
Dziewczyny otworzyły oczy. Starsza pani, mimo iż cały czas stała na środku jaskini, była sucha jak pieprz, nawet jej pantofle nie nosiły najmniejszego śladu wilgoci.
- O, kochanie, dobrze, że masz tę torbę, znajdzie się tam jakaś butelka? - zapytała. - Trzeba przecież pomóc temu miłemu chłopcu, tak dzielnie walczył z tym wielonogim paskudztwem i tak bardzo cię kocha. Skocz no do źródełka i przynieś wody z niego. Jak się Frank napije to zaraz mu będzie lepiej.
Tego nie trzeba było Rose powtarzać. Drżącymi dlońmi wydłubała z torby butelkę mineralnej, wylała zawartość i pogalopowała do źródełka. Wróciła z pełniutką butelką w tempie, jakiego nie powstydziłby się Usain Bolt.
- Podnieś mu głowę, Molly - skomenderowała.
Molly posłusznie podparła Franka, a Rose wlała w jego blade wargi zimną, czystą wodę ze źródełka.
- Pij Frankie - powiedziała tonem, jakiego zwykle używa się wobec dzieci. - Przecież cholera, nie możesz mnie tak zostawić. No pij.
Podała mu jeszcze trochę wody, część spłynęła mu po podbródku.
Przez chwilę nie działo się nic. Rose ogarnęły już straszliwe myśli, że panna Waterhouse, Hekate, czy kimkolwiek była ta istota, straszliwie z niej zadrwiła, że Frank umarł, że jest po wszystkim.
I wtedy rozległ się absolutnie najpiękniejszy dźwięk na świecie.
Frank Lampard się zakrztusił.
Kaszlał, prychał i pluł przez chwilę, na jego twarz zaś wracały normalne barwy. Osłupiała Molly pomacała go po szyi.
- Normalne, porządne tętno - oznajmiła radośnie.
- Ty żyjesz - Rose chwyciła Franka w objęcia. - Frankie! Ty żyjesz! Frankie!
- No żyję, żyję - wychrypiał, przytulając Rose.
Rose śmiała się przez łzy, całując Lamparda chaotycznie po oczach, nosie, czole, brwiach i policzkach.
- Kocham cię, ty... ty... ty pawianie! - oznajmiła.
- Też cię kocham, kolczasta Różyczko - odpowiedział.
Po czym zatonęli w głębokim, namiętnym pocałunku.
Molly tylko westchnęła i spojrzała na pannę Waterhouse.
- Ach wy, ludzie - westchnęła staruszka z rozbawieniem. - Od tysięcy lat tacy sami. Weź, no Molly, moja droga tę wodę, wy też się powinnyście napić.
Molly golnęła sobie cudownego napitku z wielką chęcią i poczuła jak nowe życie wlewa się w jej zmęczone, poobijane ciało.
- Cudownie - mruknęła.
Rose zdołała na chwilę oderwać się od Franka i przyjęła butelkę z rąk Molly.
- Nalejcie świeżej wody, jak skończycie, moje kochane, Wasyl i Majka będą jej potrzebować - pouczyła starsza pani. - A i Walterowi się przyda.
Molly zerwała się na równe nogi.
- No właśnie, co z nimi? - krzyknęła.
- Nie martw się, wszystko jest pod kontrolą - uspokoiła panna Waterhouse. - No, prawie wszystko. Ale lepiej będzie, jak się pospieszycie, kochani.
- Nie wiem co jest w tej wodzie, ale czuję się tak, że mógłbym z marszu zagrać trzy mecze - oznajmił radośnie Lampard, zrywając się sprężyście z podłogi. - I o, ta dziura w ramieniu zniknęła!
Rose też się podniosła i obejrzała biceps Franka. Po ukąszeniu przez gigantycznego wija nie było śladu.
- O żeż ty - zdziwiła się. - Tak prawdę mówiąc, to ja się też zajebiście czuję. Zupełnie jakby mnie ta upiorzyca nie skotłowała, ani nic.
- Święte źródło - rzekła panna Waterhouse z szerokim uśmiechem.
- Też się świetnie czuję, ale czy moglibyśmy wracać na górę? - przynagliła delikatnie Molly.
- Ale którędy? - zapytał Frank. - Wyjście jest zasypane.
Panna Waterhouse pokręciła głową z niesmakiem.
- Wybaczcie mi, taka dzisiaj jestem roztargniona - rzekła. - Przez to wszystko zupełnie zapomniałam o wejściu!
Podeszła do skalnej ściany, machnęła ręką i skała się rozstąpiła, tworząc wejście na wąską, spiralną klatkę schodową.
- No, lećcie już! - przynagliła.
Tymczasem w kamiennym kręgu w Bradgate zaroiło się od wielkich, brodatych motocyklistów, odzianych w skóry i dżins.
- Chcieli mnie pobić! - wrzasnął James Rainault, bardzo starając się wyglądać jak niewinna ofiara. - Ratujcie!
Ojciec Ghiottone spojrzał na niego z politowaniem.
- Masz pecha, synu - rzekł. - Tak się składa, że ja te owieczki znam i wątpię, żeby chciały dać komuś w ryj bez dobrego powodu.
- Mamy bardzo, bardzo dobry powód - oznajmił jadowicie Walter. - On zabił te wszystkie dziewczyny, Laurę, Ronette, Zoe i Moirę!
- I chciał zabić Wallego - dodał ponuro Marcin.
Ksiądz spojrzał na Jamesa, wciąż usiłującego sprawiać wrażenie niewinności ucieleśnionej.
- To prawda, synu? - zapytał surowo.
- No co też ksiądz, proszę księdza - prychnął Rainault. - To zwykłe pomówienia! Jestem poważnym weterynarzem!
Jeden z motocyklistów, człowiek niski i pękaty, acz równie brodaty jak reszta, podszedł do niego i przyjrzał mu się uważnie.
- Ja go znam - rzekł. - Ma gabinet w Nottingham. I bardzo lubi kręcić się przy kamieniach.
- No sam ksiądz widzi, księże Tuck, ja jestem tylko niegroźnym dziwakiem! - wrzasnął James. - Ja nikogo nie morduję!
Nagle ziemia zadrżała, jak wielki pies, próbujący strząsnąć z siebie pchły.
Korzystając z chwili nieuwagi, wywołanej nagłym wstrząsem, Rainault próbował prysnąć, ale osadziło go w miejscu złowrogie warczenie Keplera.
- No dobrze, synu, mam dla ciebie propozycję - rzekł Ghiottone. - Udasz się na policję i wyznasz im, jak w konfesjonale, wszystkie swoje grzechy.
- A jak nie, to co? - zapytał zuchwale James.
- No wiesz, ja już muszę jechać, msza i te sprawy... - ksiądz wykonał szeroki gest ręką. - Zostawię cię z moimi chłopcami... a niektórzy z nich znali zamordowane dziewczyny.
Rainault potoczył spojrzeniem po srogich gębach i potężnych bicepsach "chłopców".
- Chętnie zostanę z chłopakami Ghiottone - oznajmił Wasyl, krzyżując ramiona na piersi. - I sobie z tobą pogadamy, tak od serca. Co ty na to Jimmy?
- Proszę księdza ja chcę na policję - oznajmił Rainault. - Jak najszybciej!
- Mądra decyzja - pochwalił Tuck.
Majka rozmasowała brzuch, po czym przestąpiła z nogi na nogę. Czuła się jakoś dziwnie, jakby coś uciskało jej podbrzusze. Pomasowała się jeszcze raz, po czym spojrzała na swoje krocze.
Na tkaninie spodni wyraźnie rysowała się plama krwi o rozmiarach monety dwupensowej.
- Marcin - jęknęła Majka, czując, że jej słabo. - Marcin, ja krwawię!
- Co? - Wasyl nie zrozumiał.
- Ttto... ttto chyba poronienie - zajęczała.
- O kurwa - Marcin pobladł jak giezło. - Lekarza!
- No przecież jestem - rzekł spokojnie ksiądz Tuck. - Który tydzień?
- Dziewiąty, albo dziesiąty - Majka w ramionach Wasyla drżała jak liść.
- To do domu, w szpitalu nic nie zrobią. Na motory, dzieciaki! - zarządził Tuck. - Flint, ty i Buckie zawieźcie tego palanta na gliny.
Flint, wysoki, chudy i rudy jak pochodnia, posłusznie skinął głową.
Po chwili Majka siedziała już wygodnie w motocyklowej przyczepce, z siodełka obok, za plecami jednego z motocyklistów Tucka, wychylał się Wasyl, a cała eskadra z rykiem silników pruła w kierunku mieszkania Lamparda.
A tam nie było nikogo. Apartament był pusty i w lekkim nieładzie. Wasyl zaniósł Majkę do pokoju gościnnego, troskliwie ułożył ją w łóżku i zostawił w rękach Tucka. W progu zderzył się z rozlatanym z nerwów Walterem, który nie wiedział,czy płonąć furią, czy umierać ze strachu.
- Molly, Grey ma Molly! - wyjęczał Walter. - Oni na pewno, na pewno są w podziemiach!
- Grey? - zdziwił się ksiądz Ghiottone. - Tego milionera masz na myśli, synu?
- To zły, zły człowiek! Kazał zabić moją mamę! - Walter nie taił oburzenia i odrazy. - I współpracował z tym, tym Jamesem! Chciał, żeby on zabijał!
Ksiądz podrapał się wielkim łapskiem po głowie.
- Zawsze miał niezdrowy pociąg do czarnej magii - mruknął. - Wcale bym się nie zdziwił, gdyby...
Nie dokończył. Głuchy, a potężny grzmot przetoczył się nad miastem, wstrząsając budynkami, dzwoniąc szybami i uruchamiając samochodowe alarmy.
