Floating
through this darkness
All alone
Love is gone in darkness
Cold as a stone
Searching through the shadows you have known
Love's gone
Bare as a bone.
All alone
Love is gone in darkness
Cold as a stone
Searching through the shadows you have known
Love's gone
Bare as a bone.
Julee Cruise "I
float alone"
W sypialni było
ciemno. Przesiane przez firankę światło latarni kładło się
miriadą punktów na podłodze i na łóżku. Kiedy gorący podmuch
znad grzejnika poruszał firanką, poruszały się również owe
punkty. Wasyl siedział, wsparty o wezgłowie łóżka, czując, jak
jakiś rzeźbiony detal wpija mu się w plecy na wysokości nerek i
spoglądał ponuro na grę świateł, toczącą się na okrywającej
go kołdrze.
Zegar, stojący na
gzymsie kominka, wskazywał pierwszą w nocy. W zasadzie Marcin
powinien był już spać. Sportowy tryb życia, poranny trening i
takie tam pierdoły. Problem polegał na tym, że zasnąć nie mógł,
a nawet trochę się tego obawiał. Zawsze miał bardzo wyraźne i
barwne sny, ale ostatnio jego mózg zaczął zdecydowanie z tą
barwnością przesadzać. Z realizmem niektórych szczegółów też.
Te powtarzające się
sny zaczęły się... Kiedy właściwie? Wasyl zmarszczył brwi.
Pionowa kreska pomiędzy nimi pogłębiła się wyraźnie. No
właśnie. Zaczęły się zimą, tuż przed tym, jak z transferu do
Legii wyszły nici. Ściślej rzecz biorąc wtedy przyśnił mu się
ten pierwszy sen, ten przyjemniejszy.
Znajdował się w
nim na boisku treningowym, żadna nowość w jego snach. Piłka to
było coś, co w jego głowie siedziało stale, dwadzieścia cztery
godziny na dobę, nawet gdy nie grał, nie było zatem niczym
dziwnym, że często o niej śnił. Znajdował się więc na boisku
treningowym, ale nie Anderlechtu, jakimś innym, rozgrywając z
kolegami z drużyny mecz. Wszystko spowijała gęsta mgła, tak, że
kumpli widział jako dziwne, niebieskie kształty, wyłaniające się
z tumanu to tu, to tam. Ich okrzyki brzmiały jak przez watę,
stłumione i odległe, trochę jakby miał na uszach słuchawki
ochronne.
Kręcił się trochę
bez sensu, usiłując ogarnąć to, co się działo na boisku, kiedy
z mgły wyleciała piłka, prosto pod jego nogi. Przyjął ją,
najzupełniej odruchowo i popędził jak strzała (chciałby mieć
taki sprint w prawdziwym życiu) w kierunku bramki, mijając po
drodze kolejne niebieskie kształty niczym pachołki. Czuł szum krwi
w skroniach i to uczucie dzikiej euforii, którego zawsze doznawał
na boisku. To była wolność, niczym nie skrępowana, nieokiełznana
wolność. Biegł przed siebie, powadząc pewnie piłkę, póki z
tumanu nie wyłoniła się bramka, a w niej nieruchawy, czarny
kształt.
Wtedy strzelił,
spokojnie i mocno, a piłka, istna torpeda wśród piłek, minęła
wyciągniętego jak struna bramkarza i zatrzepotała w siatce.
Wasyl ryknął z
radości, padając na kolana i wznosząc obie pięści ku niebu, a z
mgły odpowiedziały mu stłumione okrzyki kolegów.
I wtedy ją
zobaczył.
Ta dziewczyna stała
przy siatce, w ogrodzie jakiegoś domu, stał tam cały rząd
schludnych, szeregowych domów, oparta o pień starego drzewa,
wyciągającego we mgłę swoje bezlistne, czarne konary. Wasyl
dostrzegł ją właściwie tylko dlatego, że była ubrana w czerwony
płaszcz, który niemal fosforyzował barwą na tle wszechobecnej,
mglistej bieli. Jej twarzy nie widział, była tylko rozmazaną białą
plamą nad kołnierzem płaszcza, dostrzegł natomiast niesforne
ciemne włosy, opadające kosmykami na czoło.
Zamarł na tych
kolanach, opuszczając powoli ręce i gapiąc się na plamę
czerwieni, która wydawała się unosić pośród mgły. Z jakiegoś
powodu czuł, że powinien ją zapamiętać, bo jest ważna. Nie,
żadna tam znienacka miłość objawiona, w gwiazdach zapisana, czy
coś w tym stylu, w żadnym wypadku. Po prostu była ważna, była
kawałkiem jakiejś większej układanki, którą on miał ułożyć.
W tym momencie z
reguły się budził, zatrzymując pod powiekami wirującą czerwoną
plamę, jak powidok płaszcza tej dziewczyny.
