wtorek, 25 lutego 2014

Rozdział 14


Oto przyszła noc 

Już stoi w drzwiach 
Rozkłada skrzydła swe 
Pochłania mnie 
Próbuje znów otruć moje sny 


Varius Manx "Oszukam czas"





Przez dłuższą chwilę Wasyl nie wiedział gdzie się znajduje i co wydaje z siebie ten przeraźliwy zgrzyt. Otworzył zaspane oczy, zamrugał, żeby odzyskać ostrość widzenia, po czym stwierdził, że nad sobą widzi sufit w kolorze białym.
Szpital?
Sypialnia u niego w domu?
Poruszył się. Pokryty ceratą materac bez pościeli, nie to nie dom, zdecydowanie.
Usiadł i już wiedział.
Był w celi, a zgrzytanie dobywał z siebie zamek, z którym mocował się ktoś po drugiej stronie drzwi.
Wreszcie ustąpiły. Do pomieszczenia wkroczyły dwie umundurowane policjantki, obie blondynki, jedna wyższa i tak chudziutka, że Wasyl mógłby ją przewrócić samym pędem powietrza, gdyby machnął ręką. druga zaś niższa i okrągła. Obie wyposażone były w pałki i paralizatory.
- Wstawaj - zażądała okrągła, mierząc go wzrokiem bazyliszka. - Idziemy.
Wstał grzecznie i dał się poprowadzić korytarzami, aż do drzwi opatrzonych tabliczką "Sala przesłuchań". Ktoś przekreślił ołówkiem wyraz "przesłuchań" i pod spodem dopisał "tortur".
- Trzeba to zmyć - mruknęła chuda policjantka, mocując się z zamkiem.
- Daj, ja otworzę - sarknęła okrągła. - Ty go pilnuj.
Naparła na drzwi kolanem, przekręciła klucz i pomieszczenie stanęło otworem.
- Właź do środka - poleciła Wasylowi. - I żadnych rozrób, bo spałuję. Zrozumiano?
- Zrozumiano - wymamrotał Wasyl.
- Nie dosłyszałam?
- Zrozumiano! - ryknął jak żołnierz na musztrze.
- Grzeczny chłopczyk - pochwaliła.
Drzwi zamknęły się ze szczękiem i zgrzytem, widać nikt tu nie wierzył w oliwienie zawiasów. Marcin rozejrzał się po pokoju przesłuchań, lub też tortur. Pomieszczenie umeblowane było skromnie, zawierało w sobie stół i dwa krzesła oraz szafkę, zapewne zawierającą magnetofon, aktualnie zamkniętą na cztery spusty. Wszystkie meble były przykręcone do podłogi, więc nawet gdyby Wasyl chciał zrobić rozróbę, możliwości miał poważnie ograniczone.
W jednej z pomalowanych na uspokajającą zieleń ścian połyskiwała tafla lustra weneckiego. Marcin zajrzał w nią, ujrzał zmiętego troglodytę ze sterczącymi włosami oraz ciemnymi worami pod oczyma i cofnął się z niesmakiem.
- Śliczny to ty Wasilewski nie jesteś - mruknął.
Czekał chyba pół godziny, siedząc na krześle i gapiąc się w ścianę, zanim ktoś do niego przyszedł. Tym kimś był wyrzczerzony głupawo sierżant Tribeson.
- No i jak, Łozilesky, podobała się nocka w naszych apartamentach? - zagaił, waląc się na krzesło, które zajęczało pod jego napakowanym cielskiem.
- Szalenie - odparł Wasyl sarkastycznie. - Lepiej niż w Hiltonie.
- Cieszę się, że ci przypadły do gustu - zarżał Tribeson. - Bo coś mi mówi, że jeszcze tu sobie posiedzisz. Co powiesz na dwadzieścia pięć lat, do dożywocia? Bo widzisz, ten paps, którego pobiłeś jest w stanie krytycznym. Nawet jeśli z tego wyjdzie, zostanie pieprzonym warzywem. a jeśli nie wyjdzie..
Spojrzał znacząco na Wasyla. Wasyl zignorował jego spojrzenie, patrząc gdzieś w ścianę za Tribesonem.
- Jeśl;i nie wyjdzie, spędzisz resztę życia w pace - dokończył sierżant. - Dlatego radzę ci dobrze, przyznaj się od razu, to może cię prokurator potraktuje odrobinę łagodniej. Zaraz przyjdzie mój kumpel, włączy magnetofonik, a ty nam wszystko wyznasz i już po kilkunastu latach będziesz się cieszył świeżym powietrzem. A może nawet wcześniej, jeśli dadzą ci warunkowe.
- Nie pobiłem tego papsa - odparł spokojnie Wasyl. - I nie powiem ani słowa więcej bez adwokata.
- Wkurzasz mnie - zauważył Tribeson. - A jak mnie ktoś wkurzy, to zapierdalam na pełnej piździe i nie ma takiego cwaniaczka, który by to przetrzymał. Rozumiesz, cwaniaczku?
W odpowiedzi otrzymał milczenie.
- Rozumiesz? - wrzasnął sierżant, łapiąc Marcina za koszulkę na piersiach.
- Tribeson! - inspektor Harvey, który właśnie wtoczył się do pomieszczenia w akompaniamencie zgrzytów, napoił swój głos sztucznym zgorszeniem. - Natychmiast puśćcie aresztanta, sierżancie!
Tribeson puścił, po czym stanął pod ścianą z ramionami założonymi na piersi, posyłając Wasylowi wrogie spojrzenia.
- Jest trochę narwany, wiecznie mam z nim kłopoty - westchnął fałszywie Harvey. - Panie Łozilesky, jest pan człowiekiem rozsądnym, myślę, że się dogadamy.
- Nie powiem nic bez adwokata - odparł Marcin.
Harvey westchnął i posłał wymowne spojrzenie Tribesonowi.
Śniadanie w domu Lamparda odbywało się w atmosferze wojenno-pogrzebowej, z delikatną nutką pączkującego romansu. Rose i Frank dyskretnie promienieli, Molly (która, podobnie jak Majka, pożyczyła odzież od Rose) wyraźnie zatroskana zajmowała się Walterem, kóry był blady jak ściana, oczy zaś miał czerwone jak królik. Majka, podwijając przydługie rękawy flanelowej koszuli, krążyła po całej kuchni, nieprzytomnie wręcz wściekła. Warczała na każdego, kto się nawinął, łącznie z własnym psem i kotami.
Jonesy i Celeste zajęli wygodne miejsca widokowe na szczycie wiszącej szafki kuchennej, skąd mogli wygodnie obserwować stół i jego zawartość, bez ryzyka, że zaraz dostaną w ucho. Kepler zaś dyskretnie wymknął się na korytarz i uwalił się pod drzwiami wejściowymi.
- Walter, wszystko w porządku? - zapytał Lampard, klepiąc przyjaciela po plecach. - Marnie wyglądasz.
- Matka mu umarła, to co, ma wyglądać kwitnąco? - prychnęła Majka, wędrując między stołem, a szafkami.
Walter skurczył się za stołem i chlipnął cichutko. Rose posłała Majce mordercze spojrzenie, Molly zaś obrała droge dyplomatycznej nagany.
- Majka, wiem, że jest ci ciężko z powodu sytuacji w jakiej znalazł się Wasyl - rzekła. - Ale nie tylko tobie jest ciężko, Walterowi też. Okaż więcej taktu.
- Przepraszam - Majka zasłoniła dłońmi oczy, nie przerywając wahadłowych kursów po kuchni. - Jestem wkurwiona i nie wiem co mówię.
- Fajnie, ale na Walterze się nie wyżywaj - powiedziała Rose, dolewając sobie kawy.
- Zgadzam się z Rose - Frank dołożył sobie tosta. - Kto widział marmoladę pomarańczową?
- Proszę Frankie - Rose podsunęła mu słoik.
- Dzięki, Rosie - odparł.
- Cieszę się - Majka trzema energicznymi krokami przemierzyła przestrzeń między zlewem a lodówką. - Cieszę się, że się wreszcie dogadaliście. Byłabym jednak wdzięczna, gdybyście w przyszłości ów stan porozumienia osiągali nieco ciszej, bo wczoraj to się, kurwa, cała chałupa trzęsła. Myślałam, że kogoś mordują.
Rose i Frank jak na komendę oblali się purpurowym rumieńcem.
- Aż tak było słychać? - Frank podrapał się z zakłopotaniem za uchem.
- Bardziej - odparła zgryźliwie Majka. - Lampard, skoro uregulowałeś swoje życie płciowe, mógłbyś zadzwonić po adwokata, z łaski swojej?
- Już zadzwonił - warknęła Rose. - Jak się tylko obudził.
- Tak własciwie - Frank spojrzał na zegarek. - To adwokat właśnie powinien być na komisariacie.
- Co oznacza, że teraz możesz już usiąść i przestać wkurzać, wkurzać innych - odezwał się znienacka Walter.
Całe zdenerwowanie uszło z Majki jak powietrze z przekłutego balonu.
- Już siadam - powiedziała grzecznie. - I przepraszam wszystkich. Franiu, ten adwokat dobry jest?
- Najlepszy jaki może być - zapewnił Lampard, szarmancko odsuwając Majce krzesło. - Wally, powiedziałem mu o twojej mamie, obiecał, że się tym zajmie i będzie policji stał nad głową.
- Niech się skontaktuje ze mną - oznajmiła Molly. - Koło południa powinnam mieć wstępny raport z sekcji, szef obiecał. Wymaga to nagięcia naszych wewnętrznych reguł, ale co tam...
Walter podniósł głowę i popatrzył na przyjaciół łzawym spojrzeniem.
- Jesteście kochani - wyszemrał. - Co ja bym bez was zrobił...
- Wally, jesteśmy z tobą - Majka pogłaskała go po plecach.
- I pomożemy ci dorwać tego skurwiela - oznajmiła Rose. Jej czarne oczy zalśniły groźnie.