Wasyl przytomnie skoczył do salonu i uruchomił telewizor.
- Domniemany samolot terrorystów okazał się deszczem meteorytów - mówiła prezenterka. - Liczne, jak się okazuje fałszywe, alarmy zaniepokojonych mieszkańców Leicester niemalże postawiły w stan gotowości bojowej lotnictwo w najbliższej bazie wojskowej, wyszło jednak na jaw, że za pożary w mieście odpowiada chmura drobnych meteorów, poprzedzająca upadek bolidu. Bolid ten przed chwilą eksplodował w atmosferze.
Niezbyt wyraźne nagranie wideo prezentowało bolid, podejrzanie przypominający kształtem smoka, znikający w potężnym, niebieskobiałym rozbłysku, któremu akompaniował grzmot.
- Mimo iż odnotowano straty materialne w dzisiejszych zajściach na szczęście nikt poważnie nie ucierpiał - zakończyła uśmiechnięta spikerka.
- Coś mi mówi - mruknął ksiądz. - Że wasi przyjaciele całkiem nieźle sobie radzą w tych podziemiach.
Wywiązała się gorąca debata, czy iść na poszukiwania zaginionej trójki, czy raczej poczekać, przy czym Walter zdecydowanie optował za wyprawą, natomiast Marcin, ze zrozumiałych względów był rozdarty. Nie zdołano dojść do żadnych konstruktywnych wniosków, gdy w salonie zjawił się ksiądz Ghiottone.
- No i co, niech ksiądz mówi! - Wasyl niemalże uniósł niedużego wzrostem duchownego do góry.
- Ty jesteś ojcem, synu? - zapytał Tuck spokojnie.
Marcina z lekka zamurowało.
- Znaczy się, że co? - zapytał bardzo inteligentnie.
- Czy ta dziecina poczęta to owoc twych lędźwi? - cierpliwość Tucka była niezmierzona. - No wiesz, czy jesteś producentem, czy to ty zasadziłeś nasionko... Mówiąc wprost: czy Majka nosi twoje dziecko?
- Aaa, tak, ja jestem, znaczy nosi moje dziecko - zreflektował się Wasyl. - No i co z nimi, powie mi ksiądz?
- Powiem - zgodził się uprzejmie duchowny i lekarz w jednej osobie. - Twoja, mam nadzieję, żona, lub przyszła żona, powinna dużo odpoczywać. Za dużo wysiłków dzisiaj miała. Posłałem chłopaków po leki rozkurczowe, zaraz powinni być. Niech je zażywa zgodnie z zaleceniami i niech leży. Plackiem. Może uda się wtedy zatrzymać krwawienie i skurcze.
- Może?! - Wasyl wyglądał przez moment jakby miał zamiar udusić księdza Tucka. - Co znaczy może?!
- To, że niezbadane są wyroki boskie, a ja nie jestem cudotwórcą - odparł ksiądz.
- Synu - Ghiottone uznał za stosowne się wtrącić. - Byłbym ci bardzo zobowiązany, gdybyś powstrzymał się od uszkadzania mojego serdecznego kumpla od kropidła.
Marcin popatrzył na swoje dłonie, zaciśnięte kurczowo na barkach Tucka, po czym je otwarł.
- Przepraszam - powiedział. - Tylko wie ksiądz, cholernie mi na niej zależy... I na naszym dziecku też...
- To idź jej to wreszcie powiedz! - wybuchł Walter. - Ja nie powiedziałem Molly tylu rzeczy, a teraz mogę już nie mieć okazji, więc przynajmniej ty nie bądź cymbałem!
Wszyscy na moment skamienieli, patrząc na nieśmiałego zazwyczaj i cichego Waltera, jak na zjawisko paranormalne.
Pierwszy ocknął się Wasyl.
- Masz rację chłopie - rzekł, klepiąc Waltera w plecy. - Jestem cymbał. A ty jesteś mądry gość.
Wyszedł z pokoju, w progu jednak zatrzymał się i spojrzał na Tucka.
- A, proszę księdza... - zaczął z wahaniem. - Czy Majce wolno się całować?
Tuck zastanowił się głęboko.
- Myślę, że wolno - orzekł.
________________________________________________
Po długiej przerwie wreszcie napisałam nowy rozdział, mam nadzieję, że nie macie mi za złe, że musiałyście tyle czekać. No i że wam się spodoba :)
M.

wtorek, 27 maja 2014

Rozdział 19

 Majka siąknęła nosem po raz ostatni, po czym wzięła głęboki oddech, usiłując uczynić to niezauważalnie. Częściowo ułatwiał jej to fakt, że twarz wciąż miała wtuloną w pierś Wasyla, natomiast świadomość, że za jej plecami Rainault układał właśnie Waltera na kamieniu, szykując się do poderżnięcia gardła, motywowała do działania.
Węzły na nadgarstkach Marcina zaciśnięte były niemiłosiernie mocno. Próbując je poluzować zadarła sobie paznokieć, ale nie ustępowała, szarpiąc oporny sznur, dopóki nie usłyszała spkojnego szeptu Wasyla.
- Już.
- O Boże! - jęknęła na cały głos, puszczając Marcina. - O mój Boże!
Zgięła się w pół, łypiąc cały czas jednym okiem na Rainaulta.
- Bóg dzi nie pomoże - rzekł wzgardliwie Hinten. Pod oczyma miał już purpurowe sińce.
- Boli! - wrzasnęła Majka.
- Majeczka, co ci?! - ryknął Wasyl niczym zdesperowane yeti, szarpiąc się przy tym w jej stronę, dzięki czemu nie było widać, że tak naprawdę mocuje się z więzami. - Pomóżcie jej!!! Ona jest w ciąży!
- Mój brzuch... - stęknęła Majka, zwijając się u stóp Marcina jak dżdżownica na haczyku. - To chyba koniec...
- Czy ja nie mogę mieć chwili ciszy? - wrzasnął Rainault, wyrzucając w górę ręce i potrząsając nożem. - Muszę się skupić, to jest poważny rytuał! Hinten, zrób z nią coś, do kurwy nędzy!
- Jezdeś cham - rzekł z urazą Hinten i pochylił się nad Majką.
Nie wiedział, że robiąc to znalazł się w zasięgu uwolnionych już rąk Marcina, co Wasyl skwapliwie wykorzystał, waląc byłego sekretarza prosto w zęby.
Zachrzęściło nieprzyjemnie, Hinten padł na wznak, jak rażony gromem, a cudownie ozdrowiała Majka rzuciła się szczupakiem po pistolet.
- Rzuć nóż, skurwysynu! - wrzasnęła, mierząc w weterynarza.
Ten przytomnie zasłonił się Walterem i przyłożył nóż do jego gardła.
- Nie, słoneczko - odparł uprzejmie. - To ty rzuć broń, bo pomaluję okolicę na czerwono.
Oszołomiony Hinten usiadł i wypluł na garść kilka zębów przednich, tymczasem Wasyl wziął się pod boki.
- Słuchaj no, tani łapiduchu od króliczków, wkurwiasz mnie - oznajmił. - Odłóż ten majcher.
Od strony szosy napłynął głuchy ryk motocyklowych silników.
- Zabiję go - warknął Rainault, - A ona nie strzeli, nie da rady.
Majka bez słowa skierowała lufę pistoletu w dół i strzeliła. Kula zaryła się w ziemię metr przed Jamesem i Walterem.
- Strzelę - rzekła Majka. - Bardzo chęt...
Z wprawą godną mistrza MMA Walter podciął zgrabnym hakiem nogi weterynarza. Ten rozłożył szeroko ręce, zamachał nimi i padł na wznak, zaś Walter przypieczętował swoje zwycięstwo celnym kopem w brzuch wroga.
Przez chwilę James Rainault przypominał jako żywo rybę wyjętą z wody, usiłując, z wytrzeszczonymi oczyma, desperacko złapać oddech.
W tunelu zapanowała cisza, przerywana tylko sapaniem tarasque i niespokojnymi oddechami dwojga ludzi.
- Zastanawiam się - rzekł powoli Frank. - W co go dziabnąć. Jest cały opancerzony...
Tarasque ryknął ponownie, aż drobne kamyczki osypały się z szelestem ze ścian. Spłoszona Rose odruchowo zasłoniła się wolną ręką, układając palce w Znak Księżyca. To samo oślepiające światło, które niegdyś spłoszyło błoniastoskrzydłego stwora na balkonie mieszkania Franka, teraz buchnęło z potężną siłą spomiędzy palców dziewczyny.
- Odejdź - powiedziała Rose. Tarasque zaskomlał. - Odejdź, a nie stanie ci się krzywda. Nakazuję ci w imieniu Światła.
Monstrum usiłowało przywrzeć do ziemi, co nie było łatwe, ze względu na jego krępą sylwetkę i sztywny pancerz. Mrugając małymi oczkami, wyraźnie oślepione światłem, zaczęło się cofać, ze zgrzytem kolców, rysujących o skalne ściany korytarza.
- Grzeczny tarasek - pochwaliła Rose postępując do przodu.
Stwór cofał się, coraz szybciej i szybciej, pojękując, sapiąc i skomląc. Kolce pancerza kreśliły białawe linie na kamieniach ścian, a sześć krótkich nóg przebierało do tyłu w zawrotnym tempie.
Nagle skały rozstąpiły się na boki. Znaleźli się teraz w grocie, kórej sklepienie biegło gdzieś w górę i nikło w mroku. Tarasque cofał się dalej, dopóki nie dotknął tyłem okrągłego, cembrowanego rzeźbionymi kamieniami otworu na środku jaskini. Wtedy znikł, jak woda, wessana przez odpływ wanny.
Rose z westchnieniem opuściła rękę.
