Cuts a straight line
Down through the heart;
We called it love.
"Origin of love" Hedwig and the Angry Inch
Walter Barnett przeżywał najpiękniejsze chwile swojego życia.
Udało mu się, niemal cudem, dostać prześliczny bukiecik
stokrotek, który niebotycznie zachwycił Molly. Wstawiła zaraz
kwiaty do plastikowego kubka po kawie i troskliwie podlała, aby nie
zwiędły.
- Są naprawdę prześliczne! - oznajmiła z zapałem.
- Nie takie śliczne jak ty - odparł Walter, dziwiąc się, że w
ogóle przeszło mu to przez usta.
- Naprawdę tak myślisz? - zapytała, szeroko otwierając oczy.
Skinął tylko głową i pochylił się w jej stronę. Byłby ją
pocałował, gdyby nie to, że w tym momencie gruchnęła radosna i
energiczna irlandzka muzyka. Walter podskoczył, Molly zaś zerwała
się na równe nogi i pociągnęła go przed scenę.
Ku zaskoczeniu Waltera okazało się, że jest całkiem niezłym
tancerzem, przynajmniej jeśli chodzi o irlandzkie przytupywanie w
miejscu. Na tango by się raczej nie porwał, ale pląsając na
celtycką modłę bawił się świetnie, podobnie jak Molly, która z
rozwianym włosem i zarumienionymi policzkami wydawała mu się
jeszcze piękniejsza niż zwykle.
Potem był spacer pod rozgwieżdżonym, zimowym niebem, z Molly,
przytuloną do jego ramienia. Pierwszy raz w życiu Walter czuł się
jak mężczyzna, w dodatku mężczyzna obdarzony towarzystwem
przecudownej kobiety.
Pławiłby się w tym szczęściu, jak w słonecznym blasku, jednak
było coś, co nie pozwalało mu się zapomnieć.
Matka.
Następnego dnia po jego randce przeszła angioplastykę i wkrótce
miała opuścić szpital.
Walter wiedział, że nie zaakceptuje Molly, ani żadnej innej
kobiety w jego życiu.
Może, pomyślał, powinienem poczekać aż dojdzie do siebie po
operacji, a potem się wyprowadzić? Niedaleko, widział ogłoszenia,
że na tej samej ulicy, na której mieszkali, tylko pod numerem 221b,
jest pokój do wynajęcia. Mógłby się opiekować matką i
odwiedzać ją codziennie, a ona nie mogłaby go tak łatwo
kontrolować... Może to byłoby własciwe wyjście?
Kiedy wracał po południu ze szpitala, po odwiedzinach u matki, nogi
same go zaniosły pod 221b. Patrzył właśnie na fasadę domu,
zbierając odwagę, by zapukać do drzwi, gdy pojawiła się panna
Waterhouse.
Poruszała się z szybkością zadziwiającą jak na osobę w jej
wieku, właściwie to niemal biegła, wymachując złożoną
parasolką, której szpic migotał gniewnie w świetle zapalających
się latarń.
- Walterze, coś się zbliża! - oznajmiła energicznie. - Zbierz
wszystkich, musicie pilnować Drzwi!Nikt nie może mieć dostępu!
Nikt!
- Tak, panno Waterhouse, zaraz wszystkim przekażę - Walter sięgnął
po telefon.
- Macie siedzieć na miejscu i się nie ruszać, jasne? - staruszka
spojrzała na niego groźnie. - Ja mam mnóstwo do zrobienia, ale jak
przyjdzie czas, a przyjdzie niedługo, czuję to w kościach, powiem
wam co robić. Dzwoń do nich chłopcze, ja muszę już lecieć!
I pomaszerowała dalej. Walter obrzucił smętnym spojrzeniem dom pod
numerem 221b, po czym zadzwonił do Rose.
Kiedy przybył do pubu wszyscy byli już poinformowani o tym czego
zażądała panna Waterhouse. Lampard obiecał, że zaraz będzie pod
Ten Bells, jak tylko skończy załatwiać sprawy na mieście, Wasyl
zobowiązał się do przyjechania zaraz po treningu, Majka zaś
oznajmiła, że będzie, jak tylko zje obiad, przy której to
czynności towarzystwa dotrzymywał jej doktor Rainault. Do pubu
musiałaby pojechać niezależnie od okoliczności, odebrać swojego
psa.
- Gdzie ten Lampard? - Rose zerknęła nerwowo na zegarek. - Miał
zaraz być!
- Może jeszcze nie załatwił, no tego co załatwiał? - zasugerował
Walter.
Coś gromko huknęło w kuchni. Rose ogarnęła wzrokiem salon,
stwierdziła obecność Keplera i brak kota, po czym poszła
sprawdzić co się dzieje.
- Jonesy, ty nałogu, ty! - jej wrzask poniósł się echem po całym
mieszkaniu. - Znowu mi walerianę z apteczki wywlokłeś! Narkoman!
W tym momencie ktoś zadzwonił do drzwi na dole. Jako, że Rose była
zajęta sprzątaniem w kuchni i pomstowaniem na kota, Walter
postanowił sam się pofatygować.
Jako, że był człowiekiem z natury ostrożnym, zanim otworzył
tylne drzwi pubu, wyjrzał przez wizjer.
Na schodkach stał jakiś dziwny facet, w znoszonej sportowej kurtce
i bluzie, której kaptur miał naciągnięty na oczy, osłonięte
wielgachnymi raybanami. Spod kaptura zaś wystawała ruda, gęsta
broda, jakiej by się krasnolud nie powstydził.
- Pan do kogo? - zapytał Walter przez drzwi.
- Do królowej Elżbiety - burknął brodaty żul, dziwnie znajomym
głosem.
- A to pomylił, pomylił pan adresy - odparł grzecznie Walter.
- Przestań się wygłupiać i mnie wpuść! To ja, Lampard! - rzekł
żul, konspiracyjnym gestem unosząc ciemne okulary.
- Frank?
Wielkie niebieskozielone oko wypełniło cały wizjer.
- No ja, ja! Otworzysz, czy nie?
Walter otworzył.
- Ale dlaczego się przebrałeś? - zapytał.
- Papsy skubane, ruszyć się nie mogę, musiałem ich jakoś zgubić!
Nawet tutaj siedzi jakiś w krzakach, ale ten się chyba
Wasilewskiemu za dupą snuje akurat - Lampard pokonał korytarz
trzema susami i w podobnie sportowym tempie jął się wspinać na
schody.
Rose skończyła własnie płukać w łazience mopa, gdy usłyszała,
że otworzyły się drzwi wejściowe do mieszkania. Wyjrzała na
przedpokój, pewna, że ujrzy Lamparda, tymczasem do jej mieszkania
ładował się jakiś obcy, brodaty typ. Przekonana, że to nasłany
przez Greya złoczyńca, bez namysłu zaszarżowała na niego z
mopem.
- Ro... - zaczął Lampard, ale nie skończył, bo oberwał prosto w
twarz, paski szmacianej części mopa zas dostały mu się do ust. -
Tfu, tfu, tfu, blaaagh!
- Włamywać ci się zachciało? - ryknęła Rose, waląc
domniemanego intruza trzonkiem prosto w splot słoneczny. - A masz!
Przyłożyła mu szmacianą częścią na odlew w ucho.
- Rose! - jęknął nieszczęsny.
- Rose! - wysapał równocześnie Walter, który dopiero teraz się
dotoczył do mieszkania. - To jest Frank!
- Jak to Frank? - mop zatrzymał się nad leżącym Lampardem. - Jaki
Frank?
- Lampard! - wrzasnął Lampard. - Frank Lampard! To ja! Tylko
przebrany! Kobieta mnie bije, ja już nie chcę!
- Przebrany? - Rose zmarszczyła brwi, chwyciła wolną ręką za
ruda brodę i szarpnęła mocno. Trzasnęło i zarost został jej w
ręku.
- Aaauaaa! - wrzasnął Lampard. - Nie mogłaś zdjąć okularów?
