sobota, 28 grudnia 2013

Rozdział 8

Come to me
Do and be done with me
Don't I exist for you
Don't I still live for you
Everything I possess
Given with tenderness
Wrapped in a ribbon of glass 

Annie Lennox "Cold"





To, co zapowiadało się jako mroczne spotkanie w tajemniczych okolicznościach, z początku jednak wyglądało całkiem jak podwieczorek u babci. Starsza pani, która przedstawiła się jako panna Waterhouse, błyskawicznie zapędziła wszystkich do roboty, zanim zdążyli się obejrzeć i ledwie odwiesili okrycia wierzchnie.
- Młody człowieku, wyglądasz mi na delikatnego - poklepała Wasyla po wytatuowanym, muskularnym przedramieniu. - Bądź tak dobry i wyjmij z kredensu komplet herbaciany, ten w niebieskie kwiaty, on stoi na górnej półce. To dzwonki, zawsze lubiłam dzwonki.
- Tak proszę pani - odparł Wasyl, ogłuszony ze szczętem.
Panna Waterhouse nie traciła czasu.
- Ty, drogi młodzieńcze - złapała za łokieć Lamparda - wyjmij proszę z lodówki ciasto, bo wiem, że jesteś dokładny i równo je podzielisz. Przełóż je na paterę i zanieś do jadalni.
- Robi się - Franka wyraźnie bawiła ta sytuacja.
- Kochana moja, masz dobre oko do szczegółów i chłodną głowę - spojrzenie porcelanowobłękitnych oczu spoczęło teraz na Rose. - Nakryj do stołu w jadalni, talerzyki są na dolnej półce kredensu, te z dzwonkami, żeby nam do reszty zastawy pasowały. Widelczyki i łyżeczki znajdziesz w szufladzie komody w jadalni, takie palisandrowe pudełko.
Jak wytrawna służąca Rose tylko kiwnęła głową i zniknęła bezszmerowo w czeluściach domu.
- A ty moja droga, taka rozsądna dziewczyna, zaparz herbaty - panna Waterhouse wydawała polecenia z kolei Majce. Puszka z herbatą stoi w kuchni na szafce, imbryczek niech ci ten uroczy młodzieniec przyniesie, jakże on ma na imię? Ma takie niewinne spojrzenie.
- Wasyl - odparła Majka.
- Tak, Wasyl. I poproś tego drugiego młodzieńca, Franka, prawda? Zapamiętałam go od razu, kiedy ujrzałam go po raz pierwszy w telewizji, takie ogniste oczy, naprawdę. Ale o czym to ja? Aha, powiedz mu, żeby wyjął z lodówki mlecznik, w szafce, tej wiszącej, koło kuchenki stoi cukiernica, weź to wszystko na tacę , imbryczek z herbatą oczywiście też i przynieś proszę do jadalni. Ach! Nie zapomnij sitka! Leży koło cukiernicy!
- Oczywiście - odparła Majka, panna Waterhouse jednak wsiadła już do innego pociągu myśli, dopadłszy Waltera.
- Jesteś taki silny, kochany Walterze, weź prosze węglarkę, przynieś z piwnicy brykietów, teraz już tylko tymi bezdymnymi można palić, to nie to samo co porządna kłoda drewna w palenisku, ale trudno. Rozpal, proszę, ogień na kominku w jadalni. Niby jest tutaj centralne, ale jak się nie napali w kominku, to jadalnia jest lodowata. Poza tym nie ma nic lepszego zimą, niż gorące palenisko, a mamy już prawie zimę, prawda?
- Tak, panno Waterhouse - zgodził się potulnie Walter, w którym nie zostało prawie nic z bohaterskiego pogromcy potworów.
Kiedy Rose weszła do jadalni, Wasyl stał przed kredensem i uważnie przyglądał się sobie w oszklonych drzwiczkach.
- Szukasz tej delikatności? - zapytała.
- Zgadza się - odparł. - Ale nie znajduję. Ta staruszka, ona jest aby na pewno, no wiesz... Wszyscy u niej w domu?
Wzruszyła ramionami i sięgnęła do szuflady, po palisandrowe pudełko ze sztućcami.
Pół godziny później na kominku w jadalni wesoło huczał ogień, na stole zaś parowały filiżanki gorącej herbaty, panna Waterhouse zaś nakładała na talerzyki niebiańsko pachnące brownie.
- Proszę, jedzcie kochani, czekolada jest najlepsza na troski, wiem, że wam zycie ostatnio trosk nie szczędzi, a będzie ich jeszcze więcej. Tak sobie pomyślałam, że najlepiej będzie upiec brownie na nasze spotkanie, pokrzepicie się trochę, rozchmurzycie i będziemy mogli porozmawiać.
Walter jako pierwszy zajął się swoim kawałkiem ciasta, pozostali, widząc to, sięgnęli po widelczyki i odważyli się spróbować poczęstunku. Cztery srebrne sztućce zagłębiły się w cieście, po czym cztery twarze rozpłynęły się w wyrazie błogości.
- Ależ to jest znakomite! - Rose nie kryła zaskoczenia.
- Pyszności - zamruczał Lampard, niczym kot, mrużąc oczy.
- Ummm, delikatesy... - Wasyl na odmianę mruczał jak niedźwiedź, co się dobrał do barci.
- Czy mogę panią prosić o przepis? - wyrwało się Majce.
- No właśnie, ja też! - w Rose obudziła się żyłka do interesu. - Zrobiłabym tym furorę!
Panna Waterhouse uśmiechnęła się tajemniczo.
- Dam wam, kochane, nawet drugą wersję wam dam, jestem pewna że wam się przyda - popatrzyła na swych gości, przekrzywiając głowę jak ptak. - Miałam nadzieję, że się polubiliście, ale takich więzi, jakie tu widzę, doprawdy, nie spodziewałam się. Ale może to i lepiej...
Rose znienacka oprzytomniała.
- No właśnie, my tu chyba nie przyszliśmy gadać o kulinariach - zauważyła. - To może przejdźmy do sedna?
- Zgadzam się z tobą, z tobą - rzekł Walter poważnie. - Panno Waterhouse?
- A tak, tak, powinniśmy - staruszka pokiwała głową. - Widzicie, moi kochani, ktoś tu się zaczął bawić bardzo niebezpiecznymi rzeczami. To się zaczęło pod koniec sierpnia, kiedy zamordowano Laurę Pellegrin. Walterze, wyjaśnij proszę, bo ja się na tych innych wymiarach nie bardzo wyznaję.
- No więc tak jak mówiłem, ktoś próbuje otworzyć, otworzyć Drzwi. Przejście do innego wymiaru, innego świata, dostarecznie duże, by przeszły przez nie naprawdę, naprawdę potężne istoty. Takie, które, które mogłyby zniszczyć nasz świat - oznajmił Walter, po czym gestem desperackim upił nieco herbaty.
- Po co ten ktoś miałby to robić? - zapytał Lampard. - Chce popełnić samobójstwo z wyjątkowo dużym wykopem?
- Te istoty nie są głupie, młody człowieku - zauważyła panna Waterhouse. - One pragną przejść do naszego świata, bo tu mogą znaleźć pod dostatkiem tego, czym się żywią, bólu, rozpaczy, strachu...
- Garmonbozia - mruknęła Majka.
- Nie rozumiem, kochanie? - starsza pani nadstawiła ucha.
- Garmonbozia - powtórzyła Majka głośniej.
- Po jakiemu to? - zdziwił się Wasyl.
- To z "Twin Peaks", zdaje się - Lampard z calym spokojem dolał sobie herbaty.
- Ta, duchy z czarnej chaty, w tym BOB, żywiły się bólem i cierpieniem - rzekła z niecierpliwością Rose. - Nazywały to garmonbozia.
- Tak, właśnie tak. One żywią się bólem i cierpieniem - panna Waterhouse pokiwała głową. - Jednak Drzwi mogą być otwarte tylko z naszej strony, przez człowieka. Więc aby kogoś skłonić do ich otwarcia...
- Trzeba mu coś obiecać - wpadł jej w słowo Wasyl. - Coś, na co wszystkie dupki lecą. Władzę.
- Otóż to - zgodziła się staruszka. - Walterze, kontynuuj.
- No więc - Walter pospiesznie przełknął ciasto. - Ten ktoś zabił już cztery razy...
- Czekaj, a nie pięć? - przerwała mu Rose. - Laura, Ronette, Zoe, Moira i Troy, to pięć osób.