- Moja ty kobieto-latarko! - rzekł Frank z zachwytem, po czym przywarł w namiętnym pocałunku wargami do jej ust.
- Nie chciałbym przeszkadzać w tak intymnej chwili - głos Greya zabrzmiał jak świst bicza. - Niestety, to głupie bydlę nie wykonało swego zadania i zdaje się, że znowu muszę wszystko robić sam.
Frank i Rose odskoczyli od siebie i zlokalizowali czym prędzej właściciela głosu. Stał po drugiej stronie tajemniczej studni, u jego stóp zaś klęczała wściekła i przerażona Molly, z kneblem w ustach i rękoma związanymi na plecach.
- Dobra strona jest taka - rzekł Grey z zadowoleniem. - Że za chwilę otworzę Drzwi i przestaniecie być problemem.
- O ile pamiętam nie wyrobiłeś normy dziewic - zauważył Lampard.
- Każdy zamek da się obejść, Frank - odparł Grey drwiąco. - Ten również. Parę drobnych rytuałów, trochę negocjacji z Przedwiecznymi i kwestię ilości dziewic można pominąć. Poza tym, mój drogi kuzynek właśnie zmniejsza deficyt dziewic o jeden...
Molly usiłowała coś powiedzieć, ale knebel zamienił jej słowa w stłumione warczenie.
- Cicho, gołąbko, bo polecisz do otchłani - pouczył milioner, szturchając ją stopą w plecy. - Na czym to ja...? A właśnie, mam tu drugą brakującą dziewicę... teraz zaś i trzecią w bonusie.
Uśmiechnął się szeroko.
Frank i Rose spojrzeli na siebie, na Molly, potem zaś na wyszczerzonego Greya.
- No co tak się gapicie? Nóż na glebę! - skomenderował Robert, najwyraźniej nie zauważywszy solniczki w ręku Lamparda. - Pan siada tam gdzie stoi, panna do mnie, tylko pędzikiem!
Skonsultowawszy się ponownie spojrzeniami, podczas gdy solniczka wędrowała za plecami z rąk do rąk, Rose i Frank postanowili spełnić żądania tego szaleńca... przynajmniej na razie.
Zatknąwszy solniczkę za pasek od spodni na plecach Rose okrążyła studnię, co obserwował Frank, który w półprzysiadzie, z oczyma lśniącymi w półmroku, wyglądał niczym przyczajony lampart.
- Zaczniemy od małej gry wstępnej - rzekł Grey, dobywając nie wiadomo skąd mały srebrny nożyk.
Ponowne zamieszanie w uspokojoną już sytuację przy kamieniach wprowadził Hinten, zrywając się znienacka z ziemi i waląc Wasyla w łeb kawałkiem gałęzi. Zaraz potem przepadł w krzakach, jednak rozpętany przez niego zamęt trwał dalej, bowiem Majka, zdejmująca ostatnie pętle sznura z przegubów Waltera, odruchowo rzuciła się na pomoc Marcinowi, co wykorzystał James Rainault, próbując wiać.
Walter, opętany iście bersekerskim duchem bojowym, rzucił się na niego, jednakże przewaga sił fizycznych była po stronie weterynarza złoczyńcy. Panowie poprzetaczali się, zwarci w uścisku, po czym James rozpłaszczył się na Walterze, dusząc go przy tym przedramieniem.
Ponieważ Wasyl ciągle jeszcze widział gwiazdy, Majka sięgnęła po pistolet i wymierzyła w Rainaulta, jednak po chwili opuściła broń.
- Wasyl! - poklepała siedzącego na ziemi stopera po policzku. - Marcinku, jak rany, ogarnij się!
- Jest cię dwie - rzekł stoper z mętnym zdumieniem, patrząc na nią szeroko otwartymi oczyma. - Ale obie śliczne!
- Walter się robi fioletowy, zrób coś z tym konowałem! - jęknęła Majka. - Nie mogę do niego strzelic, bo uszkodzę też Waltera!
- Jużżż - zapewnił Marcin, skrabiąc się na nogi, bardzo chwiejnie i niepewnie.
Niewykluczone, że Walter postradałby żywot, gdyby nie nagły powrót Keplera. Pies, widać zaspokoiwszy instynkt łowiecki, wyskoczył z krzaków, powiewając zeschłą trawą wplątaną w obrożę i bez namysłu ugryzł Rainaulta w wypięty tyłek.
Weterynarz wrzasnął straszliwie, puszczając jednocześnie szyję Waltera.
- Spierdalaj, kundlu! Zabierzcie go ode mnie! - ryczał, usiłując tłuc wczepionego w jego zadek psa.
- Chyba już mu starczy - rzekł Marcin, który odzyskał już pełną łączność ze światem i pomógł Walterowi wstać. - Kepler, dobry piesek, puść to gówno, bo ci zaszkodzi...
- Puść! - skomenderowała niechętnie Majka. Pies, równie niechętnie, je wykonał. Rainault rzucił się do koślawej ucieczki, ale zderzył się z czymś, co wyglądało jak ściana w skórzanej kurtce.
- Spieszysz się dokądś, synu? - zapytał ksiądz Ghiottone. - Pamiętaj, gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy.
Majka, Wasyl i Walter odetchnęli z ulgą, choć w wykonaniu tego ostatniego przypominało to bardziej kaszel.
Skomplikowany rysunek, wykonany kredą przez Greya, rozpościerał się na podłodze, obok studni. W jego środku znajdował się odwrócony pentagram, nad którym milioner (wciąż trzymający jedną stopę za plecami Molly, tkwiącej na krawędzi cembrowiny) wyciągnął rękę Rose. Intonując coś, co zapewne było zaklęciem, a brzmiało jak zadławienie ością, naciął jej opuszek palca. Rose skrzywiła się z bólu, Lampard drgnął nerwowo, Grey zaś pogroził mu palcem. Krew splamiła białe linie rysunku.
- O Panie, Który Wędrujesz W Mroku! Władco Strachu! Strażniku Przedwiecznych! - ryknął Grey głucho i ponuro. - Ofiaruję ci te dwie dziewice! Otwórz przejście! Wezwij Chaos W Sercu Wszechrzeczy! Zbudź Tego, Który Śpi, A Nie Umiera! Niech się stanie!
Wyrzucił w górę ramiona teatralnym gestem i przymknął oczy, w oczekiwaniu na to co miało nadejść.
Egipska ciemność ogarnęła na moment jaskinię, połknęła z kretesem światło latarki, by potem wypluć zarówno je, jak i wszystkich zebranych na sali i uformować się w postać potężnego mężczyzny w kapeluszu, pod rondem którego lśniły czerwone iskierki oczu.
Niewidzialna dłoń spoliczkowała Greya, kreda uniosła się spoza jego stóp i napisała coś na skale wołowymi literami.
NIE DZIEWICA.
- Ale jak to...?
Mroczny mężczyzna znikł, czy raczej roztopił się w ciemnościach, zalegających kąty.
Rose sięgnęła do tyłu i namacała tkwiącą za paskiem solniczkę.
- Ale panie... - jęknął Grey. - Jak to?
- Tak to! - Rose szerokim zamachem sypnęła mu sól w oczy. - Nie jestem dziewicą!
- Kurwa!- wrzasnął Robert podnosząc dłonie do oczu.
Coś zachrobotało w czeluściach studni. Lampard dwoma sprężystymi susami znalazł się przy wijącym się z bólu Greyu i wyrżnął go pięścią w twarz.
- Plan ci się zesrał - zauważył, wykręcając milionerowi rękę za plecami. - A taki ładny był, mroczny...
Rose podniosła upuszczony przez Greya nóż i rozcięła więzy Molly, po czy delikatnie wyjęła jej knebel.
Molly splunęła, zdjęła paproch z języka, po czym spojrzała na Greya z najwyższym obrzydzeniem.
-Ty zbuku ezoteryczny! - warknęła. - Ty ektoplazmatyczny bobku, ty zmazo spirytystyczna! Jeśli Walterowi coś się stało, to cię zatłukę na śmierć encyklopedią!
Ze studni rozległo się jakby drapanie i chrzęszczenie.
- Encyklopedią? - zdziwiła się Rose. - Nie szkoda ci będzie?
- Wysłaliśmy im odsiecz - zapewnił jednocześnie Lampard. - Wally'emu nic nie będzie.
- Kurwa - rzekł Grey głucho i smętnie. - Cały plan mi się jebnął przez jakiegoś piłkarzynę. Zapomniałem, że z was tacy jebacy... A żeby cię Czarny Pan za to pokarał, Lampard, ciebie i twojego siurka...
Frank i Rose spojrzeli na siebie nawzajem i zaczęli się śmiać.
- O mój Boże - jęknęła cichutko Molly, rozszerzonymi ze strachu oczyma patrząc na studnię. - O mój Boże...
Pozostali spojrzeli tam gdzie ona i głos im odebrało. Ze studni wyłaził największy i najpaskudniejszy wij, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi. Był gruby jak beczka, długi na kilka metrów i miał mnóstwo czerwonych nóżek, oraz wielkie, czerwone szczękoczułki.
- Dzięki ci, Czarny Panie! - wrzasnął ekstatycznie Grey, wyrywając się z uścisku Franka. - Wiedziałem, że mnie nie zostawisz! Dziękuję!
Tymczasem wij wypełzł już w całości z otworu studni, lśniący, czarny i absolutnie obrzydliwy. Jego odnóża przebierały po skalnym podłożu groty z chrzęstem, gdy posuwał się w kierunku zszokowanych ludzi.
Rose, usiłując nie zwymiotować z obrzydzenia, ścisnęła mocniej w spoconej dłoni solniczkę, Frank podniósł pospiesznie porzucony wcześniej nóż kuchenny, Molly zaś wysunęła przed siebie dłoń zbrojną w rytualne ostrze Greya.