Rose spojrzała na niego, potem na rude kłaki, które ściskała w
dłoni, potem znowu na niego.
- Po co się przebrałeś za żula? - zapytała zdumiona.
- Papsy mnie śledzą - wyjaśnił Frank z godnością, przybierając
postawę pionową. - Całymi stadami. Musiałem ich zgubić. Odłożysz
to niebezpieczne narzędzie, czy mam się dalej ciebie bać?
Zdumione spojrzenie Rose spoczęło najpierw na mopie, potem na
Lampardzie.
- To tylko mop - wytłumaczyła łagodnie. - Strasznie nerwowy
jesteś.
- W twoich rękach to jest mordercza broń - odparł Lampard. - Gdzie
reszta?
- Będą najdalej za godzinę - Rose odstawiła mopa do łazienki. -
No nie stójcie w tym korytarzu, idźcie sobie gdzieś, do salonu, do
kuchni, albo do diabła!
- Do diabła już poszedłem - Frank wypluł dyskretnie paprochy,
pozostawione w jego ustach przez mopa - A właściwie do diablicy.
Czy diablice chodzą na randki?
- Masami - mruknęła Rose. - O ile ktoś je zaprosi.
- No to ja cię chcę...
W tym momencie zgasło światło w całym mieszkaniu.
- Kurwa mać - rzekli zgodnie Frank i Rose.
- Korki - rzekł Walter.
- Nie rozdzielajmy się, tak na wszelki wypadek - oznajmił Frank. -
Rose, masz latarkę? I gdzie są te cholerne korki?
- Na dole. Znaczy korki mam na dole, a latarkę w kuchni. Zaraz
przyniosę.
- Wszyscy pójdziemy! - zażądał Walter.
- Dobra, wszyscy...
Komisyjnie przyniesiono latarkę, potem zaś cała trójka
pomaszerowała na dół, do skrzyneczki przy tylnych drzwiach, w
której znajdowały się bezpieczniki dla całego budynku.
Dłuższą chwilę zajęło znalezienie kluczy (wisiały w kuchni
pubu), potem zlokalizowanie przełącznika, zawiadującego piętrem i
korytarzem.
- Ej, ktoś przyjechał - powiadomił Walter szeptem.
- Zaraz, czekaj, mam... od piętra to ten... - Lampard był bez
reszty zajęty przełącznikami. - Proszę!
- Wyjrzę - Rose uchyliła ostrożnie drzwi. - Ej, to Majka i ten
amant weterynaryjny! Ale się wystroił, fiu, fiu! Jaki garniturek!
Lampard oderwał się od elektryczności i wyjrzał nad głową Rose,
zazdrosnym okiem taksując postać Rainaulta.
- Niezły gajer - przyznał niechętnie. - Ale sam mam lepsze.
- Ciii, on coś mówi! - zgromiła go Rose.
- Widzisz obliczyłem, że nasze dzisiejsze spotkanie może być
uznane za trzecią randkę - mówił Jimmy. - A zatem byłabyś
faktycznie winna mi sumę jednego pocałunku...z języczkiem!
- Wasyl go zatłucze. -mruknął Frank prawie włażąć na plecy
Rose. Pod jej pachę wcisnął się niezwykle ożywiony Walter.
- On, on jest mało subtelny...- szepnął ze zgrozą.
- Nie ma być subtelny, ma ją pocałować! Przyciszcie się, nie
słyszę o czym rozmawiają!
- Nie lubię mieć długów - Majka spojrzała weterynarzowi w oczy,
mrugając przy tym zalotnie.
W tym momencie przed pubem zjawił się Wasyl. Wysiadł z samochodu,
na widok zaś stojącej u drzwi pary zaczął się zachowywać z
całym wdziękiem, luzem i radością życia posągu z Wyspy
Wielkanocnej.
- Eeee, cześć - mruknął, drapiąc się po czuprynie i oglądając
czubki własnych butów.
Zalotny uśmiech zniknął jak zdmuchnięty z twarzy Majki.
- Cześć, Marcin - odpowiedziała.
- Cześć, eeee Wasyl - James miał wyraźny problem z identyfikacją
rozmówcy.
- Ja tylko do Rose - stoper wbił ręce w kieszenie spodni. - Nie
ten, nie przeszkadzajcie sobie.
Poczłapał w stronę tylnego wejścia, z wzrokiem wbitym w ziemię.
Cały czar chwili prysnął. Majka nie miała teraz ochoty regulować
długów z panem doktorem. Widok przybitego Wasyla odbierał temu
smak. Wszystko było nie tak, cholernie nie tak!
Tymczasem Wasyl pchnął drzwi wejściowe, coś je blokowało z
drugiej strony, więc pchnął mocniej.
I wylądował na stosie klnących i chichoczących ciał.
- Co wy tu, kurwa...? - wyrwało mu się.
- Zamknij się! - zasyczała gdzieś spod spodu Rose. - Ktoś trzyma
ręce na moich cyckach!
- To chyba ja - odparł niewinnie Lampard.
- Zabieraj łapska! - piekliła się Rose.
- Podglądaliście Majkę?! Powaliło was?! - awanturował się
szeptem Wasyl.
- Ja nie, my tylko, my tylko dbaliśmy o jej bezpieczeństwo! -
wybrnął dyplomatycznie Walter.
Tymczasem Jimmy Rainault wyglądał na cokolwiek zdezorientowanego.
- To na czym my stanęliśmy? - zapytał. - Ach już wiem, na
długach!
- Może porozmawiamy o tym innym razem - odparła nieuważnie Majka.
- Dziękuję za wspaniały wieczór i do jutra!
- Do jutra - odparł Rainault, wsiadając do samochodu. Cudowna
dziewczyna, ale co się, do licha, popsuło?
- Wstawajcie i zabierajcie się stąd! - syczał Marcin za drzwiami.
- Ona się nie może dowiedzieć, co tu się działo! Wypad!
- Sam się wypad! - burczała Rose, podnosząc się z podłogi. - A
ty, Lampard, zapamiętaj sobie, że nie zaprasza się kobiety na
randkę, macając ją po cyckach!
- Przepraszam, ale to był wypadek - odparł Frank. - Nie myślisz
chyba, że byłbym taki bezczelny?
- Na górę! - świszczał Wasyl przejmująco. - Łby wam zaraz
poukręcam! No już!
Minę miał godną masowego mordercy, tym razem więc nikt się nie
awanturował. Kiedy Majka otworzyła drzwi, jej przyjaciele zdążyli
zniknąć już na schodach na piętro. W salonie powitał ich pies,
bardzo zdumiony całym zamętem czynionym przez ludzi, który to
zamęt przeszkadzał mu w drzemce.
- Jak tam obiad, Majka? Udał się?- zapytał od niechcenia Wasyl,
kiedy obsiedli wreszcie wszyscy przy kawie oraz herbacie.
- Miło było - odparła Majka wymijająco.
- Ej, no, więcej coś powiedz! - zażądała Rose. - Zaprosił cię
na następną randkę?
Majka westchnęła.
- Chce, żebym pojechała z nim do Londynu na weekend - odparła. -
Na premierę "Rebeki" za tydzień.
- Rebeki? - Wasyl nie wiedział o co chodzi.
- Musicalu - wyjaśniła zwięźle Majka.
- Ostry gracz - ocenił Lampard. - Wybierasz się?
- Nie wiem - Majka zaczęła usilnie mieszać herbatę, tworząc w
filiżance nieduży wir. - to znaczy chciałabym zobaczyć "Rebekę",
dawno się na to nakręcałam...
- Jedź, na pewno będziesz się świetnie bawić - rzekł
szlachetnie Marcin. - Lubisz przecież musicale, poza tym, tego, ten
cały Jimmy wydaje się w porządku.
- Frajer - wyrwało się Rose.
- Nie wiem, muszę się zastanowić - Majka spojrzała kątem oka na
Wasyla.
- Jedź, jedź - zachęcił on.
- Tak się dajesz? - zdziwiła się złośliwie Rose. - Ty, taki
twardziel?
- Rose, o co chodzi? - zapytała Majka.