- Troya nie zabiła ta sama osoba, co resztę - zaprotestowała Majka. - Jego praktycznie rozerwano na strzępy, poza tym nigdzie w pobliżu nie było kamieni.
- Zaraz - teraz z kolei wciął się Lampard. - W tej okolicy widziano naszego latawca. Tę ślicznotę z piwnicy Rose. Czy to możliwe, że to on posilił się Troyem?
- To prawie pewne - rzekła panna Waterhouse smutnie. - Biedny chłopiec. Zginąć w taki sposób...
- Czy możecie mi nie przerywać? - poprosił Walter. - To, co, co zjadło Troya to istota podobna to tej, która w 1888 zabiła w Londynie pięć kobiet. Ktoś tam wtedy naruszył Drzwi...
- Torsy w Tamizie! - wyrwało się Majce. - Ależ oczywiście!
- Tak, torsy w Tamizie - w głosie Waltera zabrzmiało zniecierpliwienie. - Tu mamy poważniejszy problem. Trzy z zamordowanych dziewczyn były, były dziewicami...
- Aaaa! - Rose wzniosła palec gestem odkrywcy. - To dlatego zmasakrował Ronette! Pomylił się, myślał, że ona jest dziewicą, a ona przecież miała chłopaka!
Walter spojrzał na nią wzrokiem znękanego szczeniaczka, ale nie powiedział nic.
- Przymknijcie się wszyscy na chwilę - zażądał Wasyl. - Wcinacie się Wally'emu co chwilę w słowo i nie może chłopak skończyć.
Spojrzał na Waltera zachęcająco.
- Dawaj Wally.
Walter nabrał powietrza w płuca.
- Kiedy ten ktoś zdoła zabić pięć niewinnych osób i odprawić stosowny rytuał przy pięciu kamieniach, będzie mógł otworzyć Drzwi - rzekł. - A jeśli je otworzy, nastąpi koniec świata. Apokalipsa przy, przy tym to pikuś.
- I właśnie dlatego musimy go powstrzymać - rzekła staruszka, klepiąc Waltera po ręce.
- Ale jak? - zapytała Rose. - I dlaczego my?
- Bo płynie w nas krew tych, którzy zamknęli Drzwi prawie czterysta lat temu - odparła spokojnie panna Waterhouse.
- A skąd pani to może wiedzieć? - zdziwił się Lampard.
Starsza pani spojrzała na niego tak, że wszelkie pytania zamarły mu na ustach.
- Nie pytaj synu - rzekła. - Przyjmij, że po prostu wiem.
- Chwila, moment - Rose zamachała łyżeczką. - Ja bym chciała wiedzieć jak mianowicie mamy zamknąć te całe Drzwi i czy to obejmuje urwanie łba, razem z płucami, temu skurwysynowi, co morduje.
Walter spochmurniał.
- Przypuszczam, że jeśli nie będzie inego, innego wyjścia, może będziemy musieli...
Nad stołem zapadła grobowa cisza.
- To jest ostateczność - twarz panny Waterhouse opromienił łagodny uśmiech. - Nasze zadania są znacznie mniej ponure, póki co. Trzeba odprawić rytuały przy kamieniach, to nie zniweluje wprawdzie wpływu ofiary złożonej przez tego złoczyńcę, ale go osłabi i uszczelni Drzwi.
- No właśnie. Musimy, musimy je zlokalizować - rzekł Walter. - Z moich badań wynika, że prawdopodobnie znajdują się pod Leicester, a wejściem do nich mogło być Leże Czarnej Annis.
Frank i Rose wymienili spojrzenia.
- No właśnie - powiedziała Rose. - U mnie w pubie, w piwnicy, są jakieś drzwi. Stare. A Ten Bells leży w Dane Hills, czyl na tym samym terenie, co miejscówka Annis.
- Dlatego prosiłem was, żebyście ich nie otwierali - powiedział Walter. - Zanim tam zejdziemy, musimy być pewni, że to właściwe miejsce i przygotowani. Nie wiadomo co tam możemy spotkać. Co moglibyśmy stamtąd niechcący wypuścić. A to co już wyszło, musimy, musimy odesłać Tam. Pozbawić fizycznej formy...
- Innymi słowy poukręcać potworom łebki - dokończył Wasyl. - Boże, o czym my tu gadamy?
- O pracy godnej Scoobie gangu - Lampard uśmiechnął się kątem ust. - Też bym w to nie wierzył, gdybym nie widział tego, co widziałem.
- JScoobie? Ojej, zupełnie zapomniałam o tobie! - panna Waterhouse odwróciła się do Keplera, leżącego przy krześle Majki i udającego kompletny brak zainteresowania pożywieniem na stole. - Jesteś zbyt grzeczny, mój drogi, trzeba było mi się przypomnieć!
- Tylko niec mu pani nie daje brownie - ostrzegła Majka. Pies wstał i podszedł do starej pany, kładąc jej łeb na kolanach.
- Wiem, czekolada szkodzi psom - starsza pani uśmiechnęła się i pogłaskała Keplera. - Mam dla niego coś specjalnego. Kochany chłopcze - zwróciła się do Wasyla. - W kuchennym kredensie jest taki czarny słój na ciastka, wygląda prawie jak urna pogrzebowa, przynieś go proszę!
Słój, przyniesiony przez Marcina, istotnie wyglądał jak urna, ale nie zawierał w sobie prochów. Były w nim psie ciasteczka, w kształcie kości. Panna Waterhouse rzucała Keplerowi po jednym, a on łapał je z godną podziwu zręcznością.
Spotkanie skończyło się podziałem zajęć, przy czym najwięcej i najbardziej żmudnych, takic jak biblioteczne researche przypadło Walterowi i Lampardowi, który, jak twierdził, dysponuje chwilowo nadmiarem wolnego czasu.
Wychodząc, Rose pamiętała by spojrzeć na metalowy abażur lampy nad frontowymi drzwiami, na którym wypisano numer domu i nazwę ulicy. Orchard Street 4.
- Ej, wiem gdzie jesteśmy! - ucieszyła się.
- No to prowadź, bo ja nie wiem - oznajmił Wasyl. - Chyba, że Wally chce?
- Nie nie, prowadź, prowadź Rose - rzekł Walter skromnie.
Maszerowali przez dobrą chwilę, przy czym Lampard cały czas dowcipkował na temat kobiecej orientacji w terenie, co z mety podchwycił Wasyl. Przerzucali się przez chwilę dowcipami, aż wreszcie Rose zasugerowała, żeby się zamknęli, jeśli nie chcą zebrać latarką po łbach.
- A wiesz w ogóle gdzie jesteśmy? - zapytał Frank, z miną niewiniątka. Kepler, nie wiedzieć czemu zawarczał.
- Zaraz wyjdziemy na Narborough Road - odparła Rose niecierpliwie. Zdmuchnęła kosmyk włosów z czoła. - Widzisz ten kobylasty budynek tam? To Leicester College, przy nim skrę...
Cień ogromnych skrzydeł przesłonił światło latarń.
- O kurwa - wyrwało się Wasylowi. - Co to, do chuja, jest?
Błoniastoskrzydły stwór, dobrze znany Frankowi i Rose, zakołował nad zbitymi w ciasną grupkę przyjaciółmi, obnażając przy tym swoje paskudne zębiska, po czym uniósł się w ciemność ponad dachami.
- Latawiec - rzekł spokojnie Frank.
- On tu zaraz wróci - oznajmił Walter, znacznie mniej spokojnie.
Podobny do szybowca cień padł na ulicę kilkadziesiąt metrów przed nimi. Kepler zjeżył się jak szczotka i zaczął ujadać.
- Chodu! - ryknął Lampard.
- Tam! - wrzasnęła Rose, wskazując wąską, boczną uliczkę. - On się tam nie zmieści!
Ruszyli galopem, Frank i Rose na przedzie, w środku Walter, za nim Majka, na końcu zaś Wasyl i pies, który szczekał jak oszalały. Stwór zapikował, ale zgodnie z przewidywaniami Rose, nie mógłby rozłożyć skrzydeł w wąskim kanionie ulicy, więc tylko wykręcił pętlę nad domami.
Biegli tak dłuższą chwilę, z bezsilnym stworzeniem, kołującym nad ich głowami, w akompaniamencie przeraźliwego ujadania Keplera.
- Ja... już... nie... mogę - wysapała Majka.
- Ja... też - sapnął w odpowiedzi Walter.
- Zatrzymajmy się - powiedział Wasyl.
- I tak nie mamy dokąd biec - rzekła Rose dziwnym głosem.