Gigantyczny krocionóg kłapnął szczękoczułkami, na kórych czubkach wisiały kropelki mętnej cieczy. Nikt nie miał wątpliwości, że był to jad.
Milioner, którym nikt się nie zajmował, rozchichotany i szcześliwy jak dziecko, zaczął kreślić kredą nowe linie na podłodze jaskini, mamrocząc pod nosem kolejne inkantacje.
- Nienawidzę stonóg - wycedziła przez zęby Rose. - Nienawidzę.
Bez namysłu sypnęła na potwora solą, druga dłonią czyniąc znak księżyca. Oślepiony światłem wij, dymiąc z ran, powstałych w miejscach, gdzie spadła sól, rzucił się do przodu, na przemian rozwierając i zamykając szczękoczułki. Niewykluczone, że zdołałby złapać Rose, gdyby nie błyskawiczna reakcja Lamparda, który odepchnął dziewczynę na bok i wbił nóż w oko potwora, aż po samą rękojeść. Zielona posoka popłynęła z rany, ściekając strumieniem po łbie monstrum i kapiąc na kamienie.
Wij uniósł przednią część ciała, pogrążając stojącego przed nim Franka w cieniu.
"Teraz!" pomyślała Rose. "Muszę mu pomóc!"
Podniosła się z klęczek, nie czując nawet bólu w otartych kolanach i dłoniach... i zamarła.
Za wijem stał Czarny Człowiek i patrzył na nią. W czerwonych iskierkach oczu malowała się drwina.
Na moment umysł Rose zalała fala myśli, dobrze znajomych, ale jednocześnie jakby przychodzących z zewnątrz.
"To mężczyzna, oni chcą tylko jednego, na pewno cię zdradzi, będzie się rypał z dziwkami jak ten jego koleś, Terry, oni wszyscy tacy są, nie można im ufać, podłe, zdradzieckie obleśne wieprze, lepiej, żeby umarł, będziesz bezpieczna, nie zdoła cię już skrzywdzić, bo oni wszyscy tylko krzywdzą, a potem znikają, zawsze, zawsze, zawsze!"
Ponowne zamieszanie w uspokojoną już sytuację przy kamieniach wprowadził Hinten, zrywając się znienacka z ziemi i waląc Wasyla w łeb kawałkiem gałęzi. Zaraz potem przepadł w krzakach, jednak rozpętany przez niego zamęt trwał dalej, bowiem Majka, zdejmująca ostatnie pętle sznura z przegubów Waltera, odruchowo rzuciła się na pomoc Marcinowi, co wykorzystał James Rainault, próbując wiać.
Walter, opętany iście bersekerskim duchem bojowym, rzucił się na niego, jednakże przewaga sił fizycznych była po stronie weterynarza złoczyńcy. Panowie poprzetaczali się, zwarci w uścisku, po czym James rozpłaszczył się na Walterze, dusząc go przy tym przedramieniem.
Ponieważ Wasyl ciągle jeszcze widział gwiazdy, Majka sięgnęła po pistolet i wymierzyła w Rainaulta, jednak po chwili opuściła broń.
- Wasyl! - poklepała siedzącego na ziemi stopera po policzku. - Marcinku, jak rany, ogarnij się!
- Jest cię dwie - rzekł stoper z mętnym zdumieniem, patrząc na nią szeroko otwartymi oczyma. - Ale obie śliczne!
- Walter się robi fioletowy, zrób coś z tym konowałem! - jęknęła Majka. - Nie mogę do niego strzelic, bo uszkodzę też Waltera!
- Jużżż - zapewnił Marcin, skrabiąc się na nogi, bardzo chwiejnie i niepewnie.
Niewykluczone, że Walter postradałby żywot, gdyby nie nagły powrót Keplera. Pies, widać zaspokoiwszy instynkt łowiecki, wyskoczył z krzaków, powiewając zeschłą trawą wplątaną w obrożę i bez namysłu ugryzł Rainaulta w wypięty tyłek.
Weterynarz wrzasnął straszliwie, puszczając jednocześnie szyję Waltera.
- Spierdalaj, kundlu! Zabierzcie go ode mnie! - ryczał, usiłując tłuc wczepionego w jego zadek psa.
- Chyba już mu starczy - rzekł Marcin, który odzyskał już pełną łączność ze światem i pomógł Walterowi wstać. - Kepler, dobry piesek, puść to gówno, bo ci zaszkodzi...
- Puść! - skomenderowała niechętnie Majka. Pies, równie niechętnie, je wykonał. Rainault rzucił się do koślawej ucieczki, ale zderzył się z czymś, co wyglądało jak ściana w skórzanej kurtce.
- Spieszysz się dokądś, synu? - zapytał ksiądz Ghiottone. - Pamiętaj, gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy.
Majka, Wasyl i Walter odetchnęli z ulgą, choć w wykonaniu tego ostatniego przypominało to bardziej kaszel.
Skomplikowany rysunek, wykonany kredą przez Greya, rozpościerał się na podłodze, obok studni. W jego środku znajdował się odwrócony pentagram, nad którym milioner (wciąż trzymający jedną stopę za plecami Molly, tkwiącej na krawędzi cembrowiny) wyciągnął rękę Rose. Intonując coś, co zapewne było zaklęciem, a brzmiało jak zadławienie ością, naciął jej opuszek palca. Rose skrzywiła się z bólu, Lampard drgnął nerwowo, Grey zaś pogroził mu palcem. Krew splamiła białe linie rysunku.
- O Panie, Który Wędrujesz W Mroku! Władco Strachu! Strażniku Przedwiecznych! - ryknął Grey głucho i ponuro. - Ofiaruję ci te dwie dziewice! Otwórz przejście! Wezwij Chaos W Sercu Wszechrzeczy! Zbudź Tego, Który Śpi, A Nie Umiera! Niech się stanie!
Wyrzucił w górę ramiona teatralnym gestem i przymknął oczy, w oczekiwaniu na to co miało nadejść.
Egipska ciemność ogarnęła na moment jaskinię, połknęła z kretesem światło latarki, by potem wypluć zarówno je, jak i wszystkich zebranych na sali i uformować się w postać potężnego mężczyzny w kapeluszu, pod rondem którego lśniły czerwone iskierki oczu.
Niewidzialna dłoń spoliczkowała Greya, kreda uniosła się spoza jego stóp i napisała coś na skale wołowymi literami.
NIE DZIEWICA.
- Ale jak to...?
Mroczny mężczyzna znikł, czy raczej roztopił się w ciemnościach, zalegających kąty.
Rose sięgnęła do tyłu i namacała tkwiącą za paskiem solniczkę.
- Ale panie... - jęknął Grey. - Jak to?
- Tak to! - Rose szerokim zamachem sypnęła mu sól w oczy. - Nie jestem dziewicą!
- Kurwa!- wrzasnął Robert podnosząc dłonie do oczu.
Coś zachrobotało w czeluściach studni. Lampard dwoma sprężystymi susami znalazł się przy wijącym się z bólu Greyu i wyrżnął go pięścią w twarz.
- Plan ci się zesrał - zauważył, wykręcając milionerowi rękę za plecami. - A taki ładny był, mroczny...
Rose podniosła upuszczony przez Greya nóż i rozcięła więzy Molly, po czy delikatnie wyjęła jej knebel.
Molly splunęła, zdjęła paproch z języka, po czym spojrzała na Greya z najwyższym obrzydzeniem.
-Ty zbuku ezoteryczny! - warknęła. - Ty ektoplazmatyczny bobku, ty zmazo spirytystyczna! Jeśli Walterowi coś się stało, to cię zatłukę na śmierć encyklopedią!
Ze studni rozległo się jakby drapanie i chrzęszczenie.
- Encyklopedią? - zdziwiła się Rose. - Nie szkoda ci będzie?
- Wysłaliśmy im odsiecz - zapewnił jednocześnie Lampard. - Wally'emu nic nie będzie.
- Kurwa - rzekł Grey głucho i smętnie. - Cały plan mi się jebnął przez jakiegoś piłkarzynę. Zapomniałem, że z was tacy jebacy... A żeby cię Czarny Pan za to pokarał, Lampard, ciebie i twojego siurka...
Frank i Rose spojrzeli na siebie nawzajem i zaczęli się śmiać.
- O mój Boże - jęknęła cichutko Molly, rozszerzonymi ze strachu oczyma patrząc na studnię. - O mój Boże...
Pozostali spojrzeli tam gdzie ona i głos im odebrało. Ze studni wyłaził największy i najpaskudniejszy wij, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi. Był gruby jak beczka, długi na kilka metrów i miał mnóstwo czerwonych nóżek, oraz wielkie, czerwone szczękoczułki.
- Dzięki ci, Czarny Panie! - wrzasnął ekstatycznie Grey, wyrywając się z uścisku Franka. - Wiedziałem, że mnie nie zostawisz! Dziękuję!
Tymczasem wij wypełzł już w całości z otworu studni, lśniący, czarny i absolutnie obrzydliwy. Jego odnóża przebierały po skalnym podłożu groty z chrzęstem, gdy posuwał się w kierunku zszokowanych ludzi.
Rose, usiłując nie zwymiotować z obrzydzenia, ścisnęła mocniej w spoconej dłoni solniczkę, Frank podniósł pospiesznie porzucony wcześniej nóż kuchenny, Molly zaś wysunęła przed siebie dłoń zbrojną w rytualne ostrze Greya.
Gigantyczny krocionóg kłapnął szczękoczułkami, na kórych czubkach wisiały kropelki mętnej cieczy. Nikt nie miał wątpliwości, że był to jad.
