poniedziałek, 7 października 2013

Prolog

Floating through this darkness
All alone
Love is gone in darkness
Cold as a stone
Searching through the shadows you have known
Love's gone
Bare as a bone.

Julee Cruise "I float alone"


W sypialni było ciemno. Przesiane przez firankę światło latarni kładło się miriadą punktów na podłodze i na łóżku. Kiedy gorący podmuch znad grzejnika poruszał firanką, poruszały się również owe punkty. Wasyl siedział, wsparty o wezgłowie łóżka, czując, jak jakiś rzeźbiony detal wpija mu się w plecy na wysokości nerek i spoglądał ponuro na grę świateł, toczącą się na okrywającej go kołdrze.
Zegar, stojący na gzymsie kominka, wskazywał pierwszą w nocy. W zasadzie Marcin powinien był już spać. Sportowy tryb życia, poranny trening i takie tam pierdoły. Problem polegał na tym, że zasnąć nie mógł, a nawet trochę się tego obawiał. Zawsze miał bardzo wyraźne i barwne sny, ale ostatnio jego mózg zaczął zdecydowanie z tą barwnością przesadzać. Z realizmem niektórych szczegółów też.
Te powtarzające się sny zaczęły się... Kiedy właściwie? Wasyl zmarszczył brwi. Pionowa kreska pomiędzy nimi pogłębiła się wyraźnie. No właśnie. Zaczęły się zimą, tuż przed tym, jak z transferu do Legii wyszły nici. Ściślej rzecz biorąc wtedy przyśnił mu się ten pierwszy sen, ten przyjemniejszy.
Znajdował się w nim na boisku treningowym, żadna nowość w jego snach. Piłka to było coś, co w jego głowie siedziało stale, dwadzieścia cztery godziny na dobę, nawet gdy nie grał, nie było zatem niczym dziwnym, że często o niej śnił. Znajdował się więc na boisku treningowym, ale nie Anderlechtu, jakimś innym, rozgrywając z kolegami z drużyny mecz. Wszystko spowijała gęsta mgła, tak, że kumpli widział jako dziwne, niebieskie kształty, wyłaniające się z tumanu to tu, to tam. Ich okrzyki brzmiały jak przez watę, stłumione i odległe, trochę jakby miał na uszach słuchawki ochronne.
Kręcił się trochę bez sensu, usiłując ogarnąć to, co się działo na boisku, kiedy z mgły wyleciała piłka, prosto pod jego nogi. Przyjął ją, najzupełniej odruchowo i popędził jak strzała (chciałby mieć taki sprint w prawdziwym życiu) w kierunku bramki, mijając po drodze kolejne niebieskie kształty niczym pachołki. Czuł szum krwi w skroniach i to uczucie dzikiej euforii, którego zawsze doznawał na boisku. To była wolność, niczym nie skrępowana, nieokiełznana wolność. Biegł przed siebie, powadząc pewnie piłkę, póki z tumanu nie wyłoniła się bramka, a w niej nieruchawy, czarny kształt.
Wtedy strzelił, spokojnie i mocno, a piłka, istna torpeda wśród piłek, minęła wyciągniętego jak struna bramkarza i zatrzepotała w siatce.
Wasyl ryknął z radości, padając na kolana i wznosząc obie pięści ku niebu, a z mgły odpowiedziały mu stłumione okrzyki kolegów.
I wtedy ją zobaczył.
Ta dziewczyna stała przy siatce, w ogrodzie jakiegoś domu, stał tam cały rząd schludnych, szeregowych domów, oparta o pień starego drzewa, wyciągającego we mgłę swoje bezlistne, czarne konary. Wasyl dostrzegł ją właściwie tylko dlatego, że była ubrana w czerwony płaszcz, który niemal fosforyzował barwą na tle wszechobecnej, mglistej bieli. Jej twarzy nie widział, była tylko rozmazaną białą plamą nad kołnierzem płaszcza, dostrzegł natomiast niesforne ciemne włosy, opadające kosmykami na czoło.
Zamarł na tych kolanach, opuszczając powoli ręce i gapiąc się na plamę czerwieni, która wydawała się unosić pośród mgły. Z jakiegoś powodu czuł, że powinien ją zapamiętać, bo jest ważna. Nie, żadna tam znienacka miłość objawiona, w gwiazdach zapisana, czy coś w tym stylu, w żadnym wypadku. Po prostu była ważna, była kawałkiem jakiejś większej układanki, którą on miał ułożyć.
W tym momencie z reguły się budził, zatrzymując pod powiekami wirującą czerwoną plamę, jak powidok płaszcza tej dziewczyny.
