Oto przyszła noc
Już stoi w drzwiach
Rozkłada skrzydła swe
Pochłania mnie
Próbuje znów otruć moje sny
Varius Manx "Oszukam czas"
Przez dłuższą chwilę Wasyl nie wiedział gdzie się znajduje i co
wydaje z siebie ten przeraźliwy zgrzyt. Otworzył zaspane oczy,
zamrugał, żeby odzyskać ostrość widzenia, po czym stwierdził, że
nad sobą widzi sufit w kolorze białym.
Szpital?
Sypialnia u niego w domu?
Poruszył się. Pokryty ceratą materac bez pościeli, nie to nie
dom, zdecydowanie.
Usiadł i już wiedział.
Był w celi, a zgrzytanie dobywał z siebie zamek, z którym mocował
się ktoś po drugiej stronie drzwi.
Wreszcie ustąpiły. Do pomieszczenia wkroczyły dwie umundurowane
policjantki, obie blondynki, jedna wyższa i tak chudziutka, że
Wasyl mógłby ją przewrócić samym pędem powietrza, gdyby machnął
ręką. druga zaś niższa i okrągła. Obie wyposażone były w
pałki i paralizatory.
- Wstawaj - zażądała okrągła, mierząc go wzrokiem bazyliszka. -
Idziemy.
Wstał grzecznie i dał się poprowadzić korytarzami, aż do drzwi
opatrzonych tabliczką "Sala przesłuchań". Ktoś
przekreślił ołówkiem wyraz "przesłuchań" i pod spodem
dopisał "tortur".
- Trzeba to zmyć - mruknęła chuda policjantka, mocując się z
zamkiem.
- Daj, ja otworzę - sarknęła okrągła. - Ty go pilnuj.
Naparła na drzwi kolanem, przekręciła klucz i pomieszczenie
stanęło otworem.
- Właź do środka - poleciła Wasylowi. - I żadnych rozrób, bo
spałuję. Zrozumiano?
- Zrozumiano - wymamrotał Wasyl.
- Nie dosłyszałam?
- Zrozumiano! - ryknął jak żołnierz na musztrze.
- Grzeczny chłopczyk - pochwaliła.
Drzwi zamknęły się ze szczękiem i zgrzytem, widać nikt tu nie
wierzył w oliwienie zawiasów. Marcin rozejrzał się po pokoju
przesłuchań, lub też tortur. Pomieszczenie umeblowane było
skromnie, zawierało w sobie stół i dwa krzesła oraz szafkę,
zapewne zawierającą magnetofon, aktualnie zamkniętą na cztery
spusty. Wszystkie meble były przykręcone do podłogi, więc nawet
gdyby Wasyl chciał zrobić rozróbę, możliwości miał poważnie
ograniczone.
W jednej z pomalowanych na uspokajającą zieleń ścian połyskiwała
tafla lustra weneckiego. Marcin zajrzał w nią, ujrzał zmiętego
troglodytę ze sterczącymi włosami oraz ciemnymi worami pod oczyma
i cofnął się z niesmakiem.
- Śliczny to ty Wasilewski nie jesteś - mruknął.
Czekał chyba pół godziny, siedząc na krześle i gapiąc się w
ścianę, zanim ktoś do niego przyszedł. Tym kimś był
wyrzczerzony głupawo sierżant Tribeson.
- No i jak, Łozilesky, podobała się nocka w naszych apartamentach?
- zagaił, waląc się na krzesło, które zajęczało pod jego
napakowanym cielskiem.
- Szalenie - odparł Wasyl sarkastycznie. - Lepiej niż w Hiltonie.
- Cieszę się, że ci przypadły do gustu - zarżał Tribeson. - Bo
coś mi mówi, że jeszcze tu sobie posiedzisz. Co powiesz na
dwadzieścia pięć lat, do dożywocia? Bo widzisz, ten paps, którego
pobiłeś jest w stanie krytycznym. Nawet jeśli z tego wyjdzie,
zostanie pieprzonym warzywem. a jeśli nie wyjdzie..
Spojrzał znacząco na Wasyla. Wasyl zignorował jego spojrzenie,
patrząc gdzieś w ścianę za Tribesonem.
- Jeśl;i nie wyjdzie, spędzisz resztę życia w pace - dokończył
sierżant. - Dlatego radzę ci dobrze, przyznaj się od razu, to może
cię prokurator potraktuje odrobinę łagodniej. Zaraz przyjdzie mój
kumpel, włączy magnetofonik, a ty nam wszystko wyznasz i już po
kilkunastu latach będziesz się cieszył świeżym powietrzem. A
może nawet wcześniej, jeśli dadzą ci warunkowe.
- Nie pobiłem tego papsa - odparł spokojnie Wasyl. - I nie powiem
ani słowa więcej bez adwokata.
- Wkurzasz mnie - zauważył Tribeson. - A jak mnie ktoś wkurzy, to
zapierdalam na pełnej piździe i nie ma takiego cwaniaczka, który
by to przetrzymał. Rozumiesz, cwaniaczku?
W odpowiedzi otrzymał milczenie.
- Rozumiesz? - wrzasnął sierżant, łapiąc Marcina za koszulkę na
piersiach.
- Tribeson! - inspektor Harvey, który właśnie wtoczył się do
pomieszczenia w akompaniamencie zgrzytów, napoił swój głos
sztucznym zgorszeniem. - Natychmiast puśćcie aresztanta,
sierżancie!
Tribeson puścił, po czym stanął pod ścianą z ramionami
założonymi na piersi, posyłając Wasylowi wrogie spojrzenia.