- Wasyl już wie o co - odparła Rose. - Prawda Wasylku?
- Odwal się - burknął Wasyl.
Lampard tylko westchnął i wzniósł oczy do sufitu, tymczasem Rose
mierzyła Marcina wzrokiem bazyliszka.
- Majka, czy ty zamknęłaś drzwi na dole na zasuwę? - zapytała
nagle.
- A wiesz, że nie pamiętam... Nie chyba nie, może lepiej pójdę
sprawdzić - Majka poderwała się z kanapy.
- Siedź, ja pójdę - zgasiła ją Rose. - A Wasyl pójdzie ze mną,
jako obstawa, prawda?
Spojrzała znacząco na Marcina.
- Pewnie, że pójdę - zgrzytnął zębami i odwdzięczył się Rose
ponurym spojrzeniem spode łba.
- Co w nich wstąpiło? -zapytała Majka z rezygnacją, kiedy tamta
dwójka znikła z horyzontu. - Nie wiem o co chodzi, ale oni się
pozabijać dzisiaj gotowi...
- Mam nadzieję, że jednak wrócą żywi - mruknął Frank.
- I w jednym, jednym kawałku - dodał Walter.
Tymczasem Rose i Marcin zeszli na dół i upewniwszy się, że
znaleźli się poza zasięgiem słuchu osób pozostających w
mieszkaniu, przystąpili do energicznej kłótni.
- Nie wiedziałam, że taki z ciebie frajer, Wasyl, czemu ją sobie
odpuszczasz? - zapytała Rose, prosto z mostu.
- A co to cię obchodzi? - odpowiedział Marcin, równie
bezpośrednio. - To mój problem, ewentualnie Majki.
- Toż widzę, że ona do ciebie wzdycha i tylko czeka aż zaczniesz
ziajać z zazdrości, a ty jak ten słup - Rose nie dawała za
wygraną.
- A może ja, kurwa, wiem co robię? - oczy Wasyla lśniły teraz
niekłamaną furią. - Może chcę, kurwa,! raz wreszcie zrobić coś
dobrego dla Majki? Po co mam się wpierdalać? On do niej bardziej
pasuje, zajebiście się dogadują, jemu, kurwa, nie musi tłumaczyć
co chwilę o co biega. Na co jej taki debil jak ja?
- Aaaa tam... - zaczęła Rose, ale Wasyl nie dał jej dojść do
słowa.
- Żadne a tam - uciął. - Wiem co robię i nie ma tematu, a ty
przestań się z łaski swojej wpierdalać w cudze sprawy.
- Jakbyś się nie zachowywał jak debil, nie musiałabym się
wpierdalać - odparowała.
Marcin zacisnął wargi, potem wypuścił powietrze przez nos z
rozgłośnym pufnięciem.
- No kurwa, żebym ja ci zaraz paru słów prawdy o twoim zachowaniu
nie powiedział - warknął. - Jakim pieprzonym prawem mnie pouczasz,
skoro sama traktujesz faceta gorzej jak szmatę? Gość ci nic złego
nie zrobił, a ty się na nim, kurwa, odgrywasz nie wiadomo za co!
- Ja się odgrywam? Na kim ja się niby, kurwa, odgrywam? - Rose
ujęła się pod boki.
- Na Lampsie, a na kim niby? - Wasyl wycelował oskarżycielski palec
prosto w nos rozmówczyni. - Poniewierasz nim równo, aż się
dziwię, że jeszcze wszystkiego nie pierdolnął i nie poszedł w
diabły. Nawet jak chce dobrze, dostaje po łbie i jednego słowa
przeprosin nie usłyszy, no kurwa, faceta powinni kanonizować chyba.
Nachylił się nad nią, potężny jak baszta, z oczyma lśniącymi
gniewem.
- Raz ci to tylko powiem, ten gość cię kocha, inaczej dawno by już
sobie odpuścił - mówił dobitnie, akcentując każde słowo
dźgnięciem palca w powietrze. - Wyjmij łeb z własnej dupy i
przestań się na nim wyżywać. Nie wiem co ci ktoś kiedyś musiał,
kurwa, zrobić, że się tak bardzo boisz do kogoś zbliżyć, ale
właśnie jesteś na kurewsko dobrej drodze, żeby stracić faceta,
który chce ci pomóc wyjść z tego gówna. Przemyśl to sobie,
zanim znowu zaczniesz wpieprzać się w cudze związki.
To rzekłszy odwrócił się na pięcie i wielkimi krokami
pomaszerował na górę. Rose zaś stała dłuższą chwilę z
otwartymi ustami, przetrawiając to, co właśnie usłyszała.
Wasyl bez słowa klapnął na kanapie obok Majki i sięgnął po
swoją kawę.
- Mam dzwonić po Molly, czy wystarczy pogotowie? - Walter uniósł
pytająco brwi.
- Obejdzie się - odparł Wasyl.
- Ale bez czego, bez sekcji, czy bez hospitalizacji? - indagowała
Majka.
- Bez jednego i drugiego - Rose ukazała się znienacka w drzwiach
salonu. - Wszyscy żywi i zdrowi.
Usiadła przy stole.
- Wyjaśniliście sobie wszystko? - zapytała Majka z troską. - Nie
wiem o co chodzi, ale tego...
- Wyjaśniliśmy - odparł zwięźle Wasyl.
- I nie ma między nami żadnej urazy - dodała Rose. - Mogę prosić
śmietankę, Wasylku?
- Ależ bardzo proszę, Różyczko - Marcin podał jej mlecznik
wersalskim gestem.
- Ależ dziękuję, kochany Marcinku - odparła dwornie Rose. -
Widzicie? Wszystko w porządku.
- To jest jeszcze bardziej podejrzane niż te mordercze spojrzenia,
które, które na siebie rzucaliście przedtem - zawyrokował Walter.
- Schowajmy wszystkie ostre narzędzia - zaproponował Lampard. - I
mopa.
- Patelnie, rondle i tłuczki może lepiej też, tym można nieźle
przyłożyć - dorzuciła Majka. - I chochle...
- I wałek do ciasta - dodał Walter.
- My się nie kłócimy! - oburzyli się zgodnym chórem Wasyl i
Rose.
- To dobrze - rzekł Frank, dolewając sobie kawy. - Nie wiadomo jak
długo będziemy tu razem siedzieć.
- No właśnie - Majka ziewnęła jak krokodyl, w ostatniej chwili
zasłaniając się dłonią. - Ja mam jutro pracę...
- Ja mam trening - przypomniał Wasyl.
- A ja mam mamę w szpitalu - westchnął Walter. - Może, może
moglibyśmy jakieś dyżury ustalić?
- Trzeba by dorwać pannę Waterhouse i zapytać - mruknął Lampard.
- Nie wiem, nie wiem gdzie jest - odmruknął Walter. - Powiedziała,
że nas znajdzie.
- Bez sensu - ocenił Wasyl.
- Kompletnie i konkretnie - powiedziała sennie Majka, kładąc głowę
na jego barku.
- Włączcie telewizor, może będzie coś do oglądania - zarządziła
Rose. - Tylko po cichu, żebyśmy słyszeli co się dzieje.
Lampard posłusznie prztyknął pilotem, uruchamiając telewizor.
- To co, piłka, czy boks? - zapytał.
Wasyl wyszczerzył się jak zadowolony rekin.
- Najlepiej wszystko naraz - odpowiedział.
- Faceci - sarknęła Rose. - Jak nie dupczenie, to mordobicie...
- Ciiicho bądź - zażądał Wasyl półgłosem. - Majka śpi.
Rose spojrzała na kanapę. Istotnie, Majka spała jak kamień, głowę
złożywszy na piersi Marcina, który przyglądał jej się z
tkliwością malującą się w oczach. Siedzący po jej drugiej
stronie Walter tymczasem usiłował się jak najbardziej zmniejszyć,
tak, by nie szturchały go wyciągnięte nogi dziewczyny.
- Przecież jeszcze wcześnie - zdziwiła się Rose. - Która jest?