- Całą noc mi się śniły te jego rybie oczy - Walter zadrżał.
Rose zamarła z ręką wpół drogi do filiżanki.
- Czekaj no, jak powiedziałeś?
- Rybie oczy - powtórzył Walter. - Jak u rozgotowanego dorsza, takie szkliste i mętne.
- No kurwa jego mać - ogłosiła Rose. - Przecież to Hinten!
Teraz zamarł na odmianę Frank, z tostem przy ustach.
- Jaki Hinten? - zapytała Majka.
- No właśnie, też chciałabym wiedzieć - przyłączyła się Molly.
- Hinten Linkscośtam, przydupas Greya - rzekła Rose, wściekła. - To ten skurwysyn się mści, oby się zadławił swoimi milionami.
Jasne oczy Lamparda zalśniły nieprzyjemnym blaskiem.
- Udławi się - rzekł zwięźle. - Gwarantuję.
Majka popatrzyła na Rose z ukosa.
- Moze nie powinnaś była go tłu... Au!
Ozdobna świeczka w kszałcie szyszki, zepchnięta z szafki łapą Celeste, odbiła się od głowy Majki i wylądowała w maselniczce.
- Zawsze byłaś podłą cholerą - Majka spojrzała na kota z wyrzutem, trąc stłuczone miejsce.
- Wciąż jest - zauważył ze spokojem Frank. - Ale ja lubię takie... trudne charaktery.
Spojrzał kątem oka na Rose, uśmiechając się lekko.
Przez ostatnią godzinę sierżant Tribeson demonstrował imponującą pojemność płuc, wrzeszcząc na Wasyla, zaś inspektor Harvey, tyleż z poświęceniem, co nieudolnie, odgrywał rolę dobrego gliny. Wszystko na nic, równie dobrze mogliby mówić do ściany. Wasyl zaciął się i milczał jak głaz, głuchy na prośby i groźby i nieczuły na podstępy.
Tribeson właśnie dokonywał kolejnej demonstracji mozliwości swego aparatu wokalnego, stosując suszarkę a'la Ferguson, gdy drzwi pokoju przesłuchań otworzyły się znienacka i stanął w nich nieco łysiejący osobnik w nienagannie skrojonym trzyczęściowym garniturze, eleganckiej popielatej barwy.
Sierżant urwał w pół groźby i wbił wściekłe spojrzenie w intruza.
- Wypierdalaj stąd - zażądał. - Tu się odbywa przesłuchanie!
- O ile dobrze pamiętam pan Wasilewski ma prawo do adwokata - rzekł spokojnie nowoprzybyły. - Wy za to nie macie prawa go przesłuchiwać bez obecności prawnika, jeśli się tego prawa nie zrzekł.
Wasyl uśmiechnął się paskudnie.
- Od godziny domagam się adwokata - zauważył.
- To tylko taka, wie pan, wstępna rozmowa - Harvey poderwał się z krzesła. - Nawet nie nagrywamy...
- Co też jest wbrew prawu - zauważył przybysz.
- Tutaj, kurwa, prawo to ja - warknął Tribeson. - Wyjdziesz sam, czy mam cię stąd wyjebać?
- Niech mnie pan wyjebie - rzekł obcy z uśmiechem. - A ja pana oskarżę o napaść. Oraz o nielegalne przesłuchanie mojego klienta. Mike H. Gatiss, prawnik pana Wasilewskiego.
- Ale ja, ale my, ale, ale, ale... - neurony inspektora doznały zwarcia.
- Proszę zakończyć przesłuchanie - rzekł Gatiss z uśmiechem. - Mój klient zostanie poddany obdukcji. Lekarz sądowy już tu jedzie.
- Kurwa - oznajmił Tribeson w przestrzeń. - A zaczynało robić się miło.
- Jak cholera - Marcin uśmiechnął się na odmianę zjadliwie. - Wręcz pikantnie.
Sierżant posłał mu ponure spojrzenie, po czym wyszedł z sali, trzaskając przy tym drzwiami.
Kilka godzin później Gatiss, uzbrojony w pisemne wyniki obdukcji oraz akta sprawy, z którymi, jako obrońca Wasyla miał prawo, a nawet obowiązek się zapoznać, pojechał do mieszkania Lamparda.
Gospodarz, z właściwymi sobie nienagannymi manierami, zaprosił go do salonu i zaproponował wybór napojów.Prawnik zdecydował się na herbatę, ale jeszcze nie zdążył dobrze usiąść na kanapie, gdy do pomieszczenia wparowała niewysoka, ciemnowłosa kobieta ze spojrzeniem maniaka i wielkim, umazanym krwią nożem w dłoni.
- Pan jest prawnikiem Marcina? - zapytała groźnie.
- Zgadza się - odparł Gatiss, lekko rozbawiony.
- No i co? - zapytała uzbrojona maniaczka, tyleż agresywnie, co niejasno.
- Majka, czemu biegasz z nożem? - zapytał lekko zdziwiony Lampard.
- Obiad - wyjaśniła maniaczka. - No i co, się pytam, panie adwokacie, zdziałał pan coś?
- Oczywiście - odparł spokojnie Gatiss. - Ale dlaczego miałbym o tym rozmawiać z panią?
- Bo mam nóż i jestem wściekła? - zasugerowała Majka.
- Ciekawy argument, jednakże nie czuję się przekonany - uśmiechnął się adwokat.
Lampard otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nie zdążył.
- Majka! - ryknęło z głębi mieszkania. - Zostawiłaś otwartą kuchnię, twój kundel zaślinił pół stołu, a koty mało nie zwędziły mięsa!
- Cholera - mruknęła Majka. - No przepraszam!
- Ty nie przepraszaj, ty drzwi zamykaj! - Rose stanęła w progu, ujmując się pod boki. - W Polsce chyba nie mieszkacie w jurtach, nie?
- Nie, w ziemiankach - prychnęła Majka. - Z workiem zamiast drzwi! Czy ja się wreszcie dowiem jak sprawy stoją? - spojrzała na Gatissa z wyrzutem.
Gatiss spojrzał pytająco na Franka.
- Mów, mów - zachęcił Lampard. - Ona jest blisko z Wasylem.
- Frank chce przez to powiedzieć, że ta wariatka z bronią w ręku maniakalnie kocha Wasyla, więc niech pan lepiej mówi, bo gotowa panu flaki tym majchrem wypruć - pospieszyła uczynnie z wyjasnieniem Rose.
Majka rzuciła jej spojrzenie, sugerujące, że Gatiss wcale nie będzie pierwszy w kolejce do wyprucia flaków.
- No dobrze - rzekł prawnik. - Mamy zatem wyniki obdukcji, świadczące o tym, że pan Wasilewski nikogo nie pobił, moi ludzie zaś szukają intensywnie świadków. Jeśli zeznają, że na miejscu zbrodni był ktos jeszcze, mój klient zostanie zwolniony z aresztu.
- Jak się nie znajdą, to się załamię - mruknęła Majka.
- Mam też wiadomości dla pana Barnetta - rzekł Gatiss.
- Wally! - Majka i Rose rozdarły się równocześnie.
W głębi mieszkania rozległo się szuranie, skrzypienie drzwi, wreszcie odezwał się Walter.
- Wołałyście, wołałyście mnie? - zapytał idąc przez korytarz, za nim zaś bezszelestnie zdążała Molly. - Właśnie znaleźliśmy z Molly bardzo interesujące, interesujące plany podziemi zamku, myślę, myślę, że powinniście rzucić okiem...
- Pan Gatiss ma dla ciebie wiadomości - rzekł Frank.
Wyraz ożywienia zniknął z twarzy Waltera jak zdmuchnięty.
- O... o mamie? - jego głos się wyraźnie łamał.
- Przykro mi to mówić, ale pańska mama została zamordowana - rzekł Gatiss. - Lekarz sądowy nieoficjalnie mówi, że to cyjanek, wyniki toksykologii będą za dwa tygodnie. Zabójcę sfilmowały kamery przy wejściu do szpitala. Jeszcze nie ma oficjalnej identyfikacji, ale policja już wie kto to.
- Kto? - spytał Walter słabo.
- Niejaki Hinten Linksarsch - odparł prawnik z ledwie wyczuwalnym niesmakiem. - Sekretarz tego milionera, Greya. Osobnik niezrównowazony psychicznie, leczył się jakiś czas temu psychiatrycznie.
- Zawsze wiedziałam, że jest walnięty - mruknęła Rose. - Na co się leczył?
- Urojenia - odparł Gatiss. - Wydawało mu się, że jest wielkim piłkarzem.
- Moja mama... - usta Waltera wygięły się w podkówkę, po policzkach zaś popłynęły rzęsiste łzy. - Co mu zawiniła moja mama?
Molly i Rose bez słowa objęły go z dwóch stron. Majka chciała zrobic to samo, coś jej przeszkadzało jednak, pozbyła się więc czegoś i przyłączyła się do zbiorowego uścisku. Lamps wstał i spróbował objąć ramionami całą gromadkę.
- Zapłaci za to - rzekł. - Zobaczysz Wally.
Trwali tak prze chwilę w grupowym uścisku, Gatiss zaś siedział na kanapie jak posąg, z nieprzeniknioną miną. Pierwszy oderwał się Lampard.
- Mike, dam ci dodatkowe zlecenie- oznajmił. - Znajdź mi haki na pana Greya.
- Jak bardzo chcesz mu zaszkodzić? - zapytał spokojnie Gatiss.
- Unicestwić - odparł równie spokojnie Lampard.
Prawnik spokojnie skinął głową.
Gatiss wyszedł równie dyskretnie, jak przybył, nie doczekawszy się obiecanej przez Lamparda herbaty. Lampard, Rose i Majka przez chwilę sprzeczali się o to, kto powinien był zrobić ów napój i podać do stołu, tymczasem Walter i Molly, osoby beznadziejnie dobrze wychowane, usiłowali zwrócić im kulturalnie uwagę, na konieczność zapoznania się z odnalezionymi w internecie planami zamkowych lochów. Ich grzeczne uwagi jednak nie miały szans przebić się przez energiczną dyskusję Rose i Majki, oraz głośne wtręty Franka.