Spojrzeli przd siebie. Ulica była ślepa, zamknięta jakąś rozgrzebaną budową. Dookoła rozpoczętego budynku poniewierały się kawałki drewna, styropianu, kule uszczelniającej pianki i rozmaite inne odpadki natury budowlanej.
- Ty wybrałaś tę ulicę - mruknął Frank, patrząc na Rose.
- Och, zamknij się - odparła.
- To usiłuje tu wylądować - zauważył Wasyl, cały czas czujnie obserwujący stwora. Istotnie, poczwara obniżyła lot, próbując zmieścić się w wolnym kawałku przestrzeni, zapewnionym prze niedokończoną budowę.
Lampard rozejrzał się dookoła, jakby czegoś szukał.
- Frank, co ty... - zaczęła Majka.
Cień wielkich skrzydeł padł na całą grupkę.
Frank podbił stopą piankową kulę, twardą jak kamień. Złapał ją w ręce, po czym starannie ułożył na ziemi. Cofnął się, spojrzał na stwora, na kulę, potem znów na stwora.
Poczwara znajdowała się już jakieś dziesięć metrów nad ziemią.
- Boże, jak to śmierdzi - jęknął Walter.
Wasyl uświadomił sobie, że tez to czuje, wwiercający się w nozdrza słodkawy odór, woń śmierci i rozkładu.
Lampard tymczasem oblizał wargi, odetchnął głęboko, po czym kopnął kulę z całych sił. Wystrzeliła w powietrze z potężną siłą, trafiając prosto w skrzydło stwora. Rozległ się suchy trzask, to napięta błona pękła jak papier. Stwór zasyczał, machając rozpaczliwie zdrowym skrzydłem, po czym runął na asfalt. Kepler szczekał, warczał i wył, tańcząc w miejscu i wyrywając się tak, że Majka ledwie mogła utrzymać smycz.
- Trafiony! - ryknął Wasyl, potrząsając uniesioną pięścią.
- Mam nadzieję, że zdechł! - oznajmił Walter, z niesłychaną, jak na niego, zaciętością.
- O stary - rzekła Rose z uznaniem. - To był strzał!
Lampard skromnie spuścił wzrok.
- To nic takiego... - rzekł. Jego słowa ginęły w psim jazgocie.
- Kepler! - ryknęła Majka straszliwie. Pies spojrzał na nią z wyrzutem, ale zamilkł. - Ej, toto się podnosi!
Faktycznie. Raniona i solidnie potłuczona bestia, zbierała się z asfaltu, powoli i niezgrabnie stając na nogi.
- I co teraz? - zapytała Majka retorycznie.
- Łapcie jakieś drągi i ruszajcie zaraz po mnie - skomenderował Marcin, nie spuszczając wzroku z poczwary.
- Drągi, Wasyl, co ty...? - zaczęła Rose, ale nie skończyła, bo przerwał jej okrzyk Lamparda.
- Uwaga, idzie!
Stwór postępował ku nim na chwiejnych nogach, wyciągając przed siebie szponiaste łapska. Z całą pewnością nie miał zamiaru ich nimi przytulać. Jego kopyta stukały o asfalt, klip-klap, klip klap.
Wpatrzeni w zbliżającą się ku nim potworę, podnosili niemal na oślep kawałki drewna, których na szczęście w okolicy nie brakowało. Wasyl tymczasem obdarzył stwora najlepszym ze swych morderczych spojrzeń, pufnął krótko przez nos, wziął rozpęd i poszedł wślizgiem, jakiego by na pewno nigdy nie zastosował na boisku. Wyprostowanymi nogami uderzył prosto w podstawną kończynę potwora. Kość pękła z obrzydliwym trzaskiem, a przed oczyma Wasyla przeleciał w błyskawicznym tempie kalejdoskop wspomnień z tamtego feralnego meczu, kiedy to jemu złamano nogę.
Bestia upadła na wznak, wywijając wargi w grymasie niewątpliwego bólu, potem jednak poderwała się i spróbowała sięgnąć napastnika zębami. Wasyl bez namysłu grzmotnął pięścią w pochylającą się nad nim obrzydliwą facjatę i wtedy ruszyła reszta grupy.
Skoczyli na potwora wszyscy naraz, okładając go czym kto miał, Kepler zaś jął tarmosić zębami jego zdrowe skrzydło. Stwór wił się, syczał, prychał i młócił łapami. Dosięgnął ramienia Lamparda i rozdarł mu płaszcz, grzmotnął wierzchem łapska w ucho Majki, przewrócił Waltera, potem przeciągnął po łydce Rose, która, wypełniona po brzegi szalejącą adrenaliną, nawet tego nie zauważyła.
Złożyła palce w Znak Księżyca i poczuła przepływającą przez jej ciało energię, tak potężną, że jej włosy i sutki stanęły dęba.
- Paszoł won mi stąd! - wrzasnęła. - Rozkazuję ci w imieniu Księżyca!
Jej ręka rozbłysła jaskrawym światłem, pod wpływem którego bestia zaczęła się wić jak węgorz, posykując i zasłaniając łapami oczy. Wierzgnęła rozpaczliwie zdrową nogą, po czym odpełzła na czworakach w ciemność, znikając gdzieś za domem w budowie.
Rose opuściła rękę i światło zgasło. Przez chwilę wszyscy stali, czekając aż ich oczy przyzwyczają się do półmroku, który po oślepiającym blasku wyemitowanym przez Rose wydawał się ciemnością.
Kiedy wreszcie zaczęli rozróżniać szczegóły, Walter policzył sylwetki dookoła niego. Trzy i on. I pies, który lizał coś ciemnego. Powinno być pięcioro ludzi, skonstatował. Rozejrzał się dookoła i zrozumiał.
Obiektem oblizywanym przez Keplera był Wasyl. Leżał na asfalcie, zwinięty w ciasny kłębek, trzymając się oburącz za brzuch.
Rzucili się ku niemu wszyscy, zwyciężczynią wyścigu jednak była Majka.
- Ja pierdolę! - jęknęła, padając na kolana. - Marcin, żyjesz?
- Ehe - wystękał Wasyl. Rozprostował się i wziął głęboki oddech, po czym znowu się skrzywił. - Kopnął mnie, sukinsyn.
Lampard nachylił się nad nim, przyglądając się.
- Ładnie cię trafił - orzekł. - Prosto w splot słoneczny.
- Nic mi nie będzie - mruknął Wasyl. - Za to laski krwawią. Obie. No pomóż mi wstać!
Frank podał mu rękę i po chwili Marcin stał już na nogach.
- Rose, twoja łydka... - powiedział drżącym głosem Walter.
Nogawka dżinsów dziewczyny wisiała w strzępach, które powoli przesiąkały krwią.
- Ma ktoś komórkę? Dzwońcie po pogotowie! - zażądał Lamps. - Rosie, ja cię poniosę!
Odskoczyła od niego niczym rączy jeleń.
- Odwal się, nic mi nie jest, sama pójdę! - wrzasnęła. - I nie mów do mnie Rosie!
Wasyl tymczasem badał krwawiącą głowę Majki, ująwszy ją w obie ręce.
- Ucho masz na miejscu - stwierdził. - Obędzie się bez szycia.
- Pokrzepiające - mruknęła Majka.
Marcin spojrzał na nią i uśmiechnął się szeroko.
- No nie? Chociaż ze szwem byłoby ci do twarzy, taka panna Frankenstein - zauważył.
Parsknęła śmiechem.
- Nie ruszaj się - poprosił, wracając do oględzin. - Nie wygląda to groźnie, ale z drugiej strony przy tym świetle mało widać.
- Dlatego mam propozycję - rzekł Walter. - Chodźmy, chodźmy wszyscy do Rose, opatrzymy się i zastanowimy co dalej.
- Zajebista propozycja! Kto jest za? - Marcin rozejrzał się po obecnych.
- Wszyscy - odparła Rose. - Jazda, idziemy.
U Rose rozsiedli się wszyscy w salonie, przy wiktoriańskim stole. Majka postawiła Keplerowi wody w jednorazowym plastikowym talerzu, Rose zaś przyniosła z zaplecza apteczkę.
- Czy mogę panią prosić o nogę? - zagaił dwornie Lampard. Walter zrobił dziwną minę, Majka i Wasyl dostali radosnej głupawki, natomiast Rose usiadła na kanapie i położyła ranioną kończynę na kolanach Franka z miną dziewiętnastowiecznej damy.
- Ależ bardzo proszę - rzekła. - Aaaaau! Ostrożnie!
- Staram się - rzekł Frank, odklejając delikatnymi ruchami strzępy dżinsu od skóry pod nimi. - Ładnie cię pochlastał. Uwaga, teraz będzie szczypać.