To nie był zły
sen, ani straszny, był po prostu upierdliwy. Po klapie transferu do
Legii i po przegranej z Ukrainą zaczął mu się śnić coraz
częściej, co najmniej dwa razy w tygodniu. Wtedy też, dokładniej
rzecz biorąc zaraz po tym jak odmówił Leśnodorskiemu (i wyplątał
się z telefonu od bardzo zaskoczonego Żewłaka, po czym poszedł
spać), pojawił się ten drugi sen.
O, to był
stuprocentowy horror.
Również dział się
na boisku. To znowu był trzydziesty sierpnia 2009 roku, mecz ze
Standardem Liege, cholerna dwudziesta siódma minuta. Znikąd zjawiał
się ten skurwysyn Witsel, naskakiwał na nogę Wasyla, wyciągniętą
we wślizgu i rozlegał się ten pieprzony trzask.
Trzask łamanych
kości, jego własnych, brutalnie łamanych kości.
I znowu Wasyl leżał
na murawie, patrząc na swoją nogę, wygiętą pod najzupełniej
nieprawdopodobnym kątem i wrzeszcząc, w szoku, ile sił w płucach.
Witsel tymczasem, ten skurwiel o pustej twarzy, odchodził,
uśmiechając się pogardliwie.
Marcin patrzył za
nim, czując gorące strużki krwi, sączącej się przez getry,
przerażony, spocony jak mysz i tak kurewsko bezradny.
Wtedy Witsel robił
coś dziwnego, coś, czego tamtego dnia tak naprawdę nie zrobił.
Unosił mianowicie dłoń i machał nią do kogoś na trybunach.
Wasyl patrzył w tamtą stronę, czując lodowaty palec strachu
sunący wzdłuż kręgosłupa, czując, że wcale nie ma ochoty
sprawdzać, kogóż ten kutasina mianowicie pozdrawiał.
Ale jednak robił
to, tylko po to, by ujrzeć swoją żonę, której przecież tamtego
dnia na stadionie nie było, a obok niej mężczyznę, nachylonego do
jej ucha, jakby coś jej opowiadał. Jeśli to był mężczyzna,
tamten bowiem był właściwie tylko cieniem, utkanym z najgęstszej
ciemności, odzianym w coś, co można by nazwać sugestią krótkiego
płaszcza i fedory. Nie miał twarzy, pod rondem kapelusza krył się
tylko mrok, w którym lśniły dwie iskierki, niczym kryształki miki
w jakimś kamieniu, oświetlonym jaskrawym słońcem pustyni.
Ten czarny
mężczyzna, widząc, że Wasyl na niego patrzy, prostował się i
wyciągał palec, wskazując na połamaną nogę Marcina.
I wtedy eksplodował
w niej znajomy ból, potworny, oślepiający i odczłowieczający.
Wasyl zaczynał jęczeć, potem krzyczeć, nie odwracając jednak
wzroku od tamtego. Od czarnego mężczyzny.
To tylko przystawka,
mówiły lśniące iskierki pod rondem fedory. To tylko niewinna
pieszczota w porównaniu z tym, co mogę ci zrobić, jeśli wejdziesz
mi w drogę. Lepiej więc trzymaj się ode mnie z daleka, mówiły.
Wasyl nie wiedział,
kim, lub czym, była ta istota. Wiedział natomiast, że była zła,
zło wręcz biło od niej falami, jak żar od hutniczego pieca.
Widział dłoń, utkaną z mroku, spoczywającą w poufałym geście
na ramieniu jego żony, która uśmiechała się, zupełnie jakby
widziała coś miłego, nie swego męża okaleczonego i wijącego się
z bólu, i wiedział, że jedno pstryknięcie tych czarnych palców
może zmieść jego rodzinę i wszystko co kochał z powierzchni
ziemi. Na to nie mógł pozwolić.
Unosił więc głowę
w wielkim wysiłku i rzucał, wprost w tę ciemność pod kapeluszem:
- Spierdalaj!
Iskierki pod rondem
fedory rozbłyskiwały gniewnie, palec mężczyzny unosił się znów
i ból wybuchał ze zdwojoną siłą, pożerając Marcina ze
szczętem.
Wtedy się budził,
zlany potem i drżący, z pięścią albo rogiem poduszki w ustach,
żeby stłumić rodzące się w nich wycie. Pobudziłby nie tylko
żonę i dzieci, ale także wszystkich sąsiadów w promieniu minimum
kilometra, gdyby kiedyś nie zdążył na czas zatkać sobie gęby.
Ale
na ogół zdążał. Leżał potem przez jakiś czas w ciemnościach,
oddychając głęboko i łypiąc podejrzliwie okiem na zaległe w
kątach sypialni cienie. Najchętniej zapaliłby światło, ale Aśka
nie lubiła spać przy zapalonym, poza tym jak by to wyglądało? On,
dorosły facet i naczelny twardziel RSC Anderlecht, bojący się
ciemności? Nie ma mowy. Naciągał więc kołdrę na głowę i
starał się zasnąć.