Wreszcie jednak kwestia herbaty Gatissa została wyczerpana ze szczętem i na moment zapadła cisza.
- Słuchajcie, Walter znalazł ciekawe plany zamku, podobno was to interesuje...? - spytała Molly, z lekką nutką desperacji.
- No dobra - Majka rozejrzała się dookoła. - Kto mi zajumał nóż?
- Nikt ci nie zajumał, po co komu nóż? - Rose postukała się w czoło. - I w dodatku brudny był.
- No jak nie zajumał, jak nigdzie nie ma? - zapieniła się Majka. - Krasnoludki zabrały?
- Nie zaczynajcie znowu... - Lampard wywrócił oczyma.
- Ale te plany... - przypomniał równocześnie Walter.
- Książę Karol przyszedł i se wziął! - wrzasnęła Rose.
- Plany? - Molly poczuła, że gubi wątek.
- Nie, nóż - wyjaśniła niecierpliwie Rose, po czym zwróciła się do Majki. - Sama go gdzieś gwizdnęłaś, poszukaj!
- Nic nie gwizdnęłam! - zaprotestowała Majka. - Tu go miałam, w ręku! I nie mam!
- No to co ja ci poradzę? Szukaj! - Rose wzniosła oczy w niebiosa. - W plecy nikomu nie wbiłaś?
- Jaki to był nóż? - spytał niewinnie Lampard.
- Ostry - warknęła Majka. - I duży.
- Rękojeść ze stali nierdzewnej miał? - drążył Frank.
- Miał - odparła Majka. - Bo co?
- Z kratką, żeby się nie ślizgał?
Wszyscy teraz patrzyli na niego z rosnącym zaciekawieniem, zupełnie jakby był Sherlockiem Holmesem, który ma za chwilę wskazać mordercę.
- Z kratką - przyznała niechętnie Majka.
Lampard, z całym spokojem angielskiego gentlemana, podszedł do donicy z rosnącym w niej wielkim kaktusem i wyciągnął tkwiący w ziemi nóż.
- Proszę - rzekł, wręczając narzędzie Majce. - Skoro tę kwestię mamy z głowy, to może chodźmy wreszcie obejrzeć te plany, co?
Propozycja został przyjęta przez aklamację i całe towarzystwo przeniosło się do pokoju gościnnego, by stłoczyć się przy biurku, na którym stał laptop.
- Zobaczcie, tutaj, o - mówił gorączkowo Walter, nareszcie w swoim żywiole. - Wielki Hall jest niepodpiwniczony, tam dalej pod skrzydłami są piwnice i pod oficyną, ale to kuchenne, kuchenne pewnie, ale najciekawsze jest tu.
Postukał palcem w monitor.
- Kościół St. Mary de Castro - powiedział. - Widzicie to? Tunel, wychodzący ze wzgórza zamkowego. Spod kościoła!
- To co, mamy tam się schować na wieczornej mszy i poczekać aż wszyscy pójdą? - zapytała niepewnie Majka.
- St. Mary jest teraz zamknięty - powiedziała Molly. - Iglica na wieży się zarysowała i grozi zawaleniem.
- Cudownie - mruknął Lampard. - Zostaje nam włamanie.
- Przekup wikarego, niech nam pożyczy klucze - zasugerowała Rose.
- Zaraz - Molly zamachała rękami. - Ja rozumiem podpalenia, pobicia i morderstwa. Potrzeby włamywania się do kościoła nie rozumiem i nie wiem, czy nie powinnam zawiadomić policji. Ktoś chce mi to wyjaśnić? Walter? - spojrzała na niego surowo.
Majka, wciąż tuląca do łona umazany błotem nóż, jakby się przecknęła.
- Poczekaj no chwilę - nakazała surowo i wyszła z pokoju. Po chwili wróciła, zamiast noża dzierżąc w dłoni solniczkę.
- Wyciągnij rękę i podwiń rękaw - zażądała od Molly.
- To jakiś tajny rytuał? - zapytała ogłuszona pani patolog, posłusznie podwijając rękaw. - Jesteście lożą masońską?
Majka w milczeniu posoliła jej przedramię. Przez chwilę wszyscy gapili się bez słowa na kryształy soli, rozsypane na jasnej skórze Molly.
- Jest człowiekiem - zawyrokowała Rose.
- No pewnie, że jest! -Walter zaryczał jak hamletowski łoś. - A co myśleliście, że co? Molly jest dobra i powinniśmy ją wtajemniczyć! Skoro Grey może mieć swoje Hinteny, my też możemy mieć sojuszników! I powinniśmy!
Potoczył bojowym spojrzeniem po obecnych.
- Ja jestem za - rzekł spokojnie Lampard.
Rose wzruszyła ramionami.
- Ja też - powiedziała.
- No to jazda, Wally, wtajemniczaj! - Majka potrząsnęła solniczką niczym włócznią.
Molly patrzyła na nich oczyma jak spodki.
Kilkadziesiąt minut później wyglądała na nieco mniej zdziwioną, za to znacznie bardziej skonfundowaną.
- To wszystko brzmi jak scenariusz amerykańskiego filmu klasy B - stwierdziła. - I może bym wam nie uwierzyła, może nawet uciekłabym stąd z krzykiem, gdybym nie miała na stole tego nieszczęśnika, rozszarpanego za klubem Enclave.
- Czy to znaczy, że nam wierzysz? - Walter patrzył na nią z wyczekiwaniem.
- To, co opisujecie, ten stwór z błoniastymi skrzydłami... - zawahała się na chwilę. - A dokładniej, jego zęby odpowiadają ugryzieniom na zwłokach tego chłopaka. Nie mogłam ich dopasować do żadnego zwierzęcia.
Popatrzyła na stojącą przed nią czwórkę ludzi.
- Nie wiem, co robicie i co tu się dzieje, ale jeśli macie zamiar dopaść tego skurwysyna, który zabił te biedne dziewczyny, to ja jestem z wami - oznajmiła gniewnie. - Niestety, śledztwo w tej sprawie prowadzi inspektor Harvey o którego inteligencji mam bardzo niskie mniemanie.
- To ten cymbał, co aresztował Wasyla - Majka zazgrzytała zębami. - A ten jego sierżant, Tryper, czy jak mu tam, to brakujące ogniwo ewolucji między człowiekiem a małpami!
- Nie obrażałabym małp - mruknęła Molly. - Małpy są inteligentne.
- Racja - odmruknęła Majka.
- Wróćmy na moment do przejścia - Lampard z łatwością przejął kontrolę nad minizgromadzeniem. - Skoro kościół jest zamknięty, ułatwia nam to sprawę. Możemy spokojnie przygotować się do zejścia w podziemia, bez obawy, że ktoś wejdzie tam przed nami.
- A Grey? - zapytała zwięźle Rose.
- Grey niedługo będzie miał mnóstwo własnych problemów - Frank uśmiechnął się jak kot z Cheshire.
Dokonawszy tych wiekopomnych uzgodnień wszyscy rozeszli się do swoich zajęć, co w wypadku Molly i Waltera oznaczało dalsze wykopki w internecie. Majka wróciła do gotowania obiadu, Rose zaś wertowała w salonie papiery po babci.
Przeczytanie aktów własności i podpisów na zdjęciach po raz kolejny z rzędu nie okazało się specjalnie owocne, pamiętnika zaś Rose bała się otworzyć. Właściwie całym efektem lektury był zesztywniały kark i obolałe mięśnie barków. Poruszyła głową, próbując je rozluźnić i czując, że to się zaraz może skończyć potęznym bólem głowy.
-Potrzeba masażu? - Lampard oparł się nonszalancko barkiem o futrynę. W jasnoniebieskiej koszuli wyglądał tak, jakby właśnie szykował się do sesji zdjęciowej dla jakiegoś luksusowego czasopisma.
- Trochę - mruknęła Rose, próbując nie patrzeć na niego wzrokiem zbyt zachłannym.
- Jako wierny rycerz, choć bez zbroi, śpieszę z pomocą - mruknął jej do ucha, siadając tuż za nia, tak, że czuła jego ciepło i bijący od niego zapach kosmetyków i męskiego ciała. Ciepłe, mocne, lecz zarazem delikatne dłonie Franka spoczęły na ramionach Rose, odzianych tylko w cienki t-shirt i zaczęły uciskać i masować.
Po chwili skamieniałe mięśnie Rose poczęły się rozluźniać pod dotykiem Lamparda, nie bez akompaniamentu jęków i westchnień.
- O, jeszcze tu... uuu... uch... jak dobrze - Rose, zamknąwszy oczy, bez reszty oddała się nieco masochistycznej przyjemności z masażu. - Oooochchch... Frannny, co ty robisz?
Frank uznał właśnie, że najwyższy czas włączyć do zabawy usta i zabrał się z wigorem do całowania szyi Rose. Miała tak cudownie miękką skórę, mógłby ją całować godzinami!
- Hmmm? - odparł niewyraźnie. - Hle si?
- Topppszsz - odmruczała Rose. - Uwielbiam gdy tak robisz...
Gorące wargi Lamparda przesunęły się z jej szyi na dekolt, by wreszcie objąć w posiadanie, bardzo słodkie i namiętne posiadanie, jej usta. Frank delikatnie położył Rose na kanapie, po czym nakrył ją swym muskularnym ciałem. Odpłynęli w świat zmysłowe rozkoszy tak bardzo, że nawet nie usłyszeli nagłego poruszenia na korytarzu.
Rose siedziała właśnie okrakiem na Franku, trzymającym obie dłonie pod jej bluzką i całowała z wielkim zajęciem jego pierś, gdy nagle mieszkaniem wstrząsnął potężny ryk.