Sięgnął po wodę utlenioną i gazę jałową. Tymczasem za jego plecami toczyła się ożywiona dyskusja.
- Nic mi nie jest, na boisku czasami gorzej obrywam - upierał się Wasyl. - Zamiast się mnie czepiać, daj niech ci przemyję te skaleczenia.
- Nie, dopóki nie pozwolisz mi się obejrzeć - Majka okopywała się na swoich pozycjach. - Ściągaj tę katanę i podnieś koszulkę!
- Ale to jest bez sensu!
- Bo cię rozbiorę siłą!
Wasyl wyszczerzył wszystkie zębiska w krokodylim uśmiechu.
- Podoba mi się to - stwierdził radośnie. - Zaczyna się robić pikantnie!
- No, no, żadnych takich! - zagrzmiała Rose. - To jest porządny dom! Lampard, skończyłeś?
- Tak, piekielna Róziu, skończyłem - Lampard skłonił się tak, że nieomal dotknął czołem stołu.
- To bądź tak łaskaw i rozepnij koszulę, bo widzę, że masz podrapany bark.
Lampard bez szemrania obnażył barki i całkiem spory kawałek klaty.
- Wasilewski, ty też! - zażądała Majka. - Bierz przykład z Franka i rób o co cię kobieta prosi!
- Lampard, zawsze jesteś takim pantoflarzem? - podwijając koszulkę Marcin rzucił złośliwe spojrzenie Frankowi.
- Tylko przy Rose - odparł smętnie Lampard. - Normalnie jestem panem i władcą.
Majka popatrzyła, na włochaty, potężnie umęśniony tors Wasyla i gwizdnęła. Półkolisty, czerwonofioletowy odcisk wyraźnie odznaczał się na tle nieopalonej skóry Marcina.
- Masz prześlicznego sińca w kształcie kopyta - odpowiedziała na jego pytające spojrzenie. - Delikatnie powiodła palcami po purpurowym śladzie. - Ale chyba tylko sińca.
- Mówiłem, że nic mi nie jest. - odparł Marcin, opuszczając koszulkę.
Majka spojrzała na siedzącego jak mysz pod miotłą Waltera.
- Walter, a tobie nic nie jest? - zapytała.
- Nie, nic, absolutnie, absolutnie nic - zapewnił gorliwie. - Tylko chyba sobie ręce trochę starłem.
Wasyl zręcznym ruchem wyłowił z apteczki wodę utlenioną.
- Spoko, zaraz oblecę was oboje - rzekł. sięgając po płatki jałowej gazy. - Wally, wyciągnij łapki.
Zręcznymi ruchami przemył poobcierane dłonie Waltera, z zadziwiającą delikatnością usuwając tkwiące w skórze kamyczki. Walter zniósł całą operację bardzo dzielnie, nie pisnąwszy nawet słówkiem.
Tymczasem Rose kończyła naklejać plaster na bark Franka, udając starannie, że nie widzi jego nagiej, muskularnej piersi, ani tego jak się na niej poruszają mięśnie pod owłosioną skórą. Cholera, czy on musiał być tak atrakcyjny?
Uniosła wzrok nieco wyżej, ale było jeszcze gorzej, bo spojrzała wprost w duże, zielonkawoniebieskie oczy Franka. Piękne oczy, okolone długimi, ciemnymi rzęsami. Jasny gwint. Niedobrze. Przykleiła plaster, nieco krzywo i czym prędzej się odwróciła, szukając wzrokiem czegoś neutralnego. O, kominek, rozłożysty, angielski, poczciwy kominek. Prozaiczny i wcale nie podniecający. A nawet, można powiedzieć, aseksualny.
- Ubieraj się Lampard - zażądała. - Na pewno ci zimno.
- Zimno? - zdziwił się Frank. - Ja to bym się jeszcze rozebrał!
- To ja może wyjdę? - zaproponował taktownie Walter.
Wasyl zaczął rżeć jak sołtysowa kobyła w koniczynie, a Majka, którą właśnie opatrywał, ukryła mu twarz na piersi, kwicząc z uciechy.
- To my może wszyscy wyjdziemy? - zaproponował Marcin, rechocząc w głos. - Widzę, że Rose i Frank potrzebują odrobiny prywatności - znacząco poruszył brwiami.
- Wasyl, zamknij się, bo dostaniesz zaraz w cymbał - Rose płonęła rumieńcem jak pochodnia. - A ty, Lampard ubierz się natychmiast!
Lampard wywrócił oczyma.
- Już możesz patrzeć - rzekł. - Zakryłem moją nieprzystojną nagość.
Majka kwiknęła z uciechy jeszcze głośniej.
- Ty tam przestań Wasyla macać pod niewinnym pretekstem - burknęła Rose.
Majka podniosła głowę i odskoczyła od ubawionego Marcina.
- Ja go wcale nie macam! - zaprotestowała ogniście.
- Dobra, dobra, już ja tam swoje wiem - oznajmiła Rose. - A teraz zacznijcie wszyscy myśleć głowami i zastanówcie się co teraz mamy robić. To kurestwo na pewno jeszcze żyje.
- Na pewno, na pewno będzie usiłowało wrócić Tam, żeby się wyleczyć - oznajmił Walter.
- Słuchajcie, mam pomysł - rzekł Frank powoli. - Zakładając, że za tymi drzwiami w piwnicy faktycznie kryje się przejście do innego świata... moglibyśmy je zablokować. Wiecie, sól i co tam jeszcze na te stwory działa.
Wasyl popatrzył na niego z błyskiem w oku.
- Wtedy ta pokraka zostanie tutaj, a my ją będziemy mogli wytropić - podchwycił.
- I ubić cholerę - Rose postawiła kropkę nad i.
Majka poderwała się jak na sprężynie.
- Rose, masz szałwię? - zapytała.
- Chyba mam gdzieś w kuchni - odparła Rose zdziwiona. - A co, gardło cię boli?
- Nie, ale przecież szałwia odstrasza złe duchy! - Majka wzięła się pod boki. - Okadzimy pomieszczenie z drzwiami, na wypadek, gdyby się tam coś snuło.
- Aaaaa! A to może powiesimy na drzwiach wianek z rozmarynu? - zaproponowała Rose.
- I krzyżyk, krzyżyk z jarzębiny - dodał Walter. - Ja zrobię, zrobię i jutro przyniosę.
- To ja proponuję cynamon - rzekł Lamps. - Obetka się patykami szpary w drzwiach.
- On też odstrasza? Skąd ty to wiesz? - zdziwiła się Majka.
- Od Davida Luiza - uśmiechnął się Frank. - Jego babcia jest mae de santo.
- Czym proszę? - zapytała zdziwiona Rose.
- Kapłanką Umbandy, takiej brazylijskiej religii - mruknął Wasyl. - Czymś w rodzaju czarownicy.
- A skąd ty to wiesz? - zapytała Rose.
- Nie tylko Lamps miewał Brazylijczyków w drużynie - odparł Marcin. - Ja bym proponował rojnik, ale nie wiem skąd to wziąć.
- Z supermarketu - odparła Rose niecierpliwie. - Nawet w Tesco toto mają. Dobra, plan na dzisiaj: bierzemy z kuchni sól, szałwię i cynamon i idziemy uszczelniać drzwi. Resztę zrobimy jutro.
- Jest tam świeca? - zapytała Majka niespokojnie. - Musimy mieć ogień.
- Jest - odparła Rose. - No ruszcie tyłki!
Zeszli do piwnicy i otwarli sekretne drzwi za półkami z winem. Walter uruchomił swoją latarkę, która oświetliła niewielkie pomieszczenie, wyławiając z mroku sekretarzyk i stojący na nim lichtarz ze świecą.
- Pusto - stwierdził Wasyl.
- A czego się spodziewałeś, Saurona z zastępami? - Rose wzruszyła ramionami. - Niech ktoś zapali tę świecę.
Uczynił to Lampard. Potem podpalił również suszoną szałwię w fajansowej miseczce, trzymanej przez Majkę. Wonny dym rozszedł się dookoła.
- Skoncentrujcie się! - zażądała Krukówna. - Myślcie o tym, że nie chcecie tu nic złego.
Stanęła w rogu pomieszczenia i uniosła miseczkę w górę.
- Złe duchy, stworzenia ciemności, nakazuję wam odejść! - zagrzmiała z nieoczekiwaną siłą. - Matka Ziemia wam nakazuje!