No dobrze, tu, w
Leicester, nie było żony, ani dzieci, zostały w Brukseli, więc
gdyby chciał, mógłby sobie zrobić iluminację, jak na pieprzonym
Titanicu, na pokładzie klasy pierwszej. Ale nie chciał. Nie miał
zamiaru poddawać się durnemu strachowi. Zresztą, pomyślał,
osuwając się na poduszkę, to na pewno tylko stres. Ostatni rok
lekki nie był, działo się dużo i niezbyt przyjemnie, do tego
musiał zostawić rodzinę w innym kraju, a to było dla niego
ciężkie. Stres. Tak, to na pewno ten cholerny stres.
Chociaż...
Niechętnie przyznawał sam przed sobą, ale znał czarnego
mężczyznę. Znał sukinsyna. Widział go, kiedy był małym
chłopcem. Była wtedy noc, chyba tak samo późna jak teraz. Jego
brat, Paweł, z którym dzielił pokój, rzucał się przez sen,
jęcząc tak głośno, że aż go obudził.
Wasyl pamiętał,
usiadł wtedy na łóżku, posykując, bo dokwierała mu cokolwiek
noga, obtarta i obita w podwórkowym meczu, i myśląc, że ten mały
młotek znowu naoglądał się czegoś w telewizji. Często mu się
to zdarzało, podglądał cichcem z korytarza, to, co działo się na
ekranie telewizora w dużym pokoju, a potem budził się w nocy z
płaczem i ładował mu się do łóżka.
Młodsze rodzeństwo.
Marcin znosił nocne
wizyty młodego cykora z właściwym sobie spokojem, i wtedy był
przekonany, że to był kolejny taki przypadek.
Przynajmniej dopóki
nie spojrzał w stronę łóżka brata.
U wezgłowia stał
ciemny kształt, w którym Wasyl rozpoznał zarys szerokich ramion i
kapelusza, nachylonego wraz z głową nad posłaniem Pawła.
Co ten facet robił
w ich pokoju?
Już miał biec do
pokoju rodziców, kiedy ten typ podniósł głowę.
Wasylowi zrobiło
się gorąco, a zaraz potem zimno.
Ten gość nie miał
twarzy.
Tylko dwie jasne
iskierki tam, gdzie powinny być oczy.
Naciągnął kołdrę
na głowę i zaczął się gorliwie modlić.
Kiedy odważył się
wyjrzeć, cienia już nie było.
W sumie, zastanowił
się teraz, moszcząc się wygodnie pod kołdrą, pewnie jego
podświadomość wygrzebała tego gościa, zjawę, przywidzenie, czy
cokolwiek to było, z jego pamięci, jako symbol stresu.
Psychika czasem robi
człowiekowi dziwne rzeczy, pomyślał sennie.
Kika przecznic od
eleganckiego domu, który z wolna wypełniał się chrapaniem Marcina
Wasilewskiego, znajdował się pub, zwany Ten Bells. W oknach
mieszkania nad nim, mimo późnej pory, wciąż paliło się światło.
- Szlag by to -
mruczała Rose Montoya, przekopując półeczkę nad kuchennym
stołem, zawaloną korespondencją, notatkami dla pamięci, kocimi
witaminami i rozmaitymi przedmiotami, które mogły się czasem
okazać przydatne. - Gdzie ja właściwie wsadziłam ten notes,
Jonesy?
Jonesy, wielki rudy
kocur, rozwalony na blacie szafki, odpowiedział przeciągłym
kaszlnięciem i wzgardliwym spojrzeniem.
- Nie patrz tak na
mnie - zażądała Rose. - To nie ja ci kazałam zwiewać na trzy dni
i łapać przeziębienie.
Jonesy spojrzał
przeciągle na pustą miskę, stojącą pod stołem, jakby chciał
zasugerować, że gdyby lepiej, a zwłaszcza częściej tu karmiono,
nie odczuwałby najmniejszej potrzeby wychodzenia gdziekolwiek.
- Pieprzyć notes -
mruknęła. - Mamy dwudziesty pierwszy wiek, mogę poszukać adresu
weta w necie.
Rudzielec
był zazwyczaj zdrów jak ryba, u weterynarza więc bywali rzadko.