- Ósma dochodzi - odparł konspiracyjnym szeptem Walter. - A w ogóle
to ja też lubię boks...
Jakoś koło jedenastej pospali się wszyscy, jako ostatni zasnął
Lampard, który starał się nie odrywać oka od tańczących na
ringu bokserów, jednak w końcu przegrał potyczkę z własnymi
powiekami.
Obudziło go przeraźliwe szczekanie psa. Kepler biegał po
mieszkaniu, miotając się od drzwi do okien i wspinając się na
tylne łapy. Ujadał przy tym przeraźliwie, zjeżony jak szczotka od
czubka nosa do końca ogona.
- Ssso jesss? - wymamrotała Rose, niemal spadając z fotela.
Wasyl, który spał z głową odrzuconą do tyłu, na oparcie kanapy
i szeroko otwartymi ustami, urwał w pół chrapnięcia, po czym
rozejrzał się wkoło błędnym wzrokiem. Walter podskoczył
niespokojnie i zleciał z kanapy pod stół.
- Atakują nas? - zapytał. - On szczeka!
Tylko Majka spała snem niezmąconym, błogo wtulona w Marcina.
Na parterze brzęknęło ostro i głośno tłuczone szkło, raz,
drugi, trzeci, potem coś łupnęło głucho.
- Faktycznie nas atakują! - Lampard poderwał się na równe nogi i
skoczył ku drzwiom. Kiedy je otworzył, do mieszkania wpłynęły
kłęby gęstego dymu.
- Jezu Chryste! - Rose znalazła się jednym susem przy nim i
wyjrzała na korytarz. Wypełniony był dymem, klatka schodowa zaś
stanowiła sobą wypełnione ryczącym ogniem piekło.
- Podpalili nas - powiedział Lampard, blady jak giezło. - Koktajle
Mołotowa, rzucali przez okna!
Przeciągłe miauczenie, właściwie wycie, rozległo się z dołu,
wcinając się w kakofonię szczeknięć Keplera.
- Jonesy! - wrzasnęła Rose. - Musiał zostać na dole, o kurwa,
Jonesy!
- Przyślijcie straż sttraz pożarną, podpalenie, pożar, pub Ten
Bells, na Dane Hills, szybko, szybko! - Walter mówił do słuchawki
swego telefonu z prędkością karabinu maszynowego.
- Rose, gdzie tu są schody pożarowe? Albo drabina? - ryknął
Wasyl. Dymu w mieszkaniu przybywało z każdą chwilą.
- Nie ma - kaszlnęła Rose. - To pierwsze piętro! Ja idę na dół!
Zanurkowała w kłęby dymu i znikła im z oczu.
- Wasyl, wyprowadź ich stąd! - rzucił Lampard. - Rose!
Też zniknął w dymie, przytomnie zatrzaskując za sobą drzwi.
- Dacie radę zejść po rynnie? - pełne napięcia i troski
spojrzenie Wasyla spoczęło na Majce i Walterze.
- My damy, ale on nie - Majka wskazała psa.
Marcin jednym szarpnięciem zdarł zasłony z najbliższego okna.
- Spuszczę go na tym - oznajmił. - No jazda, wynosić się stąd!
Z zadziwiającą przytomnością umysłu Walter chwycił z kominka
szkatułkę babci Rose, tymczasem Majka juz otwierała okno. Sama nie
przypuszczała, że umie łazić po rynnach z taką zręcznością, a
uwierzyła w to dopiero, gdy jej stopy dotknęły ziemi.
Po chwili obok niej stał już Walter, ściskając pod pachą
szkatułkę, a z okna pierwszego piętra zjeżdżał na linie z
zasłon pies, z wyjątkowo głupią miną. Któreś z okien na
parterze pękło z jękiem od żaru. Przez głowę Majki przeleciała
niespokojna myśl o Lampsie i Rose, potem jednak zastąpiła ją
troska o postać w oknie.
Łapy psa spoczeły na ziemi, Majka odwiązała zwierzę pospiesznie,
po czym wrzasnęła w górę.
- Wasyl, złaź!
- Przywiążę to do czegoś, a potem zobaczę co z nimi! -
odwrzasnął.
- Złaź! Jak otworzysz drzwi będzie gorzej! - ryknął Walter. -
dostarczysz tlenu!
- Dobra, idę, ale zostawię im to! - zagrzmiał Wasyl.
Tymczasem Rose przedzierała się przez ogarniętą płomieniami
klatkę schodową, rozpaczliwie kiciając.
- Jonesy, cholera jasna, gdzie jesteś, Jonesy!
- Rose! - ryknęło z tyłu. - Cofnij się, idę po niego! Idź do
mieszkania!
Lampard mignął jej obok, po chwili widziała już tylko mglisty
zarys jego pleców w gęstym, przeswietlonym na pomarańczowo dymie,
dodatkowo rozmazany oprzez cisnące się do podraznionych oczu łzy.
Parter stanowił szalejące morze płomieni, przelewających się po
ścianach i suficie. Lampard opadł na czworaki i zlokalizował
siedzącego na podłodze korytarza kota. Kolejne szyby pękały z
brzękiem, w kuchni coś eksplodowało od żaru, który wypalał
Frankowi rzęsy, brwi i włosy w nosie.
- Chodź tu, koteczku - Lampard popełzł w kierunku zwierzęcia na
czworaka. Kot popadł z przerażenia w stupor i dał się bez
protestu zgarnąć i wsadzić pod bluzę.
- Tamtędy nie przejdziemy, wracamy na górę - wykasłał Frank do
Rose, łapiąc ją w locie za ramię.
- Masz go? - zapytała, kaszląc co drugą sylabę.
- Za pazuchą - odparł.
Kiedy otworzył drzwi mieszkania, płomienie wystrzeliły z dołu,
ogarniając teraz górną czesć klatki schodowej. Lampard zatrzasnął
drzwi, po czym oboje rzucili się do otwartego okna.
- Macie linę! - zahuczał Wasyl z dołu.
Frank przez chwilę nie wiedział o czym mówi, wreszcie Rose
wskazała mu przywiązane do rury kaloryfera rękodzieło z zasłony.
- Bierz go i schodź! - skomenderował Lampard, wręczając jej kota.
Rose posżła w jego ślady i wetknęła sobie Jonesy'ego za pazuchę,
Frank tymczasem, sam nie wiedząc czemu, chwycił stojący przy
kominku futerał z gitarą i zarzucił go sobie na plecy.
- Frankie, na miłość boską! - ryknęła Rose, wisząca na linie.
Znad parapetu wystawała tylko jej głowa.
- Na dół, na dół, na dół! - popędził ją, włażąc na okno.
Po chwili sam był już na zewnątrz, nasłuchując niespokojnie
trzeszczenia zasłony i huku płomieni nad głową. Powietrze, wolne
od dymu wydawało mu się wręcz słodkie i uderzało do głowy jak
najlepsze wino.
Reszta nocy była dla wszystkich niczym senny koszmar.
Kiedy zjawiła się straż pożarna pub płonął jak pochodnia,
wreszcie, mimo wysiłków ze strony strażaków strop pierwszego
piętra runął z hukiem, potem w jego ślady poszła jedna z
zewnętrznych ścian i koło piątej nad ranem Ten Bells był juz
tylko dymiącą kupą gruzów.
- Poszedł też strop nad piwnicą - raportował okopcony strażak
siedzącej w komisariacie piątce, wytrwale maglowanej od kilku
godzin przez policjantów. - Nawet jeśli cokolwiek tam ocalało, bez
użycia ciężkiego sprzętu pani tam nie wejdzie - spojrzał
współczująco na Rose, owinięta w koc.
- Niech pan mówi do mnie! - zażądał z urazą inspektor Harvey. -
Skąd się wziął ten ogień?
Strażak powstrzymał pchająca mu się na usta odpowiedź "z
dupy".
- Podpalenie - odparł. - To jest moje nieoficjalne zdanie, żebyśmy
się dobrze zrozumieli. Ktoś użył akcelerantu w kilku miejscach,
tak na moje oko.