- A co tu się wyprawia, misiaczki? - donośny głos wypełniało udawane zgorszenie. - Jeszcze nie było dwudziestej drugiej!
Podszkoczyli oboje, Rose przy tym zleciała z Franka, klinując się niewygodnie między kanapą, a stolikiem do kawy, natomiast na korytarzu zaczął szczekać i szaleć Kepler.
- Wasilewski, czy ty się nigdy, kurwa, nie nauczysz pukać? - zawyła.
- Zapukałem - odparł Wasyl, śmiejąc się. - Nawet zadzwoniłem, ale mnie, gołąbki nie usłyszeliście, tak byliście zajęci gruchaniem.
- Zadzwonił - Walter wychylił się zza rozłożystych pleców stopera. - Potwierdzam!
- Widzisz, mam świadków - śmiał się Wasyl, uchylając się przed nadlatującym kapciem, ciśniętym dłonią Rose.
Majka przeleciała przez mieszkanie niczym pocisk typu Stinger, przeskoczyła nad zaszokowanym Jonesem i jednym susem dopadła Wasyla.
- Wypuścili cię! - krzyknęła, po czym rzuciła się go całować, tak gwałtownie, że niemal przewróciła go na kanapę do góry nogami. Wyglądało to dosyc komicznie, zważywszy na różnicę w rozmiarach między nimi.
Całowali się przez chwilę z jakąś dziką zachłannością, po czym rozum Majki gwałtownie się włączył. Puściła Marcina z objęć, oderwała się od jego ust, cofnęła dwa kroki i przygładziła na sobie fartuszek.
- Znaczyyyyy chciałam powiedzieć, że się cieszę, że cię widzę - oznajmiła.
- Załapałem od razu - Wasyl uśmiechnął się szeroko.
- Proszę, proszę, nie tylko my się tu kwalifikujemy do cenzury obyczajowej - Lampard uniósł brew.
- Zaraz cię ocenzuruję w łeb - Majka zamachnęła się na niego.
- No, no, no, Wasyla sobie tłucz, skoro już go masz z powrotem - Rose zasłoniła sobą Franka, ostrzegawczo marszcząc przy tym brwi.
- Wypraszam sobie, byłem grzeczny! - Marcin nie przestawał się śmiać. - Co tak pachnie? Głodny jestem jak cholera, a ten więzienny obiad wyglądał, jakby ktoś go już przede mną jadł.
- Obiad pachnie, ze zdenerwowania upiekłam udziec jagnięcy - oznajmiła Majka. - Molly zdaje się nakrywa do stołu, niech jej ktoś pomoże z łaski swojej.
- Smacznie się denerwujesz, krasnalu - Wasyl puścił do niej oczko. Zaczerwieniła się, odwróciła na moment wzrok, po czym wzięła głęboki oddech.
- Będziemy musieli pogadać - powiedziała. - W cztery oczy.
- Po obiedzie, błagam! - jęknął teatralnie. - Po obiedzie będę mógł wszystko!
- Białe wino chcecie, czy czerwone? - zapytał Lampard, który postawiwszy Rose na nogi zaczął intensywnie lustrować zawartość swego barku.
- Do jagnięciny tylko czerwone! - oznajmił autorytatywnie Wasyl. Zajrzał do barku ponad ramieniem Franka. - Ale masz tu zapasik... Mmmm. O, tego hiszpana daj, będzie zajebisty.
- A nie lepiej to argentyńskie...?
Panowie zatonęli na moment w winnej konwersacji. Rose i Majka wymieniły rozbawione spojrzenia, po czym opuściły pokój.
Wreszcie stół został nakryty, obiad podany i pożarty, a Wasyl odzyskał możność mówienia.
- Dobra, to zeznawaj jak jest - zarządziła Rose. - Wyszedłeś na chwilę, czy już na zawsze?
- Na zawsze - odparł Marcin, pociągając wina z wniebowziętą miną. - Gatiss to jest niesamowity gość, znalazł świadków, którzy widzieli, jak tam po mnie wlazł jakiś typ, tylko z drugiego końca przejścia. I wykopał jakies nagranie, na którym widać tego papsa w jednym kawałku po tym, jak poszedłem.
- Wypuścili cię z braku dowodów, jak rozumiem? - zapytała Molly z zawodowym zainteresowaniem.
- Taaaa, sierżantowi Tribesonowi nawet kazali z siebie przeprosiny wydusić - Marcin uśmiechnął się krzywo. - Słuchajcie no misiaczki, co my teraz robimy? Powinniśmy chyba zostac na kupie?
- Najlepiej by było. Rozdzielanie się teraz to ryzyko - stwierdził poważnie Lamps.
- A nasze rzeczy? - zapytała Majka. - Mam pożyczać w nieskończoność gacie od Rose?
Wasyl uśmiechnął się znów, tym razem uśmiechem zadowolonego rekina z filmu "Szczęki".
- Dzięki wujkowi Wasylowi nie musisz - rzekł. - Zanim tu przyjechałem, skoczyłem się odświeżyć i wziąłem wasze manele, twoje i Wally'ego.
- Sam? - spojrzenie Majki było zaiste mordercze.
- Przepraszam bardzo, ale długo tak będziemy musieli? - zapytała delikatnie Molly.
- Co najmniej kilka dni - odparł Lampard. - Gatiss musi załatwić kilka szczegółów mojego zlecenia.
- Weźmiesz sobie jutro któregoś z tych typów - Rose wskazała obecnych przy stole panów szerokim gestem - jako obstawę i skoczysz do siebie. O ile, oczywiście nie masz ochoty jeszcze uciec z krzykiem.
- To dziwne, ale nie mam ochoty - stwierdziła Molly. - Bardzo dobre wino.
- Chilijskie. To ja doradziłem - oznajmił dumnie Walter.
- Wally ma mnóstwo talentów - Wasyl poklepał go po plecach aż zadudniło. - Fajny z niego chłopak.
Po obiedzie, będącym w istocie również kolacją, nastąpił lekki zamęt z przynoszeniem walizek z samochodu Wasyla, Majka zas, korzystając z okazji wyprowadziła psa na krótki spacerek. Kiedy wróciła, zamiast dopaść Marcina i pogadać z nim jak planowała, musiała zapakować Keplera do wanny i wyszorować, ponieważ jakimś cudem zdołał znaleźć przed domem coś niewyobrażalnie cuchnącego i się w tym starannie wytarzać.
- Boże, jak on wali! - sarkała Rose. - Koty się przynajmniej w niczym nie tarzają!
- Za to szczają gdzie popadnie - mruknął Lampard, patrząc znacząco na Celeste, obserwującą świat z półeczki nad wieszakiem.
Pranie psa zabrało sporo czasu, bo owczarek niemiecki to nie mysz, ma gęste futro i sporo powierzchni do umycia. Kiedy zaś nastroszony od wycierania Kepler, a za nim zmęczona i mokra Majka, opuścili łazienkę, o konwersacjach z Wasylem nie mogło być już mowy.
Z salonu dobiegało soczyste, zdrowe chrapanie, o natężeniu decybeli godnym młota pneumatycznego, oznajmiające, że Marcin odpłynął w objęcia Morfeusza. Majka poczłapała w kierunku źródła dźwięku. Wasyl faktycznie spał, zwinięty w kłębek na kanapie, z poduszką w objęciach, na stoliku zaś stała opróżniona butelka hiszpańskiego wina, widać wyłowiona z barku Lamparda.
Majka tylko westchnęła i pomaszerowała do siebie, po koc. Przykryła nim Marcina starannie, głaszcząc czule po obrośniętym policzku, potem pochyliła się i pocałowała śpiącego mężczyznę w czoło.
- Zasnął, pijaczyna? - Rose w nowej czerwonej piżamie o męskim kroju stanęła w drzwiach salonu. - Wiedziałam, że tak będzie, jak tylko zobaczyłam, że otwiera tego hiszpana.
- Ciiiii - mruknęła Majka. - Niech śpi.
Walter i Molly podzielili się w drugim gościnnym pokoju miejscami sypialnymi, to znaczy Walter odstąpił szlachetnie damie dwuosobowe łóżko, sam zas wybrał rozkładany fotel. Rose zaś równie szlachetnie odstąpiła Molly elegancką jedwabną piżamę w kolorze delikatnego różu.
- Wyglądasz, wyglądasz prześlicznie - rzekł Walter, gdy Molly, umyta i przebrana wróciła z łazienki. - To znaczy ty zawsze wyglądasz prześlicznie, ale teraz jeszcze bardziej...
Molly spłoniła się wdzięcznie, po czym skryła się pod kołdrą, zakrywając się po szyję.
- Naprawdę tak myślisz? - zapytała. Walter widział przez chwilę tylko czubek jej głowy. - Nikt mi nigdy nie mówił takich rzeczy... ale nigdy nie byłam z nikim tak blisko...
- Ja też nie - wyszeptał Walter, po czym uświadomił sobie, że sam jest w piżamie, takiej w misie panda, wybranej mu oczywiście przez mamę. Wskoczył czym prędzej do własnego łóżka, mając nadzieję, że Molly nie dostrzegła szczegółów jego stroju.
- Dobranoc Molly - powiedział, próbując dostrzec ją ponad białą górą swojej kołdry.
- Dobranoc Walterze. Miłych snów - odpowiedziała.
W apartamencie Lamparda zapadła cisza.
Rose leżała na plecach, patrząc w sufit i próbując zasnąć. Lampard, który miał własny, całkiem spory udział w wkończeniu butelki hiszpańskiego wina dawno juz spał, przy czym Rose dziękowała Bogu, że jej mężczyzna oddychał cicho, zamiast rzęzić przez sen jak Wasilewski, którego porykiwania i powarkiwania było słychać, słabo, bo słabo, ale jednak, nawet tu. Dzieląc z nim łóżko można się było nabawić uszkodzenia słuchu podczas snu.