To nie był zły sen, ani straszny, był po prostu upierdliwy. Po klapie transferu do Legii i po przegranej z Ukrainą zaczął mu się śnić coraz częściej, co najmniej dwa razy w tygodniu. Wtedy też, dokładniej rzecz biorąc zaraz po tym jak odmówił Leśnodorskiemu (i wyplątał się z telefonu od bardzo zaskoczonego Żewłaka, po czym poszedł spać), pojawił się ten drugi sen.
O, to był stuprocentowy horror.
Również dział się na boisku. To znowu był trzydziesty sierpnia 2009 roku, mecz ze Standardem Liege, cholerna dwudziesta siódma minuta. Znikąd zjawiał się ten skurwysyn Witsel, naskakiwał na nogę Wasyla, wyciągniętą we wślizgu i rozlegał się ten pieprzony trzask.
Trzask łamanych kości, jego własnych, brutalnie łamanych kości.
I znowu Wasyl leżał na murawie, patrząc na swoją nogę, wygiętą pod najzupełniej nieprawdopodobnym kątem i wrzeszcząc, w szoku, ile sił w płucach. Witsel tymczasem, ten skurwiel o pustej twarzy, odchodził, uśmiechając się pogardliwie.
Marcin patrzył za nim, czując gorące strużki krwi, sączącej się przez getry, przerażony, spocony jak mysz i tak kurewsko bezradny.
Wtedy Witsel robił coś dziwnego, coś, czego tamtego dnia tak naprawdę nie zrobił. Unosił mianowicie dłoń i machał nią do kogoś na trybunach. Wasyl patrzył w tamtą stronę, czując lodowaty palec strachu sunący wzdłuż kręgosłupa, czując, że wcale nie ma ochoty sprawdzać, kogóż ten kutasina mianowicie pozdrawiał.
Ale jednak robił to, tylko po to, by ujrzeć swoją żonę, której przecież tamtego dnia na stadionie nie było, a obok niej mężczyznę, nachylonego do jej ucha, jakby coś jej opowiadał. Jeśli to był mężczyzna, tamten bowiem był właściwie tylko cieniem, utkanym z najgęstszej ciemności, odzianym w coś, co można by nazwać sugestią krótkiego płaszcza i fedory. Nie miał twarzy, pod rondem kapelusza krył się tylko mrok, w którym lśniły dwie iskierki, niczym kryształki miki w jakimś kamieniu, oświetlonym jaskrawym słońcem pustyni.
Ten czarny mężczyzna, widząc, że Wasyl na niego patrzy, prostował się i wyciągał palec, wskazując na połamaną nogę Marcina.
I wtedy eksplodował w niej znajomy ból, potworny, oślepiający i odczłowieczający. Wasyl zaczynał jęczeć, potem krzyczeć, nie odwracając jednak wzroku od tamtego. Od czarnego mężczyzny.
To tylko przystawka, mówiły lśniące iskierki pod rondem fedory. To tylko niewinna pieszczota w porównaniu z tym, co mogę ci zrobić, jeśli wejdziesz mi w drogę. Lepiej więc trzymaj się ode mnie z daleka, mówiły.
Wasyl nie wiedział, kim, lub czym, była ta istota. Wiedział natomiast, że była zła, zło wręcz biło od niej falami, jak żar od hutniczego pieca. Widział dłoń, utkaną z mroku, spoczywającą w poufałym geście na ramieniu jego żony, która uśmiechała się, zupełnie jakby widziała coś miłego, nie swego męża okaleczonego i wijącego się z bólu, i wiedział, że jedno pstryknięcie tych czarnych palców może zmieść jego rodzinę i wszystko co kochał z powierzchni ziemi. Na to nie mógł pozwolić.
Unosił więc głowę w wielkim wysiłku i rzucał, wprost w tę ciemność pod kapeluszem:
- Spierdalaj!
Iskierki pod rondem fedory rozbłyskiwały gniewnie, palec mężczyzny unosił się znów i ból wybuchał ze zdwojoną siłą, pożerając Marcina ze szczętem.
Wtedy się budził, zlany potem i drżący, z pięścią albo rogiem poduszki w ustach, żeby stłumić rodzące się w nich wycie. Pobudziłby nie tylko żonę i dzieci, ale także wszystkich sąsiadów w promieniu minimum kilometra, gdyby kiedyś nie zdążył na czas zatkać sobie gęby.
Ale na ogół zdążał. Leżał potem przez jakiś czas w ciemnościach, oddychając głęboko i łypiąc podejrzliwie okiem na zaległe w kątach sypialni cienie. Najchętniej zapaliłby światło, ale Aśka nie lubiła spać przy zapalonym, poza tym jak by to wyglądało? On, dorosły facet i naczelny twardziel RSC Anderlecht, bojący się ciemności? Nie ma mowy. Naciągał więc kołdrę na głowę i starał się zasnąć.