Inspektor Harvey obdarzył Rose ciężkim jak ołów spojrzeniem.
- Pani zdaje się przypadkiem ponosiła straty ostatnio, prawda? -
zapytał z jadowitą satysfakcją. - Sanitarni zamknęli pani
interes...
- Czy ty sugerujesz, że ja podpaliłam mój własny pub, ty...,
ty.... ty... kozi bobku? - zapytała Rose ze zgrozą, wyplątując
się gwałtownie z koca. - Ja ci za...
Lampard jednocześnie objął ją jedną ręką, powstrzymując przed
wstaniem i posłał jej mordercze spojrzenie.
- Stawia jej pan zarzuty? - zapytał. - Jeśli tak, Rose słowa bez
adwokata nie powie, a może być pan pewien, że jej adwokat wyrwie
panu całkiem nową dziurę w dupie, kiedy się dowie, że oskarża
pan, nie mając podstaw.
- E, no, nie... To taka hipoteza śledcza - odparł wykrętnie
Harvey. - W zasadzie to możecie sobie iść do domów.
- Adwokat? - zapytała Rose, kiedy wyszli przed komisariat. - Jaki,
kurwa, adwokat? Z czego ja go zapłacę? Właśnie straciłam dom i
miejsce pracy!
- Ty z niczego, ja go opłacę - odparł Frank. - Poza tym dom masz,
mój, na jak długo sobie zażyczysz. I wszystko czego potrzebujesz,
ciuchy i te sprawy, ja też opłacę.
- Lampard... - zaczęła Rose. Ani chybi palnęłaby mu kolejną
mówkę o niezalezności, gdyby nie przerwało jej chrząkanie
Wasyla. - No co?
- Nic - odparł niewinnie Marcin. - Tylko pamiętaj, co ci
powiedziałem.
Nagłe przypomnienie spłynęło na Rose.
- Dziękuję, Frankie - powiedziała. - Jesteś wielki.
Frank nic nie odpowiedział, ale spojrzenie, które posłał Rose,
mogło stopić wszystkie lodowce Antarktydy.
- Ale, ale słuchajcie, co teraz? - zapytał Walter. Jego twarz
wydawała się niemal biała w świetle ulicznej lampy. - Ktoś
zaatakował Rose, może nawet nas wszystkich, musimy uważać.
Wasyl ogarnął przyjaciół ramionami, zbierając ich w ciasną
kupkę.
- Wujek Marcin wam powie co teraz - oznajmił. - Teraz Frank
zaopiekuje się Rose, a ja zajmę się resztą bandy.
- A drzwi? - zapytał Walter.
- Sam słyszałeś, bez ciężkiego sprzętu nie poleci - odparł
Wasyl spokojnie. - Frank, bierz Rose do siebie, a wy dwoje jedziecie
ze mną. Nikt dzisiaj nie łazi sam, a jeśli już musi, to tylko na
ludzkich oczach, zrozumiano?
- Taaa - mruknęła Rose. Czuła się wyczerpana i chyba na taką
wyglądała, bo Frank objął ją troskliwie wpół.
- Jedziemy - oznajmił władczo i stanowczo.
Rose bez słowa dała się zapakować do samochodu.
- Zbierzcie jak najwięcej wiadomości o zamku - rzekł Lampard
półgłosem do pozostałej trójki. - Musimy znaleźć to drugie
wejście, jak najszybciej. Spotykamy się u mnie, o szóstej. Pasuje?
- Pasuje - odparł Wasyl. - No, załoga, do wozu, Szarik też -
spojrzał na Keplera. Pies odpowiedział mu merdaniem. - Majka,
jedziemy do ciebie, potem do Waltera, zapakujecie sobie ciuchy i co
tam trzeba...
- Ale jak to ciuchy? - Majka zawisła z pośladkami nad tylnym
siedzeniem, patrząc nad dachem samochodu na Marcina.
- Normalnie, tak czy siak potrzebujesz świeżych majtek, a poza tym
od dzisiaj mieszkacie oboje u mnie - wyjaśnił Wasyl. - Mieszkanie
solo właśnie zrobiło się zbyt niebezpieczne.
Majka usiadła, przetrawiając to, co właśnie powiedział i
odruchowo głaszcząc siedzącego obk psa. Walter, który na
siedzeniu obok kierowcy walczył właśnie z pasem bezpieczeństwa,
zawahał się na chwilę.
- Ale co Majka powie temu doktorowi? - zapytał.
- Że jestem jej kuzynem z Polski - wymyślił na poczekaniu Marcin.
Podniósł prawą rękę, pokazując obrączkę na serdecznym palcu.
- Żonatym w dodatku, co przypadkiem jest zgodne z prawdą, póki co.
Daj, Wally, ten pas, on się trochę zacina jak się nie wie jak
pociągnąć...
- Wyjaśnię mu, że podpalono dom mojej przyjaciółki i nie czuję
się bezpiecznie, co też jest zgodne z prawdą - dodała Majka. -
Czy w twoim szczwanym planie jest przewidziane śniadanie?
- Kobieta do mnie wierszem przemawia - zaśmiał się Marcin. -
Jasne, że jest, ale najpierw się wszyscy odświeżymy. Elegancja
musi być!
Majka przeleciała przez swoje mieszkanie jak Struś Pędziwiatr,
zgarniając pospiesznie do walizki odzież i pakując laptopa do
torby. Marcinowi wcisnęła w objęcia wielki wór psiego żarcia, po
czym uświadomiła sobie, że nie spakowała kosmetyków.
Jednym ruchem zgarnęła zawartość blatu toaletki do kosmetyczki,
potem przeleciała jak piorun przez łazienkę, łapiąc po drodze
potrzebne rzeczy. Zawahała się dopiero przy niepozornej białej
foliowej torebce, zawierającej w sobie jedno, nieduże pudełko, po
krótkiej chwili namysłu wrzuciła do kosmetyczki również i to.
Walter uwinął się znacznie szybciej. Już po dziesięciu minutach
wszyscy siedzieli z powrotem w samochodzie, walizka Waltera leżała
w bagażniku, a wypchana papierami teczka na kolanach właściciela.
Śniadaniem zajął się osobiście Wasyl, który zażył
ekspresowego tuszu jako pierwszy. Ogarnął błyskawicznie swoje
kuchenne królestwo i już po chwili w tosterze rumieniły się
tosty, ekspres bulgotał świeżą porcją kawy, a Walter, pod
komenda Marcina nakrywał do stołu.
- Gdzieś tam jest szynka, czekaj - Wasyl szperał w lodówce. - O,
mam, postaw na stół, Wally, ja umyję te pomidorki koktajlowe...
Kurde, czy ja mam cukier?
- Nie wiem - odparł Walter. - Ja, ja nie słodzę kawy.
- Ja też nie, ale Majka słodzi. Zajrzyj no do szafki, tej wiszącej
po prawej... - Toster brzdęknął i wypluł z siebie cztery tosty. -
O, tosty doszły, Majka, śniadanie!
- Zaraz... - dobiegło niechętnie z łazienki.
- Zaraz to taka wielka bakteria! - odparł energicznie Marcin. -
Siedzisz tam już chyba z godzinę!
- No już idę przecież...
Wyszła z łazienki, owinięta w swój szlafrok mistrza Yody, z miną
najdoskonalej nieobecną.
- Dobra, misiaczki, śniadamy - Marcin ogarnął okiem zawartość
stołu i zatarł ręce. - A potem ustalimy sobie grafik na dzisiaj.
Wally, wrzuć jeszcze cztery tosty w toster, co?
Pierwszy kwadrans posiłku upłynął w milczeniu, potem Wasyl
rozpoczął rozmowę na nowo.
- Dobra, kto dokąd musi i na którą? - zagaił.
- Ja do mamy - oznajmił Walter. - Wizyty są od ósmej, ósmej.
Marcin spojrzał na zegarek.
- Spoko, mamy czas, ja mam trening na dziewiątą. Majka, ty na którą
do pracy?