Przymknęła oczy. Wszystko to, co zaszło przez ostatnie dni, stanęło jej przed oczyma, niby jakiś dziwaczny film. Pogoń za potworami, zaloty Greya, pożar pubu, noc z Lampardem...
Noc z Lampardem.
Lampard.
Frank.
Frankie.
Oszalałaby, gdyby nie on. Pub był wszystkim, co miała w życiu, jej jedynym źródłem utrzymania i największym fragmentem rodzinnego dziedzictwa. Jego zniszczenie było jak urwanie Rose korzeni, oberwanie połowy życia i połowy wspomnień. Gdyby nie Frank i jego spokój, nie potrafiłaby tego wszystkiego znieść, ba, nie widziałaby nawet powodu by żyć.
A teraz widziała, chociaż z Ten Bells została kupa gruzu. Nie wiedziała jak będzie teraz żyć, ale wiedziała, że chce, chociażby po to, żeby lepiej poznać tego człowieka. Za tą spokojną fasadą, znaną z mediów kryło się wiele, bardzo wiele... Rose nie wiedziała czemu, ale zaufała Frankowi mocniej, niż jakiemukolwiek męzczyźnie... co oznacza, że w ogóle mu zaufała, bo zwykła z zasady traktować mężczyzn podejrzliwie. Nie dali jej dotąd powodu, do ufności. Ojciec, który zniknął, dziadek, który nie uwierzył jej w najważniejszym momencie i ten jego obrzydliwy kumpel...
Rose poczuła nagle, że się rozdwaja. Jej fizyczne ciało zostało na łóżku, obokuśpionego Lamparda, natomiast duch, czy cokolwiek to było wzniósł się w górę, pod sufit. To było dziwne uczucie, nawet przyjemne, ale zarazem dosyć niepokojące.
Okręciła się, chcąc spojrzeć na samą siebie i wtedy runęła w dół jak kamień. Jej ciało zatrzasnęło się wokół niej niczym pułapka, ciemność otoczyła ją bezlitośnie.
- Otwórz oczy, Rose - zachichotał ktoś.
Nie chciała tego robić, ale powieki nie słuchały jej woli.
W mroku nad nia unosiła się blada, obrzydliwa facjata, zmienna, płynna i amorficzna. Przez chwilę była twarzą kolegi dziadka, tego, który ją próbował zgwałcić, potem zamieniła się w twarz Greya, by wreszcie rozpłynąć się w wykrzywiony pysk diabła.
- Tęskniłaś? - zapytał diabeł. Wystawił długi czarny język i musnął nim wargi dziewczyny.
Chciała krzyczeć, chciała się bronić, ale nie mogła, była niczym pogrzebana we własnym ciele. Próbowała się poruszyć, z nadzieją, że może Frank się obudzi i jej pomoże.
- Och, jak słodko - zanuciła potworna kreatura. Jej pysk zapulsował, rozpłynął się, wyostrzył i z mroku spojrzały na nią jasne oczy Lamparda. - Jego chcesz?
Nie jesteś nim, pomyślała Rose. Nie patrzysz jak on, masz zamiast oczu dziury bez dna.
- Całuska? - zapytał demon nachylając się ku jej ustom, morfując i zmieniając się bez przerwy. Ciemność wtargnęła w Rose obrzydliwą falą.
_______________________________________________________________________________
Oddaję w wasze ręce kolejny rozdzialik, z nadzieją, że się spodoba, chociaż przegadany jest nieziemsko. Ciężko mi się go pisało, oj ciężko...



W ramach bonusu dzisiaj Wasyl, a co!

Martina

piątek, 14 lutego 2014

Rozdział 13

Through the hourglass I saw you 
In time you slipped away 
When the mirror crashed I called you 
And turned to hear you say
If only for today 
I am unafraid 
 Take my breath away

"Take my breath away" Berlin

 Lampard prowadził jak szaleniec, nie odrywając nogi od pedału gazu. Oczywiście, istniało ryzyko, że nadzieje się na drogówkę, po czym brukowce będą się długo i namiętnie podniecać jego brakiem poszanowania dla przepisów, ale w tamtej chwili miał to głęboko w dupie. Ktoś zadzwonił do Elen, podając się za niego i kazał jej przyjechać z dziećmi do wynajętego domu w Ashby Magna, a Frank nie miał najmniejszej wątpliwości, że osobnik ów nie miał dobrych intencji.
Ktokolwiek to był, spalił Ten Bells, zabił panią Barnett i próbował wysłać Wasyla do więzienia. Przyjemniaczek, szkoda słów. Jeśli to ten Grey, pomyślał Lampard, biorąc wiraż niczym kierowca Formuły 1, to on mu nie tylko sklepie ryja, ale stanie na głowie, żeby z typa nie została nawet kupka gówna. Na wszystkich płaszczyznach, finansowo, biznesowo, towarzysko i fizycznie. Totalna destrukcja.
Kiedy skręcał w podrzędną drogę, prowadzącą do Ashby, tył samochodu zarzuciło na śliskim, śniegowym błocie, pokrywającym nawierzchnię. Z zimną krwią Lampard wyprowadził samochód z poślizgu, po czymdodał gazu, wzbijając w powietrze fontanny lodowej brei.
Dom stał zupełnie ciemny i pusty, otoczony świerkami, które dawno już pozbawione świątecznych ozdób, wyglądały niczym ciemni straznicy, nieprzyjaźni i potężni. Frontowy podjazd był pusty, ale zza domu strzelały snopy światła z reflektorów samochodu, widać Elen zaparkowała na podwórku.
Lampard poszedł teraz w jej ślady i serce mi zamarło, gdy ujrzał przed sobą swoje córeczki, bawiące się w topniejącym śniegu, oświetlone teraz jasno długimi światłami jego samochodu. Elen stała obok i pisała esemesa, jednym okiem obserwując bawiące się dzieci.
- Miałyście nie wysiadać! - ryknął Frank, wyskakując z samochodu.
- Co? - Elen spojrzala na niego szklanym wzrokiem.
- Kazałem wam zostać...
Huknęło. Fontanna śniegu wzbiła się kilka metrów przed dziewczynkami. Krzyknęły i zerwały się do biegu, Elen zaś kwiknęła i usiadła w błocie, unosząc dłonie w górę.
- Stójcie! - wrzasnął Lampard, rzucając się w ich stronę. Przed oczyma miał wizję snajpera, który zaraz odstrzeli jego biegnące dzieci niczym jelenie na polowaniu.
- Sam stój - polecił zachrypnięty głos z ciemności. - I ty, lala, też.
Wielki, łysy typ, który wyglądał jakby od urodzenia żarł sterydy wiadrami, wyłonił się spomiędzy świerków, celując trzymanym w garści o rozmiarach bochna chleba pistoletem to w Lamparda, to w Elen, to w dzieci.
Frank zamarł w bezruchu, jego umysł jednak zamienił się w tor wyścigowy, po którym pruły myśli i różne wersje tego, co mógł zrobić.
- Tata... - Luna zaczęła płakać.
- Cicho, słoneczko - Frank wydobył z siebie najbardziej kojący ton, na jaki było go stać.
- Czego pan chce? - zapytała drżącym głosem Elen, podnosząc się z rękami wciąż w górze. Na siedzeniu eleganckich spodni miała wielką mokrą plamę. - Pieniędzy? Portfel jest w samochodzie, samochód niech pan też weźmie, tylko niech pan nie robi nam krzywdy...
- Zamknij się - rzekł steryd, znudzony. - I wypchaj się swoim szmalem. Młody, bierz dzieciaki!
Zza rozłożystych pleców koksa wyłonił się nieco mniejszy osobnik, ale też całkiem rozrośnięty, na kórego pryszczatym obliczu malowała się wyraźna panika.
- Stan, nic nie mówiłeś o dzieciakach - zajęczał. - Ja nie wchodze w porywanie żadnych dzieciaków, dożywocie za to wpierdolą jak nic!
- Stul mordę, debilu, bo ciebie zastrzelę pierwszego! - warknął Stan. - Bierz dzieciaki i spierdalamy!
- Tata, ja nie chcę! - krzyknęła Isla. - Ten pan jest brzydal, ja nie chcę!
Ciche chlipanie Luny przeszło w głośny wrzask, kiedy pryszczaty spróbował się zbliżyć do dziewczynek. Wyścigówki na myślowym torze Lamparda zrobiły kolejne okrążenie.
- No chodźcie, dzieciaczki - zachęcił napojonym fałszywą słodyczą głosem pryszczers.
W tym momencie Isla kopnęła go z całej siły w kolano.
- Nie lubię cię! - wrzasnęła, okładając bandziora piąstkami. - A mój tata cię zaraz zbije! Mój tata jest Lampard z Cielsi! Zobaczysz!
Lufa pistoletu przesunęła się w bok, gdy steryd zaczął śmiać się z kumpla, nie mogącego sobie poradzić z siedmioletnią furią. Tego właśnie było trzeba Frankowi.
Bez namysłu skoczył na steryda, waląc barkiem, popartym całym ciężarem ciała, w żebra bandyty, aż coś trzasnęło. Z cichym sapnięciem powietrze uszło z ust Stana, kóry rąbnął o ziemię z głuchym łomotem. Pistolet wypadł z jego ręki i pojechał po topniejącym śniegu gdzieś w krzaki.
Lampard jeszcze nie zdążył się podnieść, gdy pryszczaty skoczył mu na plecy.
- Mojego kumpla bijesz? - zawył, waląc głową Franka o ziemię.
- Zostaw mojego tatę! - wrzasnęła Isla. Jej głos w uszach Lamparda brzmiał jakby dochodził z beczki.
- Isla, nie! - krzyknęła Elen.
Frank zebrał wszystkie siły, rozproszone cokolwiek zderzeniem jego czaszki z glebą i gdy tylko poczuł oddech pryszczatego na swoim karku, z całej siły rąbnął potylicą w to, co było za nim.