Kiedyś wzięła od niego na wszelki wypadek numer telefonu,
zapisując w notesie, z gorącym postanowieniem, że jak będzie
miała chwilę, zapisze sobie w komórce. Wtedy tego nie zrobiła, bo
spieszyła się potwornie. Robbie, szef kucharzy, akurat był na
chorobowym, przypętało mu się grypsko, więc zostawiła kuchnię
pod dowództwem Burna, którego imię było bardzo adekwatne do
umiejętności kuchennych. Przez cały czas, gdy lekarz badał
Jonesy'ego na stalowym stole, opędzała się od wizji Ten Bells
spowitego w kłęby czarnego dymu i kilku jednostek straży pożarnej,
wystawiających jej rachunek za nieuzasadnione zgłoszenie. Jonesy
był zdrów jak byk, namazała więc ten numer w notesie, wsadziła
kota pod pachę i uciekła, w przelocie rzucając pieniądze na ladę,
po czym zajęta opanowywaniem apokalipsy w kuchni (Dlaczego nie
wywaliła Burna na zbity pysk? No przecież, robił najlepsze wołowe
burgery w całym pieprzonym Leicestershire, a może i w całej
pieprzonej Anglii, o ile oczywiście miał go kto dopilnować.),
zupełnie zapomniała, że miała przepisać go do telefonu.
Od ostatniej wizyty
stały lekarz Jonesy'ego, doktor Tennant, zdołał jednak
przeprowadzić się ze swoim gabinetem, a Rose nie wiedziała gdzie,
zaczęła więc idiotycznie szukać tego cholernego notesu.
No cóż, samotne
prowadzenie pubu potrafi wykończyć, również, a nawet zwłaszcza,
psychicznie. Jak również może wyrobić ci opinię psychopatki, z
którą żaden facet nie zechce umówić się na randkę. Taki skutek
uboczny.
Z Jonesym pod pachą
poszła do salonu. Odstawiwszy jego obrażoną dostojność na
kanapę, wyciągnęła laptopa z szuflady stolika pod telewizor,
podłączyła do niego kabel zasilania i umościła się wygodnie w
fotelu.
- Jonesy, zostaw ten
kabel, bo dostaniesz w pałę - rzekła machinalnie. Nie musiała
nawet patrzeć, by wiedzieć, że kot poluje właśnie na przewód od
lapa.
Coś brzęknęło
głośno w pubie na dole. Jonesy nastawił uszy i nasłuchiwał, Rose
podniosła głowę znad laptopa.
- Ki chuj? -
zapytała. Odłożyła urządzenie, wyjęła zza kanapy kij do
krykieta i tak uzbrojona pomaszerowała piętro niżej. Już na
schodach, za drzwiami mieszkania, jej gołe nogi i bose stopy ogarnął
lodowaty powiew.
- Jeśli wybiłeś
mi okno - oznajmiła przez zaciśnięte szczęki. - Ja wybiję ci
zęby.
Podłoga na
korytarzu prowadzącym na zaplecze była przeraźliwie zimna, w
dodatku skądś wiało. Rose pstryknęła włącznikiem, ale żarówka
pod sufitem nie zapaliła się. Montoya dopisała elektryka, który
ostatnio naprawiał tu instalację do długiej listy osób, którym
należałoby skopać tyłek. Facet wystawił jej rachunek jak za
remont żyrandoli w zamku windsorskim, a nie potrafił zrobić, co do
niego należało!
W kuchni znowu coś
brzękło, metalicznie, jakby ktoś strącił któryś z rondli na
posadzkę. Potem, Rose nie uwierzyła własnym uszom, ktoś
zachichotał, najwyraźniej rozbawiony.
Jak cię dorwę, nie
będzie ci do śmiechu, pomyślała.
Kuchnia była
zupełnie ciemna, światło z klatki schodowej tu nie docierało.
Rose przesunęła ręką po ścianie i namacała włącznik światła.
Pstryknęła.
Klops. Nie zapaliło
się.
Cofnęła się dwa
kroki, pod ścianę korytarza, myśląc, co dalej. Wezwać gliny? A
jeśli to tylko myszy, czy szczury? Bywało, że przyłaziły tutaj
piwnicami i potrafiły narobić dużo hałasu. Mało, że oberwałoby
się jej za niepotrzebne wezwanie, to jeszcze mogliby na nią
kontrolę sanitarną napuścić.
Odpada.
- Rosie - szepnęła
ciemność. - Rosie.
Teraz Rose poczuła,
że ogarnia ją furia. Tego zdrobnienia miał prawo używać tylko
jeden człowiek, a tak się składało, że ten człowiek, James
Abney, jej dziadek, nie żył od wielu lat. Co za ścierwo śmiało
się włamać do jej pubu, a teraz jeszcze wyciera sobie pysk
ulubionym przez dziadka zdrobnieniem jej imienia?
- Wyłaź, to może
cię nie stłukę za bardzo! - wrzasnęła.
W ciemnych
wnętrznościach kuchni coś się poruszyło.
- Rosie - teraz
słyszała ten głos tak wyraźnie, jakby ktoś szeptał jej w samo
ucho. - Uważaj.
- Sam
lepiej uważaj - warknęła, sięgając jedną ręką do kieszeni
krótkich spodni od piżamy. Wyciągnęła komórkę i poświeciła
nią w głąb kuchni.
Pusto.