Mrok, przyczajony w kątach, jakby zadrgał. Pomieszczenie wypełniła moc, podobna do tej, która przepełnia świat wiosną, wibrująca moc życia.
Majka tymczasem przeszła w drugi kąt i tam powtórzyła to, co zrobiła wcześniej.
- Złe duchy, stworzenia ciemności, nakazuję wam odejść! Matka Ziemia wam nakazuje!
Ciemność uniosła się pod sufit i skupiła w coś w rodzaju czarnej ameby gigantycznych rozmiarów.
- Złe duchy, stworzenia ciemności, nakazuję wam ODEJŚĆ! - zagrzmiała Majka w trzecim kącie. - Precz! Precz w imieniu Matki Ziemi!
Ameba falowała i pulsowała, kołysząc sie pod sufitem. Majka przeszła w czwarty kąt.
- Złe duchy, stworzenia ciemności, nakazuję wam odejść! Wasze miejsce jest TAM! - wskazała dłonią żelazne drzwi. - Słuchajcie Wielkiej Matki!
Przez chwilę pozostali mieli wrażenie, że ta drobna dziewczyna wypełnia sobą całe pomieszczenie, wielka niczym góra. Utkana z mroku ameba oderwała się od sufitu i uderzyła w drzwi, z taką siłą, że z sufitu posypał się tynk. Rozpłaszczyła się na nich, po czym wsiąkła w głąb jak woda w piasek.
- Wasyl, Frank, sól! - rozkazała Majka, gdy ostatnia plama czerni znikła z zardzewiałej powierzchni.
Usypali gruby wałek pod drzwiami, tymczasem Rose i Walter jęli obtykać wszystkie szpary cynamonem.
Następnego dnia Walter powiesił nad drzwiami własnoręcznie wykonany krzyżyk z jarzębinowych gałązek, przewiązanych czerwoną nitką, a Rose i Wasyl umieścili na nich gruby wieniec z rozmarynu, przetykanego rojnikiem.
Błoniastoskrzydłą poczwarę wytropili jakieś półtora tygodnia później. Kepler doprowadził ich do opuszczonego domu na przedmieściach Leicester, zwanych Thorpe Astley. Domisko owo miało mnóstwo wykuszów, wieżyczkę i generalnie wyglądało jak żywcem wyjęte ze starych hollywoodzkich horrorów. Albo z "Rodziny Addamsów".
Nie weszli od razu, po części dlatego, że nie byli w komplecie, jako że tropicielstwu oddawali się tylko Lampard i Majka. Walter musiał dotrzymać towarzystwa bardzo niezadowolonej mamusi, Rose zaś miała w pubie kontrolę, już którąś z kolei w ostatnim czasie. Tym razem napatoczyli się strażacy, żądni sprawdzenia bezpieczeństwa pożarowego lokalu. Wasyl natomiast pojechał do Belgii, jak to określił, szarpać się z najmimordami, czyli prawnikami.
Wrócił następnego dnia. Walterowi nie udało się oderwać od mamusi, więc po popołudniowym treningu Wasyla stawili się w miejscu zbiórki, czyli w Ten Bells, w sile czterech osób, nie licząc psa. Każdy wyposażony był w torbę, lub plecak, w nich zaś znajdowały się takie niezbędne utensylia, jak butelka wody ze świętego źródła w kościele św. Małgorzaty, torba soli i latarka.
Rose spojrzała z powątpiewaniem na masywne drzwi.
- Ma ktoś łom? Bo z kopa tego raczej nie otworzymy - stwierdziła.
Z szatańskim uśmiechem Lampard sięgnął do kieszeni.
- Ty byś od razu chciała używać brutalnej siły - rzekł. - A ja mam lepszy sposób.
Zademonstrował wszystkim z dumą pęk kluczy, z których następnie wybrał jeden i wetknął do zamka.
- Skąd wytrzasnąłeś klucze? - zapytała z zachłanną ciekawością Majka.
- Znam kogoś, kto zna kogoś, kto zna właściciela tej chałupy - odparł Frank. - Wcisnąłem im bajeczkę, że szukam domu w Leicester i ten mi się akurat spodobał, tak bardzo, że zapragnąłem go obejrzeć.
- Zdolniacha - orzekł Wasyl. - Rozumiem, że mamy nie zdemolować za bardzo wnętrza?
- Postarajcie się.
Otworzył drzwi. Zaskrzypiały przeciągle, jak przystało na dom z horroru i odsłoniły wysłany purpurowym chodnikiem hall, tonący w ciemnościach. Wasyl wydobył latarkę ze swojego plecaczka, który na jego rozłożystych plecach wydawał się śmiesznie mały. Snop światła wydobył z mroku zakurzony chodnik, ściany z odłażącą tapetą w kolorze różowym i opleciony pajęczynami kryształowy żyrandol. Przy ścianie po prawej biegły schody, prowadzące na piętro, pokryte tą samą, liniejącą, purpurową wykładziną.
- To jakiś burdel jest? - wyrwało się Majce.
- Też chciałem o to zapytać - zachichotał Wasyl.
- Nie, rezydencja prywatna. No właźcie, nie przyszliśmy tu podziwiać wystroju! - Lampard zaczął ich zaganiać do środka jak kura kurczęta.
Kepler powęszył po chodniku, wzbijając obłoczki kurzu i zaczął kichać.
- Rozdzielamy się! - oznajmił dziarsko Frank. - Rose i ja weźmiemy parter...
- ...a Kudłaty, ja i Scooby piętro - wpadła mu w słowo Majka.
- Zgadza się, Velmo - uśmiechnął się Lampard.
- Zaraz, to ja mam być tą idiotką Daphne? - zdenerwowała się Rose. - Nie ma mowy!
- Możesz być Fredem - wyszczerzył się Wasyl. - Lamps, jak wyglądasz we fioletach?
- Spadaj! - Lampard machnął ręką, jakby oganiał się od muchy. - Idźcie na to piętro, spotykamy się przy drzwiach do piwnicy.
- Świetna fucha, akurat na Halloween - mruknęła Majka.
- Halloween był miesiąc temu - zwrócił uwagę Wasyl. - Nie pamiętasz mojego zajebistego kostiumu na klubową imprę?
- Jak mogłabym zapomnieć? - Majka westchnęła teatralnie. - Ten watowany sześciopak po nocach mi się śni!
Przeszukanie parteru i piętra nie przyniosło żadnego ciekawego rezultatu, jesli nie liczyć mnóstwa kurzu, imponującego zestawu lateksowych strojów, znalezionego w szafie jednej z sypialni przez Wasyla (który, ku utrapieniu Rose, nie mógł przestać komentować znaleziska przez długi czas, prowokując Lamparda do snucia głośnych rozważań na temat tego jak w lateksie wyglądałaby ona), pewnej ilości śmieci oraz kilku pustych butelek po alkoholu, z których jedna nosiła znajomy napis "Żytnia".
- Nasi tu byli! - ucieszyła się Majka.
- Idźmy na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja - zripostował Wasyl.
Frank i Rose patrzyli jak ta dwójka zanosi się śmiechem, z takimi minami, jakby właśnie oglądali lądowanie UFO, pies zaś czekał ze spokojem filozofa na kontynuację tego niecodziennego spaceru.
- Idziemy? - zapytał uprzejmie Lampard, wskazując dłonią drzwi piwnicy.
- Idziemy - odparł Wasyl, ocierając łzy z oczu.
Rose otworzyła drzwi. Za nimi, niczym rasowy potwór z kreskówki o Scoobym, stała błoniastoskrzydła poczwara, pokryta zaschłą krwią i przepełniona żądzą mordu w stopniu większym niż zwykle.
- Chodu! - wrzasnął Frank, gdy jedno pazurzaste łapsko świsnęło koło ucha Rose.
Przelecieli przez kuchnię i wpadli do hallu, po czym skręcili do jadalni, zatrzaskując za sobą drzwi. Potwór, mimo kulawizny zaskakujaco szybki, dotarł do hallu, zawahał się, po czym wskoczył do gabinetu, też trzaskając drzwiami. Wtedy otworzyły się drzwi salonu i cała grupa przeleciała z łomotem do kuchni. Zaalarmowany tym potwór wyskoczył z biblioteki, leżącej obok gabinetu i popędził do jadalni.
- Co my robimy? - wyziajała Rose. - Niech go ktoś tu ściągnie i skończmy z tym.
Wasyl wystawił głowę na korytarz, podczas gdy inni sięgali do toreb.
- Hej, śliczności! - zawołał. - Jesteśmy w kuchni! Wstąpisz na herbatkę?