- Jest trochę narwany, wiecznie mam z nim kłopoty - westchnął
fałszywie Harvey. - Panie Łozilesky, jest pan człowiekiem
rozsądnym, myślę, że się dogadamy.
- Nie powiem nic bez adwokata - odparł Marcin.
Harvey westchnął i posłał wymowne spojrzenie Tribesonowi.
Śniadanie w domu Lamparda odbywało się w atmosferze
wojenno-pogrzebowej, z delikatną nutką pączkującego romansu. Rose
i Frank dyskretnie promienieli, Molly (która, podobnie jak Majka,
pożyczyła odzież od Rose) wyraźnie zatroskana zajmowała się
Walterem, kóry był blady jak ściana, oczy zaś miał czerwone jak
królik. Majka, podwijając przydługie rękawy flanelowej koszuli,
krążyła po całej kuchni, nieprzytomnie wręcz wściekła.
Warczała na każdego, kto się nawinął, łącznie z własnym psem
i kotami.
Jonesy i Celeste zajęli wygodne miejsca widokowe na szczycie
wiszącej szafki kuchennej, skąd mogli wygodnie obserwować stół i
jego zawartość, bez ryzyka, że zaraz dostaną w ucho. Kepler zaś
dyskretnie wymknął się na korytarz i uwalił się pod drzwiami
wejściowymi.
- Walter, wszystko w porządku? - zapytał Lampard, klepiąc
przyjaciela po plecach. - Marnie wyglądasz.
- Matka mu umarła, to co, ma wyglądać kwitnąco? - prychnęła
Majka, wędrując między stołem, a szafkami.
Walter skurczył się za stołem i chlipnął cichutko. Rose posłała
Majce mordercze spojrzenie, Molly zaś obrała droge dyplomatycznej
nagany.
- Majka, wiem, że jest ci ciężko z powodu sytuacji w jakiej
znalazł się Wasyl - rzekła. - Ale nie tylko tobie jest ciężko,
Walterowi też. Okaż więcej taktu.
- Przepraszam - Majka zasłoniła dłońmi oczy, nie przerywając
wahadłowych kursów po kuchni. - Jestem wkurwiona i nie wiem co
mówię.
- Fajnie, ale na Walterze się nie wyżywaj - powiedziała Rose,
dolewając sobie kawy.
- Zgadzam się z Rose - Frank dołożył sobie tosta. - Kto widział
marmoladę pomarańczową?
- Proszę Frankie - Rose podsunęła mu słoik.
- Dzięki, Rosie - odparł.
- Cieszę się - Majka trzema energicznymi krokami przemierzyła
przestrzeń między zlewem a lodówką. - Cieszę się, że się
wreszcie dogadaliście. Byłabym jednak wdzięczna, gdybyście w
przyszłości ów stan porozumienia osiągali nieco ciszej, bo
wczoraj to się, kurwa, cała chałupa trzęsła. Myślałam, że
kogoś mordują.
Rose i Frank jak na komendę oblali się purpurowym rumieńcem.
- Aż tak było słychać? - Frank podrapał się z zakłopotaniem za
uchem.
- Bardziej - odparła zgryźliwie Majka. - Lampard, skoro
uregulowałeś swoje życie płciowe, mógłbyś zadzwonić po
adwokata, z łaski swojej?
- Już zadzwonił - warknęła Rose. - Jak się tylko obudził.
- Tak własciwie - Frank spojrzał na zegarek. - To adwokat właśnie
powinien być na komisariacie.
- Co oznacza, że teraz możesz już usiąść i przestać wkurzać,
wkurzać innych - odezwał się znienacka Walter.
Całe zdenerwowanie uszło z Majki jak powietrze z przekłutego
balonu.
- Już siadam - powiedziała grzecznie. - I przepraszam wszystkich.
Franiu, ten adwokat dobry jest?
- Najlepszy jaki może być - zapewnił Lampard, szarmancko odsuwając
Majce krzesło. - Wally, powiedziałem mu o twojej mamie, obiecał,
że się tym zajmie i będzie policji stał nad głową.
- Niech się skontaktuje ze mną - oznajmiła Molly. - Koło południa
powinnam mieć wstępny raport z sekcji, szef obiecał. Wymaga to
nagięcia naszych wewnętrznych reguł, ale co tam...
Walter podniósł głowę i popatrzył na przyjaciół łzawym
spojrzeniem.
- Jesteście kochani - wyszemrał. - Co ja bym bez was zrobił...
- Wally, jesteśmy z tobą - Majka pogłaskała go po plecach.
- I pomożemy ci dorwać tego skurwiela - oznajmiła Rose. Jej czarne
oczy zalśniły groźnie.
- Całą noc mi się śniły te jego rybie oczy - Walter zadrżał.
Rose zamarła z ręką wpół drogi do filiżanki.
- Czekaj no, jak powiedziałeś?
- Rybie oczy - powtórzył Walter. - Jak u rozgotowanego dorsza,
takie szkliste i mętne.
- No kurwa jego mać - ogłosiła Rose. - Przecież to Hinten!
Teraz zamarł na odmianę Frank, z tostem przy ustach.
- Jaki Hinten? - zapytała Majka.
- No właśnie, też chciałabym wiedzieć - przyłączyła się
Molly.
- Hinten Linkscośtam, przydupas Greya - rzekła Rose, wściekła. -
To ten skurwysyn się mści, oby się zadławił swoimi milionami.
Jasne oczy Lamparda zalśniły nieprzyjemnym blaskiem.
- Udławi się - rzekł zwięźle. - Gwarantuję.