Tylko samotny rondel leżał na podłodze do góry dnem, polśniewając
tajemniczo w mdłym blasku ekranu komórki.
Rose
oblała się potem. Kto, do cholery, przed chwilą do niej gadał?
Czyżby zaczynało jej odbijać?
- On
wraca - cichy szept rozległ się za jej plecami. Z krótkim,
zduszonym "Och!" obróciła się, wyciągając rękę z
telefonem przed siebie.
Korytarz
też był pusty. Zupełnie pusty.
Nagle
świetlówki w kuchni brzęknęły i zapaliły się, z początku
światłem słabym i drżącym, przechodzącym w lodowaty, mocny
blask, nie pozostawiający zbyt wiele miejsca ciemności. Zalane
światłem pomieszczenie, z wyspą kuchenek i piekarników pośrodku,
było ciche, puste i idealnie wysprzątane, jeśli nie liczyć
leżącego na podłodze rondla.
Oraz
otwartej szafki z zapasem przypraw, tuż obok wieszaka, na którym w
karnym rzędzie wisiały patelnie i rondle, niczym chromowana armia.
Chociaż teraz, pomyślała Rose, wyglądały raczej jak uśmiech
szczerbatego, z tą luką pozostawioną przez naczynie, które jakimś
cudem zdołało spaść z haczyka.
No
właśnie.
Rose
wróciła spojrzeniem do szafki z przyprawami. Dziadek Jimmy lubił
sobie golnąć od czasu do czasu. Na ogół alkoholu nie nadużywał,
ale babcia Myrtle niechętnie patrzyła nawet na tę jedną, skromną
szklaneczkę whisky, którą James Abney lubił wypijać przed snem.
Ponieważ jednak skutkiem ciągłych problemów z zatokami zupełnie
straciła węch, dziadek Jimmy szybko opracował metodę, dzięki
której nie musiał rezygnować ze swego zwyczaju. Schował
mianowicie butelkę swojej ulubionej whisky Whyte&Mackay w dużej
puszce z napisem "Imbir", stojącej w tej właśnie szafce,
na którą teraz patrzyła Rose. Myrtle trzymała się pubu i jego
spraw z daleka, do kuchni schodząc tylko po obiad (przy wszystkich
swoich zaletach zupełnie nie umiała gotować), a kucharze nie
spieszyli się informować ją o małych sekretach męża. Wieczorami
więc, gdy Myrtle już zasypiała, wymykał się na dół i pociągał
ten jeden sakramentalny łyk z ukrytej butelki.
Pewnego
razu jednak strącił niechcący rondel z wieszaka, budząc brzękiem
żonę i wnuczkę, po czym musiał długo tłumaczyć podejrzliwej
babci, co właściwie robił o tej porze w kuchni. W sukurs przyszła
mu wtedy Rose, która przybiegła do pubu jako pierwsza, wyprzedzając
babcię Myrtle.
- Bo
ja słyszałam taki brzęk, babciu! - rzekła, z powagą malującą
się w jej wielkich, czarnych oczach. - Ja poprosiłam dziadziusia,
żeby poszedł sprawdzić, bo myślałam, że ktoś tu jest!
Od
tej pory Myrtle sama nalegała, aby James, przed snem, dokonywał
obchodu pubu, sprawdzając wszystkie wejścia.
- I
drzwi do piwnicy, kochany, koniecznie drzwi do piwnicy! - powiedziała
Rose do pustej kuchni, naśladując głos babci.
Podniosła
rondel, odwiesiła starannie na miejsce i zamknęła szafkę. Obeszła
kuchnię dookoła, sprawdziła, czy drzwi piwnicy są zamknięte na
kłódkę, o czym Robbie niekiedy zapominał, one zaś lubiły się
czasami otwierać same z siebie, jeśli użyto tylko zasuwki. Tym
razem jednak nie zapomniał, kłódka wisiała gdzie powinna.
- No
dobra - mruknęła Rose. Klepnęła piwniczne drzwi, odgarnęła
włosy z twarzy i westchnęła. - Najwyraźniej wali mi na dekiel.
Może też powinnam sobie golnąć jednego do poduszki, jak dziadek
Jimmy.
Okrążyła
kuchenną wyspę i zamarła. Tam, gdzie poprzednio leżał rondel,
teraz stała pełna butelka Whyte&Mackay Blended.
- O
kurwa - stwierdziła Rose odkrywczo. Podeszła do butelki i pomacała
ją nieufnie. Była przwdziwa, stuprocentowo, z nienaruszoną
banderolą. Odstawiła ją na najbliższy blat i dokdładnie
sprawdziła wszystkie wejścia i okna w pubie. Zamknięte na głucho,
żadnych śladów włamania.
Z
butelką pod jedną pachą i kijem pod drugą wróciła na górę,
obiecując sobie, że pogada jutro z Lemmym na temat monitoringu.