No dobrze, tu, w Leicester, nie było żony, ani dzieci, zostały w Brukseli, więc gdyby chciał, mógłby sobie zrobić iluminację, jak na pieprzonym Titanicu, na pokładzie klasy pierwszej. Ale nie chciał. Nie miał zamiaru poddawać się durnemu strachowi. Zresztą, pomyślał, osuwając się na poduszkę, to na pewno tylko stres. Ostatni rok lekki nie był, działo się dużo i niezbyt przyjemnie, do tego musiał zostawić rodzinę w innym kraju, a to było dla niego ciężkie. Stres. Tak, to na pewno ten cholerny stres.
Chociaż... Niechętnie przyznawał sam przed sobą, ale znał czarnego mężczyznę. Znał sukinsyna. Widział go, kiedy był małym chłopcem. Była wtedy noc, chyba tak samo późna jak teraz. Jego brat, Paweł, z którym dzielił pokój, rzucał się przez sen, jęcząc tak głośno, że aż go obudził.
Wasyl pamiętał, usiadł wtedy na łóżku, posykując, bo dokwierała mu cokolwiek noga, obtarta i obita w podwórkowym meczu, i myśląc, że ten mały młotek znowu naoglądał się czegoś w telewizji. Często mu się to zdarzało, podglądał cichcem z korytarza, to, co działo się na ekranie telewizora w dużym pokoju, a potem budził się w nocy z płaczem i ładował mu się do łóżka.
Młodsze rodzeństwo.
Marcin znosił nocne wizyty młodego cykora z właściwym sobie spokojem, i wtedy był przekonany, że to był kolejny taki przypadek.
Przynajmniej dopóki nie spojrzał w stronę łóżka brata.
U wezgłowia stał ciemny kształt, w którym Wasyl rozpoznał zarys szerokich ramion i kapelusza, nachylonego wraz z głową nad posłaniem Pawła.
Co ten facet robił w ich pokoju?
Już miał biec do pokoju rodziców, kiedy ten typ podniósł głowę.
Wasylowi zrobiło się gorąco, a zaraz potem zimno.
Ten gość nie miał twarzy.
Tylko dwie jasne iskierki tam, gdzie powinny być oczy.
Naciągnął kołdrę na głowę i zaczął się gorliwie modlić.
Kiedy odważył się wyjrzeć, cienia już nie było.
W sumie, zastanowił się teraz, moszcząc się wygodnie pod kołdrą, pewnie jego podświadomość wygrzebała tego gościa, zjawę, przywidzenie, czy cokolwiek to było, z jego pamięci, jako symbol stresu.
Psychika czasem robi człowiekowi dziwne rzeczy, pomyślał sennie.
Kika przecznic od eleganckiego domu, który z wolna wypełniał się chrapaniem Marcina Wasilewskiego, znajdował się pub, zwany Ten Bells. W oknach mieszkania nad nim, mimo późnej pory, wciąż paliło się światło.
- Szlag by to - mruczała Rose Montoya, przekopując półeczkę nad kuchennym stołem, zawaloną korespondencją, notatkami dla pamięci, kocimi witaminami i rozmaitymi przedmiotami, które mogły się czasem okazać przydatne. - Gdzie ja właściwie wsadziłam ten notes, Jonesy?
Jonesy, wielki rudy kocur, rozwalony na blacie szafki, odpowiedział przeciągłym kaszlnięciem i wzgardliwym spojrzeniem.
- Nie patrz tak na mnie - zażądała Rose. - To nie ja ci kazałam zwiewać na trzy dni i łapać przeziębienie.
Jonesy spojrzał przeciągle na pustą miskę, stojącą pod stołem, jakby chciał zasugerować, że gdyby lepiej, a zwłaszcza częściej tu karmiono, nie odczuwałby najmniejszej potrzeby wychodzenia gdziekolwiek.
- Pieprzyć notes - mruknęła. - Mamy dwudziesty pierwszy wiek, mogę poszukać adresu weta w necie.