Majka popatrzyła na Rose z ukosa.
- Moze nie powinnaś była go tłu... Au!
Ozdobna świeczka w kszałcie szyszki, zepchnięta z szafki łapą
Celeste, odbiła się od głowy Majki i wylądowała w maselniczce.
- Zawsze byłaś podłą cholerą - Majka spojrzała na kota z
wyrzutem, trąc stłuczone miejsce.
- Wciąż jest - zauważył ze spokojem Frank. - Ale ja lubię
takie... trudne charaktery.
Spojrzał kątem oka na Rose, uśmiechając się lekko.
Przez ostatnią godzinę sierżant Tribeson demonstrował imponującą
pojemność płuc, wrzeszcząc na Wasyla, zaś inspektor Harvey,
tyleż z poświęceniem, co nieudolnie, odgrywał rolę dobrego
gliny. Wszystko na nic, równie dobrze mogliby mówić do ściany.
Wasyl zaciął się i milczał jak głaz, głuchy na prośby i groźby
i nieczuły na podstępy.
Tribeson właśnie dokonywał kolejnej demonstracji mozliwości swego
aparatu wokalnego, stosując suszarkę a'la Ferguson, gdy drzwi
pokoju przesłuchań otworzyły się znienacka i stanął w nich
nieco łysiejący osobnik w nienagannie skrojonym trzyczęściowym
garniturze, eleganckiej popielatej barwy.
Sierżant urwał w pół groźby i wbił wściekłe spojrzenie w
intruza.
- Wypierdalaj stąd - zażądał. - Tu się odbywa przesłuchanie!
- O ile dobrze pamiętam pan Wasilewski ma prawo do adwokata - rzekł
spokojnie nowoprzybyły. - Wy za to nie macie prawa go przesłuchiwać
bez obecności prawnika, jeśli się tego prawa nie zrzekł.
Wasyl uśmiechnął się paskudnie.
- Od godziny domagam się adwokata - zauważył.
- To tylko taka, wie pan, wstępna rozmowa - Harvey poderwał się z
krzesła. - Nawet nie nagrywamy...
- Co też jest wbrew prawu - zauważył przybysz.
- Tutaj, kurwa, prawo to ja - warknął Tribeson. - Wyjdziesz sam,
czy mam cię stąd wyjebać?
- Niech mnie pan wyjebie - rzekł obcy z uśmiechem. - A ja pana
oskarżę o napaść. Oraz o nielegalne przesłuchanie mojego
klienta. Mike H. Gatiss, prawnik pana Wasilewskiego.
- Ale ja, ale my, ale, ale, ale... - neurony inspektora doznały
zwarcia.
- Proszę zakończyć przesłuchanie - rzekł Gatiss z uśmiechem. -
Mój klient zostanie poddany obdukcji. Lekarz sądowy już tu jedzie.
- Kurwa - oznajmił Tribeson w przestrzeń. - A zaczynało robić się
miło.
- Jak cholera - Marcin uśmiechnął się na odmianę zjadliwie. -
Wręcz pikantnie.
Sierżant posłał mu ponure spojrzenie, po czym wyszedł z sali,
trzaskając przy tym drzwiami.
Kilka godzin później Gatiss, uzbrojony w pisemne wyniki obdukcji
oraz akta sprawy, z którymi, jako obrońca Wasyla miał prawo, a
nawet obowiązek się zapoznać, pojechał do mieszkania Lamparda.
Gospodarz, z właściwymi sobie nienagannymi manierami, zaprosił go
do salonu i zaproponował wybór napojów.Prawnik zdecydował się na
herbatę, ale jeszcze nie zdążył dobrze usiąść na kanapie, gdy
do pomieszczenia wparowała niewysoka, ciemnowłosa kobieta ze
spojrzeniem maniaka i wielkim, umazanym krwią nożem w dłoni.
- Pan jest prawnikiem Marcina? - zapytała groźnie.
- Zgadza się - odparł Gatiss, lekko rozbawiony.
- No i co? - zapytała uzbrojona maniaczka, tyleż agresywnie, co
niejasno.
- Majka, czemu biegasz z nożem? - zapytał lekko zdziwiony Lampard.
- Obiad - wyjaśniła maniaczka. - No i co, się pytam, panie
adwokacie, zdziałał pan coś?
- Oczywiście - odparł spokojnie Gatiss. - Ale dlaczego miałbym o
tym rozmawiać z panią?
- Bo mam nóż i jestem wściekła? - zasugerowała Majka.
- Ciekawy argument, jednakże nie czuję się przekonany - uśmiechnął
się adwokat.
Lampard otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nie zdążył.
- Majka! - ryknęło z głębi mieszkania. - Zostawiłaś otwartą
kuchnię, twój kundel zaślinił pół stołu, a koty mało nie
zwędziły mięsa!
- Cholera - mruknęła Majka. - No przepraszam!
- Ty nie przepraszaj, ty drzwi zamykaj! - Rose stanęła w progu,
ujmując się pod boki. - W Polsce chyba nie mieszkacie w jurtach,
nie?
- Nie, w ziemiankach - prychnęła Majka. - Z workiem zamiast drzwi!
Czy ja się wreszcie dowiem jak sprawy stoją? - spojrzała na
Gatissa z wyrzutem.
Gatiss spojrzał pytająco na Franka.
- Mów, mów - zachęcił Lampard. - Ona jest blisko z Wasylem.
- Frank chce przez to powiedzieć, że ta wariatka z bronią w ręku
maniakalnie kocha Wasyla, więc niech pan lepiej mówi, bo gotowa
panu flaki tym majchrem wypruć - pospieszyła uczynnie z
wyjasnieniem Rose.