Potem
usiadła na brzegu wielkiego, małżeńskiego łoża, które przez
kilkadziesiąt lat dzielili James i Myrtle, a w którym ona teraz
sypiała, nalała z namaszczeniem whisky do stojącej na nocnym
stoliku szklaneczki i spojrzała na bursztynowy płyn pod światło.
-
Twoje zdrowie, dziadziusiu - mruknęła, przechylając naczynie.
Po
drugiej stronie Kanału La Manche, Majka Krukówna wierciła się na
dolnej pryczy piętrowego łóżka, w ośmioosobowym pokoju hotelu
Meininger. Usiłowała przy tym nie skrzypieć (mie sobą, lecz
łóżkiem, rzecz jasna) za bardzo, bo jej dwie współlokatorki,
bardzo uprzejme, acz małomówne Azjatki, dawno już spały. Ona
jakoś nie mogła. Za bardzo była zdenerwowana i podekscytowana tym
wszystkim, chociaż z drugiej strony spacerek przez miasto z walizą
o rozmiarach szafy gdańskiej i wadze dużej ciężarówki, nieźle
ją wykończył.
Wszystko
przez upór Majki, żeby jechać do Anglii pociągiem. Samoloty miały
limity wagowe, oczywiście uzasadnione ograniczonym udźwigiem
maszyny, ale jak się człowiek wyprowadza w jasny piorun z domu
rodzinnego, to jego bagaż za cholerę nie będzie dał się zamknąć
w tych piętnastu, czy dwudziestu kilo. Przelot zatem odpadł w
przedbiegach. Autokary, chociaż tanie też, bo podróż nimi trwała
upiornie długo. Majka raz w życiu spędziła w autobusie ponad
dobę jednym ciągiem, przy okazji wycieczki po Francji i pod koniec
nie była pewna, czy ma jeszcze pośladki, natomiast szkielet dawał
jej znać o sobie bólem wszelkich możliwych i niemożliwych stawów.
Nigdy więcej, postanowiła i postanowienia zamierzała dotrzymać.
A w
pociągu mogł sobie pospacerować, mogła iść do kibelka, kiedy
poczuła taką potrzebę, a nade wszystko mogła sobie zrobić
przerwę w podróży, co też uczyniła, rezerwując sobie nocleg w
Kolonii. Dzięki temu miała nadzieję porządnie się wyspać, zjeść
kulturalnie śniadanie, a potem wsiąść w pociąg do Brukseli, tam
złapać Eurostara przybyć na Wyspy świeżutka jak pierwiosnek, nie
zaś w postaci wymiętej zmory.
Rodzina
oczywiście stwierdziła jednogłośnie, że Majka ma fioła,
przecież pociąg będzie kosztował majątek i w ogóle, kto to
widział, co za niedowarzone pomysły i czy ona sobie wyobraża, że
tę walizkę ktoś będzie za nią nosić? Majka sobie tego nie
wyobrażała. Walizka miała kółka, moża było ją ciągnąć, co
znakomicie ułatwiało życie. Utrudniały je wprawdzie schody i
schodki wszelkiej maści, ale skoro dała sobie radę w Warszawie,
dałaby ją sobie wszędzie.
Stolica
Polski odznacza się bowiem tym, że konstruktorzy wszelkich przejść
podziemnych i tuneli mają w sobie nieposkromioną awersję do wind,
w związku z tym nie umieszczają ich w swoich projektach. A jeśli
już któryś przełamie obrzydzenie i umieści, taka winda, obłożona
projektanckim dyzgustem, niezwłocznie się psuje, co osoby
odpowiedzialne za utrzymanie obiektu rozwiązują zwykle przez
umieszczenie na drzwiach kartki o treści "winda zepsuta" i
pójście sobie w dal.
Nieszczęśnikowi,
wyposażonemu w bagaż, lub wózek dziecięcy pozostaje tylko
targanie swojego słodkiego ciężaru po schodach. Majka raz już
była bliska zrobienia czegoś w rodzaju rekreacji słynnej sceny z
"Pancernika Potiomkina" Eisensteina, tej z wózkiem
dziecinnym zjeżdżającym po schodach, tyle, że zamiast wózka
miała wystąpić jej walizka, a schody nie znajdowąły się w Sankt
Petersburgu, tylko w Warszawie, prowadząc do podziemi Dworca
Centralnego. Udało się jej jednak powstrzymać i jakoś stachała
walizę na dół, postękując przy tym i sapiąc jak miech. Na
szczęście kwestię załadowania walizki na półkę w przedziale, a
potem jej zdjęcia i wystawienia na peron załatwili za Majkę bardzo
uprzejmi panowie, w Warszawie rodak, w Kolonii jakiś miły Angol,
który dosiadł się był w Berlinie.