Rudzielec był zazwyczaj zdrów jak ryba, u weterynarza więc bywali rzadko. Kiedyś wzięła od niego na wszelki wypadek numer telefonu, zapisując w notesie, z gorącym postanowieniem, że jak będzie miała chwilę, zapisze sobie w komórce. Wtedy tego nie zrobiła, bo spieszyła się potwornie. Robbie, szef kucharzy, akurat był na chorobowym, przypętało mu się grypsko, więc zostawiła kuchnię pod dowództwem Burna, którego imię było bardzo adekwatne do umiejętności kuchennych. Przez cały czas, gdy lekarz badał Jonesy'ego na stalowym stole, opędzała się od wizji Ten Bells spowitego w kłęby czarnego dymu i kilku jednostek straży pożarnej, wystawiających jej rachunek za nieuzasadnione zgłoszenie. Jonesy był zdrów jak byk, namazała więc ten numer w notesie, wsadziła kota pod pachę i uciekła, w przelocie rzucając pieniądze na ladę, po czym zajęta opanowywaniem apokalipsy w kuchni (Dlaczego nie wywaliła Burna na zbity pysk? No przecież, robił najlepsze wołowe burgery w całym pieprzonym Leicestershire, a może i w całej pieprzonej Anglii, o ile oczywiście miał go kto dopilnować.), zupełnie zapomniała, że miała przepisać go do telefonu.
Od ostatniej wizyty stały lekarz Jonesy'ego, doktor Tennant, zdołał jednak przeprowadzić się ze swoim gabinetem, a Rose nie wiedziała gdzie, zaczęła więc idiotycznie szukać tego cholernego notesu.
No cóż, samotne prowadzenie pubu potrafi wykończyć, również, a nawet zwłaszcza, psychicznie. Jak również może wyrobić ci opinię psychopatki, z którą żaden facet nie zechce umówić się na randkę. Taki skutek uboczny.
Z Jonesym pod pachą poszła do salonu. Odstawiwszy jego obrażoną dostojność na kanapę, wyciągnęła laptopa z szuflady stolika pod telewizor, podłączyła do niego kabel zasilania i umościła się wygodnie w fotelu.
- Jonesy, zostaw ten kabel, bo dostaniesz w pałę - rzekła machinalnie. Nie musiała nawet patrzeć, by wiedzieć, że kot poluje właśnie na przewód od lapa.
Coś brzęknęło głośno w pubie na dole. Jonesy nastawił uszy i nasłuchiwał, Rose podniosła głowę znad laptopa.
- Ki chuj? - zapytała. Odłożyła urządzenie, wyjęła zza kanapy kij do krykieta i tak uzbrojona pomaszerowała piętro niżej. Już na schodach, za drzwiami mieszkania, jej gołe nogi i bose stopy ogarnął lodowaty powiew.
- Jeśli wybiłeś mi okno - oznajmiła przez zaciśnięte szczęki. - Ja wybiję ci zęby.
Podłoga na korytarzu prowadzącym na zaplecze była przeraźliwie zimna, w dodatku skądś wiało. Rose pstryknęła włącznikiem, ale żarówka pod sufitem nie zapaliła się. Montoya dopisała elektryka, który ostatnio naprawiał tu instalację do długiej listy osób, którym należałoby skopać tyłek. Facet wystawił jej rachunek jak za remont żyrandoli w zamku windsorskim, a nie potrafił zrobić, co do niego należało!
W kuchni znowu coś brzękło, metalicznie, jakby ktoś strącił któryś z rondli na posadzkę. Potem, Rose nie uwierzyła własnym uszom, ktoś zachichotał, najwyraźniej rozbawiony.
Jak cię dorwę, nie będzie ci do śmiechu, pomyślała.
Kuchnia była zupełnie ciemna, światło z klatki schodowej tu nie docierało. Rose przesunęła ręką po ścianie i namacała włącznik światła.
Pstryknęła.
Klops. Nie zapaliło się.
Cofnęła się dwa kroki, pod ścianę korytarza, myśląc, co dalej. Wezwać gliny? A jeśli to tylko myszy, czy szczury? Bywało, że przyłaziły tutaj piwnicami i potrafiły narobić dużo hałasu. Mało, że oberwałoby się jej za niepotrzebne wezwanie, to jeszcze mogliby na nią kontrolę sanitarną napuścić.
Odpada.
- Rosie - szepnęła ciemność. - Rosie.
Teraz Rose poczuła, że ogarnia ją furia. Tego zdrobnienia miał prawo używać tylko jeden człowiek, a tak się składało, że ten człowiek, James Abney, jej dziadek, nie żył od wielu lat. Co za ścierwo śmiało się włamać do jej pubu, a teraz jeszcze wyciera sobie pysk ulubionym przez dziadka zdrobnieniem jej imienia?
- Wyłaź, to może cię nie stłukę za bardzo! - wrzasnęła.
W ciemnych wnętrznościach kuchni coś się poruszyło.
- Rosie - teraz słyszała ten głos tak wyraźnie, jakby ktoś szeptał jej w samo ucho. - Uważaj.
- Sam lepiej uważaj - warknęła, sięgając jedną ręką do kieszeni krótkich spodni od piżamy. Wyciągnęła komórkę i poświeciła nią w głąb kuchni.