Cofnął się. Przez chwilę panowała cisza, potem drzwi łączące kuchnię z jadalnią wyleciały z hukiem z zawiasów. Kepler zaczął szczekać.
Bestia wkroczyła do kuchni i w tym momencie sypnęła się na nią sól i chlusnęła woda z dwóch butelek.
Dwie kolejne butelki wody i dwie torby soli później było już po wszystkim. Kuchnię wypełniały kłęby pary, a po poczwarze została tylko brudna kałuża na posadzce.
Nastepne tygodnie upłynęły grupie pogromców istot z Tamtej Strony bardzo pracowicie. Oprócz bowiem wypełniania obowiązków zawodowych, oraz użerania się z życiem prywatnym, zbierali się kilka razy w tygodniu, dzieląc się zdobytymi informacjami, likwidując pomniejsze stwory, które zdołały się jakoś przecisnąć do naszego świata, mimo zabezpieczenia drzwi w piwnicy pubu (zdaniem Waltera wylazły przez ruiny zamku, ponieważ tam miał się kończyć tunel, zaczynający się w leżu Czarnej Annis), jak również odprawiając oczyszczające ceremonie przy głazach, splamionych krwią przez mordercę. Sam zbrodniarz przepadł gdzieś najwyraźniej, jako, że kolejne mordy póki co nie nastąpiły.
Do pracy zawodowej i zmagań natury paranormalnej doszły pogłębiające się kłopoty natury prywatnej. Matka Waltera, zwęszywszy, że miast chodzić do biblioteki, jak zapewniał, syn przesiadywał pod Ten Bells, przybyła do pubu i urządziła potworną awanturę Rose.
- Sprowadzasz mje dziecko na złą drogę! - grzmiała, falując łonem, obleczonym w kwiecistą sukienkę i płaszcz z futrzanym kołnierzem. - Nie pozwolę, żeby siedział tu całymi dniami, w towarzystwie dziwek i pijaków!
- Mamo! - jęknął Walter, czerwony jak piwonia.
Pani Barnett spiorunowała syna spojrzeniem.
- Nie przerywaj mi kiedy mówię! - odwróciła się do Rose. - Sprowadzasz go na złą drogę, moja panno! Ale czego się spodziewać po cudzoziemcach!
- Urodziłam się i spędziłam całe życie w Anglii - odparła Rose. Powstrzymywała się od walnięcia tego babiszona w nos tylko ze względu na Waltera. - Taka ze mnie cudzoziemka jak z pani.
- Moja rodzina jest w Domesday Book! - wrzasnęła pani Barnett, purpurowiejąc. - Nie porównuj się do mnie!
- Mamo, przestań! - Walter stanął między matką a Rose. - Rose jest moją przyjaciółką i nie pozwolę, nie pozwolę ci mówić tak do niej!
- Ładna mi przyjaciółka, co prowadzi spelunę! Moja noga, ani mojego syna więcej tu nie postanie! Idziemy, Walter!
- Nie możesz, nie możesz mi zabronić tu przychodzić - tłumaczył Walter, truchtając za matką. - Tu mam spokój.
- Jestem twoją matką, wiem lepiej... - reszta perory pani Barnett nie dotarła do uszu Rose, bo odcięły ją zamykające się drzwi pubu.
Od tej pory Walter przychodził do pubu bardzo rzadko, usprawiedliwiając się koniecznością załagodzenia humorów mamusi.
Lampard z kolei przemykał pod ścianami, naciągając na głowę czapkę, szalik, lub kaptur, jego była bowiem odbyła całe tournee po brukowcach, zanim prawnicy Lampsa zdołali zatkać jej gębę, opowiadając o tym, jaki to Frank prowadził rozrywkowy tryb życia, nie stroniąc od dziwek i używek i jak to ją podle traktował. Od tego momentu ulubionym zajęciem tabloidów stała się sekcja zwłok związku Franka i Christine, a za samym Lampardem ustawicznie ciągnął się ogon paparuchów, żądnych dowodów na rozwiązłość znanego piłkarza.
Najgorzej jednak cierpiał Wasyl. Żona poszła na pełną wojnę, chcąc rozwodu z winy męża i uznała, że wszelke ciosy są dozwolone. Sypały się zatem na kędzierzawą głowę nieszczęsnego Wasilewskiego oskarżenia o wszelkie możliwe grzechy. Dopóki chodziło o majątek, Wasyl znosił to ze względnym spokojem, ale w przeddzień Wigilii wymierzono mu cios w znacznie bardziej wrażliwy punkt.
Kiedy wychodził z treningu, wywołano go do gabinetu prezesa. Oprócz posępnego szefa szefów byli tam dwaj smutni panowie. Jeden wylegitymował się jako przedstawiciel policji angielskiej, drugi zaś był Belgiem.
- Pańska żona - rzekł grobowo Belg - wytoczyła poważne zarzuty.
Marcin tylko uniósł w milczeniu brwi. Nie chciał otwierać gęby, bojąc się, że mogłoby mu się wymknąć coś, czego by potem żałował.
- Oskarżyła pana o znęcanie się nad dziećmi i gwałty małżeńskie - głos Belga teraz brzmiał wręcz jak z katakumb.
- Co? - Marcin nie wierzył własnym uszom.
- Pański prawnik się z panem jeszcze nie skontaktował? - zapytał Anglik. - Ma pan sądowy zakaz zbliżenia się do rodziny.
Pierwszy raz w życiu Wasyl miał wrażenie, że zaraz zemdleje jak ścięta lilija. Świat rozmazał się i zawirował mu przed oczyma.
- Kurwa, to niemożliwe - wyszeptał.
- A jednak - rzekł Belg. - Przyjechałem tu odebrać pańskie zeznania. - spojrzał na prezesa. - Proszę zostawić nas samych.
Wasyl wyszedł z gabinetu wyżęty jak szmata i tak nieszczęśliwy, że chciało mu się wyć. Zadzwonił natychmiast do swojego prawnika, ale ten tylko potwierdził straszliwą prawdę. Zakaz zbliżania. Do jego własnych dzieci, najdroższego, co miał na świecie.
W bezsilnym gniewie kopnął jakieś nieszczęsne krzesło, które napatoczyło się na korytarzu, przerabiając je na kupkę połamanego drewna. Gorszego prezentu na Święta spodziewać się nie mógł. Wkurwiony do białości pojechał do Ten Bells, tam jednak czekała go kolejna paskudna niespodzianka.
Pub był zamknięty.
W środku jednak paliło się światło, przez okno zaś dawało się dostrzec siedzące przy barze Majkę i Rose, oraz królującego za barem Lamparda, zastukał więc do drzwi.
Otworzyła mu Rose, wściekła jak stado rozjuszonych os.
- Co jest? - zapytał prosto z mostu.
- Kontrola sanitarna - odpowiedziała. - Zamknęli mnie do odwołania. Akurat na Święta. Przecież ja kurwa zbankrutuję!
- Siadaj Wasyl - zachęcił gestem Lamps zza baru. - Robimy stypę, ku czci naszych porozpierdalanych żyć.
- Co jej, to wiem - rzekł Wasyl, wskazując Rose. - Ale reszcie?
- Mnie też wiesz - Lampard wyciągnął spod baru szklaneczkę. - paparuchy, przez które nie mogę spędzić Świąt z dzieciakami, bo przecież nie ściągnę im na głowy tego gówna.
- A tobie, krasnalu, co dojadło? - Marcin trącił delikatnie Majkę, siedzącą nad porcyjką whisky. Kepler spał u jej stóp, pochrapując jak sterany życiem chłop.
- Rodzina - mruknęła Majka. Jej oczy były nieco szkliste, widać już sporo wypiła. - Zadzwoniłam do mamusi, pogadać, a dowiedziałam się, że jestem wyrodną córką, z którą by się opłatkiem nie przełamała. Cudownie, nie?
Wypiła do dna i trzasnęła szklanką o bar.
- Franiu, jeszcze jedną podwójną whisky dla mnie - zażądała. - I przestań się obcyndalać, polej też Wasylowi.
Frank przerzucił przez ramię białą ściereczkę i przybrał poważny wyraz twarzy.
- Jak pani sobie życzy - rzekł sięgając po butelkę. Nalał kolejno Majce, Wasylowi i sobie.
- A ciebie co gryzie? - zapytała Majka, patrząc na Wasyla. - Tylko nie mów, że nic, widzę to w twoich oczach, że coś jest na rzeczy.
- Jasnowidza do tego nie trzeba - mruknęła Rose, po czym wlała w siebie zawartość swojego kieliszka. Jako jedyna z towarzystwa preferowała wódkę. - Facet ma minę jakby spalił sześć wsi, a siódmą miał w robocie.