Majka
owinęła się ciaśniej kołdrą. W pokoju słychać było tylko
posapywanie śpiących dziewczyn, bo ruch samochodowy na ulicy zamarł
już dawno. W sumie ta praca w Leicester spadła jej jak z nieba,
pomyślała. Dzięki kilku złym wyborom życiowym, a także
skłonności do panikarstwa, histerii i nałogowemu wątpieniu we
własne możliwości Majka, skończywszy studia dość późno,
właściwie siedziała głównie na bezrobociu, przerywanym krótkimi
okresami pracy. Mieszkanie z rodziną też nie poprawiało sytuacji.
No dobrze, przyznawała to uczciwie, dali jej dach nad głową i
pożywienie, wymawiając jej jedno i drugie najwyżej czasami, ale
poza tym byli niekwestionowanymi mistrzami wykańczania psychicznego,
uważając, że Majka to dziwadło, nie nadające się do niczego. W
dodatku przekroczyła trzydziestkę i nie ma faceta, o narzeczonym,
czy mężu nie wspominając, zgroza po prostu.
Kiedy
więc Mańka doszła do takiego stanu, że zgon zaczął jej się
wydawać rozwiązaniem znacznie ciekawszym, niż dalsza wegetacja w
taki sposób, zdarzyły się znienacka dwie rzeczy: nagły przypływ
gotówki, nie żadnych milionów, ale sumki całkowicie
wystarczającej na spokojny start w nowym miejscu, oraz propozycja
pracy w Anglii. Znajomi znajomych puścili cynk, że jest wolne
stanowisko w prywatnym azylu dla zwierząt w Leicester, wiadomość
dotarła błyskawicznie do Majki, wszyscy bowiem znakomicie
wiedzieli, że z czym, jak z czym, ale ze zwierzętami radzi ona
sobie znakomicie, w małym palcu mając podstawowe czynności
pielęgnacyjne, umiejąc też zrobić zastrzyk (byle nie dożylny),
zmienić opatrunek, czy podać lekarstwo czworonoźnemu choremu.
Majka
rzuciła się na tę popozycję z rzadką u siebie energią i
zachłannością, tak, że po trzech dniach i kilku rozmowach z
właścicielką azylu sprawa była już przyklepana, a nawet znalazło
się miłe i nieprzesadnie drogie mieszkanie do wynajęcia. Zupełnie,
pomyślała Majka, jakby coś mnie do tego Leicester pchało.
No to
niech pcha, proszę bardzo, stwierdziła w duchu, sprawdzając
jednocześnie godzinę w telefonie. Na pewno nie będzie gorzej niż
było. A teraz spać, bo zaśpi na śniadanie.
A
jutro Anglia. Białe klify Dover, idiotyczne oddzielne krany z ciepłą
i zimną wodą oraz genialna herbata. I oczywiście piłka nożna.
Leicester City wprawdzie grało zaledwie w Championship, za to
występował tam Marcin Wasilewski, tak się składa jeden z
ulubionych piłkarzy Majki. Atut nie do odparcia.
Z tą
myślą Majka zasnęła.
W tej
samej Anglii o której rozmyślała, pewien mężczyzna siedział
właśnie na bardzo eleganckiej kanapie w szalenie eleganckim salonie
swego drogiego, londyńskiego mieszkania, odziany jedynie w bokserki
i patrzył ponuro przed siebie. Mężczyzną tym był Frank Lampard.
Popularny
Lamps jeszcze niedawno miał wszystko. Udaną karierę w barwach
Chelsea, piękną dziewczynę u swego boku, udane dzieciaki, które
starał się odwiedzać jak najczęściej... Było cudownie. więcej,
było zajebiście.
Wszystko
to zaczęło się walić jakiś tydzień temu. To była rutynowa
kontrola zdrowotna, jakich przechodził wiele w swej karierze. Zawsze
bez problemu, tym razem było jednak inaczej. Pedałował właśnie
na stacjonarnym rowerze, z elektrodami poprzylepianymi do piersi, gdy
nagle klubowy lekarz zmarszczył brwi i przyjrzał się uważniej
wykresowi EKG na monitorze.
- Nie
podoba mi się to - mruknął.
- Co
jest doktorku? - zdziwił się Frank, wyciągając szyję.
-
Pedałuj, pedałuj - zalecił doktor, nie spuszczając oka z ekranu.
Po
skończonej próbie wysiłkowej doktorek zagłębił się w wydruku
EKG, pochrząkując i mamrocząc coś do siebie.
-
Cholera, nie wiem, nie wiem... - mruczał, skrobiąc się po
rzednącej czuprynie.
-
Czego nie wiesz? - zapytał Lampard podejrzliwie. - Mam jakiś
problem?
- No
chyba masz - odparł doktor. - Widzę tu nieprawidłowości rytmu
serca, Lamps. Wiesz, co to znaczy.
Frank
zamknął oczy. Wszystko, tylko nie to!