Pusto. Tylko samotny rondel leżał na podłodze do góry dnem, polśniewając tajemniczo w mdłym blasku ekranu komórki.
Rose oblała się potem. Kto, do cholery, przed chwilą do niej gadał? Czyżby zaczynało jej odbijać?
- On wraca - cichy szept rozległ się za jej plecami. Z krótkim, zduszonym "Och!" obróciła się, wyciągając rękę z telefonem przed siebie.
Korytarz też był pusty. Zupełnie pusty.
Nagle świetlówki w kuchni brzęknęły i zapaliły się, z początku światłem słabym i drżącym, przechodzącym w lodowaty, mocny blask, nie pozostawiający zbyt wiele miejsca ciemności. Zalane światłem pomieszczenie, z wyspą kuchenek i piekarników pośrodku, było ciche, puste i idealnie wysprzątane, jeśli nie liczyć leżącego na podłodze rondla.
Oraz otwartej szafki z zapasem przypraw, tuż obok wieszaka, na którym w karnym rzędzie wisiały patelnie i rondle, niczym chromowana armia. Chociaż teraz, pomyślała Rose, wyglądały raczej jak uśmiech szczerbatego, z tą luką pozostawioną przez naczynie, które jakimś cudem zdołało spaść z haczyka.
No właśnie.
Rose wróciła spojrzeniem do szafki z przyprawami. Dziadek Jimmy lubił sobie golnąć od czasu do czasu. Na ogół alkoholu nie nadużywał, ale babcia Myrtle niechętnie patrzyła nawet na tę jedną, skromną szklaneczkę whisky, którą James Abney lubił wypijać przed snem. Ponieważ jednak skutkiem ciągłych problemów z zatokami zupełnie straciła węch, dziadek Jimmy szybko opracował metodę, dzięki której nie musiał rezygnować ze swego zwyczaju. Schował mianowicie butelkę swojej ulubionej whisky Whyte&Mackay w dużej puszce z napisem "Imbir", stojącej w tej właśnie szafce, na którą teraz patrzyła Rose. Myrtle trzymała się pubu i jego spraw z daleka, do kuchni schodząc tylko po obiad (przy wszystkich swoich zaletach zupełnie nie umiała gotować), a kucharze nie spieszyli się informować ją o małych sekretach męża. Wieczorami więc, gdy Myrtle już zasypiała, wymykał się na dół i pociągał ten jeden sakramentalny łyk z ukrytej butelki.
Pewnego razu jednak strącił niechcący rondel z wieszaka, budząc brzękiem żonę i wnuczkę, po czym musiał długo tłumaczyć podejrzliwej babci, co właściwie robił o tej porze w kuchni. W sukurs przyszła mu wtedy Rose, która przybiegła do pubu jako pierwsza, wyprzedzając babcię Myrtle.
- Bo ja słyszałam taki brzęk, babciu! - rzekła, z powagą malującą się w jej wielkich, czarnych oczach. - Ja poprosiłam dziadziusia, żeby poszedł sprawdzić, bo myślałam, że ktoś tu jest!
Od tej pory Myrtle sama nalegała, aby James, przed snem, dokonywał obchodu pubu, sprawdzając wszystkie wejścia.
- I drzwi do piwnicy, kochany, koniecznie drzwi do piwnicy! - powiedziała Rose do pustej kuchni, naśladując głos babci.
Podniosła rondel, odwiesiła starannie na miejsce i zamknęła szafkę. Obeszła kuchnię dookoła, sprawdziła, czy drzwi piwnicy są zamknięte na kłódkę, o czym Robbie niekiedy zapominał, one zaś lubiły się czasami otwierać same z siebie, jeśli użyto tylko zasuwki. Tym razem jednak nie zapomniał, kłódka wisiała gdzie powinna.
- No dobra - mruknęła Rose. Klepnęła piwniczne drzwi, odgarnęła włosy z twarzy i westchnęła. - Najwyraźniej wali mi na dekiel. Może też powinnam sobie golnąć jednego do poduszki, jak dziadek Jimmy.
Okrążyła kuchenną wyspę i zamarła. Tam, gdzie poprzednio leżał rondel, teraz stała pełna butelka Whyte&Mackay Blended.
- O kurwa - stwierdziła Rose odkrywczo. Podeszła do butelki i pomacała ją nieufnie. Była przwdziwa, stuprocentowo, z nienaruszoną banderolą. Odstawiła ją na najbliższy blat i dokdładnie sprawdziła wszystkie wejścia i okna w pubie. Zamknięte na głucho, żadnych śladów włamania.
Z butelką pod jedną pachą i kijem pod drugą wróciła na górę, obiecując sobie, że pogada jutro z Lemmym na temat monitoringu.