Milioner, którym nikt się nie zajmował, rozchichotany i szcześliwy jak dziecko, zaczął kreślić kredą nowe linie na podłodze jaskini, mamrocząc pod nosem kolejne inkantacje.
- Nienawidzę stonóg - wycedziła przez zęby Rose. - Nienawidzę.
Bez namysłu sypnęła na potwora solą, druga dłonią czyniąc znak księżyca. Oślepiony światłem wij, dymiąc z ran, powstałych w miejscach, gdzie spadła sól, rzucił się do przodu, na przemian rozwierając i zamykając szczękoczułki. Niewykluczone, że zdołałby złapać Rose, gdyby nie błyskawiczna reakcja Lamparda, który odepchnął dziewczynę na bok i wbił nóż w oko potwora, aż po samą rękojeść. Zielona posoka popłynęła z rany, ściekając strumieniem po łbie monstrum i kapiąc na kamienie.
Wij uniósł przednią część ciała, pogrążając stojącego przed nim Franka w cieniu.
"Teraz!" pomyślała Rose. "Muszę mu pomóc!"
Podniosła się z klęczek, nie czując nawet bólu w otartych kolanach i dłoniach... i zamarła.
Za wijem stał Czarny Człowiek i patrzył na nią. W czerwonych iskierkach oczu malowała się drwina.
Na moment umysł Rose zalała fala myśli, dobrze znajomych, ale jednocześnie jakby przychodzących z zewnątrz.
"To mężczyzna, oni chcą tylko jednego, na pewno cię zdradzi, będzie się rypał z dziwkami jak ten jego koleś, Terry, oni wszyscy tacy są, nie można im ufać, podłe, zdradzieckie obleśne wieprze, lepiej, żeby umarł, będziesz bezpieczna, nie zdoła cię już skrzywdzić, bo oni wszyscy tylko krzywdzą, a potem znikają, zawsze, zawsze, zawsze!"
- Rose! - krzyknęła Molly, jej głos dochodził do uszu Montoyi jak z oddali. Potworne, ociekające jadem szczękoczułki wisiały teraz tuż nad głową Franka.
"Oni zdradzają, odchodzą i traktują cię jak śmieć, jak swoją własność, on tez tak zrobi, zobaczysz..."
- Nie - powiedziała Rose z wysiłkiem. - Nie on.
Spojrzała na Franka i zalała ją fala wspomnień. Frank, pomagający jej, ratujący ją z pożaru, wspierający i pocieszający. Frank, siedzący przy jej łóżku, gdy w jej ciele zamieszkał demon. Frank, kochany, czuły, dobry Frank.
Bez namysłu skoczyła ku potworowi, sypiąc sól w jego zdrowe oko.
- Paszoł won, ty ścierwo, od mojego Lamparda! - ryknęła, wygrażając dłonią, złożoną w Znak Księżyca. - Spierdalaj! I ty, czarny gnojku też, nie ma dla ciebie miejsca w mojej głowie!
Wij cofnął się, jego niezliczone odnóża zafalowały, ciało wygięło się w tył. Frank bez namysłu wbił nóż ponownie, tym razem w brzuch stwora, który zwalił się jak ścięte drzewo. Teraz doskoczyła do niego Molly i zatopiła srebrne ostrze we łbie krocionoga, dokładnie między oczyma.
- Daliśmy radę! - wykrzyknęła radośnie Rose. - Zabiliśmy go!
- Ano daliśmy - rzekł Frank i zatoczył się. Twarz miał bladą i pokrytą grubymi kroplami potu.
- Frankie? Co ci jest? - Rose podtrzymała go troskliwie. - Molly, jesteś lekarzem, pomóż!
- Chyba... muszę... usiąść - powiedział Frank, osuwając się na podłogę. Molly przyłożyła dwa palce do jego szyi.
- Tętno mu zwalnia - rzekła zatroskana.
Czując narastającą niczym wielki, czerwony wrzód, panikę, Rose pospiesznie obejrzała Lamparda. Dopiero teraz dostrzegła, że ma rozdarty rękaw koszuli, a w ciele pod nim zieje okrągła, czerwona rana.
- Nie! - wrzasnęła, aż Grey drgnął i zamiast linii prostej wyszło mu coś na kształt elektrokardiogramu w trakcie migotania przedsionków.
- Chyba... się... nadziałem - rzekł z wysiłkiem Frank. - Kiedy... cię... odepchnąłem. Ale... nie szkodzi, Rosie.
- Zaraz coś wykombinujemy, Frank - obiecała solennie Rose. Zerwała się na równe nogi i jęła obchodzić jaskinię dookoła, zaglądając we wszystkie kąty. Nagle zatrzymała się i spojrzała na Molly, siedzącą przy Franku.
- Nie zdążymy go wywlec stąd i zawieźć do szpitala? - zapytała.
Molly pokręciła głową.
- Jasne, że nie - zachichotał Grey. - Zaraz otworzę te pieprzone Drzwi i już nikomu żaden lekarz potrzebny nie będzie.
- Kurwa, zapomniałam do reszty o końcu świata - wymamrotała Rose. Sięgnęła do torby, która leżała, porzucona na podłodze, wyjęła z niej butelkę wody mineralnej i bezceremonialnie chlusnęła zawartością na wyrysowane przez Greya linie.
- Dziwka! - wrzasnął milioner. - Ze mną się puścić nie chciałaś, wolałaś tego piłkarzynę, a teraz mi psujesz!
- Zamknij się - Rose usiadła przy Lampardzie. - Frankie...
Otworzył z wysiłkiem oczy. Każdy kolejny oddech przychodził mu z coraz większym trudem.
- Drzwi - szepnął. - Zamknijcie. Ja potem...
- On ma rację - powiedziała cicho Molly.
Rose bez słowa zdjęła bluzę i podłożyła ją Frankowi pod głowę. Potem obciągnęła koszulkę i wstała.
- Dobrze - powiedziała. - Zróbmy to.
Chwyciły się za ręce i zaintonowały zaklęcie. Grey natychmiast zaintonował kontrzaklęcie, wrzeszcząc jak opętany. Przekrzykiwali się przez chwilę, potem nagle zamilkli, wszyscy troje.
- Kurwa, nic dzisiaj nie działa - Rose znowu zaczęła krążyć po całej grocie. - Ej, tam jest jakieś przejście!
Chwyciła latarkę z podłogi i poświeciła na koniec jaskini przeciwległy do tego, przez który weszli.
- Tylko uważaj! - krzyknęła Molly. Frank nie powiedział nic, bo nie miał siły.
- Nic mi nie będzie - Rose zniknęła już w ciasnym korytarzyku. - Tylko pilnuj tego debila. I Franka. ...O kurwa!
Rozległ sie suchy grzechot, Rose wpadła pędem do jaskini, za nią zaś wturlało się coś białego.
Dziecięca czaszka.
- Jezu Chryste - jęknęła Molly.
- Czarna Alix, pomóż mi! - wrzasnął nagle Grey. - Pomóż mi, a twój kochanek znowu będzie wędrował swobodnie po Ziemi! Niech krew tych dwóch dziwek wsiąknie w ziemię i otworzy drzwi!
Przez chwilę nie działo się nic, potem zaś od powały jaskini oderwał się nieduży stalagmit i trafił Molly w twarz, rozorując jej łuk brwiowy. Lekarka krzyknęła i upadła, wprost na wyrysowane kredą linie, wciąż widoczne, choć nieco zatarte od wody. Teraz zabarwiły się czerwienią.
- O Czarny Panie, przyjm tę krew dziewiczą i otwórz bramę! - zawyl triumfalnie Grey. - Niechaj pękną wielkie, czarne zasłony! Niech wyleje się ciemność!
Ziemia zatrzęsła się z taką siłą, że Rose runęła na kolana. Podpełzła do leżącego bezwładnie Lamparda i zasłoniła go własnym ciałem przed sypiącym się ze stropu deszczem piasku i drobnych kamieni.
- Przyjdźcie, Wielcy Przedwieczni! - Grey pląsał wśród swoich rysunków jak szaleniec, którym w istocie był. - Wzywam was!
Rose, w panice, rozejrzała się dookoła. Na poły ogłuszona Molly klęczała kilka kroków dalej, między palcami dłoni, którą zasłaniała twarz, było widać krew. Wylot studni pulsował i rozciągał się, wyrzucając z siebie płynną czerń.
Nagle blada dłoń Franka Lamparda wystrzeliła w powietrze i złapała ją za rękaw.
- Dzieci - wyszeptał siniejącymi wargami. - Rosie, dzieci... Znasz je...
- Co? - Rose nie rozumiała. - Jakie dzieci?
- Martwe - szepnął.
Ziemia wokół studni nabrzmiała niczym groteskowy wrzód, plujący mrokiem. W jaskini robiło się zoraz zimniej, z czarnej czeluści ocembrowanego otworu zas dobiegał głuchy, skrzypiący pomruk. Coś wielkiego usiłowało się przepchnąć do rzeczywistości.
- Dzieci - powtórzył Frank. Spojrzał na coś za plecami Rose. Dziewczyna odwróciła się i stwierdziła, że patrzył na czaszkę.
Drobną, dziecięcą czaszkę.
- Dzieci Czarnej Alix - powiedziała Rose. Chwyciła zbielałą kość w dłonie i zajrzała w czarne oczodoły. - Pomóżcie mi. Pomóżcie mi skopać tyłek temu bucowi, a Alix będzie bez sił. Będziecie wolne! Pomóżcie mi, proszę!
Nie wydarzyło się nic. Grey wciąsz nucił swoje inkantacje, otwór studni rozciągał się coraz bardziej, jakby był z gumy, a nie z kamienia, Frank Lampard oddychał coraz ciężej, a Molly wciąż trzymała się za głowę.