Majka rzuciła jej spojrzenie, sugerujące, że Gatiss wcale nie
będzie pierwszy w kolejce do wyprucia flaków.
- No dobrze - rzekł prawnik. - Mamy zatem wyniki obdukcji,
świadczące o tym, że pan Wasilewski nikogo nie pobił, moi ludzie
zaś szukają intensywnie świadków. Jeśli zeznają, że na miejscu
zbrodni był ktos jeszcze, mój klient zostanie zwolniony z aresztu.
- Jak się nie znajdą, to się załamię - mruknęła Majka.
- Mam też wiadomości dla pana Barnetta - rzekł Gatiss.
- Wally! - Majka i Rose rozdarły się równocześnie.
W głębi mieszkania rozległo się szuranie, skrzypienie drzwi,
wreszcie odezwał się Walter.
- Wołałyście, wołałyście mnie? - zapytał idąc przez korytarz,
za nim zaś bezszelestnie zdążała Molly. - Właśnie znaleźliśmy
z Molly bardzo interesujące, interesujące plany podziemi zamku,
myślę, myślę, że powinniście rzucić okiem...
- Pan Gatiss ma dla ciebie wiadomości - rzekł Frank.
Wyraz ożywienia zniknął z twarzy Waltera jak zdmuchnięty.
- O... o mamie? - jego głos się wyraźnie łamał.
- Przykro mi to mówić, ale pańska mama została zamordowana -
rzekł Gatiss. - Lekarz sądowy nieoficjalnie mówi, że to cyjanek,
wyniki toksykologii będą za dwa tygodnie. Zabójcę sfilmowały
kamery przy wejściu do szpitala. Jeszcze nie ma oficjalnej
identyfikacji, ale policja już wie kto to.
- Kto? - spytał Walter słabo.
- Niejaki Hinten Linksarsch - odparł prawnik z ledwie wyczuwalnym
niesmakiem. - Sekretarz tego milionera, Greya. Osobnik
niezrównowazony psychicznie, leczył się jakiś czas temu
psychiatrycznie.
- Zawsze wiedziałam, że jest walnięty - mruknęła Rose. - Na co
się leczył?
- Urojenia - odparł Gatiss. - Wydawało mu się, że jest wielkim
piłkarzem.
- Moja mama... - usta Waltera wygięły się w podkówkę, po
policzkach zaś popłynęły rzęsiste łzy. - Co mu zawiniła moja
mama?
Molly i Rose bez słowa objęły go z dwóch stron. Majka chciała
zrobic to samo, coś jej przeszkadzało jednak, pozbyła się więc
czegoś i przyłączyła się do zbiorowego uścisku. Lamps wstał i
spróbował objąć ramionami całą gromadkę.
- Zapłaci za to - rzekł. - Zobaczysz Wally.
Trwali tak prze chwilę w grupowym uścisku, Gatiss zaś siedział na
kanapie jak posąg, z nieprzeniknioną miną. Pierwszy oderwał się
Lampard.
- Mike, dam ci dodatkowe zlecenie- oznajmił. - Znajdź mi haki na
pana Greya.
- Jak bardzo chcesz mu zaszkodzić? - zapytał spokojnie Gatiss.
- Unicestwić - odparł równie spokojnie Lampard.
Prawnik spokojnie skinął głową.
Gatiss wyszedł równie dyskretnie, jak przybył, nie doczekawszy się
obiecanej przez Lamparda herbaty. Lampard, Rose i Majka przez chwilę
sprzeczali się o to, kto powinien był zrobić ów napój i podać
do stołu, tymczasem Walter i Molly, osoby beznadziejnie dobrze
wychowane, usiłowali zwrócić im kulturalnie uwagę, na konieczność
zapoznania się z odnalezionymi w internecie planami zamkowych
lochów. Ich grzeczne uwagi jednak nie miały szans przebić się
przez energiczną dyskusję Rose i Majki, oraz głośne wtręty
Franka.
Wreszcie jednak kwestia herbaty Gatissa została wyczerpana ze
szczętem i na moment zapadła cisza.
- Słuchajcie, Walter znalazł ciekawe plany zamku, podobno was to
interesuje...? - spytała Molly, z lekką nutką desperacji.
- No dobra - Majka rozejrzała się dookoła. - Kto mi zajumał nóż?
- Nikt ci nie zajumał, po co komu nóż? - Rose postukała się w
czoło. - I w dodatku brudny był.
- No jak nie zajumał, jak nigdzie nie ma? - zapieniła się Majka. -
Krasnoludki zabrały?
- Nie zaczynajcie znowu... - Lampard wywrócił oczyma.
- Ale te plany... - przypomniał równocześnie Walter.
- Książę Karol przyszedł i se wziął! - wrzasnęła Rose.
- Plany? - Molly poczuła, że gubi wątek.
- Nie, nóż - wyjaśniła niecierpliwie Rose, po czym zwróciła się
do Majki. - Sama go gdzieś gwizdnęłaś, poszukaj!
- Nic nie gwizdnęłam! - zaprotestowała Majka. - Tu go miałam, w
ręku! I nie mam!
- No to co ja ci poradzę? Szukaj! - Rose wzniosła oczy w niebiosa.
- W plecy nikomu nie wbiłaś?
- Jaki to był nóż? - spytał niewinnie Lampard.
- Ostry - warknęła Majka. - I duży.
- Rękojeść ze stali nierdzewnej miał? - drążył Frank.
- Miał - odparła Majka. - Bo co?