Potem usiadła na brzegu wielkiego, małżeńskiego łoża, które przez kilkadziesiąt lat dzielili James i Myrtle, a w którym ona teraz sypiała, nalała z namaszczeniem whisky do stojącej na nocnym stoliku szklaneczki i spojrzała na bursztynowy płyn pod światło.
- Twoje zdrowie, dziadziusiu - mruknęła, przechylając naczynie.
Po drugiej stronie Kanału La Manche, Majka Krukówna wierciła się na dolnej pryczy piętrowego łóżka, w ośmioosobowym pokoju hotelu Meininger. Usiłowała przy tym nie skrzypieć (mie sobą, lecz łóżkiem, rzecz jasna) za bardzo, bo jej dwie współlokatorki, bardzo uprzejme, acz małomówne Azjatki, dawno już spały. Ona jakoś nie mogła. Za bardzo była zdenerwowana i podekscytowana tym wszystkim, chociaż z drugiej strony spacerek przez miasto z walizą o rozmiarach szafy gdańskiej i wadze dużej ciężarówki, nieźle ją wykończył.
Wszystko przez upór Majki, żeby jechać do Anglii pociągiem. Samoloty miały limity wagowe, oczywiście uzasadnione ograniczonym udźwigiem maszyny, ale jak się człowiek wyprowadza w jasny piorun z domu rodzinnego, to jego bagaż za cholerę nie będzie dał się zamknąć w tych piętnastu, czy dwudziestu kilo. Przelot zatem odpadł w przedbiegach. Autokary, chociaż tanie też, bo podróż nimi trwała upiornie długo. Majka raz w życiu spędziła w autobusie ponad dobę jednym ciągiem, przy okazji wycieczki po Francji i pod koniec nie była pewna, czy ma jeszcze pośladki, natomiast szkielet dawał jej znać o sobie bólem wszelkich możliwych i niemożliwych stawów. Nigdy więcej, postanowiła i postanowienia zamierzała dotrzymać.
A w pociągu mogł sobie pospacerować, mogła iść do kibelka, kiedy poczuła taką potrzebę, a nade wszystko mogła sobie zrobić przerwę w podróży, co też uczyniła, rezerwując sobie nocleg w Kolonii. Dzięki temu miała nadzieję porządnie się wyspać, zjeść kulturalnie śniadanie, a potem wsiąść w pociąg do Brukseli, tam złapać Eurostara przybyć na Wyspy świeżutka jak pierwiosnek, nie zaś w postaci wymiętej zmory.
Rodzina oczywiście stwierdziła jednogłośnie, że Majka ma fioła, przecież pociąg będzie kosztował majątek i w ogóle, kto to widział, co za niedowarzone pomysły i czy ona sobie wyobraża, że tę walizkę ktoś będzie za nią nosić? Majka sobie tego nie wyobrażała. Walizka miała kółka, moża było ją ciągnąć, co znakomicie ułatwiało życie. Utrudniały je wprawdzie schody i schodki wszelkiej maści, ale skoro dała sobie radę w Warszawie, dałaby ją sobie wszędzie.
Stolica Polski odznacza się bowiem tym, że konstruktorzy wszelkich przejść podziemnych i tuneli mają w sobie nieposkromioną awersję do wind, w związku z tym nie umieszczają ich w swoich projektach. A jeśli już któryś przełamie obrzydzenie i umieści, taka winda, obłożona projektanckim dyzgustem, niezwłocznie się psuje, co osoby odpowiedzialne za utrzymanie obiektu rozwiązują zwykle przez umieszczenie na drzwiach kartki o treści "winda zepsuta" i pójście sobie w dal.
Nieszczęśnikowi, wyposażonemu w bagaż, lub wózek dziecięcy pozostaje tylko targanie swojego słodkiego ciężaru po schodach. Majka raz już była bliska zrobienia czegoś w rodzaju rekreacji słynnej sceny z "Pancernika Potiomkina" Eisensteina, tej z wózkiem dziecinnym zjeżdżającym po schodach, tyle, że zamiast wózka miała wystąpić jej walizka, a schody nie znajdowąły się w Sankt Petersburgu, tylko w Warszawie, prowadząc do podziemi Dworca Centralnego. Udało się jej jednak powstrzymać i jakoś stachała walizę na dół, postękując przy tym i sapiąc jak miech. Na szczęście kwestię załadowania walizki na półkę w przedziale, a potem jej zdjęcia i wystawienia na peron załatwili za Majkę bardzo uprzejmi panowie, w Warszawie rodak, w Kolonii jakiś miły Angol, który dosiadł się był w Berlinie.