- Proszę! - wrzasnęła Rose desperacko.
Czarna macka wystrzeliła ze studni i jęła macać podłoże dookoła, w ślad za nią wychynęła następna, cieńsza i jeszcze jedna.
- Nadchodzą! - zawył Grey w ekstazie. - Zwyciężam!
- Pomóżcie mi! Będziecie wolne! - Rose przemawiała do trzymanej w dłoniach czaszki.
Nagle pieczara wypełniła się dziecięcymi głosami, które śmiały się i nawoływały nawzajem. Tysiące światełek, przypominających świetliki zaroiły się pod ciemnym sklepieniem, sklębiły, po czym runęły falą na Greya i na pląsające macki.
- O Pani, Która Strzeżesz Bramy, wesprzyj je swoją mocą, zepchnij to plugastwo tam, skąd przyszło i zamknij Bramę na wieki - mamrotała Rose słowa modlitwy, które nie wiadomo skąd pojawiały się w jej umyśle.
- Parzy! Parzy! Parzyyyyy! Zabierzcie to ode mnie! - Grey wił się po ziemi, oblepiony światełkami. - Ratunku! Na pomoc! To boli!
Macki trzepotały, waliły o ziemię i stopniowo cofały się do studni.
__________________________________________________
Jest w końcu rozdział dziewiętnasty, mam nadzieję, że nie macia mi za złe tak długiego czekania. Miłej lektury!
Martina

P.S. A w ramach bonusu...


...La Decima! Yay! To była piękna noc!
M.


niedziela, 4 maja 2014

Rozdział 18

I will follow you

I will follow you
All through the night I will follow

Felicia Sorenson "Once"




- Która jest? - zapytał Lampard po raz pięćsetny z rzędu, parząc sobie tysięczną kawę.
- Siódma dwie, plus te dziesięć sekund, które upłynęły od twojego ostatniego pytania - poinformowała go Rose zza kuchennego stołu. - Powinni się odezwać dawno temu.
- Może nie mogą - mruknął Lampard. - A może coś się stało, a my tu, kurwa, siedzimy jak słupy.
Rose zmarszczyła czoło w akcie głębokiego namysłu.
- Wiesz co, zadzwoń do ojca Ghiottone - powiedziała. - On zrozumie o co biega.
- To jest niezły pomysł - rzekł powoli Frank. - Ojczulek na pewno im się tam przyda!
Pomacał się po kieszeniach, potem rozejrzał dookoła, próbując zlokalizować aparat.
- A już wiem, w pokoju został! - ucieszył się i wypadł z kuchni.
Rose podniosła się z wysiłkiem i dolała do kawy śmietanki, tak jak lubił Lampard.
- Dziecko - głos, który rozległ się znienacka za jej plecami, sprawił, że podskoczyła na pół metra w górę, upuszczając przy tym dzbanuszek. - Musicie tam iść!
Rose odwróciła się gwałtownie, nie zwracając uwagi na toczący się po blacie szafki mlecznik, ani kapiącą jej na kapcie śmietankę.
Między stołem a lodówką, w nieprawdopodobnie ciasnym miejscu stała panna Waterhouse, ubrana w elegancki, tweedowy kostium i szary kapelusik na spiętych w kok włosach. W dłoniach sciskała staromodną torebkę, na twarzy zaś malował jej się wyraz absolutnego zatroskania.
- To pani? - zapytała Rose, osłupiała. - Skąd...?
- Nieistotne, moje drogie dziecko- odparła starsza pani energicznie. - Musicie natychmiast tam zejść! Oni was oszukali!
- Kto? - Rose chwilowo niczego nie rozumiała.
- Idżcie do drzwi! - skomenderowała panna Waterhouse.
- Ale jak pani... - końcówka pytania Rose utonęła w nagłym ryku włączonego znienacka telewizora. - Frank, wyłącz to pudło!
Krzycząc do Franka Rose odwróciła się na chwilę w stronę kuchennych drzwi. Gdy spojrzała ponownie, kąt między stołem a lodówką był pusty.
- Co jest? - Rose ruszyła do przodu i pośliznęła się na kałuży śmietanki.
- Rose, chodź tu natychmiast! - ponad raptownie ścichłym rykiem telewizora rozległ się głos Lamparda.
- Sam chodź! I wyłącz to cholerne telejajco, na rozrywkę ci się zebrało? - warknęła Rose, kuśtykając w stronę salonu i zostawiając za sobą śmietankowe odciski kapci.
Frank, z oczyma lśniącymi niczym diamenty, wpatrywał się z zajęciem w ekran telewizora.
- Słuchaj! - rzekł, ściskając Rose za ramię.
- ...podpalono kilka budynków w śródmieściu Leicester - mówiła spikerka. - Na szczęście obyło się bez ofiar śmiertelnych, mimo, że ogień rozpowszechniał się bardzo gwałtownie. Amatorskie nagrania wideo pokazują obiekt latający, prawdopodobnie niewielki samolot, którym przemieszczali się dysponujący miotaczem ognia podpalacze, prawdopodobnie terroryści.
Twarz spikerki na ekranie zastąpił teraz niewyraźny obraz dachów śródmieścia nad którymi polatywało coś ciemnego, podobnego trochę do szybowca. Był tylko jeden problem: ten szybowiec machał skrzydłami i miał długie wężowe ciało.
- Ja jebię - wyrwało się szczerze Rose.
Domniemany szybowiec zakołował nad miastem, wygiął wdzięcznie szyję i zionął ogniem z pyska. Kilka dachów zaczęło się palić.
- Przecież to jest pieprzony smok! - wykrzyknął Lampard. - Wielki jak autobus ze skrzydłami! A skoro coś tak wielkiego przelazło do naszej rzeczywistości...
- ...To ona miała rację - wlazła mu w słowo Rose. - Grey i jego ekipa zrobili nas w koncertowe bambuko i specjalnie nas rozdzielili, napuszczając na Pierdzącego Zająca. Żeby móc tutaj majstrować przy Drzwiach.
- Ona? Jaka ona? - zdziwił się Lampard.
- Panna Waterhouse - wyjaśniła niecierpliwie Rose. - Była przed chwilą w kuchni. Jazda, idziemy do kościoła. Przy okazji, co cię walnęło, żeby teraz telewizję odpalać?
Frank spojrzał na nią jakoś dziwnie, jakby trochę zaskoczony.
- A nie, mnie nic - odpowiedział. - Telewizor sam się włączył, na kanale informacyjnym, chociaż ostatnio zostawiłem go na...
-...sporcie, taaaak - dokończyła za niego Rose.
- Nie, na BBC History akurat - sprostował Lampard. - Gadałem z ojczulkiem, już tam jedzie z ekipą, rozpatrzą się w sytuacji i jakby co pomogą. Właściwie to nie wiem czemu od razu do niego nie zadzwoniliśmy. Idioci.
- Idź po torbę - skomenderowała Rose.
Po chwili, krokiem na tyle szybkim, na ile pozwalała aktualna kondycja Rose, opuścili apartament, kierując się do garażu.
Gdzieś nad centrum widać było łunę pożaru, nad miastem roznosiło się zaś głuche wycie syren, należących do karetek pogotowia, radiowozów i pojazdów straży pożarnej. Najwyraźniej smok nie rezygnował z rozrywki.
Mimo, że była juź noc ciemna, kościół St. Mary de Castro nijak nie chciał tkwić w ciemnościach. Wręcz przeciwnie, podświetlony był hojnie z prawie wszystkich stron i podkraść się do niego niepostrzeżenie było wręcz niepodobieństwem.
- W cholerę i z iluminacją - wymamrotał Frank, pikając zamkiem i alarmem samochodu.
- Nie marudź i chodź - Rose pociągnęła go za rękę. Przewiesił sobie torbę przez ramię i posłusznie jął przełazić przez niski murek, w miejscu, w którym ktoś kiedyś usunął jedno przęsło z kutego ogrodzenia cmentarza i nie wstawił nowego.
Jako że kościół na wzgórzu zamkowym wzniesiono pierwotnie jako kaplicę, służącą celom pogrzebowym, jedno z wyjść znajdowało się od strony nekropolii właśnie. Drzewa osłaniały je od strony ulicy, a głęboki, zwieńczony ostrołukiem, ganek dostarczał dodatkowo cienia, zapewniającego dyskrecję poczynaniom stojącej tam osoby.
Rose i Frank wbili się w ten cień, po czym, przyświecając sobie komórką, przystąpili do oględzin drzwi. Nieduże, acz solidne, wyposażone były w dosyć staroświecki zamek, który spróbowała sforsować Rose, z pomocą wydobytego z kieszeni scyzoryka.
- Dawno tego nie robiłam - mruknęła, dłubiąc cienkim ostrzem w dziurce od klucza. - Zgaś, ktoś idzie!
Frank posłusznie wyłączył komórkę i oboje przeczekali z zaciśniętymi zębami zabłąkanego pieszego, który szedł ulicą, tuż za płotem cmentarza i wkrótce zniknął za rogiem kościoła.
- Dobra, świeć - skomenderowała Rose, przystępując do drugiej rundy zmagań z zamkiem. Ten jednak okazał się najzupełniej niepodatny na jej zabiegi.
- Daj ten scyzoryk - rzekł Lampard, jednocześnie wręczając dziewczynie komórkę. W jej mdłym blasku wyglądał zadziwiająco męsko i przystojnie. Rose podała mu narzędzie, sama ciekawa wyniku, on zaś zagłębił ostrze w otworze zamka, wykonał kilka delikatnych ruchów, coś szczęknęło i drzwi stanęły otworem.
- Ale jak ty to...? - Rose nie mogła z wrażenia domknąć ust.