- Z kratką, żeby się nie ślizgał?
Wszyscy teraz patrzyli na niego z rosnącym zaciekawieniem, zupełnie
jakby był Sherlockiem Holmesem, który ma za chwilę wskazać
mordercę.
- Z kratką - przyznała niechętnie Majka.
Lampard, z całym spokojem angielskiego gentlemana, podszedł do
donicy z rosnącym w niej wielkim kaktusem i wyciągnął tkwiący w
ziemi nóż.
- Proszę - rzekł, wręczając narzędzie Majce. - Skoro tę kwestię
mamy z głowy, to może chodźmy wreszcie obejrzeć te plany, co?
Propozycja został przyjęta przez aklamację i całe towarzystwo
przeniosło się do pokoju gościnnego, by stłoczyć się przy
biurku, na którym stał laptop.
- Zobaczcie, tutaj, o - mówił gorączkowo Walter, nareszcie w swoim
żywiole. - Wielki Hall jest niepodpiwniczony, tam dalej pod
skrzydłami są piwnice i pod oficyną, ale to kuchenne, kuchenne
pewnie, ale najciekawsze jest tu.
Postukał palcem w monitor.
- Kościół St. Mary de Castro - powiedział. - Widzicie to? Tunel,
wychodzący ze wzgórza zamkowego. Spod kościoła!
- To co, mamy tam się schować na wieczornej mszy i poczekać aż
wszyscy pójdą? - zapytała niepewnie Majka.
- St. Mary jest teraz zamknięty - powiedziała Molly. - Iglica na
wieży się zarysowała i grozi zawaleniem.
- Cudownie - mruknął Lampard. - Zostaje nam włamanie.
- Przekup wikarego, niech nam pożyczy klucze - zasugerowała Rose.
- Zaraz - Molly zamachała rękami. - Ja rozumiem podpalenia, pobicia
i morderstwa. Potrzeby włamywania się do kościoła nie rozumiem i
nie wiem, czy nie powinnam zawiadomić policji. Ktoś chce mi to
wyjaśnić? Walter? - spojrzała na niego surowo.
Majka, wciąż tuląca do łona umazany błotem nóż, jakby się
przecknęła.
- Poczekaj no chwilę - nakazała surowo i wyszła z pokoju. Po
chwili wróciła, zamiast noża dzierżąc w dłoni solniczkę.
- Wyciągnij rękę i podwiń rękaw - zażądała od Molly.
- To jakiś tajny rytuał? - zapytała ogłuszona pani patolog,
posłusznie podwijając rękaw. - Jesteście lożą masońską?
Majka w milczeniu posoliła jej przedramię. Przez chwilę wszyscy
gapili się bez słowa na kryształy soli, rozsypane na jasnej skórze
Molly.
- Jest człowiekiem - zawyrokowała Rose.
- No pewnie, że jest! -Walter zaryczał jak hamletowski łoś. - A
co myśleliście, że co? Molly jest dobra i powinniśmy ją
wtajemniczyć! Skoro Grey może mieć swoje Hinteny, my też możemy
mieć sojuszników! I powinniśmy!
Potoczył bojowym spojrzeniem po obecnych.
- Ja jestem za - rzekł spokojnie Lampard.
Rose wzruszyła ramionami.
- Ja też - powiedziała.
- No to jazda, Wally, wtajemniczaj! - Majka potrząsnęła solniczką
niczym włócznią.
Molly patrzyła na nich oczyma jak spodki.
Kilkadziesiąt minut później wyglądała na nieco mniej zdziwioną,
za to znacznie bardziej skonfundowaną.
- To wszystko brzmi jak scenariusz amerykańskiego filmu klasy B -
stwierdziła. - I może bym wam nie uwierzyła, może nawet
uciekłabym stąd z krzykiem, gdybym nie miała na stole tego
nieszczęśnika, rozszarpanego za klubem Enclave.
- Czy to znaczy, że nam wierzysz? - Walter patrzył na nią z
wyczekiwaniem.
- To, co opisujecie, ten stwór z błoniastymi skrzydłami... -
zawahała się na chwilę. - A dokładniej, jego zęby odpowiadają
ugryzieniom na zwłokach tego chłopaka. Nie mogłam ich dopasować
do żadnego zwierzęcia.
Popatrzyła na stojącą przed nią czwórkę ludzi.
- Nie wiem, co robicie i co tu się dzieje, ale jeśli macie zamiar
dopaść tego skurwysyna, który zabił te biedne dziewczyny, to ja
jestem z wami - oznajmiła gniewnie. - Niestety, śledztwo w tej
sprawie prowadzi inspektor Harvey o którego inteligencji mam bardzo
niskie mniemanie.
- To ten cymbał, co aresztował Wasyla - Majka zazgrzytała zębami.
- A ten jego sierżant, Tryper, czy jak mu tam, to brakujące ogniwo
ewolucji między człowiekiem a małpami!
- Nie obrażałabym małp - mruknęła Molly. - Małpy są
inteligentne.
- Racja - odmruknęła Majka.
- Wróćmy na moment do przejścia - Lampard z łatwością przejął
kontrolę nad minizgromadzeniem. - Skoro kościół jest zamknięty,
ułatwia nam to sprawę. Możemy spokojnie przygotować się do
zejścia w podziemia, bez obawy, że ktoś wejdzie tam przed nami.
- A Grey? - zapytała zwięźle Rose.
- Grey niedługo będzie miał mnóstwo własnych problemów - Frank
uśmiechnął się jak kot z Cheshire.