Sądząc z mięsistego chrzęstu, był to nos pryszczatego, który chyba się złamał. Bandzior odtoczył się do tyłu, trzymając się za twarz i kwicząc, spomiędzy palców zaś bluzgały mu fontanny czerwieni.
W tym momencie przed oczyma Lamparda eksplodowała supernowa. Frank padł na plecy, nie rozumiejąc co się stało.
- Ja ci pokażę, ty chuju - sapnął steryd, nachylając się nad nim. Jednym ramieniem wciąż obejmował stłuczone żebra, najwyraźniej nieźle oberwał. - Ja ci pokażę!
Zasypał Franka gradem ciosów i kopniaków. Elen wrzeszczała na całe gardło gdzieś tam z tyłu, Luna wyła jak syrena przeciwmgielna, Isla okładała steryda patykiem, a pryszczaty stękał i jęczał gdzieś z boku, dopełniając pandemonium.
Lampard przewrócił się na brzuch, macając rozpaczliwie i na ślepo w poszukiwaniu pistoletu, albo kamienia, albo czegokolwiek, czym dałoby się zrobić komus krzywdę. Z rozciętego policzka ciekła mu krew, czuł jej słodkawy smak także w ustach, musiała się sączyć z pokaleczonych o zęby warg. Kolejne uderzenia wściekłego koksa spadały na jego głowę, barki i plecy.
Nagle ciosy ustały, a steryd zawył niczym rasowa hiena, odwracając się jednocześnie i chwytając za łydkę, z której coś wystawało.
- Zabiję tę małą dziwkę! - wrzasnął. - Kurwa, rozwaliła mi nogę! Jezu, jak to boooooli!
- Zostaw mojego tatusia! - odwrzasnęła Isla.
- Ty kurwo! - ryknął kark i rzucił się w kierunku małej. A raczej chciał się rzucić, bo okaleczona noga odmówiła posłuszeństwa i rymnął niczym wór ziemniaków na śnieg. - Jezu, młody, wyjmij mi to kurestwo z nogi, o kurwaaaa!
Pryszczers odwrócił się niemrawo w jego stronę, tymczasem we Franku wystrzeliła adrenalina. Zerwał się na równe nogi i kopnął koksa z całej siły w twarz. Bryznęła krew, w śnieg poleciało kilka zębów, a koks padł jak kłoda, zupełnie nieprzytomny.
W tym momencie Lampard skonstatował, że to coś, co wystawało z łydki koksa to był patyk, wbity przez Islę.
- O kurwaśku... - jęknął pryszczers, nie wiedząc co robić.
- Zabieraj swojego kumpla - rozkazał Lampard, starając się bardzo nie wyglądać na kogoś, kto ledwo stoi.
Steryd zaczynał wracać powoli do świata żywych, gmerając się niezdarnie w błocie i krztusząc się krwią.
- Ale jak, ja, my, on nie może chodzić, ej, może pożycz nam samochodu, czy coś? - zajęczał pryszczaty.
- Tata kazał ci stąd iść! - Isla groźnie zmarszczyła brwi. - Nie słyszałeś?
- Dobra, mała, już idę, już mnie nie ma - pryszczaty uniósł w góre dłonie. - Chodź, Stano, idziemy stąd...
Pomógł oszołomionemu i wpół przytomnemu łyskowi wstać i powlókł się z nim, jęcząc i stękając, podjazdem w stronę drogi.
Frank bez słowa przyklęknął i przytulił do siebie Islę. Ciągle jeszcze ociekająca łzami Luna podbiegła do nich i objęła go z drugiej strony.
- Może mi łaskawie wyjaśnisz, co to miało być? - Elen najwyraźniej juz wyszła z szoku i wróciła do swego zwykłego, jędzowatego zachowania.
Lampard spojrzał na nią ponad ramieniem Luny. Co on widział w tej kobiecie, pomijając cycki i tyłek? Chyba za dużo przestawał z Terrym, dla którego te dwie części ciała były podstawowym kryterium oceny kobiet.
- Masz dokumenty ze sobą? - zapytał.
- A jeśli mam, to co? - Elen ujęła się pod boki.
- Bierz je i wsiadaj do mojego samochodu - polecił. - Jedziemy na East Midlands i lecicie wszystkie do Hiszpanii. Wyjaśnię ci po drodze.
Dźwignął się do pionu, usiłując nie krzywić się przy tym z bólu.
Majka wpadła w histerię.
Nie, to nie było właściwe określenie.
Majka wpadła w szał.
Widok Wasyla, rzuconego twarzą na maskę radiowozu wywrócił jej wszystko w środku do góry nogami. Wywołał wręcz rewolucję.
Od samotnej szarży na przedstawicieli władzy powstrzymała ją wyłącznie siła i przemoc fizyczna, zastosowana przez Molly i Waltera. Przycisnęli ją do ściany i tak trzymali, dopóki radiowóz nie zniknął w dali.
Kiedy dzwoniła do Rose, wciąż jeszcze nie była zdolna do normalnego formułowania zdań. Na tylne siedzenie samochodu Marcina wepchnęła ją Molly. Walter, który zasiadł za kierownicą i który pierwszy raz w życiu jechał z szybkością właściwą straży pożarnej na sygnale, o mało nie wpakował się w drzewo, usiłując kontrolować co się dzieje z tyłu.
- Spokojnie, Walter - rzekła Molly kojąco. - Panuję nad sytuacją, ty tylko prowadź.
- Zabiję tego papsa! - wyła Majka. - Zabiję sierżanta Tribesona, wszystkich zabiję! Przeciez on, kurwa, tego nie zrobił!
- Dobrze, zabijesz wszystkich - zgodziła się uprzejmie Molly. - Wtedy cię posadzą, w damskim więzieniu i zobaczysz Wasyla dopiero za jakieś dwadzieścia lat minimum, o ile dadzą ci zwolnienie warunkowe.
Majka zgrzytnęła zębami.
- No to nie zabiję - oznajmiła. - To co mam robić, co mam, kurwa, robić?
- Na razie siedzieć na tyłku. Jak dojedziemy do pana Lamparda, to się wszyscy zastanowimy.
Pana Lamparda jednak nie było w domu. Drzwi mieszkania stały otworem, ze środka zaś dobiegał łomot i przekleństwa, które mogłyby zgorszyć nawet marynarza z wieloletnim stażem. Zlokalizowanie ich źródła nie stanowiło żadnego problemu, dobiegały zza drzwi głównej sypialni, a drzwi te trzęsły się pod naporem ciosów i kopniaków.
- Zabiję tego drania! - wrzeszczała Rose. - Zatłukę go! Otwórzcie!
Molly przekręciła klucz w drzwiach.
- Gdzie jest Lampard?! - wrzasnęła Majka, ledwie sypialnia stanęła otworem.
- Pojechał do Ashby Magna, kurwa, jak mu się coś stanie, to ja kogoś zabiję chyba! - odwrzasnęła Rose.
- Kurwa mać, kurwa mać, kurwa mać! - wrzasnęła Majka.
- Cicho! - ryknęła Molly. - To znaczy bardzo przepraszam, że tak krzyczę - dodała normalnym tonem. - Nie możemy tak rozmawiać, to nie ma sensu.
Majka i Rose popatrzyły na nią w zdumieniu, po czym przyznały jej rację.
- Jezu, co ja tu robię, musimy jechać do Ashby! - poderwała się Rose.
- Spokojnie, spokojnie... - zaczął Walter.
- Co spokojnie, a jak mu co zrobią? - jęknęła Rose.
- Zadzwoń do niego - poleciła Molly. - Wziął telefon, prawda?
Rose bez słowa chwyciła swoją komórkę i zaczęła wybierać numer Lamparda.
- Majka, wiesz kto jest adwokatem Wasyla? - spojrzenie czekoladowych oczu Molly spoczęło na Krukównie.
- Jakiś van coś tam w Belgii, ale on jest tylko od prawa rodzinnego - odpowiedziała natychmiast Majka. - O prawie karnym, zwłaszcza angielskim, nie ma pojęcia.
- Lampard na pewno jakiegoś najmimordę poleci - powiedziała Rose. - Pod warunkiem, że jeszcze żyje, ja pierdolę, Franiu, kwiatuszku, odbierz, nigdy więcej nie powiem ci nic wrednego...
- Dobrze - rzekła Molly. Rozejrzała sie dokoła, potem zajrzała do sypialni, gdzie zlokalizowała laptopa Lamparda. Z urządzeniem w ramionach wróciła do salonu. - Mogę tego użyć?
- A używaj - zezwoliła z roztargnieniem Rose. - Najwyżej się wyda, że Frank pornole ogląda. No odbierz, czemu nie odbierasz...
Molly spokojnie rozłożyła laptopa na stoliku do kawy i odpaliła przeglądarkę, Majka zas niemal wlazła jej na plecy.
- Cholera, ten paps jest w śpiączce - jęknęła, kiedy Molly kliknęła w pierwszy z wyników wyszukiwania. - I co teraz?
- Mają go na CCTV - rzekła Molly. - Nagranie z kamery klubu. Wasyl wyszedł, ofiara nie. Hmmmm...
- Żadne "hmmmm" - warknęła Majka. - Ja wiem, że Marcin tej gnidy nie pobił!
- Jest tam jakaś inna kamera? - zapytał Walter. - Taka, żeby było widac, widać miejsce zbrodni?
- Walter, jestes genialny! - wykrzyknęła Majka. - Albo chociaż, żeby było na niej widać drugi wylot tej alejki między budynkami. W końcu jakoś ten skurwysyn tam wszedł!
- A nie wiem, ale to jest dobre pytanie - rzekła Molly. Walter zajaśniał radością jak letnie słońce. - Majka zapisz to sobie, bo to trzeba będzie powiedzieć adwokatowi Wasyla. I niech zażąda obdukcji. Dokładnej.
- Po co? - zapytała Majka.