Nie odpowiedziała. Siedziała, zamyślona, przesuwajac palcem po
talerzu okruchy tosta.
- Majka? - powtórzył Marcin. - Ziemia do ciebie?
Pomachał dłonią przed oczyma dziewczyny.
- A, o, coś mówiłeś? - drgnęła, jak wyrwana z głębokiego snu.
- Na którą masz do pracy? - powtórzył cierpliwie. - Na ósmą?
- A, taaa - mruknęła. - Na ósmą.
Obaj panowie spojrzeli najpierw na Majkę, potem na siebie, potem
znów na Majkę.
- Mała, wszystko z tobą w porządku? - zapytał Wasyl ostrożnie. -
Bo wiesz, jak coś, to wal do mnie śmiało.
- W porządku, w porządku - oznajmiła, wracając do z grubsza
normalnego stanu. - Ale pogadać będziemy musieli.
Posłała mu z lekka fałszywy promienny uśmiech.
- Ale to po pracy, nic pilnego - oznajmiła. - Mogę jeszcze jednego
tościka?
Z lekkim zdumieniem panowie patrzyli, jak Majka smaruje starannie
tosta dżemem pomarańczowym, po czym kładzie na to plasterek szynki
i pożera całość ze smakiem.
Brwi Wasyla zbiegły się na czole w grymasie znamionującym ciężkie
procesy myślowe, przebiegające w jego głowie.
Jego mózg widział w tym coś znajomego, jednak Marcin, zmęczony
zarwaną, pełną dramatycznych zdarzeń nocą, nie potrafił sobie
za nic uzmysłowić o co właściwie chodziło. Łamał sobie nad tym
głowę pół dnia, odwiózłszy uprzednio Waltera do szpitala, skąd
miał go odebrać w przerwie na lunch, a Majkę do azylu. Wydębił
od niej obietnicę, że nigdzie nie będzie chodziła sama i będzie
trzymać się doktora Rainaulta.
Kiedy wybiła przerwa na lunch umysł Marcina wciąż był daleki od
rozwiązania zagadki, wobec czego Wasyl postanowił, że chwilowo
przestanie o tym myśleć i da chłopcom z działu podświadomości
popracować, a oni mu już dostarczą rozwiązanie. Tak rozmyślając,
wyszedł na parking centrum treningowego i odszukał swój samochód.
Miał już wsiadać, gdy ktoś brutalnie sprowadził go na ziemię.
- Ej, Łozilesky! Uśmiech do kamery! Gdzie masz swoją kochankę? -
krzyknął ów ktoś.
Wasyl podniósł głowę i ujrzał papsa z aparatem w ręku. Był
przyzwyczajony do tych gnojów, łazili za nim ostatnio cały czas,
robiąc fotki, które od czasu do czasu ukazywały się w belgijskich
brukowcach, albo na łamach miejscowego szmatławca, oczywiście o
ile dało się im dokleić dostatecznie skandalizującą treść. Z
reguły się nie dawało.
Teraz miał szczery zamiar zignorować mendoweszkę z aparatem,
jednak paps był uparty.
- Te, Łozil, twoja żona wie, że masz tu dwie laleczki do bzykania?
- pytał. - Pewnie wie, bo o rozwód wniosła! A twoje dzieci wiedzą
jak się tatuś prowadzi? Może powinienem do nich zadzwonić?
Paps przegiął i sam o tym wiedział, bo usiłował rzucić się do
ucieczki, jednak to nie jemu płacono za bieganie. Wasyl dogonił go
bez trudu, złapał za kołnierz kurtki, a nie chcąc robić
publicznych scen, zaholował w ciasną alejkę między dwoma
klubowymi budynkami.
- Słuchaj no, gnido - wycedził przez zęby, potrząsając trzymanym
za klapy papsem jak szmacianą lalką. - Zbliż się tylko do moich
dzieci, a nie będzie z ciebie co zbierać, rozumiesz? A ten twój
zasrany aparat wsadzę ci tak głęboko w dupę, że będziesz go
wyjmował u laryngologa!
- Ja nie... ja nigdzie nie będę dzwonił! - kwiknął paparazzi. -
Ja tylko tak, chciałem cię wkurwić!
- No to ci się udało - mruknął Wasyl, puszczając go.
Wyszedł z alejki, wsiadł do samochodu i pojechał odebrać Waltera.
Nie wiedział, że ktoś obserwował jego zajście z paparazzi i że
pechowy fotograf alejki o własnych siłach nie opuścił.
Tymczasem w szpitalu panowało miniaturowe pandemonium. Walter
wkroczył w progi oddziału równiutko o ósmej, tylko po to, by
zobaczyć w pokoju swojej matki obcego pielęgniarza, wstrzykującego
coś do kroplówki. Pielęgniarz ów, nie wiedzieć czemu, nosił na
twarzy maseczkę chirurgiczną, a jego dłonie wyraźnie drżały.
- Ej, co pan, co pan tu robi? - zapytał Walter.
Pielęgniarz podskoczył nerwowo. Kilka kropel z płynu w strzykawce
pociekło na kołdrę, a znad maseczki spojrzały na Waltera rybie,
szkliste oczy.
- Pielęgniarkę! Lekarza! Ratunku! - wrzasnął przeraźliwie
Walter. Z przeraźliwą jasnością uświadomił sobie, że ten
człowiek nie jest pielęgniarzem i że morduje jego matkę. Rzucił
się więc na intruza, ten jednak zdołał docisnąć tłoczek
strzykawki do końca. Aparatura, podtrzymująca życie rozdzwoniła
się i zaczęła błyskać ostrzegawczo, pokazując płaskie linie.
Tego jednak Walter nie mógł widzieć, bo znalazł się w parterowym
zwarciu z fałszywym pielęgniarzem.
Strzykawka wypadła z dłoni intruza i potoczyła się pod łóżko,
tymczasem sam intruz wił się w uścisku Waltera jak piskorz.
- Puszczaj, ty..., ty... - wyziajał przez maseczkę. Na korytarzu
tupały już kroki nadciągającego z pomocą personelu. Walter bez
namysłu zdzielił intruza z bańki w nos. Chrupnęło i na
chirurgicznej maseczce wykwitła czerwona plama.
- Guuułłłwa! - jęknął fałszywy pielęgniarz. Kopnął Waltera
z całej siły w brzuch. - Mój oooozzz!
Kopniak odebrał Walterowi oddech, fałszywy pielęgniarz wykorzystał
to, by uciec, w ostatniej chwili i niemal zderzając się z
pielęgniarką i lekarzem.
Niestety, było już za późno.
Mimo usilnej reanimacji matka Waltera zmarła.
- Przykro mi - rzekł lekarz, rozkładając bezradnie dłonie. -
Krążenie stanęło. Czasami się to zdarza...
Walter, którego usadzono na korytarzu, teraz zerwał się z miejsca.
- Zamordował ją! - krzyknął. - On ją zamordował!
- Kto? - zapytał zdezorientowany medyk.
- Fałszywy pielęgniarz, złamałem mu nos! - gorączkował się
Walter. - Wstrzyknął jej coś do kroplówki! Przecież widzieliście
jak uciekał!
- Ktoś stąd wybiegł, doktorze - wtrąciła się pielęgniarka.
Doktor zgromił ją wzrokiem.
- To się później wyjaśni - oznajmił wymijająco.
- Później? To było morderstwo! - wrzasnął Walter.
- Ciszej proszę! - rzekł doktor surowo. - Bo zawołam ochronę!
- Ktoś zamordował moją matkę, czy pan nie rozumie...?
- A co tu się dzieje? - w opatrznościowym momencie zjawiła się
Molly. Spojrzała na przejęte oblicze Waltera i zajrzała do pokoju.
Jeden rzut oka na przykryte przescieradłem ciało wyjaśnił jej
sytuację. - O Boże, Walterze, tak mi przykro...
- On się upiera, że ktoś ją zamordował - prychnął lekarz
niechętnie.
- Bo zamordował! - Walter zczerwieniał na twarzy. - Jakiś człowiek
wstrzyknął coś do jej kroplówki, widziałem go, walczyłem z nim,
oni też go widzieli! - wskazał lekarza i pielęgniarkę.