-
Trzeba cię będzie dokładnie przebadać, kochany - lekarz rozłożył
bezradnie ręce. - A dopóki nie będę miał pełnego obrazu
sytuacji, muszę cię odsunąć od treningów i gry.
- Od
treningów też?! Żartujesz chyba?
- No
wybacz, nie chcę, żebyś padł znienacka trupem na murawie.
Badali
go prawie cały tydzień, pobierając krew, podłączając do
rozmaitych aparatów i wypytując o całą masę rzeczy. Czy nie
męczył się za szybko? Czy nie odczuwał bólu w piersi? Zawrotów
głowy? Odpowiedź na wszystkie pytania brzmiała nieodmiennie "nie".
Lampard czuł się znakomicie, tryskał energią i niejednego
gówniarza mógłby jeszcze w meczu zabiegać na amen. Po co więc go
odstawiać na bocznicę?
Doktor
jednak był nieubłagany.
-
Lamps, masz lekką arytmię serca - rzekł. - Nie ma żadnych
przyczyn fizjologicznych, ani chorób, które mogłyby wywoływać
ten stan. Po prostu twoje serce bije za szybko, a my nie wiemy czemu.
Dopóki jednak to nie ustąpi, masz szlaban na granie.
-
Jasna kurwa - Frank zaklął soczyście. - Co to znaczy szlaban na
granie? Co ja mam teraz niby robić?
-
Przede wszystkim nie denerwować się - odparł doktor. - Przyczyną
twojego stanu jest prawdopodobnie stres. Wyjedź gdzieś, odpręż
się i nie zapomnij wpaść do mnie na kontrolę za dwa tygodnie.
Jesli nic się nie zmieni, zastanowię się nad dalszymi badaniami.
Lampard
wracał do domu, marząc tylko o tym, żeby przytulić się do swojej
Christine i zapomnieć na chwilę o bożym świecie. Tu czekała go
druga gówniana niespodzianka tego tygodnia. Wchodząc do domu
zderzył się ze swoją dziewczyną w drzwiach. Z nią i z jej wielką
walizką.
-
Wyjeżdżasz gdzieś, maleńka?- zapytał, nachylając się, by ją
pocałować.
Odwróciła
twarz.
-
Wyprowadzam się - odparła zimno.
Frank
poczuł się, jakby mu ziemia rozwarła się pod stopami.
- Co?
- zapytał słabo.
- Czy
oprócz kardiologa potrzebujesz także laryngologa? - zapytała z
jadowitą uprzejmością. - Wyprowadzam się. Innymi słowy rzucam
cię, rozumiesz?
Zatoczył
się, jakby zdzieliła go czymś ciężkim w głowę. Byłby upadł,
gdyby nie przytrzymał się ściany.
- Nie
możesz, my przecież, ja... my mieliśmy się pobrać. Kocham cię!
- Ale
ja cię nie kocham - oznajmiła brutalnie. - Od dawna. Po resztę
rzeczy kogoś przyślę.
Ominęła
go niczym pachołek i odeszła. Tak po prostu.
A on
siedział jak frajer, patrząc na swoje mieszkanie, tak puste bez
niej i jej rzeczy. I bez ich wspólnych zdjęć, które zniszczyła
skrupulatnie, co do sztuki.
- Ja
pierdolę - jęknął, kładąc głowę na stoliku do kawy.
Jak
to się stało? Kiedy, mój Boże, kiedy ta kobieta przestała go
kochać? Owszem, bywały okresy, gdy nie mieli zbyt wiele czasu dla
siebie, oboje przecież pracowali, musieli wyjeżdżać. Takie było
życie. Starał się jednak wynagradzać jej każdą chwilę rozłąki,
starał się być dobrym partnerem. Co poszło nie tak i dlaczego ona
do końca udawała, że wszystko jest cacy? Przecież jeszcze wczoraj
kochała się z nim gorąco i namiętnie, mało sypialni nie
roznieśli. Potem żartowali, że doktorek sam padłby na serce,
gdyby mógł zobaczyć EKG Franka w tym momencie. Śmiali się razem,
tulili.
A
dzisiaj ona po prostu odeszła, mówiąc, że to koniec.
W
innych okolicznościach pewnie by zadzwonił po któregoś z kumpli i
spiłby się z nim jak świnia, ale teraz nawet na to nie miał
ochoty.
Szczerze
mówiąc nie miał ochoty oglądać żadnej ze znajomych gąb.
Najlepiej wyjechać gdzieś, jak mówił doktorek. Na prowincję,
świeże powietrze przyda się takiemu staruszkowi ze steranym sercem
jak on. Roześmiał się gorzko, wyciągając z półki samochodowy
atlas Wielkiej Brytanii. Otworzył go na chybił trafił na jednej ze
stron z wykaze miejscowości, po czym zamknął oczy i dźgnął
palcem w stronę na oślep. Niech los wybierze.
Leicester?
Bardzo
dobrze.
Frank
Lampard jedzie do Leicester!