Frank Lampard uśmiechnął się szelmowsko.
- Nie zawsze byłem grzecznym chłopcem - rzekł i mrugnął jednym okiem. - Panie przodem.
Zaglądając do ciemnego wnętrza kościoła Rose uświadomiła sobie, że mają w torbie latarkę,
więc może należałoby jej użyć, zanim wybiją sobie zęby na nierównej posadzce.
Żółty krążek światła wyławiał z atramentowych ciemności coraz to inne elementy kościelnego umeblowania i wystroju. Pachniało kurzem, starym drewnem i kadzidłem.
- Jakim cudem ten smok wylazł? - zastanawiała się Rose. - Powinien wywalić w posadzce lej jak po bombie.
- To błoniastoskrzydłe paskudztwo piwnicy ci nie zdemolowało - zauważył Lampard, bezszelestnie zamykając drzwi. - Nawet jedna butelka z winem nie spadła.
- Fakt - zgodziła się Rose. Oświetliła podstawę wieży, niejako obudowanej kościołem, stworzonym z połączenia kilku wcześniej istniejących budynków sakralnych. - To gdzieś tam?
- Pod chrzcielnicą - rzekł Frank, spoglądając na dobyty z kieszeni plan, wydrukowany z komputera pospiesznie, przed wyjściem z z domu.
Przysadzista, romańska chrzcielnica, wykonana z beżowego piaskowca, stała sobie na środku pomieszczenia, stanowiącego parter kościelnej wieży. Frank i Rose przeszli ostrołukowymi drzwiami i jęli oglądać to kamiennne naczynie, mające formę kielicha na jednej solidnej nóżce, z czterech stron podpartego czterema cieńszymi kolumienkami, a ustawionego na okrągłej podstawie.
- No fajnie i co teraz? - Lampard wziął się pod boki, gdy obmacywanie chrzcielnicy i naciskanie wszelkich wystających elementów nie przyniosło efektu.
Tknięta przeczuciem Rose jęła macać szereg gotyckich łuków, zdobiących najbliższa ścianę, bez ceremonii próbując przekręcać głowy świętych i skrzydła aniołów. Nagle rzeźbiona kamienna rozetka ustąpiła pod jej dłonią, zagłębiła się w murze, a chrzcielnica z hurgotem przesunęła się na bok, odsłaniając okrągły, zionący czernią otwór, w którym znajdowała się wąska, spiralna klatka schodowa.
Zeszli po kamiennych stopniach jedno za drugim, Rose powoli i ostrożnie, starając się bardzo nie posykiwać i nie jęczeć z bólu, jaki sprawiało jej potłuczonemu ciału chodzenie po tych stromych schodach, Frank za nią, asekurując i pomagając jej troskliwie.
Wkrótce stanęli u wylotu łagodnie sklepionego tunelu, wypełnionego gęstą ciemnością. Powietrze było zaskakująco suche, przepojone jakimś dziwnym, cierpkim zapachem, przywodzącym na myśl coś niezmiernie starego, może zioła sprzed wieków. W oddali coś chichotało, szepty i szelesty odbijały się od kamiennych ścian i półokrągłego stropu, tupot kończyn, czy może odnóży, na granitowych płytach podłogi, budził zas dreszcz nienazwanej grozy.
Rose spojrzała w czarną czeluść tunelu i zastanowiła się jak ona zdoła tam wejść. Bóg jeden wiedział, co mogło się tam czaić.
- Idziemy? - ciepła dłoń Lamparda ujęła jej rękę.
"To miłość trzyma nas tutaj, an powierzchni, a strach ściąga nas w dół".
Słowa księdza Ghiottone zadźwięczały w uszach Rose. Spojrzała wprost w jasne oczy Franka Lamparda i już wiedziała.
- Z tobą mogę iść nawet do piekła - powiedziała.
Razem wstąpili w czerń podziemnego korytarza.
Majka oceniła sytuację jednym rzutem oka.
Sytuacja była zła.
Pies poleciał nie wiadomo dokąd, Wasyl, jeszcze zamroczony uderzeniem w głowę, siedział ze związanymi na plecach rękami pod drzewem, Walter zaś klęczał, z głową przewieszoną przez jeden z kamieni, wciąż skuty kajdankami i przytrzymywany przez Hintena. Sama zaś Majka tkwiła niewygodnie pochylona, ponieważ James Rainault wykręcał jej ramię do tyłu.
- Zaczynamy? - w obwiedzionych sińcami rybich oczach byłego sekretarza błyskała wyraźna niecierpliwość.
- Najpierw trzeba ją związać - odparł Rainault. - Daj swój pasek.
Hinten puścił Waltera i sięgnął do spodni. Wyciągał pasek z takim pośpiechem, że go upuścił, a gdy się po niego schylił, Walter, z morderczym błyskiem w oku uniósł się gwałtownie z kamienia i wyrżnął go potylicą w twarz.
- Aaaa! Bój dooooozzz! Bój dooooozzz! - wrzeszczał Hinten wijąc się po ziemi i trzymając za twarz. Spomiędzy palców ciekła mu krew. - Zdooowuuuu!
- Zabiję cię! - ryknął Walter nieswoim głosem.
Rainault westchnął ciężko, po czym nie puszczając nadgarstka Majki, podniósł pasek i uniósł nogę, chcąc kopnąć Waltera w żebra.
I wyrżnął się jak długi, podcięty celnym kopniakiem w kostkę, wymierzonym przez Wasyla.
- Wiejcie!!! - zawył Marcin. - Majka, wiej!!!
Walter, klęczący z rękami skutymi na plecach, nie dał rady się podnieść, przewrócił się tylko na bok, natomiast Majka, uwolniona z uścisku wroga, śmignęła w krzaki, nie wiedząc jednakże co robić dalej. Zatrzymal ją jednak głos Rainaulta.
- Biegnij, Majka, biegnij! - zadrwił weterynarz. - Wstawaj, skurwysynu...! Biegnij, Majka, a jego mózg rozpryśnie się po okolicy. Nie wierzysz?
Coś szczęknęło metalicznie.
Majka spojrzała ostrożnie poprzez gałęzie.
Srebrzysty, chromowany pistolet lśnił groźnie w ręku Rainaulta, mierząc lufą wprost w skroń Wasyla.
- Wiem, że tam jesteś, polska dziwko - warknął James Rainault. - Daję ci pięć sekund. Raz, dwa...
- Uciekaj!!! - ryknął Wasyl z całej mocy po polsku. Rainault zdzielił go lufą pistoletu w twarz.
- Trzy... - kontynuował.
Na drżących nogach Majka wylazla z chaszczy, minęła Rainaulta i podeszła do Marcina, obejmując go w pasie.
- Miłość, jaka to piękna rzecz - westchnął Rainault teatralnie. - Tak bardzo ułatwia zycie nam, złoczyńcom.
- Miałaś wiać - w głosie Wasyla zabrzmiała desperacja.
- N...Nie mogę - odpowiedziała Majka, płacząc Marcinowi prosto w pierś. - Nie mog... mog... mogłabym...
- Grzeczna dziewczynka - pochwalił Rainault. - Hinten, podnieś, z łaski swojej, dupsko z gleby i zrób co trzeba. Czekają na nas w Leicester.
- Ja dzierbię! - odpowiedział Hinten z wyrzutem oraz godnością.
- Mój kuzyn zatrudnił debila - mruknął ponuro Rainault. - Potrzymaj pistolet. Celowanie w głowę tego ćwoka nie przekracza twoich możliwości?
- Gdybyź die był grewnym żewa... - Hinten obdarzył weterynarza morderczym spojrzeniem, o ile rozgotowana ryba może takowe posiadać, po czym przejął z jego rąk broń.
Ciemność w tunelu była upiornie i przerażająco żywa. Poruszała się wokół Rose i Franka, pulsowała, szeptała tysiącem głosów i dotykała, lepkim, obrzydliwym dotykiem pajęczyny. Co gorsze w świetle latarki nie było widać niczego poza murami i posadzką, a jednak wiedzieli, czuli wyraźnie, że coś tam było i szło korytarzem razem z nimi.
Nagle jakaś lodowata dłoń znikąd prześlizgnęła się po karku Rose. Tłumiąc paniczny wrzask dziewczyna odskoczyła, potknęła się o wystającą płytę posadzki i byłaby się wyłożyła jak długa, gdyby nie refleks Lamparda. Złapał ją tuż nad posadzką, a światlo trzymanej przez niego latarki zatańczylo dziko po ścianach i suficie, zamieniając to ponure miejsce w coś w rodzaju obłąkanej dyskoteki.
- Frankie, czy ja jestem jakąś damulką w opresji? - zapytała Rose, próbując dodać sobie animuszu. - Nie musisz mnie łapać za każdym razem!
- If you fall I will catch you I will be waiting, time after time - Frank, tak samo napięty jak ona, zanucił nieśmiertelny przebój Cyndi Lauper. - Od tego jestem, madame.
- Cholera, wsadziłam rękę w coś mokrego - powiedziała Rose z irytacją. - Poświeć no tu.
- Nie doceniasz mojego kunsztu artystycznego - rzekł Lampard z udanym smutkiem, posłusznie świecąc jej na dłoń. - O cholera!
Ciecz, która splamiła palce dziewczyny miała barwę intensywnej czerwieni.
- O ja pierdolę - jęknęła Rose, przysuwając się do Lamparda na wszelki wypadek. Otarła dłoń ze wstrętem o spodnie, tymczasem Frank świecił dookoła, próbując znaleźć źródło tego płynu.
- Tu jest kałuża, rozmazałaś ją, jak się podparlaś ręką - rzekł w skupieniu, ignorując szelesty za plecami. - Widzisz, tu jest odcisk twojej dłoni.