- Ten paps, Marius M. Knee, został ciężko pobity - odparła Molly. - Wygląda na to, że gołymi pięściami. Trudno kogoś tak stłuc i nie mieć żadnego draśnięcia na ciele.
- Draśnięcia to będzie miał - odparła Majka ponuro. - To piłkarz, w dodatku wariat, który pakuje łeb tam, gdzie inni nogi nie włożą.
Molly spojrzała na nią z lekkim politowaniem.
- Dobry lekarz odróżni stary uraz od świeżego bez trudu - rzekła. - Poza tym Wasyl chyba nie używa na boisku pięści?
- No nie - przyznała Majka. - Łokcie to i owszem, ale pięści nie używa zdecydowanie.
- Odbierzodbierzodbierz... - mamrotała Rose.
- No i co, odbiera? - zapytała Majka.
- Nie, kurwa, nie odbiera! - wrzasnęła Rose, rozłączając się na moment. - Proszę, jedźmy tam!
W tym momencie jej komórka eksplodowała radosną melodyjką, w której Majka rozpoznała bez trudu starą, kibicowską przyśpiewkę. Rose odebrała, ze zdenerwowania nie trafiając zrazu we właściwe miejsce na ekranie.
- Tak? - wionęła w słuchawkę bez tchu.
- Rosie, kochana, jadę do ciebie - rzekł Lampard z drugiej strony. - Właśnie wyjeżdżam z East Midlands. Będziesz na mnie czekać?
- Będę - zapewniła gorąco Rose. - Tylko uważaj na siebie...
- Spoko - zapewnił Frank. - Nie martw się o mnie, mała.
- Jak mam się nie martwić... - zaczęła Rose, ale Lampard się już rozłączył.
Cela była mała, jednoosobowa. Prycza z niebieskim materacem, klozet i zlew, do tego cztery bure ściany, to było wszystko. Ostre światło jarzeniówki pod sufitem wydobywało ubóstwo pomieszczenia z całą brutalnością.
Wasyl patrzył tępo w swoje buty, pozbawione sznurówek, skonfiskowanych przez strażników. Świat walił mu się na głowę, a on nie potrafił tego powstrzymać. Rozwód, nieszczęścia, które dotknęły jego przyjaciół, teraz aresztowanie. Jesli go skażą nie zobaczy swoich dzieci przez bardzo długi czas.
Nie zobaczy też Majki.
Cholera, pomyślał. Zadzwonić do niej? Nie wykorzystał przysługującego mu telefonu, mógłby to zrobić.
Ale nie zniósłby, gdyby się okazało, że ona nie wierzy w jego niewinność.
Zadzwonić?
- Zadzwoń, młody człowieku - powiedział znajomy głos zza drzwi.
Wasyl wyjrzał przez wizjer i ku swemu zdumieniu ujrzał w nim pannę Waterhouse.
- Co pani tu robi? - zapytał.
- Zamiast zadawac mi głupie pytania poproś o telefon, młodzieńcze - odparła panna Waterhouse. - Musicie się trzymać razem, zwłaszcza teraz.
- Zadzwonię, ale jak pani tu weszła? - Marcin rozpłaszczył się na drzwiach.
- Poproś o telefon - odparła.
Wasyl zamknął na chwilę oczy.
- No dobrze, ale...
Korytarz był pusty, jeśli nie liczyć sprzątacza, ciągnącego za soba wózek.
Marcin zabębnił pięściami w drzwi.
- Strażnik! - ryknął. - Strażnik! Chcę zadzwonić!
Przyniesiono mu słuchawkę telefonu bezprzewodowego. Wybrał bez wahania numer Majki i z łomocącym sercem nasłuchiwał sygnału, czekając aż ona odbierze.
- Halo? - jej głos był słaby i niepewny.
- Majka? To ja, Wasyl! - niemal krzyknął. - Ja tego nie zrobiłem! Nie pobiłem go!
- No przecież wiem, matole! - jej odpowiedź wlała mu się balsamem w serce. - Wyciągniemy cię stamtąd, słyszysz? Marcin, słyszysz?
- Słyszę, krasnalu, słyszę - odparł. Przyłożył czoło do chłodnej ściany. Serce kołatało mu w piersi tak mocno, jakby miało zaraz wyskoczyć na zewnątrz. - Jak tam wszyscy?
- Trzymamy się - odparła Majka po chwili ciszy. - O nic się nie martw, wszystko jest pod kontrolą.
- Dobrze - odpowiedział. - Uważajcie na siebie, tam jakiś szalony skurwiel grasuje.
- Uważamy, uważamy - głos Majki był kojąco spokojny. - Śpij spokojnie, jutro cię wypuszczą. Albo pojutrze. Moja w tym głowa. I Molly i Waltera też. Zobaczysz. Wszystko będzie dobrze.
- Tak mówisz?
- Tak mówię. I wiem co mówię.
- Koniec rozmowy - strażnik wsadził głowę do celi.
- Musze kończyć, mała - powiedział Wasyl w słuchawkę. - Trzymaj się tam.
- Pamiętaj Wasyl, ja jestem z tobą - powiedziała Majka poważnie. - Ja zawsze jestem z tobą.
- To dobrze - mruknął. - Na razie.
Słuchawka powędrowała w ręce strażnika.
Opanowanie Majki skończyło się razem z rozmową. Czując, że zaraz się poryczy, uciekła czym prędzej do jednej z gościnnych sypialni, tam zaś wpełzła z głową pod koldrę i pozwoliła sobie na totalne rozklejenie.
Rose tymczasem chodziła po mieszkaniu jak tygrys po klatce, niespokojna i zła. Nawet Molly, oaza spokoju, nie była w stanie na nią wpłynąć, zamknęła więc cicho laptopa, wzięła Waltera za rękę i odciągnęła na stronę, zostawiając dziewczynę samą.
To pasowało Rose, która była gotowa z niepokoju pogryźć cały świat, a następnie nakopać mu do dupy. Owszem, Frank zadzwonił i powiedział, że już jedzie, ale ona nie była się w stanie uspokoić dopóki nie było go fizycznie w mieszkaniu. Chciała go zobaczyć własnymi oczyma, chciała go dotknąć, żeby upewnić się, że nic mu nie jest.
Szczęknięcie zamka w drzwiach wyjściowych zabrzmiało niemal jak wystrzał, Rose aż podskoczyła z wrażenia.
Chwyciła pogrzebacz, niepewna, czy to Lampard, czy kolejny złoczyńca i na palcach przemierzyła salon i korytarzyk.
- Kto tam? - zapytała.
Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem.
- Przynajmniej ty mnie nie bij, kobieto - rzekł ze znużeniem Lampard.
Rose upuściła pogrzebacz z westchnieniem.
- Boże jedyny, Frankie, co ci się stało? - jęknęła.
Frank był blady i wyczerpany, umazany krwią własną i cudzą, na jego policzku zas ciemniał wielki obrzmiały siniec, okalający paskudne skaleczenie.
- Dwóch idiotów - rzekł, siląc się na nonszalancję. - Oni wyglądają gorzej.
- Do łazienki! - skomenderowała Rose.
Lampard nie miał siły się kłócić. Prawdę mówiąc nie miał siły na nic.
Dał się jak cielę zaciągnąć do łazienki, zdejmując tylko po drodze kurtkę. Docenił w tym momencie z całej duszy pomysł dekoratora wnętrz, żeby ustawić koło wanny obszerne krzesło z miękkim siedzeniem. Ten nieznany mu człowiek był naprawdę genialny, myślał Frank z tkliwością, opadając na ów mebel, ostrożnie, tak by urazić jak najmniejszą ilość potłuczonych partii ciała.
Tymczasem Rose ryła w apteczce, z werwą polującego teriera.
- Gdzie masz coś do odkażania i co tam właściwie się stało? - zapytała jednym tchem, usiłując ukryć kotłujące się w jej sercu emocje.
- Coś do odkażania mam w barku - Lamps uśmiechnął się blado. - Nie wiem co mam tutaj, rzadko zaglądam do apteczki.
- A druga część mojego pytania? - zapytała Rose, nie odwracając się.
Lampard westchnął i opisał pokrótce zajście w Ashby Magna.
- To była bardzo inteligentna decyzja jechać tam samemu - mruknęła Rose, ustawiając na blacie łazienkowej szafki potrzebne medykamenty.
- Bardzo by mi to pomogło, jakbym się musiał jeszcze martwić o ciebie - mruknął Frank.
- O mnie byś nie musiał - Rose zmoczyła róg ręcznika i zaczęła delikatnie obmywać mu twarz. - Poza tym kto ci uratował zadek? Kobieta! Twoja córka!
- Fakt - zgodził się Frank. - Dzielna była jak nie wiem.
- No widzisz - rzekła Rose. Kilkoma ostrożnymi ruchami zmyła krew i błoto z czoła i zdrowszego z policzków Lamparda. - Nie jesteśmy takie słabe jak się wam wydaje.Uwaga, będzie szczypać.
Odkręciła buteleczkę jodyny, wylała odrobinę na wacik i przyłożyła do rozcięcia na kości policzkowej Franka. Lekki skurcz przebiegł po jego twarzy, ale z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Rose tymczasem odkaziwszy ranę nakleiła na nią plaster z opatrunkiem, potem potraktowała jodyną zadrapania na czole, podbródku i drugim policzku.
- Dobra, rozbieraj się - zarządziła.
- Kusząca propozycja, zwłaszcza z twoich ust - Frank uniósł jedną brew. Mimo, że był blady i poobijany, wygladał cholernie seksownie, Rose musiała to przyznać. Podniósł się z krzesła. - Do naga?
- Koszula wystarczy - odparła Rose. Zdradziecki rumieniec wypłynął jej na twarz. - No już.
Rozpiął guziki, ale przy zdejmowaniu koszuli musiała mu pomóc. Któryś kopniak nakoksowanego zbira musiał go sięgnąć w żebra lepiej niż mu się z początku wydawało.