- Mam zakaz zbliżania się do rodziny - rzekł Marcin ponuro, po czym wlał w siebie całą porcję jednym haustem. - Robota Aśki.
Majka pociągnęła solidny łyk whisky, po czym zadumała się głęboko.
- Chce rozwodu z twojej winy? - zapytała. - Żeby dostać alimenty na siebie?
- Jakbyś wiedziała. Lamps, polej - Wasyl pchnął szklaneczkę w stronę Franka.
Lamps dopełnił obowiązków barmana, dolewając do pustych naczyń whisky i wódki, tymczasem Majka, obracając w palcach szklankę, przyglądała się Marcinowi.
- Twoja żona to najgłupsza kobieta w tej części galaktyki - mruknęła.
Wasyl, któremu zaczęło już nieco szumieć w czubie, spojrzał na nią zdziwiony.
- Dlaczego tak mówisz?
Majka odpowiedziała mu takim spojrzeniem, że go zatkało, pełnym czułości i oddania aż po brzegi.
- Bo ma ciebie i chce się rozwieść - odparła. Chlupnęła sobie whisky. - Kurde, nigdy nie pojmę , jak można krzywdzić takiego faceta, jak ty. Niedowiarek jestem, ale Panu Bogu bym rano i wieczór dziękowała, że mi ciebie dał...
Zreflektowała się i przygryzła wargę, spuszczając wzrok.
- Cholera, chyba się uchlałam - mruknęła. - Za dużo gadam. Nieważne.
- Okej, nic nie kumam - rzekł skołowany Wasyl, dopijając swoją porcję whisky. Wzrastająca zawartość alkoholu we krwi zapewne nie pomagała mu w ogarnięciu sytuacji.
- Bo jesteś tępy, jak każdy facet - rzekła zgryźliwie Rose. - Najgłupsza baba, by zauważyła...
- Ale że co? - poinformował się Lampard.
- Nico. Nalej mi, nie widzisz, że mam pusto?
- Już, królowo, już leję.
Wasyl odwrócił się od tej dwójki, która pogrążyła się w kolejnej słownej przepychance i spojrzał na Majkę. Siedziała z oczyma utkwionymi w pustej już szklaneczce, a uszy płonęły jej podejrzaną czerwienią.
- Krasnal, ty tak poważnie? - pytanie samo wybiegło z ust Marcina.
- Nie, dla jaj i pierza - mruknęła. - Zapomnij co mówiłam, pijana jestem.
Lampard usiadł okrakiem na barze, jak na koniu.
- Słuchajcie, ja mam kurwa dość - oznajmił. - Zarządzam Święta!
- Jak to Święta? - Rose wytrzeszczyła oczy.
- Normalnie. Mam od jakiegoś czasu na oku taką fajną chałupkę w Ashby Magna, prawdziwy wiejski dom do wynajęcia. Na Święta będzie idealny, w Littlethorpe kupimy choinkę, ustroimy drzewka przed domem, będzie zajebiście!
- Mówisz? - Wasyl podrapał się po głowie.
- Należą nam się Święta jak psu buda! - przekonywał Frank. - Zbawiamy świat, obrywamy po dupie, czas się zrelaksować. Chcecie się przez najbliższe dni kiwać nad kieliszkiem? Jedźmy na wieś, potarzajmy się w śniegu, obdarujmy się paskudnymi sweterkami!
- Zróbmy barszcz z uszkami... - rozmarzyła się Majka.
- Uszka mogę zrobić, ale barszcz niech gotuje kto inny - oznajmił stanowczo Wasyl. - Ostatnio wyszedł mi całkiem ni w pizdu ni w oko.
- Ty umiesz gotować? O stary... - Majka wpatrywała się w niego rozmaślonymi oczyma.
- Nie chcę ci szczać na paradę, Lamps, ale skąd weźmiesz ten śmieg do tarzania? - zapytała Rose z niemiłosiernym rozsądkiem. - Póki co nie spadł ani jeden płatek.
- Jutro na pewno zacznie padać - odparł Frank z niezłomną pewnością człowieka pijanego.
- W sumie... - mruknęła Rose. - To umiem piec zajebistego indyka.
Lampard zsunął się z baru i padł przed nią na kolana.
- Jedźmy na wieś, Rose, proooooszę! - rzekł, składając ręce jak do modlitwy. - Spakuj swojego tygrysa, ja wezmę ten mój futrzasty huragan, będzie zabawa!
- Krasnal - Wasyl nachylił się do Majki. - Umiesz robić sernik?
- Bba - Majka dumnie wyprężyła pierś. - Takiego wiedeńskiego jak ja nikt nie robi!
- Jutro mam trening na rano. Ariadna by cię puściła tak o jedenastej na zakupy?
- Obiecała mi, że da mi wolną Wigilię, bo kiblowałam parę weekendów na dyżurze, o zajęciach ekstra już nie wspomnę.
- To co, Rose, pojedziesz? - Frank objął Rose za kolana. - Kobieto, zrobię ci takiego łososia, że ci kapcie spadną z wrażenia. Orgazm na języku!
- Dobra, masz mnie - zachichotała Rose, której wypita wódka nieźle już szumiała w krwiobiegu. - Jadę, kulinarny Casanovo.
- Ssssuper - ucieszył się Frank. - Świę-tu-je-my!
Zgodnie z wszelkimi przewidywaniami Lamparda, nocą nad Anglię nadciągnęły zastępy chmur, rano zaś padął już gęsty śnieg, okrywając białą pierzyną trawniki, dachy i wszelkie białe płaszczyzny. Świat wyglądał czysto, niewinnie i do obłędu świątecznie.
Kiedy Wasyl przyjechał po Majkę, była już spakowana na wyjazd, do zrobienia zostały tylko zakupy. Bagaże spoczęły w bagażniku, pies umościł się na tylnym siedzeniu i wesoła karawana potoczyła się przez Leicester, zawadzając po drodze o supermarket.
Zakupy zajęły im nieco czasu, poza tym śnieg padał nieprzerwanie i coraz gęściej, tak, że kiedy dojechali do Ashby Magna, zaczynało się już zmierzchać. "Chałupka" o której mówił Lampard była kamiennym domkiem z łupkowym dachem, skrytym w niewielkim ogrodzie. Rose i Frank, którzy zdążyli dojechać wcześniej, udekorowali świerki, rosnące przy furtce lampkami, tak, że migotały teraz feerią kolorowych światełek.
- Ho, ho, ho - mruknął Wasyl, wjeżdżając na podwórko.
Otworzył im Lampard w fartuszku kuchennym.
- Przepraszam, że tak długo, rybę oprawiałem - wyjaśnił. - Rose jemiołę wiesza.
Władowali się do środka, złożyli zakupy żywnościowe w kuchni, po czym poszli obejrzeć swoje sypialnie, które mieściły się na poddaszu. Było ich cztery, po dwie z każdego końca korytarzyka, przedzielone posrodku staroświecką łazienką z wanną w drewnianej obudowie. Wschodnie wybrały panie, zachodnie zaś panowie.
Na parterze mieściły się salon i jadalnia, między którymi biegła sień, oraz kuchnia, dobudowana z boku, pod płaskim dachem. Wkrótce w salonie, dzięki wspólnemu wysiłkowi Wasyla i Lampsa stanęła choinka, ubrana następnie przez Rose i Franka, bo Wasyl i Majka przepadli w kuchni, z której wkrótce zaczęły się rozchodzić upojne aromaty piekącego się sernika. Kepler w jadalni zawarł coś w rodzaju pokoju z kotami, dostawszy za zbytnią ciekawość po nosie od Celeste.
Niedługo potem na kuchence bulgotał rosół, mający posłużyć za fundament wigilijnego barszczu, w piekarniku piekł się słynny łosoś Lamparda, a sernik, wbrew wszelkim obawom Wasyla, został wyeksmitowany na werandę, by mógł ostygnąć.
- Ale on nie opadnie? - dopytywał się z troską Marcin.
- Opadnie - odparła Majka z zimną krwią. - Bo to taki sernik. Opadalski. Ty się nie obcyndalaj, tylko ciasto na uszka gnieć, bo się nie tylko na pierwszą gwiazdkę spóźnimy, ale i na ostatnią.
- Nie poganiaj mnie, bo się w sobie zamknę! - Wasyl uniósł w górę dlonie. - Jak uszko!