- Ja widziałam - pielęgniarka spojrzała wyzywająco na lekarza.
- A może ja też kogoś widziałem, i co z tego? - zirytował się
lekarz.
- Wytrąciłem mu strzykawkę, wpadła pod łóżko! Niech pan
sprawdzi! - bulwersował się Walter.
Molly zdecydowanym krokiem weszła do pokoju, wzięła z dolnego
blatu stolika z zestawem do reanimacji rękawiczki jednorazowe,
przywdziała je i zajrzała pod łóżko. Po chwili wyjrzała na
światło dzienne, trzymając ostrożnie pustą strzykawkę.
- No i co, Gerald? - zapytała cierpko. - Walter jednak mówił
prawdę.
- Ale opinia szpitala... - jęknął lekarz.
- Opinia szpitala, panie doktorze, zyska na wyjasnieniu tej sprawy, a
nie zamieceniu pod dywan - mruknęła pielęgniarka.
- To jest miejsce zbrodni - oznajmiła stanowczo Molly. - Dzwoń po
policję, Gerald. Siostro, sterylną nerkę poproszę.
Odłożyła strzykawkę na podetknięte naczynie.
Kiedy pojawił się Wasyl, Walter siedział w pokoju pielęgniarek.
Akurat skończył powtarzać swoje zeznania i właśnie podpisywał
protokół.
- Proszę nas informować, jeśli zamierza pan gdzieś wyjechać -
pouczył funkcjonariusz.
- Rany boskie, co tu się stało, Wally? - zapytał Marcin.
- A pan kto? - zapytał groźnie policjant.
- To mój, mój przyjaciel - odparł Walter.
Funkcjonariusz obejrzał Wasyla uwaznie od stóp do głów.
- Znaczy chłopak? Nie wygląda na geja - pokręcił głową.
Wasyl prychnął śmiechem.
- Znaczy kumpel - odparł. - Walter ma dziewczynę.
- A gdzie ona jest? - zapytał podejrzliwie policjant.
- W prosektorium. Robi sekcję mojej... mojej... - głos Waltera się
załamał.
- Coś pan taki ciekawy, co? - Wasyl się zirytował. - Nie masz pan
swojego życia seksualnego, że tak pana obchodzi cudze? Chodź,
Wally.
Poszli korytarzem, nie zamieniając ani słowa. Dopiero w windzie
Wasyl się odezwał.
- Dobra, co tu się odpierdziela, Wally? - zapytał. - Wyglądasz
jakby ktoś ci w ciemię huknął.
- Zamordowano moją mamę - oznajmił Walter drżącym głosem. W
oczach zalśniły mu łzy.- Nie możemy tu zostawić Molly, a jak jej
też spróbują krzywdę zrobić?!
- Ja pierdolę... Współczuję ci, Wally, poważnie - Wasyl oparł
się o ścianę, zamknął oczy i próbował sobie wszystko poukładać
w głowie. - Zabieramy ją stąd i to zaraz, a potem jedziemy po
Majkę i wszyscy będziecie siedzieli u mnie, dopóki nie wrócę z
roboty. I trzeba Lampsa i Rose poinformować.
Następny kwadrans spędzili na energicznych rozmowach przez telefon.
Lampard powiedział, że Rose śpi, a on na razie nie zamierzał jej
budzić, zasugerował jednak, by przyspieszyć generalną naradę, z
czym Wasyl się ochoczo zgodził. Molly tymczasem z niechęcią dała
się oderwac od stołu sekcyjnego, przy czym z nieoczekiwaną pomocą
przyszedł jej szef, który stwierdził, że wreszcie ma pretekst,
żeby dać jej urlop, bo nie brała wolnego nigdy.
Przymusowo urlopowana Molly wkrótce pojawiła się w hallu i po
błyskawicznej prezentacji pojechali do azylu.
Tam również panował chaos oraz zgroza. Na dziedzińcu dwóch
spoconych facetów próbowało uspokoić spanikowanego, stającego
dęba konia, a Ariadna Potts biegała z rozwianymi lokami, w
rozpiętej kurtce, kiciając głosem, który obudziłby umarłego.
- Co tu się dzieje? - huknął Wasyl.
Koń opadł na cztery kopyta i spojrzał na niego baranim wzrokiem,
co z miejsca wykorzystali jego pogromcy. Jeden chwycił za kantar,
drugi zas wbił w szyję zwierzęcia strzykawkę i nacisnął tłoczek
do dechy.
- Coltrane oszalał! - jęknęła Ariadna, targając się za loki. -
Otruł jednego konia i wypuścił resztę, pozabijał kociaki, część
uciekła, o Boże, kici kici! Do psiarni poszedł, do szczeniaków,
tam Majka i Jimmy są! Kiiiciuchny!
- Majka? - w głosie Wasyla zabrzmiała zgroza. - Gdzie ta
psiarnia?!\
- Tam, ale...
Stoper nie słuchał, zamiast tego rzucił się sprintem we wskazanym
kierunku, slizgając się na topniejącym śniegu, rozmazanym na
powierzchni dziedzińca licznymi stopami i kopytami.
- Szybciej, bo on mu jeszcze coś zrobi! - krzyknął Walter, łapiąc
Molly za rękę i ciągnąc w ślad za Wasylem.
- Masz na myśli szaleniec Wasylowi?
- Nie, Wasyl szaleńcowi!!!
W psiarni sytuacja była patowa. James z drągiem w ręku próbował
zajść z boku Coltrane'a, który trzymał w dłoni szczeniaka, w
drugiej zaś nóż, od frontu natomiast nacierała na niego kipiąca
furią Majka, która trzymała za obrożę wyrywającego się
Keplera.
- Jeden krok doktorku, a z psiaka będzie filet - ostrzegł Coltrane.
- Nadszedł dzień sądu, wiem, bo mój pan mi powiedział, a Ten
który nadejdzie na jego wezwanie osądzi was wszystkich!
- Ty skurwysynu, nie dożyjesz tego dnia, zapewniam ci to uroczyście!
- ryknęła Majka. - Za to co zrobiłeś z tymi kociakami zapierdolę
cię osobiście i własnoręcznie!
- Spróbuj - zachichotał Coltrane.
Stary rondel, normalnie służący za poidło dla psów, świsnął w
powietrzu, po czym z głośnym BONG! rąbnął Coltrane'a w czoło.
Mężczyzna siadł na podłodze, a nóż i szczeniak wyleciały mu z
ręki, ten pierwszy potoczył się po podłodze, a ten drugi
pospiesznie uciekł w kąt.
- Podły skurwiel! - wrzasnęła Molly, ona to bowiem cisnęła
rondlem.
- Niezła celność - rzekł z uznaniem Wasyl.
- Mówiłem, mówiłem, że Molly jest niezwykła - oznajmił Walter
z triumfem.
- Nic takiego... - spłoniła się Molly.
- Bardzo coś takiego, ładnie wyłączyłaś tego sukinsyna -
oznajmiła Majka, podchodząc z wyciągniętą prawicą. - Majka
jestem, bardzo mi miło.
W tym momencie Coltrane zerwał się do ucieczki, ale refleksem
popisał się doktor Rainault, waląc go sierpowym w szczękę.
- Nieźle doktorku - pochwalił Wasyl. Rozejrzał się, znalazł
wiszące na gwoździu smycze i rzucił je Jamesowi. - Zwiąż go tym
i dzwoń po gliny. Majka, czy ty jesteś cała?
- Tak - odparła.
Wasyl walczył przez chwilę z chęcią przytulenia jej, po czym
spojrzał na Rainaulta.
- Doktorku, mogę ją stąd zabrać? - zapytał.
- O to pytaj Ariadnę - odparł Rainault. - Ale jesli o mnie chodzi,
to sobie poradzę.
Ariadna wciąż była na dziedzińcu, jednak już w znacznie
normalniejszym nastroju, bo po przeliczeniu okazało się, że prawie
wszystkie ocalałe koty są na miejscu. Brakowało tylko dwóch.