Dokonawszy tych wiekopomnych uzgodnień wszyscy rozeszli się do
swoich zajęć, co w wypadku Molly i Waltera oznaczało dalsze
wykopki w internecie. Majka wróciła do gotowania obiadu, Rose zaś
wertowała w salonie papiery po babci.
Przeczytanie aktów własności i podpisów na zdjęciach po raz
kolejny z rzędu nie okazało się specjalnie owocne, pamiętnika zaś
Rose bała się otworzyć. Właściwie całym efektem lektury był
zesztywniały kark i obolałe mięśnie barków. Poruszyła głową,
próbując je rozluźnić i czując, że to się zaraz może skończyć
potęznym bólem głowy.
-Potrzeba masażu? - Lampard oparł się nonszalancko barkiem o
futrynę. W jasnoniebieskiej koszuli wyglądał tak, jakby właśnie
szykował się do sesji zdjęciowej dla jakiegoś luksusowego
czasopisma.
- Trochę - mruknęła Rose, próbując nie patrzeć na niego
wzrokiem zbyt zachłannym.
- Jako wierny rycerz, choć bez zbroi, śpieszę z pomocą - mruknął
jej do ucha, siadając tuż za nia, tak, że czuła jego ciepło i
bijący od niego zapach kosmetyków i męskiego ciała. Ciepłe,
mocne, lecz zarazem delikatne dłonie Franka spoczęły na ramionach
Rose, odzianych tylko w cienki t-shirt i zaczęły uciskać i
masować.
Po chwili skamieniałe mięśnie Rose poczęły się rozluźniać pod
dotykiem Lamparda, nie bez akompaniamentu jęków i westchnień.
- O, jeszcze tu... uuu... uch... jak dobrze - Rose, zamknąwszy oczy,
bez reszty oddała się nieco masochistycznej przyjemności z masażu.
- Oooochchch... Frannny, co ty robisz?
Frank uznał właśnie, że najwyższy czas włączyć do zabawy usta
i zabrał się z wigorem do całowania szyi Rose. Miała tak cudownie
miękką skórę, mógłby ją całować godzinami!
- Hmmm? - odparł niewyraźnie. - Hle si?
- Topppszsz - odmruczała Rose. - Uwielbiam gdy tak robisz...
Gorące wargi Lamparda przesunęły się z jej szyi na dekolt, by
wreszcie objąć w posiadanie, bardzo słodkie i namiętne
posiadanie, jej usta. Frank delikatnie położył Rose na kanapie, po
czym nakrył ją swym muskularnym ciałem. Odpłynęli w świat
zmysłowe rozkoszy tak bardzo, że nawet nie usłyszeli nagłego
poruszenia na korytarzu.
Rose siedziała właśnie okrakiem na Franku, trzymającym obie
dłonie pod jej bluzką i całowała z wielkim zajęciem jego pierś,
gdy nagle mieszkaniem wstrząsnął potężny ryk.
- A co tu się wyprawia, misiaczki? - donośny głos wypełniało
udawane zgorszenie. - Jeszcze nie było dwudziestej drugiej!
Podszkoczyli oboje, Rose przy tym zleciała z Franka, klinując się
niewygodnie między kanapą, a stolikiem do kawy, natomiast na
korytarzu zaczął szczekać i szaleć Kepler.
- Wasilewski, czy ty się nigdy, kurwa, nie nauczysz pukać? -
zawyła.
- Zapukałem - odparł Wasyl, śmiejąc się. - Nawet zadzwoniłem,
ale mnie, gołąbki nie usłyszeliście, tak byliście zajęci
gruchaniem.
- Zadzwonił - Walter wychylił się zza rozłożystych pleców
stopera. - Potwierdzam!
- Widzisz, mam świadków - śmiał się Wasyl, uchylając się przed
nadlatującym kapciem, ciśniętym dłonią Rose.
Majka przeleciała przez mieszkanie niczym pocisk typu Stinger,
przeskoczyła nad zaszokowanym Jonesem i jednym susem dopadła
Wasyla.
- Wypuścili cię! - krzyknęła, po czym rzuciła się go całować,
tak gwałtownie, że niemal przewróciła go na kanapę do góry
nogami. Wyglądało to dosyc komicznie, zważywszy na różnicę w
rozmiarach między nimi.
Całowali się przez chwilę z jakąś dziką zachłannością, po
czym rozum Majki gwałtownie się włączył. Puściła Marcina z
objęć, oderwała się od jego ust, cofnęła dwa kroki i
przygładziła na sobie fartuszek.
- Znaczyyyyy chciałam powiedzieć, że się cieszę, że cię widzę
- oznajmiła.
- Załapałem od razu - Wasyl uśmiechnął się szeroko.
- Proszę, proszę, nie tylko my się tu kwalifikujemy do cenzury
obyczajowej - Lampard uniósł brew.
- Zaraz cię ocenzuruję w łeb - Majka zamachnęła się na niego.
- No, no, no, Wasyla sobie tłucz, skoro już go masz z powrotem -
Rose zasłoniła sobą Franka, ostrzegawczo marszcząc przy tym brwi.
- Wypraszam sobie, byłem grzeczny! - Marcin nie przestawał się
śmiać. - Co tak pachnie? Głodny jestem jak cholera, a ten
więzienny obiad wyglądał, jakby ktoś go już przede mną jadł.
- Obiad pachnie, ze zdenerwowania upiekłam udziec jagnięcy -
oznajmiła Majka. - Molly zdaje się nakrywa do stołu, niech jej
ktoś pomoże z łaski swojej.
- Smacznie się denerwujesz, krasnalu - Wasyl puścił do niej oczko.