I tak im płynął czas, na gotowaniu, przygotowaniach do kolacji i żartach. Rose przez chwilę patrzyła, z lekkim piknięciem zazdrości w duszy, jak Wasyl i Majka dokazują w kuchni, obsypując się wzajem mąką i śpiewając piosenki świąteczne.
- Gdyby Dzieciątko go usłyszało, zwiałoby z powrotem do nieba - mruknął Lampard, prosto do ucha Rose, obejmując ją od tyłu. - Poczciwy facet, ale słuchu nie ma za grosz.
- Nie da się ukryć - odmruknęła Rose, wyjątkowo nie protestując przeciw bliskości Franka.
- Chodź, to wybierzemy wino - mruknął Frank. - Nakryjemy do stołu i powiesimy skarpety. A gołąbki niech gruchają.
Wreszcie zasiedli do wieczerzy, przy czym Wasyl wytrzasnął skądś czapkę Mikołaja, którą oczywiście włożył na głowę i tak spędził prawie cały wieczór.
- No misiaczki - rzekł unosząc kieliszek z winem. - Żeby nam szczęście dopisywało cały rok. I obyśmy zdrowi byli. Wesołych świąt!
- Wesołych świąt! - powtórzyła pozostała trójka.
Przez całą kolację Marcin tryskał humorem za trzech, wodząc rej przy stole, sypiąc żartami jak z rękawa i rozbawiając wszystkich soczystymi anegdotkami z szatni. Frank podłączył się i sam opowiedział kilka zabawnych historii boiskowych, natomiast kiedy przyszło do śpiewania kolęd i innych utworów o tematyce świątecznej, Wasylowi stanowczo doradzono milczącą kontemplację występów pozostałych.
- Ej no, nie podoba się wam mój słowiczy głos? - zapytał, udając obrażonego.
- Taaa, słowiczy, takiego Słowika, co konie dusił - odparowała Majka.
- No wiecie...
- To miały być przyjemne święta, kosmaty, dlatego już nie śpiewaj - rzekła Rose. - Bez obrazy.
Po śpiewach i przewietrzeniu Keplera, obżartego jak bąk resztkami ze stołu, impreza przeniosła się do salonu. Trochę poskakano pilotem po kanałach, popito kawy, wreszcie Majka uroczyście zezwoliła na skosztowanie sernika, stwierdziwszy, że czekolada już na pewno stwardniała. Sernik został pożarty z zachwytem i rozmowa na dłuższy czas przestała się kleić. Majka zapadła się miło w fotel i zapatrzona w światła na choince (w której spały obydwa koty), grzejąc stopy o leżącego na podłodze psa, odpłynęła w głęboką zadumę.
Kiedy się z niej ocknęła, Lampard, z rozchichotaną i nieco wstawioną winem Rose, grali na playstation w FIFA, natomiast Wasyla nigdzie nie było. Majka spojrzała na zegar i uświadomiła sobie, że po pierwsze, jest po północy, a po drugie od dłuższej chwili nie słyszała głosu Marcina, ani tym bardziej jego śmiechu.
Poszła na piętro, za nią jak cień bezszelestnie podążył owczarek.
Światło na górze się nie paliło, tylko przez okno na jednym z końców korytarza wpadał słaby, wielobarwny poblask lampek z jednej z choinek w ogrodzie. Majka ostatnio zdecydowanie przestała lubić ciemność, ucieszyła się więc, gdy skonstatowała, że jest to ten koniec, w którym znajdują się drzwi do jej pokoju. Przeszła kilka kroków z duszą na ramieniu i psem następującym na pięty, macając po ścianie w poszukiwaniu kontaktu, kiedy coś dużego i czarnego poruszyło się na tle okna.
- O kurwa - wymamrotała, czując jak jeżą się jej wszystkie włosy na głowie.
- Majka? - odezwał się złowrogi cień znajomym głosem. Kepler zamerdał radośnie ogonem, waląc nim Majkę po nogach.
- Jezus, Maria, Marcin - jęknęła z ulgą. Otworzyła drzwi sypialni i włączyła stojącą przy łóżku lampkę nocną. - Ale mnie wystraszyłeś...
- Przepraszam - odparł Wasyl. Siedział na niskim parapecie okna, zapatrzony w padający śnieg za szybą. Jego oczy lśniły podejrzanie i bynajmniej nie szczęściem. Majce ścisnęło się serce.
Marcin, ten wielki twardziel, płakał.
- Wszystko w porządku? - zapytała niezgrabnie i cokolwiek bezsensownie.
- Tęsknię za nimi - mruknął. - Są wszystkim co mam.
Pogłaskała go po głowie.
- Wszystko będzie dobrze - powiedziała cicho. - Odzyskasz dzieci. Ja to wiem. Przecież ty nie mógłbyś nikogo skrzywdzić.
- Zrobię wszystko, żeby je odzyskać - odparł. - Ale to jest, kurwa, tak popierdolone... W jednej chwili miałem normalne życie, w drugiej mam kupę gówna. Nie ogariam chwilami.
- Ogarniesz - odparła. Położyła dłonie na jego barkach. - Jesteś tak zajebistym facetem, że dasz radę.
- Tak myślisz? - popatrzył na nią, unosząc głowę. - Wcale się taki nie czuję.
- Pewnie, że tak - musnęła pieszczotliwie dłonią jego policzek. - Poza tym nie jesteś sam. Masz przyjaciół i to nie tylko nas. Masz pół świata przyjaciół, taki z ciebie typ.
- Aaa tam... - mruknął.
- Nie a tam, tylko tak - Majka nie mogła się powstrzymać. Jego bliskość działała na nią jak magnes, nachyliła się więc i pocałowała go w czoło. - Jesteś cholernie wyjątkowy i wcale nie zdajesz sobie tego sprawy.
Ku jej zaskoczeniu Marcin objął ją w pasie, jednocześnie szukając ustami jej ust. Całowali się przez chwilę, jej chłodne wargi i jego gorące, pełne zapamiętania.
Potem Wasyl przerwał pocałunek i położył głowę na ramieniu Majki. Czuła szorstki zarost na jego brodzie, ocierający się o jej szyję.
- Majka - szepnął. - Ja nie chcę dzisiaj być sam.
- Nie będziesz - odpowiedziała, wdychając mocną woń jego skóry.
Uniósł ją jak piórko i zaniósł do sypialni, zatrzaskując zdumionemu psu drzwi przed samym nosem. Staroświeckie łóżko zaskrzypiało z lekka pod ciężarem ich ciał.
Ściagnięta jednym gestem koszulka Marcina wylądowała gdzieś w okolicach kominka, po chwili dołączyła do niej bluzka Majki. Dziewczyna całowała i pieściła jego muskularną pierś, gdy on walczył mężnie z zapięciem stanika na jej plecach. Wrodzony upór Wasyla wygrał i tym razem. Po chwili wargi stopera objęły sutek Majki, która wyprężyła się i jęknęła cichutko. Marcin nie ustawał, liżąc, ssąc i całując, potem jego usta podążyły niżej i niżej, palce zaś rozpięły zwinnie spodnie Majki.
Po chwili spletli się, nadzy w miłosnym uścisku. Jęknęła znów, gdy w nią wszedł i objęła mocniej ramionami. Kochali się w zapamiętaniu, jakby chcieli odpędzić od siebie demony rzeczywistości, dźwięk ich oddechów, coraz szybszych i płytszych mieszał się z tykaniem zegara na kominku i odległymi głosami i śmiechami, dobiegającymi z parteru.
- Marcin - jęknęła Majka, jej biodra zaczęły poruszać się urywanym rytmem. - Marcin.
Wasyl przyspieszył i po chwili doszli oboje, zjednoczeni na moment we wspólnym momencie szczytowej rozkoszy.
Kochali się jeszcze drugi raz tej nocy, teraz już powoli i łagodnie, smakując się niespiesznie i kołysząc wzajemnie na falach zmysłowej przyjemności, tak jakby seks stanowił wstęp do snu. I rzeczywiście, wkrótce po tym gdy skończyli, Majka zasnęła, wtulona w pierś Wasyla.
Marcin patrzył na nią przez chwilę, na jej twarz, na której kładły się kolorowe plamy świateł choinki przed domem. Wyglądała tak ufnie, do cholery, była ufna. Wierzyła w niego, wierzyła, że on jest dobrym człowiekiem.
Stłumił pospiesznie narastające gdzieś w głębi jego duszy wyrzuty sumienia i objął mocniej rozgrzane snem ciało Majki.
Tej nocy spał mocno, po raz pierwszy od dłuższego czasu bezpieczny i wolny od koszmarów.
___________________________________________________

Ho, ho ho!
M.