Chcąc nie chcąc Rose miała teraz przed oczyma jego pięknie umięśnioną, porośniętą ciemnymi włosami pierś, oraz szerokie ramiona. Był urodziwym facetem. Był cholernie seksownym facetem, tak bardzo seksownym, że czuła jak w głębi jej ciała rodzi się gorąco.
- No dobra - rzekła zachrypniętym głosem. po czym odchrząknęła. - Co my tu mamy.
Obejrzała go, starając się zachować zimną krew i trzeźwe spojrzenie. Na prawym boku Lamparda widniał purpurowy siniec, niezłą kolekcję siniaków miał tez Frank na plecach, oprócz tego trochę zadrapań.
- Na czym to myśmy stanęli? - zapytała Rose ze sztucznym ożywieniem, sięgając po waciki i jodynę. - A już wiem, na kobietach. Kobiety są dzielne, Lamps. Nie trzeba było mnie zostawiać w domu.
- Mówiłem już, bałbym się o ciebie - odparł Lampard, wąchając ukradkiem jej włosy. Pachniały trochę pomarańczami, trochę czymś innym, słodkim i tajemniczym, przywodząc na myśl hiszpańskie lato. - Poza tym nie mów do mnie "Lamps". Tak mówią do mnie kumple.
- A ja co, nie jestem twoim kumplem? - Rose podniosła wzrok i napotkała oczy Franka, niebieskozielone i tajemnicze jak tropikalne morze.
- Terry jest. Albo Wasyl - odparł. - Ale ich nie mam jakoś ochoty całować. A ciebie - tak.
- Lampard! - Rose jednocześnie miała ochotę uciec i paść mu w ramiona. - Jeszcze mi zaraz... zaraz mi zaczniesz takie rzeczy... mówić, jak wtedy, kiedy mnie, w sypialni na klucz...
Gorąca krew, która wezbrała w Lampardzie, podziałała jak najlepszy środek przeciwbólowy. Frank wyjął z dłoni dziewczyny utensylia opatrunkowe i odstawił na szafkę.
- Ja mówiłem poważnie - powiedział, obejmując Rose jedną ręką, palcami zas drugiej wodząc po jej twarzy. - Naprawdę cię kocham.
- Frank... - Rose zrezygnowała ostatecznie z opcji ucieczki i przytuliła się do piersi Lamparda, wdychając jego zapach. - Frankie, ja...
- Ciii... - powiedział.
A potem ją pocałował, głęboko, namiętnie, czule i delikatnie, tak, jak nie całował jej jeszcze nikt.
Byłoby może doszło do czegoś więcej, gdyby nie ciche pukanie, które się rozległo. W ślad za pukaniem nastapiło głośniejsze chrząknięcie i w szparze niedomkniętych drzwi ukazała się głowa Waltera.
- Nie chciałbym wam przeszkadzać - rzekł, zażenowany. - Ale, no, muszę skorzystać, skorzystać z toalety. Molly też.
- Już wychodzimy - zapewnił spokojnie Frank. Nie wypuszczając Rose z objęć, poprowadził ją do sypialni.
- Mam ochotę zastawić je szafą - mruknęła Rose, patrząc jak Lampard zamyka drzwi. - Co chwilę ktoś nam przeszkadza...
- Teraz już nie będzie - Frank znalazł się na powrót przy niej, wciąż półnagi, wciąż seksowny i z oczami, świecącymi jak kocie ślepia. Pocałował ją ponownie, jego dłonie zas wśliznęły się pod niebieską bluzę z napisem "Chelsea", pieszcząc delikatnie skórę dziewczyny. Rose najpierw jęknęła i przymknęła oczy, potem nagle zesztywniała i odsunęła się od niego.
- Frank, muszę ci coś powiedzieć - walnęła prosto z mostu, krzyżując ramiona na piersi tak, że się niemal obejmowała. - Ja, no, ja... Kurde, nie, to nie ma sensu.
Ruszyła ku drzwiom. Frank, z szybkością i zwinnością jakiej mógłby pozazdrościć mu niejeden bramkarz, znalazł się przed nią i zastawił sobą wyjście.
- Jechałem tutaj myśląc tylko o tym, kiedy będę mógł cię zobaczyć, przekonać się, że jesteś bezpieczna i wziąć cię w ramiona. Nie mów mi teraz, że to nie ma sensu - rzekł, zaglądając w oczy Rose, jeszcze ciemniejsze niż zwykle od nadmiaru kotłujących się w nich emocji. - Powiedz mi co jest.
Rose schowała twarz w dłoniach, parsknęła, potem przeczesała palcami włosy.
- Nie wiem, czy chcę o tym mówić - powiedziała, krążąc po pokoju. - Ale czuję, że powinnam. To gówniana historia.
Lampard usiadł na brzegu łóżka i wyciągnął przed siebie długie nogi, krzyżując je w kostkach.
- Wal - rzekł.
Usiadła obok niego i zamknęła oczy.
- Rok po śmierci babci Myrtle dziadek spotkał jakiegoś swojego kumpla - zaczęła stłumionym głosem. - Nie wiem skąd się znali, chyba byli sąsiadami w dzieciństwie, czy coś takiego, w każdym razie temu facetowi źle się wiodło. Żona go wywaliła z domu, czy coś. Dziadek Jimmy zaproponował temu typowi, żeby zamieszkał u nas. Spał na rozkładanym łóżku w salonie. Nie zanudziłam cię jeszcze?
Frank pokręcił głową.
- Ani trochę - odpowiedział.
- No to już cię chyba nie zanudzę, bo to właściwie koniec opowieści. Ten sukinkot przyłaził do mojego pokoju każdego wieczora, kiedy dziadek siedział na dole, w pubie i próbował mnie obmacywać. Przeważnie był mniej lub bardziej nawalony. Jednego razu był wyjątkowo agresywny i mu przywaliłam, naprawdę porządnie. Uciekł gdzieś w cholerę, a ja powiedziałam o wszystkim dziadkowi.
- Mam nadzieję, że skopał temu skurwysynowi dupsko - oznajmił Lampard z zaciętością. Rose zauważyła, że jego dłoń na opiętych niebieskim dżinsem kolanach zacisnęła się w pięść.
Rose pokręciła głową.
- Dziadek mi nie uwierzył, powiedział że wymyślam - w jej głosie brzmiała gorycz. - Na szczęście ten sukinsyn poszedł w tango i zdołał się utopić w rzece. Potem mi się śnił. Otwierałam oczy, a on już stał w nogach mojego łóżka i uśmiechał się tym pijackim, obleśnym uśmieszkiem. A potem wpychał łapska pod kołdrę...
Wzdrygnęła się. Jej ciało pokryła wyraźna gęsia skórka.
- Dlatego tam potem nie spałam, tylko zamknęłam pokój na klucz - powiedziała. - A teraz, kurwa... Teraz już nawet pokoju nie mam...
Przeżyte od poprzedniego wieczoru emocje i wstrząsy doały o sobie znać. Ramiona rose zadrżały, usta wygięły się w podkówkę i twarda panna Montoya rozpłakała się jak małe dziecko.
- Zapomniałam... - wychlipała. - Zapomniałam, że wszystko się spaliło. Frankie, ja nie chcę się ciebie bać!
Frank objął ją łagodnie i zaczął kołysać w ramionach.
- Nie musisz, Rosie - powiedział miękko. - Ja cię nie skrzywdzę.
Pocałował jej włosy, potem czoło i mokre oczy.
- Moja mała Rose - rzekł.
Płakała jeszcze przez chwilę, dygocząc w jego ramionach, on zas szeptał jej do ucha kojące słowa, i całował jej wilgotną od łez twarz. Wreszcie zaczęła się uspokajać i oddawać pieszczoty, coraz śmielej, wreszcie położyła się i pociągnęła go na siebie.
- Na pewno tego chcesz? - zapytał, prawie bez tchu.
Spojrzała mu prosto w oczy.
- Chcę ciebie - odparła po prostu.
Nie pytając o nic więcej zdjął z niej niebieską bluzę i stanik. Skóra na jej kragłych piersiach połyskiwała jak jedwab, gdy Frank nachylił się i jął je całować. Rose jęknęła cicho, gdy jego język zataczał kręgi wokół jej sutków o barwie czekolady, głośniej, gdy usta Lamparda zjechały niżej, a jego ciepły oddech omiótł jej podbrzusze, a zwinne palce rozpięły spodnie, zsunęły majtki i jęły pieścić najczulszy punkt kobiecości. Kiedy zaczął całować wewnętrzną stronę jej ud, wyprężyła się i zagryzła wargi, potem zaś wydała z siebie głęboki, gardłowy krzyk.
Lampard sam był bliski eksplozji, gdy wreszcie Rose zsunęła mu dżinsy z bioder. Wszedł w nią delikatnie, nie chcąc sprawić jej bólu i zaczął powoli. Po kilku pchnięciach biodra Rose wystrzeliły gwaltownie do przodu.
- Mocniej, Frank, prrroooooszęęę! - jęknęła, prosto w jego ucho.
Przyspieszył, krew wrzała mu w żyłach, świat stał się mały i odległy, liczyło się tylko tu i teraz, on i ona i ta niewyobrażalna rozkosz. Nigdy wcześniej żadna kobieta nie doprowadziła go do czegoś takiego. Z każdym ruchem jej bioder, z każdym jękiem i westchnieniem Frank czuł, że jest coraz bliżej czegoś absolutnie niewyobrażalnego, la petite Morte, małej śmierci, totalniej Nirwany i przerwy w istnieniu.
Kiedy wreszcie doszli na ten szczyt krzyczeli oboje, wpijając się w swoje sliskie od potu ciała i spaltajac tak mocno, jakby na tę jedną chwilę znowu stali się platońskim ideałem człowieka, nim rozdzielili go Bogowie.
___________________________________________________
No to się zrobiło gorąco ;) Na ochłodę macie...


...nisko przelatującego Kamila Stocha. Któremu serdecznie gratuluję olimpijskiego złota :D 
Martina