Zaczerwieniła się, odwróciła na moment wzrok, po czym wzięła
głęboki oddech.
- Będziemy musieli pogadać - powiedziała. - W cztery oczy.
- Po obiedzie, błagam! - jęknął teatralnie. - Po obiedzie będę
mógł wszystko!
- Białe wino chcecie, czy czerwone? - zapytał Lampard, który
postawiwszy Rose na nogi zaczął intensywnie lustrować zawartość
swego barku.
- Do jagnięciny tylko czerwone! - oznajmił autorytatywnie Wasyl.
Zajrzał do barku ponad ramieniem Franka. - Ale masz tu zapasik...
Mmmm. O, tego hiszpana daj, będzie zajebisty.
- A nie lepiej to argentyńskie...?
Panowie zatonęli na moment w winnej konwersacji. Rose i Majka
wymieniły rozbawione spojrzenia, po czym opuściły pokój.
Wreszcie stół został nakryty, obiad podany i pożarty, a Wasyl
odzyskał możność mówienia.
- Dobra, to zeznawaj jak jest - zarządziła Rose. - Wyszedłeś na
chwilę, czy już na zawsze?
- Na zawsze - odparł Marcin, pociągając wina z wniebowziętą
miną. - Gatiss to jest niesamowity gość, znalazł świadków,
którzy widzieli, jak tam po mnie wlazł jakiś typ, tylko z drugiego
końca przejścia. I wykopał jakies nagranie, na którym widać tego
papsa w jednym kawałku po tym, jak poszedłem.
- Wypuścili cię z braku dowodów, jak rozumiem? - zapytała Molly z
zawodowym zainteresowaniem.
- Taaaa, sierżantowi Tribesonowi nawet kazali z siebie przeprosiny
wydusić - Marcin uśmiechnął się krzywo. - Słuchajcie no
misiaczki, co my teraz robimy? Powinniśmy chyba zostac na kupie?
- Najlepiej by było. Rozdzielanie się teraz to ryzyko - stwierdził
poważnie Lamps.
- A nasze rzeczy? - zapytała Majka. - Mam pożyczać w
nieskończoność gacie od Rose?
Wasyl uśmiechnął się znów, tym razem uśmiechem zadowolonego
rekina z filmu "Szczęki".
- Dzięki wujkowi Wasylowi nie musisz - rzekł. - Zanim tu
przyjechałem, skoczyłem się odświeżyć i wziąłem wasze manele,
twoje i Wally'ego.
- Sam? - spojrzenie Majki było zaiste mordercze.
- Przepraszam bardzo, ale długo tak będziemy musieli? - zapytała
delikatnie Molly.
- Co najmniej kilka dni - odparł Lampard. - Gatiss musi załatwić
kilka szczegółów mojego zlecenia.
- Weźmiesz sobie jutro któregoś z tych typów - Rose wskazała
obecnych przy stole panów szerokim gestem - jako obstawę i skoczysz
do siebie. O ile, oczywiście nie masz ochoty jeszcze uciec z
krzykiem.
- To dziwne, ale nie mam ochoty - stwierdziła Molly. - Bardzo dobre
wino.
- Chilijskie. To ja doradziłem - oznajmił dumnie Walter.
- Wally ma mnóstwo talentów - Wasyl poklepał go po plecach aż
zadudniło. - Fajny z niego chłopak.
Po obiedzie, będącym w istocie również kolacją, nastąpił lekki
zamęt z przynoszeniem walizek z samochodu Wasyla, Majka zas,
korzystając z okazji wyprowadziła psa na krótki spacerek. Kiedy
wróciła, zamiast dopaść Marcina i pogadać z nim jak planowała,
musiała zapakować Keplera do wanny i wyszorować, ponieważ jakimś
cudem zdołał znaleźć przed domem coś niewyobrażalnie cuchnącego
i się w tym starannie wytarzać.
- Boże, jak on wali! - sarkała Rose. - Koty się przynajmniej w
niczym nie tarzają!
- Za to szczają gdzie popadnie - mruknął Lampard, patrząc
znacząco na Celeste, obserwującą świat z półeczki nad
wieszakiem.
Pranie psa zabrało sporo czasu, bo owczarek niemiecki to nie mysz,
ma gęste futro i sporo powierzchni do umycia. Kiedy zaś nastroszony
od wycierania Kepler, a za nim zmęczona i mokra Majka, opuścili
łazienkę, o konwersacjach z Wasylem nie mogło być już mowy.
Z salonu dobiegało soczyste, zdrowe chrapanie, o natężeniu
decybeli godnym młota pneumatycznego, oznajmiające, że Marcin
odpłynął w objęcia Morfeusza. Majka poczłapała w kierunku
źródła dźwięku. Wasyl faktycznie spał, zwinięty w kłębek na
kanapie, z poduszką w objęciach, na stoliku zaś stała opróżniona
butelka hiszpańskiego wina, widać wyłowiona z barku Lamparda.
Majka tylko westchnęła i pomaszerowała do siebie, po koc.
Przykryła nim Marcina starannie, głaszcząc czule po obrośniętym
policzku, potem pochyliła się i pocałowała śpiącego mężczyznę
w czoło.
- Zasnął, pijaczyna? - Rose w nowej czerwonej piżamie o męskim
kroju stanęła w drzwiach salonu. - Wiedziałam, że tak będzie,
jak tylko zobaczyłam, że otwiera tego hiszpana.
- Ciiiii - mruknęła Majka. - Niech śpi.