Ariadna zwolniła Majkę do domu od ręki, twierdząc, że i tak
wykonała ona niezłą robotę, łapiąc Coltrane'a na gorącym
uczynku i zmniejszając tym samym liczbę ofiar śmiertelnych. Wasyl
jadąc do domu pobił rekord prędkości, na miejscu zas osobiście
obszedł cały budynek i sprawdził mieszkanie w środku, upewniając
się, że jest bezpiecznie.
- Dobra, misiaczki, wy tu siedźcie grzecznie. Miejcie uszy i oczy
otwarte, ja się postaram wrócić jak najszybciej - oznajmił, kiedy
cała grupa weszła do domu.
- Musisz jechać? - zapytała niespokojnie Majka.
- Muszę pogadać z trenerem - odparł.
- Pogadaj przez telefon! - zażądała.
- Nic mi nie będzie, mała, zaraz będę z powrotem - cmoknął ją
w czubek głowy i już go nie było.
Rose, odziana w t-shirt Lamparda, leżała w jego łóżku, zwinięta
w kłębek. Mocny zapach wwiercił się w jej nozdrza, wyrywając ją
ze snu.
- O Jezu, pali się! - wrzasnęła, podrywając się gwałtownie.
- Nie pali się, tylko śniadanie się niesie - sprostował Lampard.
Z tacą pełną jedzenia stał w progu sypialni. - Albo właściwie
późny lunch.
Rose pociągnęła nosem.
- O faktycznie, to kawa - westchnęła z ulgą. - Która jest
godzina?
- Druga dochodzi - odparł łagodnie. Postawił tacę na łóżku. -
Proszę, szanowna pani.
- Naprawdę jesteś wielki - powiedziała z wdzięcznością.
Przezornie poczekał aż Rose skończy jeść i dopiero wtedy
zapoznał ją z najnowszymi wiadomościami od Wasyla i Waltera.
- O ja pierdolę... - wymknęło jej się.
- Pewnie tu niedługo będą - rzekł Lampard. - Musimy coś z tym
wszystkim zrobić.
- No ja myślę, ktoś na nas poluje jak na kaczki i domyślam się
kto - mruknęła Rose.
- Ty, a może on jest jakoś związany z Drzwiami? Grey? - Frank
usiadł obok niej, tak blisko, że czuła jego zapach i ciepło jego
ciała przez cienki materiał jej t-shirtu i jego koszuli. - Dlatego
tak się kręci wokół nas?
Rose wsparła czoło na rękach.
- Może powinnam poczytać pamiętnik babci? - zasugerowała. - Gdzie
on w ogóle jest?
- W salonie. Zaraz ci go przyniosę - Lampard, ku jej żalowi
podniósł się z łóżka. - I coś do ubrania, bo nie planujesz
chodzić cały dzień bez majtek, prawda?
Mrugnął do niej jednym okiem.
- A co, zrobiłeś pranie?
- Nie, zakupy w internecie.
Wkrótce odziana w dżinsy i bluzę w barwach Chelsea, siedziała już
na kanapie w salonie, wertując dziennik swojej babci. Przeleciała
pospiesznie z połowę pamiętnika, gdy nagle coś przykuło jej
uwagę. Zaczęła czytać dokładnie, notatkę po notatce, a każde
słowo wywracało jej świat do góry nogami.
- To nie może być prawda - jęknęła. - Nie może!
- Co? - zapytał Frank. Siedział w fotelu obok i obserwował ją
tymi swoimi jasnymi oczyma.
Rose machnęła niecierpliwie ręką, wracając do lektury. Po
jakiejś godzinie wiedziała już wszystko, czyli znacznie więcej
niż by chciała.
- Kurwa, czy dzisiaj jest jakiś dzień rozpierdalania wszystkim
świata? - zapytała.
Lamps zmienił dyskretnie lokalizację z fotela na kanapę i objął
Rose delikatnie.
- Czego się dowiedziałaś? - zapytał miękko.
- Mój dziadek, mój ukochany dziadek, zniszczył małżeństwo mojej
matki - odparła. - To on kazał ojcu się wynosić, to on nigdy ojca
nie akceptował, przynajmniej jeśli wierzyć babci.
- Ale dlaczego?
- Bo tata był Cyganem. Hiszpańskim Cyganem - Rose oparła czoło na
ramieniu Lampsa. - Innymi słowy mój dziadek był parszywym rasistą.
- Ale wychował ciebie - rzekł miękko Frank. - Najcudowniejszą
kobietę, jaką znam. nie mógł być taki zły.
- Kadzisz mi? - zapytała Rose, unosząc brew.
- Kadzę - odparł Lampard, zbliżając swe usta do jej ust. - Ale
szczerze...
Pocałował ją, a ona, wbrew jego obawom, oddała mu ten pocałunek
w trójnasób, przyciągając go do siebie i obejmując.
Język Lamparda tańczył taniec miłości w ustach Rose, jego dłonie
zaś wśliznęły się pod niebieską bluzę, pieszcząc delikatnie
jej ciało. Kiedy przesunęły się po jej piersiach westchnęła i
wyprężyła się lekko, jej zaś ręce odwdzięczyły się,
rozpinając guziki koszuli Franka.
Byłby Frank dalej eksplorował granice Rose, gdyby nie przeraźliwa
kakofonia dwóch dzwoniących telefonów komórkowych, która
wybuchła w pomieszczeniu. Jeden brzęczał w kieszeni Franka, drugi
zas, należący do Rose, podrygiwał na blacie stołu.
Oderwali się od siebie z niechęcią i sięgnęli po aparaty.
- Majka - stwierdziła Rose.
- Elen - powiedział równocześnie zdziwiony Frank.
Odebrali. Lampard poderwał się z kanapy i poszedł w drugi koniec
salonu.
- Jakie Ashby Magna, co znaczy, że na mnie czekacie? - w głosie
Lamparda panika mieszała sie ze zdziwieniem. - Przecież dzwoniłem
do ciebie rano, że masz wyje... Nie, nie mam sklerozy, dzwoniłem do
ciebie tylko raz. Co znaczy nie możesz zapalić? Siedź tam, nie
wychodźcie z samochodu, już jadę!
- Majka tu jedzie, jest cała roztrzęsiona, Wasyla aresztowali -
raportowała Rose.
- Za co?! - zdziwił się Lampard, macając sie po kieszeniach w
poszukiwaniu kluczyków.
- Pobił jakiegoś papsa, czy coś, przed domem go aresztowali, Majka
wszystko widziała, zaraz tu będzie, co ty właściwie robisz?
- Za pobicie papsa należy mu się order, a nie areszt - Frank
chwycił kurtkę. - Ja musze lecieć, moje dzieciaki są w
niebezpieczństwie...
- Jade z toba! - Rose poderwała sie na równe nogi.
Frank pocałował ją w usta, tak mocno i długo, że aż zbrakło
jej tchu, jednoczesnie obejmując ją w talii i prowadząc niczym w
tańcu. Kiedy w końcu przestał, ona stała w sypialni a on za jej
progiem.
- Wybacz, najdroższa, ale nie zniósłbym, gdyby wszystkie kobiety
mojego życia znalazły się w niebezpieczeństwie - rzekł.
Zatrzasnął jej drzwi sypialni przed nosem i przekręcił klucz.
- Lampard, ja cię zabiję! - ryknęła Rose. Walnęła pięściami w
drzwi, potem je kopnęła.
- Kocham cię, Rose! - odpowiedział jej stłumiony głos Franka.
____________________________________________________
Wiem, strasznie dawno nie pisałam, ale miałam problemy z klawiaturą, a bez kalwiatury pisac się nie da. Z taką, w której działa tylko połowa literek tez nie.
W nagrodę za cierpliwość macie nowy rozdział i seksownego Lampsa w klubowym gajerze. Aha! Ten piegowaty młodzian z odstającymi uszami, z poprzedniego postu, to tez był Lampard! Gratulacje i całusy dla tych, co zgadli :*
Martina