Majka owinęła się ciaśniej kołdrą. W pokoju słychać było tylko posapywanie śpiących dziewczyn, bo ruch samochodowy na ulicy zamarł już dawno. W sumie ta praca w Leicester spadła jej jak z nieba, pomyślała. Dzięki kilku złym wyborom życiowym, a także skłonności do panikarstwa, histerii i nałogowemu wątpieniu we własne możliwości Majka, skończywszy studia dość późno, właściwie siedziała głównie na bezrobociu, przerywanym krótkimi okresami pracy. Mieszkanie z rodziną też nie poprawiało sytuacji. No dobrze, przyznawała to uczciwie, dali jej dach nad głową i pożywienie, wymawiając jej jedno i drugie najwyżej czasami, ale poza tym byli niekwestionowanymi mistrzami wykańczania psychicznego, uważając, że Majka to dziwadło, nie nadające się do niczego. W dodatku przekroczyła trzydziestkę i nie ma faceta, o narzeczonym, czy mężu nie wspominając, zgroza po prostu.
Kiedy więc Mańka doszła do takiego stanu, że zgon zaczął jej się wydawać rozwiązaniem znacznie ciekawszym, niż dalsza wegetacja w taki sposób, zdarzyły się znienacka dwie rzeczy: nagły przypływ gotówki, nie żadnych milionów, ale sumki całkowicie wystarczającej na spokojny start w nowym miejscu, oraz propozycja pracy w Anglii. Znajomi znajomych puścili cynk, że jest wolne stanowisko w prywatnym azylu dla zwierząt w Leicester, wiadomość dotarła błyskawicznie do Majki, wszyscy bowiem znakomicie wiedzieli, że z czym, jak z czym, ale ze zwierzętami radzi ona sobie znakomicie, w małym palcu mając podstawowe czynności pielęgnacyjne, umiejąc też zrobić zastrzyk (byle nie dożylny), zmienić opatrunek, czy podać lekarstwo czworonoźnemu choremu.
Majka rzuciła się na tę popozycję z rzadką u siebie energią i zachłannością, tak, że po trzech dniach i kilku rozmowach z właścicielką azylu sprawa była już przyklepana, a nawet znalazło się miłe i nieprzesadnie drogie mieszkanie do wynajęcia. Zupełnie, pomyślała Majka, jakby coś mnie do tego Leicester pchało.
No to niech pcha, proszę bardzo, stwierdziła w duchu, sprawdzając jednocześnie godzinę w telefonie. Na pewno nie będzie gorzej niż było. A teraz spać, bo zaśpi na śniadanie.
A jutro Anglia. Białe klify Dover, idiotyczne oddzielne krany z ciepłą i zimną wodą oraz genialna herbata. I oczywiście piłka nożna. Leicester City wprawdzie grało zaledwie w Championship, za to występował tam Marcin Wasilewski, tak się składa jeden z ulubionych piłkarzy Majki. Atut nie do odparcia.
Z tą myślą Majka zasnęła.
W tej samej Anglii o której rozmyślała, pewien mężczyzna siedział właśnie na bardzo eleganckiej kanapie w szalenie eleganckim salonie swego drogiego, londyńskiego mieszkania, odziany jedynie w bokserki i patrzył ponuro przed siebie. Mężczyzną tym był Frank Lampard.
Popularny Lamps jeszcze niedawno miał wszystko. Udaną karierę w barwach Chelsea, piękną dziewczynę u swego boku, udane dzieciaki, które starał się odwiedzać jak najczęściej... Było cudownie. więcej, było zajebiście.
Wszystko to zaczęło się walić jakiś tydzień temu. To była rutynowa kontrola zdrowotna, jakich przechodził wiele w swej karierze. Zawsze bez problemu, tym razem było jednak inaczej. Pedałował właśnie na stacjonarnym rowerze, z elektrodami poprzylepianymi do piersi, gdy nagle klubowy lekarz zmarszczył brwi i przyjrzał się uważniej wykresowi EKG na monitorze.
- Nie podoba mi się to - mruknął.
- Co jest doktorku? - zdziwił się Frank, wyciągając szyję.
- Pedałuj, pedałuj - zalecił doktor, nie spuszczając oka z ekranu.
Po skończonej próbie wysiłkowej doktorek zagłębił się w wydruku EKG, pochrząkując i mamrocząc coś do siebie.
- Cholera, nie wiem, nie wiem... - mruczał, skrobiąc się po rzednącej czuprynie.
- Czego nie wiesz? - zapytał Lampard podejrzliwie. - Mam jakiś problem?
- No chyba masz - odparł doktor. - Widzę tu nieprawidłowości rytmu serca, Lamps. Wiesz, co to znaczy.
Frank zamknął oczy. Wszystko, tylko nie to!