Walter i Molly podzielili się w drugim gościnnym pokoju miejscami
sypialnymi, to znaczy Walter odstąpił szlachetnie damie dwuosobowe
łóżko, sam zas wybrał rozkładany fotel. Rose zaś równie
szlachetnie odstąpiła Molly elegancką jedwabną piżamę w kolorze
delikatnego różu.
- Wyglądasz, wyglądasz prześlicznie - rzekł Walter, gdy Molly,
umyta i przebrana wróciła z łazienki. - To znaczy ty zawsze
wyglądasz prześlicznie, ale teraz jeszcze bardziej...
Molly spłoniła się wdzięcznie, po czym skryła się pod kołdrą,
zakrywając się po szyję.
- Naprawdę tak myślisz? - zapytała. Walter widział przez chwilę
tylko czubek jej głowy. - Nikt mi nigdy nie mówił takich rzeczy...
ale nigdy nie byłam z nikim tak blisko...
- Ja też nie - wyszeptał Walter, po czym uświadomił sobie, że
sam jest w piżamie, takiej w misie panda, wybranej mu oczywiście
przez mamę. Wskoczył czym prędzej do własnego łóżka, mając
nadzieję, że Molly nie dostrzegła szczegółów jego stroju.
- Dobranoc Molly - powiedział, próbując dostrzec ją ponad białą
górą swojej kołdry.
- Dobranoc Walterze. Miłych snów - odpowiedziała.
W apartamencie Lamparda zapadła cisza.
Rose leżała na plecach, patrząc w sufit i próbując zasnąć.
Lampard, który miał własny, całkiem spory udział w wkończeniu
butelki hiszpańskiego wina dawno juz spał, przy czym Rose
dziękowała Bogu, że jej mężczyzna oddychał cicho, zamiast
rzęzić przez sen jak Wasilewski, którego porykiwania i
powarkiwania było słychać, słabo, bo słabo, ale jednak, nawet
tu. Dzieląc z nim łóżko można się było nabawić uszkodzenia
słuchu podczas snu.
Przymknęła oczy. Wszystko to, co zaszło przez ostatnie dni,
stanęło jej przed oczyma, niby jakiś dziwaczny film. Pogoń za
potworami, zaloty Greya, pożar pubu, noc z Lampardem...
Noc z Lampardem.
Lampard.
Frank.
Frankie.
Oszalałaby, gdyby nie on. Pub był wszystkim, co miała w życiu,
jej jedynym źródłem utrzymania i największym fragmentem
rodzinnego dziedzictwa. Jego zniszczenie było jak urwanie Rose
korzeni, oberwanie połowy życia i połowy wspomnień. Gdyby nie
Frank i jego spokój, nie potrafiłaby tego wszystkiego znieść, ba,
nie widziałaby nawet powodu by żyć.
A teraz widziała, chociaż z Ten Bells została kupa gruzu. Nie
wiedziała jak będzie teraz żyć, ale wiedziała, że chce,
chociażby po to, żeby lepiej poznać tego człowieka. Za tą
spokojną fasadą, znaną z mediów kryło się wiele, bardzo
wiele... Rose nie wiedziała czemu, ale zaufała Frankowi mocniej,
niż jakiemukolwiek męzczyźnie... co oznacza, że w ogóle mu
zaufała, bo zwykła z zasady traktować mężczyzn podejrzliwie. Nie
dali jej dotąd powodu, do ufności. Ojciec, który zniknął,
dziadek, który nie uwierzył jej w najważniejszym momencie i ten
jego obrzydliwy kumpel...
Rose poczuła nagle, że się rozdwaja. Jej fizyczne ciało zostało
na łóżku, obokuśpionego Lamparda, natomiast duch, czy cokolwiek
to było wzniósł się w górę, pod sufit. To było dziwne uczucie,
nawet przyjemne, ale zarazem dosyć niepokojące.
Okręciła się, chcąc spojrzeć na samą siebie i wtedy runęła w
dół jak kamień. Jej ciało zatrzasnęło się wokół niej niczym
pułapka, ciemność otoczyła ją bezlitośnie.
- Otwórz oczy, Rose - zachichotał ktoś.
Nie chciała tego robić, ale powieki nie słuchały jej woli.
W mroku nad nia unosiła się blada, obrzydliwa facjata, zmienna,
płynna i amorficzna. Przez chwilę była twarzą kolegi dziadka,
tego, który ją próbował zgwałcić, potem zamieniła się w twarz
Greya, by wreszcie rozpłynąć się w wykrzywiony pysk diabła.
- Tęskniłaś? - zapytał diabeł. Wystawił długi czarny język i
musnął nim wargi dziewczyny.
Chciała krzyczeć, chciała się bronić, ale nie mogła, była
niczym pogrzebana we własnym ciele. Próbowała się poruszyć, z
nadzieją, że może Frank się obudzi i jej pomoże.
- Och, jak słodko - zanuciła potworna kreatura. Jej pysk
zapulsował, rozpłynął się, wyostrzył i z mroku spojrzały na
nią jasne oczy Lamparda. - Jego chcesz?
Nie jesteś nim, pomyślała Rose. Nie patrzysz jak on, masz zamiast
oczu dziury bez dna.
- Całuska? - zapytał demon nachylając się ku jej ustom, morfując
i zmieniając się bez przerwy. Ciemność wtargnęła w Rose
obrzydliwą falą.
_______________________________________________________________________________
Oddaję w wasze ręce kolejny rozdzialik, z nadzieją, że się spodoba, chociaż przegadany jest nieziemsko. Ciężko mi się go pisało, oj ciężko...
W ramach bonusu dzisiaj Wasyl, a co!
Martina