- Tam jest następna kałuża - rzekła Rose grobowo, wskazując palcem w przód.
- I następna!
- Jeszcze jedna, czy tu kogoś zarżnięto?
- Albo coś... Nie masz rację. Raczej kogoś - w głosie Franka zabrzmiało obrzydzenie i zgroza.
Podeszli razem do tego przedmiotu, który Lampard wyłowił promieniem latarki z ciemności w głębi tunelu.
- Cholera - powiedziała Rose, głosem zdławionym.
Przedmiot ten był ludzką głową, nie odciętą, lecz oderwaną od karku, o czym świadczyły długie strzępy mięsa, wlokące się za kikutem szyi. Oczy były szeroko otwarte i wypełnione przeraźliwą grozą, natomiast twarz pokrywała tak gruba warstwa krwi, że nie można było rozpoznać jej rysów.
Rose sięgnęła do torby i wyjęła z niej bez namysłu duży nóż kuchenny oraz potężną solniczkę.
- Daj - Frank wyciągnął rękę, w oczekiwaniu na nóż, jednakże poważnie się zawiódł. - Solniczka? Eeeee...
- Nie wybrzydzaj - zganiła go Rose. - Poza tym w horrorach to kobiety zawsze biegają z nożami kuchennymi.
- Uginam się przed potęgą kinematografii - mruknął Frank, próbując przewiercić wzrokiem ciemność przed sobą.
Stadko jakichś niedużych stworzeń, może szczurów, a może czegoś zupełnie nie z tej planety, przeleciało po ścianach i sklepieniu tunelu, nad głowami idących ludzi, z piskiem i szurgotem znikając w ciemnościach za nimi.
- Co to było? - Frank odruchowo przygarnął do siebie Rose jednym ramieniem.
- Kosmoszczury z piekła rodem - mruknęła. - Nie sól mnie!
- Uwierz mi, wolałbym cię pieprzyć i to w jakimś milszym miejscu - odparł.
- Subtelny jesteś - prychnęła Rose. - Szkoła podrywu imienia Johna Terry'ego?
- Myślałem, że nie muszę cię już podrywać - zdziwił się nieco Lampard. - Poza tym nie uwierzyłabyś jakie Terry potrafi mieć gadane, kiedy podrywa jakąś laseczkę.
- Jak to nie musisz? - Rose ujęła się pod boki. - A kto mi randkę obiecał?
Kolejne stadko kosmoszczurów przeleciało nad ich głowami, jeden niemal otarł się o ramię Rose. Odskoczyła ze stłumionym okrzykiem.
- Ja ci obiecałem - Lampard świecił nerwowo dookoła. - I zabiorę cię na randkę twojego życia, jak tylko wyjdziemy z tego kurwidołka. Cholera, nie podoba mi się, że one tak latają! Zupełnie, jakby przed czymś uciekały.
- Na przykład przed tym stworzeniem, które sieje tutaj ludzkimi głowami - dokończyła Rose. - O cholera, i rękami. Poświeć tam!
Lampard poświecił we wskazany przez nią załom muru. Leżała w nim ręka, oderwana od tułowia razem z mięśniem piersiowym i sporym kawałkiem czerwonej koszulki z białym lampasem i charakterystycznym, biało-niebieskim herbem.
- Skąd tu się wziął kibic Bayernu? - zdziwił się Lampard.
- Pewnie doszedł do wniosku, że śmierć w angielskich lochach jest lepsza od oglądania tiki-taki - Rose próbowała trzymać fason, ale jej twarz była biała jak kreda.
- Dobrze się czujesz? - zaniepokoił się Frank. - Może zrobimy postój?
- Po pierwsze, nie przepadam za postojami w towarzystwie ludzkich szczątków, po drugie musimy się streszczać, bo koniec świata nie zechce na nas uprzejmie poczekać - odparła, nieco cierpko. - Bujamy się dalej.
Korytarz kórym szli począł się zmieniać, w miarę, jak oddalali się od wejścia. Zniknęły romańskie, beczkowate sklepienia, zastąpione teraz nierównymi ścianami, wykutymi w litej skale, ostatnia zaś płyta posadzki skończyła się najzupełniej znienacka pod stopami wędrowców, którzy gruchnęli, zaskoczeni, wprost na najeżone kamieniami, pełne górek i dołków klepisko.
- No i koniec luksusów - Lampard podał dłoń swojej towarzyszce, pomagając jej wstać.
- Jestem już chyba cała sina - wymamrotała Rose, krzywiąc się z bólu.
Kosmoszczur furknął pod jej stopami, drugi przemknął ścianą obok Lamparda, po chwili zaś wszystkie płaszczyzny w tunelu zaroiły się od tych stworzeń. Ocierały się o nogi, ramiona i głowy stojących tam ludzi, pozostawiając dziwne, nieco obrzydliwe wrażenie pajęczej lepkości.
Rose bez namysłu przygwoździła jednego nożem do ziemi, aż trysnęła czarnobrązowa, gęsta jak syrop, posoka. Reszta stworzeń, jakby zaalarmowana zgonem pobratymca, uciekła z głośnym piskiem i zwiększoną szybkością, znikając w ciemności, jakby przez nią wessana.
- O fuuuuj, jakie to obrzydliwe - stwierdziła Rose, pochylając się nad swoją ofiarą.
Wprawiając tkwiący czubkiem w ziemi nóż w drgania wiła się dookoła jego ostrza kreatura, wyglądająca jak ziemniaczana bulwa, pokryta rzadkimi, cienkimi brązowymi włoskami. Nie miała oczu, tylko parę grubych różowych czułków, wieniec podobnych tworów otaczał jej otwór gębowy, czy też coś, co na takowy wyglądało, pod brzuchem zaś drgała nieprzerwanie i przebierała masa krótkich nóżek, również barwy różowej.
- Samobieżny kartofel z Czarnobyla - orzekł stanowczo Lampard. - Paskudztwo, faktycznie.
Zacisnąwszy szczęki Rose wyrwała nóż ze stworzenia, które wyprężyło się, odsłaniając różowe podbrzusze, zjeżone mnóstwem odnóży, co skwapliwie wykorzystał Lampard i sypnął hojna dawką soli. Zasyczało, kłąb dymu, czy pary, o okropnej, drażniącej woni uniósł się w powietrze i ze stwora pozostała tylko wilgotna plama na klepisku.
- Nie sól ich więcej - wykrztusiła Rose, zasłaniając nos i usta kołnierzem bluzy. Jej oczy łzawiły obficie. - Bo się zagazujemy.
- Zapamiętam - odparł Lampard i kaszlnął dyskretnie raz i drugi w rękaw. - Nie solić kartofli.
Z ciemnej gardzieli tunelu przed nimi dobyło się ni to stęknięcie, ni to ryk, odgłos basowy, głęboki i powolny. Kosmoszczury rwały teraz nieprzerwaną rzeką po wszystkich dostępnych płaszczyznach, falując tak, że wydawało się przez chwilę, że korytarz ożył i zaczął tętnić niczym naczynie krwionośne giganta.
- Coś idzie - oznajmiła niezmiernie odkrywczo Rose.
Odgłos powtórzył się, tym razem jakby bliżej, a pokrywająca ściany tunelu żywa powłoka rozpiszczała się i rozchrząkała przeraźliwie.
Lampard bez namysłu wyrwał Rose z dłoni nóż, wcisnął jej solniczkę, po czym zasłonił dziewczynę własnym ciałem, zwracając się twarzą w stronę z której nadchodziło tajemnicze stworzenie.
Sapnięcie, a po nim tęgie chrumknięcie rozległy się teraz zaskakująco blisko. Frank poświecił przed siebie.
Tunel wypełniała jakaś czarna masa, która przepychała się przezeń z wdziękiem hipopotama na lądzie, posapując i stękając raz po raz. Po chwili jednak Lampard dostrzegł, że to, co brał za masę, było w istocie potężnym, korpulentnym cielskiem, przemieszczającym się na czterech.. nie, na sześciu krótkich, solidnych kończynach. Grzbiet stwora okryty był pancerzem, z którego wystawały krótkie, grube kolce, zgrzytające o kamienie ścian i stropu, w kierunku zaś stojących przed nim ludzi wyciągała się ciekawie głowa o krótkim, szerokim pysku, trochę jak u rottweilera, w którym błyskał zestaw całkiem upiornie wyglądających zębisk i krwistoczerwony jęzor.
- Tarrasque - powiedziała zaskoczona Rose.
- Aha - zgodził się uprzejmie Lampard. - On nie zawróci, my nie mamy gdzie się usunąć. Znaczy ktoś musi paść trupem.
Tarrasque zatrzymał się i oblizał paszczę z wyraźnym zakłopotaniem, po czym chrząknął krótko i pytająco.
- Święta Marta go obłaskawiła - mruknęła Rose. - Ale ona była dziewicą, w przeciwieństwie do mnie. Mam nadzieję, że nie żałujesz tamtej nocy...?
Lampard oderwał wzrok od potwora i spojrzał na nią.
- To była najpiękniejsza noc mojego życia - odparł. - I nie chcę już żadnej spędzać bez ciebie.
- Poważnie? - Rose poczuła, że się czerwieni.
- Bar... - zaczął Lampard.
W tym momencie tarrasque zadarł łeb, na tyle, na ile pozwalała mu ciasnota panująca w tunelu i ryknął, chrapliwie i potężnie.
- On, albo my - powiedział Frank Lampard.
- My - odparła Rose z niezłomną wiarą.
________________________________________________________________________
Po długich i ciężkich cierpieniach skończyłam kolejny rozdzialik i mam tylko nadzieję, że wam się spodoba.

A w bonusie uwodzicielskie spojrzenie Franka..

Martina