- Trzeba cię będzie dokładnie przebadać, kochany - lekarz rozłożył bezradnie ręce. - A dopóki nie będę miał pełnego obrazu sytuacji, muszę cię odsunąć od treningów i gry.
- Od treningów też?! Żartujesz chyba?
- No wybacz, nie chcę, żebyś padł znienacka trupem na murawie.
Badali go prawie cały tydzień, pobierając krew, podłączając do rozmaitych aparatów i wypytując o całą masę rzeczy. Czy nie męczył się za szybko? Czy nie odczuwał bólu w piersi? Zawrotów głowy? Odpowiedź na wszystkie pytania brzmiała nieodmiennie "nie". Lampard czuł się znakomicie, tryskał energią i niejednego gówniarza mógłby jeszcze w meczu zabiegać na amen. Po co więc go odstawiać na bocznicę?
Doktor jednak był nieubłagany.
- Lamps, masz lekką arytmię serca - rzekł. - Nie ma żadnych przyczyn fizjologicznych, ani chorób, które mogłyby wywoływać ten stan. Po prostu twoje serce bije za szybko, a my nie wiemy czemu. Dopóki jednak to nie ustąpi, masz szlaban na granie.
- Jasna kurwa - Frank zaklął soczyście. - Co to znaczy szlaban na granie? Co ja mam teraz niby robić?
- Przede wszystkim nie denerwować się - odparł doktor. - Przyczyną twojego stanu jest prawdopodobnie stres. Wyjedź gdzieś, odpręż się i nie zapomnij wpaść do mnie na kontrolę za dwa tygodnie. Jesli nic się nie zmieni, zastanowię się nad dalszymi badaniami.
Lampard wracał do domu, marząc tylko o tym, żeby przytulić się do swojej Christine i zapomnieć na chwilę o bożym świecie. Tu czekała go druga gówniana niespodzianka tego tygodnia. Wchodząc do domu zderzył się ze swoją dziewczyną w drzwiach. Z nią i z jej wielką walizką.
- Wyjeżdżasz gdzieś, maleńka?- zapytał, nachylając się, by ją pocałować.
Odwróciła twarz.
- Wyprowadzam się - odparła zimno.
Frank poczuł się, jakby mu ziemia rozwarła się pod stopami.
- Co? - zapytał słabo.
- Czy oprócz kardiologa potrzebujesz także laryngologa? - zapytała z jadowitą uprzejmością. - Wyprowadzam się. Innymi słowy rzucam cię, rozumiesz?
Zatoczył się, jakby zdzieliła go czymś ciężkim w głowę. Byłby upadł, gdyby nie przytrzymał się ściany.
- Nie możesz, my przecież, ja... my mieliśmy się pobrać. Kocham cię!
- Ale ja cię nie kocham - oznajmiła brutalnie. - Od dawna. Po resztę rzeczy kogoś przyślę.
Ominęła go niczym pachołek i odeszła. Tak po prostu.
A on siedział jak frajer, patrząc na swoje mieszkanie, tak puste bez niej i jej rzeczy. I bez ich wspólnych zdjęć, które zniszczyła skrupulatnie, co do sztuki.
- Ja pierdolę - jęknął, kładąc głowę na stoliku do kawy.
Jak to się stało? Kiedy, mój Boże, kiedy ta kobieta przestała go kochać? Owszem, bywały okresy, gdy nie mieli zbyt wiele czasu dla siebie, oboje przecież pracowali, musieli wyjeżdżać. Takie było życie. Starał się jednak wynagradzać jej każdą chwilę rozłąki, starał się być dobrym partnerem. Co poszło nie tak i dlaczego ona do końca udawała, że wszystko jest cacy? Przecież jeszcze wczoraj kochała się z nim gorąco i namiętnie, mało sypialni nie roznieśli. Potem żartowali, że doktorek sam padłby na serce, gdyby mógł zobaczyć EKG Franka w tym momencie. Śmiali się razem, tulili.
A dzisiaj ona po prostu odeszła, mówiąc, że to koniec.
W innych okolicznościach pewnie by zadzwonił po któregoś z kumpli i spiłby się z nim jak świnia, ale teraz nawet na to nie miał ochoty.
Szczerze mówiąc nie miał ochoty oglądać żadnej ze znajomych gąb. Najlepiej wyjechać gdzieś, jak mówił doktorek. Na prowincję, świeże powietrze przyda się takiemu staruszkowi ze steranym sercem jak on. Roześmiał się gorzko, wyciągając z półki samochodowy atlas Wielkiej Brytanii. Otworzył go na chybił trafił na jednej ze stron z wykaze miejscowości, po czym zamknął oczy i dźgnął palcem w stronę na oślep. Niech los wybierze.
Leicester?
Bardzo dobrze.


Frank Lampard jedzie do Leicester!